Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 17/05/1996

 

MARIUSZ SZCZYGIEŁ

Bunt Masława

 

 

Willa na warszawskim Mokotowie. Właśnie zaczyna się 69. odcinek "Doktor Quinn", a na parterze, w salonie, zebrało się siedmioro pogan i sześć osób spoza wyznania.

Otaczają nas posągi Światowida. Zebrani mówią inaczej: "Świętowida".

Wchodzi Masław II, mieszka na Żoliborzu. Prowadzi za sobą bardzo grubą żonę Renatę. Masław II ma 66 lat i siwą brodę.

- Nie mogę podać ani swego nazwiska, ani wystąpić w telewizji - mówi mi na ucho. - Nie odszedłem z Kościoła katolickiego i boję się, żeby księża nie dowiedzieli się, że skrycie jestem wyznawcą wiary ojców.

- Jak Pan trafił do pogan? - pytam.

- Skończyłem filozofię, byłem uczniem Kotarbińskiego. Jestem też po szkole muzycznej i grałem w kościele na organach. Do pogan zaagitował mnie katolicki ksiądz, ale w tajemnicy, boby nas wycięli w pień.

- Jak Pan godzi Jezusa ze Świętowidem?

- Pan Bóg i Świętowid to jest to samo. Bóg jest jeden na świecie, tylko ma wiele imion, ja wybrałem Świętowida - szepcze Masław. - Mój syn też ma rozdwojenie. Jest ateistą, a był organistą w kościele.

- A dlaczego przybrał Pan imię Masław?

- U Kraszewskiego często Masław występował. Masław to ten, co ma sławę. A ja kocham Kraszewskiego. Ale żona mówi na mnie "Misiek" - żali się Masław II.

Wchodzi biskup.

Biskup dwadzieścia lat temu grał jedną z głównych ról w serialu "Noce i dnie". Był Tomaszkiem, synem Niechciców, tym, który zawsze sprawiał im kłopoty. Nazywa się Kazimierz Mazur. Zarejestrował grupę pogan w Urzędzie do Spraw Wyznań jako Rodzimy Kościół Polski i przybrał imię Dźgoma. W stanie wojennym, gdy aktorzy bojkotowali telewizję, jeździł po kraju i recytował w kościołach wiersze Wojtyły.

- Ale nie byłem tak związany z Kościołem, jakby to się mogło wydawać.

Teraz składa ręce do modlitwy: lewą dłoń kładzie na sercu, prawą na brzuchu.

Żona biskupa Beata włącza magnetofon i w stereo zaczynają świergotać ptaki.

- Złóżmy ofiarę Bogu - mówi Kazimierz Mazur, a drugi ofiarnik, czyli kapłan, rozpala ogień w misie na środku pokoju. - Witaj nam gościu w czerwonym płaszczu - mówią. Odmawiają prośby do swego Boga: - Niech brat bratu mówi bracie... Daj ryb mnogość naszej rzece... Niech brat bratu bracie głosi.... Daj najcięższe polom kłosy...

Biskup kruszy chleb do ognia.

Obydwaj kłaniają się płomieniom.

- Blogoslawien Gospod - rozpoczyna kazanie Kazimierz Mazur. - Czym jest Świętowid? Ręką, która mnie prowadzi, energią sprawczą z kosmosu. Nasi prapradziadowie nie czcili ani Boga, ani Szatana, byli czcicielami Świętowida. Barbarzyńska rewolucja X wieku zniszczyła brutalnie świat Słowian. Przeszłość Prasłowian możemy zrekonstruować na podstawie dawnych kronik niemieckich i duńskich, a starą liturgię z zapisków dwóch Greków: Cyryla i Metodego.

Syn biskupa wpatruje się nieruchomo w tatę. Ma 12 lat, miał już postrzyżyny i dostał imię Skarbimir.

Tata za chwilę będzie tańczył wokół ognia, na razie ciągnie kazanie: - My, Słowianie, obtańcowujemy i oklaskujemy Boga. I składamy mu bezkrwawą ofiarę z kołacza. Nie jesteśmy narodem wybranym. Nasza religia też nie jest wybrana. Nie każe nam się umartwiać. My nie kreujemy filozofii, że człowiek to mizerota, która ma się korzyć przed Bogiem.

Mówią: "Ucz się posłusznym być prochu, ucz się poniżać. Pozwól łamać wolę twoją i bądź uległym" - biskup moduluje głos.

- Takiego sponiewierania godności ludzkiej nie wolno przemilczeć! - komentuje. - Jeśli ciało jest grzeszne i seks jest grzechem, to po co Bóg nas nim obdarza? My nie wierzymy w grzech pierworodny. Nasz Bóg nie nakazuje ascezy. Pijmy w imię tego Boga, sławiąc go po słowiańsku.

Ofiarnik i biskup piją miód z krowich rogów.

- W przeciwieństwie do chrześcijan nie traktujemy świata jak swoją własność - przekonują. - Chrześcijanie wierzą, że wszystko, co Bóg stworzył, dał im do używania wedle woli. Przez to mamy zatrucie środowiska i bezmyślną eksploatację zwierząt. My znamy swoje miejsce we wszechświecie i nie czujemy się lepsi od innych boskich stworzeń.

"JAKI TY, TAKI ŚWIAT" - dowiaduje się o swojej roli w życiu każdy, kto przeczyta napis na szafie.

Bóg pogan jest ekologiczny. W stereo słychać krowie beczenia, bębny i muzykę kwartetu Jorgi. Rozpoczyna się swadźba, czyli ślub.

Panna młoda studiuje marketing.

Pan młody, kolega biskupa, skończył szkołę teatralną.

Kazimierz Mazur wita parę młodą chlebem i solą, a młodzi mówią: "To jest twoje". Dotykając przedmiotów kultu poganie mówią zawsze: "To jest twoje", czyli Świętowida.

Swachowie (żona biskupa i właściciel willi) wkładają wianki swadziebne na głowy państwa młodych. Wianki są z chmielu. Chmiel z plastiku. Śpiewają: "Oj, chmielu, chmielu. Oj, niebożę. Wlazł na tyczkę, zejść nie może...". Piwo jest świętym napojem pogan.

Narzeczeni kładą dłonie na okrągłym chlebie, biskup Dźgoma przykrywa ich ręce serwetą. - Łączmy - mówi. Potem kroi chleb na pół, daje młodym, a oni niosą połówki przed Świętowida. Zamieniają się wiankami. Różdżkę przypominającą fallusa maczają w winie, a biskup mówi: "Oby się wam wiodło w łożu".

Podpisują dokument swadziebny i ślub stał się faktem. Nie mają cywilnego, ale gdyby wszedł w życie konkordat, dzisiejszy ślub dwojga pogan byłby uznany przez państwo.

Znów słychać krowy, bębny i kwartet Jorgi. Swachowa - Beata - roznosi kołacz swadziebny. Smakuje jak piernik, a naprawdę jest babką koniakową, według przepisu z "Elle".

Pan młody takich ślubów zagrał ze dwadzieścia. Od dzisiejszego różniły się tym, że nie podpisywano prawdziwej umowy swadziebnej. Były to pokazy dla dzieci w szkołach. Odgrywając obrzędy na lekcjach, poganie zarabiają na utrzymanie. Pokazowe śluby pan młody bierze zawsze z żoną biskupa.

Zapewniają mnie, że dzisiejszy ślub był prawdziwy.

Masław II miodem pitnym wznosi toast za nowożeńców. Pan młody idzie się przebrać w garnitur. A jakiś starszy pan z wąsem twierdzi, że panna młoda wygląda jak Świtezianka.

Panna młoda prosi: - Tylko niech pan nie wymienia mojego nazwiska, żeby mama i babcia się nie dowiedziały, że wzięłam ślub.

Wraca pan młody. Ma 30 lat, dwa sezony grał w Teatrze na Woli. Ojciec jest marynarzem, matki nie znał.

- Co na pogaństwo mówią pana koledzy?

- Nie pytam ich o zdanie.

Pannie młodej też opinia jest obojętna. - Bo osób, na których mi zależy, jest mało i wszystkie one tu przyszły. A mama i babcia nic nie wiedzą - wyjaśnia.

- To bunt? - pytam.

- Dla babci buntem jest już to, że my jesteśmy razem - wtrąca pan młody. - Zagrałem w kilku filmach, grałem gwałcicieli, bandytów, a w "Żegnaj Rockefeller" - amanta. Teraz jestem bez pracy, potrzebuję roli w dobrym filmie... - mówi z nostalgią.

Panna młoda do pana młodego: - Nie podawaj nazwiska, proszę cię.

Po chwili: - Pogaństwo to owoc zakazany, daje dreszczyk emocji.

Państwo młodzi razem z przyjaciółmi panny młodej - Ewą ze studium dla celników i Januszem po politechnice - wsiadają do samochodu i jadą do pubu na Stare Miasto.