Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 22/12/1995

 

 

PRASA

 

Leszek K. TALKO

Wizyty u psychiatry prowadzą do zmniejszenia głowy

 

 

 

Przeglądając tygodnik "Do przodu" Dorota trafiła na artykuł "Dermatolog radzi". Zaczęła czytać, bo ma kłopoty ze skórą. A później zobaczyła zdjęcie dermatologa, który polecał najnowsze mydło. Znała go - umarł cztery lata temu.

Usiedliśmy z Joanną nad stertą pism. Kartkowałem je po kolei: to jest prawdziwe, a to na pewno zmyślone. Te na prawo, tamte na lewo.

Janusz Kowalski spotyka trupa w windzie - na lewo.

Ruth O'Reilley będzie miała dziecko z szympansem - na lewo.

Genowefa H. z Białegostoku pyta o sposób na wzmocnienie włosów - na prawo.

Zuzanna P., kelnerka z Krosna, opowiada o romansie - na lewo.

Oszust wyłudził od Marii B. biżuterię - na prawo.

Dziesięcioletnią Agnieszkę C. z Poznania napastował wujek - na prawo.

- Nie - pokręciła głową Joanna - list Zuzanny z Krosna, która chwali się milionom czytelników w całej Polsce , że było jej świetnie w łóżku, jest prawdziwy. A list od pana Stasia, który prosi o porady dla łysiejących, jest wymyślony.

Popatrzyłem bezradnie na stos kolorowych tygodników na stole.

- Wytłumacz mi - poprosiłem.

Kobieta zwisa z sufitu

- Pisałam artykuł o pozycjach seksualnych. Część informacji wzięłam z niemieckiego odpowiednika naszego pisma, resztę z głowy - mówi Joanna, która w dwutygodniku "Czas na relaks", wydawanym przez zagraniczny koncern wydawniczy w półmilionowym nakładzie, pracowała ponad rok. - Tak było ze wszystkim. Trochę tłumaczenia, większość z głowy.

Pozycje były różne: na kuchence, na lodówce.

- Wymyśliłam, że kobieta zwisa z sufitu zaczepiona o hak do lampy, a partner pieści jej piersi. Na stronie zostało jeszcze trochę miejsca - wspomina Joanna. - Czasu było mało, kolega (filolog) wpadł na pomysł. Napisał ramkę: seksuolog radzi, czyli kiedy To robić. Żeby nie było stereotypowo, napisał, że najlepiej między 14 a 16.

Wkrótce do redakcji nadeszły setki listów z pytaniami i uwagami. Zastrzeżeń nie było i duża część społeczeństwa przyjęła nową porę robienia Tego do wiadomości.

156-letnia Indianka pije whisky

- To wszystko z Encyklopedii PWN - Jarek, przez długi czas współpracujący ze "Wspaniałymi Nowinkami" wskazuje na artykuły o Yeti, kosmitach, z którymi spotkał się amerykański policjant, mężczyźnie o dwóch penisach (ilustrowane portretem byłego naczelnego).

Jeszcze na początku tego roku pismo pełne było takich wiadomości. Resztę pisał Jarek, bezrobotny absolwent filozofii.

- Otwierasz encyklopedię na dowolnej stronie. Powiedzmy hasło "whisky". A potem na haśle "neurochirurgia" albo "Apacze". Piszesz o lekarzu, który dowiódł, że picie whisky wydłuża dwukrotnie członka, albo o 156-letniej Indiance zawdzięczającej długowieczność codziennemu piciu whisky. Do tego zdjęcie, i gotowe. Spróbuj, to proste.

Trafiam na elektryczność i strusie. - Amerykańscy naukowcy odkryli gatunek strusi, które po podłączeniu do prądu zaczęły przejawiać oznaki inteligencji.

- Nieźle.

Od bekania rosną piersi

Na początku tego roku Grzegorz Łatuszyński, właściciel wydawnictwa Agawa i tłumacz literatury chorwackiej, zaczął wydawanie dwutygodnika "Rewelacje".

- Namówił mnie znajomy Czech. Przedrukowywał amerykańskie pismo "Weekly World News". W Czechach rozchodziło się w nakładzie 250 tys. egzemplarzy, więc u nas powinien być milion.

W "Rewelacjach" ukazały się materiały o chłopcu, który wpadł do studni, ale w locie złapał go duch jego matki. O plamie w rogu jadalni Duńczyka Nilsa Ulrika, która zeżarła dwa psy i kota ("Zdążyłem tylko zobaczyć koniec ogona"). O zombie, któremu w USA odmówiono świadczeń socjalnych ("Nie umarłem, jestem ożywionym trupem, a to różnica - mówi Carlos Ferreira z Miami"). O zdrowiu ("Ugniatanie nosa przyniesie wam pieniądze - dr Carlton Smith stwierdził, że 91 proc. ludzi uciskających nos zanotowało przypływ gotówki"). O psychiatrii (dowiedziono, że wizyty u psychiatry prowadzą do zmniejszenia głowy). O intelekcie ("Im większy tyłek, tym bystrzejszy umysł"). O sporcie ("Głowa szachisty eksplodowała podczas gry. Jak poznać, że twoja głowa ma zamiar eksplodować"; eksplozji sprzyja praca umysłowa i dużo słodyczy). O wypadkach ("Wysmarkał nos i wypadło mu oko"). O duchach ("Duch mąż siedzi w szambie i usiłuje mnie zabić"). O urodzie (bekanie powiększa piersi - stwierdzili amerykańscy naukowcy). O konikach polnych (w Australii ustrzelono ageresywny egzemplarz ponadmetrowej długości).

Wszystko opatrzone zdjęciami.

- Starałem się dobierać najbardziej prawdopodobne historie z "Weekly World News" - opowiada Łatuszyński. - Odrzuciłem artykuł o człowieku, który od ośmiu lat żyje z siekierą wbitą w głowę. Siekiera miała trzonek, a więc on nie mógł położyć się do łóżka, bo rozłupałaby mu głowę. To nieprawdopodobne. Gdyby tkwiło samo ostrze, to co innego. Mógłby spać na brzuchu.

- Czyli historia o chwytającym dziecko duchu matki jest prawdopodobna?

- Z duchami to nigdy nic nie wiadomo.

Z czasem w "Rewelacjach" zaczęły się pojawiać doniesienia z Polski. Stanisława Nowaka z Poznania zaczarował osiemnastowieczny portret, a Ewa U. z Żyrardowa wyhodowała paprotkę, która liczbą uschniętych listków sygnalizowała, ile kieliszków wypił jej mąż. Grzegorz Łatuszyński napisał reportaże o człowieku, który mieszkał 27 lat w górach i o chorwackim profesorze, który od 50 lat nie śpi. - Oba prawdziwe - zaznacza. - Chociaż może nieprawdopodobne.

Po kilkunastu numerach "Rewelacje" zostały zawieszone.

- Chyba przez brak reklamy i zły kolportaż - zastanawia się Łatuszyński. - W Czechach sprzedaje się świetnie, a u nas miało tylko 150 tys. nakładu i zwroty.

Szympans napastuje panią O'Reilley

W listopadzie miesięcznik "Tropem zbrodni" piórem Jacka Sawaszkiewicza zawiadomił o nie znanym nauce fakcie. W Stanach Zjednoczonych kobieta wniosła pozew przeciwko szympansowi. Pani O'Reilsley stwierdziła, że została zgwałcona przez szympansa Jake'a. Nie robiła z tego sprawy, dopóki nie uświadomiła sobie, że jest w ciąży. Wówczas zażądała miliona dolarów. Od właściciela szympansa oczywiście.

- To było w roku 1990 - opowiada były redaktor "Tropem zbrodni", Ireneusz Sewastianowicz. - Upadały kolejne lokalne wydawnictwa, zwalniano dziennikarzy. Razem ze znajomymi postanowiliśmy sobie dorobić. Napisaliśmy reportaże kryminalne i wydaliśmy jako "Tropem zbrodni". Pismo założyliśmy, kiedy okazało się, że nakład się rozszedł, a my zarobiliśmy 75 mln zł. Wtedy to była masa pieniędzy.

W "Tropem zbrodni" gościły na łamach dobre pióra. - Szybko odkryliśmy, że ciekawy trup ożywia łamy - wyjaśnia Sewastianowicz. - A potem okazało się, że inne rzeczy też ożywiają łamy.

Autorzy zaczęli przynosić materiały, które były troszkę mniej prawdziwe, trochę bardziej nieprawdopodobne. Zaczął pisywać Jacek Sawaszkiewicz (w latach 80. jeden z bardziej znanych autorów fantastyki naukowej).

Kiedy jestem sama, mówi do mnie lodówka

Najciekawsze listy pisali czytelnicy do "Rewelacji". "Za każdym razem, kiedy jestem w kuchni, z lodówki dobywa się męski głos" - skarżyła się czytelniczka z Kutna. Albo: "We śnie patrzę w lustro i widzę siebie z olbrzymią głową w kształcie żarówki i mam bardzo wypukłe oczy. Czy to znaczy, że żyłem na innej planecie?" - dopytywał się czytelnik z Pruszkowa.

Do "Czasu na relaks" piszą setki dziewczyn opisujących, jak to robią, z kim i dlaczego. - Więc po co zmyślać list od Stanisława, który martwi się, czy kobiety pokochają go bez włosów.

- Listy przychodzą workami, ale przeważnie nie na temat - tłumaczy Joanna. - Mam koleżankę w tygodniku "Greta". Też mają zatrzęsienie poczty. Ale czytelniczki chcą wiedzieć, gdzie jest butik, co można odpisać od podatku albo jakie kupić perfumy. A redakcja chce odpowiadać na pytania: co zrobić z suchą cerą. Więc trzeba wymyślić list od Zofii R. z Wałcza, martwiącej się o skórę.

- Ale dlaczego nie odpowiedzieć, co odliczyć od podatku?

- Specjalista kosztuje. U nas obowiązuje minimalizacja kosztów.

W "Do przodu", "Grecie", "Gorących ploteczkach" roi się od listów i opowieści z życia. Jest rubryka "Powiększenie" z opowieściami kobiet, jak oszukał je świeżo poznany kochanek albo sąsiad. Wszystkie ze zdjęciami: kobieta i kochanek oszust, kobieta i sąsiad łobuz.

- Nie wiem, czy akurat prawda ma największe znaczenie - zastanawia się Jacek Wąsowicz, redaktor jednego z kolorowych tygodników. Ale kobiety naprawdę do nas piszą.

- A zdjęcia?

- Nie zawsze bohaterki chcą się fotografować. Więc trzeba coś wymyślić.

W jednym z ostatnich numerów zamieszczono historię kobiety, która dała się nabrać mężczyźnie spotkanemu w autobusie na wycieczce zagranicznej i wręczyła mu swoją biżuterię. Do tego zdjęcie kobiety wręczającej obrączkę mężczyźnie.

- Ja tego faceta znam - Wąsowicz wpatruje się w oszusta. - To chyba ktoś z naszej redakcji technicznej.

Zbrodnię pokazujemy gustownie

- Mamy zasadę: wszystkie fakty muszą być prawdziwe, nawet jeśli są nieprawdopodobne - twierdzi Teresa Kardacz, redaktor naczelny "Nowego Detektywa". - Weźmy taką sprawę z wypadkiem. Pogrzeb wymusił pierwszeństwo przejazdu i zderzył się z autobusem. Niesamowite, ale prawdziwe. Obrzydlibyśmy sobie samym, gdybyśmy epatowali zbrodnią. Zarzucają nam, że pokazujemy czarną rzeczywistość. Ale ona taka jest.

Niestety okazało się, że czytelnikom podoba się epatowanie zbrodnią i seksem. Dzwonią i domagają się, żeby redaktorzy nie poprzestawali na suchym napisaniu: "Przez godzinę torturowali Feliksa F." albo "W trójkę zaciągnęli Justynę G. do lasu". Żądają szczegółowego opisu, co działo się w ciągu tej godziny tortur albo w lesie. - Wtedy kierujemy ich do innych pism - wyjaśnia Teresa Kardacz. - My pokazujemy zbrodnie z gustem i umiarem. A czasem staramy się śmieszyć.

Dla rozśmieszenia czytelników reporterzy opisali autentyczną historię pewnej babci, która wypięła gołą pupę na nie lubianego sąsiada.

- A sąsiad chlup na nią farbą olejną. Nie mogli jej doczyścić. Reportaż zatytułowaliśmy "Zamalowana". Czytelnicy dzwonili z gratulacjami.

Gajos kocha się z żoną na drzewie

Klaudia pracuje już w trzeciej redakcji pism kobiecych. Na przyjęciach zbiera plotki, a kiedy nie ma prawdziwych, próbuje je tworzyć.

- Nie ma znaczenia, gdzie pracuję teraz, wszędzie jest podobnie. Robi się to tak: puszczamy fotografa, dajmy na to za Bogusławem Lindą. Chodzi za nim i pstryka. Jak Linda wejdzie do sklepu ze zdrową żywnością, to już można napisać: "Czy kolejna narzeczona kazała Lindzie zostać wegeterianinem?". Kupi szampana i już mamy tytuł: "Komu Bogusław Linda kupił szampana?". A ostatnio dostaliśmy zdjęcie zasmuconej znanej aktorki. Poszło z wielkim tytułem: "Czy Anna P. ma raka piersi".

Janusz Gajos trafił na rozkładówki plotkarskich gazet z powodu wanny i drzewa. Napisał do "Gazety" list: "Od jakiegoś czasu czytuję o sobie w różnych bardzo kolorowych pisemkach rzeczy zdumiewające. (...) Ostatnio przeczytałem, że uwielbiam spędzać czas na strychu i w dwuosobowej wannie, która napełnia się dzięki urządzeniu uzdatniającemu wodę (urządzenie kosztowne - 24 mln starych złotych), że mógłbym uprawiać seks na drzewie itd., moje życie prywatne trochę się skomplikowało. Żona zamyka strych na kłódkę, żąda, żeby wannę napełniać wodą mineralną i robi przytyki do owych 24 mln, które gdzieś przepadły. Domaga się również, żebym jak najszybciej zasadził obok domu jakieś pokaźnych rozmiarów drzewo".

Ładny wykres z procentami

Tomek właśnie skończył sondaż: "Co Polacy sądzą o miłości francuskiej?"

- OBOP i CBOS zwykle przepytują około tysiąca osób. Pomyślałem sobie, że będziemy lepsi - śmieje się. - Napisałem, że zapytaliśmy 2389 mężczyzn i 2105 kobiet. Wymyśliłem, że miłość francuską aprobuje 34 proc. mężczyzn i 33 proc. kobiet. Przyszedł szef i postukał się w czoło. - Zwariowałeś? Dlaczego tylko tyle? - zapytał. No to przekreśliłem i wpisałem 87 proc. mężczyzn i 79 proc. kobiet. - No, nie przesadzajmy - zadecydował redaktor. Niech będzie 68 i 55 proc.

O miłości francuskiej wypowiedzieli się na łamach "Czasu na relaks": Franciszek R. (45 lat) - urzędnik z Białej Podlaskiej (ubolewa, że żona nie zawsze chce), Jan H. (23 lata) - bezrobotny z Kutna (uwielbia to robić) i Agnieszka D. (26 lat) - dziewiarka z Żyrardowa (robi to, ale tylko ze swoim chłopakiem.). - Wyszedł nam bardzo ładny wykres.

Zbrodnia jest w cenie

- Dobra zbrodnia jest w cenie, ale na co dzień mamy prozaiczne sprawy. Ot, mąż zabił po pijanemu żonę tłuczkiem do mięsa. Koledzy popili się po pracy, jeden wyciągnął brzytwę i zarżnął drugiego - zamyśla się zastępca redaktora naczelnego "Nowego Detektywa" Franciszek Lewicki.

Tak wygląda każda strona "Nowego Detektywa". Z wyjątkiem rozkładówki. Na rozkładówce można przeczytać krótkie doniesienia agencyjne ze świata. W ostatnim numerze wiadomość z Chicago. Ojciec przyłapał znajomego na igraszkach z nieletnią córką i dał mu do wyboru: obije go, oskarży na policji albo przestrzeli pośladki. Przyłapany wybrał przestrzelenie pośladków.

- Ta rubryka nie jest stuprocentowo prawdziwa - przyznaje Lewicki.

- Nie można było wymyślić czegoś bardziej wystrzałowego?

- Ale to jest przynajmniej prawdopodobne - protestuje Lewicki.

Iwona z Suwałk lubi menedżerów

W każdym numerze "Czasu na relaks" są rozbierane zdjęcia innej dziewczyny: Iwony z Suwałk, Joanny z Zielonej Góry, Doroty z Wałcza... i ogłoszenie: "Dziewczyny, możemy i was sfotografować. Piszcie do nas".

- Iwonę z Suwałk wymyśliliśmy na poczekaniu - śmieje się Tomek. - Wszystkie zdjęcia przychodzą z Niemiec. Siadałem i dopisywałem do nich historie. Do Iwony np. taką, że lubi facetów w eleganckich garniturach. Kocha się z nimi w wannie, a na co dzień jest ekspedientką w sklepie spożywczym. One muszą wydawać się przeciętne: sekretarka z Małkini, urzędniczka ze Stargardu...

- A polskie dziewczyny się nie zgłaszają?

- Cała masa chce się rozebrać. Ale pomyśl tylko. Zdjęcia z Niemiec mamy za darmo. Jakbyśmy chcieli wziąć jakąś prawdziwą Iwonę z Suwałk, trzeba by opłacić jej podróż do Warszawy, fotografa, makijaż, kostiumy, wynająć studio, no i zapłacić honorarium. A u nas obowiązuje minimalizacja kosztów.

Do "Iwony z Suwałk", "Kasi z Mławy" i innych przychodzą na adres redakcji setki listów. Do każdej dziewczyny na rozkładówce pisze Piotr L. z Grójca. Do Iwony napisał: "Proszę pani, byłem w Suwałkach i widziałem panią w sklepie. Czy moglibyśmy się spotkac?". Do Kasi (która woli pieszczoty z kobietami) napisał: "Proszę pani, po co pieścić się z kobietami. Ze mną byłoby o wiele przyjemniej".

Ze zgłoszeniami polskich dziewczyn nie wiadomo co robić. Większość przysyła dla zachęty swoje rozebrane zdjęcia.

- Mamy w redakcji wielkie pudło z tymi zdjęciami. Czasem biorę do domu i oglądamy sobie z kumplami przy piwie - chwali się Tomek.

Piotr Gąssowski jest szczęśliwym ojcem

Wydawca nie chciał się pochwalić, jak wymyślił wannę Janusza Gajosa.

Jacek Wąsowicz z konkurencji jest zaskoczony reakcją Gajosa.

- Przyjął to na poważnie. Powinien to traktować jako reklamę. Ja bym się nie obraził, gdyby ktoś napisał o mnie, że ludzie mówią, że lubię szybką jazdę samochodem i często łamię przepisy drogowe.

Czytelniczki żądają plotek, pisma starają się ich dostarczać.

- Te informacje są rozrywkowe, ale powinny być prawdziwe - mówi Wąsowicz. - Tylko że osoby publiczne nie przyzwyczaiły się do tego, że się o nich pisze i czasem obrażają się o to, że nasze teksty i zdjęcia atakują czytelnika krzykliwymi tytułami, sposobem ułożenia na stronie. I ptaszkiem. Ptaszkiem nazywamy w redakcji taką najważniejszą sprawę, wokół której zbudowany jest tekst.

- Ale ja często nie rozumiem ptaszka - zwierzam się. - W kilku pismach znalazłem masę informacji o narodzinach dziecka Piotra Gąssowskiego. Wiem, jak się nazywa dziecko, jak się czuje, jakiego koloru ma pieluchy. Nie ma ani słowa, kim jest Piotr Gąssowski. Wygląda sympatycznie, ale kto to jest?

- Ja też nie wiem, kto to jest Gąssowski - przyznaje Wąsowicz. - Ale to ciekawa sprawa. Zadzwonimy do autora i sprawdzimy.

W redakcji nie wiedzą, ale wreszcie kolejna osoba wyjaśnia tajemnicę ptaszka. Piotr Gąssowski w telewizyjnym talk show "Wieczór z Alicją" czyta wiadomości.

- No właśnie. Próbujemy, ale nie zawsze można pisać o kimś, kogo każdy zna - wyjaśnia Wąsowicz.

Małgorzata C. z Wołomina usuwa ciążę

Kiedy Tomka przyjęto do pracy w "Czasie na relaks", redakcyjny fotograf pstryknął Tomkowi kilka zdjęć. Jak rozmawia z koleżanką z kadr, pisze na komputerze, je kanapkę. Kilka tygodni później w "Czasie na relaks" zobaczył zdjęcie z koleżanką ilustrujące tekst "z życia" - "list czytelnika", który opisał, jak na przyjęciu spotkał starszą o 15 lat kobietę. Nieznajoma poderwała go, zaprowadziła do łóżka. Spędzili upojną noc, mieli pięć orgazmów.

Od tej pory Tomek uważnie czyta "Czas na relaks". - Zdjęcie się nie powtórzyło, ale boję się, co będzie, jak kiedyś rzucę tę robotę?

Prawie w każdym numerze występują fotografowie, którzy fotografują się nawzajem ilustrując materiały "z życia": "Jerzy F. (54) w 25 rocznicę ślubu kupił fantazyjne prezerwatywy" albo "Wacław N. (34) telefonuje do kochanki" (dla uwiarygodnienia tekstu musimy zawsze podawać wiek - mówi Tomek).

Kiedy trzeba dać zdjęcie ubranej dziewczyny, fotografowie muszą ruszyć w miasto i poszukać kobiety.

Tak właśnie do "Czasu na relaks" trafiło zdjęcie urzędniczki rozmawiającej przez telefon. Ilustrowało reportaż o Bożenie M., której nie wystarczyła skromna pensja w ministerstwie i postanowiła dorobić sobie sekstelefonami. W godzinach pracy dzwonili do niej ludzie zwabieni anonsem "odkryj najdziksze żądze". Fotograf popełnił błąd. Zamiast sfotografować redaktorkę, zrobił zdjęcie prawdziwej urzędniczce, która wystąpiła o odszkodowanie.

- Dlaczego po prostu nie ściągnąć z Niemiec zdjęcia urzędniczki?

- Przeważnie tak się robi. Ale chodzi o zachowanie realiów. Na niemieckim zdjęciu czasem obok urzędniczki leży niemiecka gazeta albo widać niemiecką rejestrację. A niekiedy po prostu nie ma czasu. Przeważnie pstryka się przypadkową kobietę. Może nie czyta "Czasu na relaks" i nie zauważy? Zdjęcie jest małe, często nie widać twarzy. Gdyby jednak urzędniczka przeczytała arty-kuł, trzeba ją przeprosić, wyjaśnić, że to pomyłka i obiecać ukaranie winnego.

Lekarka, której zdjęcie pojawiło się w "Grecie" obok reportażu "Małgorzata C. nigdy nie sądziła, że będzie musiała usunąć ciążę", zadowoliła się sprostowaniem.

- Zwykli ludzie przecież nie będą wytaczać procesu - twierdzi Tomek.

Do sądu wystąpił pewien dyrektor, kiedy zobaczył zdjęcie swojego domu, ilustrujące opowieść o studentce, która uwiodła menedżera i doprowadziła do rozwodu.

- Wkrótce wydawnictwo ma zacząć wydawać mutację pisma w Azji. Ciekawe, jakie będą wtedy zdjęcia - fantazjuje Joanna. - Czy dadzą moje z kolegą i z podpisem "Li Wu z Szanghaju ma romans z komiwojażerem Wang Kuo"?

Pan Józio pisze reportaż

Kiedy Joannę przyjęto do pracy, była przerażona.

- Pierwszego dnia wszedł naczelny i dał koledze zdjęcia. Powiedział: panie Józiu, proszę napisać do tych zdjęć tekst "byłam dodatkiem do samochodu". Józio usiadł i z głowy napisał reportaż o kobiecie, którą mąż traktował jako dodatek do mercedesa. Pomyślałam: no, ja tak nie potrafię. Ale w końcu się nauczyłam.

Kaśka z "Grety" zrezygnowała. Była świeżo po studiach dziennikarskich. Napompowana teorią. Szefowa dała jej temat "dzieci wykorzystywane seksualnie".

- Chciałam omówić temat - przypomina sobie Kaśka. - Zapytać o jakieś kontakty, pojechać gdzieś, porozmawiać z policją, prawnikami. Szefowa fuknęła na mnie, żebym się nie wygłupiała. Powiedziała: Jest pani inteligentna, czyta pani gazety, ogląda telewizję. Wymyśli pani ze dwóch bohaterów i gotowe.

Do reportażu trzeba było zrobić zdjęcia dzieci. - Fotograf poszedł na plac zabaw: "No, mała zrób smutną minkę, a wujek cię sfotografuje i da cukierka" - opowiada Kaśka.

Zuzanna R. zabezpiecza mieszkanie

Dorota Grobicka zaczęła czytać kolorowe tygodniki niedawno. Ze strachu.

- Rok temu sąsiadka, która pracuje w "Nowoczesnej Gospodyni", zapytała, czy nie zgodziłabym się pozować do zdjęcia. - Piszę artykuł o zabezpieczeniach mieszkań - wyjaśniła. - A pani ma podwójne drzwi i dużego psa.

Dorota Grobicka zgodziła się. Na zdjęciu wyszła nawet nieźle (jako Zuzanna R.). Razem z drzwiami i psem.

Kilka miesięcy temu zadzwoniła przyjaciółka i zapytała Grobicką, czy ma rozdwojenie jaźni i nie poznaje własnego teścia? Przyniosła "Do przodu" - tygodnik należący do tego samego koncernu co "Nowoczesna Gospodyni" i "Czas na relaks". Tym razem zdjęcie Doroty Grobickiej ilustrowało tekst o kłopotach z psem. Dorota Grobicka (w tekście przedstawiona jako Bożena Z.) skarżyła się, że nie ma co zrobić z psem, kiedy wyjeżdża na wakacje. Postanowiła zostawić go sąsiadowi. Niestety, pies u sąsiada wył, a nawet zniszczył boazerię. Sąsiad obraził się na psa i Bożenę Z. Tym razem ze zdjęcia wykadrowano podwójne drzwi, a pojawił się teść (jako sąsiad Stanisław Ł.)

- Zapytałem sąsiadkę dziennikarkę, o co chodzi i zażądałem zwrotu zdjęć. Zaczęła się wykręcać, mówić, że ona nic nie może zrobić, a potem gdzieś wyjechała.

Dorota Grobicka nie czytała wcześniej tygodników kolorowych. Teraz czyta. Boi się, że w "Czasie na relaks" zobaczy zdjęcie z teściem, bez psa i reportaż o Annie T., która miała romans ze znacznie starszym szefem, ale w łóżku było im wspaniale.

Dorota czytała "Do przodu" przez kilka miesięcy. Pewnego razu trafiła na artykuł "Dermatolog radzi". Zaczęła czytać, bo ma kłopoty ze skórą.

A później zobaczyła zdjęcie dermatologa, który polecał najnowsze mydło. Znała go - umarł cztery lata temu.

- Można też na to spojrzeć optymistycznie. On rzeczywiście był dermatologiem.

Symboliczna wróżka

- Jak długo można czytać o pijaku, co się zabił siekierą - zastanawia się Ireneusz Sewastianowicz. - Ludzie chcieli czegoś innego. Zmęczyli się polską zbrodnią. Żądali np. inteligentnych oszustów w typie Arsena Lupin. A skąd ja wezmę prawdziwych? Wszyscy zmyślają.

- Nawet "Okrutne zbrodnie", potentat na rynku kryminalnym?

- Jasne - wzrusza ramionami. - Chociaż mieli jeden, autentyczny materiał. Chyba przez pomyłkę.

- A na przykład "Nowy Detektyw"?

- Wymyśliłem im kilka bardzo ładnych historyjek - śmieje się Sewastianowicz.

W "Gorących Nowinkach" ukazał się niedawno reportaż o inkasencie Januszu Bogdańskim. Są jego zdjęcia, opowieść o tym, jak wszedł do wieżowca i w windzie spotkał trupa, którego rodzina chciała zwieźć do stojącej na parterze trumny. Zdjęcia rodziny goniącej trupa schodami.

Zagraniczny koncern nie chciał skomentować opowieści o inkasencie. Jacek Wąsowicz ma prywatną teorię.

- Niby taka historyjka nie jest nikomu potrzebna, ale przecież ubarwia życie. Najważniejsze, że pisma są kupowane - twierdzi Wąsowicz.

Sewastianowicz: - Lepiej się czuję psychicznie robiąc "Tropem zbrodni". Czytam "Wyborczą" - a tam czasem w jednym zdaniu są trzy fakty. A przecież do każdego faktu ktoś może przysłać sprostowanie, można się pomylić i gotowa afera. A u nas: czy teść zabił zięcia, czy zięć teścia to wszystko jedno. Żaden przecież nie przyśle sprostowania.

Kiedy zdjęcie Tomka z koleżanką ukazało się w "Czasie na relaks", zadzwoniła matka. Sąsiedzi pokazali jej zdjęcie. Spytała, czy z żoną źle mu się układa, chciała przyjechać.

- U nas pod Olsztynem nikomu nie przyszło do głowy, że to blaga - tłumaczy Tomek.

Kaśkę fotograf chciał sfotografować przy drodze. - Zapytałam, czy to nie będzie tekst "z życia" o "tirówkach". - No tak - wyznał niechętnie.

- Już nigdy nie dam się sfotografować. Rodzina by chyba umarła, gdyby mnie zobaczyła "dorabiającą" w tirach. Przecież ludzie naprawdę wierzą w to, co wypisujemy.

Klaudia nie tak dawno wymyśliła sposób na zdrowe i piękne włosy.

- Napisałam, że włosy zniszczone po trwałej można posmarować smalcem. Potem wydzwaniały jakieś kobiety i narzekały, że śmierdzą. Na poczekaniu wymyśliłam, że powinny wcierać w głowę śmietanę. Naprawdę w to uwierzyły.

Niedawno w "Nowym Detektywie" ukazał się artykuł o wróżce, która nigdy się nie myliła. - Zwykle nie przyjmujemy takich materiałów, ale zrobiliśmy wyjątek ze względów literackich - mówi Teresa Kardacz z "Nowego Detektywa". - Zasypały nas listy. Wszyscy chcieli dostać adres wróżki. I to nas zaskoczyło. Ludzie zupełnie nie zrozumieli, że ta wróżka była symboliczna.

Łatuszyński: - Zaproponowałem czytelnikom zabawę. Nieważne, co jest prawdziwe, a co nie, pismo ma przecież bawić, a nie ogłupiać albo podglądać. A czy ktoś wierzył?

- Nie wydawałem pisma jako dziennikarz, ale drobny biznesmen - wyjaśnia Sewastianowicz. - Skoro istnieje zapotrzebowanie na seks i zbrodnię, to można na nich dorobić do pensji.

- Ile jest teraz prawdy w piśmie? - pytam redaktora naczelnego jednego z pism kryminalnych.

- Ja wierzę w rzetelność autorów.

- Ale tak szczerze?

- Tak szczerze, to wszystko jest zmyślone.

Justynę Z. gwałcą kosmici

Nie ma już "Rewelacji", w "Nowych Skandalach", które jeszcze pół roku temu donosiły o amerykańskich planach rozbicia Księżyca rakietami, teraz można przeczytać o domowym wyrobie win albo rozliczaniu PRL.

Grzegorz Łatuszyński wydaje literaturę, czasem tylko zastanawia się, że może społeczeństwo nie dorosło do takiego pisma jak "Rewelacje".

- Rewelacji potrzeba ludziom żyjącym w nudnym i bogatym świecie - twierdzi Łatuszyński. - A u nas politycy dostarczają tylu prawdziwych rewelacji, że może nie ma potrzeby na zmyślone sensacje?

Ale... Już po napisaniu tego artykułu pojawił się na rynku nowy tygodnik - "Super Wamp". Na okładce wielki tytuł: "Gwałciciele z kosmosu". W środku duży reportaż o Justynie Z. z Jeleniej Góry, którą zgwałcili dwaj kosmici z latającego spodka ("Stwierdzili, że brakuje mi fluidów i postanowili mnie naładować").

Na końcu dopisek autora: Imię bohaterki reportażu zostało zmienione.

 

 

Tytuły tygodników niemieckich i imiona bohaterów zostały zmienione. Nie udało mi się porozmawiać z przedstawicielami wydawnictwa. Umawiałem się dwa tygodnie na rozmowę z prezesem niemieckiego koncernu. W przeddzień spotkanie odwołano. - Boimy się, żeby coś nie zostało zmyślone - wyjaśniła sekretarka.