Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Piotr Laskowski

Szkice z dziejów anarchizmu

2006

 

(...)

 

Siergiej Nieczajew miał dwadzieścia jeden lat, kiedy przeczytawszy pierwszy numer "Sprawy Ludu", postanowił poświęcić się realizacji idei Bakunina. Na przełomie roku 1868 i 1869 próbował założyć studencką organizację rewolucyjną, wyznaczył nawet - na 1870 rok, na rocznicę reformy uwłaszczeniowej - termin wybuchu rewolucji. Nic nie wskazuje na to, by jego organizacja naprawdę zaistniała. Człowiek ten, przecież jeszcze chłopiec - namiętny i zacięty, przy tym brutalny - mieszał szaleństwo z wyrachowaniem, obłęd ze świadomą mistyfikacją, bezkompromisowość z cynizmem. "Żyjemy w państwie obłąkanych" - twierdził Nieczajew, bo za obłąkanie uważał "stosunek spokojny do ogromu obrzydliwości, podłości, niesprawiedliwości, jakie wytwarza nasz ustrój obecny". Stanisław Brzozowski zawarł w Płomieniach sugestywny, i chyba wielce prawdziwy, opis Nieczajewa: "Zdawało się, że jest on całkowicie obcy nam, samemu sobie, wszystkiemu, co mówi; że wszystko, co czyni on, jest mu do czegoś potrzebnym, że nic nie robi on od niechcenia". Powieściowy Nieczajew mówi: "Póki choć jeden człowiek ginie w świecie, póki choć jedno życie jest tak wdeptane w błoto, nie warto żyć, nie można żyć - jak tylko walcząc".

W tej walce Nieczajew jest zapiekły, zimny, nieskłonny do wzruszeń. Brzozowski każe mu wygłosić dialog dwóch Rosjan, poruszający przez zespolenie zjadliwego humoru z najgłębszą rozpaczą:

- Dzień dobry, Wasyli Iwanowiczu, a co słychać?

- Wszystko dobrze, Iwanie Wasyljewiczu. W kazańskiej guberni do głodnych chłopów kartaczami strzelali. Stu czy dwustu zabito.

- Ot co? Ja zawsze mówiłem, że my mamy niemożliwy ustrój.

- Wasza racja... głodnemu po co kartacze.

- Oczywiście, głodny potrzebuje chleba.

- Naturalnie: chleb powinien być dla wszystkich...

- Tak oto właśnie: ja teraz o tym piękną książkę czytam.

- A ja czytam o szkodliwości prostytucji...

- Także ważna kwestia. To po przeczytaniu poproszę...

- Z przyjemnością, z przyjemnością, wzajemnie".

Jest w tej scenie pogarda i szyderstwo, jest ostrość i celność sformułowań, właściwa Nieczajewowi. Jest wreszcie potężna nienawiść, którą czuć będą wszyscy anarchiści - nienawiść do sentymentalnego socjalizmu, do tych pięknych idei, wypełniających liberalną, postępową paplaninę.

W marcu 1869 roku Nieczajew przybył do Genewy, by spotkać się z Bakuninem. Rozpoczyna się wielka mistyfikacja. Nieczajew przedstawia się jako organizator i przywódca potężnej organizacji rewolucyjnej w Rosji. Opowiada o swoich wpływach w wojsku. Zmyśla historię ucieczki z twierdzy Pietropawłowskiej (jeszcze w Rosji przesyła "gryps z twierdzy" swojej sąsiadce, kilkunastoletniej Wierze Zasulicz). Zapewnia, że rewolucja jest już przygotowana. Bakunin, który opuścił właśnie Ligę Pokoju, w Międzynarodówce zaś musiał dopiero umocnić swą pozycję, zaczyna wiązać z Nieczajewem wielkie plany. Widzi już Alians rozszerzający się na Rosję. Lecz i Bakunin potrzebuje mistyfikacji. W maju wydaje Nieczajewowi pełnomocnictwo Wszechświatowego Związku Rewolucyjnego opatrzone swoim nazwiskiem, pieczęcią i numerem 2771. Rzecz jasna nigdy nie było ani Wszechświatowego Związku, ani jego 2770 członków. Teraz Nieczajew rozwija skrzydła. Od Ogariowa uzyskuje dedykację na wierszu Do studenta, poświęconym pamięci bohaterskiego przyjaciela, a także 10 tysięcy franków zdeponowanych na wspólnym rachunku Ogariowa i Hercena. Sam Hercen od początku nastawiony jest do Nieczajewa wrogo. Tymczasem Bakunin tworzy razem ze swym młodym przyjacielem całą serię odezw, proklamacji i broszur. Ukoronowaniem tej twórczości jest wydany jesienią Katechizm rewolucjonisty. Wystarczy zacytować kilka fragmentów:

Stosunek rewolucjonisty do samego siebie 

1. Rewolucjonista to człowiek poświęcony na ofiarę. Nie ma on ani własnych interesów, ani spraw, ani uczuć, ani pragnień, ani własności, ani nawet imienia. Wszystko w nim jest pochłonięte przez jedyny wyłączny interes, jedną myśl, jedną żądzę - rewolucję.

2. W głębi swego jestestwa, a nie w słowach tylko, zerwał on wszelki związek z ustrojem prawnym i z całym światem cywilizowanym, ze wszystkimi prawami, zasadami towarzyskimi, zwyczajami ogólnie przyjętymi i moralnością dzisiejszego świata. Jest on dla tego świata wrogiem bezlitosnym i jeśli nadal w nim przebywa, to tylko po to, aby go tym pewniej zburzyć.

3. Rewolucjonista pogardza wszelkim doktrynerstwem i wyrzekł się nauki pokojowej, pozostawiając ją pokoleniom przyszłym. Zna on jedną tylko naukę, naukę niszczenia. W tym celu i tylko w tym celu bada teraz mechanikę, fizykę, chemię i, bodaj, medycynę. W tym celu prowadzi on w dzień i w nocy żywe studium ludzi, charakterów, sytuacji i wszelkich warunków obecnego ustroju społecznego, we wszystkich możliwych warstwach. Cel jest jeden - nąjprędsze zburzenie tego podłego ustroju.

4. Pogardza on opinią publiczną. Pogardza dzisiejszą moralnością publiczną i nienawidzi jej we wszystkich jej pobudkach i objawach. Moralne jest dla niego wszystko, co sprzyja triumfowi rewolucji. Niemoralne wszystko, co mu stoi na przeszkodzie.

5. Rewolucjonista to człowiek poświęcony na ofiarę. Bezlitosny dla państwa i w ogóle dla całego społeczeństwa stanowo-oświeconego, nie powinien i od innych oczekiwać dla siebie żadnej litości. Między nimi i nim istnieje tajna lub jawna, lecz nieprzerwana i nieubłagana wojna na śmierć i życie. Każdego dnia powinien być gotów na śmierć. Powinien nauczyć się znosić tortury.

6. Surowy dla siebie, powinien być surowy i dla innych. Wszystkie czułe i wyrabiające czułostkowość uczucia pokrewieństwa, przyjaźni, miłości, wdzięczności i samego nawet honoru powinny być zdławione w nim przez jedną zimną żądzę sprawy rewolucyjnej. Dla niego istnieje jedna tylko rozkosz, pociecha, nagroda i satysfakcja - bezlitosne burzenie. Dążąc z zimną krwią i niezmordowanie do tego celu, powinien być gotów na własną zgubę i na to, by zniszczyć własnymi rękoma wszystko to, co tamuje dojście do niego.

7. Natura prawdziwego rewolucjonisty wyłącza wszelki romantyzm, wszelką czułość, entuzjazm i uniesienie. Wyłącza nawet osobistą nienawiść i zemstę. Namiętność rewolucyjna, przeszedłszy w uczucie powszednie, nieustające ani na chwilę, powinna łączyć się z zimnym wyrachowaniem. Zawsze i wszędzie powinien być nie tym, do czego go popychają popędy osobiste, lecz tym, co mu dyktuje powszechny interes rewolucji.

[...]

Stosunek rewolucjonisty do społeczeństwa

[...]

14. W celu bezlitosnego burzenia rewolucjonista może, a nawet często powinien, żyć w społeczeństwie, udając, że jest zupełnie nie tym, czym jest w istocie. Rewolucjonista powinien przeniknąć wszędzie, do wszystkich warstw wyższych i średnich, do sklepu kupca, do Kościoła, do domu pańskiego, do świata biurokratycznego, wojskowego, do literatury, do III Oddziału, nawet do Pałacu Zimowego.

15. Całe to podłe społeczeństwo powinno być podzielone na kilka kategorii. Pierwsza kategoria to ludzie bezzwłocznie na śmierć skazani. Niech będzie ułożona przez stowarzyszenie lista takich skazanych według porządku ich względnej szkodliwości dla powodzenia sprawy rewolucyjnej, tak aby numery poprzednie sprzątnięte zostały wcześniej niż następne.

16. Przy układaniu takiej listy i dla ułożenia wymienionego szeregu należy kierować się bynajmniej nie osobistą zbrodniczością człowieka ani nawet nienawiścią wzbudzaną przezeń w stowarzyszeniu lub wśród ludu. Ta zbrodniczość i ta nienawiść mogą być nawet poniekąd pożyteczne, sprzyjając wybuchowi buntu ludowego. Należy kierować się miarą pożytku, jaki powinien płynąć z jego śmierci dla sprawy rewolucji. A przeto powinni być zgładzeni przede wszystkim ludzie szczególnie szkodliwi dla organizacji rewolucyjnej i tacy, których śmierć gwałtowna i przymusowa może rzucić największy postrach na rząd i, pozbawiwszy go rozumnych i energicznych działaczów, zachwiać jego siłę.

17. Druga kategoria powinna składać się właśnie z ludzi, którym darowuje się życie tylko czasowo, aby przez szereg czynów zwierzęcych doprowadzili lud do niechybnego buntu.

18. Do kategorii trzeciej należy mnóstwo wysoko położonych bydląt, czyli osobistości niewyróżniających się ani szczególnym rozumem, ani energią, lecz korzystających dzięki położeniu swemu z bogactw, stosunków, wpływów, siły. Należy ich eksploatować wszelkimi możliwymi sposobami, drogami; omotać ich, zbić z tropu i owładnąwszy, o ile tylko można, ich brudnymi sekretami, uczynić z nich swych niewolników, Ich władza, wpływy, stosunki, bogactwo i siła staną się tym sposobem skarbem niewyczerpanym i potężną pomocą dla różnych przedsięwzięć rewolucyjnych.

19. Kategoria czwarta składa się z ambitnych polityków i liberałów różnych odcieni. Z nimi można konspirować według ich programów, udając, że idzie się ślepo za nimi, a tymczasem zagarniać ich w swe ręce, zawładnąć wszystkimi ich sekretami, skompromitować ich do ostateczności, tak aby cofnięcie się było dla nich niemożliwe, i rękami ich mącić państwo.

20. Kategoria piąta to doktrynerzy, konspiratorzy i rewolucjoniści, w zajętych gadaniną kółkach i na papierze. Ich należy nieustannie popychać i wciągać w karkołomne praktyczne wystąpienia, których skutkiem będzie zguba doszczętna większości i prawdziwe wyrobienie rewolucyjne nielicznych.

Zimne i bezwzględne okrucieństwo tego tekstu były po wielekroć komentowane. Jest to wobec Bakunina najcięższy akt oskarżenia. Dodajmy jeszcze, że w stosunku do ludu Nieczajew zaleca przyczynianie się do klęsk i nieszczęść, które spadają na chłopów, by tym prędzej wywołać ich zniecierpliwienie.

Z Katechizmem i mandatem Wszechświatowego Związku Nieczajew wrócił do Rosji i zabrał się do tworzenia - dopiero teraz - rewolucyjnej organizacji, która miała składać się z powiązanych ze sobą pięcioosobowych kółek. Całością zarządzać miał tajemniczy komitet komunikujący się z Wszechświatowym Związkiem. Tak jak jedynym członkiem Związku był Bakunin, tak Nieczajew starczał za cały skład komitetu. Dalsze wydarzenia są dobrze znane, posłużyły bowiem Dostojewskiemu jako kanwa dla fabuły Biesów. Członek kółka moskiewskiego, student Iwanow, nabiera podejrzeń co do istnienia komitetu. Nieczajew przekonuje pozostałą czwórkę, że komitet nakazał usunięcie Iwanowa jako potencjalnego zdrajcy. Chłopiec zostaje zamordowany w parku Akademii Rolniczej w Moskwie. Już po czterech dniach ciało zostało odnalezione. Nieczajew zdołał umknąć za granicę. Przed sądem stanęło aż osiemdziesiąt siedem osób. W roku 1871 trzydziestu trzech nieczajewowców zostało skazanych.

Tymczasem Nieczajew ponownie nawiązuje kontakt z Bakuninem. Spotykają się w Locarno. Bakunin podjął się w tym czasie tłumaczenia Kapitału Marksa na rosyjski i wziął zaliczkę na poczet tej pracy. Nie idzie mu jednak przekład, toteż bez oporów pozwala załatwić niewygodną sprawę Nieczajewowi. Nieczajew zaś po prostu posłał wydawcy pismo od tajnej organizacji nakazujące pozostawienie Bakunina w spokoju i opatrzone stosownymi groźbami na wypadek, gdyby wydawca miał wątpliwości, czy rozkazu posłuchać. Oczywiście o zaliczce Nieczajew nie miał powodu wspominać.

W styczniu 1870 roku zmarł Hercen i Nieczajew natychmiast wykorzystał okazję, by upomnieć się o drugie 10 tysięcy z rachunku Hercena i Ogariowa. Następnie podjął próbę uwiedzenia córki Hercena i przejęcia jej spadku i kontaktów. Brzozowski każe mu mówić w Plomieniach: "O mnie Herzen mówił, że ja mogę pannę uwieść, aby ją zrewolucjonizować. Uważacie: młodą pannę z dobrego domu. Nie jakąś tam pierwszą lepszą. A mnie co. Póki są prostytutki, każda kobieta jest towar i rzecz. Czystość tylko dla bogatych. A ja nie znam się na tych przywilejach, różnicach. Nie patrzcie się tak na mnie. Szczerze wam mówię: z nikim i niczym ja się nie liczę".

Kolejny plan Nieczajewa, zorganizowanie bandy, która rabunkiem zdobywałaby pieniądze na cele rewolucyjne, wyczerpał cierpliwość Bakunina. Następuje zerwanie stosunków, a w słynnym liście do Alfreda Talandiera z lipca 1870 roku Bakunin pisze: "Jeżeli Pan przedstawi go Pańskiemu przyjacielowi, pierwszą jego troską będzie posiać między wami niezgodę, niesnaski, intrygi, słowem, pokłócić was. Jeśli Pański przyjaciel ma żonę, córkę - będzie usiłował ją uwieść, zrobi jej dziecko, żeby ją wyrwać ze sfery oficjalnej moralności i narzucić jej rewolucyjny protest przeciwko społeczeństwu [...]. To człowiek niesłychanych ambicji i chociaż sam nie zdaje sobie z tego sprawy, skończył na tym, że utożsamił swoją sprawę rewolucyjną ze swą własną osobą; ale nie jest to egoista w banalnym znaczeniu tego słowa, bo straszliwie ryzykuje i prowadzi męczeńskie życie, pełne wyrzeczeń i niesłychanej pracy. Jest fanatykiem, a fanatyzm pochłania go do tego stopnia, że staje się zupełnym jezuitą, chwilami staje się po prostu głupi". Bakunin stwierdza, że Nieczajew zwykł się posługiwać oszustwem, kradzieżą, kolekcjonowaniem kompromitujących dokumentów.

Nieczajew został aresztowany w Zurychu dwa lata później. Wydano go Rosjanom. Otrzymał wyrok dwudziestu lat katorgi, nigdy jednak na Syberię nie trafił, został bowiem zamknięty w twierdzy Pietropawłowskiej. Pogrzebany żywcem Nieczajew nie zaprzestał działalności rewolucyjnej. W więzieniu przedstawiał się żołnierzom jako reprezentant wielkiej potęgi, dawał do zrozumienia, że chodzi o księcia Konstantego. Udało mu się poddać swej woli pilnujących go strażników i wyciągnąć ich do działalności spiskowej. W roku 1881 nawiązał kontakt z działaczami organizacji terrorystycznej Narodna Wola, którzy postanowili zorganizować mu ucieczkę. Odmówił jednak, nie chcąc, by cokolwiek zapobiegło planom zamordowania cara. W roku 1881 Aleksander II zginął z ręki narodnowolca. Nieczajew zmarł w swej celi w 1882 roku.

Kim był Nieczajew? Brzozowski pisze w Płomieniach: "Nieczajew w gruncie rzeczy ludźmi gardzi. Nie wolno nigdy postępować niżej, niż się jest [...]. Kto w czymkolwiek poniża własne ja, jest nieuczciwy, gdyż robi innym to, czym sam w sobie gardzi". W roku 1871 na procesie nieczajewowców słynny adwokat Spasowicz uznał go za Chlestiakowa, bezczelnego mistyfikatora. Istotnie Nieczajew żył mistyfikacjami, tworzył je na użytek Bakunina, Ogariowa, później swych więziennych strażników.

Właśnie ta ostatnia mistyfikacja wydaje się najważniejsza. Mówiąc o Konstantym, Nieczajew odwołuje się do niezwykle istotnego w kulturze rosyjskiej mitu samozwańca. Związek rewolucji społecznej z samozwaństwem jest niezaprzeczalny. Sam Pugaczow ogłosił się cudownie ocalonym Piotrem III. W dziewiętnastowiecznej historii Rosji roi się od samozwańców. W roku 1822 jakiś człowiek podawał się za Pawła I, w 1844 roku pojawił się samozwańczy Konstanty.

Dlatego w Biesach Dostojewski każe mówić Wierchowieńskiemu: "Zacznie się zamęt, zachwieje się wszystko w posadach, jak nigdy dotąd na świecie. Zatumani się Rosja, zapłacze ziemia do starych bogów. A wtedy... wtedy wypuścimy... wie pan kogo?

- Kogo?

- Iwana Carewicza [...]. Pana, pana!".

A zatem samozwaniec. Samozwaniec wykorzystuje legendę o powracającym carze-wybawcy, boskim wybrańcu, posłańcu bożym predestynowanym do objęcia władzy. Ale samozwaństwo to także antyzachowanie, odwrócenie porządku rzeczy, działanie przeciw Bogu, działanie czarnoksięskie. Mistyfikacje Nieczajewa wpisują się w długą tradycję samozwaństwa w Rosji, bo też jest on samozwańcem, następcą Pugaczowa, wynaturzoną formą śnionego niegdyś przez Bakunina cara-słowiańskiego rewolucjonisty, Hercenowskiego "Razina na tronie". Więcej jest w Nieczajewie cara niż anarchisty. Stąd też różnica między nim a szlacheckimi dziećmi czasu "szalonego lata" 1874 roku. Nieczajew nie przeprasza ludu, nie korzy się przed nim, lecz mu rozkazuje.

 

Urodzony w 1815 roku Piotr Riviere, matkobójca z normandzkiej wsi, wykładając w spisanym w więzieniu pamiętniku motywy swej zbrodni, mówi: "Myślałem, że dostąpię glorii, mając myśli przeciwne wszystkim mym sędziom, że z całym światem dysputował będę, wyobrażałem sobie Bonapartego w 1815. Mówiłem też sobie: toż ten człowiek krocie ludzi wygubił, aby swój pusty kaprys zaspokoić, nie jest zatem rzeczą słuszną, abym dozwalał żyć babie, która burzy spokojność i szczęście ojca mojego". Czy Riviere jest nihilistą? Czy jest szaleńcem? Czy myślenie anarchistycznych terrorystów podąża podobną drogą?

 

Najistotniejszego, jeśli wziąć pod uwagę osobę zabitego, aktu terroru anarchistycznego w Ameryce dokonał człowiek, który z anarchizmu zrozumiał tyle, że każda władza jest zła. Leon Czołgosz, urodzony już w Stanach Zjednoczonych Amerykanin polskiego pochodzenia, żył w bardzo ubogiej rodzinie. W wieku sześciu lat zaczął pracować jako pucybut i gazeciarz, od dwunastego roku życia był robotnikiem fabrycznym. O swych działaniach w kółkach radykalnych zdołał powiedzieć tylko: "Dyskutowaliśmy o prezydentach i że są do niczego". Myśli formułował w sposób prosty, wręcz infantylny. Przy tym cechował go dziecięcy typ oburzenia, kiedy czuł się oszukany. Z wykładu Emmy Goldman, którego słuchał, zapamiętał stwierdzenie, że wszyscy władcy powinni zostać zgładzeni. W roku 1901 w Buffalo zastrzelił prezydenta McKinleya.

Czołgosz nie był rzecz jasna anarchistą, którego do aktu zabójstwa doprowadziłaby refleksja nihilistyczna. Czyn swój poprzedził wprawdzie intensywnymi samotnymi rozmyślaniami, lekturą tekstów anarchistycznych, uczestnictwem w wykładach, jednak, jak wynika z zeznań, poziom refleksji tego człowieka nigdy nie wykroczył poza rozpaczliwą niemożność rozpoznania relacji między tym, co istnieje, a tym, co, jak czytał, zaistnieć powinno. W tym wypadku myśl anarchistyczna stała się pożywką dla umysłowości desperacko pragnącej odnaleźć porządek w niezrozumiałym świecie.

Emma Goldman wywołała skandal, gdy zapytana, czy czuje żal z powodu śmierci prezydenta, odparła: "Czy to możliwe, że w całych Stanach Zjednoczonych zmarł dziś tylko prezydent? Z pewnością umarło wielu innych, może w nędzy, pozostawiając bezradnych krewnych. Dlaczego oczekujecie, że będę bardziej żałować prezydenta niż pozostałych?". Goldman została aresztowana i mocno pobita w więzieniu, mimo że nic nie łączyło jej ani z zamachem, ani z zamachowcem. Konsekwentnie jednak nie potępiła Czołgosza, uznając jego czyn za skutek choroby społeczeństwa, deprawowanego nieprzerwanie przez nędzę i wszechobecną przemoc instytucji państwa. Samego Czołgosza nazwała "chłopcem, który czytał dziwaczne książki, śnił dziwaczne sny, dokonał dziwacznego czynu".

Najmniej zrozumiałym, w żaden sposób nieuzasadnionym aktem terroru anarchistycznego było zamordowanie cesarzowej Elżbiety, nieszczęśliwej żony Franciszka Józefa. Wciąż uciekająca przed światem nie do zniesienia cesarzowa zginęła w Genewie, zakłuta dłutem przez Włocha Luigiego Lucheni.

Lucheni we wczesnej młodości zatrudnił się na kolei i przemierzał rozległą monarchię habsburską. W roku 1894 wstąpił do włoskiej armii. Miał wtedy dwadzieścia jeden lat. Włochy podjęły w tym czasie próbę wykrojenia dla siebie kawałka Afryki i rozpoczęły wojnę z Etiopią. Jednak dwa lata później armia etiopskiego władcy, Menelika II, uzbrojona przez Francuzów (między innymi przez Arthura Rimbaud prowadzącego kilka lat wcześniej interesy w Hararze), pokonała oddziały włoskie pod Aduą. Lucheni spędził pół roku we włoskiej Erytrei, po powrocie został odznaczony medalem "a ricordo delie campagne d'Africa". Zaczął marzyć o państwowej posadzie i rozpoczął starania o pracę strażnika więziennego. Nie uzyskał jednak nawet odpowiedzi na swe podania. Rezygnował z tytoniu, by kupić kolejne arkusze papieru. "Wołałbym, żeby odpowiedzieli «Nie ma miejsca«, ale w ogóle nie odpowiedzieć, to za dużo" - pisał. Urażony opuścił Włochy i pieszo udał się przez Przełęcz św. Bernarda do Szwajcarii. Na przełęczy wyrył swe nazwisko i napis: "Vive l'anarchie. Zbuntowany przeciw temu, co mi zrobili w Italii, zemszczę się, jestem jak Scypion Afrykański, który napisał Ingrate patrie". W maju 1898 roku wynajął pokój w Lozannie. Imał się dorywczych zajęć. Zaczął bywać na zebraniach kółek włoskich robotników i zwierzał się, że chce kogoś zabić, "ale żeby to był ktoś znany". Czytał "Le Libertaire", "Le Pere Peinard" i jeszcze kilka anarchistycznych gazet.

Dziesiątego września 1898 roku zabił cesarzową Elżbietę.

Po aresztowaniu przedstawiał się jako anarchista. Mówił o "wielkim Bakuninie", który "wskazał nam drogę". Jednak wciąż miał przy sobie książeczkę wojskową i swój dyplom od medalu. Napisał oświadczenie, że nie jest szaleńcem ani że do zabójstwa nie pchnęła go nędza. Podpisał się: Luigi Lucheni, anarchista bardzo przekonany. Półtora miesiąca po zamachu Cesare Lombroso opublikował artykuł, w którym poddał przypadek Lucheniego analizie zgodnej z "regułami nowej szkoły antropologiczno-psychiatrycznej". Lucheni, pisał Lombroso, "ma bardzo wiele cech degeneracji właściwych epileptykom i czystym zbrodniarzom". Lombroso najdokładniej, jak mógł, prześledził biografię zabójcy. Lucheni był dzieckiem nieślubnym, został porzucony przez matkę zaraz po urodzeniu. Z paryskiego sierocińca odesłano go do Włoch, do przytułku w Parmie, skąd na osiem lat został zabrany przez patologiczną rodzinę, wrócił do przytułku, został wzięty przez inną rodzinę - szczegółów tego koszmaru Lombroso nie dociekał.

Podczas przesłuchania Lucheni potwierdził, że zabił z premedytacją, i stanowczo zaprzeczył, jakoby miał jakichkolwiek wspólników.

"- Co sprawiło że postanowiliście zabić?

- La misere [nędza, ale też - wobec oświadczenia pisanego w więzieniu - nieszczęście].

- Nie zaznaliście biedy...

- W dniu mego urodzenia porzuciła mnie matka.

- Ale wychowaliście się w rodzinie, która o was dbała.

- Od dziewiątego roku życia jestem w drodze. To, co umiem, poznałem w przytułkach, nie w szkole".

W Genewie nie orzekano kary śmierci, toteż Lucheni skazany został na dożywotnie więzienie. Wyrok przyjął z okrzykiem: "Vive l'anarchie!"

W roku 1901 w więzieniu Lucheni został przebadany przez zespół kolejnego słynnego psychiatry Regisa, autora dzieła poświęconego słynnym królobójcom. Naukowcy w obszernym raporcie zanotowali, że pacjent nie lubi być pytany o stan zdrowia. Nie jest i nie był chory, mówi. Protestuje przeciwko koncepcji delinquente nato (urodzonego zbrodniarza) sformułowanej przez Lombrosa. Co zadziwiające, Lucheni stwierdza, że nigdy nie był anarchistą, mówi wręcz, że wcale nie zgadza się z twierdzeniami swego rodaka Malatesty - na odwrót: "Porządek nie może panować bez pana w ośmioosobowej rodzinie, więc tym bardziej w rodzinach milionów ludzi - twierdzi. I dalej: - Mówią, że anarchiści nie znają praw. Ja nie jestem anarchistą". Wreszcie pod koniec badania na prośbę lekarzy, by coś napisał, zapisuje maksymę Solona: "Społeczeństwo jest dobrze rządzone, kiedy obywatele są posłuszni urzędnikom, a urzędnicy prawom. L. Lucheni 10 kwietnia 1901".

Lekarze nie wypowiadają się jasno o jego stanie umysłowym. Zauważają, że Lucheni mówi precyzyjnie, sensownie, nie majaczy, nie ma halucynacji ani obsesji. Jest "niestabilny i impulsywny". "Jego największym błędem, mówi nam, jest to, że ma posuniętą do ekstremum nienawiść do niesprawiedliwości [...] «jeśli zobaczę, że się mylę, przepraszam; ale kiedy wierzę, że mam rację, raczej pięćdziesiąt razy umrę, niż się poddam»".

Pięć niebieskich zeszytów odnalezionych w 1938 roku, choć opublikowanych dopiero w 1998, zawiera - jeśli są autentyczne - dopełnienie tej opowieści. W roku 1907 Lucheni zaczął w nich pisać historię swego życia, której dał tytuł "Historia dziecka porzuconego pod koniec XIX wieku, opowiedziana przez nie samo". Otwiera ją uwaga: "Daję ci tutaj historię mojego życia. Nie wątpię, że, biorąc pod uwagę jej dziwaczność, podczas lektury będziesz ją postrzegać wyłącznie jako zmyślenia". Lucheni wyraża sprzeciw wobec naukowych opisów zbrodniarzy takich jak on. Być może kiedyś będą one służyć dobrze rozprawom sądowym, w jego przypadku jednak zdetronizowały sprawiedliwość. A sprawiedliwość to "jedyna bogini, której oczekują słabi". "Bo nie odbyłem kursów uniwersyteckich (to nie moja wina), uznano moje uczucia za absurdalne, odpowiadam tym naukowcom, że żeby dyskutować na ten temat, mam, poza znajomością siebie, dobre kwalifikacje: lepsze niż wszystkie kwalifikacje Lombrosa. Zapraszam was wszystkich, zbrodniarze, skoro utrzymujecie, że wiecie, jak się zmienia natura ludzka, żebyście przeczytali tę biografię, która jest biografią zbrodniarza... sztucznego (artificiel)".

"Historia dziecka" zawiera wstrząsający opis dzieciństwa Lucheniego. Czym jest ten tekst? W uderzający sposób przypomina on sprawę Piotra Riviere'a. Morderstwo jeszcze bardziej absurdalne, oszustwo podczas procesu, zwodzenie sędziów, zaprzeczanie wyrokowi medycznemu, wreszcie długa, wewnętrznie spójna autoprezentacja na piśmie.

Zeszyty Lucheniego zostały zabrane z jego celi przez strażników. Po bezskutecznych protestach Lucheni popełnił samobójstwo w 1910 roku.

We Francji seria najgłośniejszych zamachów terrorystycznych zaczyna się od sprawy Ravachola. W roku 1892 Ravachol wysadził w powietrze dom prokuratora oraz sędziego przewodniczącego, którzy doprowadzili do skazania na maksymalne dopuszczalne kary anarchistów uczestniczących rok wcześniej w demonstracji pierwszomajowej. Anarchistów tych dodatkowo poddano torturze zwanej passage a tabac - "ścieżką zdrowia" - polegającej na przejściu między dwoma szeregami bijących policjantów. Ravachol, opuszczony w dzieciństwie przez ojca, od ósmego roku życia utrzymywał swoją rodzinę: matkę, której nazwisko przyjął, i trójkę rodzeństwa. Jako osiemnastolatek stał się anarchistą. Był złodziejem, fałszerzem pieniędzy i mordercą. Okradał zwłoki z biżuterii, zamordował kilka osób, w tym dziewięćdziesięciodwuletniego skąpca i jego gospodynię. Zarazem opiekował się dziećmi uwięzionych anarchistów, dawał pieniądze na ich utrzymanie, uczył je czytać. "Umieranie z głodu jest tchórzostwem i upodleniem" - powiedział w więzieniu.

Ravachol stał się autentycznym bohaterem ludowym. Od jego nazwiska stworzono czasownik "ravacholiser" - zabić wroga. W swym dorocznym almanachu anarchistyczna gazeta "Le Pere Peinard" wydrukowała piosenkę śpiewaną na melodię Carmagnoli i Ça ira:

 

Dans la grand'ville de Paris, 

II y a des bourgeois bien nourris,

II y a les misereux, 

Qui ont le ventre creux, 

Ceux-la ont les dents longues, 

Vive le son, vive le son, 

Ceux-la ont les dents longues, 

Vive le son 

D'l'explosion!

 

W wielkim mieście Paryżu 

są dobrze odżywieni bogacze 

i są też biedni, 

co mają wpadnięte brzuchy, 

a tamci mają długie zęby. 

Niech żyje dźwięk eksplozji!

 

Ref:

Dansons la Ravachole,

Vive le son, vive le son,

Dansons la Ravachole,

Vive le son

D'l'explosion!

 

Tańczmy ravacholę,

niech żyje dźwięk eksplozji.

 

Ravachol, którego Piotr Kropotkin potępił, nazywając rewolucjonistą nieprawdziwym, produktem burżuazji fin de siecle'u, postacią rodem z opery buffo, wpisał się w plebejski archetyp zbójcy - przerażającego, zarazem jednak akceptowanego. Został kolejnym w linii okrutnych bandytów o złotym sercu, bezwzględnych dla bogaczy, zatroskanych o biednych.

Następny francuski anarchista-terrorysta August Vaillant był człowiekiem zupełnie innego pokroju. Urodził się jako dziecko nieślubne, wychowywała go przybrana rodzina. Kradł, żebrał, dorywczo pracował. Jakimś cudem zdołał dostać się do szkoły. W poszukiwaniu lepszego życia wyjechał do Argentyny, nie powiodło mu się jednak, toteż w 1893 roku wrócił do Paryża. Rozszedł się z żoną, mieszkał z córką i kochanką. W Paryżu ta trzyosobowa rodzina zaznała straszliwej nędzy. Zdesperowany Vaillant postanowił popełnić samobójstwo, chciał jednak odejść z krzykiem sprzeciwu, z "krzykiem całej tej klasy, która żąda swych praw i pewnego dnia doda czyny do słów". Napełnił rondel gwoździami i ładunkiem wybuchowym i tak skonstruowaną bombę rzucił z galerii dla widzów pomiędzy posłów w Izbie Deputowanych. W zamachu nikt nie zginął, sam Vaillant deklarował zresztą, że nie było jego intencją pozbawienie kogokolwiek życia.

Już dwa dni po zamachu wzburzony parlament uchwalił pierwsze lois scelerates (łotrowskie prawa), nadzwyczajne przepisy wymierzone przeciwko anarchistom. Zakazano publikowania tekstów, które mogłyby stanowić choćby pośrednią zachętę do aktów terroru, jak również pochwalających takie akty.

Po pospiesznym procesie Vaillant został skazany na śmierć. Mimo licznych próśb o ułaskawienie prezydent Sadi Carnot zatwierdził wyrok. Nawet Cesare Lombroso zaprotestował przeciw niewspółmiernej karze. Jego tekst L'Anarchie et ses Heros (Anarchia i jej bohaterowie) zawiera zaskakujące u tego autora sugestie. Vaillant, zdaniem Lombrosa, w przeciwieństwie do Ravachola nie ma fizjonomii kryminalisty ("może z wyjątkiem uszu, zbyt dużych i odstających"). Jest natomiast typem histerycznym, którego czyny są skutkiem zaznanych nieszczęść. Lombroso zauważa, że podobnie jak wielkiego człowieka nie sposób w pełni ocenić za życia, tak i fałszywości idei nie może stwierdzić jedno, efemeryczne przecież, pokolenie. Zaleca zatem rezygnację z kary śmierci w stosunku do anarchistów. Przekonuje, że anarchizm rozpowszechnia się w krajach źle rządzonych, trzeba go więc traktować jako symptom i zadbać o poprawę rządzenia.

Około godziny dziewiątej wieczorem 12 lutego 1894 roku bomba rzucona przez anarchistę wybuchła w Cafe Terminus, przy dworcu St-Lazare w Paryżu. Inaczej niż dotąd celem ataku nie był konkretny przedstawiciel państwa, prawa czy kapitału. Bomba uderzyła w anonimowych obywateli siedzących w kawiarni, nieodpowiedzialnych osobiście za system, choć należących wedle wszelkiego prawdopodobieństwa do uprzywilejowanej warstwy, którą ów system chronił. Zamachowcem okazał się dwudziestodwuletni Emile Henry, urodzony w Hiszpanii syn komunarda, uchodźcy skazanego na śmierć. Zamach w Cafe Terminus miał być zemstą za stracenie Augusta Vaillanta. Henry zamierzał zabić "ilu się tylko da". W kawiarni zginęła jedna osoba, dwadzieścia zostało rannych.

Proces zamachowca rozpoczął się dwa i pół miesiąca później. Wyjaśniając wybór miejsca zamachu, mówił, że do takich kawiarni przychodzą "wszyscy, którzy są zadowoleni z ustalonego porządku, wszyscy współwinni, słudzy Własności i Państwa". Właśnie ci dobrzy mieszczanie mieliby być gorsi od aparatu państwa, stanowiąc podporę systemu represji. Co więcej, skoro wobec anarchistów stosowana jest odpowiedzialność zbiorowa i konsekwencje czynu Vaillanta mają ponosić wszyscy anarchiści (choć większość nawet go nie znała), nie ma powodu, aby burżuazji także nie traktować zbiorowo i uderzać en bloc. "Nie ma niewinnych burżujów", kończył Henry, przyjmując logikę Saint-Justa, lecz prowadząc ją dalej. Na słowa jednego z sędziów o zakrwawionych rękach zamachowca Henry odparł: "Moje ręce są tak samo zbroczone krwią, jak wasze czerwone szaty".

Socjalista Jean Jaures napisał o nim: "Młody anarchista z hotelu Terminus to sekciarz skomplikowany i dziwaczny, który nie zrozumiałby nigdy ludu i którego lud nie zrozumie. Wzniósłszy się o kilka szczebli wyżej, ukończyłby studia politechniczne i szybko zostałby zapewne jednym z owych matematyków maniaków, którzy wyczerpują mózg, rozwiązując dziwaczne problemy. Był praktykującym spirytystą, układał liche wiersze o Bogu, niebie, harmonii powszechnej, preparując jednocześnie swoją bombę". Jaures widział w Henrym typowego przedstawiciela chylącej się ku upadkowi burżuazji. Pomyleńca niemającego z ludem nic wspólnego, człowieka, któremu brakło właściwej ludowi "bojowej prostoty i tęgiego zdrowego rozsądku".

Henry istotnie nie był proletariuszem. Jeden z nauczycieli opisał go jako "dziecko doskonałe, najuczciwsze, jakie tylko można spotkać". Jako świetny uczeń został przyjęty na politechnikę. Nie ukończył jednak studiów, został bowiem wyrzucony za obrażenie profesora. Pracował później jako subiekt. Teorię anarchizmu znał dobrze i miał ją gruntownie przemyślaną. Czytał Kropotkina, Reclusa, Grave'a. W czasie procesu zaatakował tych anarchistów, którzy potępili poprzednie zamachy terrorystyczne, a zatem także Kropotkina. Powiedział również, że ci, "którzy próbują wprowadzić delikatne rozróżnienie między teoretykami i terrorystami, są tchórzami".

Przed sądem Henry odczytał oświadczenie, w którym stwierdzał między innymi:

"[...] Jestem anarchistą od niedawna. Nie dalej niż w połowie roku 1891 włączyłem się w ruch rewolucyjny. Przedtem żyłem w środowisku całkowicie przesiąkniętym obecną moralnością. Byłem przyzwyczajony szanować, a nawet kochać zasady ojczyzny, rodziny, władzy i własności [...].

Mówiono mi, że instytucje społeczne ufundowane zostały na sprawiedliwości i równości, a ja wokół siebie stwierdzałem jedynie kłamstwa i szalbierstwa. Każdy dzień pozbawiał mnie złudzeń. Wszędzie, gdzie się znajdowałem, byłem świadkiem tego samego bólu u jednych i tej samej radości u innych. Szybko zrozumiałem, że wielkie słowa, które nauczono mnie czcić: honor, przywiązanie, powinność, miały tylko maskować najbardziej zawstydzające okropności [...].

Wystarczy mi powiedzieć, że stałem się wrogiem społeczeństwa, które osądziłem jako zbrodnicze.

Krótko pociągał mnie socjalizm, niezwłocznie jednak oddaliłem się od niego. Zbyt wiele miałem umiłowania wolności, zbyt wiele szacunku dla indywidualnego działania, zbyt wiele odrazy do militarnej organizacji, aby stać się numerem w zdyscyplinowanej armii czwartego stanu".

Następnie Henry przechodzi do przedstawienia myśli, która przywiodła go do decyzji o ataku bombowym. Przyznaje się do podłożenia jeszcze jednej bomby - pod biuro Towarzystwa Górniczego Carmaux. W roku 1892 Henry śledził uważnie wydarzenia w Carmaux, gdzie strajkujący zaatakowali budynki i biura kopalni. Znów terror anarchistyczny szuka swych źródeł w przemocy ludowej. Henry pochwala tę przemoc bez zastrzeżeń, natomiast z pogardą odnosi się do strajków pokojowych, których sukcesem jest kilka franków jałmużny. Henry oskarża socjalistów o łamanie ducha rewolucyjnego. Działacze socjalistyczni pojawiają się wśród strajkujących, obejmują przywództwo i czym prędzej gaszą strajki, tonują nastroje. Nędza robotników jest dla nich tylko odskocznią do stanowisk państwowych. Henry chce swoim czynem pokazać robotnikom, że ich cierpieniom naprawdę współczują jedynie anarchiści, którzy "nie siedzą w parlamencie [...], lecz maszerują na gilotynę". Kilkakrotnie powraca do myśli, że źródłem przemocy jest istniejąca struktura społeczna. Jeśli anarchiści nie mają szacunku dla ludzkiego życia, to dlatego, że nie ma go również burżuazja, skazująca dzieci na anemię w slamsach, kobiety na prostytucję, nakazująca wojsku strzelać do strajkujących. Dlatego - mówi Henry - kobiety i dzieci burżuazji nie zostaną oszczędzone.

Jest rzeczą charakterystyczną, że Henry dochodzi do uzasadnienia totalnego terroru, wyznając jednocześnie wiarę w dobrą naturę człowieka. Swój list do dyrektora Conciergerie kończy słowami: "Żywię głębokie przekonanie, że dwa, trzy pokolenia wystarczą, by uwolnić człowieka od wpływu sztucznej cywilizacji, któremu dziś podlega, i przywrócić go stanowi natury, który jest stanem dobra i miłości". Henry wkracza na drogę rozpoznaną przez Proudhona, drogę "wrażliwości uczuć", która od Nowej Heloizy wiedzie do terroru.

W zakończeniu mowy sądowej Henry powiedział: "W tej bezlitosnej wojnie, którą wypowiedzieliśmy burżuazji, nie prosimy o litość. Niesiemy śmierć i umiemy ją przyjąć. Dlatego oczekuję waszego werdyktu obojętnie. Wiem, że moja głowa nie będzie ostatnią, którą zetniecie [...]. Dodacie jeszcze inne imiona do krwawej listy naszych zmarłych.

Wieszani w Chicago, pozbawiani głów w Niemczech, garotowani w Jerez, rozstrzeliwani w Barcelonie, gilotynowani w Montbrizon i Paryżu, nasi zmarli są liczni. Ale nie zdołaliście zniszczyć anarchizmu. Jego korzenie tkwią głęboko: zrodził się w łonie przegniłego społeczeństwa, które się zapada; jest gwałtowną reakcją przeciw ustalonemu porządkowi; jest pragnieniem równości i wolności, które uczynią wyłom w obecnym autorytaryzmie. Jest wszędzie".

Henry w tym przemówieniu jest już ideologiem zabójstwa nihilistycznego.

Jeszcze w listopadzie 1893 roku, także w Paryżu, Leon Leauthier ugodził nożem serbskiego ministra. Schwytany stwierdził, że chciał zabić byle jakiego burżuja, bo "pierwszy lepszy nie będzie niewinny".

Miesiąc po egzekucji Henry'ego, podczas wizyty w Lyonie, prezydent Sadi Carnot został zasztyletowany przez włoskiego anarchistę Caseria, mściciela Vaillanta.

W tej sytuacji parlament wydał drugie lois scelerates, rząd zaś przeszedł do ofensywy. W sierpniu na ławie oskarżonych zasiadło trzydziestu anarchistów, wśród nich najwybitniejsi działacze francuskiego anarchizmu - Jean Grave, Sebastien Faure, Felix Feneon, Philippe Ortiz. Cel rozprawy był jasno określony - należało dowieść związku między anarchistyczną teorią czy myślą a aktami terroru. Co prawda zamachowcy zostali już straceni, ale na ławie oskarżonych udało się posadzić trzech włamywaczy przyznających się do światopoglądu anarchistycznego. Aby osiągnąć cel, to znaczy przedstawić ścisły związek myśli anarchistycznej z atakami terrorystycznymi, całą trzydziestkę oskarżono o przynależność do "stowarzyszenia złoczyńców". Akt oskarżenia głosił:

"Oskarżeni należeli do sekty, która wytworzyła między swymi członkami więzy współpracy i która za cel postawiła sobie zniszczenie całego społeczeństwa, a za środek uznała kradzież, grabież, podpalenie i mord. W tej sekcie każdy z członków uczestniczy wedle swego temperamentu i możliwości, jeden popełniając zbrodnię, inny doprowadzając do jej popełnienia poprzez pobudzanie i pomoc".

Akt oskarżenia definiuje zatem cele anarchistów jako nihilistyczne, przynależące do sfery, którą Nietzsche nazywa aktywnym nihilizmem. Zarazem wiąże anarchistów w "sektę" o jasno określonych destrukcyjnych celach. Oskarżał znów Bulot, ten sam, którego próbował zabić Ravachol. Rząd nie mógł wygrać tego procesu. Wśród trzydziestu oskarżonych byli tacy, którzy nie mieli ze sobą nic wspólnego i nigdy się nie znali. Oskarżeni nie musieli bardzo się trudzić, żeby ośmieszyć kierowane przeciw nim zarzuty. Kiedy Feneonowi zarzucono utrzymywanie bardzo zażyłej przyjaźni z niemieckim anarchistą Kampfmeyerem, Feneon z żalem poinformował, że przyjaźń nie mogła być zbyt wywrotowa, ponieważ on sam nie mówi po niemiecku, a Kampfmeyer nie zna ani słowa po francusku.

Proces trzydziestu zakończył się uniewinnieniem oskarżonych, z wyjątkiem trójki włamywaczy. Nie stwierdzono istnienia nihilistycznej sekty, nie wykazano związku między myślą anarchistyczną a działaniami anarchistycznych zabójców.

Proces trzydziestu kończy epokę "propagandy czynu" we Francji. Terror zawiódł jako środek. Dał wprawdzie ruchowi męczenników, czczonych i eksponowanych, swoim życiem potwierdzających wartość idei, ale także odpychał zwykłych ludzi, którym anarchizm jawił się jako niezrozumiała, mroczna ideologia, zaplątana w uzasadnianie brutalności. Odpowiedzią władz na terror były wzmożone represje. Najważniejsze opiniotwórcze gazety, redagowane na najwyższym poziomie, zostały zamknięte. Aktywiści wędrowali do więzień lub na emigrację. Sama władza sprawiała raczej wrażenie silniejszej, nie słabszej, i wygrywała dla legitymizowania siebie narastające poczucie zagrożenia.

"Propaganda czynu" nie okazała się zatem propagandą skuteczną - liczba ludzi łaknących krwi nie wzrosła, akty terroru nie rozniecały rewolucji. Wielu autorów w tym właśnie upatruje przyczyn jej porzucenia u progu XX wieku. Niezbyt optymistyczne to wyjaśnienie, widzące jedynie w małej skuteczności terroru przesłankę rezygnacji z jego stosowania. Nie całkiem chyba jednak prawdziwe. Malatesta, twórca idei "propagandy czynu", napisał: "Nie wierzymy w prawo do karania; odrzucamy ideę zemsty jako sentyment barbarzyński. Nie mamy zamiaru być katami ani mścicielami. Rola wyzwolicieli i twórców pokoju zdaje nam się bardziej szlachetna i twórcza". To powrót do anarchizmu.

Historycy anarchizmu często skłonni są stawiać wyraźną granicę między teoretykami a anarchistami czynu, zwłaszcza tymi, którzy w imię realizacji wizji lepszego społeczeństwa zwrócili się ku terrorowi. Takie rozróżnienie znajduje potwierdzenie w wyroku wydanym w procesie trzydziestu. Przeprowadzała je także współczesna policja. Źródła policyjne wskazują, że władze dzieliły anarchistów na dobrotliwych, marzycielskich maniaków (nieszkodliwych) oraz zdesperowanych fanatycznych autodestrukcyjnych morderców. Ten podział rozpoznawalny jest także w fabule Tajnego agenta Conrada.

W pewien sposób podtrzymuje go w swej frapującej książce Barbara Tuchman, która wyróżnia wśród anarchistów "teoretyków i myślicieli, ludzi intelektu, poważnych i szczerych, kochających ludzkość" oraz "narzędzia: ludzi małych, których nieszczęścia lub rozpacz, gniew, upodlenie i beznadziejna nędza uczyniły tak podatnymi na tę ideę [tj. ideę anarchistyczną - P.L.], że zawładnęła nimi i pchnęła ich do czynu. To oni stali się mordercami" *[B. Tuchman Wyniosła wieża]. Tuchman stwierdza z całą mocą, że obu tych grup nic nie łączyło. Pierwsza tworzyła idealne wizje przyszłego świata, nienawidziła współczesnego społeczeństwa, niekiedy nawet pochwalała przemoc - ale nie wyszła poza słowa. Druga, bytująca na samym dnie społeczeństwa, słyszała zaledwie strzępy tych słów, poddawała się ich urokowi i od czasu do czasu ktoś oszukany szedł zabijać i sam ginął, krzycząc przed sądem "Vive l'anarchie".

Francuski socjalista i przeciwnik anarchizmu Jean Jaures pisał w 1893 roku: "Trudno osądzać jako całość doktrynę i partię, która, wywodząc się - przynajmniej jak mówią - od Bakunina i Elizeusza Reclus, zmierza ku Ravacholowi. Anarchizm wywodzi się z jednej zasady, ale jego przejawy są liczne i często sprzeczne". I dla Jauresa główna linia podziału przebiega więc między teoretykami a zamachowcami.

Po krótkim okresie fascynacji ideą "propagandy czynu" na początku lat osiemdziesiątych anarchistyczni myśliciele potępiali akty terroru, wstrzymywali się jednak z potępieniem samych terrorystów, stwierdzając z naciskiem, że przemoc jest narzędziem przejętym z otaczającego świata. Emma Goldman w artykule What I Believe pisała o aktach przemocy: "Wiem, że pewni anarchiści dokonali aktów przemocy, ale to straszna nierówność ekonomiczna i wielka niesprawiedliwość polityczna prowadzą do takich czynów, nie anarchizm. Każda instytucja opiera się dziś na przemocy, powietrze jest przesycone przemocą. Jak długo istnieje takie państwo, możemy równie dobrze próbować zatrzymać Niagarę, jak mieć nadzieję, że uporamy się z przemocą. Mówiłam już, że kraje, w których istnieje do pewnego stopnia wolność ekspresji, zaznały mniej, lub wcale, aktów przemocy [...]. Żaden czyn popełniony przez anarchistę nie miał na celu osobistego zysku, zwiększenia dochodów, lecz raczej był świadomym protestem przeciwko represyjnym, arbitralnym, tyrańskim działaniom z góry". Goldman przywołuje kolejne przykłady: Caserio zamordował Carnota, gdy ten odmówił ułaskawienia Vaillanta. Bresci zabił króla Włoch Umberto I po tym, jak wojsko włoskie strzelało do kobiet i dzieci podczas rozruchów chlebowych. Berkman próbował zabić Fricka odpowiedzialnego za śmierć jedenastu robotników i eksmisję wdów i sierot po nich. Wreszcie włoski anarchista Angelino zastrzelił premiera Hiszpanii Antonia Canovasa, by pomścić zbrodnie dokonywane w więzieniu Montjuich w Barcelonie.

Piekło tortur stosowanych w tym więzieniu opisał w opublikowanej w 1897 roku w Paryżu książce Les Inquisiteurs de l'Espagne (Inkwizytorzy Hiszpanii) rektor Akademii Politechnicznej w Barcelonie Tarrida del Marmol. Był on jedną z kilkuset osób - anarchistów, lecz także ateistów - aresztowanych w wielkiej obławie po zamachu dokonanym w Barcelonie rok wcześniej. Celem tamtego ataku był biskup Katalonii, bombę rzucono w procesję w dzień Bożego Ciała. Biskup ocalał, lecz osiem osób zginęło. Nie potrafiąc schwytać zamachowca, rozjuszone władze przeprowadziły masowe aresztowania. Zatrzymanych poddawano wymyślnym torturom. Ostatecznie proces wytoczono osiemdziesięciu siedmiu osobom; jedenaście skazano na śmierć, osiem stracono.

 

Bandytyzm ideowy, niezbyt szczęśliwy polski odpowiednik francuskiego terminu "illegalisme", oznacza działania o charakterze kryminalnym, mające na celu przejęcie własności burżuazji. Działania takie, motywowane ideowo, obejmowały włamania, napady, fałszowanie pieniędzy, szantaż i - najczęściej w starciach z policją - zabójstwa. Tradycja ideowego bandytyzmu jest oczywiście dużo starsza od myśli anarchistycznej i obejmuje ludowych bohaterów wywłaszczających bogaczy i wspomagających biedaków. Motywowany anarchistycznie bandytyzm pojawił się, zanim jeszcze indywidualiści przyjęli rolę jego adwokatów przeciw syndykalizmowi. W latach osiemdziesiątych XIX wieku dwa nazwiska - Duval i Pini - stały się symbolem kryminalnego nurtu anarchizmu we Francji. Włamywacz Clement Duval, trzydziestosześcioletni działacz paryskiej grupy "Pantera z Batignolles", zasłynął okradzeniem i podpaleniem hotelu przy ulicy Monceau w Paryżu (budynek był w tym czasie pusty). Z więzienia przesłał do "La Revolte" list, w którym przedstawił ideową motywację swego działania. Pisał o swoim pierwszym wyroku za kradzież: pieniądze zabrane z kasy dworcowej przeznaczył wówczas w całości na leczenie chorej towarzyszki życia. Protestował przeciwko mówieniu w jego wypadku o kradzieżach, przekonując, że dokonywał uprawnionych restytucji zagrabionego wcześniej mienia. Duval został skazany na karę śmierci, co rzecz jasna było wyrokiem niewspółmiernie wysokim do winy. Kara została szybko zamieniona na dożywotnie ciężkie roboty. Anarchiści rozpoczęli zbiórki pieniędzy, składali petycje, domagając się uwolnienia skazanego. Duval nie czekał na ich sukces. Zbiegł z Gujany, gdzie go zesłano, i osiadł w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1929 roku opublikował wspomnienia.

Pini, Włoch działający we Francji, to postać od Duvala o wiele barwniejsza. Należał do grupy "Intransigenti" (Nieprzejednani) i przez ponad dziesięć lat dokonywał wielce pomysłowych kradzieży. Zdradzał szczególną skłonność do instytucji kościelnych: jedną z bardziej spektakularnych akcji było okradzenie klasztoru na Montmartrze; wszedł do niego, podając się za syna włoskiego kardynała. Pini wpadł w 1889 roku i został skazany na dwadzieścia lat ciężkich robót. Na marginesie dodajmy, że towarzysz Piniego nazwiskiem Parmeggiani uciekł przed aresztowaniem do Londynu, gdzie nawiązał współpracę z niejakim "inżynierem" Molasem, ciemną postacią anarchistycznego światka. Obaj podejrzewani byli w latach dziewięćdziesiątych o współpracę z policją i można domniemywać, że posłużyli Conradowi za inspirację do postaci Verloca i Profesora w Tajnym agencie.

Charakterystyczną cechą anarchizmu Piniego jest radykalny antyintelektualizm, zwracający się nawet, czy może przede wszystkim, przeciwko intelektualistom-anarchistom, teoretykom: "Kto podpisał swoim nazwiskiem książkę albo artykuł w gazecie, nie może być anarchistą" - miał powiedzieć. W nieufności wobec intelektualistów Pini nie jest na gruncie anarchistycznym odosobniony. W skrajnej wersji wyrazi tę emocję Jan Wacław Machajski, który uzna socjalizm za ideologię inteligencji. Inteligencja jest wedle Machajskiego nową klasą, przygotowującą się do przejęcia instrumentów władzy. O jej sile nie stanowi kapitał ekonomiczny, lecz umysłowy czy kulturowy. Machajski używa sformułowań ostrych i skrajnych, jest jednak myślicielem, który już dostrzega rodzącą się nową bazę uprzywilejowania. Ideologia socjalistyczna, twierdzi Machajski, ma zapewnić inteligentom przywództwo w ruchu robotniczym, który wyniesie ich do władzy. Stąd Machajski wielkie nadzieje łączyć będzie z anarchosyndykalizmem i jego projektem stworzenia czystej kultury proletariackiej.

W tym samym czasie Lenin pisał w tekście Co robić?: "Współczesna świadomość socjalistyczna może powstać tylko na podstawie głębokiej wiedzy naukowej [...]. Nosicielem zaś nauki jest nie proletariat, lecz inteligencja burżuazyjna [...]. Tak więc świadomość socjalistyczna jest czymś z zewnątrz wniesionym do walki klasowej proletariatu, a nie czymś powstałym z niej żywiołowo".

Sprawa Duvala i Piniego podzieliła anarchistycznych myślicieli. Za działaniami kryminalnymi opowiedzieli się Sebastien Faure i Elisee Reclus. Gazeta Faure'a "Le Libertaire" w latach 1896-1898, czyli do momentu zbliżenia z syndykalizmem i secesji indywidualistów, popierała nurt illegalistyczny. Argumentacja adwokatów bandytyzmu ideowego wychodziła od twierdzenia, że ochrona własności w społeczeństwie współczesnym jest ochroną wybranych form kradzieży i wybranych złodziei. System kapitalistyczny - argumentował Paul Reclus, brat Eliseego - jest systemem zinstytucjonalizowanej kradzieży: "kradniemy i jesteśmy okradani, sprzedając i kupując". Adwokaci środków kryminalnych przeprowadzać będą delikatne rozróżnienie między ideowym a zwyczajnym bandytyzmem, przyjmując jako kryterium korzyść własną. Czym innym - będą przekonywać - jest włamanie o charakterze ideowo-propagandowym, czym innym zaś włamanie dla zysku. W tym kontekście działalność Piniego nie pozostawiała żadnych wątpliwości: człowiek, który ukradł pół miliona franków, żył skromnie, a nawet ubogo. To robiło wrażenie nawet na redaktorach "La Revolte", gazety, która z dystansem, choć niejednoznacznie, odniosła się do ideowego bandytyzmu. Wprawdzie Grave i Kropotkin od początku zdecydowanie potępiali działania kryminalne, ale to właśnie ich gazeta wydrukowała list Duvala, Piniego natomiast wręcz poparła. Sam Grave z kolei nie ustawał w atakach. Twierdził, że złodziej niczym nie różni się od przedstawiciela burżuazji, nie jest buntownikiem, a tylko innym typem produktu obecnego społeczeństwa. Każdy akt kradzieży, oszustwa, fałszerstwa jest przedłużaniem istoty społeczeństwa, które anarchizm powinien zniszczyć. Bandytyzm stanowił dla Grave'a zaprzeczenie etosu anarchistycznego, odejście od wyśrubowanych norm moralnych, które miały być od anarchizmu nieodłączne. Lud "nie słucha, że go okradamy w imię równości, że oszukujemy w imię wolności, a w imię solidarności dajemy fałszywe monety nędzarzom. Takie kawałki można wciskać działaczom: lud jest zbyt rozsądny, by dać się złapać na takie dywagacje". W roku 1890, w czasie procesu Piniego, także "Le Pere Peinard" Pougeta poparł działania kryminalne.

Marius Jacob i jego banda, zwana "Bandą z Abbeville", albo - romantyczniej - "Pracownikami Nocy", działali w czasach największych sukcesów syndykalizmu, między rokiem 1900 a 1904. Jacob urodził się w Marsylii i w wieku lat dwunastu został chłopcem okrętowym. Później był zecerem. Padł ofiarą prowokacji: agent policyjny dostarczył mu środki wybuchowe, a potem zadenuncjował. Jacob spędził pół roku w więzieniu. Po wyjściu nie zdołał się nigdzie zatrudnić, wszędzie bowiem, gdzie próbował znaleźć pracę, policja informowała o jego przeszłości. "Pracowników Nocy" stworzył, mając zaledwie dwadzieścia jeden lat. Była to grupa imponująco zorganizowana. Ludzie Jacoba działali na terenie całej Francji w koordynacji z rozkładem pociągów, co pozwalało im błyskawicznie znikać z miejsca kradzieży. Ofiary włamań Jacob wybierał bardzo starannie - okradał wyłącznie "pasożytów": księży, oficerów, prawników. W przeciwieństwie do Piniego nie tylko nie gardził pisarzami, ale wręcz darzył ich szacunkiem, jak również lekarzy i architektów. Miał nawet wycofać się z mieszkania literata Pierre'a Loti, nic nie zabierając, kiedy zorientował się, gdzie jest. "Pracownicy Nocy" obrabowali katedrę w Tours, a także wielki zakład jubilerski w Paryżu, skąd wynieśli 7 kilogramów złota, 300 pereł, kamienie szlachetne i 200 tysięcy franków. Podczas procesu Jacob odpowiadał za 156 włamań, został skazany na dożywotnie ciężkie roboty, z których wypuszczono go po dwudziestu latach. Popełnił samobójstwo w 1954 roku, w wieku siedemdziesięciu pięciu lat.