Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Przegląd - 2003-12-10

 

 

MAŁGORZATA BRĄCZYK

Telewizja króliczków

 

 

W pierwszym programie włoskiej telewizji prowadzący rozebrał się do majtek, żeby podnieść oglądalność.

Włosi uważają, że ich telewizja jest głupia i fa schifo (budzi obrzydzenie). Tak samo myślą o swoich widzach po drugiej stronie szklanego ekranu, inaczej nie karmiliby ich bezwartościową papką medialną. A jednak przeciętny Włoch spędza przed telewizorem co najmniej cztery godziny dziennie, zaś po drugiej stronie trwa prawdziwa batalia o widza.

 

O tym, jaką oglądalność osiągnęły poszczególne programy, informują nawet wieczorne wiadomości i poważne ogólnowłoskie dzienniki jak "La Repubblica" czy "Corriere della Sera". Freud nie miałby wątpliwości - to typowy układ sado-maso.

Widzowie mają do wyboru trzy naziemne kanały telewizji publicznej: RaiUno, RaiDue, RaiTre, trzy kanały Berlusconiego, Canale 5, Rete 4 i Italia 1, oraz zdobywający coraz więcej widzów kanał o nazwie La Sette. Różnice pomiędzy telewizją publiczną a prywatną można dostrzec rzadko - jeśli prezydent Ciampi składa życzenia noworoczne, to znaczy, że jesteśmy w którymś z trzech programów publicznych RAI (nieważne, w którym, bo wszystkie trzy transmitują przemówienie prezydenckie). Innych odmienności brak. Telewizja publiczna wraz z pojawieniem się prywatnego konkurenta zaczęła proces przyspieszonej komercjalizacji i w efekcie w krótkim czasie stała się równie głupia, goła i wulgarna.

Zasiadając z pilotem przed telewizorem, ma się wrażenie, że ramówki programowe państwowego RAI i Mediasetu Berlusconiego są układane na złość widzowi - jeśli jest jakiś godny obejrzenia program albo film, to po pierwszej w nocy albo bardzo wcześnie rano. W pasmach normalnej oglądalności stacje prywatne i państwowe prześcigają się w nijakości. Największe emocje budzi niedzielne popołudnie. W Canale 5 program pt. "Buona Domenica" prowadzi medialny guru, Maurizio Costanzo. Rozmowy z publicznością o wszystkim i o niczym, zaproszeni goście, tancerki, tancerze, dla urozmaicenia skoki wzwyż (skacze również publiczność - zwłaszcza panienki w krótkich spódniczkach i szpilkach). Gdy się zmęczą, śpiewają stare włoskie piosenki i tańczą. Korowód rozwija się i zwija, panienki kręcą tyłeczkami, Costanzo przygrywa na instrumencie dętym. Są też filozoficzne pytania do publiczności dotyczące duszy albo dociekania o psychologicznym podtekście - czy można przebaczyć zdradę. I tak przez sześć godzin.

W tym samym czasie RaiUno emituje program o nazwie "Domenica In". Rozebrane panienki, chóralne śpiewy, trochę sportu, dla odróżnienia wbijanie goli do bramki. Prowadzi Paolo Bonolis. Ten sam, który jeszcze trzy tygodnie temu brylował na antenie Mediasetu, ale otrzymał propozycję nie do odrzucenia - kilka milionów euro za trzyletni kontrakt. Taką ofertę można dostać jedynie z RAI.

To nieodosobniony przypadek, że telewizja publiczna kupuje ludzi u prywatnej konkurencji. Czasy, kiedy działo się odwrotnie, już dawno minęły. Zresztą RAI osiągnął swój cel - niedzielny program przebił pod względem oglądalności konkurencję. Widać powtórzenia z Canale 5, w końcu Bonolis przez całe lata był tam gwiazdą. Zanosiło się nawet na proces sądowy o kradzież idei, ale ponieważ Bonolis był w większości autorem prowadzonych przez siebie programów, trudno go oskarżyć, że kradnie pomysły samemu sobie. Tak więc do procesu pewnie nie dojdzie, ale za to będzie poród. Włosi na szklanym ekranie widzieli już wszystko, łącznie z oświadczynami i ślubami, seks to bułka z masłem. Brakowało jedynie narodzin. Telewizja publiczna pospieszyła zapełnić lukę. Dziecko jest w trzecim miesiącu życia płodowego, "Domenica In" pokazuje na razie zdjęcia USG (czuła matka za każdym razem się wzrusza), oczywiście pokaże też poród. Tak wygląda wydarzenie medialne w rozumieniu ludzi robiących włoską telewizję.

Problemy z trzema narzeczonymi

Nie lepiej od niedzieli wypada sobota. W RaiUno niekończący się spektakl rozrywkowy pt. "Torno sabato e tre". Plejada gości. Dużo zgiełku i grubiańskiego humoru, który podobno Włosi lubią.

27 września pierwszą część tego programu, czyli do 22.50, oglądało ponad 8 mln osób (przeszło 55% publiczności przykutej w tym czasie do telewizora). Trochę ponad 25% widzów wybrało konkurencję - Canale 5 i program "C'e posta per te" ("Jest do ciebie poczta"). Prowadzi go Maria De Filippi, obecna żona Maurizia Costanza.

Autorzy programu "C'e posta per te" serwują widzowi historie z życia wzięte - np. mężczyzna porzuca żonę i kilkumiesięczne dziecko, ślad po nim ginie. Ale oto pojawia się po 40 latach, smętny i goły jak święty turecki, chcąc wrócić do rodziny. Albo dziecko wychowane przez samotną matkę dorasta i pragnie poznać ojca. Oczywiście, dochodzi do spotkania przed kamerami, wszyscy płaczą ze szczęścia. Albo nieszczęścia, czasem oglądane historie nie kończą się happy endem. Podobny program prowadziła przed laty w publicznej telewizji Rafaella Carra. Też było dużo łez. Zresztą nie jest to jedyny przypadek podobieństwa. Zdarza się bardzo często i trudno byłoby dociec, kto był pierwszy, telewizja publiczna czy prywatna.

Maria, jak na gwiazdę przystało, nie ogranicza się jedynie do soboty, każdego popołudnia proponuje widzom swoje programy "Amici" oraz "Uomini e donne". Analogiczny program dla telewizji publicznej prowadzi Alda D'Eusanio. Obydwie damy włoskiej TV zapraszają gości, którzy rzecz jasna opowiadają o sobie i nurtujących ich problemach - np. młody dżentelmen ma trzy oficjalne narzeczone, nie licząc nieoficjalnych, narzeczona numer jeden, dowiadując się o wszystkim, stawia ultimatum (przed kamerami): ja albo reszta, lub - dziewczyna odkrywa, że jej narzeczony rozbiera się w klubie nocnym i gra w filmach pornograficznych; żąda: znajdź sobie inne zajęcie albo żegnaj. Publiczność mityguje - przecież to normalna praca. I tak każdego popołudnia. Praktycznie wszystkie programy publiczne i prywatne mają swój talk show.

Ile dojków ma krowa?

Wieczorem królują kwizy. Najbardziej oglądanym jest "Passaparola" w Canale 5. Prowadzi go Gerry Scotti, w otoczeniu skąpo ubranych panienek. To letterine (literki), od kręcącej się tarczy z literami alfabetu, według której konkurenci odpowiadają na zadawane pytania. W innych teleturniejach panienki nazywają się schedine, veline itp. (te nowo powstałe wyrazy tak dalece zadomowiły się w świadomości Włochów, że wydawcy byli zmuszeni wprowadzić je do słownika języka włoskiego). Sukces velin i letterin jest tak duży, że 99% włoskich nastolatek na pytanie, co chciałyby robić w życiu, wybiera ten rodzaj kariery. Sculettare (kręcenie tyłkiem) to rodzaj trampoliny. Dziewczęta z prędkością światła, w kilka dni od pokazania się na antenie, stają się gwiazdkami szklanego ekranu.

Włosi robiący telewizję uwielbiają zapraszać się nawzajem. Oglądasz program A i widzisz, że jego prowadzący rozmawia z autorem programu B, za parę dni oglądasz program B i widzisz jako głównego gościa autora programu A. I tak w kółko. Robią sobie nawzajem reklamę, nawzajem się krytykują, wyzywają, wyśmiewają, plotkują o sobie, podglądają się, wykrzywiają się, naśladują itp. Bo telewizja włoska żywi się sama sobą, zjada własny ogon, informuje sama o sobie. Tak jak od 17 lat istnieje Auditel, ośrodek badający i informujący 24 godziny na dobę o oglądalności poszczególnych programów, tak istnieją rankingi obecności, czyli kto najczęściej był zapraszany do różnego rodzaju programów.

Inną cechą telewizji włoskiej jest to, że praktycznie nikt nie odchodzi na emeryturę. Mike Bongiorno i Raimondo Vianello, którzy rozkręcali włoską telewizję w 1954 r., są tam do tej pory. Z tą różnicą, że Bongiorno pod koniec lat 70. przeszedł (za wielkie pieniądze) do Berlusconiego. Kilka dni temu wystąpił w teleturnieju "Milionerzy" (Canale 5) dla VIP-ów. Dochód miał być przeznaczony na jakiś szlachetny cel. Weteran szklanego ekranu, któremu towarzyszyła wschodząca gwiazda Federica (pozowała nago do kilku bardzo śmiałych kalendarzy), zastanawiając się nad odpowiedzią na pytanie, ile dojków ma krowa, tłumaczył, że przecież są intelektualistami. (Włoscy showmani uwielbiają tak mówić o sobie). To Mike Bongiorno wprowadził nowy rodzaj reklamy. Otóż prowadzący program w pewnym momencie mruga porozumiewawczo do widza i mówi, że ma coś do zrobienia albo że chce mu udzielić porady, po czym udaje się do innego pomieszczenia - tutaj odgrywa scenkę mającą przekonać widza, że chrupki tej, a nie innej firmy są najlepsze na świecie albo że najlepiej można się wyspać na materacu takim, a nie innym itp. Po telepromocji czas na reklamę, tę normalną. Oglądając włoską reklamę telewizyjną, ma się wrażenie, że Włochom wszystko kojarzy się z jednym. Ponieważ ostatnie sondaże wykazały, że panów bardziej niż piersi ekscytuje damska pupa, ta część ciała praktycznie nie schodzi ze szklanego ekranu. Nie ma w tym przesady, zważywszy, że w przypadku Włoch aż 57% puli wydanej na reklamę trafia do telewizji (w Anglii - 33,5%, a w Niemczech 23%).

Miss pogodynka

Jeśli chodzi o programy informacyjne i publicystyczne, najbardziej oglądanym przez Włochów dziennikiem telewizyjnym są wiadomości satyryczne "Striscia la Notizia" emitowane w Canale 5 po głównym wydaniu wiadomości. To w tym programie tańczą na stole prowadzących dwie młode panienki (veline). Ten istniejący od 17 lat program wyśmiewa się ze wszystkich i wszystkiego. Częstym tematem jest Berlusca, ostatnio dziennikarze wzięli na cel płytę nagraną przez szefa rządu - jest nie tylko wykonawcą, ale i autorem piosenek w dialekcie neapolitańskim. Poważne dzienniki są albo za bardzo z lewa, albo za bardzo z prawa - najlepiej obejrzeć wszystkie, żeby sobie wyrobić obiektywne zdanie o tym, co się dzieje w kraju i za granicą. To samo dotyczy programów publicystycznych. Nawet najlepsi fachowcy (Guliano Ferrara, Gad Lerner) nie są w stanie uwolnić się od partyjnych inklinacji. Goszczący w programach politycy z reguły kłócą się między sobą i nigdy nie odpowiadają na pytania. Często już po kilkunastu minutach nie wiadomo, na jaki temat odbywa się debata. Do rzadkości należy, żeby gospodarz programu zadał jakieś niewygodne pytanie, a jeśli nawet to zrobi, żeby upierał się, aby dostać rzeczową odpowiedź. Jeremy Paxman z CNN, który zasłynął tym, że jednemu z rozmówców zadał 14 razy to samo pytanie, nie miałby we włoskiej telewizji szans. Włoscy redaktorzy traktują polityków po przyjacielsku. Najważniejsze nawet w poważnych programach są barzelletta i battuta (kawał, żart). Przykład z polskiego podwórka - w programie "Porta a Porta" (w RaiUno od poniedziałku do czwartku, po godz. 22) Bruno Vespa (to do jego programu zadzwonił na żywo papież) rozmawia z gośćmi o pracach nad konstytucją europejską i kontrowersjach dotyczących zapisu o chrześcijańskich korzeniach. Sprawę Polski kwituje Cossiga: "To paradoks, ale o tego rodzaju zapis walczy rząd komunistyczny i, co więcej, dotyczy to kraju, w którym połowa obywateli nie chodzi do kościoła. Cha, cha!".

Zupełnie niedawno telewizja publiczna w ramach odnowy zlikwidowała spikerki. Ich miejsce zajęły hoże panienki w typie szwedzkiej Pippi w seksownym wydaniu. Widać ten typ podoba się telewizyjnym decydentom, bo w Rete 4 podobne dziewczę prowadzi prognozę pogody. Niedawna miss Italia, niepokalana pod względem wiedzy meteorologicznej i geograficznej, jeździ pałeczką z jednego krańca kontynentu na drugi niczym z Warszawy do Podkowy Leśnej.

Skandal goni skandal

Telewizja włoska, ani prywatna, ani publiczna, nie podoba się Włochom. Franca Ciampi, żona prezydenta Republiki Włoskiej, nazwała ją deficiente (ograniczoną). Po krytycznym i ośmieszającym artykule na łamach "Financial Times" Tobiasa Jonesa, który wyznał, że wystarczy mu pięć minut, żeby kompletnie upić się widokiem wszechobecnych panienek w skąpych bikini, równie bezlitośnie wypowiedzieli się inni dziennikarze zagraniczni. Wolfgang Achtner z CNN: "Dziennikarstwo włoskie nie zasługuje na tę nazwę. To informacja państwowa. Włoscy dziennikarze nie wytrzymaliby pół dnia w obcej telewizji".

Dlaczego tak, a nie inaczej wygląda włoska telewizja? Nie wystarczy wieszać psy na Berlusconim. Medialny magnat wygrał demokratyczne wybory i szefuje rządowi od 2001 r. Publiczna telewizja przed tą datą nie była ani na jotę lepsza, niż jest teraz. Praktycznie od lat 80. zamiast dać widzowi rozumną i rozsądną alternatywę, goni prywatnego konkurenta. RAI jest gotowy na wszystko, żeby przebić Mediaset. To w pierwszym programie w paśmie największej oglądalności prowadzący, 60-letni Gianni Morandi, rozebrał się do majtek, żeby podnieść oglądalność, to RaiUno zaprosiła do swego niedzielnego programu Monikę Lewinsky - płacąc słoną gażę (do wywiadu nie doszło, bo Monice nie spodobała się scenografia w studiu oraz napis "Polityka i seks"), to znów RaiUno zapłaciła ogromne pieniądze za wywiad chłopakowi, z którym zaręczyła się przebywająca w więzieniu młodociana zabójczyni swej matki i brata. Tego rodzaju przykłady można mnożyć. Skandal goni skandal. Telewizja publiczna hojnie szafuje publicznymi pieniędzmi. Nakłada haracz na widza (roczny abonament kosztuje 97 euro), nie dając mu nic w zamian. Nic, czego nie daje mu telewizja prywatna. Za darmo. Problemem telewizji włoskiej nie są śmieci, te zdarzają się wszędzie. Sęk w tym, że we Włoszech to przeważająca oferta.