Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!



Gazeta Wyborcza - 15/01/2000

 

SOCREALIZM

 

ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA

TOWARZYSZE NIEUDANEJ PODRÓŻY (1)

Wiosną 1945

 

 

 

Borowski, ofiara stalinowskiego terroru, i Andrzejewski, przedwojenny żarliwy katolik, Konwicki, partyzant z wileńskiej AK, i Ważyk, świadek sowieckich zbrodni na Wschodzie. Dlaczego tak wielu polskich pisarzy poszło na służbę komunistycznej władzy?

I jak później od komunizmu odchodzili?

 

Nasi bohaterowie mogli zginąć w czasie tej wojny setki razy: w obozie koncentracyjnym, na zesłaniu w Rosji, ukrywając się po aryjskiej stronie na fałszywych papierach, w walce z Niemcami, Rosjanami. Ale przeżyli. Za chwilę będą głównymi ideologami nowej wiary, szermierzami socrealizmu. Ich żarliwość pociągnie za sobą innych, ich pryncypialność wzbudzać będzie strach, ich przywileje będą kłuły w oczy. Ale tej wiosny 1945 roku jeszcze wiele spraw potoczyć się może inaczej.

Dlaczego właściwie Jerzy Andrzejewski nie miałby, tak jak Jerzy Turowicz, z którym przyjaźnił się od lat (przed wojną wspólnie jeździli na medytacje do Lasek do ks. Władysława Korniłowicza, opiekuna duchowego tamtejszego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża), trafić do redakcji "Tygodnika Powszechnego"?

Tadeusz Borowski nie od razu zdecyduje się na powrót do kraju. Przeciwnie - zapowiada w liście wysłanym z Monachium do Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, redaktora naczelnego "Orła Białego", pisma armii Andersa, że przyśle mu wiersze. Dziś wiemy, że były tam gorzkie słowa o ojczyźnie w szponach NKWD. Czemu więc nie wyobrazić sobie Borowskiego na emigracji, jako współpracownika paryskiej "Kultury"?

A Tadeusz Konwicki? Przecież równie dobrze mógł jeszcze chwilę włóczyć się ze swym oddziałem po lasach Wileńszczyzny, aż aresztowałoby go i wywiozło w głąb Rosji NKWD. Mógł zresztą jako były akowiec trafić do więzienia i w Polsce. Albo wyemigrować. Razem z kolegami z partyzantki miał już przecież nawet zblatowaną załogę statku, który odpływał do Anglii.

Wiktor Woroszylski uważał się już wtedy za ideowego komunistę. Ale gdyby jego rodzice nie postanowili wyjechać z zajętego przez Sowietów Grodna, czy nie pisałby swoich rewolucyjnych wierszy w języku Majakowskiego? A może później jako rosyjski dysydent znalazłby się w łagrze? I może trafiłby tam na Juliana Stryjkowskiego, tymczasem, w 1945 roku, żyjącego w Moskwie na radzieckim paszporcie, któremu łatwo - gdyby do Polski nie wrócił - mógł przypaść los ofiary kolejnej antysemickiej czystki?

Tej pamiętnej wiosny 1945 roku, kiedy przez kraj przetaczała się radziecka ofensywa, a widok uciekających wojsk niemieckich przynosił nadzieję na zakończenie długoletniego koszmaru, chyba tylko Adam Ważyk nie musiał niczego rozstrzygać. Wyboru dokonał wcześniej. W sierpniu 1944 wkroczył w charakterze politruka z I Armią Wojska Polskiego do Lublina już jako zdeklarowany komunista. I jeszcze Kazimierz Brandys, ukrywający się w czasie wojny, gdyż podpadał pod ustawy norymberskie, uważa, że wiosną 1945 r. jego droga była już przesądzona - nie miał żadnych wątpliwości, że życie zawdzięcza wkraczającej do Polski Armii Czerwonej.

Polska specyfika

Kiedy nasi bohaterowie mówili komunistycznej władzy pierwsze "tak", Polska znajdowała się w stanie chaosu, niepewności, destabilizacji politycznej i gospodarczej. Wiadomo było o wywózkach na Wschód, o aresztowaniach akowców, ale też nikt nie negował olbrzymiego wkładu krwi, jaki wnosiła w zwycięstwo nad faszyzmem Armia Czerwona. W lutym na ulicach i w urzędach pojawiły się plakaty "AK - zapluty karzeł reakcji". W marcu zwabiono do ZSRR i aresztowano przywódców Polski Podziemnej, przyszłych skazanych w tzw. procesie szesnastu.

Jednak nawet w Warszawie, gdzie gorycz klęski musiała być większa niż gdziekolwiek indziej w Polsce, ta wiosna była z najbardziej ludzkich powodów pełna radości. W gruzach na Marszałkowskiej w zaimprowizowanych knajpkach tańczono do białego rana. Skończyła się wojna. A poza tym wciąż jeszcze można się było łudzić nadzieją, że polski model socjalizmu będzie różny od sowieckiego. Zygmunt Zaremba, przedwojenny PPS-owiec i jeden z czołowych działaczy podziemia w czasie wojny, opisywał, jak zimą 1945 r. w Krakowie zobaczył rozklejony na murach i płotach afisz, na którym robotnik i żołnierz z Armii Berlinga, uzbrojeni w miotły, wymiatali faszyzm, hitleryzm i AK. Uznał, że to bezmyślny wybryk sowieckiego rysownika, nie rozumiejącego nic z polskiej specyfiki. - W końcu - tłumaczono sobie - Polska jest krajem, w odróżnieniu od azjatyckiego ZSRR, europejskim i cywilizowanym.

W programowym tekście "Wola Polski", napisanym w 1941 r. i wielokrotnie powielanym w kraju w czasie okupacji, Ignacy Matuszewski, przed wojną związany z obozem sanacji, od 1939 r. na emigracji, przedstawiał, "co czuje, co myśli, czego chce i o co walczyć będzie każdy Polak": "Nie ma ani płachetka ziemi polskiej do odstąpienia. Polski jest Lwów, za który - od strzał tatarskich, od kul austriackich, od bagnetów rosyjskich - oddało życie wielu Polaków. Polskie jest Wilno z Matką Bożą w Ostrej Bramie, z sercem Piłsudskiego. Na wschodzie przez wieki trwał najdalszy nasz szaniec, strażnica naszej wiary, nie do pomyślenia jest, by w przyszłości mogli tam panować obcy albo wrogowie. Polska należy do wspólnoty zachodnioeuropejskiej i nie może mieć żadnej łączności duchowej z krajem, którego średniowiecze jest tatarskie".

Ale i władze podziemne, i zmęczone wojną społeczeństwo wolało myśleć pragmatycznie. Szef Delegatury Sił Zbrojnych pułkownik Jan Rzepecki (który sam zostanie wkrótce skazany przez władze polskie na wieloletnie więzienie) we wspomnieniach pisanych na gorąco w 1945 roku odnotowuje, że wyroki w "procesie szesnastu" przywitał z ulgą: skoro nie było ani jednej kary śmierci, to znaczy, że wszystko może się jeszcze odwrócić. Zwłaszcza że równolegle dojrzewał kompromis - powstawał Rząd Jedności Narodowej z udziałem Stanisława Mikołajczyka. Profesor Krystyna Kersten uważa zresztą, że powrót Mikołajczyka z Londynu wywołał właśnie dlatego tak żywiołową radość zmęczonego wojną społeczeństwa, że stwarzał nadzieję na rozwiązanie polskich problemów w zgodzie z nowymi realiami, co położyłoby kres represjom i rozlewowi krwi.

Podziemne władze miały też świadomość, że ludziom na nic zda się niezłomność rządu londyńskiego, że trzeba próbować żyć w takim kraju, jaki jest. Rada Jedności Narodowej ("parlament" Polskiego Państwa Podziemnego) 17 maja 1945 apelowała: "Wzywamy was do powszechnej społecznej inicjatywy przy dziele odbudowy kraju. Stańcie samorzutnie do pracy konstruktywnej na wszystkich odcinkach odbudowy, w przemyśle, handlu, rolnictwie, komunikacji, oświacie itp. Słowem wszędzie, gdzie możecie pracować bez naginania swoich poglądów". I też: "Nie dajcie się sprowokować do zbrojnej walki".

W 1945 r. komunistom zależy na każdym, kto jest w stanie pogodzić się z koniecznością dziejową. Początkowo tyle im wystarczy. Władza próbuje przyciągnąć i przekabacić pisarzy, używając raczej marchewki niż kija, i kto chce, może się czuć zaproszonym do stołu. Nie gardzi młodymi, ale zależy jej szczególnie na pisarzach starszego pokolenia, już z dorobkiem. Kokietuje Marię Dąbrowską, Zofię Nałkowską, Jarosława Iwaszkiewicza, a nawet, gdy już wróci z oflagu, znanego z przedwojennych endeckich sympatii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Po latach wojennej poniewierki i pauperyzacji większość pisarzy przyjmuje awanse władzy wdzięcznym sercem. Fakt, że od razu ich przygarnęła i zabiega o ich względy, jest znakiem, jak to później określi Jacek Bocheński, że "komunizm to ideologia, która nie niszczy i nie otacza tych dziedzin obojętnością na rzecz zysku, handlu i pieniądza".

Prawo zdrady

Przekonanie, że oto wraz z wkroczeniem do Polski wyzwolicielskiej Armii Czerwonej bezpowrotnie kończy się pewna epoka, która zrodziła faszyzm, było tamtej wiosny dość powszechne. Nieliczni spośród późniejszych orędowników socrealizmu komunizowali przed wojną, jednak zdecydowana większość ofiar heglowskiego ukąszenia bynajmniej nie tęskniła do minionych czasów i zapewne podpisałaby się pod tym, co pisał o nich Tuwim w "Kwiatach polskich":


Gdy się szczycili krzepą pustą,

A we łbie grochem i kapustą,

Gdy bili Żydów z tej tężyzny,

Tak bili, rozjuszeni chwaci,

Że większy wstyd był za ojczyznę

Niż litość dla mych bitych braci.


Przedwojenna Polska kojarzyła się z demokracją bezradną wobec postępującej faszyzacji życia. Z narastającymi, nie rozwiązanymi problemami społecznymi. Z bogoojczyźnianą tromtadracją przypieczętowaną wrześniową klęską. Z gorączką patriotycznych emocji, które miały swój udział w decyzji o Powstaniu Warszawskim i w efekcie przyniosły setki ofiar i zniszczenie miasta.

Dla Pawła Hertza, przed wojną panicza z zasymilowanej, zamożnej żydowskiej rodziny, który lata wojny spędził rąbiąc drzewo na Syberii, a po powrocie do Polski związał się z bojowym organem marksistów "Kuźnica", koniec epoki nastąpił zresztą nie wiosną 1945 r., kiedy Polskę zajmowała Armia Czerwona, ale we wrześniu 1939. Bohater jego opowiadania "Ucieczka z krainy Lambertów" trafia do rodzinnego majątku pod Brześciem, gdzie schroniła się przed Niemcami część rodziny i przyjaciele w przeddzień wkroczenia Rosjan. Patrzy na miałkość świata, który jeszcze nie wie, że skazany jest na zagładę, na gościa, który zżyma się, gdy służący nie tytułuje go baronem, a przymierza do kradzieży samochodu należącego do niezasymilowanej części rodziny ("im Rosjanie nie zagrażają"), na pułkownika rozprawiającego o rychłym zwycięstwie polskiej armii, który ubiegnie barona i sam ucieknie skradzionym autem.

"Żegnać, opuszczać skazanych przez historię, opuszczać ich w chwili decydującej, w chwili, gdy los ich jest przesądzony, a nasz wybór może być jeszcze dokonany - pisał Hertz - to nie zawsze jest tchórzostwo lub zdrada. (...) Nikt nie ma obowiązku wierności dla rzeczy i spraw umarłych, gdy wie, że jak z wyjałowionej ziemi nic już z nich nie wyrośnie. Miałem prawo wyboru, miałem prawo zdrady".

W tamtym czasie częste było przekonanie, że klęska demokracji jest ostateczna, a do wyboru są dwa totalitaryzmy: faszystowski i komunistyczny.

Jerzy Andrzejewski: to był gniew

Kwiecień 1945. Jerzy Andrzejewski, 35 lat, szczupły, wysoki, delikatny, w rogowych okularach, wraz z Czesławem Miłoszem przemierza zgliszcza wymarłego Starego Miasta, szukając śladów po zagubionych przyjaciołach.

"Alfa chodząc tak ze mną po ruinach Warszawy, czuł, jak wszyscy, co ocaleli, gniew - napisze Miłosz w wydanym w 1953 r. na emigracji "Zniewolonym umyśle", gdzie, opisując mechanizmy akcesu do nowej rzeczywistości, pod łatwymi do rozszyfrowania kryptonimami (Andrzejewski jako "Alfa, czyli moralista") da portrety pisarzy, którzy poszli na służbę nowej władzy. - Gniew Alfy był skierowany przeciwko tym, którzy spowodowali klęskę: oto przykład, do czego prowadzi wierność nielicząca się z nikim i niczym, kiedy spotyka się z koniecznościami historii. Zaiste, on był jednym z odpowiedzialnych za to, co się stało. Czyż nie widział wpatrzonych w siebie oczu młodzieży, kiedy czytał swoje opowiadania na potajemnych wieczorach autorskich? Nie obwiniał Rosjan. Nie zdałoby się to na nic. Występowali oni jako siła Historii. Komunizm walczył z faszyzmem, a między dwie moce dostali się Polacy ze swoją etyką, nie opartą na niczym prócz wierności".

Andrzejewski już przed wojną wyrobił sobie pozycję uznanego pisarza i moralnego autorytetu. Pod koniec lat 30. zaczął gorliwie praktykować, jeździć do Lasek. Wydana w 1937 r. powieść 28-letniego Andrzejewskiego, której bohaterem był ksiądz z zapadłej wsi, a oś fabuły stanowiły tragiczne konflikty moralne, zyskała mu miano pisarza katolickiego. Później powie, że jego wiara trwała tyle czasu, ile potrzeba było do napisania "Ładu serca".

Przyjął posadę w "Prosto z mostu", trybunie skrajnej prawicy spod znaku ONR, ale odżegnywał się od polityki, pisał, że nakładanie na pisarzy tzw. obowiązków społecznych prowadzi do skarlenia sztuki. W 1938 r. wraz z kilkunastoma osobami ze świata kultury dołączył do zbiórki społeczności żydowskiej na pomoc dla 17 tysięcy Żydów z polskim obywatelstwem, których władze hitlerowskie odstawiły na polską granicę, a rząd polski przetrzymywał w przygranicznych stajniach. "Prosto z mostu" uczestniczących w akcji Polaków obrzuciło inwektywami "żydoluby, żydochwalcy i żydolizy", pytało, co zrobiono w Polsce dla pozbycia się żydowskiego "robactwa", i oświadczyło, że zrywa współpracę z Andrzejewskim.

Latem 1939 Andrzejewski, zauroczony Kresami i związany tam uczuciem, przeniósł się do Lwowa. 1 września, będąc akurat w Warszawie, opuścił miasto z pierwszą falą uchodźców. Rzeczy, książki, przyjaciela - wszystko już miał we Lwowie. Ale gdy dowiedział się o wkroczeniu Rosjan, wybrał niemiecką okupację i wrócił do stolicy. Tu był pełnomocnikiem delegatury rządu londyńskiego, przez jego ręce przechodziły społeczne pieniądze na wspomaganie twórców. Zapamiętano, że w stołówce literatów na Foksal nie podał ręki Janowi Emilowi Skiwskiemu, krytykowi i publicyście wydającemu kolaboranckie pismo "Przełom".

Po Powstaniu Warszawskim schronił się w Zakopanem. Tam odnajdują go przedstawiciele rządu lubelskiego i zawożą do Krakowa. Do niezniszczonego praktycznie wojną miasta przybywały wtedy tysiące ludzi, którzy znaleźli się bez dachu nad głową - szli piechotą, jechali na odkrytych platformach w zatłoczonych pociągach towarowych. Nowa władza stara się bardzo o względy pisarzy, znajduje ich po dworach, małych mieścinach, wsiach, proponuje posady, mieszkania, wieczory autorskie, publikacje. Andrzejewski jedzie do Krakowa rządowym samochodem.

Tam w początkach maja wraz z Miłoszem w biurze Filmu Polskiego zabiera się do pisania scenariusza filmu "Robinson warszawski", dla którego inspiracją jest opowieść Władysława Szpilmana - pianisty ukrywającego się w opustoszałej po klęsce Powstania Warszawie. (Późniejsze perypetie ze scenariuszem dobrze obrazować będą proces przykręcania śruby i stawiania pisarzom ideologicznych wymagań. Ale tego wiosennego dnia Andrzejewski jeszcze nie ma powodu przypuszczać, że w scenariuszu po interwencjach władz filmowych i cenzury postacią kluczową stanie się radziecki spadochroniarz, a Miłosz odmówi figurowania w czołówce filmu). Od czasu do czasu podchodzą do okna, gdzie widać od strony podwórka gmaszysko, zamienione niedawno na więzienie. Obserwują młodych mężczyzn, którzy próbują się opalać i za pomocą nitki oraz drutu wymieniają listy z sąsiednimi celami. Wiedzą, że to więźniowie polityczni, przede wszystkim akowcy, którzy - gdyby historia potoczyła się inaczej - chodziliby w glorii bohaterów narodowych. Miłosz uważa, że właśnie wtedy Andrzejewskiemu przemknęła po raz pierwszy myśl o napisaniu książki, którą znamy jako "Popiół i diament".

Adam Ważyk: to był strach

Wiosna 1945. Adam Ważyk spotyka w Krakowie Czesława Miłosza. Rzucają się sobie w objęcia. Miłosz wie o wolnym poniemieckim mieszkaniu przy ulicy św. Tomasza 26, ale nie ma pojęcia, jak załatwić sobie przydział. Prosi Ważyka o pomoc.

"Ruszyliśmy w stronę Urzędu Kwaterunkowego, który łatwo było rozpoznać, bo na budynek napierał gęsty tłum. Cywil w biało-czerwonej opasce, żeby wprowadzić trochę porządku, strzelał od czasu do czasu w powietrze. Ważyk szedł przodem i rozganiał tłum: »My z Lublina«" - opisuje to spotkanie Miłosz we wstępie do zbioru swojej korespondencji z przyjaciółmi "Zaraz po wojnie".

Obraz człowieka niskiego wzrostu, o lwiej głowie, z niebieskimi oczyma, w mundurze oficera Wojska Polskiego i wojskowych butach z cholewami, którego drobną posturę podkreśla nienaturalnie wielki nagan, powracać będzie jako stały motyw wspomnień z tamtych lat. To nie przypadek zresztą, że Miłosz na widok Ważyka pomyślał zaraz o mieszkaniu. Kapitan Ważyk, sekretarz generalny świeżo reaktywowanego Związku Literatów Polskich, już w lutym 1945 osobiście odzyskał z rąk stacjonujących tam żołnierzy radzieckich, którzy za chwilę ruszali na Berlin, kamienicę przy ulicy Krupniczej 22 na potrzeby ZLP. W tym czasie przez Polskę przemieszczały się dwa miliony radzieckich żołnierzy. Na plantach, wokół kościoła Mariackiego, na każdym skrawku wolnego miejsca koczowało wojsko, wszędzie widać było sowieckie mundury, na każdym kroku można było spotkać enkawudzistów. Aparat propagandowy nowego ładu pracował już pełną parą, z murów Sukiennic patrzyły na przechodniów gigantyczne portrety Rokossowskiego, Koniewa i Żukowa.

Adam Ważyk, z żydowskiej inteligenckiej rodziny, poeta (debiutujący w 1924 roku tomikiem awangardowych wierszy "Semafory") i tłumacz, po wkroczeniu Rosjan do Lwowa zostaje reporterem miejskim w "Czerwonym Sztandarze", powstałym z radzieckiego nadania Komitetu Organizacyjnego Pisarzy Lwowskich. Zasiadają tam obok niego Jerzy Borejsza, Władysław Broniewski, Mieczysław Jastrun, Jerzy Putrament, Julian Stryjkowski, Wanda Wasilewska.

Był na sali restauracji Aronsona, gdy 24 stycznia 1940 r. miała miejsce głośna sowiecka prowokacja. NKWD zaaranżowało tam kolację z udziałem grona polskich pisarzy, zakończoną pobiciem i aresztowaniem Aleksandra Wata, Władysława Broniewskiego, Anatola Sterna, Tadeusza Peipera. Enkawudziści wyprowadzali z sali kolejnych uczestników i ustawiali po prawej stronie tych przeznaczonych do aresztowania, po lewej - tych do wypuszczenia. Przez następne lata Ważyk będzie robił wiele, by zawsze znaleźć się po lewej, bezpiecznej stronie.

Ewakuowany w głąb ZSRR po ataku Hitlera w czerwcu 1941, z chwilą utworzenia w marcu 1943 Związku Patriotów Polskich został jego działaczem.

"Po raz pierwszy zetknąłem się z poezją Ważyka wcale o tym nie wiedząc - pisał w czasach stalinowskich partyjny wówczas krytyk, a dzisiejszy lustrator, autor "Hańby domowej" Jacek Trznadel. - Było to podczas pamiętnych dni wyzwalania Polski przez Armię Czerwoną i Wojsko Polskie w ofensywie styczniowej 1945 roku. Po raz pierwszy od lat wolne polskie wojsko! Szli żołnierze śpiewając »Marsz I Korpusu«".


Wczoraj łach, mundur dziś

Ściśnij pas, pora iść!

Ruszaj, Pierwszy Korpus nasz

Spoza gór i rzek na zachód marsz.


Autor "Marszu", Adam Ważyk, jest wtedy oficerem politycznym armii Berlinga. Odśpiewaniem tej pieśni kończy się sztuka "Ławka w Łazienkach" napisana dla teatru wojska polskiego, w której żołnierze armii Berlinga strzelają do kukiełek "wyobrażających faszystowsko-sanacyjnych winowajców wrześniowej klęski".

Kiedy w sierpniu 1944 Ważyk trafił do Lublina, z wojskowego willisa wysiedli wraz z nim major Jerzy Borejsza (przedwojenny komunista) oraz kapitan Jerzy Putrament (debiutował w wileńskich "Żagarach", skąd już przed wojną pożeglował do komunizmu). Każdy z nich spędził okupację po sowieckiej stronie i każdy odegra złowieszczą rolę w dziele sowietyzacji polskiej kultury. Ważyk tymczasem osobiście rozlepia po okolicznych wsiach, na budynkach szkolnych, parkanach plakaty z Manifestem PKWN. Borejsza, typ wizjonera, z rozmachem zajmuje się zakładaniem koncernu prasowego, w ramach którego powstaną m.in.: Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", dziennik "Rzeczpospolita", tygodnik "Odrodzenie". Tamtego wojennego lata 1944 roku wydał w Lublinie cztery tomiki wierszy, które rozpoczęły powojenną działalność wydawniczą, w tym Ważyka "Serce granatu".

Adam Ważyk, prócz - skrojonego na fason polskiego - munduru i nagana, przywiózł też ze wschodu język. Świetny tłumacz (przed wojną przekładał Apollinaire'a i Malraux, po wojnie - Puszkina, poetów francuskich, wreszcie Horacego) jest jednym z pierwszych, którzy twórczo przełożyli na polski radziecką nowomowę. Już w listopadzie 1944 po premierze "Wesela" Wyspiańskiego, pierwszej sztuki granej w Teatrze Wojska Polskiego w Lublinie, pisze w "Odrodzeniu" recenzję, gdzie stosuje wówczas jeszcze całkiem niezużyte sformułowania, jak "patos karłowatego imperializmu", "apetyty żarłocznej kliki", "rojenia głupca obszarniczego o podbojach" czy "niewidzialny dla publiczności prześwietny duch finansjery".

Julian Stryjkowski: to była nadzieja

Wiosna 1945. Julian Stryjkowski, czyli wówczas jeszcze Pesach Stark, jest w Moskwie. Pracuje w "Wolnej Polsce", organie Związku Patriotów Polskich.

Urodzonemu w Stryju w 1905 r. w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej II Rzeczpospolita niewiele miała do zaproponowania. Praktycznie były przed nim dwie drogi: syjonizm albo komunizm. Pesach spróbował obu. Zadecydował, jak sam uważa, przypadek: wysłał swoje opowiadanie po hebrajsku do miesięcznika literackiego w Palestynie i nie dostał odpowiedzi. Mimo doktoratu u profesora Juliusza Kleinera nie miał żadnych szans na posadę nauczyciela polskiego w polskiej szkole. Czas jakiś zatrudniał się w żydowskim gimnazjum. Marzył już wtedy o Kraju Rad, gdzie nie ma bezrobocia, a Żydzi zostają generałami.

Wstąpił do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, został aresztowany. Recytowanie "Balladyny" pomogło mu zdobyć pozycję wśród kryminalnych w więzieniu lwowskim Brygidki, gdzie spędził dziewięć miesięcy na przełomie 1935 i 1936 roku.

Wojna zastała go w Warszawie. Wyruszył na wschód. Dla "kosmopolity z wyłuskanym polsko-żydowskim sercem" - jak sam mówił później o sobie z tych czasów - 17 września 1939 nie był żadnym wstrząsem. Wierzył w mądrość towarzysza Stalina. Pierwszego spotkanego na drodze żołnierza Armii Czerwonej wyściskał jako przedstawiciela ojczyzny międzynarodowego proletariatu. Tuż po 17 września w Kownie patrzył na idących w szeregu ze spuszczonymi głowami polskich oficerów, w zakurzonych mundurach, ze zdartymi dystynkcjami. Później długo nie będzie kojarzył, że na końcu ich drogi był Katyń.

Autor "Wielkiego strachu", wydanej poza cenzurą w 1978 r. powieści o okresie radzieckiej okupacji we Lwowie, sam twierdzi, że się wtedy nie bał. Z pracy w "Czerwonym Sztandarze" zapamiętał Aleksandra Wata, skulonego, z narzuconym na ramiona płaszczem, jakby mu wiecznie było zimno, przerażonego, który - ilekroć otwierały się drzwi do pokoju redakcyjnego - dyskretnie odwracał głowę, czy to już. A także Ważyka, który po zniknięciu Wata czekał na swoją kolej, pokonując strach skrupulatną obróbką polszczyzny nadsyłanych maszynopisów, tak aby nie słyszeć, co się wokół dzieje.

Ale Stryjkowski wierzył, że partia jest nieomylna. Także wtedy, gdy został wyrzucony z posady korektora w "Czerwonym Sztandarze", ponieważ przeoczył jedną pałeczkę: zamiast XXI miało być XXII, a chodziło o rocznicę powstania Armii Czerwonej.

Tuż przed wejściem Niemców uciekł ze Lwowa. Przebył szlak tysięcy polskich uciekinierów: Kijów, Charków, Stalingrad, Kujbyszew, Taszkient. Jego wspomagał radziecki paszport i legitymacja "Czerwonego Sztandaru".

Do czasu. Ale w 1943 r., w przeddzień transportu, który miał go zawieźć na Sybir, odnalazła go Wanda Wasilewska. Sprowadziła do Moskwy, zatrudniła w "Wolnej Polsce".

W Moskwie dowiedział się od znajomego o powstaniu w warszawskim getcie, gazety o tym nie pisały. - Poczułem się znowu Żydem - powie. Przytłoczył go ciężar winy, że nie walczył razem z tamtymi. Zaczął pisać "Głosy w ciemności", pieczołowite wskrzeszenie zamordowanego świata sztetl, świata dzieciństwa, powieść, która zostanie wydana dopiero w 1956 roku.

Wiosną 1945 r. jeszcze wcale nie jest przekonany, czy wyjedzie z Moskwy. Nie śpieszy się, do Polski nic go nie ciągnie. Jest oczarowany radziecką stolicą, jej Teatrem Wielkim.

Po latach powie: "Do komunizmu skierowało mnie kompletne nieuświadomienie i zwykła potrzeba znalezienia sobie miejsca w życiu".

Wiktor Woroszylski: to był patos

15 marca 1945. Wiktor Woroszylski, któremu do 18 lat brakuje kilku miesięcy, wysiada na dworcu Łódź Kaliska. Pierwsze pociągi z repatriantami ze Wschodu przyjechały już w styczniu, rozpoczynając wielkie przemieszczanie, migracje, które zakończą się wysiedlaniem Niemców z ziem zachodnich i akcją "Wisła". Ale o tym młody Woroszylski nie ma powodu rozmyślać. Najpierw tydzień jechał z Grodna zatłoczoną repatriacyjną tiepłuszką z dymiącą pośrodku kozą. Potem w Kutnie za butelkę samogonu pijany komendant wpuścił go na węglarkę jadącą do Łodzi.

Woroszylski za komunistę uważał się od dawna. We wrześniu 1939, gdy do Grodna wkraczali Rosjanie, miał lat 12. Zafascynował go romantyzm filmów rewolucyjnych "My z Kronsztadu", "Czapajew", porwał patos "Dwunastu" Błoka i poezji Majakowskiego. Ojciec, lekarz, robił mu awantury o zawieszony nad łóżkiem portret Majakowskiego, jego chłopięcego idola. Wkrótce zaczęły się wywózki z Grodna, co tylko trochę ostudziło jego entuzjazm.

- Nie łączyłem tego w żadną całość. Przy mnie w domu nie rozmawiano o polityce - opowiadał nam przed śmiercią, tłumacząc, że różne okrucieństwa sowieckiej władzy okupacyjnej, których był świadkiem, kładł na karb wojny. - Dziś z przykrością myślę, że może rodzice bali się mnie, kilkunastoletniego komunisty.

W 1941 r. Grodno przeszło w ręce Niemców. Dwa lata później Woroszylski był na wiecu, na którym schwytany przez okupantów pułkownik armii kościuszkowskiej opowiadał o Katyniu i o swoich przeżyciach, najpierw w łagrach, potem pod Lenino, gdzie posłano Polaków praktycznie na śmierć. Ale nie będzie przecież wierzył niemieckiemu propagandziście.

W Łodzi niemal prosto z pociągu Woroszylski zgłasza się do dzielnicowego komitetu PPR. Tam, wręczając mu kilka dni później legitymację partyjną, pytają: "Dokąd chcecie iść? Do młodzieży? UB?". Ale młody entuzjasta nowego ustroju nie idzie pracować na żadnym z tych odcinków. W zaciśniętej pięści trzyma wiersz "Przed Berlinem", napisany schodkami z Majakowskiego w repatriacyjnej tiepłuszce. Zanosi go do "Głosu Ludu", gdzie zostaje przyjęty do pracy.

Woroszylski czuje się rewolucjonistą, uważa, że musi odważnie stawiać czoło większości, której marzy się powrót do Polski pańskiej i niesprawiedliwej.

"Nienawidziliśmy porządku świata, w którym przeżywaliśmy ten zły okres między dzieciństwem a młodością - będzie wspominał - gardziliśmy starszym pokoleniem, które nie zdołało światu temu zapobiec, i tęskniliśmy za wielkim zadośćuczynieniem, za nowym światem, budowanym na gruzach, światem nie tylko dobrym i sprawiedliwym, ale silnym, atakującym, dławiącym zło, bezlitosnym. Łaknęliśmy wielkiego podziału, w którym moglibyśmy stanąć po dobrej stronie".

Tadeusz Konwicki: to był szpan

9 maja 1945. Partyzancki oddział Tadeusza Konwickiego wkracza do Białegostoku, skąd zabierze się repatriacyjnym pociągiem. Konwicki ma 19 lat. Przed chwilą jego oddział wyszedł z lasu.

Prawdziwa przygoda, której nie mógł się doczekać, gdy uczył się na tajnych kompletach w Kolonii Wileńskiej - przygoda z bronią w ręku w VIII Brygadzie Oszmiańskiej AK - trwała krótko. Po rozgromieniu powstania wileńskiego Konwicki, pseudonim "Bóbr", włóczył się po lasach z topniejącym oddziałem "Tura", a po jego rozbiciu - w plutonie, który pod koniec liczył siedmiu ludzi. "Degenerujące się oddziały nie mogły być apetyczne ani podniosłe" - powie później, a swoje doświadczenia przetworzy w gorzką powieść "Rojsty", napisaną w roku 1947, wydaną dopiero w 1956.

Doświadczenie AK będzie mieć za sobą niejeden późniejszy apologeta systemu: Roman Bratny, Andrzej Braun, Aleksander Ścibor-Rylski. Tyle że dla tamtych wrogami byli Niemcy, a dla Konwickiego - również NKWD.

- Kiedy jechałem z Wilna do Polski, miałem adresy, kontakty do partyzantki - opowiada nam Konwicki. - Tymczasem zobaczyłem zupełnie inny świat. Wśród młodych ludzi był wtedy straszliwy głód życia.

Tyle razy o tym pisał i mówił, na tyle sposobów przetwarzał tamto doświadczenie, że można jego drogę opisać jego własnymi słowami. Był rozwścieczony, rozgoryczony. I wyposzczony po sześciu latach ascezy, wyrzeczeń fizycznych, materialnych, duchowych, intelektualnych. Wyszedł ze światka o powierzchni jednego powiatu, zabitego deskami. Zobaczył miasto, kawiarnie, teatry, gazety, stowarzyszenia. Przyłączył się, a wraz z nim setki tysięcy, tak w krajach pod sowiecką dominacją, jak i w krajach Zachodu. "To było w klimacie, w powietrzu. Na lewo - to był wtedy szpan".

- Odtworzenie tego czasu, tuż po wojnie - mówi nam - kiedy mojemu pokoleniu zawalił się cały świat, kiedy zawaliło się człowieczeństwo, kiedy wyszliśmy z krwawej łaźni i trzeba było na nowo budować świat - nie, tego wszystkiego nie da się przekazać. Mnie się wydawało, że receptą na wydobycie się z tej całej katastrofy, również moralnej, jest utopia socjalistyczna.

Podobnie jak bohater "Ucieczki z krainy Lambertów" Pawła Hertza, również bohater wydanej w 1956 roku książki Konwickiego "Z oblężonego miasta" broni prawa do zdrady. Po zapisaniu się do partii spotyka księdza z dawnych wileńskich czasów, który oskarża go o "wbijanie noża bezbronnym w plecy". "Później długo trawiłem w sobie to zdarzenie - monologuje bohater Konwickiego. - Zabolał mnie ten zarzut zdrady. Lecz czemu lub komu ja się sprzeniewierzyłem? Czy sprawie, którą mi narzucono, której nie wybierałem, gdyż nie było możliwości wyboru? Czy głupcy mają prawo domagać się wierności? (...) Aby przyjąć nową wiarę, trzeba bezlitośnie odrzucić stare gusła i zabobony, trzeba w sferze czynności intelektualnych wystąpić przeciw własnym uczuciom, przeciw kruszcom, które się w takim trudzie wyławiało z innej rzeki. A jeśli się nie pomieszczę śród nich? Śliskie zimno strachu objęło mi piersi. Nie mogę wrócić tam, skąd przyszedłem. Należy konsekwentnie iść naprzód. Nie chcę samotności, nie chcę".

Tadeusz Borowski: to była nienawiść

1 maja 1945. Więźniowie obozu w Dachau, ewakuowani przez Niemców z Auschwitz przed nadejściem Armii Czerwonej, zostają wyzwoleni przez Amerykanów. Jest wśród nich polski poeta Tadeusz Borowski. Waży 35 kilogramów i nie jest w stanie ustać na własnych nogach. Zostaje odtransportowany do obozu dipisów (displaced persons, których wojna rzuciła daleko od domów rodzinnych) na przedmieściu Monachium. Widzi tam demoralizację, złodziejstwo, pijaństwo. Waha się, czy wracać. Po wyjściu z obozu dipisów, we wrześniu 1945, spędza rok w Monachium. Tam powstaje jego pierwsze opowiadanie "Byliśmy w Oświęcimiu". Pisane wówczas wiersze świadczą o tym, że nie miał złudzeń, czego może się spodziewać po kraju pod sowiecką dominacją.


Tobie Ojczyzną - spokojny kąt

i kark, który posłusznie się gnie,

a mnie Ojczyzną - spalony dom

i rejestracja w NKWD.


Zapewne te właśnie wiersze chciał opublikować w "Orle Białym". Wiktor Woroszylski znalazł je w 1951 r. w jego pośmiertnych papierach; ćwierć wieku później wysłał je do paryskiej "Kultury".

Borowski, urodzony w 1922 r. w Żytomierzu na Ukrainie - na terenach, które po rewolucji przypadły Sowietom - wiedział dobrze, o czym pisze. Gdy miał cztery lata, ojca zesłali do łagru w Karelii, budował tam Kanał Biełomorski. Gdy miał osiem lat, matkę zesłali na Syberię, nad Jenisej. Pod opieką ciotki udało mu się przeżyć lata kolektywizacji i głodu. W latach 30. rodzina repatriowała się do Polski. W kilkanaście lat później Borowski napisze: "Miałem szczęście uczyć się w szkole radzieckiej, poznałem tam bohaterstwo Dzierżyńskiego i działalność Marchlewskiego. A potem w sanacyjnej »ojczyźnie« poznałem polski kryzys, karykaturę kryzysu imperializmu".

W sanacyjnej ojczyźnie skończył dobre gimnazjum. W czasie wojny uczęszczał na tajne komplety z polonistyki. Na kilka tygodni przed aresztowaniem swój poemat "Gdziekolwiek ziemia" (ze słynną frazą: "Zostanie po nas złom żelazny / i głuchy, drwiący śmiech pokoleń") odbił własnoręcznie na powielaczu w 165 egzemplarzach. Szukając w konspiracyjnym mieszkaniu swojej narzeczonej Marii Rundo, wpadł w kocioł. Był kwiecień 1943 roku. Na Pawiaku, gdzie go początkowo przetrzymywano, z okna celi przyglądał się płonącemu gettu. I on, i Maria zostali wywiezieni do Oświęcimia.

Miłosz w "Zniewolonym umyśle", w rozdziale pod tytułem "Beta, czyli zawiedziony kochanek", pisał o nim: "Był jedną rozjątrzoną raną, bezlitosny i nietolerancyjny. Świat taki, jaki był, był dla niego nie do zniesienia. Nihilizm Bety wynikał z pasji etycznej, z zawiedzionej miłości do ludzi. Partia odkryła, że jest w nim rzadki i cenny skarb: prawdziwa nienawiść. Beta był pojętny. W miarę jak zapoznawał się z dziełami teoretyków leninizmu-stalinizmu, przekonywał się, że to było właśnie to, czego szukał. Nienawiść, jaka w nim istniała, można porównać do burzliwej rzeki, niszczącej wszystko po drodze. Gnała naprzód bezużytecznie: cóż prostszego, jak skierować jej bieg w pożądanym kierunku, a nawet ustawić nad nią wielkie młyny, które będzie obracać? Cóż za ulga: nienawiść użyteczna, nienawiść w służbie społeczeństwa. Jego talent, jego inteligencja i zapał pchały go do czynu - podczas gdy ludzie mierni i ani zimni, ani gorący, lawirowali, próbując oddawać niemiłemu Cesarzowi tylko tyle, ile koniecznie potrzeba".

Kazimierz Brandys: to było ocalenie

Marzec 1945. Kazimierz Brandys, który okupację przeżył w Warszawie po aryjskiej stronie na fałszywych papierach, jedzie do Krakowa, gdzie zamieszka na jakiś czas w zdobytej przez Adama Ważyka kamienicy przy Krupniczej 22.

Kazimierz Brandys studiował przed wojną prawo. Należał do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, lewicowej organizacji studenckiej. Publikował w lewicującej "Kuźni Młodych" recenzje teatralne. II RP studentowi z inteligenckiej rodziny pochodzenia żydowskiego kojarzyć się będzie z gettem ławkowym - w proteście stał na wykładach pod ścianą, razem z nim Marysia Zenowicz, aryjka, która będzie mu towarzyszyć w czasie okupacji i później jako żona przez resztę życia - i z wysłaniem ojca do Berezy Kartuskiej pod fałszywym zarzutem "szerzenia paniki na giełdzie warszawskiej". Kazimierz wysyłał do gazet sprostowania - żadna ich nie wydrukowała.

- Bardzo się źle czułem w Polsce przedwojennej - opowiada nam. - Najgorzej przeżyłem lata uniwersyteckie, gdzie wszechwładnie panował ONR. Biłem się, choć to nie mój temperament, kiedy ONR-owcy na nas napadali. Mieli laski, żelazo, pałki i my na ogół przegrywaliśmy.

W czasie okupacji Brandys nie włożył na rękaw gwiazdy Dawida i nie poszedł do getta. Kilka razy szantażowany przez szmalcowników (w tym znajomych sprzed wojny), mógł się uważać za cudem ocalałego szczęściarza.

"Wyszedłem na wierzch zimą, gdy dobijano Ludojada, i pamiętam, że zacząłem biec przed siebie krzycząc, potykając się w śniegu i wskazując ręką samolociki lśniące wysoko w zamarzniętym niebie. Po diabła tak biegłem? Zamiast wyłazić na wierzch, może trzeba było poszukać lepszej kryjówki. Przecież szło inne. W innej postaci, ale to, przed czym się ukrywałem. Biegłem, krzycząc ze szczęścia, że Historia okazała się sprawiedliwa, i wpadłem w nią jak królik" - tak wspominać będzie tamten czas w pisanych jako pamiętnik-esej w latach 1978-87 "Miesiącach". Ale wtedy nie czuł się wcale królikiem złapanym w sidła. Jak dla dziesiątków tysięcy ludzi na wschodzie i zachodzie Europy zwycięstwo Stalina pod Stalingradem było dla niego dowodem, że racja jest po stronie Stalina i że tylko on może odwrócić groźbę faszyzmu. Wdzięczność przemieniła się w wiarę.

Z dziejów honoru

Nielicznym intelektualistom, którzy pozostając w kraju nie dali się uwieść komunistycznej władzy, Adam Michnik poświęcił zbiór esejów "Z dziejów honoru w Polsce". Jest wśród nich Zbigniew Herbert, Jan Józef Szczepański, profesor Henryk Elzenberg, którego dziennik z lat 50., opublikowany po latach pod tytułem "Kłopot z istnieniem", daje świadectwo rzadkiego w owych czasach przykładu intelektualnej przenikliwości, niezależności i męstwa. Wreszcie pisarka Hanna Malewska, której dzieło "Przemija postać świata", umiejscowione w Rzymie w czasach najazdu Longobardów na chylące się ku upadkowi cesarstwo, to czytelna alegoria upadku starego porządku i zaprowadzania Przodującego Ustroju. (Podobnego kostiumu używa Witold Kula w pisanym w 1951 r. eseju "Gusła", gdzie mamy dialog dwóch rzymskich historyków, którzy stają w obliczu ważnych życiowych wyborów wobec najazdu barbarzyńców). To Malewska jest autorką słów, które Krystyna Kersten wybrała na motto swych rozważań o powojennych wyborach polskich intelektualistów: "Jeżeli się nie żyje tak, jak się myśli, zaczyna się myśleć tak, jak się żyje".

Ta niezłomność dotyczyła zresztą nie tylko Malewskiej, ale całego środowiska "Tygodnika Powszechnego". Wyróźniał się w nim Stefan Kisielewski, który nie tylko nie akceptował systemu, ale przez pół wieku toczył z nim bezustanne boje na ostatniej stronie "Tygodnika" - w języku epoki, bez przywoływania Rzymian czy Longobardów. Ale "Tygodnik" przynajmniej tworzył środowisko, które dawało oparcie. A jeszcze byli przecież niezłomni i osamotnieni. Jak Miron Białoszewski, Leopold Buczkowski czy Kazimierz Truchanowski.

Sąd obciążony prognozą

Intelektualiści, nawet nie do końca przekonani, gdy stało się oczywiste, że wielkie mocarstwa przesądziły los Polski w Poczdamie i Jałcie, szukali formuły związania się z nowym ładem, musieli zadawać sobie pytanie: na jak długo się zaciągnęło? Na kilka lat? Na stulecie? Jeżeli nie wierzyło się głosowi ulicy, że za chwilę wybuchnie trzecia wojna, nie sposób było sobie tych pytań nie zadawać. Diagnoza, że oto mamy do czynienia z końcem świata, końcem pewnej cywilizacji, musiała oczywiście narzucać pytanie, czy godzić się z koniecznością dziejową, czy też wybrać jakąś strategię oporu. I jaką.

Francuski intelektualista Jean Poulhain, otrzymawszy w czasie wojny od zdeklarowanego faszysty Drieu la Rochelle propozycję stworzenia w Paryżu kolaboracyjnego pisma, pisał w liście do przyjaciela: "Każdy sąd jest teraz obciążony prognozą. Jeśli zwycięstwo i ucisk niemiecki ma trwać sześć miesięcy, próba podjęta przez Drieu jest obrzydliwa. Jeśli jednak ma trwać sto lat, próba ta jest genialna, odważna, niezbędna".

W czerwcu 1945 Stefan Kisielewski w "Tygodniku Powszechnym" przyrównywał sytuację intelektualistów pod sowieckim pręgierzem do tych, którzy zdecydowali się służyć hitlerowskiemu okupantowi. Jako przykład przywoływał postać Skiwskiego - tego samego, któremu Andrzejewski nie chciał podać ręki - który tłumaczył wszystkim, że jeżeli Polska nie chce się znaleźć w skazanym na zagładę "ginącym świecie", musi stworzyć swój własny faszyzm i przyłączyć się do "jedności europejskiej". I dalej opisywał, jak to major Jerzy Borejsza na pogadance dla pracowników świeżo utworzonego Czytelnika, mówiąc o rządzie londyńskim, posługiwał się tą samą logiką: nie to, że ten rząd nie ma racji, ale nie ma żadnych szans.

"Wiatr dziejowy przywiał w postaci Armii Czerwonej przekraczającej Wisłę - pisał. - Oto ciekawy moment historyczny, pasjonująca próba charakterów, światopoglądów, wierności sobie. U intelektualistów z podążaniem za wiatrem historii łączyła się zawsze chorobliwa obawa przed straceniem kontaktu z »duchem czasu«, przed znalezieniem się w obozie »ginącego świata«".

Już za chwilę snucie tego rodzaju refleksji na łamach cenzurowanej prasy będzie nie do pomyślenia. 

 

Korzystałyśmy m.in. z książek:

Drewnowski Tadeusz, Ucieczka z kamiennego świata, PIW, Warszawa 1972; Fik Marta, Kultura polska po Jałcie. Kronika lat 1944-1981, Polonia Book Fund, Londyn 1989; Kersten Krystyna, Między wyzwoleniem a zniewoleniem. Polska 1944-1956, Aneks. Londyn 1993; Nowicki Stanisław (pseudonim Stanisława Beresia): Pół wieku czyścca. Rozmowy z Tadeuszem Konwickim, Aneks, Londyn 1986; Synoradzka Anna, Andrzejewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987; Szewc Piotr, Ocalony na Wschodzie. Rozmowa z Julianem Stryjkowskim, Les Editions Noir sur Blanc, Suisse, 1991; Trznadel Jacek, Hańba domowa, Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWa, 1986; Tranzytem przez Łódź, praca zbiorowa, Wyd. Łódzkie, 1964; Watt Aleksander, Mój wiek, Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWa, 1981









Gazeta Wyborcza - 22/01/2000

 

SOCREALIZM

 

 

ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA

TOWARZYSZE NIEUDANEJ PODRÓŻY (2)

Wróg się czai w naszych mózgach

 

 

Ta pętla zaciskała się stopniowo. Początkowo można było wierzyć, że w nowej rzeczywistości znajdzie się miejsce niemal dla wszystkich. Potem spisano na straty PSL i Mikołajczyka. Ale wciąż wydawało się, że polska literatura może być inna od sowieckiej. Szybko okazało się, że ma być dokładnie taka sama.

 

Kiedy pod koniec czerwca 1945 r. wraca do Polski Stanisław Mikołajczyk, przez kraj przetacza się fala manifestacji na jego cześć. Wszędzie, gdziekolwiek się pojawia - w Warszawie, Poznaniu, Katowicach, Krakowie - wzdłuż trasy jego przejazdu ustawiają się tysiące ludzi. W osobie byłego premiera rządu londyńskiego witają swoje nadzieje na przyszłość, na rozsądny kompromis z komunistami, na demokratyczne wybory.

W Krakowie władze nie zapraszają Mikołajczyka na wiec z okazji utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej - choć w jego skład, obok komunistów, wchodzą też ludowcy - więc tłum na Rynku tak długo skanduje jego nazwisko, aż wysyłają po niego samochód. Gdy czarny chevrolet z Mikołajczykiem w środku skręca ze Sławkowskiej na Rynek, ludzie podnoszą go do góry. Kiedy udaje mu się z wyskoczyć z samochodu, zostaje obniesiony na rękach naokoło Plant.

Z naszych bohaterów scenę tę mogli oglądać mieszkający w Krakowie Jerzy Andrzejewski, Kazimierz Brandys, Tadeusz Konwicki, Adam Ważyk. A Wiktor Woroszylski pisał wtedy o Mikołajczyku tak, jakby był naocznym świadkiem wydarzeń. Telewizji jeszcze wtedy nie było, więc musiał chyba gdzieś na własne oczy zobaczyć ten entuzjazm, któremu władze partyjne dawały propagandowy odpór.


Witali. Wołali. Wołali. Witali.

Kwiaty. Krawaty. Pompa i puc.

Lakierki. Szpalerki. Do góry. Dalej.

Wrzaski. Oklaski. Pan prezes. Wódz.

(...)

Co jeszcze? Co jeszcze? Co jeszcze?

Zza węgła.

Kula zdradziecka nie jego dosięga.

Handel i bandy. Broń bratobójcza.

Prezencik na gwiazdkę. Od Wujcia.

Jęk mordowanych. Płacz matek i żon.

Kto winien? On milczy. Kto winien?

Nie on?

On wzrusza ramieniem. Pogarda

dla czerni.

Wódz, a za wodzem wierni.


W tym samym czasie, w lipcu 1945 roku Julian Tuwim, informując swego przyjaciela Józefa Wittlina, autora znakomitej powieści "Sól ziemi", o planowanym powrocie do kraju, zapewnia, że gdyby i on się na to zdecydował, nikt do niego nie będzie miał o nic pretensji, nawet o jego wystąpienia przeciwko rządowi lubelskiemu. "Możesz być w Polsce tym, czym jesteś, nikt ci w »światopogląd« nie będzie zaglądał. Oczywiście, jeżeli zaczniesz działać przeciw rządowi, jego zarządzeniom politycznym itd. albo jeśli spikniesz się z faszystowskimi sk...synami, którzy ciągle jeszcze prowadzą tzw. krecią robotę - pójdziesz do więzienia. Ale przecie Ty nie jesteś polityk, ale Józio Wittlin, pisarz. Możesz być redaktorem, komentatorem innych pisarzy, wydawcą jakiejś biblioteki popularyzującej literaturę - polską, grecką, francuską, włoską... - roboty na każdym polu będzie po uszy. I nie myśl, że Cię ktoś będzie zmuszał do pisania tych, a nie innych utworów. To tylko zrozpaczeni durnie i bankruci rozsiewają takie plotki".

Julian Tuwim uważany był za człowieka naiwnego politycznie, ale przecież tuż po wojnie takie myślenie wcale nie było odosobnione. Czesław Miłosz powie nam, że był przekonany, iż w Polsce nie będzie komunizmu typu sowieckiego, że to będzie okno wystawowe na Europę.

Ta pętla zaciskała się stopniowo. Początkowo można jeszcze było wierzyć, że w nowej rzeczywistości znajdzie się miejsce dla wszystkich, oczywiście poza tymi, którzy nie zdecydują się wyjść z podziemia. Potem trzeba było dać sobie wmówić, że PSL i Mikołajczyka jako "politycznych bankrutów" należy spisać na straty. Wciąż jednak jeszcze chciało się wierzyć w polską specyfikę. Choćby w to, że polska literatura może być inna od sowieckiej, bo przecież - jak pisał w 1946 r. Kazimierz Brandys w tekście "Do pisarzy" - "wiersze i powieści wyrosłe w kraju kołchozów muszą być inne niż tam, gdzie kołchozów nie ma". Ale szybko okazało się, że jednak mają być dokładnie takie same.

Jesienią 1948 r. na kongresie zjednoczeniowym PPR i PPS likwidowano pluralizm partyjny, zaatakowano Władysława Gomułkę za "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne", a zaraz potem na pamiętnym Zjeździe Pisarzy w Szczecinie w 1949 r. zadekretowano socrealizm jako jedyny styl obowiązujący w literaturze i sztuce. Zresztą ustami Stefana Żółkiewskiego, który niespełna pół roku wcześniej w programowym artykule w tygodniku "Kuźnica" pisał, że nie można przenieść do Polski radzieckiego realizmu socjalistycznego, bo każda literatura ma swoje własne cechy.

Julian Stryjkowski: oczyszczająca walka

21 czerwca 1945 roku, kiedy w Moskwie zapada wyrok w procesie szesnastu przywódców polskiego podziemia, na sali sądowej siedzi Julian Stryjkowski, pracujący wówczas w "Wolnej Polsce", piśmie Związku Patriotów Polskich wychodzącym w Moskwie. Choć jest jednym z tych pisarzy, którzy, wracając do czasów "Wielkiego Strachu", nie będą ukrywali swojej roli, ten epizod najwidoczniej wyprze z pamięci i nigdy nigdzie o nim nie wspomni. Będzie mówił, że pracował w "Wolnej Polsce" jako korektor. Tymczasem to spod jego pióra wychodzą najbardziej zajadłe teksty. "Walka trwa - deklaruje. - Jest to walka oczyszczająca. W Polsce działał nie tylko okupant. Pomagała agentura z zagranicy, mieniąca się do niedawna »rządem polskim«"; "Okupant budował obozy śmierci, rząd kazał na to patrzeć bezczynnie, a nawoływał do walki bratobójczej".

Pisze o rządzie w Londynie jako "wilkołaczym pomiocie, który trzeba wytępić", o "sanacyjnych spadkobiercach propagandy Goebbelsa, którzy przyszli w sukurs Hitlerowi w prowokacji katyńskiej", o "nienawiści polskich marionetek, protestujących przeciwko reformie rolnej, gdy za sznurki pociągają przemysłowi magnaci i ziemscy właściciele". Pisze o Piłsudskim, że szykował się do współpracy z Hitlerem. O Andersie, że tworzył obozy koncentracyjne w Palestynie i Włoszech, by nie pozwolić żołnierzom na powrót do Ojczyzny.

W 1946 r. Julian Stryjkowski wraca do Polski. Po sześciu latach spędzonych w ZSRR chyba nie widzi nic dziwnego w fakcie, że decyzja o tym, czy wydać jego "Głosy w ciemności", zapada na najwyższych szczeblach władzy. Książka nie wychodzi i Stryjkowski idzie pracować do Polskiej Agencji Prasowej, gdzie wysmażać będzie propagandowe kawałki, najpierw w Polsce, a potem we Włoszech, i skąd odejdzie dopiero, gdy druga jego książka "Bieg do Fragala" przyniesie mu rozgłos i nagrodę państwową.

Tadeusz Konwicki: rozumna interpretacja świata

Tadeusz Konwicki przez krótką chwilę był w 1945 roku urzędnikiem w Gliwicach. Być może jego losy potoczyłyby się inaczej, gdyby - jak nam powie - potrafił szabrować. Ale nie potrafił, dlatego przymierał głodem. Kiedy przeniósł się do Krakowa, gdzie zaczął studiować polonistykę, zaczął dorabiać jako korektor w tygodniku "Odrodzenie", by szybko zostać jego publicystą.

3 maja 1946 r. był wśród studentów biorących udział w obchodach rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, które przekształcają się w wielką manifestację patriotyczną przeciwko nowym porządkom i na cześć Mikołajczyka. Konwicki dobrze pamięta, że tam był: - Oczywiście byłem przeciw przemocy - mówi nam. - Zachowywałem się tak jak tłum, to znaczy kiedy zaczęto strzelać, uciekałem wraz z innymi.

Bohater jego powieści "Z oblężonego miasta" (wydanej w 1954 roku), który na jego wzór i podobieństwo wychodzi z wileńskich lasów i włącza się w budowanie nowego ustroju, przypatruje się tej właśnie krakowskiej manifestacji czy też - jak ją nazywa - "rui patriotycznej": "Demonstrantom brakowało już miejsca na jezdni. Miotali się po chodniku, biegli gdzieś w przód, nie mogąc znaleźć ujścia dla nerwowego szoku. Była to prawdziwa orgia patriotyczna, którą kierowało prawo tłuszczy. Z Karmelickiej, zza rogu, wypadło półpancerne otwarte auto, na którego platformie stały sprężone karabiny maszynowe. Huknęły ciężkie serie nad głowami tłumu. Zaśmiałem się, sam nie wiem czemu. Ci nienawistni ludzie z auta pancernego wydali mi się sympatyczni".

Jeszcze w tym samym 1946 roku Tadeusz Konwicki przeniósł się wraz z redakcją "Odrodzenia" z Krakowa do Warszawy. Jerzy Borejsza, twórca i szef wielkiego komunistycznego koncernu prasowego, ulokował ich w hotelu Bristol - wspominał Konwicki - "sławnym hotelu warszawskim ocalałym dziwnym trafem pośród oceanu ruin. Ja 20-letni, jeszcze wileński, jeszcze wiejski i przaśny zamieszkałem w wytwornym apartamencie obok dyplomatów, ministrów, generałów".

Przyznaje, że olśnił go marksizm, chociaż w życiu swoim nie przeczytał ani linijki z "Kapitału". Rozliczając się ze swoim stalinowskim epizodem, tak będzie później w różnych czasach i różnych miejscach opisywał tamto olśnienie: "Wyszedłem ze świata rozhisteryzowanego przez literaturę i mesjanizmy"; "Marksizm w przeciwieństwie do polskich skłonności metafizycznych i maniactw, a także niesprawdzalnych intelektualnie kategorii, oferował empiryczne, racjonalne sposoby interpretowania świata i rozwiązywania trudności"; "To był kojący plaster, ta przygarść rozumnej interpretacji świata. To był łyk źródlanej wody, ta kropla zdrowego rozsądku. Wydawało się, że warto płacić za to każdą cenę. Nawet cenę duszonej codziennie pamięci".

Jak sam to określi, palił za sobą mosty, pisząc teksty użytkowe, które musiał produkować młody, zdrowy bojowiec.

Jerzy Andrzejewski: nic wspólnego z rzeczywistością

W pierwszych latach po wojnie Jerzemu Andrzejewskiemu, który osiadł w Krakowie w tzw. czworakach literackich przy ulicy Krupniczej 22 i pełnił funkcję prezesa krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, daleko jeszcze do żarliwości, której wkrótce da świadectwo. W poruszającym tekście o polskim antysemityzmie opublikowanym w "Odrodzeniu" w 1946 roku, pisze, że zbrodnią są rozwieszane na ulicach plakaty "Hańba faszystowskim pachołkom z AK". I że pojęcie reakcji stało się workiem, czymś w rodzaju "unowocześnionego piekła dantejskiego", gdzie "Anders sąsiaduje z metafizyką, a szabrownik wraz z NSZ-owcem obijają się w jego czeluściach o psychologizm powieściowy".

Z tamtych lat zachowały się notatki do książki, której nigdy nie ukończył: o miłości sekretarza wojewódzkiego PPR do uwolnionej z więzienia łączniczki AK. W grudniu 1946 r. przystępuje do pisania "Zaraz po wojnie", gdzie racjom młodego chłopaka z antykomunistycznego podziemia (pisarz nie precyzuje, do jakiej niepodległościowej organizacji należy Maciej Chełmicki) przeciwstawia racje przyzwoitego PPR-owca z piękną kartą wojenną. Książka ukaże się półtora roku później pod tytułem "Popiół i diament". Recenzja przesłana w 1948 r. z cenzury do KC PZPR stwierdza, że to "wybitna pozycja wydawnicza, ale »Popiół«, odłam społeczeństwa małowartościowy jest wyraźniej nakreślony niż pozytywny »Diament«".

"Jego wyczucie dla tragizmu życia szukało nowych szat, w których mogłoby wystąpić. Swego dawnego bohatera noszącego sutannę księdza przebrał w kurtkę komunisty" - pisał Miłosz w "Zniewolonym umyśle", nawiązując do przedwojennej powieści Andrzejewskiego "Ład serca". W liście do niego, datowanym 19 kwietnia 1948, recenzował przyjacielowi "Popiół i diament": "Najciekawsze, że ulega się sile tej książki, wiedząc zarazem, iż nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością 1945 roku. Ma dokładnie tyle wspólnego co »Ład serca« z wsią białoruską. Twoja powieść jest utworem hagiograficznym, przy czym jest dość bogata, gdyż proces usztywnienia nie zaszedł jeszcze daleko".

Andrzejewski rozpoczyna druk w "Odrodzeniu" symbolicznie, w dniu wyborów do Sejmu. "Popiół i diament", za który otrzymuje w 1948 r. nagrodę redakcji "Odrodzenia", najwyższą wówczas nagrodę literacką, rozchodzi się w 100 tysiącach egzemplarzy. "Ład serca" miał przed wojną kilka tysięcy nakładu.

Kazimierz Brandys: żyło się ideami i żyło się nieźle

W 1946 roku Kazimierz Brandys publikuje swoją pierwszą książkę "Miasto niepokonane", wolną od ideologii przejmującą opowieść o Warszawie czasu wojny. Mieszka już wtedy w Łodzi.

Leżała blisko Warszawy, nie była zniszczona przez wojnę i miała wolne poniemieckie mieszkania - nic dziwnego, że to właśnie Łódź stała się centrum intelektualnym kraju. Teatr Leona Schillera, Film Polski, kabaret Syrena, szkoła dramatyczna, uniwersytet, wydawnictwa, redakcje, przede wszystkim redakcja "Kuźnicy" - wszystko to przyciągało do Łodzi w tych pierwszych powojennych miesiącach pisarzy i artystów z całej Polski. Niemal wszyscy tak czy inaczej zgłaszali akces do nowej rzeczywistości.

"Do naszego środowiska - opisywał Brandys pierwsze powojenne lata w pisanych w latach 70. "Miesiącach" - nie docierały informacje o donosach, UB, więźniach z AK. Żyło się ideami i żyło się nieźle. Co wieczór spotykaliśmy się w klubie Pickwick. Odległość od Moskwy wydawała się ogromna. Bliskość Warszawy nie budziła niepokoju. Oko partii obserwowało nas uważnie, ale z dystansu. Zapewne dbano o to, aby łódzkie środowisko kulturalne oddzielić od życia kraju szczególnym uprzywilejowaniem: pierwsze paszporty na Zachód, przydziały mieszkań w willach po fabrykantach niemieckich i miękka śruba cenzury. Nie postulowano jeszcze socjalizmu w sztuce. Dla ludzi z pieniędzmi było w sklepach wszystko, od bielskiego kamgarnu do wędzonego łososia. W kraju więziono akowców, łódzcy robotnicy jedli ziemniaki i kluski. Artyści wiedli życie białych w kolonialnym mieście".

Ci, którzy pamiętają tamte czasy, opowiadają, że jeśli idzie o przepych "życia białych w kolonialnym mieście", Brandys poświęcił rzeczywistość na ołtarzu zgrabnej frazy. Większość z zaangażowanych w nowy ustrój twórców długo jeszcze będzie miała po jednej parze spodni i jednej koszuli, a śniadanie złożone z kupionego na spółkę bochenka chleba było czymś normalnym. Brandys wyjaśnia dziś, że łódzcy literaci z "Kuźnicy", aktorzy i filmowcy już wtedy wiedli życie syte i komfortowe.

Syte i bezpieczne, jeśli sobie uświadomić, że w różnych miejscach kraju wybuchały głodowe rozruchy, a w pierwszym powojennym roku przez więzienia i areszty UB oraz NKWD przeszło 150-200 tysięcy osób.

Brandys w Łodzi dołącza do redakcji "Kuźnicy". W odróżnieniu od powstałego jeszcze latem roku 1944 w Lublinie szerokofrontowego "Odrodzenia", w zamierzeniu skupiającego autorów różnych światopoglądów, "Kuźnica" od początku pomyślana była jako bojowy organ myśli marksistowskiej, skupiający żarliwych entuzjastów nowego ładu. Brandys spotyka tam Adama Ważyka.

Adam Ważyk: pilnować słusznej linii

Jeszcze wiosną 1945 r. w Krakowie Kazimierz Brandys po kilku kieliszkach wódki spytał Adama Ważyka, jak to było z Katyniem. Ważyk podobno natychmiast otrzeźwiał i odpowiedział wymijająco: "To są wojenne sprawy, a podczas wojny zawsze się dzieją straszne rzeczy".

Sprawę Katynia poruszy w "Kuźnicy" Adolf Rudnicki w opowiadaniu "Major Hubert z armii Andersa". Sportretował tam Józefa Czapskiego, który cudem nie znalazł się wśród katyńskich ofiar i z armią Andersa opuścił ZSRR, jako człowieka przegranego. Major Hubert bowiem ogłosił, że za Katyń odpowiadają Rosjanie. Później, co prawda, zdał sobie sprawę, że służył kłamliwej niemieckiej propagandzie, ale nie był już w stanie tego odwołać i wrócić do kraju, bo jego wyobrażenia o szlachetności nie pozwalały mu przejść na stronę silniejszych. Ważyk w "Kuźnicy" będzie bronił Rudnickiego przed atakami o zbytnią pobłażliwość dla zdrajcy, tłumacząc, że wyrażając się z serdecznym żalem o majorze, autor dał zbłąkanemu człowiekowi szansę "powrotu ze świata urojeń w świat rzeczywistości".

Brandys mówi dziś, że w zespole "Kuźnicy" wcale zresztą nie było pewności, że to Rosjanie wymordowali polskich oficerów w Katyniu. Jak opowiada nam Andrzej Braun, głosy o tym, kto naprawdę odpowiada za Katyń, nie do końca przekonywały, gdyż podczas okupacji podawały je niemieckie gadzinówki. Z kolei głosów z emigracji też nie brano poważnie, choćby dlatego, że nie chciano słuchać pouczeń od tych, których "ominęło życie narodu w czasie wojny".

Ważyk od początku wchodzi w "Kuźnicy" w swoją niesławną rolę, którą będzie wypełniał ochoczo przez cały czas socrealizmu - pilnowania "słusznej" linii, zaganiania kolegów do jednego szeregu i publicznego piętnowania każdego, kto się z niego wychylił. W numerze z 4 lutego 1946 r. dla przykładu chłoszcze własną redakcję w tekście "Grzechy »Kuźnicy«", zarzucając jej druk artykułu Witolda Kuli o faszyzmie, w którym nie ma mowy o jego przyczynach, o tym, że zdegenerowano i rozbrojono niemiecką klasę robotniczą, a głos miał jedynie wielki kapitał. Naczelny Stefan Żółkiewski będzie mu w następnym numerze pokornie dziękował za te uwagi.

Socrealizm i socrealistyczną nowomowę lansowała "Kuźnica" na długo wcześniej, nim został zadekretowany. Wołanie o nową literaturę na miarę nowych czasów rozpoczyna wojujący publicysta tygodnika, późniejszy wybitny szekspirolog, Jan Kott w roku 1946. Ma "wyolbrzymiać i upraszczać" przedstawianą rzeczywistość w celu dydaktycznym, propagandowym. "Realistyczne - pisze tam Kott - jest wszystko, co odzwierciedla w sposób ideologicznie prawdziwy procesy historyczne epoki". Ale wtedy jeszcze jego poglądy są tylko jednymi z wielu obowiązujących na rynku. Kiedy Kott pisał cykl felietonów "Po prostu", Artur Sandauer mógł mu odpowiadać felietonami "Zawile".

Wiktor Woroszylski: wpiąć do serc legitymacji karton

Po paru miesiącach wysmażania reportaży z łódzkich fabryk Wiktor Woroszylski odchodzi z "Głosu Ludu" (który wkrótce przekształci się w "Trybunę Ludu"), by zdać maturę i iść na studia polonistyczne. Pisze wiersze, ale jest bardziej działaczem niż poetą; to, co uprawia, to rymowana publicystyka o spółdzielniach, zobowiązaniach produkcyjnych, szkodnikach, szabrownikach i przodownikach pracy, a także polityczna satyra (ucieczkę Mikołajczyka skomentuje fraszką "Mikołajczyk-znikołajczyk").

Zostaje członkiem komunistycznej organizacji uczelnianej Akademickiego Związku Walki Młodych "Życie". Należy do jego szpicy, tzw. dzierżyńszczaków. Nosili za paskiem broń do obrony przed czyhającą zewsząd "reakcją" i śpiewali piosenkę z refrenem o polskiej Republice Rad. Kiedy Woroszylskiemu urodzi się syn, dostanie imię Feliks ("Dla czynów swych najwyższą z miar, / Dostajesz dzisiaj wraz z imieniem /Tego, co piękną duszę miał./ Był wichrem, stalą i płomieniem").

AZWM organizuje kursy przygotowawcze dla dzieci robotników i chłopów, aby "zmienić dominanty klasowe w strukturze Uniwersytetu Łódzkiego". Woroszylski i jego koledzy z organizacji jeżdżą na wiece wyborcze do miasteczek i wsi z dobrze uzbrojoną obstawą wojskową, organizują wiece studenckie w Teatrze Wojska Polskiego.

Po aresztowaniach, które nastąpiły po spacyfikowaniu przez policję krakowskich manifestacji 3 maja 1946 roku, studenci łódzcy organizują strajk solidarnościowy ze studentami krakowskimi, a Woroszylski wraz z AZWM "Życie" żąda od władz uniwersyteckich sankcji, relegowania z uczelni demonstrantów i oponentów, domaga się też oficjalnego potępienia sądzonych.

Przyjaciele pamiętają Woroszylskiego jako człowieka, który chciał własnym życiem zaświadczać komunistyczne ideały. Bardzo by się zdziwił, gdyby mu wtedy powiedzieć, że jest człowiekiem władzy (zebrania w łódzkim klubie AZWM odwiedzają po przyjacielsku Kazimierz Mijal, prezydent miasta, czy Mieczysław Moczar, szef łódzkiego UB) - on czuje się człowiekiem walki na najbardziej niebezpiecznym odcinku ideologicznego frontu, człowiekiem, który codziennie ryzykuje życie. Świadomość tego zagrożenia pojawia się w wierszu poświęconym zamordowanym ZWM-owcom.


Krew

i śnieg,

i morderczy metal:

znowu

trzej

wypadli z szeregu.

Może czekać

daleka meta -

ci nie dobiegną.

Cóż, nie pierwszych naszych

zagarnia śmierć -

tracić głowy nie warto.

Mocniej wpiąć do serc

Legitymacji karton.


Rówieśnikowi Tadeuszowi Konwickiemu dedykuje w tamtych czasach Woroszylski wiersz, w którym pisze: "Bywa źle obrastać mieszkaniem, trzecią skórą, światem drobiazgów (...) umiej oczu dwukropka nie cofnąć przed kieszonkowym plakatem partyjnej legitymacji". Konwicki powie po latach: "Woroszylski, ten stary misjonarz, dostrzegł we mnie jakiś materiał, no i wciągnął mnie, zassał". Rzeczywiście. To Woroszylski był tym, który z dumą wprowadzał do partii kolegów: Jerzego Andrzejewskiego, Tadeusza Borowskiego, Andrzeja Brauna, Leszka Kołakowskiego.

Braun opowiada nam: - Wiktor wzbudzał zaufanie, urabiał mnie krok po kroku. Najpierw: "Przecież nie jesteś parszywą reakcją, jesteś z nami, powinieneś się bardziej związać". Później: "Chcesz tak siedzieć bezczynnie? Wstąp do partii". Zaraził nas swoją żarliwością.

W tym samym czasie co nasi bohaterowie przebywała w Łodzi Hanna Świda-Ziemba, dziś profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Czytając opublikowane niedawno w "Karcie" jej wspomnienie, można by pomyśleć, że opisuje ona inne miasto i inne czasy.

W swoich prowadzonych przez całe życie dziennikach Wiktor Woroszylski, opowiadając o jednym z wieczorów autorskich, na którym po raz kolejny odpytywano go o jakieś epizody z komunistycznej przeszłości, notuje: "Naraz uprzytamniam sobie te lustra, które jakby ktoś rozstawił na drogach każdego z nas - zastygły w nich odbicia i trwają, kiedy my odeszliśmy dalej". Otóż w lustrze profesor Hanny Świdy-Ziemby widać wieczornicę, na której studenci śpiewają w kółku: "Tańczymy labada, labada, labada, hej! Tu tańczy ZMP, ZMP, hej!" i raptem rozlega się "Wiwat Stalin! Stalin! Stalin! Wiwat Bierut!" - to wpadli zetempowcy i krążą po sali, sprawdzając, czy ktoś nie tańczy przypadkiem samby albo rumby. I zebranie na socjologii, gdzie postawiono sprawę dziewczyny, która nie mając mieszkania, oddała dziecko pod opiekę drobnomieszczańskich rodziców zamiast do socjalistycznego domu dziecka. A też magistrów na socjologii, których czyniono zastępcami profesorów, by ich pilnowali.

W kręgu przyjaciół, w którym obracała się wtedy Świda-Ziemba, panowało przekonanie, że jeżeli nie wybuchnie III wojna światowa, będą zgubieni. Stworzyli Klub Samobójców, spotykali się na na strychu, mieli cyjanek. Dyskutowali, czy lepiej popełnić samobójstwo, czy żyć w tym systemie, przygotowywali referaty: psychologia samobójstwa, socjologia samobójstwa, samobójstwo w dramacie. Któregoś wieczoru znaleźli martwe ciała dwóch kolegów z Klubu. Jej przyjaciel malarz, który nie chciał uprawiać socrealizmu, malował jedwabie milanowskie; któregoś dnia przed 1956 rokiem popełnił samobójstwo. Innego kolegę namierzyli, gdy chciał uciec przez zieloną granicę, więc zabarykadował się w jakimś domu i zasztyletował. Jeszcze inny ukrywał się, a kiedy go znaleźli, strzelił najpierw do nich, potem do siebie.

Tadeusz Borowski: patrzeć na ręce demokracji

Jeszcze nim wrócił do kraju, opublikowano tu jego pierwsze opowiadania. Zaraz później prasa zaczyna drukować nowe, które złożą się na tomy "Pożegnanie z Marią" i "Kamienny świat". Wyłania się z nich rozpaczliwa wizja zdegradowanego świata, w której każdy, kto przeżył obóz koncentracyjny, jest współwinny śmierci towarzyszy niedoli, a nazizm jawi się jako zwieńczenie zachodniej cywilizacji.

Kiedy w listopadzie 1946 Borowski jedzie na zjazd młodych literatów i naukowców, jest już pisarzem, którego nazwisko zostało zauważone. Zapalczywy, impulsywny, z niewyparzonym językiem, wchodzi w rolę komunistycznego enfant terrible.

"Ja i moi koledzy przyjechaliśmy z Łodzi do Warszawy ciężarówką Komitetu Wojewódzkiego - rozpoczyna opis tego spotkania Woroszylski w rozrachunkowej powieści "Literatura", drukowanej w bibliotece paryskiej "Kultury" w latach 70. (to na tym zjeździe miał miejsce głośny, przywoływany we wszystkich wspomnieniach z epoki incydent: przemawiającemu z trybuny Woroszylskiemu wypadł zza paska pistolet). - Byle minąć Łowicz, powiedział kierowca, tam już nie wyskoczą zza krzaka. Pistolet zatknięty za pasek spodni uwierał mnie boleśnie. Wydano nam broń niedawno, kiedy zaczęła się akcja przedwyborcza. Wkroczyliśmy na salę, zasiedliśmy na lewicy, nieubłagalni i czujni, zerkający z ukosa na przeciwległą stronę, gdzie siedzieli nasi wrogowie w battle dressach i oficerkach".

Wrogowie w oficerkach to członkowie zespołu "Pokolenia" - pisma, które powstało, by przełamywać niechętne nowej władzy nastroje wśród poakowskiej młodzieży, a jego naczelnym został Roman Bratny. Woroszylski nie może pogodzić się z tym, że to im, obcym, powierzono redagowanie młodzieżowego pisma. Mówi, że niepodobna ufać ludziom, którzy wczoraj jeszcze składali hołd ideom najbardziej nienawistnym, nadmienia coś o "faszystowskich koneksjach" i cytuje w tym kontekście Andrzeja Trzebińskiego.

W tym momencie na podium wyskakuje związany z "Pokoleniem" Tadeusz Borowski, który przyjaźnił się w czasie okupacji z Trzebińskim - poetą z narodoworadykalnej grupy "Sztuka i Naród", rozstrzelanym przez hitlerowców - i zaczyna krzyczeć: "Któż dał wam prawo sądzić, może się mylili, ale nie żyją, jak możecie czepiać się ludzi, którzy nie mogą wam odpowiedzieć". Dalej mówi o demokracji, że to stare słowo, pod przykrywką którego zrobiono niejedno świństwo, i że demokracji też trzeba patrzeć na ręce (będzie za to składał kilka lat później samokrytykę w głośnym tekście "Rozmowy").

Gdy w kuluarach pada propozycja kogoś z prezydium zjazdu, aby stworzyć klub młodych twórców, Borowski przerywa: "Może »Bar pod Marksem«, albo »Tawerna pod czerwonym sztandarem«?" - i wybucha donośnym, zaraźliwym śmiechem.

Dwa lata później za namową Wiktora Woroszylskiego Borowski wstępuje do PPR. Pisze opowiadanie "Ofensywa styczniowa", gdzie wreszcie pojawia się pozytywny bohater, radziecka żołnierka. Odtąd jego głównym zajęciem stanie się publicystyka. W grudniu 1948 r. obaj z Woroszylskim otrzymują zaproszenie na obradujący na Politechnice Warszawskiej kongres zjednoczeniowy PPR i PPS. Z galerii dla publiczności obserwują wytupywanie ze zjazdowej trybuny Władysława Gomułki, któremu nie dają dojść do głosu delegaci Śląska i Zagłębia w górniczych mundurach, zagłuszający kocią muzyką jego słowa.

"Wyszliśmy na ulicę pod deprymującym wrażeniem tej sceny - pisał 40 lat później Woroszylski - ale Tadeusz zaraz zaczął ją racjonalizować, traktując okrutne widowisko, którego byliśmy świadkami, jako autentyczne, nie zmanipulowane, a tych nieszczęsnych górników nie jako marionetki, lecz rzeczywistych entuzjastów ówczesnej linii partii, którymi zresztą może i byli, wniosek natomiast, że wobec tego trzeba stłumić swój wewnętrzny niepokój i bez zastrzeżeń zaakceptować ich ryki i gwizdy... - no cóż, przyjąłem wówczas tę argumentację".

Wygląda na to, że uczeń prześcignął mistrza.

Zlodowacenie

W roku 1948 nie sposób było już mieć wątpliwości, w którą stronę wszystko zmierza. We wszystkich demoludach Stalin gwałtownie zaostrzył kurs. Nasi bohaterowie jednak brnęli dalej i dalej.

Po powrocie z tygodniowego pobytu w Moskwie jesienią 1948 roku Kazimierz Brandys pisze tak: "Słyszałem wesoły śmiech młodych, zdrowych ludzi, skoczne piosenki i powłóczyste tanga nadawane przez megafony i przyglądałem się komunistycznym dzieciom liżącym z wielką satysfakcją lody i obrzucającym się skórkami mandarynek. Pomyślałem sobie: Biedni obłąkańcy z zachodnich stolic, którzy odpychają od siebie prawdę moskiewskiej ulicy; taką ludzką i prostą". I dodaje, że mandarynki to "owoc doświadczeń uczonych radzieckich, bo w carskiej Rosji ich nie było". Brandys wyjaśnia nam dzisiaj, że była to informacja, jakiej udzielił przewodnik z radzieckiego biura współpracy z zagranicą.

Woroszylski i Borowski nie są już młodymi wilkami zabawiającymi się walkami między sobą, ale razem napadają na starszych kolegów, którzy wydają im się nie dość rewolucyjni. Generalne starcie dwóch pokoleń powojennej literatury odbywa się w styczniu 1948 roku na seminarium dla młodych literatów w Radziwiłłowskim pałacu w Nieborowie. Młodzi pisarze, którzy za chwilę nazwani zostaną "pryszczatymi", kontestują tam poezję prezentowaną w "Kuźnicy", nazywając ją okopami świętego klasycyzmu.

Kuźniczanie pokornie przyjmują ciosy. Adam Ważyk składa samokrytykę w imieniu kolektywu: "Działalność »Kuźnicy« nie pokrywała się z zadaniami czołowego pisma marksistowskiego na odcinku literackim. Nie oczyszczała dostatecznie z balastu ciążących na pisarzach pozostałości dawnych orientacji artystycznych wytwarzanych pod presją ideologiczną burżuazji w okresie imperializmu". Stefan Żółkiewski składa samokrytykę również w liście prywatnym do Jana Kotta (datowanym 7 lipca 1948 roku). Pisze tam, że "Kuźnica" jest pismem eklektycznym, "bez jaj", ponieważ impet stracili najbardziej bojowi publicyści, jak on sam, Kott i Ważyk (o Kazimierzu Brandysie pisze, że nadaje się tylko jako pomagier). Miesiąc później, wkrótce po rozprawie z Gomułką na sierpniowym plenum partii, Żółkiewski musi złożyć rezygnację z redagowania "Kuźnicy".

Pogrzeb literatury

W styczniu 1949 na Zjeździe Literatów w Szczecinie nikt już nie mówi "o polskiej specyfice". Wcześniej partyjni literaci wezwani zostali na naradę do KC PZPR. Z ramienia partii brał w niej udział minister kultury Włodzimierz Sokorski i odpowiedzialny za kulturę w KC Jakub Berman, który przedstawił pisarzom ich zadania: podporządkowanie się zasadom realizmu socjalistycznego, prymat treści nad ambicjami warsztatowymi, walka z kosmopolityzmem i czołobitnością wobec literatury Zachodu. Na przewodniczącego ZLP w miejsce bezpartyjnego Jarosława Iwaszkiewicza partia typuje Leona Kruczkowskiego (autora pamiętnej frazy: "wróg klasowy czai się w naszych mózgach").

Andrzejewski i Borowski, Dygat i Nałkowska, Zawieyski i Żukrowski - wszystkim dostaje się po równo. Za fideizm, psychologizm, estetyzm, które "mimo pozornej apolityczności są niebezpieczne jako usypiające czujność mas w walce o socjalizm". Literatura miała odejść od tematyki inteligenckiej i zająć się tematyką produkcyjną. Pisarz miał odtąd "posiadać pasję klasową i miłość do ludu", a "do lamusa powinien odejść pisarz-dziwowisko - człowiek marginesowy w społeczeństwie kapitalistycznym, niezrozumiany i niesłuchany".

Na obradach, w oficjalnych wystąpieniach praktycznie nikt - poza reprezentującymi środowisko katolickie Jerzym Turowiczem i Jerzym Zawieyskim - nie przeciwstawił się głównym referentom: Stefanowi Żółkiewskiemu i Włodzimierzowi Sokorskiemu.

Oponentom dano zdecydowany odpór. Żółkiewski stwierdził, że płytkość życia katolickiego w Polsce jest niewspółmierna do wielkiej i głębokiej moralnej problematyki marksizmu. Sokorski mówił o pisarzach, którzy nie mogą "wyrwać się bezpośrednio z istoty wierzeń religijnych", co powoduje "u kolegi Zawieyskiego i kolegi Turowicza zahamowanie ich procesu" rozwojowego.

Jedyna sceptyczna relacja ze Zjazdu ukazała się później w "Tygodniku Powszechnym". Turowicz pisał, że Żółkiewski może uważać, iż tylko realizm socjalistyczny da nam wielką literaturę, natomiast nie jest w porządku, gdy chce, by tak uważali wszyscy, i gdy czyni z realizmu obowiązującą doktrynę.

W kuluarach między Arturem Maryą Swinarskim a Pawłem Hertzem miał się odbyć następujący dialog: - A czemu to pan w ciemnym ubraniu, panie Pawle? - Bo jestem na pogrzebie literatury polskiej. - Nie wiedziałem, że jest pan tak bliskim jej krewnym, żeby nosić po niej żałobę.

Ten dialog słyszałyśmy od tylu osób, że musiał być w tamtych czasach ulubioną anegdotą. Powtarzano go sobie z lubością z ust do ust, ale nie wyciągano żadnych wniosków. Paweł Hertz, publicysta "Kuźnicy", autor opowiadania "Ucieczka ze świata Lambertów", w którym przyznawał sobie prawo do zdrady "ginącego świata", był jednym z nielicznych, którzy w tamtym 1949 roku powiedzieli "nie". Do następnego, socrealistycznego etapu przejść nie miał ochoty, usunął się w cień, przeszedł do prac redakcyjnych i tłumaczeń.

Tadeusz Borowski w przerwie obrad wywołuje skandal, robiąc scenę Sokorskiemu, który atakował go z podium, a gratulował mu w kuluarach. Borowski jadł akurat obiad z Andrzejewskim, kiedy do jego stolika podszedł Sokorski i mówi: "Nic się nie przejmujcie tym, co powiedziałem w referacie, i tak lubię was czytać". Borowski huknął na niego: "Odp...cie się, towarzyszu".

Z takich odruchów sprzeciwu i przejawów niepokornego ducha Borowski nie zrezygnuje aż do śmierci. Ale w tym, co będzie pisał, nie znajdziemy z tego ani śladu. Przeciwnie, da się poznać jako jeden z najgorliwszych realizatorów linii partii.

A od pisarzy oczekiwano - jak napisze w "Pokoleniu" w relacji ze szczecińskiego zjazdu Wiktor Woroszylski - że zjazd "wytyczy drogi, wskaże metody, przy pomocy których pisarze mocniej niż dotąd zwiążą się z chłopem i robotnikiem, prawdziwie odzwierciedlą ideologię proletariatu, jednym słowem lepiej i trafniej niż dotąd będą spełniali swoją rolę inżynierów dusz ludzkich. Dla pisarzy lewicy przyszedł czas czyszczenia, zwierania szeregów, wytyczania dróg". I rzeczywiście, nasi bohaterowie, socrealistyczna awangarda, zabrali się za ich wytyczanie.

Choroba niewinności

Latem 1949 roku Czesław Miłosz, attache kulturalny polskiej ambasady w Waszyngtonie, przyjeżdża na urlop do kraju i odwiedza w Szczecinie swego przyjaciela Jerzego Andrzejewskiego.

- Pamiętam tę willę w lasach z widokiem na jezioro - opowiada nam. - Niedaleko mieszkał Wiktor Woroszylski, gorliwy komunista, z którym Andrzejewski dużo przebywał. A także Witold Wirpsza z Marią Kurecką. Miejscowy sekretarz partyjny obwoził nas samochodem. Oni osiedli w najlepszym z możliwych światów. Wrażenie jak u pana Boga za piecem. Świat Polski Ludowej wydawał się ustabilizowany. Nie rozmawialiśmy o polityce, ja się sam nie paliłem do politycznych rozmów. To był świetny pomysł ze strony partii, żeby ich tam umieścić. Aresztowania w Polsce słabo docierały do willi w Szczecinie. Uświadomiłem sobie, jaką rolę odgrywają w każdym społeczeństwie strefy, w których ludzie żyją. Myślałem potem często o chorobie niewinności. Była udziałem wielu Niemców w czasie wojny, widzimy ją teraz u Serbów.

Tę ośmiopokojową poniemiecką willę z ogrodem nad otoczonym starodrzewem jeziorem przygotowały dla Andrzejewskiego władze miasta, gdy przeniósł się do Szczecina, żeby objąć tam prezesurę lokalnego oddziału ZLP.

Tego lata Miłosz spotkał w Sopocie dawną koleżankę, która powiedziała mu wprost: "A my tu niewolnicy jesteśmy". Miał poczucie, że ludzie się go boją, bo jest za dobrze ubrany. Któregoś wieczoru udał się w Warszawie na bankiet w towarzystwie ludzi z MSZ i prasy.

- Było lato - opowiada - ale wyjątkowo zimny świt. Przejeżdżały akurat dżipy z więźniami trzęsącymi się z zimna, a ja wracałem po całonocnych tańcach z bankietu, na którym było w bród jedzenia. To było przerażające doświadczenie. Po tym pobycie w Polsce w 1949 r. wróciłem chory. Nie chodziło o to, że zobaczyłem zaostrzenie kursu, ja zobaczyłem istotę systemu.

Rok wcześniej, w kwietniu 1948, wychodzi w "Twórczości" poemat Miłosza "Traktat moralny" (o którym autor powie, że był to szkic poetycki, który rozwinął później prozą, pisząc "Zniewolony umysł"). Kiedy czytamy go dziś, trudno uwierzyć, że utwór ten, mówiący językiem czytelnych metafor o zniewoleniu narodu i okrucieństwie nowej władzy, mógł się ukazać dosłownie na moment przed tym, nim całkowicie zaciśnie się pętla cenzury.


Zbyt wieleśmy widzieli zbrodni,

Byśmy się dobra wyrzec mogli

I mówiąc: krew jest dzisiaj tania - Zasiąść spokojnie do śniadania,

Albo konieczność widząc bredni,

Uznawać je za chleb powszedni.

(...)

Wiem, jaka czeka nas pokusa:

Już nowy pochód żwawo rusza.


Najbardziej znany cytat z "Traktatu moralnego" rozliczne gazetki zakładowe "Solidarności" wypisywały w 1980 r. i w czasie stanu wojennego jako swoje motto: "Lawina bieg od tego zmienia, / Po jakich toczy się kamieniach". Dalej było jeszcze: "Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny. / Łagódź jej dzikość, okrucieństwo, / Do tego też potrzebne męstwo".

Kiedy Miłosz zorientował się, że ceną za współpracę z komunistami będzie jego poezja, wybrał - w 1951 roku - wolność.

Ale emigracja, ta zewnętrzna czy ta wewnętrzna, oznaczała nieobecność w polskim obiegu literackim. To był ten najgorszy straszak, smycz, na której trzymano pisarzy.

Tej groźby, że mogą jej nie drukować, odciąć od czytelników, zupełnie nie wytrzymywała Maria Dąbrowska. Więc choć twórczość jej daleka była od socrealizmu, pisarka spłacała swoją daninę, bywając na przykład na noworocznych przyjęciach u Bieruta czy zabierając na zamówienie głos w sprawach politycznych. Odreagowywała to w swoich dziennikach - dopiero z opublikowanej niedawno ich pełniejszej wersji dowiedzieliśmy się, co myślała naprawdę.

I tak w roku 1949, który symbolicznie przyjmuje się za datę początku socrealizmu w Polsce, czytamy w jej dzienniku: "W niedzielę skończyłam artykuł o literaturze dla »Problemów« na zamówienie redakcji. Artykuł bardzo już przystosowany i w bardzo słabym stopniu odpowiadający istocie tego, co myślę i wiem"; "W nocy nie śpię do czwartej - histeryzuję na temat Polski. Niemcy walili obuchem w łeb, lecz, o ile obuch nie trafił, człowiek żył, choć pod ziemią, wolny i piękny. Rosja działa jak żrący kwas trawiący duszę narodu i zmieniający jej organiczny skład w amalgamat nie do poznania i w dodatku cuchnący".

 

Korzystałyśmy m.in. z książek: Ewa Czarnecka (pseudonim Renaty Gorczyńskiej) "Podróżny świata. Rozmowy z Czesławem Miłoszem. Komentarze", Wszechnica Społeczno-Polityczna, 1984; Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 1976; Marek Łatyński "Nie paść na kolana. Szkice o opozycji lat czterdziestych", Polonia Book Fund, Londyn 1985; Wojciech Mazowiecki "Wydarzenia 3 maja 1946", Libella, Paryż 1989; Stanisław Nowicki (pseudonim Stanisława Beresia) "Pół wieku czyścca. Rozmowy z Tadeuszem Konwickim", Aneks, Londyn 1986; Andrzej Paczkowski "Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty", Agencja Omnipress, Warszawa 1991; Adolf Rudnicki "Wybór opowiadań", Czytelnik 1976; ścieżka dźwiękowa filmu dokumentalnego Andrzeja Titkowa o Tadeuszu Konwickim "Przechodzień"









Gazeta Wyborcza - 29/01/2000

 

SOCREALIZM

 

 

ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA

TOWARZYSZE NIEUDANEJ PODRÓŻY (3)

Traktory zdobywają wiosnę

 

 

 

Wydawałoby się, że nic prostszego niż realizm socjalistyczny.

Ale nie, na każdym kroku czyhały pułapki. Na zebraniach Związku Literatów Polskich pisarze całymi godzinami rozbierali utwory na akapity, zdania, a nawet słowa, przyglądali się im pod kątem ideologicznej słuszności. I zarzucali sobie nawzajem staczanie się na niewłaściwe pozycje oraz brak klasowej czujności.

 

O ile w pierwszych powojennych latach dawało się jeszcze jakoś żyć w cieniu polityki i ideologii, po 1948 roku jest to niemal niemożliwe. Teraz władza stara się wszystkich zagonić do ideologicznego zaprzęgu: popołudnia na zebraniach partyjnych, niedziele na masówkach - cały czas pod wszechobecnym okiem partii. Każdy - uczeń, robotnik, urzędnik - musi zachowywać czujność i demaskować wroga, inaczej sam może zostać zdemaskowany za brak czujności. A wszystko to oczywiście w znacznie większym stopniu niż zwykłych obywateli dotyczy pisarzy, którym przodujący ustrój wyznacza rolę inżynierów ludzkich dusz.

Odciąć się od siebie

Odpowiedzialny za kulturę w Komitecie Centralnym PZPR Jakub Berman w lutym 1950 roku wezwał literatów na ideologiczny dywanik, podrzucił im trochę nieruszonych dotychczas tematów (np. o dyrektorach Państwowych Ośrodków Maszynowych) i pochwalił za żarliwość Jerzego Andrzejewskiego, Wiktora Woroszylskiego, Tadeusza Borowskiego. Na kolejnej naradzie, w styczniu 1951, zaapelował: "Dosięgnijcie waszą ostrą bronią kułaka i spekulanta, szpiega i dywersanta, amerykańskiego podżegacza i neohitlerowca. Odsłońcie zawiły mechanizm kułackiej postawy". I wygłosił wielką pochwałę samokrytyki: "Zrozumienie tej broni jest bodaj najmniejsze, tymczasem jest to coś niesłychanie pięknego, wyzwolenie najlepszych cech, niszczenie złych cech, zawiści, zarozumialstwa, samouwielbienia".

Pierwszą wielką publiczną samokrytykę złożył w styczniu 1950 r. Jerzy Andrzejewski. W tygodniku "Odrodzenie" uznał całą swoją przedwojenną twórczość za "moralny bełkot" ("Nie umiałem zrozumieć, że moralista musi być człowiekiem walki, człowiekiem czynnie zaangażowanym po stronie postępowych wartości historii"). Odcinał się od przedwojennego "Ładu serca", ale również od powojennego "Popiołu i diamentu". Napisał później politycznie poprawną wersję tej drugiej książki i to ona zadomowiła się w kanonie lektur szkolnych. Nie dbając o realia, wprowadził tam partyjną frazeologię z okresu dużo późniejszego, a swoich bohaterów z PPR uczynił bezkrytycznymi szermierzami partyjno-marksistowskich racji. Tłumaczył, że "ideowe skazy powieści" odsłoniły mu pochwały czytelników ideowo mu obcych, słuchaczy Głosu Ameryki i Radia Madryt.

Na wieczorach autorskich będzie się zresztą Andrzejewski bił w piersi nie tylko za siebie, ale za całą powojenną literaturę, "którą cechował eklektyzm, póki Zjazd Szczeciński nie pchnął jej na właściwą drogę". W artykule dla moskiewskiej "Prawdy" z 1950 r. jednym tchem wymienia grzechy główne literatury polskiej: liberalizm, inteligencką apolityczność, drobnomieszczaństwo, moralizatorstwo, pociąg do opisywania konfliktów patologicznych, zwyrodniały psychologizm i formalizm.

W "Rozmowach", kolejnym sztandarowym tekście publicystycznym tamtego czasu ("Odrodzenie" nr 5, 1950), Borowski, zgłaszając w pełnych pasji słowach swój akces do socrealizmu, też bezwzględnie potępił całą swoją dotychczasową twórczość. O opowiadaniach oświęcimskich pisał: "Nie umiałem klasowo podzielić obozu. Miałem ambicję pokazania prawdy, a skończyłem na obiektywnym przymierzu z ideologią faszystowską". Swoje słynne hasło sprzed kilku lat: "Patrzeć demokracji na ręce" uzna tam za "bojową tezę wroga klasowego, cóż z tego, że nieuświadomionego".

Andrzejewski był pierwszy, zaraz potem samokrytyka stała się rytualnym zachowaniem partyjnych pisarzy i nie obyło się bez niej żadne zebranie Związku Literatów Polskich.

W tym samoupokorzeniu pisarze nie byli osamotnieni. Władza każdemu starała się przetrącić kręgosłup, zarówno tym, którzy wierzyli, jak i tym, którym obca była doktryna, ale nieobcy strach i przekonanie o konieczności dziejowej. Już dwa dni po aresztowaniu prymasa Wyszyńskiego 26 września 1953 roku samokrytykę złożył Episkopat Polski. W wiernopoddańczym oświadczeniu odciął się imiennie od biskupa Kaczmarka i bez podawania nazwiska - od prymasa Wyszyńskiego ("Episkopat przeciwstawia się politycznej postawie i akcji pewnego odłamu hierarchii"). 17 grudnia tego samego roku biskupi polscy w Urzędzie Rady Ministrów składają ślubowanie na wierność Polsce Ludowej.

Za dobre chęci i zgodność z linią partii

Pierwsze produkcyjniaki powstały jeszcze przed zjazdem w Szczecinie, ale dopiero po roku 1949 mamy ich prawdziwy wysyp. Pisano je według jednej sztancy: bohater pochodzenia chłopskiego lub proletariackiego buduje socjalizm i walczy o wykonanie planu, a ten drugi, od początku podejrzany, najlepiej były akowiec, z pochodzenia burżuj albo kułak, zostaje zdemaskowany jako agent imperializmu kolaborujący z faszystami. Witold Zaleski - "Traktory zdobędą wiosnę", Jan Wilczek - "Nr 16 produkuje", Jerzy Pytlakowski - "Fundamenty", Mirosław Kowalewski - "Kampania znaczy walka", Aleksander Jackiewicz - "Górnicy", Bogdan Hamera - "Na przykład Plewa"... Kto, poza badaczami epoki, zagląda dziś do tych książek?

I kto pamięta, że do literackiego aktywu dołączali też katolicy, że powstawały powieści "realizmu katolickiego", jak choćby Janiny Kolendo "Szukając drogi", gdzie bohaterowie rozstają się, gdyż on jest marksistą, a ona - katoliczką ("Łączyły ich tylko noce, ale dzieliły dnie" - pisał krytyk literacki Zygmunt Lichniak. I zarzucał autorce pewne niedociągnięcia jak to: "cytowanie w momentach wstępnych podniecenia erotycznego artykułów ideologicznych z tygodnika »Dziś i jutro«").

Latem 1950 r. na posiedzeniu Biura Politycznego, na którym przyznano pierwsze po Zjeździe Szczecińskim nagrody państwowe, prezydent Bierut miał powiedzieć, że "to nagrody za dobre chęci, chodzi o to, żeby pisarze wiedzieli, czego od nich oczekuje partia". Wśród nagrodzonych znaleźli się: Tadeusz Borowski za opowiadania i reportaże, Tadeusz Konwicki za książkę o Nowej Hucie "Przy budowie", Wiktor Woroszylski za poemat o generale Świerczewskim i tom wierszy "Śmierci nie ma" oraz Kazimierz Brandys za cykl powieściowy "Między wojnami".

Rzeczywiście, gdy dziś czyta się książki laureatów, łatwo uwierzyć, że nagradzano "dobre chęci i zgodność z linią partii". Żaden z nich zresztą nie zgodził się później na wznowienie utworów z tego czasu (nawet w krytycznoliterackich antologiach), wykreślając je ze swego dorobku.

Rozpiłować wytuptaną platformę

Grunt pod realizm socjalistyczny przygotowywała od początku lat 40. w swojej publicystyce "Kuźnica". To kuźniczanie organizowali i ideologicznie przygotowywali Zjazd Szczeciński. Zapewne nie przypuszczali, że i ich zmiecie wiatr historii, a na scenie pojawi się nowe pokolenie, dla którego będą już nie dość rewolucyjni. W kwietniu 1950 r. władze likwidują zarówno bojową, marksistowską "Kuźnicę", jak i "Odrodzenie", planowane jako pismo "szerokofrontowe", a na ich miejsce powołują tygodnik "Nowa Kultura" ("»Nowa Kultura« uwolniła siły literackie obozu lewicy od spadku kuźnicowo-odrodzeniowego eklektyzmu i zamętu ideowego" - napisze Woroszylski). Głównymi realizatorami tez Zjazdu Szczecińskiego szybko staną się skupieni wokół "Nowej Kultury" i "Sztandaru Młodych" "pryszczaci".

Dziś już nie sposób odtworzyć, kto pierwszy rzucił tę nazwę. Julian Przyboś, który w czasie jakiejś operatywki na temat literatury na widok Wiktora Woroszylskiego miał wykrzyknąć: "Co tu porabiają jacyś pryszczaci?". A może Tadeusz Różewicz na głośnym zjeździe młodych pisarzy w Nieborowie? Albo Jan Kott na konferencji na temat literatury w Radzie Państwa w lutym 1950 roku? Kott z kolei pisze w "Przyczynku do autobiografii", że autorką tego określenia jest Maryna Zagórska, żona poety Jerzego Zagórskiego. Według Kazimierza Brandysa natomiast nazwę tę wymyślił satyryk i bon vivant Janusz Minkiewicz. Zaś autorzy "Leksykonu polskich powiedzeń historycznych" Maciej Wilamowski, Konrad Wnęk i Lidia A. Zyblikiewicz przypisują autorstwo "pryszczatych" Zofii Nałkowskiej.

Tak czy inaczej, faktem jest, że określenie natychmiast się przyjęło, a obok najmłodszych z naszych bohaterów: Wiktora Woroszylskiego, Tadeusza Borowskiego, Tadeusza Konwickiego do "pryszczatych" zalicza się też: Jacka Bocheńskiego, Andrzeja Brauna, Bohdana Czeszkę, Andrzeja Mandaliana, Witolda Zaleskiego.

Pryszczatym "Kuźnica" wydawała się zbyt mieszczańska, liberalna, oportunistyczna. Nie bez racji. Kuźniczanie mieli przedwojenne wykształcenie, rozeznanie w światowej literaturze. Borowski, atakując "Kuźnicę", pisał: "Trzeba rozpiłować tę wytuptaną platformę, na której całowali się Żółkiewski z Zawieyskim". Było to odniesienie do jednego ze zjazdów ZLP, na którym główny ideolog "Kuźnicy" Stefan Żółkiewski został wybrany na przewodniczącego, a reprezentujący środowiska katolickie Jerzy Zawieyski na wiceprzewodniczącego zjazdu - i obaj publicznie się wyściskali.

Po latach kuźniczanin Jan Kott tak opisze w swoim "Przyczynku do autobiografii" relację między redakcją "Kuźnicy" a "pryszczatymi": "Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak szybko w tym wyścigu do żdanowszczyzny zmieniali się wartownicy i jak szybko nowa ekipa przejmuje pałeczkę czy raczej pałkę". Jakby zapominając, że również nad poczynaniami kuźniczan unosił się groźny cień głównego ideologa sowieckiego socrealizmu Andrieja Żdanowa.

Co tu robią ostrygi?

Do Zjazdu Szczecińskiego od pisarzy wymagano, żeby pisali, oczywiście najlepiej, jeśli we właściwym duchu. Teraz pisanie - pod jedną socrealistyczną sztancę - staje się tylko cząstką ich aktywności. Trwają nieustanne zebrania, akademie, uroczystości, pogadanki, prasówki, wreszcie regularne lekcje marksizmu-leninizmu. Powstają różne ciała literackie przy rządzie, przy związkach zawodowych, przy organach administracji, przy KC. W komisji literackiej przy KC PZPR zasiadają między innymi Kazimierz Brandys i Adam Ważyk.

Zebrania Podstawowej Organizacji Partyjnej ZLP potrafiły ciągnąć się i po dziewięć godzin. W archiwum akt nowych figuruje sprawozdanie z pewnej egzekutywy POP, gdzie dyskutowano sprawę towarzyszki, która odwiedziwszy w hotelu w czasie Kongresu Pokoju inną towarzyszkę ze Stanów Zjednoczonych, wyraziła się negatywnie o stosunkach w Polsce Ludowej i gloryfikowała Amerykę. Amerykańska towarzyszka przed wyjazdem, a była w Polsce kilka dni, zdążyła o tym donieść władzom. Przed oblicze egzekutywy zostają wezwani świadkowie, koledzy z niedawnych wczasów w Bułgarii. Odcinają się od oskarżanej koleżanki, twierdząc np., że na jednej z pieszych wycieczek "bezkrytycznie podziwiała stroje kobiet amerykańskich". Na zebraniach ZLP dyskutowano też, czy pisarz X dobrze odnosi się do żony; żona Y skarżyła się organizacji partyjnej, że mąż ma kochankę i nie daje pieniędzy na dom.

Czym w owych czasach zajmowali się intelektualiści bliscy władzy, dobrze obrazuje notatka służbowa sporządzona dla KC przez Jana Kotta. Przyszłego wielkiego znawcę Szekspira partia wysyła w tzw. teren, by zbadał zasadność zarzutów w partyjnym donosie na wiejskiego pisarza, członka PZPR. Kott po przesłuchaniu delikwenta w obecności kierownika wydziału personalnego Komitetu Powiatowego PZPR stwierdza, że pisarz jest "ideologicznie niedojrzały i obciążony lumpenproletariackimi nawarstwieniami", natomiast "zarzut sprzedaży nielegalnej bydła pociągowego nie został potwierdzony".

Dwie wielkie akcje mają uporządkować pisarską twórczość. Pierwsza to wysyłanie pisarzy w teren; jej opiekunem jest Tadeusz Borowski. Poszczególne ministerstwa kierują zapotrzebowania, np. by napisać powieść o "ob. Koźluku, który odznacza się walką o jakość produkcji". We wstępniaku w "Nowej Kulturze" Borowski wylicza, że w 1950 r. 80 literatów wyjechało w teren na kilka miesięcy - plonem ma być ukazanie się w 1951 r. 38 powieści, 16 tomów opowiadań, 16 tomików poetyckich i czterech sztuk teatralnych.

Druga akcja ZLP to tworzenie sekcji twórczych. Kierownictwo sekcji prozy powierzono Kazimierzowi Brandysowi. Jerzy Putrament oświadcza: "Bez sekcji poezji ryzykujemy przypadki samowoli poetyckiej ze strony tego czy innego osobnika". Lektura sprawozdań z posiedzeń owej sekcji poezji robi dziś piorunujące wrażenie i potwierdza to, co później trafnie nazwał Zbigniew Herbert: w czasach stalinizmu Związek Literatów Polskich to był zakład wychowawczy.

Czasami pojawi się jakaś propozycja konstruktywna, jak ta, by przedyskutować zagadnienia pieśni masowej, ponieważ w Związku Kompozytorów powstała Sekcja Pieśni Masowej, więc ZLP nie może pozostawać w tyle. Najczęściej jednak pisarze, poeci i krytycy ganią się, karcą, strofują. Całymi godzinami rozbierają utwory na akapity, zdania, wersy, a nawet słowa ("co te ostrygi robią dziś we fraszce polskiego satyryka?") i przyglądają się im pod kątem słuszności ideologicznej. Zarzucają sobie nawzajem staczanie na niewłaściwe pozycje oraz brak czujności klasowej. Do reguły należy, że poeci wstają i, bijąc się w piersi, przyznają rację oponentom.

Prawomyślność utworu przed niczym nie chroni. Wydawałoby się, że nic prostszego niż realizm socjalistyczny. Ale nie, na każdym kroku czyhają pułapki. Tu jakiś formalizm, tam psychologizm. "Niech kolega Witold Wirpsza wyjaśni, skąd się w jego wierszu »Stocznia« wziął XIX wiek" - przygważdżał delikwenta jeden z dyskutantów. Kolega Wirpsza przyznawał, że zabrnął we francuski symbolizm, choć wydawało mu się, że wiersz był właśnie próbą wybrnięcia z niego. A że najlepszą obroną jest atak, więc atakował: "Brnąc w ślepym zaułku ulegałem naciskowi redakcji »Kuźnicy« i »Odrodzenia«, gdzie redaktorzy mieli określony gust. Nie znalazł się tam nikt, kto by mi pewne rzeczy wyjaśnił".

Zebranie sekcji prozy, rok 1954. Leopold Tyrmand uczestniczy w tym obrzędzie (nieuczestniczenie, jak pisał, "przyczyniłoby się do usunięcia mnie ze związku, a ja ciągle chcę jeść obiady za siedem złotych, potrzebne mi są do fizycznego przetrwania."). To bodaj najbardziej znany cytat z jego "Dziennika 1954": "Pastwiono się nad niejakim Konwickim - młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie p...olą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się »nie takie«. Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar - Melania Kierczyńska, Adam Ważyk - informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie o tym, co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne".

Gdy czyta się dziś opasłe, ziejące nudą sprawozdanie z tego spotkania, można tylko podziwiać Tyrmanda, że z tej wielogodzinnej nowomowy był w stanie wyłowić jedyne godne zapamiętania frazy. Nie do wiary, ale Ważyk rzeczywiście mówił o animalizmie, o tym, że "trzeba podnieść kulturę życia miłosnego", bo w "grupach młodzieży pozostających w tyle panuje promiskuityzm zwierzęcy", zaś Kierczyńska faktycznie oznajmiła, że przygoda erotyczna jest kapitalistycznym przeżytkiem ("Rozwój człowieka do społeczeństwa komunistycznego prowadzący, możemy mieć nadzieję, sprawi to, że przywiązanie erotyczne w małżeństwie będzie się gruntowało").

Z lektury sprawozdania wynika, że omawiano trzecią już wersję powieści (poprawianą zresztą przez Kazimierza Brandysa i Bohdana Czeszkę). Słuchający rad i sugestii kolegów autor na zakończenie odpowiada w stylu, który znamy z "Kalendarza i klepsydry" czy "Pamfletu na siebie": "Niewiele mam do powiedzenia, bo słuchałem cały czas i dość się zmęczyłem".

Wedle licznych świadectw niezmienny rytuał tych zebrań przerywał tylko od czasu poeta Aleksander Wat. Po którymś kolejnym peanie na cześć socrealizmu zabiera głos, biorąc w obronę prawdziwe wartości w kulturze. Kontruje go Jerzy Putrament, kończy po rosyjsku: Kogda miedwied worczit, dasz jemu dubinoj po gołowie i togda on mołczit ("Kiedy niedźwiedź ryczy, daj mu lagą po łbie, żeby zamilkł"). Wtóruje mu inny głos, że tu obecni literaci są z partią, a Aleksander Wat to po prostu renegat. ("Uważałem, że to straszne draństwo, co ten wróg klasowy gada, wszystko się we mnie gotowało" - będzie wspominać po latach to zebranie Wiktor Woroszylski). Nikt nie odważa się stanąć w obronie Wata, choć na sali są też jego przyjaciele. Wat wychodzi sam, jest mróz, długo czeka na autobus. Następnego dnia zaczynają się dręczące go odtąd regularnie szumy w uszach i bóle twarzy. To połącznie stresu, rozpaczy, poczucia osamotnienia - jak twierdzi jego żona - przyniosło mu chorobę, straszliwe, powtarzające się ataki zapalenia nerwu trójdzielnego twarzy, co kilkanaście lat później pchnie go do tego, by targnąć się na własne życie.

Adam Ważyk: rozpala się klasowa bitwa

W czerwcu 1950 roku, na V Zjeździe ZLP, który usankcjonował socrealizm jako styl i formę obowiązującą odtąd w literaturze, a Związek Literatów jako egzekutora dyrektyw Wydziału Kultury KC, do władz ZLP wchodzą między innymi: Adam Ważyk, Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Borowski i Kazimierz Brandys. Centralnym wydarzeniem Zjazdu staje się referat Ważyka "Perspektywy rozwojowe literatury polskiej" - brutalny, skrajny, pogromowy.

"Dla ciemnych sił imperializmu dobre jest wszystko, co ciemne - co zaprzecza prawom rozwoju społecznego, co odwraca człowieka od perspektyw rozwojowych, co wtrąca go w mrok samotnictwa i niewiedzy, co gasi wiarę w człowieku. Dobry jest formalizm, bo odbiera sztuce zdolność do walki o wartości życia".

W teczce Wydziału Kultury KC PZPR, na referacie Ważyka "O słuszności", pochodzącym z tego samego okresu, widnieją korekty dwóch towarzyszy z Wydziału Kultury (jeden ołówkiem zwykłym, drugi kopiowym). Wystawia tam Ważyk cenzurki kolegom. Na przykład: "szczególne upodobania poetyckie zaślepiły Woroszylskiego tak dalece, że odebrały mu jasność sądu ideowo-politycznego". Albo: "Bratny prezentuje chaos myślowy. W tym samym wierszu pisze o krwi przelanej za wolność Chin i o krwi z wycinanych migdałków".

Te zarzuty mogłyby wydawać się śmieszne, gdyby nie to, że głos Ważyka przekładał się na zgodę albo zakaz publikacji. To on ferował literackie wyroki - we wszystkich wspomnieniach z epoki Ważyk właśnie jawi się jako najzagorzalszy, poza Wiktorem Woroszylskim, propagator socrealizmu i strażnik "politycznej poprawności". Kiedy napisał krytyczną recenzję z "Zakazanych piosenek", film zdjęto z ekranu. Kiedy zdemaskował Gałczyńskiego jako drobnomieszczanina, "Przekrój" natychmiast przerwał druk "Zielonej Gęsi", a Gałczyński zabrał się za socrymowanki. To on był tym, który utrącił pomysł przygotowania przez ZG ZLP serii poświęconej przypomnieniu dorobku pisarzy polskich zmarłych w czasie II wojny. Wznowienie twórczości Światopełka Karpińskiego, Zuzanny Ginczanki, Bolesława Micińskiego, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej uznał za zbędne i szkodliwe. ZLP wydało zamiast tego "Strofy o Stalinie. Wiersze poetów polskich". W najgorszych latach 1950-54 oddano mu redakcję miesięcznika "Twórczość" odebraną wybitnemu historykowi i krytykowi literatury Kazimierzowi Wyce.

Dla Ważyka szkołą poezji była "dobrowolna kontrola, narzucanie sobie dyscypliny, ciągła kontrola popędów". Rezultaty tych lekcji znajdujemy w opublikowanym w Czytelniku w 1950 r. "Nowym wyborze wierszy" z najbardziej znanym utworem "Lud wejdzie do śródmieścia":

 

Patrz, jak stoi uparta

na rusztowaniach partia,

rozpala się klasowa

bitwa - nasza budowa.

 

Po latach sam powie o sobie tamtym: "Napisałem kilkanaście wierszy propagandowych. Dużo teoretyzowałem. Byłem teoretykiem groźnym i napastliwym intelektualnie".

Kazimierz Brandys: prawdziwe, piękne, socrealistyczne

W sierpniu 1949 roku, po opublikowaniu w "Kuźnicy" programowego socrealistycznego manifestu "Pomyślny wiatr", Brandys natychmiast wciela w życie głoszone przez siebie zasady.

Tetralogia "Samson", "Antygona", "Troja miasto otwarte" i "Człowiek nie umiera" stanowi wprost wymarzony obiekt badań porównawczych na temat stężenia socrealistycznych reguł w twórczości Brandysa. Na skali od zera do stu "Samson", ukończona w grudniu 1947 roku opowieść o młodym Żydzie, którego marzeniem czasu wojny jest, by zginąć nie jako Żyd, plasuje się blisko zera. W późniejszej o rok "Antygonie", gdzie oglądamy ostatnie podrygi odchodzącej w nicość klasy, poza jednym wyjątkiem mamy do czynienia z samymi odpychającymi burżujami. Powieść "Troja miasto otwarte" jest już socrealistyczna nie tylko w treści, ale i w języku. Jednak dopiero czytając ksiażkę "Człowiek nie umiera", można się zorientować, co to jest socrealizm w stanie czystym. Już od pierwszego zdania: "Hrabia Bór-Komorowski, wystraszony skutkami swej zbrodni, spłoszony jak szczur dymem płonącego miasta i widokiem podstępnie przelanej krwi, której był hojnym szafarzem...". Tu są już obecne wszystkie niezbędne rekwizyty: jest sabotaż i dywersja, są podżegacze i wściekłe psy imperializmu, jest też nawrócony AK-owiec, który odnajduje swoje powołanie, służąc władzy ludowej... jako szofer.

Również następna powieść Brandysa "Obywatele" jest wzorcowym socrealistycznym produktem, choć jednocześnie, jak na tamte czasy, zupełnie niezłym czytadłem. Brandys w "Miesiącach" wyznaje, że w jednej ze spółdzielni każdy, kto chciał nabyć wiadro, musiał jednocześnie kupić książkę z cyklu "Między wojnami". Ten wątek odnajdziemy u Zbigniewa Herberta w słuchowisku radiowym "Lalek" - rzecz dzieje się w jakimś prowincjonalnym mieście: "Północną stronę rynku zajmuje spółdzielnia wielobranżowa: smoła, Brandys, perfumy, łańcuchy, buty, perkal, kosy, pierścionki, zgrzebła, zegarki, lusterka".

Wiktor Woroszylski: na barykadzie klasowej

"Batalia o Majakowskiego - pisał Woroszylski w lutym 1950 r. w artykule pod tym właśnie tytułem - toczy się nie tylko w ZSRR. Dzięki trwającej obostrzonej walce klasowej każda wypowiedź ideologiczna natychmiast i bezpośrednio służy jak nie jednej, to drugiej stronie barykady klasowej".

Tekst Woroszylskiego dopuszcza w poezji wyłącznie frazę Majakowskiego, czyli kwestionuje twórczość wielu poetów akceptowanych przez władze. Krąg "Kuźnicy" wykorzystuje to, by wystąpić z frontalnym atakiem na "pryszczatych". Woroszylskiego wzywają na nadzwyczajne zebranie organizacji partyjnej, które trwa do późnej nocy, obecni są nie tylko pisarze, ale też dygnitarze z KC i redaktorzy partyjnych gazet.

Ten jeden raz Woroszylski został przywołany do porządku za zbytnią ortodoksję. Ale z reguły to on, członek egzekutywy POP, lustrator Anno Domini 1950, wytyka, żąda, oskarża. Jest czujny. Na egzekutywę POP wzywa jednego z pisarzy z pytaniem, dlaczego w ankiecie personalnej, wypełnionej, gdy wstępował do partii, zataił, że należał do PPS, co Woroszylski odnalazł w jakiejś wcześniejszej ankiecie?

W referatach Woroszylskiego z tamtego czasu (przechowały się w archiwach KC, gdyż zanosił je przed wygłoszeniem do Wydziału Kultury) cały czas powtarzają się słowa: zaostrzająca się walka klasowa, demaskowanie wrogów, burżuazyjna degeneracja. Woroszylski rozdaje kopniaki i laurki. Borowskiego gani za "Kamienny świat", gdzie widać "wpływy patologicznego naturalizmu amerykańsko-francuskiego", i zarzuca mu, że negacja kapitalizmu nie jest negacją dialektyczną, ponieważ autor nie wykazał tego, czego dowodzi Engels: z tego, co zostało skazane na zagładę, wyrasta to, co postępowe i twórcze; chwali natomiast za "Bitwę pod Grunwaldem", gdzie Borowski "pokazał nie tylko faszyzm niemiecki, ale też faszyzm amerykański". Chwali Andrzeja Brauna za poemat "Człowiek" o Stalinie i Krzysztofa Gruszczyńskiego za wiersz "Stalin - inżynier naszych marzeń". Krytykuje "Twórczość" (jej szefem jest jeszcze Kazimierz Wyka) za to, że na jej łamach "zachłystywał się faszystą Eliotem niesławnej pamięci Czesław Miłosz". Atakuje Pawła Hertza za "systematyczną propagandę francuskich dekadentów" w "Kuźnicy" i Mieczysława Jastruna za to, że jako redaktor pisma tolerował tę "antyhumanistyczną praktykę poetycką" Hertza.

Hertz zostaje wezwany na zebranie POP i zaatakowany za eskapizm, za zajęcie się w tak przełomowych czasach tłumaczeniami. Woroszylski apeluje o samokrytykę. Ma licznych sekundantów. Janina Broniewska: "Odejście od twórczości jest świadomym strajkiem". Lucjan Rudnicki: "Miłosz nie chciał zostać realistą krytycznym, został faszystowskim". Jerzy Putrament: "Hertz stał się sztandarem wrogów wetkniętym w partyjne szeregi". Atakuje też Kazimierz Brandys. Kończy dyskusję Broniewska: "Powiedz, czy w tej chwili partia ci więcej daje, czy więcej dusi?". "Więcej dusi" - odpowiada Hertz z brawurą w tych czasach i w tych kręgach niespotykaną.

Tadeusz Konwicki: zadawałem sobie gwałt

W październiku 1949 r. Tadeusz Konwicki, walcząc z inteligenckimi kompleksami, rusza do Nowej Huty ("Szukałem swojego miejsca na ziemi" - powie nam), gdzie przez pół roku będzie pracował jako robotnik ziemny i poznawał "życie klasy robotniczej". To z tych doświadczeń zrodzi się książka "Przy budowie", za którą dostanie nagrodę państwową. W 1951 roku, jak i inni pisarze, otrzymuje trzymiesięczne stypendium - ma przyjrzeć się robotniczej pracy w hucie szkła w Krośnie.

Pisarskie desanty nie zawsze musiały być w smak władzom partii w terenie.Wysłany do Krosna Tadeusz Konwicki skarży się w listach zachowanych w teczce Wydziału Kultury KC PZPR w Archiwum Akt Nowych na nieżyczliwy stosunek czynników partyjnych w hucie. Jeszcze gorzej poszło mu w tamtejszych zakładach lniarskich. Komendant Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa zakazał dociekliwemu pisarzowi wstępu na teren zakładu. Konwicki narzeka w liście, że się nudzi, wałęsa bez sensu, marnuje społeczne pieniądze; prosi Warszawę o interwencję oraz "sprecyzowanie wobec dyrekcji, jak daleko mogę być wtajemniczony w problematykę fabryki. W związku z postulatem czujności dyrekcja jest bowiem w kłopocie i dość niechętnie udziela mi informacji". Warszawa nie pomogła i Konwickiego skierowano do Huty Hortensja w Piotrkowie Trybunalskim, skąd wreszcie napisał reportaż.

W tym samym roku Konwicki jedzie do Berlina na Światowy Zlot Młodych Bojowników o Pokój. Jest tam też Andrzej Braun, Andrzej Mandalian, Wiktor Woroszylski. Piszą razem wielki reportaż otwierający numer "Nowej Kultury": "Pokój to najbardziej nośne hasło, jakie wymyślono. Z pozoru hasło pozytywne, radosne, jednoczące, ale podszyte nienawiścią do imperialistów". Opisują, jak "setki tysięcy młodych gardeł skanduje: Pokój Stalin, Pokój Stalin".

Konwicki publikuje w tym samym czasie w "Nowej Kulturze" wstępniak o swojej miłości do Kraju Rad, gdzie porównuje żołnierzy armii alianckich do żołnierzy Armii Czerwonej ("tamci, walcząc, kierowali się zwitkiem banknotów dolarowych z ostatniego żołdu").

Pisze "Godzinę smutku", "Z oblężonego miasta", "Władzę" (miała być w zamierzeniu polskim "Cichym Donem"). Kolejne wydania "Władzy" różnią się - jak sam powie - ingerencjami nie tyle cenzury, co "inspiracyjnymi", odzwierciedlającymi meandry ówczesnej polityki. Raz główny bohater Korejwo nie może się zgadzać z napaściami na marszałka Titę, to znów ma obowiązek się z nimi zgadzać.

To był czas, kiedy urzędnik aparatu kultury i cenzor ściśle współpracowali z autorem, uczestnicząc w procesie twórczym, wnosili swój wkład w dialogi i wątki, w charakterystykę postaci i w zakończenia.

Jerzy Andrzejewski: demaskujcie nas

Andrzejewski nie uczestniczy w sporach między kuźniczanami a "pryszczatymi". Do nikogo nie chce się dołączać. Wyrabia sobie własną pozycję - najwyższego autorytetu socmoralnego.

Kiedy w 1950 r. wstępował do partii, sekretarz organizacji wygłosił zdanie, że to zaszczyt dla partii mieć w szeregach tej rangi pisarza. "Zerwałem się i powiedziałem, że to nie jest dla nas żaden zaszczyt - opowiadał później Wiktor Woroszylski - że to zaszczyt dla Andrzejewskiego, że go chcemy do partii przyjąć. I Jerzy był uszczęśliwiony tym, że ja się tak odezwałem. On łaknął właśnie tego rodzaju poniżenia. I myślę, że po tej mojej odzywce on tak mnie polubił i uznał za prawdziwego przyjaciela". Gdzie indziej napisze, że kiedy Andrzejewski zaprzyjaźnił się z nim i jego pokoleniem (pisarzy dzieliło ponad 20 lat różnicy), "było trochę tak, jakby chciał się w nas wcielić, patrzeć na świat naszymi oczyma, w naszej skórze, z naszym zapałem i naiwnością przeżywać to, co nam przypadło w udziale".

Andrzejewski w tym samym 1950 roku pisze w "Odrodzeniu": "Ani nasz wróg wewnętrzny, zasilany judaszowymi dolarami z trumanowskiego funduszu dla zdrajców i szpiegów, nie rezygnuje z oporu, ani bankierzy i producenci broni nie przestawią dobrowolnie produkcji wojennej. Mamy wszystkie dane, aby i na odcinku naszej literatury oczekiwać nie wygasania elementów walki klasowej, lecz odwrotnie. Gdzie szukać na odcinku literatury wrogów? Dziczeją i odsuwają się od narodu pisarze, którzy w imię fałszywie pojętego szacunku i miłości dla swojej twórczej indywidualności uchylają się od odcięcia swych schorzałych, starych lub zbyt wybujałych cech indywidualnych". Wzywa kolegów pisarzy do "współzawodnictwa w przyswajaniu sobie ideologii proletariackiej". Apeluje do władzy: "Nie bądźcie dla inteligenckich artystów i intelektualistów zbyt pobłażliwi. Natomiast demaskujcie ich, jeśli sami się nie potrafią demaskować. Popędzajcie ich, jeśli nie chcą lub nie potrafią kroku przyspieszyć".

On sam przyspiesza kroku. Z zapałem przyłącza się do kolejnych nagonek: przeciw Watykanowi (który nazwie jedną z komnat waszyngtońskiego labiryntu), przeciw Gałczyńskiemu, czy rządowi londyńskiemu, w czasie wojny "współpracującemu z hitlerowskim okupantem".

Wydaje tomiki bojowej politycznej publicystyki: "Ludzie i zdarzenia 1951", "Ludzie i zdarzenia 1952", "O człowieku radzieckim", "Partia i twórczość pisarza". Postuluje w tej ostatniej: "Pisarze nie mogą być wyodrębnieni spod ogólnonarodowego obowiązku wzmożenia wydajności dla przekroczenia Planu Sześcioletniego". Jak obliczył zajmujący się socrealizmem Zdzisław Łapiński z Instytutu Badań Literackich PAN, Lenin przytoczony jest tam 14 razy, Bierut - 9, Stalin - 8, Marks - 7, Engels - 5, Jakub Berman - 3, Mao Zedong i Paweł Hoffman - po dwa razy, a Hilary Minc - raz, zaś treść książeczki wyczerpana została w następującym zdaniu: "I partia na koniec uczy nas partyjności".

W 1952 r. redaktorzy i współpracownicy Radia Wolna Europa zrobili głosowanie na "najbardziej służalczy artykuł". Wygrał Jerzy Andrzejewski.

W tym czasie wchodzi do kin film (którego scenariusz pisał Andrzejewski w 1945 roku z Czesławem Miłoszem), o współczesnym Robinsonie Cruzoe, inteligencie warszawskim, zmuszonym przetrwać wśród ruin po Powstaniu Warszawskim. Kilka lat trwało dopisywanie kolejnych wątków (Miłosz się z tego wyłączył jeszcze przed podjęciem decyzji o emigracji), wciąż powtarzały się próby odrzucenia za mało słusznego pomysłu wyjściowego. Co z niego w końcu zostało, można wyczytać w recenzji w "Nowej Kulturze". Film poświęcony jest, jak się okazuje, "walce narodowowyzwoleńczej prowadzonej przez Gwardię i Armię Ludową". Głównym bohaterem jest spadochroniarz radiotelegrafista Fiałka, ginący w zgliszczach Warszawy. Zdaniem recenzenta jedna postać jest zupełnie niepotrzebna: "ów robinson warszawski, szwendający się bez celu wśród min, mieszczuch, bezradnie i z osłupieniem patrzący na zbrodnie faszyzmu".

W Andrzejewskim budzi się działacz. Był m.in. w Zarządzie Głównym Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, został też przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu Obrony Pokoju w Szczecinie (artykuły i przemówienia będące owocem tej działalności wydał w tomie "Aby pokój zwyciężył"). Jeździł po kraju agitować w wiejskich świetlicach i na spotkaniach rad gminnych. W 1952 r. został posłem na Sejm ze Szczecina, ale też naczelnym "Przeglądu Kulturalnego", w związku z czym przeniósł się do Warszawy. Przemawiał na ważnych kongresach. "Stugłowy potwór imperialistyczny demaskowany i tropiony w swym labiryncie łudzi się, że wykorzystując uczucia religijne ludzi pracy, uda mu się tych wierzących zamknąć w mrokach polityki watykańskiej" (I Polski Kongres Pokoju, 1950).

17 listopada 1952 roku. Uroczysty wieczór zorganizowany z okazji 40-lecia pracy twórczej Marii Dąbrowskiej. Jerzy Andrzejewski wygłasza apologetyczne, choć nie pozbawione akcentów krytycznych, przemówienie ("Nie nauczymy się u Marii Dąbrowskiej nienawiści do wrogów. Samo życie i nasza świadomość ideowa niech tę nienawiść zaostrzają i potęgują."). W pewnym momencie kątem oka spostrzega, jak trzęsąca ówczesnym życiem kulturalnym Janina Broniewska, sekretarz POP przy Związku Literatów Polskich, i Paweł Hoffman, kierownik Wydziału Kultury KC, pochylają się ku sobie i coś szepczą (po latach usunięty z wszelkich stanowisk Hoffman zapewni Andrzejewskiego, że nie mieli żadnych zastrzeżeń, a wymiana zdań mogła dotyczyć duchoty na sali). Andrzejewskiego ogarnia paraliżujący strach, że w swoim przemówieniu zawarł sformułowania niezgodne z aktualną linią ideologiczną partii, że popełnił jakieś świętokradztwo. W środku referatu osuwa się zemdlony na mównicę.

Jest wtedy, przypomnijmy, u szczytu swojej politycznej i partyjnej kariery.

 

Korzystałyśmy m.in. z książek: Michał Głowiński, "Rytuał i demagogia. Trzynaście szkiców o sztuce zdegradowanej", Open, Warszawa 1992; Zbigniew Jarosiński, "Nadwiślański socrealizm", IBL, Warszawa 1999; Zdzisław Łapiński, "Jak współżyć z socrealizmem. Szkice nie na temat". Polonia, Londyn, 1988; Wojciech Tomasik, "Słowo o socrealizmie. Szkice", Wydawnictwo Uczelniane WSP, Bydgoszcz 1991, "Polska powieść tendencyjna. Problemy perswazji literackiej". Zakład im. Ossolińskich, Wrocław 1988; Grzegorz Wołowiec, "Nowocześni w PRL. Przyboś i Sandauer", FNP, Wrocław 1999, Mariusz Zawodniak, "Literatura w stanie oskarżenia. Rola krytyki w życiu literackim socrealizmu", UN-O, Warszawa 1998. Podziękować też chciałyśmy Wszystkim Paniom z Biblioteki Domu Literatury, gdzie korzystałyśmy z teczek z wycinkami dotyczącymi naszych bohaterów, oraz Archiwum Akt Nowych, gdzie przeglądałyśmy teczki Wydziału Kultury KC PZPR









Gazeta Wyborcza - 12/02/2000

 

 

ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA

TOWARZYSZE NIEUDANEJ PODRÓŻY (4)

Uciekł tam, gdzie mógł

 

 

Dlaczego Tadeusz Borowski popełnił samobójstwo? Nie zrealizował swych ambicji pisarskich? Wypalił się? Niezależnie od tego, co tak naprawdę sprawiło, że Borowski zażył środki nasenne i odkręcił gaz, legenda jest uparta - to właśnie on jako pierwszy z grona fanatycznych wyznawców socrealizmu zrozumiał i przejrzał istotę systemu.

 

W warszawskim teatrze Rozmaitości ma się właśnie rozpocząć wiec przeciwko imperialistycznej agresji na Koreę Północną. Jest 2 lipca 1951 roku. Na sali - robotnicy, aktywiści partyjni, pisarze. Jest wśród nich Wiktor Woroszylski. Tuż przed rozpoczęciem dowiaduje się od jednego z kolegów, że jego przyjaciel Tadeusz Borowski zatruł się gazem i przewieziono go do lecznicy Ministerstwa Zdrowia przy Hożej.

Ta pierwsza wersja, którą usłyszał Woroszylski i która zresztą na długo stanie się wersją oficjalną, głosiła, że Borowski wrócił do domu zmęczony, może też po alkoholu, postawił na gazie czajnik i zasnął, a gotująca się woda zalała płomień. I że rano znalazła go gosposia. To miał być wypadek, bo przecież prawdziwy komunista nie popełnia samobójstwa, nie schodzi z barykady walki klasowej, nie oddaje walkowerem pola wrogom. Dlatego w pierwszych pośmiertnych wspomnieniach pisze się enigmatycznie o bezsensownej, niesprawiedliwej, przypadkowej, niepotrzebnej, przedwczesnej, tragicznej śmierci. Dlatego na pytanie: "dlaczego" - odpowiadać się będzie po latach.

Drobny, niewysoki brunet ze skłonnością do tycia, wybuchający raz po raz nerwowym śmiechem, oczytany, gadatliwy, błyskotliwy i dowcipny, w dyskusjach napastliwy i prowokacyjny, zwykle z plikiem książek pod pachą - taki jego obraz przechował się w pamięci przyjaciół.

"Najlepiej pamiętam jego wygląd zewnętrzny - pisał Tadeusz Konwicki w "Kalendarzu i klepsydrze". - Krępą, niewysoką postać, spodnie - pumpy ni to sportowe, ni to harcerskie, okrągłą skulastą twarz, niespokojne oczy szukające spokoju w raptownym, trochę celebrowanym śmiechu".

- Promienny, radosny, pełen entuzjazmu, na zebraniach zawsze zabierał głos, ustawiał publiczność, apelował o więcej wysiłku w walce o pokój, w walce o socjalizm - opowiada nam o Borowskim Ryszard Kapuściński, który widział go trzy-cztery dni przed śmiercią, kiedy przyszedł po kolejny felieton do "Sztandaru Młodych", o walce z imperializmem. I nigdy by mu do głowy nie przyszło, że rozmawia z człowiekiem, który za chwilę targnie się na swoje życie.

Jerzy Pomianowski, eseista i tłumacz, a z wykształcenia lekarz, był jednym z pierwszych, którzy dowiedzieli się o wypadku. W 1951 r. pracował w Ministerstwie Zdrowia, a że już wtedy pisał i znał środowisko literackie, był tą instancją, która pomagała dostać jakieś lekarstwo, wezwać karetkę pogotowia, zdobyć miejsce w szpitalu. Załatwił Borowskiemu miejsce w klinice, postarał się o rzecz prawie niemożliwą - pięć litrów krwi do transfuzji. Ale było już za późno. Jako lekarz nie mógł mieć wątpliwości, że to samobójstwo. Na prośbę Jerzego Putramenta powiedział jednak matce Borowskiego: "Błagam, niech pani nikomu nie mówi, że syn się zabił".

- Oczywiście, wiedziałem od razu, że to samobójstwo - mówi nam Kazimierz Brandys. - Byłem członkiem zarządu ZLP i Putrament prawie nazajutrz po jego śmierci na zarządzie zgłosił wniosek, by nazwisko Borowskiego wykreślić z nagrody dla młodych twórców jego imienia. Argumentował to tym właśnie, że Borowski odebrał sobie życie. Zachowałem wtedy milczenie, czego do dziś żałuję.

Koniec misji specjalnej

"Kiedy wyjeżdżał za granicę - pisał Wiktor Woroszylski dziesięć lat po śmierci Borowskiego w opowiadaniu "Człowiek wybiera śmierć" zamieszczonym w tomie "Okrutna gwiazda" - powierzono mu misję, jedną z tych, w które nie wtajemnicza się nawet żony. Odniósł sukces, więc kiedy wrócił do kraju, powierzono mu nową misję. Chciał ją wykonać, nie miał już żadnych skrupułów, ale nagle uświadomił sobie, że tam, za granicą, wiara postrzępiła się i wypełzła. Pożałował talentu, honoru, starych przyjaźni i przywiązań". Choć bohater opowiadania odbiera sobie życie strzałem z rewolweru, nietrudno się domyślić, o kogo chodzi. Przyjaciel i biograf Borowskiego Tadeusz Drewnowski będzie miał to zresztą za złe Woroszylskiemu. - Gdyby nie to opowiadanie - mówi nam - sprawa współpracy poety z wywiadem wojskowym nigdy by nie wypłynęła.

Za granicę wyjechał Borowski w czerwcu 1949. Oficjalnie miał pracować jako referent kulturalny w Polskim Biurze Informacji Prasowej w Berlinie wschodnim. Skąd Woroszylski wiedział o jego misji wywiadowczej wypełnianej na zlecenie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego? Swoją rolę w całej tej historii opisał najpierw w latach 70. w powieści "Literatura" i potem raz jeszcze, 20 lat później, już bez żadnych kamuflaży, w piśmie "Lewą nogą".

Podobnie jak wielu ludzi ze środowiska pisarskiego Woroszylski przyjaźnił się z Janem Ch. Podczas okupacji w Armii Ludowej, po wojnie w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, starał się imponować młodym literatom swoimi sekretnymi misjami za granicą. "Parę miesięcy przed wyjazdem Tadeusza na berlińską placówkę - wspomina Woroszylski - Janek oznajmił, że chciałby się z nim spotkać u mnie (...), było w tym coś z efektownego teatralizowania sytuacji przez naszego »asa wywiadu« - mógł przecież zaaranżować tę rozmowę w MSZ-ecie czy w innym urzędowym miejscu, ale do jego stylu należało widać stwarzanie wokół swoich poczynań aury jak z sensacyjnego filmu - i dzięki temu jedynie również ja dowiedziałem się mimochodem o berlińskiej »misji« Tadeusza - misji, której podjęcie się leżało w całej logice jego ówczesnej postawy. Po powrocie do Warszawy Borowskiego łączyła z Jankiem zażyłość taka sama jak wielu spośród znających go wcześniej, a może i serdeczniejsza".

A jednak żona była wtajemniczona. Maria Borowska mówi nam, że od początku wiedziała, iż mąż pracował w wywiadzie. Po powrocie z Berlina dostał zresztą propozycję od Luny Brystygerowej, szefa V departamentu MBP, szarej eminencji od spraw kultury, żeby w tym samym charakterze pojechać do USA.

- Tadeusz nie miał w tej sprawie żadnych moralnych wątpliwości, ja właściwie też nie - kontruje Borowska rozważania Woroszylskiego. - Ja go tylko zapytałam: "Czy ty chcesz dalej pisać, czy wolisz pracować w wywiadzie, bo moim zdaniem tych dwóch rzeczy połączyć się nie da". I Tadeusz zrezygnował. Przekonało go, że to dla niego robota zbyt ryzykowna, że szkoda jego talentu. Wcale nie uważaliśmy w tamtych czasach, że to sprawa hańbiąca, przeciwnie - to był w pewnym sensie obywatelski obowiązek. A Janowi Ch. Tadeusz napisał kiedyś referat na jakieś partyjne zebranie w MBP i on zrobił tym referatem prawdziwą furorę, za co zawsze był Tadeuszowi wdzięczny.

Poeta i tłumacz Andrzej Mandalian powie nam, że pamięta łzy Jana Ch. po śmierci swego podopiecznego. Nie ukrywał rozpaczy, obnosił się z nią publicznie. Słyszano, jak krzyczał: "To obce służby go zabiły. Upozorowały samobójstwo".

Jednak co było w raportach Borowskiego, tego Maria Borowska powiedzieć nie umie. Chociaż mąż potrafił ją obudzić w środku nocy, żeby przeczytać opowiadanie czy artykuł, raportów do czytania jej nie dawał. Kiedy Wiktor Woroszylski będzie o to po latach wypytywał Jana Ch., dowie się, że "konkretnie jednego dziennikarza angielskiego nam przygotował, a do swoich nie wścibiał nosa".

Oszałamiające, bolesne dialektyki

Czy Borowski, angażując się w komunizm, decydując na pracę dla wywiadu, myślał o doświadczeniach i przejściach swojej rodziny, o wysłanym na budowę Kanału Białomorskiego ojcu, zesłanej na Syberię matce? Zdaniem Marii Borowskiej Tadeusz się wcale nie dziwił, że Sowieci aresztowali mu ojca. W końcu był przedwojennym "dwójkarzem", wrócił zresztą wymieniony na jakichś komunistów.

W Niemczech pisze Borowski opowiadanie "Muzyka w Herzenburgu" o małym saksońskim miasteczku, w którym odbywa się akurat koncert laureatów Konkursu Chopinowskiego i które staje się widownią symbolicznej konfrontacji faszyzmu i komunizmu. Żołnierz Wehrmachtu, były jeniec radziecki, opowiada tam wrogo nastawionej publiczności, jak w opuszczonym obozie koncentracyjnym Sowieci zagnali niedobitki jego kompanii do łaźni. "Pomyślałem wtedy gorzko, mordowaliśmy inne narody, czemu więc mają nas oszczędzać? Nagle prysznice syknęły. W łaźni podniósł się wielki krzyk i umilkł. Wtem syk ustał i z pryszniców spadła na nas ciepła, roześmiana, pieniąca się woda. Z jaką radością chwytaliśmy ją w dłonie. Jak odzyskane życie! I wtedy zrozumiałem, jaka jest różnica między faszyzmem a komunizmem".

- Po tym opowiadaniu - wspomina Maria Borowska - Tadeusz mi wprost powiedział, że przecież wie, czym jest komunizm, co robi NKWD, ale w porównaniu z Hitlerem to wszystko nic. Przeżyliśmy Oświęcim dzięki Armii Czerwonej, co na zawsze zaważyło na naszym stosunku do Rosji i do komunizmu. Dla nas, oświęcimiaków, między totalitaryzmem hitlerowskim a stalinowskim była zasadnicza różnica. Bo jakkolwiek by na to patrzeć, stalinizm tępił ludzi, których uważał za wrogów czy potencjalnych wrogów, ale to nie były powody rasistowskie.

Borowski, twierdzi Maria, naprawdę uważał, że komunizm ulegnie przeobrażeniu, że zło nie jest jego cechą immanentną, że zbrodnie przeminą. Miał cały czas złudzenia co do Rosji. - Nie byliśmy wobec tego ustroju bezkrytyczni, ale uważaliśmy, że jest to okres przejściowy. Zresztą wtedy naprawdę nie widzieliśmy żadnych budujących przykładów. Jak się zachowywali Amerykanie, Churchill, cały zachodni świat? Przecież wiedzieli, że Niemcy palą Żydów. Nikt palcem nie kiwnął. Nasza świadomość była taka - świat toleruje tę podłość. Porównania między Zachodem a Wschodem wtedy wyglądały inaczej.

A jednak Aleksander Wat, który latem 1949 r. spotkał Borowskiego w Niemczech na uroczystościach ku czci Goethego, wspomni w liście do Woroszylskiego z roku 1963 o targających pisarzem wątpliwościach: "Nie wiem, czy wiadomo panu, że bardzo zbliżyłem się z Borowskim i że potem chadzał do mnie z rzadka na schizofreniczną spowiedź gorącego serca. To dialektyki oszałamiające i bolesne. Może kiedyś przyjdzie kolej, spiszę. Miałem do niego stosunek bardzo gorący".

Trzy lata później w audycji Radia Wolna Europa Wat powie: "W najgorszych latach terroru wielu, bardzo wielu przychodziło do mnie potajemnie na zwierzenia. Także komuniści, i to czołowi. (...) Żywym należy się dyskrecja. Z umarłych myślę, że mam prawo, że nawet powinienem wymienić Tadeusza Borowskiego, wielkiego zaiste prozaika. Po jego głośnym ataku na niekomunistycznych pisarzy usprawiedliwiał się przede mną, że tezy, a nawet zdania artykułu były mu podyktowane przez telefon do Berlina. Ostatecznie rozczarował się do komunizmu w Berlinie wschodnim. Boleśnie było patrzeć, jak tym świetnym pisarzem wysługiwali się jak chłopcem na posyłki komunistyczni grafomani. W okresie gdy pisał najbardziej agresywne felietony do »Nowej Kultury«, przychodził do mnie od czasu do czasu na spowiedź. Gdy ostrzegałem go, że grozi mu kliniczna schizofrenia, dowodził, że w grucie rzeczy po Oświęcimiu nie jest w stanie żyć; oszałamia się komunizmem, który jest dla niego ersatzem samobójstwa. Niedługo potem słowa wprowadził w czyn, tragiczny protagonista polskiego losu".

A potem raz jeszcze, w "Moim wieku", rozmowie z Czesławem Miłoszem, Wat powie o tych rozmowach z Borowskim, kiedy ten opowiadał mu o swojej nadgorliwości komunisty, o fanatyzmie jako środku niszczenia siebie.

Te wzmianki Wata to bodaj jedyny ślad rozterek Borowskiego z czasów berlińskich.

Na pierwszej linii

Gdy Borowski po dziewięciu miesiącach wraca z Berlina do kraju, wszędzie go pełno, jego flirt z nową władzą rozwija się lawinowo, on sam staje się najczystszym piewcą socrealistycznej odrazy do wszystkiego, co zachodnie i klasowo obce. Jak choćby kapitalistyczna poezja: "Z wściekłym psem nie należy bawić się w pogawędki. Wściekły pies może ugryźć śmiertelnie. Wściekłego psa poezji kapitalistycznej trzeba izolować; sam zdechnie w konwulsjach, wyprzedzając swoją klasę. Eliot jest świadomym prowokatorem, piewcą obskurnego Średniowiecza, heroldem imperializmu i - chwałą faszyzmu".

Janusz Sławiński z Instytutu Badań Literackich pisał, że Borowski był mistrzem w stylizowaniu swoich wypowiedzi na mowy prokuratorskie, i dowodził na przykładzie tego tekstu, że Borowski wzorował się na przemówieniach radzieckiego prokuratora Andrzeja Wyszyńskiego.

W swoim sztandarowym tekście "Rozmowy" (powstałym jeszcze w Berlinie, dedykowanym Jerzemu Andrzejewskiemu i Wiktorowi Woroszylskiemu) Borowski pisał: "Mam teraz siły, aby wszystkimi sposobami przykładać się do walki z imperializmem: pamfletem i paszkwilem, reportażem i wywiadem, felietonem i esejem. Nie chcę zrezygnować z żadnego ciosu, który można zadać". Zgłaszając w pełnych pasji słowach swój akces do socrealizmu, potępiał bezwzględnie całą swoją dotychczasową twórczość.

Jego publicystyczny temperament znany zresztą był już wcześniej. W 1947 r. swoją recenzją książki Zofii Kossak-Szczuckiej o Oświęcimiu "Z otchłani" wywołał lawinę polemik, ataków, kontrataków. W tym drukowanym w dwutygodniku "Pokolenie" paszkwilu zatytułowanym "Alicja w krainie czarów" zarzucał pisarce, że upiększała obozową rzeczywistość, bowiem należała "do uprzywilejowanej kasty Polek, które dzięki paczkom, stosunkom i opiece funkcyjnych wiodły w szpitalach i na wypoczynkowych blokach żywot stosunkowo wygodny i bezpieczny". Jak pisał po latach Tomasz Łubieński, Borowski wystąpił w roli "eksperta i monopolisty oświęcimskiego, który domaga się wyłączności dla swojego widzenia. Uderza nienawiść, z jaką traktuje ludzi ośmielających się twierdzić, że przeżyli obóz solidarnie".

W atakach sekundował Borowskiemu Woroszylski, który nazwał książkę Kossak-Szczuckiej "stekiem mistycznych bredni w rodzaju »siłą, która utrzymywała Polki w należytej postawie, była modlitwa przyjaciół«". Broniąc Borowskiego przed atakami prasy katolickiej, Kazimierz Brandys pisał: "Istotą jego talentu jest fanatyzm widzenia życia bez upiększeń, brutalność, wstręt do kompromisu, moralna odraza do zakłamania".

Teraz z tą samą siłą, z którą atakował Kossak-Szczucką, poprowadził atak przeciwko sobie samemu: "Dużo pisano o moim kompleksie obozowym. To był »antyfaszyzm« bez pozytywnych rozwiązań. Kiedy się ukazuje upodlenie człowieka w warunkach faszyzmu, trzeba pokazać jednocześnie jego bohaterstwo; nie wolno z udziału w walce klasowej wymigać się »okrutnym oburzeniem moralnym«. Nie umiałem klasowo podzielić obozu. Zabawiłem się w ciasny empiryzm, behawioryzm i jak to tam się nazywa. Miałem ambicję pokazania »prawdy«, a skończyłem na obiektywnym przymierzu z ideologią faszystowską" (można tu przypatrzyć się precyzyjnemu zastosowaniu języka soc, w którym raz po raz słowa opatrywano cudzysłowem, by je zdeprecjonować).

"Kiedy inni zatrzymali się, przestraszeni zbyt rwącą z kopyta historią, on, nie oglądając się na nikogo, szybko wyruszył na pierwszą linię ognia" - napisze o nim Wiktor Woroszylski we wstępie do przygotowanych pośmiertnie przez niego, wraz z Jerzym Andrzejewskim i Tadeuszem Drewnowskim, "Dzieł wybranych".

W "Nowej Kulturze" Borowski drukuje stałe felietony i wielkie teksty publicystyczne, instruktażowe, sprawozdawcze. Na przełomie marca i kwietnia 1951, na drugim zjeździe młodych pisarzy w Nieborowie, mówi o pokoleniu, które debiutowało w 1950, pierwszym roku Planu Sześcioletniego, i przeciwstawia jego możliwości "sztuce mieszczańskiej dwudziestolecia, tej służce sanacyjno-faszystowskiego ustroju, popierającej machinę państwową burżuazji, Święty Krzyż i Berezę Kartuską". Jako przykład do naśladowania podaje radzieckiego pisarza Fadiejewa poprawiającego "Młodą Gwardię". Ale sam nie poszedł w jego ślady, odciął się od swoich opowiadań oświęcimskich, ale nigdy ich nie zmienił. Pięć lat później to Fadiejew pójdzie w jego ślady, popełni samobójstwo po referacie Chruszczowa o zbrodniach stalinowskich.

Artykuły i reportaże Borowskiego z 1951 r. składają się na książkę "Na przedpolu", gdzie Zachód pokazany jest jako gniazdo imperialistów alias faszystów, marzących o wojnie atomowej, "wczorajszych szczurów czujących zapach jutrzejszej krwi". Borowski zastanawia się, co robi dziś żołnierz amerykański, którego przywitał płaczem radości, gdy wyzwalano obóz w Dachau. "Może wkłada w oblepione krwią ręce SS-manów amerykański karabin i uczy, jak strzelać do kobiet i dzieci. Może jeszcze nie obmył łap z krwi partyzantów greckich. Może stoi na warcie obozu Amerykanów w Korei i zagryza obojętnie rozmiękłą czekoladę, głuchy na jęk katowanych ludzi".

Żonie powiedział kiedyś Borowski: "Jak nie będę mógł pisać, to nie będę żyć". Musiał zdawać sobie sprawę, że jeśli zastosuje się do głoszonych przez siebie reguł, nie może z tego wyjść dobra literatura. Był skazany na publicystykę. Przez cały czas swego zaangażowania w socrealizm nie napisał niemal nic poza publicystycznymi agitkami i dwoma opowiadaniami ("Muzyka w Herzenburgu" oraz "Kłopoty pani Doroty"), nie licząc kilku niedokończonych, wyciągniętych z szuflady po śmierci.

W "Kłopotach pani Doroty" pojawia się tak propagowany w literaturze socu pozytywny bohater. Jest nim prokurator wydający wyroki śmierci. Szwarccharakter to mały kombinator, który podkłada ogień w PGR-ze, żeby zatuszować kradzież koni. "Aby uwydatnić małość wroga, Borowski używa zdrobnień w zagęszczeniu XVIII-wiecznym: urzędniczek, handelek, stosuneczki, reportażyk, konszachciki, mieszkanko - pisał Michał Głowiński, który wspomniane opowiadanie uważa za kwintesencję tego, co przekazać chciał socrealizm. - Głównymi wyrazicielami opinii są ci, którzy tworzą aparat terroru. Sformułuję rzecz z brutalną otwartością. Socrealizm to literatura pokazująca świat z bezpieczniackiego punktu widzenia. Stanowi aprobatę dla zbrodni wyrażoną środkami literackimi. Pisarz staje się wspólnikiem plutonu egzekucyjnego".

Niedokończone opowiadania Borowskiego - "Czerwony maj" o Feliksie Dzierżyńskim (miał zresztą w planach całą wielką powieść o nim) i "Dysputy księdza dobrodzieja", oparte na ubeckich materiałach przygotowanych do toczącego się w Krakowie procesu, wytoczonego "reakcyjnej bandzie", w tym księdzu - pokazują, że w swoim pisaniu nie zbaczał z wyznaczonej przez partię drogi.

"Jestem okropnie dwulicowy"

W czerwcu 1951 Borowski odwiózł żonę do jedynej w Warszawie prywatnej kliniki przy ulicy Goszczyńskiego. Tam 26 czerwca urodzi się córka Małgorzata. Wcześniej troszczył się o samopoczucie Marii, wywoził ją z miasta taksówką, zabierał na długie spacery po Wybrzeżu Kościuszkowskim.

Maria Borowska pamięta, że akurat w niedzielę 1 lipca siedział u niej wyjątkowo długo. Po okresie radosnej euforii z powodu narodzin córki był znowu w złym nastroju. Usiadł na łóżku i powiedział: "Jestem okropnie dwulicowy". Ona na to: "Każdy ma taki okres w życiu, kiedy bywa dwulicowy". Wtedy on podszedł do balkonowego okna, popatrzył na rogalik księżyca i powiedział: "Tak bym chciał uciec na księżyc". Ale zaraz potem dodał, że ma dobre wiadomości, bo dostali przydział na nowe mieszkanie i że przyniesie w poniedziałek pieluszki. Chciała mu powiedzieć: "Zostań, nie odchodź jeszcze", ale pomyślała, że przecież nie może się mazgaić tylko dlatego, że urodziła dziecko.

Wrócił do ich klitki na Ochocie, do - jak zapisano we wspomnieniach - "surrealistycznego pokoju o krzywych ścianach podobnego w swym kształcie do cząstki tortu, z łazienką usytuowaną pośrodku, który kupił za drogie pieniądze u pośrednika-prywatniaka", do "pokoju ciemnego i podłużnego jak garaż". Jeszcze koło północy paliło się tam światło. Pracował, bo na stole znaleziono niedokończony tekst. Potem uszczelnił wentylator, postawił na gazie czajnik z wodą - to będzie alibi, kto zechce, ten uwierzy w wypadek - łyknął środki nasenne i położył się na wąskim tapczaniku. Następnego ranka gosposia przyszła później niż zwykle, bo skoro żona w szpitalu, to nie ma się do czego spieszyć.

W poniedziałek pieluszki przyniósł do szpitala Wiktor Woroszylski. Powiedział, że Tadeusz musiał wyjechać w teren. Maria Borowska była wściekła, że zapomniał o gazetach. Nie wiedziała, że lekarka zakazała informować ją o czymkolwiek. I nie pozwoliła przynosić gazet, w których pojawiły się pierwsze nekrologi. Następnego dnia Woroszylski powiedział Marii, że Tadeusz leży w szpitalu. Całej prawdy dowiedziała się dopiero od gosposi po powrocie z córką do domu. Na początku trochę wierzyła w wypadek. Ale z drugiej strony, pamiętała, że trzy lata wcześniej próbował odebrać sobie życie, że całkiem niedawno proponował wspólne samobójstwo.

Maria Borowska wie oczywiście, jak trudno jest mieć pewność: "dlaczego". Co to było? Chorobliwa skłonność? Niezrealizowane ambicje pisarskie? Wypalenie się? Kłopoty osobiste? Ona sama uważa, że jedynym powodem samobójstwa jej męża była depresja. Ale zawsze była w tym poglądzie dość osamotniona. Jak tu rezygnować z legendy, kiedy na scenie są wszystkie rekwizyty i namiętności niezbędne do wielkiego dramatu: historia, polityka, wielkie pisarskie ambicje, wielkie rozczarowanie, a nawet pozamałżeński romans.

Wiktor Woroszylski ten osobisty wątek uzna za jeden z głównych motywów samobójstwa swego bohatera: "Była to wielka miłość, romantyczna i bezkompromisowa. Wobec takiej miłości śmierć wydawała się błaha i śmieszna. Kiedy dziewczynę aresztowało gestapo, poszedł do jej mieszkania: wiedział, że tam musi być kocioł, chciał zginąć razem z nimi". Kiedy bohaterowie, podobnie jak Maria i Tadeusz, ocaleli z obozu i wojny, ten "zrozumiał, że miłość spopieliła się w Oświęcimiu. Nienawidził siebie, gardził sobą, zmuszał się do miłości, całą siłą woli usiłował odtworzyć to, co było kiedyś. Pilnował się, aby ona nic nie poczuła, zakłamał wszystkie swoje słowa i gesty".

Można sobie wyobrazić, że taka wersja zdarzeń musiała mieć dla Woroszylskiego, który wciągnął Borowskiego do partii, walor psychoterapeutyczny. Lepiej było z myślą, że przyjaciela zabił nie romans z komunizmem, ale romans z kobietą.

Maria Borowska o tej dziewczynie wiedziała. Powiedziała mężowi, że jeśli chce, może odejść, ona zatrzymywać go - mimo ciąży - nie będzie. Ale on nie chciał.

Tej nocy, 1 lipca 1951 roku, dziewczyna podobno stała pod oknami Borowskiego. Paliło się światło. Uznała, że on pracuje i nie będzie mu przeszkadzać.

Na tym krysztale nie ma skazy

Wiosną 1951 r. UB aresztowało pułkownika Czesława Mankiewicza, przyjaciela Marii i Tadeusza Borowskich, działacza PPR z czasów wojny. To w jego mieszkaniu na Puławskiej Maria Rundo, a w ślad za nią Borowski wpadli w 1943 r. w kocioł gestapo. Borowski był absolutnie przekonany, że Mankiewicz jest niewinny.

Udał się najpierw do Pawła Hoffmana, naczelnego "Nowej Kultury", żeby załatwił mu audiencję u Jakuba Bermana.

- A czy wam się nie wydaje podejrzane - zapytał go Hoffman - że Mankiewicz cało i zdrowo wrócił z Niemiec?

Borowski znany był z niewyparzonego języka w sytuacjach, gdy atakowano jego przyjaciół. Wystarczy przypomnieć jego napaść na Woroszylskiego na zjeździe w Nieborowie w 1946 r. w obronie nieżyjących kolegów z grupy Sztuka i Naród.

- A czy to nie jest podejrzane - rzucił - że wyście nie zdechli w ZSRR, tylko wróciliście cało i zdrowo?

Hoffman sięgnął po słuchawkę i umówił Borowskiego z Bermanem.

Berman miał powiedzieć: - Powtórzę towarzyszom z bezpieczeństwa wasze zdanie w tej sprawie, a jak trzeba będzie, to was wezwą.

A potem dodał: - Muszę wam powiedzieć, że nam się czasem wydaje, że ktoś jest kryształ, a na tym krysztale są skazy.

- Na tym krysztale nie ma skazy - krzyknął podobno Borowski i wybiegł.

Zachowało się wiele różniących się w szczegółach relacji z tej rozmowy, ale w jednym punkcie wszystkie są zgodne - Borowskiemu nic nie udało się wskórać.

Maria Borowska pamięta, że kiedy wcześniej zaczęły się aresztowania przyjaciół Mankiewicza z PPR-owskiej partyzantki, spytała go, co o tym sądzić. - Skoro ich aresztowano, muszą być winni - odpowiedział.

Była świadkiem obrony na procesie Mankiewicza. Cały proces, sędzia zachowujący się jak prokurator - to był dla niej szok. Borowski już od trzech lat nie żył. W wielu późniejszych wspomnieniach ten wątek bezskutecznego dobijania się o uwolnienie niewinnego przyjaciela pojawia się jako jedna z przyczyn rozczarowań Borowskiego, jako to źdźbło trawy, które łamie grzbiet wielbłąda. Borowska jednak i tę przyczynę bagatelizuje: - Tadeusz uważał, że to błąd, pomyłka. Nie sądził, że to świadome działanie systemu. Tu też miał złudzenia.

Zmaltretowany Mankiewicz wyszedł z więzienia i został zrehabilitowany na fali odwilży.

Gdzie się błąka duch Borowskiego

Wtedy w teatrze Rozmaitości wieść o Borowskim dociera do Wiktora Woroszylskiego razem z informacją, że tuż przed śmiertelnym zatruciem gazem czytał "Burzę" Ilii Erenburga. Wraca do domu i sięga po tę książkę, tak jakby tam było ukryte jakieś wyjaśnienie: "dlaczego?". Ta potrzeba wytłumaczenia sobie, zrozumienia śmierci kolegi była wśród ludzi, którzy się z nim zetknęli, bardzo silna. Będą o nim pisać: Jerzy Andrzejewski, Kazimierz Brandys, Andrzej Kijowski, Adolf Rudnicki, Bogdan Czeszko, Tadeusz Konwicki, kilkakrotnie Woroszylski - w wierszu, opowiadaniu, powieści, wspomnieniu, przedmowie do "utworów wybranych" Borowskiego.

Jerzy Pomianowski pamięta, jak Tadeusz Borowski mówił mu: "Każdy człowiek jest materiałem i na bydlę, i na anioła. Jedynym lekarstwem na faszyzm jest jego przeciwieństwo, poddanie się kuracji komunistycznej. Do leczenia trzeba stosować silny środek kontrastowy". Jego zdaniem Borowski odkręcił gaz, gdy zrozumiał, że zamiast "środka kontrastowego" zastosował metodę homeopatyczną - podobne leczył podobnym.

Już następnego dnia po śmierci wiadomo było, że to samobójstwo, w mieszkaniu znaleziono opróżnioną fiolkę po środkach nasennych, powtarzano wiadomość o zatkanym specjalnie wentylatorze. Jedynie Tadeusz Konwicki, przewrotnie i prowokacyjnie, jeszcze dziś upiera się, że wcale nie jest pewien, czy to rzeczywiście było samobójstwo.

- Nigdy nie byłem gwałtownym orędownikiem tezy o samobójstwie, zwłaszcza że używana ona była do różnych manipulacji - mówi nam. - Pisałem już o tym w "Kalendarzu i klepsydrze", że Borowski był takim człowiekiem, który chętnie by się poddał okolicznościom, które przynoszą śmierć. Wszyscy uwierzyli w samobójstwo, bo ono pasuje jakoś do czasu, do jego losu, do legendy. Ta śmierć mogłaby mu być na rękę. Ale gdzieś sobie myślę, że to mógł być przypadek. Prymitywna kuchenka gazowa, byle jaki czajnik. A jeśli nawet popełnił samobójstwo, to wcale nie musiały być powody ideologiczne, ale jakiś rodzaj życiowego impasu.

Pod koniec 1951 r. Konwicki wstępuje do partii. Legenda głosi, że chodziło o "uzupełnienie kruszących się szeregów i zapełnianie miejsca po Borowskim".

Kiedy pytamy go o to, odpowiada: - Rzeczywiście, słyszałem i czytałem, że na cześć Borowskiego poszedłem do partii, że zadeklarowałem, iż w pierwszym szeregu bojowników zastąpię zmarłego. Czytałem i nie mogłem się nadziwić. Każdy, kto czyta moje książki, wie, że ja się nie nadaję na energicznego aktywistę. Zacząłem się więc zastanawiać, skąd się to wzięło. W tamtych czasach był taki styl, że młodzi, zdolni muszą być w partii. Ja nie miałem nic przeciwko temu, bo idee socjalistyczne były mi bliskie. Ale partia była czujna. "Z taką przeszłością... AK-owiec... reakcyjny... był w partyzantce antyradzieckiej..." - jednym słowem komitet dzielnicowy powiedział "nie". Normalnie było się kandydatem sześć miesięcy, a ja kandydowałem kilka lat. Niestety, miałem życzliwych i wpływowych protektorów, którzy wszelkimi siłami starali się utorować mi drogę do partii. Może to oni właśnie wyciągnęli tę kartę, powiedzieli, że chcę zastąpić zmarłego, skorzystali z tej żałoby, żeby mnie wciągnąć? W każdym razie rzeczywiście wstąpiłem do partii w drugiej połowie 1951 roku. A ta legenda najwidoczniej wydała się możliwa i musiała się spodobać.

- Wśród młodych bohaterów mojej "Obrony Grenady" - opowiada nam z kolei Kazimierz Brandys - błąkał się duch Tadeusza Borowskiego. Razem ci bohaterowie tworzą jego postać.

Zbiorowy Borowski w książce Brandysa to młodzi chłopcy, którzy chcą wystawić "Łaźnię" Majakowskiego. Chodzą po mieście, prowokując dyskusję. Szukają niezdecydowanych, żeby im okazać pogardę. Jeden z Borowskich mówi: "Kopniemy w brzuch drobnomieszczanina, należy mu się to od dawna. Jeśli ci się wydaje, że można będzie nas ugłaskać, mylisz się. Nie ma łagodnej rewolucji. Właśnie nasza, dlatego że oszczędziła krwi, musi swoimi słowami przykładać rewolwer do skroni".

Tak, to był ten typ argumentacji, którym posługiwał się Borowski. Odtworzy ją również Andrzej Kijowski w opowiadaniu z kluczem "10 lat życia". Pisarz T. nawraca tam na słuszną drogę wątpiącego krytyka A.: "Wam, humanistom, wydaje się, że marksizm stworzy społeczeństwo, które wam się podoba, społeczeństwo, które będzie cenić to, co wy cenicie: indywidualistyczną moralność, racjonalistyczną filozofię, psychologiczną literaturę, formalistyczne malarstwo. A jeśli nie tak, to do kitu z tą rewolucją. Prawda? A jeśli w interesie rewolucji jest, aby indywidualistyczną moralność zastąpić zbiorem brutalnych przepisów, racjonalizm - mitologią, literaturę dydaktyką, malarstwo - kiczem?".

Śmierć nadziei

"Samobójstwo Borowskiego - napisze po latach Jan Kott - było wstrząsem, jaki można porównać z wcześniejszym o lat dwadzieścia jeden samobójstwem Włodzimierza Majakowskiego. Borowski był największą nadzieją literatury polskiej wśród okrutnie przetrzebionego przez wojnę pokolenia jego rówieśników. Był również największą nadzieją komunistycznej partii, jej wyznawcą, apostołem i inkwizytorem; musiało minąć wiele lat, zanim wielu z nas zrozumiało, że był również jej męczennikiem".

Niezależnie od tego, co tak naprawdę sprawiło, że Tadeusz Borowski uszczelnił wentylator, zażył środki nasenne i odkręcił gaz, legenda jest uparta. To właśnie Borowskiego uważa się za tego, który jako pierwszy z grona fanatycznych wyznawców socrealizmu zrozumiał i przejrzał istotę komunizmu.

Czesław Miłosz po śmierci Borowskiego doda w "Zniewolonym umyśle" do rozdziału "Beta - czyli nieszczęśliwy kochanek" postscriptum: "Ci, którzy obserwowali Betę w ostatnich latach jego gorączkowej aktywności, byli zdania, że pomiędzy jego publicznymi wypowiedziami i możliwościami jego bystrego umysłu zachodził coraz większy konflikt; zachowywał się zbyt nerwowo, aby nie przypuszczać, że sam ten kontrast dostrzega". Miłosz pożegna go też wierszem:


Borowski zdradził.

Uciekł tam gdzie mógł.

Przed sobą widział gładką ścianę

WSCHODU

Za sobą mury polskie Ciemnogrodu.


Na dwa miesiące przed swoim samobójstwem, w maju 1951, Borowski razem z Woroszylskim wyjechali do Berlina na kongres młodych artystów niemieckich. Któregoś dnia, gdy wypuścili się do Berlina Zachodniego - nie było jeszcze muru - Borowski zachęcił Woroszylskiego do kupna książki "Ein Gott, der keiner war" ("Bóg, który nie był Bogiem") - zbioru wyznań takich "renegatów komunistycznych", jak Arthur Koestler czy Ignazio Silone. W samym zainteresowaniu takimi lekturami - napisze 40 lat później Woroszylski - "tkwiła nieuświadomiona ambiwalencja". I doda, że książka ta, doszczętnie zaczytana, towarzyszyć będzie początkom jego z kolei drogi odchodzenia od komunizmu. Ale na to trzeba będzie poczekać jeszcze kilka lat.

 

PS. W poprzednich odcinkach naszego cyklu znalazło się zdanie o przyjaźni Tadeusza Borowskiego i Andrzeja Trzebińskiego. - Wbrew temu, co pisze się we wspomnieniach z tamtych czasów, byli tylko kolegami z kompletów - prostuje Maria Borowska. - I prawdę mówiąc, wybitnie się nie lubili.

 

Korzystałyśmy m.in. z książek: Tadeusz Drewnowski, "Ucieczka z kamiennego świata", PIW, Warszawa 1972; Tomasz Łubieński, "Bohaterowie naszych czasów", Aneks, Londyn 1986









Gazeta Wyborcza - 19/02/2000

 

SOCREALIZM

 

 

 

ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA

TOWARZYSZE NIEUDANEJ PODRÓŻY (5)

Dzień, w którym umarł Stalin

 

 

 

W marcu 1953 roku odbyło się pospolite ruszenie poezji i prozy. Niemal wszyscy liczący się w literaturze musieli odrobić lekcję z peanów i trenów na cześć Stalina. Ale już od kilku lat ćwiczono literatów, że ich twórczość jest wobec potrzeb partii służebna. Wiersze mieli pisać na zamówienie czasem wprost z komitetu PZPR.

 

Kiedy 5 marca 1953 roku Ola Watowa przyszła do warszawskiego szpitala Dzieciątka Jezus odwiedzić swego męża Aleksandra, który leżał tam w separatce po kolejnym ataku nerwobóli, zastała pod jego pokojem lekarzy i personel szpitalny z żałobnymi minami. Przeraziła się, że umarł, zwłaszcza gdy zobaczyła, że nie ma w pokoju jego łóżka. Uspokoiła się, gdy okazało się, że to umarł Stalin, a w pokoiku Wata po prostu zrobiono kapliczkę żałobną: świece, duży portret przybrany kirem, kwiaty. Lekarka mówiła potem radośnie - wspomina Watowa - że to ona dała na udekorowanie kaplicy trzy metry czarnego materiału, który mąż przywiózł jej z zagranicy. Salowa pochlipywała: "Biedny nasz Stalinek, niech pani pomyśli, taki mocarz i też umarł. To co mówić o nas, skromnych ludzikach".

Pieśń nie zawiodła

Pierwszą wiadomość polskie radio nadało 4 marca 1953 r. nad ranem, powołując się na sowiecką agencję TASS: Josif Wissarionowicz Stalin w nocy z 1 na 2 marca miał wylew krwi do mózgu.

Sparaliżowany, nieprzytomny, pozbawiony mowy wciąż jednak ma - i jeszcze długo po śmierci mieć będzie - przemożną władzę nad zwykłymi ludźmi, a też nad pisarzami i poetami w ZSRR i podległych mu krajach.

Z nocy z 6 na 7 marca śni się Marii Dąbrowskiej. Ubrany w paradny mundur, czarne spodnie i białą kurtkę, której jedna poła łopoce niczym chorągiew na wietrze, wydaje się pisarce - która przyszła w swoim śnie do jakiegoś wielkiego gmaszyska na wydawane przez wodza światowej rewolucji przyjęcie - malutki i kruchy. Słyszy, jak ktoś mówi: "On jest ciężko chory i musi iść do klozetu". Następnego dnia Dąbrowska notuje w dzienniku, że jedynym wyrazem prawdziwej opinii publicznej jest dziś "twórczość wychodkowa", i przytacza czterowiersz:

 

Sraj na trumnę Lenina

sraj na trumnę Stalina

sraj na cały ten rząd pieski

ale nie sraj na te deski

 

Maria Dąbrowska musiała mieć świadomość, że z tą opinią publiczną sprawa wcale nie jest tak jednoznaczna, że przynajmniej część pełnych bólu i cierpienia wierszy, którymi po śmierci Stalina zapełniły się łamy polskich czasopism, jest szczera. Podobnie jak płacz zwykłych ludzi, a świadectwa z epoki mówią, że płakały całe wsie i miasteczka. 6 marca do domu Anny i Moniki Żeromskich w Konstancinie przyjeżdża córka przyjaciół, która szlocha z żalu, bo "straciła ojca" (co prawda do Moniki dzwoni też przyjaciółka, Krystyna Hartwig, i oświadcza przez łzy: "Umarł Stalin, jestem taka szczęśliwa, taka szczęśliwa!").

Sama Maria Dąbrowska notuje: "Umiera człowiek, przez którego miliony ludzi wylało z siebie morze łez i krwi. Ale który też stworzył nową potęgę Rosji, a może i w ogóle coś nowego". Pisarka skarży się w dziennikach, że podawane co chwila przez radio informacje o stanie zdrowia Stalina są nazbyt naturalistyczne. Tętno, ciśnienie, analizy krwi i moczu... "Te makabryczne biuletyny o fizjologicznych stanach agonalnych Stalina nie są dobre dla neurasteników" - komentuje i dodaje, że pod ich wpływem zaczęła liczyć sobie ilość oddechów na minutę, co nigdy wcześniej nie przychodziło jej do głowy.

Ale i to najwidoczniej nie we wszystkich wywoływało te same odczucia. Wiersz zatytułowany "4 i 5 marca 1953 roku" wziął na warsztat właśnie owe detale fizjologii. Przykutemu do radioodbiornika podmiotowi lirycznemu ("Przez dwa dni/ siedzimy przygięci,/ zasłuchani przy głośniku") razem z konającym Stalinem podnosi się ciśnienie ("nasza krew oburzenia, trwogi i miłości/ podchodzi do dwustu dziesięciu stopni ciśnienia"), przyspiesza tętno ("od Władywostoku/ do bolejącej Moskwy/ od wsłuchanej Warszawy/ aż do szerokich podzwrotnikowych fal Amazonki/ i do rozdzieranej bombami Korei/ tętno sto szesnaście razy przeskakuje/ przez wyrwy i niespodziewane przepaście/ sześćdziesięciosekundowej minuty"), skraca się oddech ("glob ludzi trudu i mozołu/ oddycha wolniej i ciężej/ minuta w dniu tym mierzy się/ trzydziestoma sześcioma westchnieniami umęczonych płuc"), by wreszcie w finale znaleźć nieoczekiwane wyjaśnienie "bolesnej straty, jaką poniosła ludzkość".

 

Dla ratunku były ci jedynie potrzebne

małe, ociężałe pijawki,

krwiożercze, ślepe stworzenia.

taki bywa nierozumny kaprys

pogranicznego brzegu życia.

Pijawki nie spełniły poruczonego

im zadania.

Zawiodły.

Nie zawiodła jedynie pieśń,

pójdzie za trumną - żałobnica myśląca.

Trwa i trwać będzie.

Śpiewa ludowi.

 

Autor wiersza Jan Wyka, przedwojenny komunista, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii, trzy lata później, w 1956 roku, stanie przed sądem partyjnym za to, że na otwartym zebraniu Podstawowej Organizacji Partyjnej Związku Literatów Polskich porówna szefa partii Edwarda Ochaba do Stalina i będzie domagał się ustąpienia całego KC "jako zadośćuczynienia wobec społeczeństwa za dotychczasową politykę, opartą na metodach zbrodniczych".

Zanim w marcu 1953 odbyło się pospolite ruszenie poezji i prozy, zanim niemal wszyscy liczący się w ówczesnej literaturze odrobili lekcję z peanów i trenów na cześć Stalina, przez kilka lat ćwiczono literatów, że ich twórczość jest wobec potrzeb partii służebna. To był czas, kiedy pisano wiersze na zamówienie składane przez telefon - czasem z redakcji czy wydawnictwa, a czasem wprost z komitetu partii. Nie prowadzono takich statystyk, ale wiele wskazuje na to, że pisarze byli najbardziej "stelefonizowaną" grupą społeczną. W ich dziennikach i wspomnieniach aparat telefoniczny urasta często do złowrogiego narzędzia sprawowania władzy. "Gdy słyszę w słuchawce »towarzyszka« - pisała Maria Dąbrowska - od razu wiem, że telefon jest z KC".

- Sensem istnienia poezji - mówi nam Michał Głowiński, autor rozpraw o socrealizmie - stało się podporządkowanie komunistycznemu kalendarzowi liturgicznemu: rocznice, święta państwowe, do tego dochodziły daty okolicznościowe, jak np. wybuch wojny w Korei w 1950 r. czy wyrok śmierci wykonany w 1952 r. na greckim komuniście. Wstrząśnięci poeci z ZSRR i wszystkich demoludów wyrażali wtedy gorący protest przeciw zamordowaniu człowieka, o którym jeszcze dzień wcześniej nie słyszeli. Poetą był ten, kto przyjmował zamówienie. Znana teza rosyjskiego dysydenta Andrieja Siniawskiego, głosząca, że socrealizm wyrasta z tradycji dworskiego klasycyzmu, sprawdzała się w przypadku poezji doskonale.

Poezja służyła jako polityczny komentarz do bieżących wydarzeń. Zawsze znalazł się ktoś, kto potępił biskupa Kaczmarka czy skazanych w procesie szesnastu ("Rycerze srebrników - dolarów,/ Judzący do rzezi nowej,/ Sąd o was wydał Naród, / A wyrok - Sąd Wojskowy" - Józef Prutkowski).

Po nagonce na "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne w kierownictwie partii" Wiktor Woroszylski napisał poemat "Sierpień", gdzie znajdujemy echa plenum ("Myślę o tej, co źródłem siły/ i ufności była. O Partii. (...)/ o niej, która w płomieniu Plenum/ oczyszczała się,/ hartowała"), potępienia Jugosławii marszałka Tity ("Tego lata, gdy zdrada skuła/ nieszczęśliwy lud Jugosławii"), odcięcia się od Gomułki ("i głosiło zamorskie radio,/ że »są dobrzy komuniści... niektórzy...«").

Do klasyki gatunku soc wszedł dedykowany "imperialistycznym agresorom w Korei" wiersz Adama Ważyka:

 

Dobrze wam było pić Coca-Cola.

Ssaliście naszą cukrową trzcinę,

zjadali nasze ryżowe pola,

żuliście kauczuk, złoto, platynę,

dobrze wam było pić Coca-Cola.

My, co z bagnistych piliśmy studzien,

dzisiaj pijemy wodę nadziei.

 

W szczytowym okresie stalinizmu ukazało się kilkadziesiąt antologii poetyckich. O Stalinie, Bierucie (26 autorów wierszy o "towarzyszu Tomaszu"), generale Świerczewskim (za opublikowany tam "Poemat o generale Świerczewskim" Woroszylski otrzyma w 1950 r. nagrodę państwową), Dzierżyńskim, Leninie, Nowej Hucie, Święcie Pierwszego Maja, bitwie pod Lenino itd., itd.

Wydawano antologie za: pokojem światowym, braterstwem broni ludzi pracy, Gwardią i Armią Ludową, walką o postęp i wyzwolenie społeczne. I antologie przeciw: klerykalizmowi, sabotażystom, kułakom, lokajom z Wall Street ("Dzieci zabijać w kołyskach!/ Marzą panowie z Wall-Street./ Byle jeszcze coś zyskać,/ Byle handelek kwitł!" - Karol Szpalski), rozgłośni Głos Ameryki, imperializmowi etc. Oto klasyk w tej ostatniej kategorii: "Pijcie z wierszy nienawiść do imperializmu" autorstwa Romana Bratnego:

 

Ja do mej pijalni

za darmo proszę wszystkich towarzyszy.

Choć brudne nieraz wierszy szklanki

to napój w nich klasowo czysty.

 

Mobilizacja czujności w demaskowaniu wroga czy - skromniej - szkodnika albo bumelanta była zdaniem Edwarda Balcerzana jednym z najżarliwiej deklarowanych zadań poezji socrealistycznej. Zespół norm rządzących liryką socrealistyczną nazwał on strategią agitatora.

Były to bowiem czasy działań kolektywnych i podporządkować się temu musiała nawet czynność tak, wydawałoby się, indywidualna czy wręcz intymna jak pisanie wierszy. "Zwiedzaliśmy wszystkie obiekty wspólnie, każdemu odcinkowi pracy przypatrywały się trzy pary oczu, we trzech tłumaczyliśmy sobie wszystkie sprawy (...), razem tworzyliśmy koncepcje wierszy" - czytamy we wstępie do antologii "Wiosna sześciolatki" pod redakcją Andrzeja Brauna, Andrzeja Mandaliana i Wiktora Woroszylskiego.

Dbając o jakość zamawianych wierszy, władze często organizowały konkursy zamknięte, a Ministerstwo Kultury wyznaczało ich uczestników spośród wybitnych współczesnych poetów. I tak do udziału w konkursie na pieśń robotniczą wyznaczono 14 twórców, wśród nich Tadeusza Borowskiego, Adama Ważyka, Wiktora Woroszylskiego (wytypowano również kompozytorów, którzy mieli napisać muzykę do pieśni laureatów). Wytyczne do konkursu głosiły, że należy pokazać jedność i entuzjazm. Podano liczbę strofek i układ. W preliminarzu wydatków przeznaczono środki na zinstrumentowanie na orkiestrę symfoniczną i orkiestrę dętą. Wyróżnienie przyznano Woroszylskiemu za "Barbórkę", a Borowskiemu polecono ponowne opracowanie piosenki o górnikach.

Sam Feliks Dzierżyński

W pierwszym numerze "Trybuny Ludu" z 1950 r. Wiktor Woroszylski publikuje poświęcony pracownikom bezpieczeństwa wiersz "Czuwającym w noc noworoczną".

 

Ale wróg w tę noc

jak w inne czyha.

I wam w tę noc

jak we wszystkie -

czuwać.

Na horyzoncie - socjalizm!

Aby szybciej doń dotrzeć,

dołóżmy:

jedni - węgla serdecznego, drudzy

- wierszy.

A wam -

nerwy napinać nocami,

oczy wytężać dobrze

i dłonią nieubłaganą

dusić gada dywersji.

 

W tamtej epoce był to temat wcale częsty, kilka lat później będzie można ułożyć z tego w PIW-ie całą antologię: "Wiersze i pieśni poświęcone pracownikom bezpieczeństwa" (w części z nutami). Prawdziwy rozgłos zyskuje napisany do PIW-owskiej antologii o Dzierżyńskim i przywoływany później we wszystkich opracowaniach dotyczących tamtego okresu wiersz Andrzeja Mandaliana "Do towarzyszy z bezpieczeństwa", ze słynną sceną, w której przemęczonemu pracą majorowi z łódzkiego UB objawia się we śnie sam Feliks Edmundowicz Dzierżyński.

 

Śpij, majorze,

świt niedaleko,

widzisz:

księżyc zaciąga wartę;

szósty rok już nie śpi Bezpieka,

strzegąc ziemi

panom wydartej. (...)

i przyszedł towarzysz Dzierżyński

do towarzysza majora. (...)

Zazdroszczę wam nocy łódzkiej,

tej,

na Piotrkowskiej,

tej w oczach

znajomej,

ludzkiej,

niespokojnej bezpieczniackiej troski.

 

Pokrzepiony snem i przykładem nabrał znów major sił do przesłuchiwania.

 

Major obudził się,

stanął,

zadzwonił,

kazał wywołać,

i znów padały pytania,

i znów kłamała odpowiedź. (...)

Notuj, majorze, notuj,

szukaj, majorze, nici,

żadna brunatna hołota

nie powstrzyma naszego życia.

Stary przed tobą wróg,

szpieg i kret, (...)

Za nim

wojen wodorowy mit,

dolarami mu kieszeń dźwięczy,

a za tobą jesteśmy my,

nas, majorze, o wiele więcej.

 

- Ten wiersz był pisany z zamiarem przeciwstawienia ówczesnej bezpiece rosyjskiej naszej rodzimej, polskiej, która, jak wtedy wierzyłem, miała czyste ręce - opowiada Mandalian, którego rodzice byli przedwojennymi komunistami, ojciec zginął w czasie wojny zamordowany przez NKWD, matka też przeszła przez sowieckie więzienia. - Ale zacząłem się go wstydzić niemal natychmiast po napisaniu, przede wszystkim ze względu na reakcję matki. Pamiętam też rozmowę z Broniewskim, który spytał mnie, czy wiem, że na UB biją. "W Rosji - wyjaśniłem mu. - Przecież nie tutaj". A wtedy Broniewski popatrzył na mnie i powiedział: "Andrzejku, Andrzejku, to są przecież ci sami ludzie".

Ukręcić łeb kanarkowi

Nie wystarczało pisać wiersze na zadany temat. Równie istotną częścią socrealistycznego obrządku było potępianie tych, którzy takich wierszy nie produkowali. W 1950 r., na V Zjeździe ZLP, Adam Ważyk wystawiał pisarzom cenzurki, łajał ich i poszturchiwał, domagał się "przezwyciężenia smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z czasów imperializmu". Skrytykował kilkudziesięciu pisarzy i poetów. Najwięcej dostało się Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu jako przynoszącemu szkodę socjalizmowi:

"Poeta rzeczywiście opowiada się po stronie demokracji ludowej, po stronie socjalizmu, ale na dowód - rozkłada nam przed oczami zdemolowany kramik mieszczańskiego inteligenta. Czego tam nie ma? Jest lamus szlacheckiego baroku z antycznymi bogami, pstrokacizna cudzoziemskich słówek, wyprzedaż całej neoromantycznej starzyzny poetyckiej, cygańskie antyfilisterskie facecje, a spoza tych facecji wyłania się z wierszy Gałczyńskiego filisterski kącik z koteczkiem i firankami. Wszystko to prosi się o zestawienie ze znakomitym wierszem Majakowskiego: »Czerwona ramka/ Marks na ścianie/ Kot się ociera o Izwiestia stare/ A pod sufitem piszczy nieustannie/ rozwydrzony kanarek«. Słuszniej by było, gdyby Gałczyński ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach".

I dalej apelował Ważyk o "oczyszczenie poezji ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z czasów imperializmu, ze skłonności formalistycznych i tradycji zepsutego baroku". Gałczyński miał odpowiedzieć zaraz w prywatnym gronie: "Cóż, kanarkowi łeb można ukręcić, ale wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy?". Ale publicznie składał samokrytykę.

Woroszylski opisywał w "Pokoleniu" spotkanie Gałczyńskiego w świetlicy fabryki Era we Włochach pod Warszawą w kwietniu 1950. Robotnicy krytykowali tam "Zieloną Gęś" za "treść obcą masom pracującym". Mówili: "chcemy, żebyście mocno piętnowali podżegaczy wojennych, wyszydzali bumelantów". Gałczyński przyznał, że "Zielona Gęś" reprezentuje "przeszłościowy żart abstrakcyjny", i przyrzekł, że podejmie wysiłki, by sprostać ich oczekiwaniom.

Do nagonki przeciwko Gałczyńskiemu ochoczo dołączyli inni. Był to zapewne atak płynący z dusz szczerych, nie trzeba było nikogo zachęcać. To, że dawny współpracownik ONR-owskiego "Prosto z mostu", autor ohydnie antysemickich wierszy, ma prawo w nowym ustroju, który miał zadośćuczynić starym krzywdom, spijać te same miody co i oni, musiało wywoływać ich głęboki niesmak.

Słowa powinny przejść w okrzyki

Wydana w 1949 r. przez Czytelnika antologia radzieckich "Wierszy o Stalinie" - wśród tłumaczy są między innymi Gałczyński i Woroszylski - stanie się dla przyszłych piewców generalissimusa rodzajem ściągawki, skarbnicą porównań i metafor, ale też czymś w rodzaju obowiązującej wykładni politycznej poprawności w tym względzie. W Archiwum Akt Nowych jest cała teczka dotycząca obchodów 70-lecia urodzin Stalina w 1949 r. Jak wynika z dokumentów, wszystko ustalano na szczeblu KC: od nakładu okolicznościowych książek (między 100 a 200 tys. egzemplarzy) po hasła na akademie. Zaznaczano, że hasła nie mają być wcześniej publikowane, chodziło zapewne o wrażenie, że powstały spontanicznie na sali (a brzmiały np. tak: "Imię Stalina nierozerwalnie wiąże się z dwukrotnym wyzwoleniem narodu polskiego!"). Są też sprawozdania: razem dodatków ilustrowanych do różnych pism z okazji 70-lecia wydrukowano 3 mln 376 tys. 500 egzemplarzy, a tytułów książek, nut, portretów - 955 tys.

Poza tym ogłoszono konkurs na wiersz o Stalinie, który wygrał Władysław Broniewski (w "Autobiografii na cztery ręce" Jerzy Giedroyc, który mówi zresztą o Broniewskim z wielką sympatią, wspomina, że każde ich spotkanie zaczynało się od pytania: "Panie Jerzy, czy Pan mi poda rękę? Przecież »Poemat o Stalinie« był doskonałym poematem").

 

Pędzi pociąg historii,

błyska stulecie - semafor.

Rewolucji nie trzeba glorii,

nie trzeba szumnych metafor,

potrzebny jest maszynista,

którym jest ON:

towarzysz, wódz, komunista -

Stalin - słowo jak dzwon.

 

Jedno z wyróżnień dostał też Wiktor Woroszylski za "Balladę o Stalinie w Krakowie i o krokach rewolucji" ze zwrotką o katowanych w międzywojennej Polsce komunistach:

 

Ale milczeli, oczu nie spuszczali,

o rewolucji chroniąc myśl swą twardą

i w sercu hasło, niby pancerz - Stalin.

 

Już wcześniej zresztą, jako jeden z pierwszych w Polsce poetów, głosił Woroszylski chwałę Stalina w wierszu "Słowo młodych" ("Jest takie słowo,/ synonim wielu pięknych słów (...)/ - Stalin"). Poza konkursem sławili wodza światowej rewolucji inni wybitni poeci, jak Tuwim.

 

I zakwitniesz, zakwitniesz na strunach,

Twórco ery, radziecki narodzie!

Wieki dadzą ci rangę bajeczną:

Epos - jakąś wszechludzką Bylinę,

Z rewolucją, krasawicą wieczną,

Z wiecznie żywym herosem Stalinem.

 

Przyszły lustrator Jacek Trznadel zachwycał się wtedy wierszem Adama Ważyka "Rzeka", plonem pierwszej fali wierszy o Stalinie z 1949 roku ("Ileż doskonałości w budowie obrazów artystycznych, których oczywistość i prostota łączy się z wielkim uogólnieniem, niejednokrotnie z wielkim symbolem: oto wiersz o Stalinie, w którym mądrość stalinowska została upodobniona do rzeki żyznej, płynącej przez Kraj Rad"):

 

Mądrość Stalina,

rzeka szeroka,

w ciężkich turbinach

przetacza wody,

płynąc wysiewa

pszenicę w tundrach,

zalesia stepy,

stawia ogrody.

 

Reżyseria życia literackiego dotyczyła każdego detalu. Antologie poetyckie traktowane były jako materiał dla akademii ku czci i teatralnych inscenizacji. W antologii "Bój to jest nasz ostatni", wydanej już po śmierci Stalina, czytamy: "W czasie recytacji wiersza o partii, po słowach »i nawet słabsi, ale we dwoje« - wszyscy znajdujący się na scenie podają sobie dłonie. Po »Partii« Majakowskiego recytacja solowa fragmentów poematu Pablo Nerudy »Niech się zbudzi drwal« i zbiorowa - fragmentu »Słowa o Stalinie« Broniewskiego. Ostatnie słowa tej recytacji: »Stalin! Stalin! Stalin!« - mogą, a nawet powinny przejść w okrzyki, z których bezpośrednio, niejako żywiołowo wypływa »Kantata o Stalinie« - zespół".

Wezwanie do współzawodnictwa

W tomiku z 1949 r. "Śmierci nie ma" Wiktor Woroszylski publikuje programowy wiersz-manifest "Na odwrocie nekrologu Wincentego Pstrowskiego", górnika, przodownika pracy, zmarłego w wyścigu o przekraczanie kolejnych norm pracy.

 

UWAGA, POLITYCZNI POECI,

rębacze wyobraźni, ładowacze

wzruszeń,

wzywam was do współzawodnictwa pracy imienia górnika Pstrowskiego.

Kto da więcej, kto da lepiej, lepiej

i więcej

węgla poezji - do rozgrzania

towarzyszy z miast, wsi i zagranicy!

 

On sam próbuje dawać coraz więcej "węgla poezji" i co roku produkuje nowy tomik. Ten ton "wykonywania norm" w literaturze był w owym czasie dość powszechny. "Przegląd Sportowy" przedstawia na przykład Kazimierza Brandysa jako przodownika pracy, a on sam mówi: "W ostatnich trzech latach napisałem 1500 stron druku książkowego, przeciętnie pracuję 10-12 godzin dziennie". "Trybuna Ludu" drukuje list Juliana Tuwima do Bieruta: "Dostojny obywatelu prezydencie, dla uczczenia 60. rocznicy Waszych urodzin zobowiązuję się ukończyć przed 1 maja br. przekład poematu Mikołaja Niekrasowa »Komu się na Rusi dobrze dzieje « i oddać wydawnictwu gotowy maszynopis".

Latem 1952 r. Woroszylski wyjeżdża do ZSRR na studia. Choć to właśnie tam zacznie kruszeć jego wiara, starczy jej jeszcze na wiersz "Poprzez ból".

 

Może do młodszych On przejdzie

historią

i potrafią, nie dziwiąc się, mówić "był",

ale nam, którym łzy jeszcze w gardle

stoją,

jak uwierzyć w historii prószący pył?...

 

Z opublikowanego w "Nowej Kulturze" tekstu "Ostatni raport z Moskwy" wynika, że Woroszylski razem z setkami tysięcy ludzi radzieckich tkwił w wielokilometrowej, wijącej się przez całą Moskwę kolejce do Sali Kolumnowej Domu Związków Zawodowych, gdzie wystawiono zwłoki Stalina.

"Czwarty już dzień radziecka stolica pokryta jest kirem - pisał. - Czwarty dzień olbrzymie miasto - jak silny mężczyzna, którego opuścił ktoś najukochańszy - drży z bólu i całą siłą woli powstrzymuje szlochania gotowe wyrwać się ze ściśniętego gardła. Czwarty dzień nie ma Stalina. Przez trzy dni i trzy noce płynęła ulicami Moskwy wezbrana Wołga ludzkiego żalu. Słyszałem, jak bije serce tego tłumu".

Woroszylski zobaczy obok trumny Stalina w Sali Kolumnowej polską delegację aparatczyków z najwyższych szczebli władzy, część zresztą agentów NKWD. I napisze: "Czułem, że kiedy tak stali na warcie, cała Polska z nimi stała, cała ojczyzna nasza, której Stalin dał wolność i szczęście".

Słowo mi dźwięczy jak spiż

Jeden z naszych rozmówców opowiada, jak to redakcje po śmierci Stalina pękały od żałobników. - Zapamiętałem ten tłok literatów z rulonami elegii, trenów i panegiryków. A partia była kapryśna i grymasiła, tak że potem ci, których płodów nie przyjęto, mogli wypinać pierś, że oni się niczym nie zbrukali.

Na palcach jednej ręki można policzyć, kogo po śmierci Stalina nie zagarnęła ta wiernopoddańcza fala. Udało się to między innymi Antoniemu Słonimskiemu i Julianowi Przybosiowi. I jeszcze, oczywiście, "Tygodnik Powszechny", który odmówił wydrukowania czegokolwiek poza suchą informacją, że Stalin umarł. Ceną za ten akt odwagi było zawieszenie pisma, a następnie oddanie tytułu innemu zespołowi. Żeby uprzytomnić sobie bohaterstwo redakcji, trzeba pamiętać, że wiosną 1953 r. nie było jeszcze żadnych podstaw do nadziei, żadnych, najlżejszych nawet zapowiedzi odwilży.

Maria Dąbrowska, do której zwraca się o wypowiedź "Życie Warszawy", próbuje się wykpić zdaniem, że ta śmierć zrobiła na niej zbyt wstrząsające wrażenie, by mogła pisać. Ale redakcja błaga o kilka choćby zdań o pokoju. Dąbrowska dopisuje je, a w dzienniku komentuje: "Wszystko nieważne, skoro umarł ten straszliwy despota". Śmierć Stalina wstrząsnęła nią "jako wstrętna okoliczność zmuszająca natrętnie do tzw. wypowiedzi". Do "Życia" napisała w nadziei, że to ją uchroni od dalszych konieczności, godzi się jednak i na "Nową Kulturę". Ale za to - co podkreśla - powiedziała stanowcze "nie" Julianowi Stryjkowskiemu, który zjawia się u niej, by w imieniu ZLP namawiać ją do wygłoszenia mowy na akademii ku czci Stalina w Teatrze Polskim.

Zapisy w jej dzienniku z tych marcowych dni, jej walki wewnętrzne, uwikłanie w konieczności i dwie bezsenne noce "z rozpaczy, że się znów dała wciągnąć", pokazują te inteligenckie rozterki, poczucie, że się zeświniło, ale z drugiej strony, że się wyłgało, a wszystko to przeplatane pisarską pychą. "Starałam się podać możliwie zimno obiektywne prawdy w ich aspekcie ilościowym, nie kwalifikując jakościowo. I żeby mówić tylko o Rosji, ani słowa o Polsce. Ale mam fatalną właściwość: nie jestem w stanie, nawet w tak przymusowej sytuacji, powiedzieć coś zdawkowego; a nadto, jak Lennie z powieści Steinbecka »Myszy i ludzie« nie zdawał sobie sprawy ze swojej siły fizycznej, ja nie zdaję sobie sprawy z efektu moich słów. Zdaje mi się, że ledwo dotknęłam słowem danej sprawy, a słowo mi zaraz dźwięczy jak spiż lub gong". I przytacza opinię przyjaciółki o swoim tekście w "Nowej Kulturze": "To brzmi jak ryte w marmurze. (...) Wszystkie [inne wypowiedzi] wydają się histerycznym gadulstwem rozmazanym".

Warto zacytować te "ryte w marmurze" słowa Dąbrowskiej: "Grom nieubłaganych praw przyrody zakończył życie Józefa Stalina. (...) Setki milionów prostych, pracujących ludzi zawdzięczają Stalinowi, że wydobył ich z półsnu historycznego do pełni ludzkiego życia świadomie budującego swe dzieje".

Jednak na czytającym te słowa w Nowym Jorku Janie Lechoniu słowa Dąbrowskiej nie robią takiego wrażenia. "Ciekaw jestem, co by powiedziała, gdyby jej to pokazać po »wyzwoleniu« - notuje w dzienniku. - Że musiała, że dla chleba? Dlaczegóż więc Parandowski niczego takiego nie napisał?".

A jednak oportunizm własny nie przeszkadza Dąbrowskiej obecnej na akademii żałobnej Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Narodowego w Hali Mirowskiej, tak skomentować przemówienie Jarosława Iwaszkiewicza: "niesmak wstrętny czuło się w gębie słuchając go".

Te wszystkie wykręty i łamańce wielkiej pisarki robią dziś wyjątkowo przygnębiające wrażenie. Ciekawe, czy dotarła do niej krążąca po Warszawie w 1956 r. plotka - powtórzy ją po latach Stefan Kisielewski w swoim "Alfabecie" - że tych kilka wiernopoddańczych zdań kosztowało ją zaprzepaszczone szanse na Nobla.

Śmierć w kompetencji KC

Jeden tylko z naszych bohaterów widział kiedyś Stalina na własne oczy. Julian Stryjkowski w sierpniu 1944 szedł sobie spacerem na plac Czerwony, było pusto i nagle zobaczył stojącego na trybunie Stalina. Zaczął biec z uniesienia, ze szczęścia i naraz, jak w przyśpieszonym filmie, zobaczył Berię zasłaniającego własną piersią Stalina. A jego samego otoczyli tajniacy. Później dowiedział się, że było to święto lotnictwa radzieckiego, na niebie przelatywała eskadra samolotów, a on musiał jakimś cudem ominąć wszystkie odgradzające trybunę od tłumu kordony.

W Archiwum Akt Nowych zachował się list Janiny Broniewskiej, wówczas sekretarza POP ZLP, do Wydziału Kultury KC, "wystosowany w związku ze skargą towarzysza Stryjkowskiego na towarzysza Jerzego Putramenta", wówczas redaktora "Nowej Kultury". Zamówioną przez redakcję wypowiedź Stryjkowskiego w związku ze śmiercią Stalina tow. Putrament miał wyrzucić ze złamanej kolumny. Broniewska argumentuje, że "sprawa, kto może (...) składać oświadczenie w sprawie tak ważkiej politycznie, kto jest godzien do występowania publicznie na łamach organu prasowego ZLP", została rozstrzygnięta przez Putramenta, podczas gdy "kierunek polityczny pisma podlega wyłącznie, jak mi powiedział tow. Berman, kompetencji Wydziału Kultury KC".

Stryjkowski mógł się poczuć zagrożony, bo zamieszczano wiersze i wypowiedzi tak zwanych wszystkich. Inna rzecz, że jego głos opublikowała już wcześniej "Trybuna Ludu" ("Ci, co przyjdą po nas, zazdrościć nam będą, że żyliśmy i działaliśmy wtedy, kiedy żył i działał Wielki Stalin"), a Putrament w swoich wspomnieniach "Pół wieku" będzie twierdził, że Stryjkowski chciał, by "Nowa Kultura" opublikowała mu ten sam tekst.

"Nasza miłość do Józefa Stalina nie jest abstrakcyjna - pisał z kolei Tadeusz Konwicki. - Bo każdy nasz poszczególny, osobisty los jest ściśle związany z Jego życiem. Bo nawet młody polski literat, który mozoli się nad swoją pierwszą książką, żywi gdzieś tam w głębi serca cichą, niepokojącą nadzieję, że jego książkę przeczyta kiedyś Józef Stalin".

- Pamiętam dzień pogrzebu Stalina - mówi nam Konwicki - padał wtedy śnieg, szedł ponury pochód pod KC, ale nie umiem powiedzieć, czy byłem w tym pochodzie, czy nie. Mogłem w nim iść, a mogłem i nie iść, bo byłem wygodnawy, a była plucha. Moja pamięć ma taką naturę, że pamiętam klimat, nastrój, a nie pamiętam detali. Tak że proszę mi wierzyć, ja się nie wykręcam.

Ten gigantyczny pochód, który sunął Alejami Jerozolimskimi w kierunku Wisły - wzięło w nim udział 350 tys. osób - przetrwał w różnych wspomnieniach. Monika Żeromska opisuje, jak wszyscy nieśli pochodnie, bo rzecz działa się wieczorem, a jej przyjaciel Tadeusz Przypkowski, znany z nonkonformistycznych prowokacji, przepychał się z pochodnią w tłumie, tyle że w przeciwną stronę, pokrzykując: "Gówna tylko płyną z prądem, ludzie przeciwnie, ludzie przeciwnie!".

Utrwalił też ten dzień, a ściślej moment, kiedy na chwilę zamarło życie miasta, Kazimierz Brandys w odwilżowej powieści "Matka Królów". Jej bohaterka Łucja Król patrzy z okien tramwaju na pełne portretów zmarłego ulice i place Warszawy. "Huk dział niósł się nad miastem w wilgotnym marcowym powietrzu. Szoferzy wysiedli z samochodów, rowerzyści znieruchomieli z dłońmi na kierownicach. Wyprężeni milicjanci z palcami na daszkach, woźnica na platformie z batem w jednej ręce, a w drugiej z czapką, konie zdarte wędzidłem o spienionych pyskach. Wszystko zamarło, skamieniało, jakby na chwilę przed Sądem".

Wiadomość o śmierci Stalina zastała Kazimierza Brandysa w domu pracy twórczej Halama w Zakopanem. Wstrząśnięty wrócił do Warszawy. Tam jego żona spotkała Pawła Hertza, który wybuchnął: "Zdechło stare ścierwo".

- Nie wykręcałem się - mówi Kazimierz Brandys. - Napisałem nekrolog, zgodnie z moimi odczuciami w tym czasie dla mnie Stalin jeszcze był postacią opatrznościową. Uważałem, że jego śmierć to wypadek dziejowy, który wstrząśnie światem. Choć nie czułem kultu jednostki, miałem dla niego podziw, że wygrał wojnę, pamiętałem, że to jego wojskom zawdzięczałem ocalenie.

Tekst Kazimierza Brandysa w "Nowej Kulturze" składa się z takich zdań jak: "Wieść o zgonie Józefa Stalina poraziła serca nasze najokrutniejszym bólem"; "Życie nasze było piękniejsze, ponieważ odczuwaliśmy jego obecność"; "Niech się nie łudzą nasi wrogowie, że odtąd ręce nam odpadną. W każdej drobinie naszej krwi, w każdej cząstce naszej woli na zawsze przetrwa mądrość i miłość, jakich uczył nas Stalin".

Patos, służalczość i banał

Tyle już było pieśni, wierszy, poematów o Stalinie z okazji 70-lecia jego urodzin, że przedrukowując je, można by zapełnić wszystkie szpalty. Ale nie, to nie wystarczyło. Bezpośrednio z Wydziału Kultury KC obdzwaniano poetów. Każda redakcja chciała mieć głosy największych literackich tuzów.

Musiało być nerwowo. Kiedy "Szpilki" w numerze żałobnym opublikowały do wiersza Majakowskiego rysunek Mieczysława Piotrowskiego przedstawiający robotników studiujących przy lampie naftowej literaturę rewolucyjną, Jerzy Andrzejewski uznał, nie wiedzieć czemu, że rysunek "obraża klasę robotniczą". W naradzie na ten temat brał udział kierownik Wydziału Prasy KC Stefan Staszewski.

Utwory żałobne zapełniły całe numery "Życia Literackiego", "Twórczości", "Nowej Kultury". Dla tej ostatniej Tadeusz Drewnowski sporządził specjalny montaż tekstów literackich radzieckich i polskich, ułożonych według roty przysięgi Stalina nad trumną Lenina, specjalnie przystosowanych potem na użytek młodzieżowych wieczornic. Kto wiersz o Stalinie napisał wcześniej, mógł się wypowiedzieć prozą. W "Trybunie Ludu" pisał Adam Ważyk ("Niczyje słowo nie wypowie do dna tego bólu, niczyje pióro nie ogarnie tej żałoby serca. Miliony prostych ludzi na całym świecie, każdy z oddzielna, straciły ojca") i Julian Tuwim ("Przed taką trumnę przychodzi się z pochyloną głową. Ale odchodzi się od takiej trumny z głową podniesioną. Z ustokrotnioną energią do kontynuowania świętych i wzniosłych trudów naszych"). Wierszy, jak ten Anatola Sterna, powstały setki.

 

Kiedy już o nas wieść najdalsza zginie,

O bezimiennych, o najbardziej

dumnych, -

powiedzą o nas: w wielkim strasznym

roku

Oni dotknęli ręką Jego trumny.

 

Konstanty Jeleński w opublikowanym w maju 1953 w paryskiej "Kulturze" eseju "Notatki o żałobie" porównywał te wiersze z utworami pisanymi po śmierci Piłsudskiego. I choć widział pewne jakościowe różnice, zauważał gorzko, że żargon stalinizmu przyjął się tak łatwo, ponieważ patos, służalczość i banał przećwiczono już wcześniej, w Polsce niepodległej. Jeleński stwierdza, że wszystkie wiersze z marca 1953 pisane są według jednej recepty: najpierw poeta dowiaduje się o tragicznej śmierci, potem chwali Stalina, by na końcu apelować o niepoddanie się rozpaczy - i że ta zbieżność wynika zapewne z gruntownego terminowania w socrealistycznym rzemiośle. Można by autorom pozamieniać zwrotki i nikt by niczego nie zauważył. Na dowód przytacza takie ułożone przez siebie puzzle. "Wyjątek - pisał Jeleński - stanowi tylko Gałczyński, który posiada midasowy sekret przemieniania każdego narzuconego mu tematu na poezję".

 

Do pół masztu zwieszona flaga,

flagę wiatr przedwiosenny targa.

To nie wiatr, to szloch na wszystkich

kontynentach i archipelagach.

Umarł Stalin.

(...)

Jakby nagły grad zboża pogiął,

jakby w biały dzień noc w okno.

Dzisiaj słońce jest żałobną chorągwią.

Umarł Stalin

(...)

Krzyczy Wołga. Szlocha Sekwana,

Woła Dunaj. Jęczą rzeki chińskie.

Broczy Wisła jak otwarta rana.

lamentują potoki gruzińskie.

 

A może zresztą pisał szczerze? Ola Watowa wspomina, że kiedy w grudniu 1953 na wieść o śmierci Konstantego przyszła - zaproszona przez Natalię - do ich mieszkania w alei Róż, w pokoju poety zobaczyła stojącą na biurku za szkłem fotografię Stalina. Aleksander Wat w opublikowanym pośmiertnie eseju "Dziewięć uwag do portretu Józefa Stalina" pisze o tym wierszu Gałczyńskiego jako o jednym z najczystszych wzorów poezji opłakującej śmierć króla.

On sam wtedy, w szpitalu Dzieciątka Jezus, pod datą 6 marca zanotował w kalendarzu: "Nareszcie". Po czym przestraszył się, wyrwał kartkę i wyrzucił. Już wcześniej, w 1940 r., we Lwowie, kiedy pracował jako korektor w "Czerwonym Sztandarze", prześladowały go nocne koszmary, że pomyli się i przepuści "Sralin" zamiast "Stalin".

 

Korzystałyśmy m.in. z książek: Robert Kupiecki, "Natchnienie milionów. Kult Józefa Stalina w Polsce 1944-56", WSiP, Warszawa 1993; Zbigniew Jarosiński, "Nadwiślański socrealizm", Wydawnictwo IBL, Warszawa, 1999; Teresa Wilkoń, "Polska poezja socrealistyczna w latach 1949-1955", Wokół Nas, Gliwice 1992









Gazeta Wyborcza - 26/02/2000

 

 

ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA

TOWARZYSZE NIEUDANEJ PODRÓŻY (6)

O Nowej to Hucie poemat

 

 

 

Zaowocował dziesiątkami narad partyjnych, zmiótł z funkcji redaktora naczelnego gazety, przyczynił się do wybudowania kilku sklepów i barów mlecznych oraz jednego teatru - historia PRL-u nie zna drugiego takiego wiersza jak "Poemat dla dorosłych" Adama Ważyka.

 

Wanda Wasilewska, przedwojenna działaczka PPS, późniejsza pupilka Stalina, pułkownik Armii Czerwonej i oficer polityczny I Armii Wojska Polskiego za ojczyznę swą wybrała Związek Radziecki. Śledziła jednak uważnie z Kijowa polskie życie literackie, troszczyła się, czy partia nie odchodzi od słusznej linii. We wrześniu 1955 roku pisze do I sekretarza Komitetu Centralnego KPZR Nikity Chruszczowa, apeluje, by pomógł "zorientować się" towarzyszom polskim.

"Uważam, że w Polsce sprawy na froncie kulturalnym źle stoją. Pod hasłami »wolności jednostki«, »wolności twórczości«, »swobody krytyki« prowadzona jest stała wroga agitacja przeciwko marksizmowi, przeciwko ustrojowi Polski Ludowej oraz przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Znajduje to swój wyraz w publikowanych wydawnictwach, w prasie periodycznej, w polityce repertuarowej teatrów. Przesyłam Wam poemat znanego polskiego poety, nagrodzonego orderami i nagrodami państwowymi, członka partii, ogłoszony 21 sierpnia 1955 na pierwszej stronie oficjalnego organu Związku Literatów Polski - w oryginale i w dosłownym przekładzie. Czasopismo przechodzi przed ogłoszeniem przez Wydział Prasy KC i przez cenzurę".

Tak oto polsko-sowiecka pisarka ostrzegała ojczyznę światowego proletariatu przed polską zarazą. Chruszczow przesłał list Bolesławowi Bierutowi.

Spod serca milionów

Decyzję o opublikowaniu "Poematu dla dorosłych" Adama Ważyka podjął osobiście naczelny redaktor "Nowej Kultury" Paweł Hoffman, uważany powszechnie za jednego z najbardziej twardogłowych pracowników aparatu kultury. Już kilka dni później władza bezskutecznie próbowała ten numer "Nowej Kultury" wycofać z kiosków. Jednak nakład rozszedł się błyskawicznie, zaś na bazarze Różyckiego cena pojedynczego egzemplarza tygodnika dochodziła do 250 zł (Zygmunt Mycielski, kompozytor i muzykolog, podaje nawet w swoim dzienniku sumę 300 zł). Pismo kosztowało podówczas 1 zł 20 gr, takiego przebicia nie można było uzyskać nawet na najbardziej deficytowych dobrach. Komu udaje się zdobyć w pracy przebitkę i kalkę, materiały na wolnym rynku praktycznie niedostępne, ten rozszyfrowuje "Poemat" z ledwo czytelnej kopii i przepisuje dalej.

W 1980 r., na zorganizowanym przez ZLP wieczorze upamiętniającym ćwierćwiecze "Poematu", krytyk Tomasz Burek wspominał, jak we wrześniu 1955 zdawał na wydział dziennikarstwa. Otóż, widząc w przerwie między kolejnymi rundami egzaminów krąg rozdyskutowanych, kłócących się dziewczyn i chłopców, można było mieć pewność, że skakali sobie do oczu z powodu "Poematu dla dorosłych".

Jacek Kuroń do dziś pamięta całe jego fragmenty. I szok. Porównywalny z tym, jaki wywołał pół roku później wygłoszony podczas XX Zjazdu KPZR referat Chruszczowa o zbrodniach Stalina, ujawniający fakty, o których można było przecież wcześniej dowiedzieć się skądinąd.

- To był wiersz - opowiada - który rozdrapywał rany, mówił rzeczy, jakich wtedy nie chcieliśmy czy też nie mieliśmy odwagi nazwać. "Z niej się wytapia robotnicza klasa./ Dużo odpadków, a na razie kasza" - przecież klasa robotnicza to była dla nas świętość, a tu takie słowa. Albo: "Wszystko tu stare. Stare są hycle/ od moralności socjalistycznej". Wielu moich partyjnych przyjaciół było oburzonych. Ja uznałem jednak, że każde słowo "Poematu" to prawda, a skoro tak, to muszę ją głosić.

Lechosław Goździk, w Październiku '56 przywódca robotników Żerania, mówi nam, że z kolegami z fabryki czytali "Poemat" odbity na powielaczu. I choć nigdy więcej nie wracał do niego, a minęło 45 lat, wciąż ma w pamięci słowa: "Nie uwierzę, mój drogi, że lew jest jagnięciem,/ nie uwierzę, mój drogi, że jagnię jest lwem".

Po tym, jak w przemówieniu I sekretarza KC PZPR Bolesława Bieruta pojawia się nieprzychylna aluzja do Ważyka, po stolicy krąży plotka, że w jednej z warszawskich fabryk robotnicy zagrozili strajkiem na wypadek aresztowania autora. Ważyka karcił premier Józef Cyrankiewicz, ale w kuluarach mówił z dumą, że motto do jednej z części "Poematu" ("Dziś nasze niebo nie jest puste") pochodzi z jego wystąpienia.

Urzędowa wykładnia brzmi: "Poemat dla dorosłych" jest antyhumanistyczny, antyludowy, antyrobotniczy, antypartyjny. Partia szykuje się do kontrofensywy.

Adam Ważyk zostaje wezwany z wakacji przed oblicze towarzysza Jakuba Bermana, odpowiedzialnego w Biurze Politycznym za kulturę. Berman chce, aby Ważyk złożył samokrytykę, apeluje do jego "partyjnego sumienia", mówi o tysiącach młodych ludzi, którzy nie śpią przez niego po nocach, o setkach listów wyrażających oburzenie. Ale Ważyk też dostaje listy. Wśród nich taki na przykład: "»Poemat dla dorosłych« to słowa wyjęte spod serca milionów. Cześć odwadze. Hanusia i Lusia".

O tym, jakie naprawdę listy trafiały na biurko Bermana, Ważyk się nie dowiedział. Dopiero dziś, po otwarciu archiwów KC PZPR, można przeczytać na przebitce z czerwoną pieczątką "poufne" odpis anonimowego listu, który ktoś przysłał do Polskiego Radia, a dyrektor biura listów przesłał go do KC: "Ważyk-komunista nie oderwał się od mas, został z prostymi, trzeźwymi ludźmi, którzy żyją na ziemi, na której boli ucięty palec". Kilkustronicowy list zawiera liczne populistyczne fragmenty, np. wyliczenie, ile zarabia reżyser Ford,