Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

JULIAN TUWIM

CICER cum CAULE

CZYLI

groch z kapustą

PANOPTICUM I ARCHIWUM KULTURY

 

(...)

 

 

1958

Do druku przygotował

JÓZEF HURWIC

 

 

SŁOWO WSTĘPNE

"Chętnie cytuję samego siebie", powiedział kiedyś Bernard Shaw, "dodaje to pieprzu i dowcipu temu, co mówię". Mając zaszczyt przedstawić się czytelnikom "Problemów" w charakterze dyrektora działu "Cicer cum caule" *[Ściślej: pisum. Cicer to raczej cieciorki, ciecierzyca, groch włoski. Wybrałem go jednak z powodów aliteracyjnych,], idę za przykładem prastarego mędrca i kpiarza, i pozwolę sobie na samym wstępie przytoczyć urywek z moich "Kwiatów polskich", utworu napisanego w Ameryce. Tęskniąc tam za krajem, tęskniłem za swoją ukochaną biblioteką i za upodobaniami bibliofilskimi: pisałem więc, że pragnąłbym znowu

 

Po uszy zabrnąć w rygor srogi

Erudycyjnej mikrologii,

W wykazy źródeł, bibliografie,

Tak jak to lubię i potrafię...

O, jaki wilczy mam apetyt

Zapuścić się w przypisów petit,

W owe p., ib., por., cf., l.c.

Itp. drobiazg ważny wielce.

Odezwał się wrodzony nałóg

Zgłębiania kuriozalnych nauk,

Szperania po foliałach grubych,

By dwuwierszową złowić wzmiankę,

Gubienia się w drobnostkach lubych,

Z których nie będzie mieć korzyści

Ani współczesność, ani przyszłość,

Lecz tacy są już specjaliści:

Im mniejsza rzecz, tym większa ścisłość;

Czytania mądrych traktacików:

O mumiach u Assyryjczyków,

O chronostychach lub centonach,

O synekdochach Cycerona,

De Carminibus Figuratis,

De Barba Moysis, De Castratis,

De Cantu Cygni, De Cornutis,

De Jure Ventris, Ligno Crucis,

De Matrimoniis Incantatis,

De Bibliotheca Adami,

O św. Jacku z pierogami,

De et cetera bomba... Satis.

 

Muszę obiektywnie stwierdzić, że gdyby istniała u nas (a może by ją stworzyć?) katedra dziwologii, mógłbym, wobec braku odpowiednich wykwalifikowanych konkurentów, z czystym sumieniem wykładać ten przedmiot.

Posiadam nieprzebrane mnóstwo nikomu niepotrzebnych wiadomości. Mój księgozbiór, przez 35 lat gromadzony, dziś nie istniejący, składał się - nie w całości oczywiście, ale w dobrej połowie - z dzieł osobliwych, rzadkich, dziwnych, groteskowych. Sprowadzałem ze wszystkich krajów europejskich katalogi antykwaryczne poświęcone kuriozom, dziwactwom, dziejom obyczajów, historii kultury, folklorowi, niezwykłym tematom, bzikom, ekstrawagancjom itd. i wyłapywałem co ciekawsze okazy. Wszystko to, co w tytule miało "curiosa", "curiosites", "curiosities", "curiosidades", "Kuriositäten" - i wszystko, co wyostrzony węch bibliofila wyczuł jako osobliwość, szło z Londynu, Lipska, Paryża, Moskwy, Rzymu i... Świętokrzyskiej ulicy - na Mazowiecką. Wypchane półki trzeszczały już; foliały, broszury, świstki, ulotki, tomy, volumina, teki, roczniki, pudła z wycinkami itp. skarby rozsadzały już ściany mieszkania, o rozpacz i trwogę przyprawiały panią domu, a ja furt skupywałem swoje dziwolągi. Były tam m. in. działy i dziedziny następujące: demonologia, alkoholica, teratologia (nauka o monstrach i potworach), antisemitica polskie, rozprawy o wonnościach i aromatach, książki o truciznach, narkotykach, tytoniu, kawie; dzieje medycyny i nauk przyrodniczych, stare zielniki i bestiaria; stare książki kucharskie, podręczniki "czarnej magii" (prestidigitatorzy), programy i afisze wędrownych menażerii, cyrków, szarlatanów, chiromantów, gramatyki i słowniki języków "egzotycznych", słowniki fachowe, gwarowe, języków tajnych, międzynarodowych, stare kalendarze, almanachy, sztambuchy, albumy pensjonarek, dzieła wariatów, grafomanów, "reformatorów" spod ciemnej gwiazdy, zbiory anegdot, karykatur, stara humorystyka, prowincjonalne powieści, powieści zeszytowe, brukowe, śpiewniki, libretta starych oper i wodewilów, literatura kuchenna, straganowa, odpustowa, poeci zapomniani, poematy heroikomiczne; stare podróże i mapy, compendia fachowe dla fryzjerów, kaligrafów, zegarmistrzów, nauczycieli tańców, literatura dotycząca tajnych związków, zakonów, klasztorów, dzieła o torturach, historie dziwaków, fantastów, ekscentryków etc. etc. - a śród tych etceterów niech mi wolno będzie wymienić: największy w Polsce zbiór rozpraw i dysertacji o szczurach, książki w języku cygańskim, almanach ilustrowany (!) z czasów rewolucji francuskiej - wielkości znaczka pocztowego, manuskrypt malajski, pisany na szerokich liściach jakiejś zamorskiej rośliny, polski modlitewnik (rękopis), który czytać można było tylko przez szkło powiększające, broszurę dziwaka lwowskiego z połowy XIX w. (Zenowicza) "wydaną" w jednym egzemplarzu, Puszkina w kilkudziesięciu językach, bibliografię książek o pchle, komplet "futurystycznych" czasopism polskich z lat 1919-1924 i setki innych rozkosznych sztuczek. Oprócz tego wspaniałego śmietnika istniała na Mazowieckiej i "normalna", wcale zasobna biblioteka literacka, historyczna, lingwistyczna i ludoznawcza, ale najcenniejszą jej część (bibliofile wiedzą coś o tym) stanowiły owe "niesolidne" kurioza. Wszystko to poszło z dymem. Nec locus ubi... etc. Ale został stary nałóg. Półki znowu trzeszczą, pani domu znowu jest w rozpaczy. Lecz dzisiejsze zbieractwo jest już tylko parodią i karykaturą dawnego. Nie ma starych książek, nie ma prawdziwych antykwami i katalogów, coraz mniej znawców i opętańców. Ale nie zbierać, nie szperać, nie udawać choćby, że się zbiera - nie można. I najmilszym odpoczynkiem po pracy jest nadal wertowanie przypadkowych zdobyczy kolekcjonerskich oraz notowanie osobliwych miejsc z różnorodnej lektury. Będę się tymi wiadomostkami dzielił z wielką rodziną "problemowców". Może ich to i owo zaciekawi, a czasem i korzyść przyniesie. Niechaj "Cicer cum caule" będzie w tym wypadku synonimem "utile cum dulci" *[Pożyteczne z przyjemnym.].

J. T.

 

 

 

"GŁOS PODZIEMNEGO STARCA"

Pod powyższym tytułem ukazała się w "Warszawskiej Gazecie Policyjnej" (1845, nr 128) rozpaczliwa odezwa. Wyobraźnia nasza zaczyna gorączkowo pracować: starzec... podziemia... gazeta policyjna... w pierwszym zaraz zdaniu wołanie o pomoc... Jakiś dramat detektywny... Zgroza!

Panowie! przybywajcie na ratunek!

Zamknięto mnie w podziemnym lochu i aż do szyi prawie w ziemi zagrzebano, odzież na mnie zbutwiała wilgocią i nieczystością obciążona...

Jak widać, przeczucia nie omyliły nas... Czytajmy dalej:

Jestem oderwany od świata, pozbawiony światła dziennego, nawet i promień słońca do mnie przedrzeć się nie zdoła...

Zimny pot nas oblewa. Dygocąc i dzwoniąc zębami kontynuujemy:

Litości, panowie! Zlitujcie się nad moją biedą, wykupcie mnie, a ja swoją usłużnością wywdzięczyć się wam zdołam; bo lubom stary, posiadam jednak siłę, zdołam najmocniejszego obalić człowieka. Posiadam dowcip, najsmutniejszego rozweselić umiem...

Jakiż to potężny humorysta zamknięty został w tajemniczych lochach?

Jestem znany pod nazwą Stary Miód Winawerski, mieszkam, albo raczej leżę, w piwnicy Winawera przy ul. Mostowej i Brzozowej Nr 247. Ale proszę was, szlachetni panowie, nie targujcie się o mnie z p. Winawerem, bo właściciel mój jest człowiekiem sumiennym, a ja pochlebiam sobie, że jestem nieocenionym.

Zamieszczamy to ogłoszenie sprzed stu lat jako przyczynek do przyszłych dziejów reklamy w Polsce.

 

 

 

BIOLOGIA A.D. 1845

Profesor jeden niemiecki ogłosił co następuje: Rozpatrując kroplę krwi ludzkiej przez mikroskop wodorodny powiększający 20 milionów razy (?) widać w niej wszystkie gatunki zwierząt, jakie tylko istnieją na ziemi lub jakie istniały od stworzenia świata... Dalej utrzymuje, że kiedy zdechłego kota rzuca się do kałuży i zostawia gniciu, kropla wody wzięta z tej kałuży przedstawi przez mikroskop wszystkie gatunki zwierząt należące do rzędu kotów.

("Kurier Warszawski" 1845, nr 280)

 

 

 

O PEWNEJ CHOROBIE I LEKARSTWIE NA NIĄ

Jeżeli, Szanowny Czytelniku, dostrzeżesz u kogoś bliskiego następujące objawy:

1. Jeźliby koźlęciny przez dni 30 jeść nie chciał.

2. Jeźli ma oczy straszne, członki słabe.

3. Jeźli nie chce mówić psalmu (Miserere mei Deus et Qui habitat), ewangelii św. Jana In principio erat verbum etc. Magnificat anima mea etc.

4. Jeźli mówi językiem cudzoziemskim nienauczonym.

5. Jeźli na czytanie nad nim egzorcyzmu stracha się kapłana i ręki jego.

6. Jeźli wychodzi z niego zimny wiatr.

7. Jeźli mu głowa dziwnie cięży.

8. Jeźli mózg zdaje mu się bardzo ściśniony.

9. Jeźli mu się coś zdaje rzucać w żołądku, jak gałka, albo wąż, jaszczurka, żaba, skąd womity ciężkie.

10. Jeźli mu się brzuch zdyma jak bęben.

11. Jeźli cierpi serca ściskanie, rzucanie się jak ryba, w której części ciała.

12. Jeźli czuje przechodzenie od głowy do nóg i od nóg do głowy jakiegoś wiatru.

13. Jeźli na pytanie hardo odpowiada, a spytany, choć przymuszony, często gadać nie chce.

14. Jeźli czasem nad miarę dyskuruje, ale niewiedzieć, co by to był za dyskurs.

15. Jeźli sen miewa cudnie twardy i prezentuje się często jakby był bez zmysłów.

16. Jeźli różnych zwierząt, bestii głos naśladuje, jako to ryczenie lwów, niedźwiedzi, wołów, szczekanie psów, kwiczenie, beczenie.

17. Jeźli zębami zgrzyta, jak pies wściekły zapieni się.

18. Jeźli idzie na jakie przepaści, na drzewa, mury.

19. Jeźli sekretne położenie na sobie relikwii czuje i każe odrzucić, smrodem nazywając.

20. Jeźli wszystkie rzeczy duchowne, święcone, ma w nienawiści, osobliwie księży, egzorcystów, w kościół wnijść nie chce; krzyża, wody święconej, ewangelii, passji czytania tak nie lubi, że się zżyma, rzuca jak na torturze, poci się, zgrzyta, w zmysłach tępieje, pomieszanie wielkie pokazuje, na ziemię pada.

21. Jeźli, będąc z natury prosty, nieuczony, litery nie znający, głębokie, wysokie rzeczy interpretował, innych sekreta rewelował, grał na instrumentach, prorokował i coś nad moc, naturalne siły, co supernaturalnego czynił...

- nie chcę cię martwić, lector benevole, ale osobnik ten jest opętany. Wymieniłem bowiem powyżej "znaki opętanego prawdziwego", według "Nowych Aten" księdza Benedykta Chmielowskiego, Lwów 1754, tom II, s. 213.

Czy istnieje jakieś skuteczne lekarstwo na to diabelskie nawiedzenie? Owszem, istnieje - jedno jedyne: egzorcyzmy. W bogatej i pięknej, dziś nie istniejącej, Bibliotece Zamoyskich w Warszawie, był grubachny, przeszło 1300 stronic liczący podręcznik egzorcyzmowania, w r. 1608 w Kolonii wydany, pt. "Thesaurus exorcismorum atque coniurationum terribilium, potentissimorum, efficacissimorum, cum practica probatissima" etc. Ale że go już nie ma, lepiej samemu nie próbować, lecz wezwać doświadczonego specjalistę. Ten niewątpliwie sięgnie do innej księgi, także rzadkiej, ale której egzemplarze się zachowały, mianowicie do biblii demonologicznej, z łaciny tłumaczonej; oryginał pt. "Malleus maleficarum" ukazał się w r. 1489, było potem dużo innych wydań, polski zaś przekład wyszedł z druku w r. 1614 w Krakowie pt. "Młot na czarownice, postępek zwierzchowny w czarach, także sposób uchronienia się ich i lekarstwo na nie". Wezwany ojciec duchowny zastosuje środki podane na kartach 243-256 owej księgi uczonej i wypowie monolog następujący:

Oremus. Boże miłosierdzia, Boże łaskawy, który według miłosierdzia Twego, których miłujesz, karzesz, i których przyjmujesz, łaskawie do poprawy pociągasz, Ciebie wzywamy, Panie, żebyś słudze Twemu, który w członkach ciała swego jest ułomny, łaskę Swoją dać raczył i cokolwiek jest z ułomności ziemskiej nakażonego, także zdradą i złością szatańską zepsowanego, do jedności ciała kościoła Twego, członek odkupienia przywrócił! Ulituj się, Panie, stękania, ulituj się płaczu jego, i nie mającego ufności, tylko w miłosierdziu Twoim, do przejednania łaski Twojej racz przyjąć. Przez Chrystusa Pana naszego, amen. Przeto, przeklęty szatanie, uznaj dekret twój, a daj chwałę Bogu prawdziwemu i żywemu, daj uczciwość Panu Jezusowi Chrystusowi, żebyś odstąpił od tego sługi Jego z twoimi sprawami" itd.

Już w parę minut po zastosowaniu tego zabiegu, chory zacznie się dopominać o porcję koźlęciny, wiatr zaś zimny przestanie zeń wychodzić.

 

 

 

ZDANIE - POTWÓR

Lakoniczny = krótki, zwięzły. Słynne veni, vidi, vici Cezara jest klasycznym przykładem lakoniczności. Słowo pochodzi od łacińskiego l a c o n i c u s, a ten przymiotnik od  L a c o (gr. Lakon) = Lakończyk, Lacedemończyk, Spartanin. Mieszkańcy tej części Grecji słynęli ze zwięzłości mowy. Istnieje podanie, że gdy Filip Macedoński zbliżał się na czele armii do Sparty, przesłał tam groźne ostrzeżenie: "Jeżeli wejdę do Lakonii, zrównam Lacedemon z ziemią". Odpowiedź brzmiała: "Jeżeli". Cyceron (rzymski adwokat, mecenas Groszek) dostał kiedyś od swego przyjaciela list: E o  r u s, tj. jadę na wieś. Na to mu Cyceron odpisał: J (jedź), pobijając w ten sposób wszystkie rekordy lakoniczności.

Nie odznaczał się tą zaletą mowy sławetny Jacek Przybylski (1756-1819), tłumacz Homera, Hezjoda, Horacego, Wergilego, Miltona, Woltera i in. Jest on twórcą najdłuższego zdania, jakie w języku polskim kiedykolwiek napisano. Znajdujemy je w przedmowie do przekładu "Eneidy" (r. 1811).

Powabiony do tłumaczeń z posiadanych języków, zwłaszcza Greckiego i Łacińskiego, przez niezmierne upodobanie w Mowie Macierzystey, a wsparty jedynie wolnością w szykowaniu myśli i wyrazów, ograniczoną wprawdzie, lecz ułatwiającą, którey tak używali Starodawni Poeci w stosunku do swojey Poezyi miarowey, jak jey używają Nowocześni w stosunku do swey rymowey, a którey miał prawo szczegulniey użyć, jako przekładający na język dziś kwitnący przecudne Wiersze Staroświeckiego Rzymianina, świadka trzeciego zamknięcia Świątyni Janusa, śpiewającego językiem zgasłym o rzeczach, które się niemal o tyle wieków działy przed nim, o ile On sam żył przed nami, trzymając się, ile możności, bezpiecznych szlaków przy omijaniu szkopułów, o które Przełożyciele Pism Starożytniczych zawadzać i rozbijać się mogą, mierżąc się i urągającą talentom i towarzystwu pychą z urojonego, niepodobnego i na wyśmiech u niezdurzonych pokoleń przeznaczonego przywileju samowartości i nieprzewyższebności, od którego Wyrok nie tylko mdłe plemię Adama, ale i nayśmielszych Bożyców odepchnął, wezwawszy wszystkich do zasługi i wytknąwszy każdemu kres: non plus ultra, nie chwaląc zwodniczego uporu w przekładaniu wiersz za wiersz z języka na język, które w tonach i nakłonach żadnego powinowactwa między sobą nie mają, czego traf ślepy na stu Dystychach ledwie w kilku dopuszcza, a co fałszuje, kaleczy lub zacimia pasma czuciów i malowideł pierwocinnych, jeśli razem i los przyjazny, i dowcip prawdziwie rymotwórczy nie wesprą, nie poświęcając ani prawdy rymowi ani jasności lakońszczyźnie, ani owey miłey prostoty, którey niegdyś w pismach naszych Przodków nawet i drobnostki malujących wszystkie razem wdzięki i moc, i piękność, i słodycz nieodstępnie towarzyszyły, niewolniczo małpiącey i małpioney czerkieszczyźnie, która może bydz dziennem cackiem gmin kilku, ale nigdy stałą rozkoszą wdzięcznojęzykiego Narodu, miał sobie za święty obowiązek stosować gorliwość wykonawczą do woli ustawodawczey i tyle wierności zachował w tłumaczeniu wyobrażeń i wysłowień cudzych, ile jey Irys lub Merkury przy Bogach Olimpijskich albo Woźni przy Grayskich i Frygiyskich Królach zachować zwykli, a nigdzie się nie ważył ani Nieśmiertelnym, ani śmiertelnym w Eneidzie rolę grającym kłaśdź w usta umów akademickich, lecz jak oni sami przed czterdziestą wieków szczerze czy chytrze, górno czy płasko, gładko czy chropowato czuli, myślili i mówili, tak on z niemi czuł, myślił i mówił, słowem: nic tu nie powiedział, czego by Wirgili nie pomyślił, ani też nic nie opuścił, co Wirgili powiedział wyraźnie i o czem chciał mieć potomność uwiadomioną, ztąd dziś tu tylko i w Texcie Łacińskim doczytać się można, że Enejasz itd. itd.

 

 

 

"CENTROLOGIA"

Cieniutka ośmiostronicowa broszurka pod tym tytułem wyszła w r. 1923 w Katowicach. Autor, Adolf Kirschenzweig, urodził się w Warszawie w r. 1883. Książeczkę swą napisał po niemiecku: "Ich schreibe deutsch, obwohl ich Pole bin... dieses hier muss in Immanuel Kants Sprache aufgeschrieben werden". - Nie dla wyszydzenia biednego chorego maniaka podajemy tu w przekładzie wyjątki z jego pracy: jest w niej patos grozy, powiew kosmicznego obłędu.

Ja, Adolf Kirschenzweig, zajmuję się od lat 20 żonglowaniem ciałami niebieskimi. Urodzony w XIX stuleciu, przeznaczony dla XX-go, stworzyłem w 21 roku swego życia centrologię, napisaną w Warszawie w 22 roku dwudziestego wieku, wydaną w 23-im, tj. w 450 rocznicę urodzin Kopernika... nie jestem uczonym, raczej trochę filozofem, specjalnie zaś artystą: żonglerem planetarnym. Od wczesnej młodości czuję nieprzepartą skłonność do żonglowania. Starałem się naśladować wszystkich lepszych żonglerów. Do występów i zarobkowania nie miałem nigdy talentu. Filozof, który we mnie siedzi, przeszkadzał mi. Dlatego poświęciłem się żonglowaniu ciałami niebieskimi i stąd ów stan nieszczęśliwy, w jakim się po 25 latach pracy znajduję: chory, biedny, odrzucony przez bliźnich, znienawidzony i prześladowany przez wszystkich. Chwytam się więc ostatniej deski ratunku i zwracam się do wszystkich myślących ludzi, przede wszystkim do wyznawców Kanta z okrzykiem: słuchajcie, co żongler planetarny może dać nauce!... Dwie ostatnie litery słowa "Kopernik" stanowią inicjały Immanuela Kanta. Dwie pierwsze litery nazwiska "Kant" są mymi inicjałami. Dwie pierwsze litery nazwiska "Kirschenzweig" są inicjałami Kanta Immanuela. Jestem tedy trzecim w ich rzędzie. Kopernik dał nam prawdziwy świat, Kant pokazał, czym ten świat jest, centrologia powie, dlaczego jest tak, jak to Kant pokazał. Stwierdzam więc: 1) że centrum w kole istnieć nie może, 2) że nie centrum znajduje się w kole, lecz odwrotnie: koło w centrum.

Nieszczęśliwy szaleniec podaje następnie szereg obłąkanych dowodów prawidłowości swego odkrycia i kończy wstrząsającą w swej beznadziejności skargą:

Obwieszczam to światu, lecz zanim Kant nie uzna i nie przyjmie wywodów moich, muszę nadal w budach jarmarcznych żebrać żonglowaniem na chleb codzienny.

 

 

 

WIEŻYCZKA BABEL

Od nazwiska wynalazcy J. L. Macadama utworzyli Anglicy czasownik  t o  m a c a d a m i z e, tj. pokrywać szosy specjalnym żwirem i ubijać go w trwałą powłokę. Na słowo to w postaci  r e - m a c a d a m i z i n g  zwrócono uwagę z powodu niezwykłego jego składu:

re - jest łacińskie

mac - gaelickie

adam - hebrajskie

iz - greckie

ing - angielskie.

Pięć języków w jednym słowie.

 

 

 

PO POLSKU

Antoni Lange dowiódł kiedyś, że można napisać wiersz najczystszą polszczyzną - i zostać nie zrozumianym. Oto jego sławny dowód, cytowany w "Myśli Niepodległej" Andrzeja Niemojewskiego w r. 1906:

PRZEKWINTY

Śród kieretni kszcie wangroda!

Pod jabrzędów charaziną

Stoi gryfna brzana młoda -

Z ócz jej śluzy plosem ryną.

Ni feteciem ani kwieciem

Ani jaklą - ochajona -

Po zamorach - stoi w gzorach -

Ostorniała i zaćmiona.

W duk chachuli się - w pociemno -

Marykuje, kniazi, blada -

Ostawiła chyz i dziada...

Ach - do korząt jej czeremno!

Drujkie było naściwienie -

Nawidziadło - omamienie -

Wrodne było nizaczmienie!

Ozgowało się, pieściło,

Całowało się, haiło:

Łopie zeszły gmy na grapy,

A zagłoby i utrapy!

Ej, chaśniku roztomiły,

Coś na zazór mię wyzwolił -

Zdobramiru jak niepiły -

Szczezłeś!... Bóg mi nie podolił!

Idą śryże, chaje, gmy -

Gdzie twa jata, rządź, gdzie ty?

Nie rymowany przekład z polskiego na polski brzmi:

WYMYŚLNE SŁOWA

Śród zarośli kwitnie śliwa. Pod gałęziami sokor stoi piękna dziewczyna młoda, z oczu jej łzy jeziorkiem płyną, nie wstążką ani kwieciem, ani stanikiem przystrojona, po odurzeniu stoi w łachmanach, zdrętwiała i znużona. Kryje się w próżny pień, w ciemność, narzeka, jęczy żałośnie, błąka się; opuściła dom ojcowski, ach, do cna jej smutno! Słodkie były nawiedziny, ułuda, omamienie, okropne było opuszczenie, płonęło się, pieściło, całowało się, rozkoszowało. Prędko zeszły mgły na parowy leśne, a kłopoty i strapienia. Ej, miły kochanku, coś mnie wybrał całkowicie, niespodzianie, jak obcy, zniknąłeś! Bóg mi nie poszczęścił. Idą śniegi, burze, mgły, gdzie twa chata, mów, gdzie ty?

 

 

 

ZŁOTOUSCI

Można by całą rozprawę napisać o ekstrawaganckich i kwiecistych tytułach kazań z wieków ubiegłych. Oto kilka przykładów tego sadzenia się na wymyślność i florydacyzm:

"Kolumna ze złota, na mecie szczęśliwey wieczności koroną pogodnie przepędzonych w oboim polu olimpach doczesnego życia przy grobowym kamieniu tryumfalna nad grobem Jana Walewskiego na potomną pamiątkę pogrzebowem kazaniem postawiona". (Szczepan Szczaniecki; Kalisz 1682)

"Splendor Trójzakonnego cienia z poklasztorney umbry świętego pożycia w S. Afrykańskim Augustynie, w S. Kassyanackim Benedykcie, w S. Padewskim cudotwórcy Antonim, na świat i światłość polskiego firmamentu dniejący przy oyczystych splendorach Elżbiety Sieniawskiej... kaznodziejskim stylem w różnych warszawskich kościołach adumbrowany". (Ad. Ign. Nazamowski; Warszawa 1721)

"Wolny głos mów niedzielnych najdzielniejszym głosem tak na puszczy literalnego sekwestru, jako na publikach statystycznych zawołanego senatora JW. Jana Sapiehy... z więzów prywatnego milczenia oswobodzony i z drukarskich cieniów polerowanym przez niezliczone strzały starożytnej splendorem windykowany z wiekopomnych dzięk dźwiękiem poświęcony". (A. L. Kierśnicki; Warszawa 1727)

Franciszek Rychłowski (1618-1680) pozostawił m. in. kazania:

"Lew wesoło odchodzący od rzeki uczęstowany" (na pogrzebie Mniszkowej), "topory ciasne, bramy niebieskie szeroko wycinające" (Tarły), "strój białogłowski a oraz i męski" (Stradomskiej).

Pogoń za wybujałą oryginalnością dochodziła do dziwactw, aż bluźnierstwem zalatujących:

"Vice-Bóg na ziemi Piotr św.", "koncept nad konceptami, Niepokalane Poczęcie M.P.", "dyalog albo komedia Męki Jezusowej w siedmiu scenach" (tj. w siedmiu kazaniach Sezyewicza).

Kaznodzieja Młodzianowski przyganiał Chrystusowi, że nigdzie miejsca nie zagrzeje, to znowu, że niemądrze postąpił, opuszczając 99 owiec, a szukając owcy zgubionej, bo tymczasem mogły mu wilki niemiłego figla wypłatać. Kiedy indziej tak przemawiał do matki rodu ludzkiego:

"Matko nasza Ewo, nazbyteś świegotliwa i nie mogąc w Raju z kim gadać, świegotać poczęłaś".

Inny (Sapecki) w kazaniu na Nawiedzenie N.M.P. taką umieścił apostrofę na tekst "abiit cum festinatione":

"A dokąd tak spieszno, przybrana w manto słoneczne damo? Dokąd zawody twoje, kandorem śliczny księżyc celująca panno? Dokąd peregrynacja Twoja, lustrami nieba w koronę plecionemi uwieńczona koronatko? Jeżeli na spacyer dla rekreacyi w góry wychodzisz, nie bardzo wietrzyć się pannie rozkazuje św. Hieronim, nie moda damie urodziwej dziadowskim trybem włóczyć się po ulicach. Nie piękna pannie cudze pocierać kąty na ustawiczność; już podobno w tem ciele i różana cnota nie spełna, komu nagusy smakują. Ta to mądra panna, która uciekając przed publiką świata, velum zakonnem zasiania sobie oczy, aby na jego pieszczoty nie patrzała, taka dama, z dataryi niebieskiej osobliwego upominku godna, ABIIT CUM FESTINATIONE".

Tenże kaznodzieja nazwał gdzie indziej św. Jacka "szczeniuchem dominikańskim" i na tle porównania Świętego z psem rozwinął całe kazanie.

"Czyż to nie zakrawa na profanację i zniewagę?" - zapytuje ks. Józef Pelczar, z którego dzieła "Zarys dziejów kaznodziejstwa" (Kraków 1896) dane powyższe czerpię.

 

 

 

DR KRAIŃSKI, CZYLI SENSACYJNA WYPOWIEDZ ADAMA MICKIEWICZA

Interesuję się bardzo grafomanią i grafomanami, zagadnieniu temu zamierzam poświęcić studium, więc zbieram i studiuję dzieła rozmaitych rymopisów spod ciemnej gwiazdy, ale nie udało mi się dotychczas napotkać postaci straszliwszej i obskurniejszej od dra Wincentego Kraińskiego, którego trzy książki wydane we Wrocławiu w roku 1855-56 gruntownie zgłębiłem.

W przyszłej "Złotej księdze grafomanów polskich" otrzyma dr Kraiński poczesne miejsce - takie jak Mickiewicz w każdej antologii prawdziwej poezji; tymczasem daję czytelnikom pobieżną charakterystykę potwornego autora i małe próbki jego twórczości. Emigrant, zdaje się, nauczyciel języka polskiego (!), ciemny, zaciekły klerykał, grożący w swych "fraszkach ucinkowych" piekłem wszystkim i wszystkiemu ("Józef i Teodor oraz wiersze różne", Wrocław 1856, s. 138-196), nawet bibliotece publicznej:

 

Kto ma czytania pragnienie,

We mnie znajdzie ugaszenie,

Mam bardzo drogie napoje,

Każdy znajdzie zbrodnie swoje!

 

Że mam źródło wszystkich zbrodni,

Każde dzieło udowodni,

Bo stąd kacerstwa wychodzą,

Wszystkie sekty z siebie rodzą;

 

Stąd najgorsze obyczaje

Ludzkość czytaniem dostaje!

Tu wiarę każdy utraca,

Ateuszem stąd powraca.

 

Natomiast:

 

Gdyby Jezuita rządził,

Nikt by w narodzie nie błądził,

A kto go tu prześladuje,

Ten się do piekła gotuje.

 

Do piekła posyła Kraiński dosłownie wszystkich: rozrzutnika, spirytystów, szlachtę, szewców, krawców, stolarzy, rymarzy, kowali, mularzy, brukarzy, ministrów, teatr, salony, portrety (każdą z ofiar obdarza oddzielną "fraszką"), nawet cechy charakteru, jak żartobliwość, kostyczność, wdzięki itd. Przeklina i gimnazja:

 

Ucz pogaństwa, cóż to szkodzi,

Że się niedowiarstwo rodzi,

Że uczniów wiary pozbawisz

I że na zbrodnie ich

wyprawisz.

Zostań zawsze poganinem,

Nie chciej być chrześcijaninem,

Będziesz za to w piekle

siedzieć,

A o niebie nic nie wiedzieć.

 

Całe zło na świecie wynikło według dra Kraińskiego z filozofii i zaniedbania narodowych obyczajów. W koszmarnym ni to dramacie ni dialogu pt. "Pocieszyciel i pocieszycielka" czytamy takie wyznanie wiary:

 

Kto nie chce zostać księdzem, lecz tylko światowym,

Taki nie jest mądrości zasięgać gotowym.

 

Od pól wieku system szkół pogorszenie nosi,

Odkąd wszechnica rozumu ubóstwienie głosi.

Co mądrość boska z ambon w kościele opowie,

To wszechnica rozumem przewrotnie odpowie.

 

Bo do wszystkich wydziałów ten fałsz przypisują,

Wszystkim filozofii uczyć się kazują.

 

A ja na to nie widzę sposobu innego,

Jak sztukę nauczania teologicznego,

Żeby matki wprzód były teologiczkami

I swych dzieci dobrymi nauczycielkami.

 

Gromi Schlegla, Hegla, Fichtego, panteizm i... romantyzm. Wprowadza na scenę i Mickiewicza, wprawdzie w postaci ogólnej, Poety, ale ze słów Królowej, która z wieszczem rozmawia, poznać, o kogo chodzi ("całą Polskę tyś zasiał duchami, jakbyś się względem tego zrozumiał z wrogami, bo i oni tak duchów między nami sieją, że aż od nich Polacy codziennie więdnieją, twoje dziady zaczęły, dziś stoliki kończą" itd.).

Mickiewicz odpowiada:

 

Słusznie Królowa Jejmość czynisz mi wyrzuty,

Że jadem cudzoziemców zostałem zatruty,

Jednak to temu nie ja, lecz Puszkin jest winny,

Co pierwszy między nami w tej zbrodni był czynny.

Może być, że wróg jego za agienta użył,

Ażeby mnie podżegał, bym wrogowi służył,

Bo to Puszkin między nas Birona* wprowadził,

On nam go tu zachwalał, naśladować radził.

* Tj. Byrona. W innej książce robi Krainski poetom zarzut, że "z Bironami po cukierniach siedzą".

 

Postanawia więc skruszony Mickiewicz poprawić się. Przyznaje, że "źródłem messjanizmu jest Trójca Najświętsza": pierwszym Mesjaszem był Bóg-Ojciec, drugim Chrystus, a trzeci wkrótce się zjawi.

Potem Adam rozmawia z profesorem teologii, witając go następującym wytwornym zdaniem:

 

Nie mogło być nic więcej dla mnie życzącego,

Jak spotkać profesora teologicznego.

 

Zaraz po stylu poznać, że to żywe słowa autora "Pana Tadeusza"...

 

 

 

ABECADŁO Z PIECA SPADŁO

prosto na łeb rozmaitym alfabetomanom, którzy na jego temat powypisywali bezmiar cudacznych rzeczy. Pochodzenie liter, drobin piśmiennictwa i naocznych wyrazicielek dźwięków, do tego stopnia korciło pochopne do fantazjowania umysły, że pierwokształtu alfabetu szukano nawet na gwiezdnym niebie.

Słowa psalmu "Coeli enarrant gloriam Dei" rozumiał Jakub Gafarelli, bibliotekarz Ludwika XIII, dosłownie, twierdząc, że "gwiazdy na niebie są rozmieszczone w kształcie liter hebrajskich, i w nich, jak w książce, można czytać wszystko, co się dzieje na świecie". Uczony Seyffarth wydał w Lipsku w r. 1834, w lat 300 po Gafarellim, rozprawę, w której dowodził, że alfabet nasz jest odbiciem zodiaku, "ustalił" nawet czas jego powstania: na rok 3446 przed Chrystusem, na końcowe dni potopu - "am 7 September". W Polsce, jeszcze w roku 1909, wydał ksiądz A. Szaniewski broszurę "Nowy sposób nauczania mowy i pisma", w której twierdził, że "rysunek dźwięku a przedstawiał wodę, i - palec, u - słońce, e płot, o - siatkówkę oka", przy czym uparł się, że pierwotne pismo obrazowe zapożyczyli od Lechów-Polaków "nasi dawniejsi sąsiedzi Egipczanie". Bezgraniczne w tej dziedzinie nieuctwo doprowadził do szczytu, a raczej do głębin otchłannych, Piotr Czarkowski*, domorosły a niewątpliwie obłąkany fantasmagoryk lingwistyczny, traktujący alfabet jako hymn prasłowiański. Oto ipsissima verba magistri:

Alpha Beta Gama!

Delta Epsilon Zeta Eta Theta

Jota Kapa Lambda My

Ny Xi Omikron Pi Rho Sigma Tau

Ypsilon Phi Chi Psi Omega.

Oto jest dwadzieścia cztery wyrazy, na które ludzie patrzą przeszło 24 wieki, i zdaje im się, że to są czcze brzmienia, jako wyrazy języka, który już przed tysiącami lat wraz z narodem, do którego należał, na wieki wieków pogrzebiono; tymczasem ani naród, ani jego mowa nigdy zupełnie nie ginął. Te zaś 24 wyrazy zamarłe w piśmie są dowodem, czym była mowa nasza przed pięciu tysiącami lat. Przez wzgląd na tak odlegle czasy niechże czytelnik nie będzie zanadto wymagającym, niech pomni, jakie tu ciężkie rany zadali Grecy, a przekona się, że każdy wyraz, wzięty pod rozwagę podług zasad mównictwa, da się zrozumieć i wszystkie razem wzięte tworzą jedną całość - modlitwę do Boga. Trzy pierwsze wyrazy: Alfa, Beta, Gama, tworzą jakby jej część oddzielną. Z początkowych liter tych trzech wyrazów, napisawszy je w odwrotnym porządku G B A i przeczytawszy na odwrót, podług prawideł mównictwa, otrzymamy B A G - Bóg, Boże. Alfa, po cofnięciu a przed f, wyda brzmienie alaf; postawiwszy ph za f i wziąwszy p za w, którego wówczas jeszcze nie było, otrzymamy alaph, przemienione na alawh, a to na odwrót przeczytane wyda brzmienie hwala, chwała po naszemu. Z wyrazu alawh powstało przez skrócenie łacińskie alaus, czyli laus, arabskie Allach. Beta na odlew tabe - Tobie. Gama na odlew, maga, macha - maszą: zaimek dzierżawczy od zaimka osobowego my urobiony; dawniej pisał się i wymawiał właściwiej: masz, maszą, masze, zamiast teraźniejszego nasz, nasza, nasze, ale tę różnicę spowodowała później jasność mowy.

Bag hwala Tabe maszą -

Boże! chwała Tobie nasza.

Posługując się tą metodą, dochodzi Czarkowski do wniosku, że alfabet grecki znaczy właściwie:

Boże, nasza Tobie chwała,

Daj nam lepsze czasy od tych tu,

Ciebie Boga błagamy,

Ażebyśmy zachowali wiarę naszą w Ciebie.

I posiedli całą ziemię.

 

 

 

TWÓRCA KLIMATÓW

Jakiś nie znany nam bliżej konkurent Matki Natury ogłosił w nrze 311 "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" z r. 1936 co następuje:

Podaję do łaskawej wiadomości P.T. Meteorologom i Wysokim Zakładom Naukowym w dziedzinie badań meteorologicznych i przyrody, wszystkich krajów świata, iż wynalazłem aparat, przy pomocy którego mogę zmieniać klimat w naturze, w przyrodzie na żądanie, zamówienie, zawsze, kiedykolwiek, wszędzie, we wszystkich krajach, w każdej porze roku, na dowolnie obranej, geograficznie oznaczonej części świata, kraju i ziemi, na przestrzeni od 50 do 50 000 km kw. w przeciągu 3 do 6 dni mniejsze zmiany, a 5 do 10 dni większe zmiany:

1) Stwarzać wiatry o sile biegu na godzinę 50 do 500 km, na przestrzeni o długości i szerokości od 50 do 50 000 km, o wysokości 50 do 2 000 m, i nadać żądany kierunek biegu: jak ze wschodu na zachód i przeciwnie, tak z południa na północ i przeciwnie, oraz w różnie kombinowanych kierunkach.

2) Stwarzać deszcze na zamówienie i oznaczone miejsce kraju, żądaną ilość w m/m dziennie, co drugi dzień, co trzeci dzień, co czwarty dzień i raz w tygodniu, itd.

3) Stwarzać pogodę na zamówienie, w oznaczonym miejscu, tam, gdzie jej brak, uspakajać wiatry i deszcze tam, gdzie ich jest za dużo, zmieniać temperaturę na plus lub minus od 5 do 15 stopni Cel. na żądaną.

4) Stwarzać różnorodne chmury i wilgotne powietrze, oraz oczyszczać chmury z powietrza i zbyt wilgotne powietrze, suszę, w każdej porze roku.

Dla stwierdzenia prawdziwości treści tego komunikatu, chcę zademonstrować i przeprowadzić próbę pod naukową kontrolą fachowców nawet we wszystkich pięciu częściach świata i ich kontynentach.

Do obserwacji, badania i kontroli, zapraszam wszystkich interesujących się P.T. fachowców Meteorologów i świata naukowego, oraz organizacji rolniczych, w celu ściśle naukowym.

Zgłoszenia wraz z podaniem lub zamówieniem, jaki klimat pragną obserwować, miejsce i data, należy przesłać do dnia 30 sierpnia 1936 r. na adres: I. K. C. Kraków, Wielopole 1, dla Winalu Woal.

Dla dobra ogółu ludności prasę zagraniczną upraszam o rozpowszechnienie tego komunikatu.'

 

 

 

HULAJ DUSZA BEZ KONTUSZA - I BEZ KOSZULI

Czytamy w "Pamiątkach Soplicy" Henryka Rzewuskiego, że sławetny książę Radziwiłł Panie Kochanku, gdy był już dobrze pijany, zaczął się rozbierać, besztając przy tym szlachtę. Jednemu dał pas złoty, mówiąc "Darujęć, durniu" - drugiemu kontusz: "Na, świnio!" - innemu spinkę brylantową: "Trzymaj, ośle!" - innemu znowu żupan: "Weź, kpie!" - tak że został w hajdawerach amarantowych i w koszuli, na której wisiał ogromny szkaplerz. W takim "stroju" wgramolił się na wóz, na którym była ogromna beczka napełniona winem. On siadł na beczce, a wóz szlachta ciągnęła po ulicach Nowogródka. Wóz co kilkanaście kroków zatrzymywał się, a kto chciał, kielich lub garnek nastawiał i książę czop od beczki odtykał...

A odprowadziliśmy księcia, zawsze na beczce, ale już próżnej, aż do klasztoru, gdzie on jeszcze na dziedzińcu dokazywał i stanąwszy przy studni, zrzucił hajdawery i koszulę i tam kazał się zlać wodą. Po wytrzeźwieniu poszedł do celi, gdzie podkurek (śniadanie złożone z barszczu, bigosu i kiełbasy) zjadłszy i z ojcem Idzim pacierze odmówiwszy, spać się położył.

Tego rodzaju bachusowe błazeństwa rozpasanej szlachty stały się niejako obyczajem. O produkcjach nudystycznych innego szlachcica pisze w "Pamiątkach" poeta Kajetan Koźmian:

Michał Granowski, sekretarz wielki koronny, zwykł był po pijanemu rozbierać się i przymuszać do tegoż współbiesiadników. Miał przy tym dziwną manję: krzyczał "Ja Amerykanin", choć Ameryki nigdy nie powąchał. Ten to sekretarz wielki koronny, po wygraniu przeforsowanej przez siebie sprawy (rzecz działa się w Lublinie, w latach 1784-87) zaprosił na obiad cały trybunał, z którego tylko prezydent, jako że chory, stawić się nie mógł. Pito ochoczo i obficie. A kiedy marszałek i deputaci udali się na południową sesję, Granowski, dobrze już cięty, począł wykrzykiwać: "Ja Amerykanin! Kto mnie kocha, to samo zrobi, co ja" - i z kielichem w ręku wyszedł półnago na ulicę, z koszulą zawiązaną u pasa. Gdy przyjaciele, przystojnie ubrani i schludnie noszący się, zaczęli na to hasło zrzucać ze siebie ubiory, poczęła się dezercja tych wszystkich, szczególnie uboższej szlachty, którzy poczuwali się do nieporządku i niechlujstwa, pod długą polską suknią ukrytego, ale hajducy i lokaje na rozkaz pana chwytali uciekających, obnażali, a sami współbiesiadnicy służącym pomagali. W mgnieniu oka stanęła na ulicy czereda na pół naga; zajechała bryka dzielnymi końmi z dwiema beczkami wina z wyciętemi wątorami. Badowski na pół nagi siada jak Bachus na jedną z nich, dają mu wielką chochlę srebrną od zupy, czerpa trunek z beczki, nalewa w kielichy - i ta cała pijacka gawiedź rusza w procesji i w dzień biały idzie ulicą ku Krakowskiej bramie.

Co za widok osobliwszy i gorszący! Do 80 osób na pół nagich, wielu potrząsających brudnymi łachmanami, które wprzód suknia osłaniała, tańczących, skaczących, taczających się, śmiejących się, śpiewających lub ze zbytku trunku upadających i oddających ustami to, co gardłem pochłonięte było.

W tych samych pamiętnikach Koźmiana znajdujemy barwne opisy innych gorszących scen:

Pod biskupem Skarszewskim widziałem jak mnich nazwiskiem Tiburcy w jednym domu u gospodyni zbyt ludzkiej trzymał kielich w ręku: ta jedną ręką nalewała mu wino, drugą szargała za pasek od habitu, a on przed nią, rozgrzany trunkiem, skakał jak niedźwiedź na łańcuchu... Widzieliśmy na placu publicznym zakonnika tańcującego walca z kobietą z motłochu, że aż trepki pogubił... Widzieliśmy dwóch obłąkanych i hańbiących suknie swoje kapłanów, zachęcających do mordów i wieszania; jeden z nich wznosił ręce skrwawione do nieba i wolał do ludu: "To jest kwiat najmilszy Bogu!"...

Należy pamiętać, że Kajetan Koźmian był wiernym synem kościoła, konserwatystą, dziś powiedzielibyśmy: reakcjonistą, nie żadnym libertynem czy antyklerykałem.

 

 

 

SONATA KSIĘŻYCOWA

Od pewnego czasu prowadzę lunotekę, tj. normalną kartotekę, na której "fiszkach" notuję skrupulatnie wszelkie metafory, porównania i epitety, jakimi poeci ozdabiają Księżyc. Zakon Braci Wierszujących nigdzie się tak nie rozhulał, jak w nomenklaturze martwego satelity naszej życiem kipiącej Ziemi. Sprzyja temu "tajemniczość" Księżyca, jego rola w folklorze erotycznym, w mitologii i w demonologii, a wreszcie - bądźmy sprawiedliwi - niezaprzeczona uroda i niezwykłość samego zjawiska: nagle, śród nocy, coś takiego na niebie - to tarcza, to sierp, to srebrne, to złote, to rumiane, to w mglistym czepku, to jak mroźna kula, to większe, to mniejsze, to z jednej strony, to z drugiej etc. Było i jest się czemu dziwić i w co wpatrywać. Moja lunoteka jest już bardzo pękata i wciąż pęcznieje. Kiedyś uporządkuję ją ostatecznie i oddam do druku. Będzie to pierwszy w dziejach piśmiennictwa "Dykcjonarz księżycowy". Oto jej próbki, z braku miejsca ograniczone do samego cytatu i nazwiska autora:

Xiężyc, xiąże nocy nayiaśniejsze (J. E. Minasowicz).

Na mlecznym niebie blady księżyc siedzi, jak jezuita, gdy słucha spowiedzi (Bałucki).

Świeca Prozerpiny (Grzymałowski).

Ahaswer nieba (Kośmiński).

Dziecię wieczora. Nadąsany. Senny. Blady jak cień zmarłego słońca (Goszczyński).

Straż Boga na nieba sklepieniu (Brodziński).

Półkolny (Jul. Korsak).

Biała hostia światów (Wł. Ordon).

Okno, którędy dzień schodzi. Srebrny król nocy (Mickiewicz).

Pierścionek Diany. Słońce umarłych. Bladawy. Srebrny. Zapłoniony. Posępny. Lampa kryształowa. Złocisty i szary. Biały. Błękitny itd. (Słowacki).

Dziś ciemny, jutro połyska jak sierp, potem szerszy jak nóż kuchenny, potem nadkrojony jak bułka chleba, z której kromkę zetniesz, potem jak dukat jasny i okrągły, i znów się ścina, zmniejsza i ciemnieje (Józef Korzeniowski).

Słońce bezsennych (Nowaczyński).

Ciemny dokument nieba z pieczęcią księżyca. Obojętny wijatyk. Cienkie podkręca wąsiki, choć ma jeszcze pod nosem mleko drogi mlecznej (Staff).

Księżyc jak gondola pływa. Jak rybak, łódź srebrną gotuje do jazdy. Psotny (Makuszyński).

Fantasta. Widmowy kasztelan wszelakich rozwalin (Tuwim).

Stary, żółty, zasępiony (Miron).

Nów, wygięty banan (Pawlikowska).

Capablanca wiedzy tajemnej, krągłolicy księżyc pyzaty. Blady Piotr z Amiens (Bąk).

Łaciaty. Nieprawdopodobny (Przyboś).

Mięciutki księżyc łaskocze zgubiony w przelocie puch (Ginczanka).

Trapez mnie huśta z księżyca wiszący. Niedługo z puchu nocy księżyc się wyłuska, podobny do wielkiego srebrnego orzecha. Wielkie zielone żagle na dachach rozpina. Chodzi słupem po starych okrętach i czarne z masztów martwych wypłasza pająki. Zielony w niebie staw platyny. Ciągnie przez palmy, jak muzyk pluszowym smykiem. Księżyc, blady hrabia, poprzez mgły firanek fantastyczne tapety rozwija na ścianie. Lampa mądrości, spokojny filozof etc. etc. (Wierzyński).

Jak krzywy, krótki miecz Waregów, w orszaku gwiazd lśni księżyc krwawy (Kozikowski).

Czerwony tygrys. Jak klinga. Żagwią nocnego pożaru stoczył się w urwiska. Pentagram. Na dnie rzeki, jak pojmany więzień, zamurowany śród rozrosłych trzcin (Łobodowski).

Noc dmucha w księżyc jak w okarynę. Ma usta kobiece, jest zaczajonym, rudym, czyhającym kotem (Słonimski).

Rozżarzony do białości pieniądz (Lech Piwowar).

Noc gwiazdy nawleka na krzywą księżyca igłę (Wł. Podstawka).

Księżyc to wioska ogromniasta, gdzie ciszę ciuła brat mój Srebroń... To niepoprawny istnieniowiec, poeta, znawca mgieł i wina, nadskakujący snem manowiec, wieczności śpiewna krzątanina (Leśmian).

Sępem wyleciał rudy księżyc (St. R. Dobrowolski).

Księżyc pobratym usnął w świeżym sianie (Mir. Żuławski).

...I tak w nieskończoność! Są tam jeszcze: świetlik, nóż, chleb, kołyska, żółtodziób, pierś Seleny, rokokowy, srebrne kolucho, klarnet, klacz, bania, podkowa, paleta, order itd. itd. Sam tylko Gałczyński częstuje nas takimi cudeńkami: czarny lew z platyny, kałamarz, bibułkowy, astrologiczny, tajemniczy jak rebus, jak kalafonia złoty, humorystyczny, umęczony, "księżyc przemienił się w lirę i kot błędny z tej liry ogonem pieśń wydobył swoją kocim tonem", rumiany jak kucharz, delfin, "księżyc dudniący pod ulicami jak potwór z srebra i krzyku"...

Proponuję założenie Towarzystwa Ochrony Księżyca Przed Wybujałą Fantazją Poetów (TOKPWFP).

 

 

 

TIZBA GNIEŹNIEŃSKA

Teatry nasze skarżą się stale na brak repertuaru. Jest na to sposób. Należy pobłażliwiej traktować pewne zupełnie zapomniane twory dramatyczne, które z powodu intryg i zawiści nigdy nie miały szczęścia tzw. oglądania kinkietów teatralnych. W ten sposób przepadł niejeden polski Szekspir i Molier. Do wiadomości kierowników literackich naszych scen podaję, z dobrego serca i bezinteresownie, informację następującą:

W r. 1863 ukazał się w Gnieźnie utwór: "Tizba, żalodya w czterech oddziałach. Na podstawie tragedyi francuzkiej Wiktora Hugo, znanej pod nazwą: Andżelo, tyran podwański wierszem ojczystym napisał Tadeusz Wolański". Oto kilka fragmentów:

Rudolf (w uniesieniu, z puginałem): Tizbo! Szalona Tizbo!

Tizba (pierś nadstawiając): Pchnij! do czego ztchórzyć?

Rudolf (w pasyi): Milcz, nieszczęsna!

Tizba (zuchwale): No pchnijże, wszakżem ja zabiła! (on dżga, ona pada)

Tizba:

No! Dobrze! w samo serce! tak sobiem życzyła!

Daj mi rękę, Rudolfie, dziękuję ci z duszy,

Że ty mię własną ręką zwolnił z tej katuszy!

Wchodząc, ty się oglądać zaniedbał w salonie,

Dając mi kwadrans życia w przeraźliwym tonie.

W innym miejscu Tizba mówi do Rudolfa:

Masz co do powiadania? Słucham, co takiego?

Na to Rudolf:

Pytam się, gdzieżeś była? twa bladość od czego?

Z kim to w tym dniu bezecnym czas ty przepędziła?

O czemeście gadali? ręka to zrobiła?

Powiedz... lepiej nie powiedz, nie zmyślaj, albowiem

Ja sam ci, coś czyniła, do słowa opowiem...

...Gdy rządca rzekł: ja nie mam trucizny gotowej,

Mówiłaś: ale ja mam, dając mu takowej,

A co? czy nie tak było? truciznyś nie miała?

Czy nie ty to truciznę jemu podawała?

Ha! tyś miała truciznę dla biednej niewiasty,

Ja w odwet mam dla ciebie ten tu nóż spiczasty.

Odpowiednio dobrana wesoła muzyczka bardzo się przyczyni do powodzenia "Tizby" w stolicy i na prowincji.

 

 

 

FANTASTYCZNY KATALOG

W roku 1925 grono dowcipnych naukowców, historyków i bibliofilów krakowskich, z nieodżałowanym moim przyjacielem Kazimierzem Piekarskim na czele, wydało parodystyczny numer "Przewodnika bibliograficznego", słynny "Nr 13", druk arcyrzadki dzisiaj, zawierający przeszło dwie setki tytułów nie istniejących książek istniejących autorów. Zeszyt ten jest znakomitym okazem nieczęsto uprawianej parodii: parodii publikacji naukowej. Każda pozycja w nim, to satyra na autora i na samą bibliografię. Wybieramy na chybił trafił:

BERNACKI LUDWIK jun. Najstarszy polski bilet wizytowy. Studium bibliograficzne. Z 163 podobiznami. Tom I: Literatura. Tom II: Źródła. Tom III: Materiały. Tom IV: Notatki. Tom V: Studia. Lwów. Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich 1925. 8°. T. I. str. XV + 784. T. II. str. 932. T. III. str. 861. T. IV. str. 890. T. V. str. 632 + 163 podobizny. Zł. 850.

BRUCHNALSKI WILHELM, prof. Uniw. Krytyczne zestawienie pierwszych liter we wszystkich miejscach "Pana Tadeusza" jako wstęp do umiejętności literatury polskiej. Lwów. Nakładem Koła Polonistów. 1925. str. 854.

BYSTROŃ JAN STANISŁAW. Geneza i warianty pieśni "Pani dziś jest bez koszulki". Nakładem Tow. Ludoznawczego 8°. Str. 32.

BIRKENMAJER ALEKSANDER. Szesnasta karta rękopisu Nr 2798 Biblioteki Jagiellońskiej i inne szesnaste karty innych rękopisów innych bibliotek. Kraków 1925. 4°. Str. 78.

FIERICH FRANCISZEK XAWERY. Prof. Dr Prezydent Komisji Kodyfikacyjnej. Procedura Sadu Ostatecznego. Studium prawno-eschatologiczne. Z planem orientacyjnym doliny Jozafata i tablicami konkordancyj artykułów praw boskich i ludzkich. Warszawa 1925. 8°. Str. 806 + 72 tablice + 1 plan.

GOETHE JAN WILKOŁAZ. Pięść. Jedna tragedia. Przełożył Leon Wachholz. Wydanie drugie poprawne. Warszawa. Gebethner i Wolff. Str. 230.

KALLENBACH JÓZEF. Prof. Uniw. Jagiell. Nieznany spis garderoby domowej domniemanego pradziadka Jacka Soplicy z r. 1727. Nakł. Uniw. Stefana Batorego. 1925. 8°. Str. XXIII + 2 z licznymi podobiznami.

KOWALSKI TADEUSZ. Pierogi z kapustą, jako potrawa spożywana przez św. Jacka w czasie głodu na misjach wśród Kumanów. Kraków. Polska Akademia Umiejętności. 1925. 8°. Str. 146.

OR-OT (ARTUR OPPMAN mjr). Bakenbardy księcia Pepi. Oktawy żołnierskie. Warszawa. Nakładem "Żołnierza Polskiego". 1925. 16°. Str. 32.

PASEK JAN CHRYZOSTOM. Pamiętniki. Z francuskiego przekładu P. Cazina przełożył na polski Tadeusz Boy-Żeleński. Warszawa. Nakł. Biblioteki Boya. 1925. 8°. Str. IV + 256 + 3 nlb.

PIEKARSKI KAZIMIERZ. Nieodkryty fragment nieznanego urywka niedrukowanego Sowizdrzała w zaginionym tłumaczeniu czeskim lub polskim. Drobny przyczynek do bibliografii polskiej. Kraków. 1925. 16°. Kart nlb. 2 + str. 1 + kart czystych 6.

PIŁSUDSKI JÓZEF. Jak uniknąłem błędów Napoleona? Kraków. Osobne odbicie z 547 wywiadu w "Ilustr. Kurierze Codz.". Str. 2.

ROSTWOROWSKI KAROL HUBERT. O ile ja i Dante stoimy wyżej od Żeromskiego? Kraków. Nakł. "Głosu Narodu". 1925. 8°. Str. 30.

SIERPIŃSKI WACŁAW. Prof. Uniw. Warszawskiego. O pewnym dowodzie pewnego twierdzenia i pewnym zagadnieniu tyczącym się pewnych przypadków błędnego stosowania pewnych zasad do rozkładu pewnych liczb całkowitych na pewne sumy potrójne. Warszawa. Nakładem Pol. Tow. Matemat. Z zasiłku Min. W.R. i O.P. 1925. 8°. Str. 142.

SROKOWSKI KONSTANTY. Rosja sowiecka z okien wagonu i z głowy własnej. Kraków. Nakł. Krak. Sp. Wydawn. 1925.

SZOBER STANISŁAW. Cecha cechy i cecha cechy cechy. Przyczynki metodologiczne do nauczania języka polskiego w niższych klasach szkół powszechnych. Warszawa. Nakładem autora. Czysty dochód na "Willę łez dziecięcych" w Zakopanem. 1925. 8°. Str. XVI + 264.

TATARKIEWICZ WŁ., Prof. fil. na Uniw. Warsz. Czy Stanisław August nosił getry? Przyczynek do poglądów filozoficznych epoki. Warszawa. 1925. 8°. Str. 18.

WACHHOLZ LEON. Uwiedzenie czy zgwałcenie? Sprawa Fausta i Małgorzaty wobec Kodeksu Karnego b. trzech zaborów. Kraków. 1925. 8°. Str. 218 i 7 tablic.

WRZOSEK ADAM. Numizmatyka dla medyków. Warszawa. M. Arct. 1925. 8°. Str. 318 + 73 tablic.

 

 

 

SCENARIUSZ

Dwutygodnik "Film" (nr 12) zamieszcza zabawne przedruki z czasopisma "Kino-Teatr i Sport" z r. 1914. Oto jak się przedstawiała "treść" filmu polskiego w tych czasach:

Nowe towarzystwo udziałowe "Sokół" uczęstowało publiczność komedią pt. "Ach te spodnie!" Oto pokrótce treść. Dulska zaprasza na maskaradę Władzia z narzeczoną. Władzio pakuje czym prędzej do pudełek - do jednego domino i kwiaty dla narzeczonej, do drugiego spodnie wieczorowe do odprasowania u krawca. Lokaj myli dwa pudła. Narzeczona przebiera się za chłopca w spodnie, krawiec zaś prasuje domino. Kiedy godzina jest już późna, a spodni jak nie ma, tak nie ma, Władzio pędzi do krawca w białym dessous. Dowiadując się o pomyłce zabiera pierwsze z brzegu spodnie i udaje się na bal. Krawiec goni go. W czasie szampańskiego tanga dopędza na sali i ściąga spodnie. Władzio po raz drugi ukazuje się publiczności w białym negliżu z niedyskretnymi tasiemkami. Następuje wesoły finał.

 

 

 

ROZKOSZE SUŁTANSKIEGO ŻYWOTA

Gdy sobie człowiek pomyśli, że nigdy nie był i nigdy już chyba nie będzie tureckim sułtanem (kwalifikacje by się znalazły, ale cóż, kiedy sam urząd skasowano), ogarnia go melancholia, smętek, rezygnacja i po prostu żyć się odechciewa. Nawet zapowiedziane rozkosze raju bledną i przestają nęcić. Nie! prawdziwego szczęścia nie zaznał nikt, kto nie był tureckim sułtanem...

Refleksje te nasunął nam rozdział "Nowych Aten" ks. Benedykta Chmielowskiego (1743), pt. "Cesarza tureckiego majestat, elekcja, zabawy", którego urywek, modernizując niechlujną pisownię autora, poniżej przytaczamy.

Najpryncypalniejsze jego krotofile - konwersacja z białogłowymi w Saraju bez uwagi na religię i obyczaje, byle urodą cudną i panieństwem była z nich każda zalecona, jakich po ośmset miewa, od nikogo nie widzianych w Saraju, z różnych nacji nazbieranych. Dozór ich polecony eunuchom czarnym, jak one piękne tak szpetnym, których ochmistrz albo marszałek jest eunuch jeden Kiślar Agazy i matrona poważna, ochmistrzyni nazwiskiem Kadyn Kiahya, wszelkiej swawoli przestrzegająca. Są przy tym inne ochmistrzynie, co piąte łóżko pomiędzy te panny sypiające w dwóch odach albo izbach, gdzie się różnymi bawią exercycjami, to jest śpiewaniem, szyciem, haftowaniem, tańcem, zawsze się czysto i bogato strojąc. Cesarz je, wszystkie do jednej przez ochmistrzynię sali konwokowane, wizytuje, śpiewania słucha, robotom się przypatruje, a bardziej na tych obiektach nieszpetnych oko i gust pański pasie; która zaś bardziej nad inne mu się podoba, rzuceniem na nią chustki tę wybiera i miewa oddaną do łożnicy. Osobny jej potem naznacza appartyment, dwór i wygody w Saraju, zowiąc ją Hinkiarkazy, to jest cesarska metresa, i prezent ofiaruje w worku - 3 000 czerwonych złotych. Jeśli syna powije, zowią ją Chaseki Soltana, bogatą koroną i tronem, jako cesarzową, ją wenerując. Po takim rozwiązaniu rozwiązuje cesarz worek swój na ulgę bólów, pięć tysięcy ofiarując cekinów.

 

 

 

OTŁOCHY, SWODY I DŻOTY

Spośród licznej u nas plejady lingwistycznych maniaków wyróżnia się szczególnym, i w tej nawet sferze rzadkim bzikiem, niejaki Sartyni, który w r. 1844 wydał we Lwowie zeszyt I (122 stronice) "Nauki języka polskiego z zasad Szrzeniawy". O tym, że właściwe nazwisko owego Szrzeniawy jest Sartyni, wiem skądinąd, w broszurze figuruje tylko herbowy pseudonim. Nie będziemy tu zgłębiać treści jego "językoznawczych" wywodów. Samo fantastyczne słownictwo stworzone przez Szrzeniawę wystarczy, by się przekonać, że mamy do czynienia z wariatem. Oto np. tytuły niektórych rozdziałów: "Otłochy mowy" (tj. części mowy, których wylicza aż dziesięć), "Modła przegubu łągłosów", "Stopnie dżotu i swodu", "Rzecz o trzmionach"... W tym ostatnim czytamy o "norach trzmienia":

Każdy swogłos zosobna wyraża pewną włość, albo wzgląd stateczny stanu, w jakim istota pozostaje. I tak o oznacza istotę widomą, e byt istotny lub omąd o istocie rzeczy powzięty, y wyraża szczegóły wlemne i szczegóły łążne, z jakich omądy powstają.

A oto prawidło "trzmion w powodzi":

Imię dane przechodzi w powódź własną dołęgą, to znaczy, że otrzęsa z siebie wszelkie znamiona nabytych względów i okoliczności, a łączy się z ostatecznym łągłosem własnej dołęgi z głoską powodową.

I na zakończenie jeszcze jedno prawidło dotyczące "obrotu w rodzajach":

Jeśli znamiona dżótu i swódu sobie wzajemnie nie odpowiadają, imię niesie rodzaj przeważającej potęgi. Przeważającą zaś potęgę w ogólności ma swód nad dżó-tem, więc czołem idzie naprzód: rodzaj istoty samej w sobie przed rodzajem jej imienia; powtóre: rodzaj dla trzmienia przed rodzajem dla stoku; potrzecie: rodzaj dla zawodu przed rodzajem dla czudu... Dlatego jeśli imię o stoku szczęchłym będzie miało trzmień z otłochu czynnego... itd. itd.

 

 

 

PRZESADNY PESYMIZM

W roku 1886 komisarz generalny Urzędu Patentowego Stanów Zjednoczonych oświadczył dosłownie:

Niewielu wynalazków można się spodziewać w przyszłości, gdyż właściwie wszystko zostało już wynalezione ("everything has been invented").

 

 

 

PISOWNIA

"Gazeta Warszawska" (1901, nr 74) podaje odpis menu jednej z jadłodajni stołecznych.

Zópa z Rzułwi s cebulo i marhefko albo barżdż z roro.

Sztuka miensa sos hszanowy. Kotlety lóp z Razy Malasońskie. Le Gomina z japkami a jeśli nie, to Gaila Redka zagryśtu.

 

 

 

O DAWNYM TEATRZE

...Teatr na prowincji, jak wiadomo, najczęściej w stajni, w owczarni lub w jakim starym mieści się zabudowaniu. Tu przemysł dyrektora w wewnętrznym urządzeniu widowni ważną gra rolę: umaja się sala choiną, wykadza, improwizują się miejsca, jak np. w jednym miasteczku na Litwie, gdzie popostawiano zamiast lóż sanki dyszlami do góry.

W Busku dawniej była owczarnia, zajęta w połowie na teatr, w drugiej połowie na owce. Grano właśnie "Żyda tułacza". O godzinie zaczęcia widowiska we właściwą połowę owczarni spędzono barany, w tej samej właśnie chwili, kiedy tułacz znajdował się pod biegunem. Za każdym wykrzyknieniem nieszczęśliwego Żyda, za każdą skargą na gnające go wiecznie przeznaczenie, barany przeciągłym wtórzyły mu bekiem, a publiczność pokładała się od śmiechu. Dyrektor zrozpaczony wybiega i rzecz całą załatwia wypędzeniem baranów do innego zabudowania... Jedna z trup wędrujących dla oszczędności miała watowane dekoracje. Pan dyrektor po widowisku spał na pałacu przykrywszy się skałą, żona jego na rynku pod osłoną krzaku itd.

W jednym z miast powiatowych kiedyś ogłoszono widowisko; dwie tylko przybyły osoby. Wyszedł więc jeden z aktorów i zadeklamował:

Ponieważ deficyt w kassie,

Na dziś teatr zamyka się.

(Z "Kalendarza Warszawskiego" Ungra na r. 1860)

 

 

 

HISTORYJKA

Pisze Pliniusz i A. Gelliusz, że za panowania Cesarza Augusta dziecię iedno ubogie, często na brzeg morski wychodząc, kawałki chleba rzucało dla ryby Delfinem nazwaney. Ten Delfin tak był przywykł do owego dziecięcia i tak, iż rzekę, w nim się rozkochał, że ile razy dziecię nań zawołało, przypływał do brzegu i z nim swywolił, grzbiet mu swóy podawał do wsiadania na siebie, kryjąc skrzele swoie, aby niemi miłego sobie ciała nie obraził. Gdy to dziecię wsiadało na niego, on go z brzega Baiańskiego o dwieście stay aż do Puteolów do szkoły zawoził i ztamtąd nazad odwoził, co przez kilka lat statecznie czynił. Na koniec, gdy to dziecię umarło, ów Delfin często do owego brzegu przypływał, ale nie widząc go przez długi czas, na koniec zdechł na tymże brzegu. Pogrzebiono go tuż przy owym dziecięciu. Namienieni Autorowie świadczą, iż to sam Appion, który to pierwszy pisał, widział na swoie oczy z innymi godnymi ludźmi.

 

 

 

SPOWIEDNIK I KRÓL

Kapelan spowiadający Augusta II zapytał go: "Czym wasza królewska mość raczyła obrazić Pana Boga?"

 

 

 

NAGROBEK

Na parę lat przed śmiercią Beniamin Franklin ułożył sobie własny nagrobek:

Potomni nie umieścili tego napisu na płycie grobowej Franklina. Figurują na niej o wiele prostsze słowa:

 

 

 

 

 

 

MUZO, GNIEW OPOWIADAJ, ACHILLA, SYNA PELEJA!

Czterdzieści lat temu ogłosił Michał Pawlikowski fragmenty przekładu "Iliady" na... gwarę góralską. Zdaniem tłumacza jest to "jedyna żywa polska mowa epicka". Homer spod Giewontu śpiewa na taki ton:

 

Panno Święta! Ty sama zaświadcz, jako było

Wtedy, kiedy pasyją rozsierdził się wściekłą

Peleusowy Achil. Tak się porobiło,

Że moc od gniewu tego zacnej krwie pociekło

I poniejedne życie chłopa ostawiło

Psom i hawraniom i precz wędrowało w piekło.

Tak już Bóg chciał od kiedy gniewy swoje kida

W nogach wartki Achilles i harnaś Atryda.

 

...Na to mu znów odpowie Jagamemnon dziki:

Jak sobie chcesz: jedź, zostań, wolna twoja wola,

Jeszcze przy mnie ostaną tęgie wojowniki

I ociec wielgi w niebie. Ty se zmykaj z pola.

Kie tak chcesz, to i dobrze, bo ustaną krzyki,

Co je w całym obozie słychać - wolna wola!

Brykzę wezmę, bo wiedz ty, co się mnie urówniasz,

Że ja tu wojewoda jestem, a tyś -...!!

 

Należy żałować, że nikt dotychczas nie przełożył na język starożytnych Hellenów słynnej pieśni:

 

Cyrni się coś, cyrni 

Na wysokiej cyrli, 

Oj, cy to kupka gnoja 

Cy dziewcyna moja...

 

 

 

MR. HILL I JEGO KRÓL WĘŻÓW 

Według relacji pism warszawskich z listopada 1825 r.

Przybyły do Warszawy Pan Hill ma do pokazywania rzadką osobliwość, to iest ogromnego żywego węża z wyspy Jawy, maiącego 18 i pół stóp długości a 2 stopy obwodu; iest zaś tak oswojony, iż go bezpiecznie dotykać się można. Jest on największy ze znanych wężów; gdy dorośnie, ma 50 stóp długości i iest grubszy od człowieka; iada żywe zwierzęta, iako to: owce, króliki, kaczki, gęsi itd. Właściciel iego zapewnia, iż ten wąż za kilka dni zrzuci skórę, a za cztery dni po tym karmi się żywymi gęsiami. Jest rzeczą godną podziwienia, że po dwóch latach dopiero 25 Maia 1823 roku ieść znowu zaczął i połknął naraz 10 królików. Kąpie się codziennie i wtedy okręca się około szyi pana swego. Iest także do widzenia skóra z 24 stóp długiego węża, który na okręcie, płynącym z Nowey Holandyi do Londynu, połknął kozę z rogami, lecz przy mocnem kołysaniu się okrętu rogi przebiły bok iego i przez to życie postradał. Znayduie się także wielki żółw i pawian żywy z południowcy Ameryki, tudzież wypchany krokodyl. Małą tę lecz rzadką menażeryię widzieć można codziennie od dnia iutrzejszego począwszy na Podwalu w domu pod Nrem 522.

("Gazeta Warszawska" 5 listopada r. 1825)

Henryk Hill, właściciel węża, Królem Wężów zwanego, 18 i pół stopy długości, a 2 obwodu maiącego, który od dawna nic nie iadł, ma honor donieść Szanownej Publiczności, iż rzeczony wąż w przyszłą niedzielę, to iest jutro od godziny 3 do 5-tej z południa gęś żywcem połknie. Na to więc widowisko, w tutejszej stolicy jeszcze nieokazywane, zaprasza Prześwietną Publiczność, w nadziei, iż licznem zgromadzeniem się takowe zaszczycić raczy.

("Kurier Warszawski", 19 listopada r. 1825)

Dla widzenia obiadu węża zeszła się wczoraj znaczna liczba ciekawych; a chociaż afisze doniosły, że wąż nic nie iadł od lat 2, przecież wczoraj nie miał wcale apetytu, i gęś, która przeczekała przez całą oktawę Ś. Marcina, więcej niż przez godzinę znajdując się przed oczami maiącego ią żywą połknąć ogromnego gadu, ieszcze pozostała przy życiu. Ukazano mu także kaczkę, ale i na nią wąż także nie miał apetytu. Przeto nie została zaspokoioną ciekawość licznie zgromadzonych widzów. Wielu z nich oświadczyło, że gdy właściciel nie iest pewny ukazania publiczności takiej uczty, powinien by w afiszach donieść, iż wąż, gdy będzie miał apetyt, może połknie gęś etc. A to może uwolniłoby od zawodu.

("Kurier Warszawski", 21 listopada r. 1825)

Właściciel Króla Wężów ubolewa nieskończenie, że zapowiedziana uczta tegoż na dniu 20 b.m. nie wzięła skutku, gdyż wąż ten, który co kwartał zwierzchnią swą skórę zrzuca, zwykł wówczas zgłodniały zasilać się właściwym dla niego żerem. Ważne atoli przyczyny zmusiły właściciela do przetrzymania apetytu iego przez dni 14, co iest iedynym nieprzewidzianym powodem zawodu, Szanownej Publiczności uczynionego. Dnia zaś 22 b.m. o godz. 6-tej z południa, wąż, który w apetycie swym Szan. Publiczności uczynił zawód, a podpisanego na dotkliwe wystawił udręczenie, w obecności znakomitych osób kaczkę żywą połknął. Ubolewa właściciel w mowie będącego Króla Wężów, że Szanowny Autor umieszczonego artykułu w Nr 277 "Kuriera Warszawskiego" nie był w tey chwili obecnym; wówczas przekonać by się raczył, że podpisany nie próżnem wymyśleniem iakoby dla swego zysku na to widowisko zapraszał łaskawą Publiczność, lecz iedynie tylko pragnąc stać się godnym Jey względów, radby był chwilę tę uprzyjemnić.

("Gazeta Warszawska", 25 listopada r. 1825)

 

 

 

DALSZE O WĘŻACH SCIENDA

Gdy już "trzymamy przy wężach", warto wspomnieć, jakie o nich ambaje i androny powypisywał w "Nowych Atenach" (1745) ks. Benedykt Chmielowski, arcyuczony nasz encyklopedysta:

Węże osobliwe są in orbe terrarum. Na insule Taprobanie w Indii znajduje się wężów rodzaj tak dziwny, że jest kwadragularnej formy, z każdej strony po jednej głowie z okiem, to jest na wschód słońca, południe, zachód i na północ patrzące; którędy jedna zamyśli i czołga się głowa, tędy drugie i całe ciało. Czytam in Annalibus Kwiatkiewicza, iż w Afryce, w Nigritów nacyi, jest species wężów dziwnie jadowitych, zabijających, od których żeby tak wielu ludzi i innych nie ginęło zwierząt, sama natura pod gardłem dała mu torebeczkę z kamykiem czyli kostką, która, kołatanie czyniąc, gdy dokąd albo skąd lezie, ludzi do strzeżenia się i chronienia przestrzega. O podobnym wężu, nazwiskiem Brazylijskim, vulgo Bonjuningo, piszą Józef Jezuita, z Brazylii roku 1560, i Piotr Hiszpański, że jest w Nowym Świecie; który w ogonie nosi także dzwonek czyli klepadło, albo kołatkę; jadu jest dziwnego, bo za ukąszeniem człeka, wszystkie trętwieją i odpadają ukąszonego zmysły, widzenie, słyszenie, powonienie, czucie, i we dwudziestu czterech godzinach z tego rugują świata. W prowincji chińskiej imieniem Quamsi są na 30 stóp geometrycznych, albo na 10 lasek mierniczych, nazwiskiem Gento, grube na 10 dłoni, z pazurami, albo szponami, niby sokoła. Żyją niedźwiedziami, lwami, na których w nocy napadają. Na ludzi z drzewa się rzucają, ściskaniem zabijają, na ogonie się wsparłszy do góry jako słupy wstają. Obywatele tameczni w piasku ostre kryją oszczepy żelazne lub haki, na których z jaskiń wyłażąc swoich, lgną i wnętrzności przerzynają swoje; interim ludzie, na to pilnujący, po kątach ukryci, wypadają, dobijają. Mięso jego jedzą, żółć drogo przedają, gdyż lekarstwem jest na ukąszenie od psa wściekłego. Podczas wojny z Penami, alias Kartagińczykami, co się zwało Punicum Bellum, przy rzece Bragada w Afryce, wąż znaleziony 120 stóp mający, którego Atlius Regulus konsul z całym wojskiem atakował z kusz wojennych. Skóra jego i szczęka aż do wojny Neumatyńskiej w Rzymie w kościele wisiały. Na Ukrainie też podobne znajdują się węże, położy, w stepach albo polach pustych, na 10 łokci wielkie, bez nóg do góry się wdzierają, a potem rzucający się na ludzi i zwierzęta, lub goniący na pożarcie. W Afryce morskie węże tak są rosłe i silne, że galery wywracają... Węże jajca niosą. Tyle w sobie mają kości albo ziober, ile dni ma miesiąc, tj. 30. Z wężów medycy preparują teryakę albo dryakiew, stąd symbolista, przy wężu namalowawszy dryakwi puszkę, dał napis: e malo bonum. Od wężów Przedwieczna Mądrość każe się uczyć mądrości: które w niebezpieczeństwie głowy kryją, o resztę ciała mniej dbając. Pijąc ze źródła, żądło zostawują na brzegu lub kamieniu; napiwszy się, znowu je biorą. Na Żmudzi, litewskiej prowincji, gruby lud węża jakiegoś o czterech nogach boskim czcił honorem, Giwoytes nazywając. Pewnych czasów karmili go na to preparowanymi potrawami, osobliwie mlekiem. Jeżeli temu grubemu ludowi jaka trafiła się niepomyślność, na swoją to składali winę, że węża, domowego bożka, condigne nie utraktowali. Do tych wężów dziwnych revocandus i ten, który się rodzi w Gangesie rzece: ma oskrzele dwa, na łokci 60 długi, koloru błękitnego, dwiema uarmowany zębami, na łokieć długimi, jednym w dolnej, drugim w wierzchniej szczęce. Słonie, do wody przychodzące, pyskiem porwawszy za nogę, w wodę wciąga, w błocie się kryje, w nocy na brzeg dla pożywienia wychodząc.

 

 

 

ZAMIAST SIKAWKI

Z wydanej w Tarnopolu w 1936 r. książki "Przodownik pracy społecznej na wsi" dowiadujemy się, że w 1742 r. ogłoszono u nas edykt następujący:

My z Bożej łaski książę Ernest August uświadamiamy łaskawie poddanych nam urzędników książęcych, że w ojcowskiej troskliwości o dobro poddanych naszych, rozporządzamy, co następuje: ponieważ przez pożary wiele poddanych popada w ubóstwo, przeto aby tym nieszczęściom zapobiec, rozkazujemy, aby w każdej miejscowości znajdowały się w zapasie talerze drewniane, na których już jedzono, pomalowane i popisane figurami i literami według doręczonego rysunku:

S A T O R

A R E P O

T E N E T

O P E R A

R O T A S

w piątek w czasie zmniejszania księżyca a po południu między 11 a 12 godziną świeżym atramentem i nowymi piórami. Skoro pożar wybuchnie, przed czym kraj ten niech Bóg broni, wtedy talerz tak pomalowany ze słowami "W imię Boże" do ognia ma być rzucony, a gdyby się pożar dalej rozszerzał, ma to być powtórzone do trzeciego razu, przez co pożar stanowczo uśmierzony zostanie.

Talerze takie mają utrzymywać w miastach burmistrze a we wsiach wójtowie, o czym nie należy uświadamiać obywateli i włościan, ale zarządzenie to trzymać w tajemnicy. W ten sposób wykonujemy naszą najłaskawszą wolę.

Dan w naszej rezydencji dnia 24 grudnia 1742.

Ernest August Książę m. p.

Historycy kultury, filologowie, mistycy, nawet matematycy od paru stuleci głowią się nad znaczeniem i głębszym sensem tajemniczego zdania "Sator arepo tenet opera rotas", którego słowa, ułożone w "kwadrat magiczny", można czytać w kierunku poziomym i pionowym, wprost i wspak. Napisano o nim liczne rozprawy, a sekret dalej pozostaje sekretem. Interpretacje były różne, np. w symbolice religijno-kosmicznej: "Bóg włada światem, dziełami człowieka i płodami ziemi"; próbowano też czytać: sator opera tenet, tenet opera sator, tj. po liniach "wężowych", jak również na rozmaite inne sposoby, lecz przekonywającego tłumaczenia nikt dotąd nie dał.

 

 

 

KOSMOGONIOPSYCHO-PATOLOGIA

Ignacy Kochanowicz, autor wydanej w Krakowie w r. 1913, nakładem własnym oczywiście, książki "Nowości nieznane. Zagadnienie życia odkryte" (92 stronice), jest typem dobrze grafomanologom znanym: typem kosmogoniomaniaka. Z książek napisanych przez tych nieszczęśliwych obłąkanych "odkrywców" można by ułożyć sporą bibliotekę. Fundamentem ich bzika jest jakieś jedno fantastyczne ubrdanie, na którym wznoszą absurdalną budowie, dalszych ubrdań i bredni. W rzeczonej książce fundamentem tym jest jakieś "powszechne prawo granicy dwóch temperatur". Z tego to "prawa" wynikły m. in. następujące odkrycia:

"Przedpotopowe życie wielkich kolosów powstało z wielkich kryształów roślinnych, gdyż w owym okresie temperatura wolno stygła: z powodu bardzo wolnego zachodu słońca, gdyż ziemia obracała się raz na 192 godziny dzisiejsze. Czy Darwin miał o podobnych faktach pojęcie, jak było przed pięcioma milionami lat? Ja to odkrycie zrobiłem w słoniu, potomku przedpotopowych zwierząt."

"W atmosferze, jak i w balaście ziemskim, w życiu roślin, zwierząt, człowieka, w dynamomaszynie, w elementach bateryj telegraficznych, jak również przy natarciu bursztynu: tworzy się w ich granicach dwóch temperatur surogat elektryczności w postaci atomów salmiaku, z których powstaje energia sprężysta eteru magneto-elektrycznego, a przy wielkim napięciu wywołane pracą powstają wyładowania elektryczne."

"Balast ziemi wewnątrz ma jądro z lodu: gdyby skorupa ziemska nie miała lodu wewnątrz, nie miałaby magnetyzmu, nie byłaby w stanie przyciągnąć prądu magnetycznego ze słońca, które tworzy światło i ciepło."

"U ssawców płeć żeńska sugestuje samca tlenem, a samiec samicę fosforem, w tych pierwiastkach jest magnetyzm przyciągający. Tylko te dwa pierwiastki są powodem szalonego zakochania się i aż do samobójstwa dochodzi. Powyższymi argumentami uzasadniłem, że płeć żeńska w swym organizmie zawiera bardzo wiele tlenu, odziedziczyła go ze światła księżyca, który jest płci żeńskiej."

W tym duchu utrzymana jest książka od początku do końca.

 

 

 

TAJEMNICE KRYPTOGRAFII

Działo się to w Austrii, podczas pierwszej wojny światowej. Dowództwo pewnego okręgu wojskowego zażądało od jednego z pułków piechoty podania numerów aut ciężarowych, jakimi rozporządza. W odpowiedzi przychodzi depesza:

27345 9811 3465 7859 10341

Depesza ta przez pomyłkę dostała się do rąk szefa szyfrów w sztabie generalnym. Odszyfrował ją oczywiście, nie zastanawiając się wobec nawału pracy nad treścią. Jej tekst brzmiał:

Koreańska rodzina królewska w Krakowie nad Dunajcem zaręczona ze szmalcem pod torpedą. N b.  s p r a w d z i ć!  P o m y ł k a  n i e  w y k l u c z o n a.

Anegdotę powyższą opowiadaliśmy kiedyś pewnej znajomej pani. Uśmiała się serdecznie. Nazajutrz zatelefonowała do nas: "Ten pański dowcip o szyfrowanej depeszy był znakomity. Chciałabym go opowiedzieć mężowi, ale niestety nie zapamiętałam tych liczb. Niech pan będzie tak dobry i podyktuje mi"... Uczyniliśmy to natychmiast, albowiem prośby pięknych pań są dla nas zawsze rozkazem...

 

 

 

DRĘCZĄCA ZAGADKA

Dlaczego arkusz papieru, nawet najcieńszego i niezależnie od wymiarów, nie da się złożyć więcej niż siedem razy? Nawet ten siódmy raz wymaga zazwyczaj wysiłku. Mówimy o składaniu rękoma, bez pomocy szczypców, obcęgów, młotka, żelazka do prasowania, walca parowego itd.

 

 

 

WSTYD I HAŃBA

Z pojęciem rozwiązłości obyczajów, rozpusty, wyuzdania oraz podobnych objawów nagminnego lekceważenia moralności wiążemy zazwyczaj Sodomę, Gomorę, Babilon, Rzym w dobie upadku, Paryż za Trzeciego Cesarstwa... Ale wszystko to furda w porównaniu z gminą Goleszów powiatu cieszyńskiego w latach 1851-1860. W porównaniu z tym, co się tam działo, babilońskie orgie są, żeby nie przesadzić, piknikiem niedzielnym Związku Anglikańskich Pastorów. W "Książce przychodów i rozchodów" wyżej wymienionej gminy notowane są kary, jakie nakładano na obywateli goleszowskich za występki przeciw dobrym obyczajom. Wypisy te zawdzięczamy uprzejmości Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, które nadesłało je do wykorzystania. Czytamy tedy, trzęsąc się z oburzenia:

1851 r. Na rozkaz c. k. Kapitaństwa z Bielska była 23 lutego trzymana nocna wizytyrka; przy tej sprawie był chwycony nocny tułacz w cudzem łożu Jan Łysek - 24 krajcarów.

1852 r. Pokuty od Joanny Black, ponieważ w czas nocni wizytyrki przy niey był chwycony nocny tułacz 30 nowembra - 1 floren.

1853 r. Pokuty od Jana Sztwiertnie, pachołka Małyszowego, także od Zuzanny Blaszki, dziewki Kluzowej, ponieważ byli chwyceni przy nocnej wizytyrce w jednem łożu, dlatego byli spokutowani - 1 floren.

1855 r. 5.X. od służącej Szczuglowej Anny, która służy u Janka Wapiennika, kwoli przenocowania Janka Lanca - 1 floren.

1858 r. Pokuty od starego Kubale i jego cery (córki) nr 39 (?!), że zalotnika ku sobie przyjęła - 1 floren.

1859 r. Od Zuzanny Cichy, która Cieślara ku sobie na nocleg przyjęła - 1 floren. Pachołek Drong, który był chwycony przy dziewce Gaintarowej nr 55 (?!) 1 fl. 50 kr. Od Molina pachołek Turroin był przy dziewce chwycony - 1 fl. 70 kr.

Itd., itd., itd... Ochłonąwszy ze wzburzenia i wstydu, zastanówmy się nad następującymi zagadnieniami:

1) Czy to możliwe, że stary Kubala miał tyle córek? Rozumiemy, że przy takiej ilości musiał je numerować (jak Gaintarowa swoje dziewki).

2) Dlaczego Zuzanna Cicha zgrzeszyła tylko za 1 florena, gdy Paweł Drong za półtora, a pachołek Turroin za 1 fi. 70 kr? Jak taksa, to taksa. Należało ją ujednostajnić.

 

 

 

O POGRZEBACH, ŻARŁOKACH, EDYCJACH I ROBINSONACH

Antoni Sozański, erudyta i biblioman, autor "Oltramare, błędy i nadużycia rzymskiego kościoła" i "Machiavella", wydał m. in. "Ciekawe szczegóły z literatury i bibliografii" (Kraków 1885) - groch z kapustą taki, że nasz "Groch z kapustą" jest przy tamtym wzorem ładu, składu, porządku, jednolitości, systematyki itp. cnót. Zawarte w książce tej materiały, choć chaotycznie ułożone, są istotnie ciekawe, warto więc je w Tym Dziale powtórzyć. Na przykład:

Na pogrzebie Józefa Potockiego, hetmana W. kor. i kasztelana krak., zmarłego 1751 r., było: 10 biskupów i sufraganów, 60 kanoników, 1275 księży łacińskich, 430 greckich... Kanonikom przez 4 dni dawano po 5 dukatów, innym po 3 dukaty; klasztory miały osobne donatywy, a księża oprócz opłaty pobierali: leguminy, miód, piwo, wódkę, korzenie i inne potrzeby. Na jeden obiad wychodziło 20 beczek wina węgierskiego, 11 burgundzkiego, szampańskiego i reńskiego, co trwało 5 dni. Ze 120 armat spiżowych dziedzicznych dawano przez 6 dni ognia, na co wypotrzebowano 4.700 kamieni prochu...

Pod tytułem "Żarłocy znakomici w Polsce" czytamy:

U ks. Świdrygiełły trwał obiad sześć godzin i najmniej sto trzydzieści potraw zawierał... Gamrat, biskup krakowski, później arcybiskup gnieźnieński zjadał na jeden raz 12 kapłonów... Niejaki Bohdan, rządca dóbr czudnowskich, zjadał na śniadanie skopową pieczeń, gęś, dwa koguty, pieczeń wołową, ser i trzy chleby, przytem wypijał dwie miary miodu; obiad zaś jego składał się z dziesięciu porcyj wołowiny i kilku porcyj cielęciny i baraniny; po nich spożywał kapłona, gęś, prosię, pieczeń wołową, skopową i wieprzową... Pewien szlachcic z województwa malborskiego, wstawszy od obiadu, zjadał kopę jaj twardych albo pięć kuropatw...

Przechodząc od wyczynów brzucha do płodów ducha, notuje Sozański, że "Don Kiszot" od r. 1605 do 1857 miał 400 wydań tylko w języku hiszpańskim, a tłumaczeń mamy: na język angielski 200, na francuski 168, na włoski 96, na portugalski 80, na niemiecki 70, na polski 8. Monteskiusza "Duch praw" miał 12 wydań w pierwszych siedmiu miesiącach (pierwsza edycja z 1749); Dickensa powieści "0liver Twist" odchodziło dziennie 15.000 egzemplarzy. Tomasza a Kempis dzieło "O naśladowaniu Chrystusa" miało około 800 wydań, "Jerozolima wyzwolona" Tassa 277, Dantego "Komedia Boska" 295, "Rymy" Petrarki 302, Ariosta "Orland szalony" 426.

Dowiadujemy się też, że autografu "Robinsona Cruzoe" (1719) nie chciał kupić od Daniela Defoe (1659-1731) żaden wydawca.

Gdy już mowa o Robinsonie, przytaczamy skądinąd zaczerpniętą informację o naśladownictwach tej nieśmiertelnej książki. Pierwszym był Robinson Szwedzki (1722), potem ukazały się: Perski, Duchowny, Francuski, Moralny, Dolnosaski, Amerykański, Szwajcarski, Medyczny, Turyngski, Polsko-pruski (?!), Północny, Hiszpański, Szwabski, Brandenburski, Uczony, Holenderski, Pfalzgrafski, Westfalski, Duński, Islandzki, Lipski, Niemiecki, Żydowski, Biskajski, Niewidzialny... Były i Robinsonki (np. czeska).

Aż tyle do r. 1830, jak podają ówczesne "Rozmaitości Warszawskie" (nr 7). Czy nie ma kto z łaskawych czytelników Tej Rubryki danych o polskich Robinsonach i robinsoniadach?

 

 

 

WIELORYB W WARSZAWIE

Przytoczyliśmy niedawno w Tym Dziale głosy prasy warszawskiej z r. 1825 o królu wężów Mr. Hillu i jego (węża) kapryśnym apetycie. Niniejszym służymy nową tego rodzaju sensacją, tym razem wielorybią. Oto, w skrócie, wiadomości o straszliwym monstrum, jakie zjechało do Warszawy w październiku r. 1840. Czerpiemy je z ówczesnego "Kuriera Warszawskiego":

Od dnia wczorajszego rogi naszych ulic okryte są czerwonemi afiszami wzywaiącemi lubowników i nielubowników cudów natury do przypatrzenia się kościotrupowi obrzymiego zwierzęcia Sango, mieszkańca oceanu, i niesłusznie przez starożytnych w poczęcie ryb umieszczonego. Ta ryba iest samicą; iej pradziadek był ten sławny bohater, w którego łonie ieden z wielkich Proroków 3 dni i tyleż nocy znajdował się. Ta małżonka wieloryba, przed naszemi zjawiaiąca się oczami, mieszka zwykle w wielkim oceanie; na teraz zaś obrała sobie siedlisko w Uieżdżalni Prymasowskiego Pałacu, gdzie całodzienne przyjmuie odwiedziny, wyiąwszy czas spoczynkowi poświęcony. (...) Przedwczoraj byliśmy świadkami zaimuiącego widowiska; w rzęsisto oświetlonej ujeżdżalni Pałacu Prymasów, gdzie są ułożone zwłoki olbrzyma, który 10 stuleci przeżył, odbywała się zabawa muzyczna. Wszystko działo się iakby czarodziejskim sposobem, słyszeliśmy ochocze walce Straussa, Lannera i Labitskiego. Zajmowała nas dobrze wykonana muzyka, lecz nie widzieliśmy wykonawców. Złudzenie wzrastało. Właściciel uprzejmy objaśniając szczegóły Wieloryba dotyczące, przekonał nas, że wewnątrz tegoż siedzi 14-tu Artystów i z tego stanowiska nas zachwyca. Myśl oryginalna - umieścić w nieboszczyku muzykę iemu przygrywaiącą, skojarzyć radość i wesołość ze śmiercią.

 

 

 

OPIS CZŁOWIEKA

W pismach krajowych z końca w. XVIII trafiają się często ogłoszenia o zbiegłych od panów służących i parobkach folwarcznych. Niesłodki musiał być żywot tych ludzi, skoro tak gromadnie uciekali od swych chlebodawców. Listy gończe tego rodzaju są bardzo pod względem obyczajowym ciekawe. Oto jeden z nich zamieszczony w "Gazecie Warszawskiej" z dnia 28 marca 1792 r.:

Ułan imieniem Wojciech, rodem z dóbr wsi Kotlice zwanej w województwie krakowskim, w powiecie księskim leżącej, wzrostu małego, krępy, pleczysty, twarzy okrągłej pucołowatej, bez wąsów i brody, czoła niskiego, włosy czarne, zapuszczone do arcaba (harcap) mający, wzroku ponurego, na oko lewe czasem bolejący, jąkliwo mówiący, myślistwa nieco znający, lat około 20 mający, po ułańsku ubrany, to jest w czapce żółtej przeszywanej z barankiem czarnym, w której pióro pół białe, pół czarne, w lejbiku żółtym sukiennym, na haftki zapinanym, w kurtce niebieskiej z obszlegami żółtemi, z guzikiem cynowym płaskim, w spodniach popielatych, mający drugie zielone, jeżeli ich nie przedał, w butach z polska niemieckich na obsacach, opasany pasem czarnym skurz. na sprzączki zapinanym, w płaszczu kołowym z sukna białego przybrudzonego, z kołnierzem wiszącym z sukna żółtego - ten uciekł w Warszawie od Pana swego, u którego z dzieciństwa wychowany przy Dworze lat kilkanaście służył, dnia 6 Miesiąca Marca, bez żadnej przyczyny danej sobie, zabrawszy całą z sobą wyż wyrażoną Liberyą. Ten człowiek, jako zbiegły, testymonium żadnego nie ma, chyba zmyślone: zaczym na mocy Prawa obwieszcza się Publikum, upraszając, iżby wyrażonego Zbiega, gdziekolwiekby się pokazał, czy sam przez się, czy w kompanii z drugim, nie dawno od tegoż pana za hultajstwo odpędzonym, a tu podobno przez niego w Warszawie zbałamuconym i odmówionym, wszędzie rzeczonego Wojciecha Ułana łapano i przytrzymano etc. etc.

W szczegółowym opisie zbiega zastanawiająca jest jedna luka: pan nie podał tak ważnej cechy, jak kolor oczu... Kto wie, może się nigdy nie odważył spojrzeć swemu Wojtkowi prosto w oczy.

 

 

 

BACZNOŚĆ, CZYTELNICZKI!

Jak podaje "Opiekun Domowy" (1872, nr 12), parlament paryski wydał w r. 1772 edykt następujący:

Ktokolwiek za pomocą bielidła i różu, za pomocą pachnących olejków, fałszywych włosów, żelaznych sznurówek, wypchanych bioder, trzewików na wysokich obcasach i zbyt krótkich sukien wciągnie jakiego męskiego poddanego J.K. Mości w związki małżeńskie, będzie ścigany jako czarownica, a małżeństwo za nieważne i niebyłe ogłoszone zostanie.

 

 

 

KROKODYL W WIŚLE POD KRAKOWEM

Czytamy w "Czasie" (1897):

Dziś rano wybrało się grono myśliwych z Krakowa do Łęgu pod Mogiłą, gdzie od kilku dni w Wiśle widywali włościanie jakiegoś nieznanego im potwora, który napełniał ich strachem. Włościanie prosili myśliwych, by zgładzili "smoka", który obecnością swoją zakłócał ich spokój, a p. Anczycowi, właścicielowi drukarni w Krakowie, udało się prośbie włościan zadość uczynić. Celnym strzałem ze sztućca w głowę zabił p. Anczyc niespotykanego u nas nigdy potwora, który okazał się typowym krokodylem nilowym. Łup myśliwski p. Anczyca jest wcale pięknym okazem; mierzy on całe dwa metry długości, a waży 29 i pół kilograma. Kula strzaskała mu czaszkę, a w paszczy nosi ślady krwi. W ogrodzie, obok drukarni p. Anczyca, liczne towarzystwo ogląda niebywałe dziwo. Prawdopodobnie zabity w Wiśle krokodyl uciekł z menażeryi, która przed kilku dniami bawiła w Krakowie, a dostał się łatwo do Wisły, gdyż menażerya pomieszczona była nad samym brzegiem rzeki na Półwsiu Zwierzynieckiem. Zdaje się, że właściciel menażeryi, z obawy przed odpowiedzialnością, nie zawiadomił władz o ucieczce krokodyla.

 

 

 

ANGIELSKI UCZONY I ANGLIKAŃSKI BISKUP

Słynny uczony, przyrodnik Tomasz Henryk Huxley (1825- 1895) brał kiedyś udział w posiedzeniu pewnego towarzystwa naukowego. Rozprawiano o darwinizmie. Biskup Oxfordu Samuel Vilberforce zwrócił się w pewnej chwili do Huxleya z następującym pytaniem: "Czy rzeczywiście chce pan dowieść światu, że pochodzi pan w prostej linii od małpy?" Na to Huxley odpowiedział:

- Zdaje mi się, że pan zupełnie nie rozumie, jakie są obowiązki człowieka nauki. Zeszliśmy się tutaj nie po to, żeby pytać, czego sobie kto życzy, lecz żeby zbadać, co jest prawdą. Nauka, rozwijając się, zawsze bywała w niezgodzie z dawnymi przesądami. Kwestia pochodzenia rodu ludzkiego nie jest kwestią tego, co się nam podoba, a co nie. Nie można w tym wypadku słuchać głosu uczuć. Głos mają tylko wnioski wysnute ze ścisłych naukowych badań i spostrzeżeń. Skoro jednak uczony biskup chciałby wiedzieć, jakie są moje upodobania pod tym względem, nie zawaham się ani chwili i wyznam, że gdyby mi dano do wyboru, czy mam pochodzić od małpy, czy od anglikańskiego biskupa, który nie umie lepiej wykorzystać swego rozumu, a usiłuje tylko ośmieszyć naukę, a jej pracowników pokazać w fałszywym świetle, to w takim razie wybrałbym małpę.

 

 

 

WYPRACOWANIE 8-LETNIEJ DZIEWCZYNKI O KOCIE

Przytacza je jako autentyczne Jan St. Bystroń w księdze "Komizm" (1938):

Kot rozmnaża się przez swoje małe, które są dziewięć dni ślepe. Potem dostają oczy, a stara się nimi opiekuje, albo lata po dachach za kotami. Kotki są bardzo zabawne i zajmują się kłąbkami nici albo innymi swawolami. Potem uczą się łowić myszy, przyczem ich pazurów nie słychać. Uszy są ostre i kończyste do śledzenia myszki. Wreszcie wychodzi z dziury. Pozwala jej parę razy latać nim ją pożre. Kot jest obciągnięty różnym futrem. Bywa elektryczny, jak się go odwrotnie pogłaszcze. Z tyłu za nim znajduje się ogon coraz cieńszy, aż na końcu ustaje. Wskutek swych pazurów jest bardzo przywiązany i wspina się na drzewa, gdzie łowi jaja dla swych młodych.

 

 

 

W ZAPĘDZIE KRASOMÓWSTWA

- Wszystkie okręty spalimy za sobą i z rozwiniętymi żaglami wpłyniemy na ocean wolności! (z przemówienia w parlamencie austriackim).

- Zbliża się już do nas ohydny wóz rewolucji i zgrzytając zębami grozi nam zagładą (minister austriacki Hey w r. 1848, w przemowie do studentów wiedeńskich).

- Niemcy połączone i jednolite - oto słowa, które usta waszej cesarskiej mości zawsze powinny mieć na oku (z przemówienia delegata jednej z niemieckich partii politycznych w roku 1877).

- Nagle z ciemnych sfer zagadnień wylatuje rój piosenek, z których każda trzyma w dziobku perłę myśli (historyk literatury prof. Scherr w artykule o poezji Lenau'a).

- Skruszona uklękła w swoim sercu (z kazania o pokutującej Magdalenie).

- Panowie, będę uważał tę szablę za najpiękniejszy dzień mego życia! (Prudhomme, dowódca oddziału gwardii narodowej, która mu ofiarowała honorową szable).

 

 

 

 

 

SERIA II

Do druku przygotował JÓZEF HURWIC

1959

 

Poszperawszy w szczegółowych życiorysach, autobiografiach, pamiętnikach etc, można by ułożyć ciekawą antologię pierwszych utworów napisanych przez poetów - nie tych, które się potem w zbiorowych dziełach drukuje, ale takich, które autor w pierwszym tomie pominął, choć je na pewno pamiętał - wierszy najwcześniejszych, dziecinnych, nieudolnych, naj-naj-najdawniejszych. Pierwsze, jakie znamy, utwory poetyckie Mickiewicza powstały w roku 1817, pisał je więc dojrzały, dziewiętnastoletni młodzieniec. Ale powiedzmy nawet, że osiemnasto-, siedemnasto-, szesnastoletni - przecież i to wiek już młodzieńczy, nie chłopięcy, nie dziecinny. A jakżebyśmy pragnęli wiedzieć, co się w tej Cudownej Główce kleiło i kleciło, gdy Arcymistrz miał latek osiem, dziesięć, trzynaście... Bo przecież musiało... I jaka się tam pierwsza ułożyła strofa? O czym? Daremnie o tym marzyć. Przepadło. Nie dowiemy się już nigdy.

Zwierzeń Fredry na ten temat mniej oczywiście jesteśmy ciekawi, a jednak warto ich posłuchać. Mowa będzie o pierwszych wierszopisarskich, nie komediowych, próbach przyszłego autora "Zemsty". Oto co sam o nich pisze w swych pamiętnikach "Trzy po trzy":

W Krasnymstawie mieszkałem razem z podporucznikiem Jakubem Nowickim, który miał służącego Franciszka. Razu jednego wziąłem wstępnym bojem (necessitas frangit legem *[Potrzeba lamie prawo.]) pewną nieodzowną, acz tylko płócienną część ubioru, którą to słońce nie zwykło oglądać. Kiedy zaś kolega uporczywie upominał się o zwrot swojej własności, napisałem wierszyk pod tytułem: "Żale Jakuba nad utratą gaci". Zwrotki kończyły się powtórzeniem: "Franciszku! Gdzież gacie moje?" Ta poezja zrobiła w pułku furorę. Ale jeden z kolegów, Dąbrowski (zginął pod Możajskiem), wziął mnie na stronę i zwrócił moją uwagę, że w kilku wierszach nie ma średniówki. "Średniówki?... Co to za średniówka?" - zapytałem. Dąbrowski wytłumaczył, i to była pierwsza oraz jedyna nauka rymotwórstwa, którą w życiu otrzymałem.

Uzbrojony w średniówkę, rzuciłem w świat parę kawałków, których tytuły powtórzyć nie mogę, a których sława przeszła krańce nawet pułku.

Znamy te tytuły - i również nie możemy ich powtórzyć. Przy sposobności dwie uwagi o tego rodzaju utworach.

1) Straszliwości w tej dziedzinie wypisywał znakomity poeta, biskup Adam Naruszewicz. Ale co za pióro! Homer tych spraw.

2) Nieprawdą jest, jakoby Mickiewicz był autorem "nie wydanego fragmentu Pana Tadeusza" o mrówkach, krążącego niegdyś w odpisach i pokątnych druczkach. Napisał tę frywolną historyjkę popularny niegdyś, ale mierny humorysta, Antoni Orłowski (pseud. Krogulec).

 

 

 

KRASZEWSKI

W warszawskim "Życiu" (1887, nr 17) znajdujemy statystykę twórczości Kraszewskiego: w ciągu 58 lat działalności literackiej Kraszewski wydał 346 dzieł (w 600 tomach), zawierających 115 525 stronic druku. Do tego doliczyć należy 30 640 stronic stu siedmiu tomów, których Kraszewski nie pisał, lecz je redagował, przepisywał (wiele rzadkich rękopisów i druków), komentarzami opatrywał lub pracę korektorską nad nimi przeprowadzał. Sekretarz pisarza Al. Brzostowski twierdził, że Kraszewski napisał jeszcze... 200 000 listów!

Produkcja ta, jako ilość, jest rekordowa w dziejach literatury wszechświatowej (Kotzebue - 258 dzieł, Scribe - 350 sztuk scenicznych i pewna ilość powieści, wszystko zmieściło się w 50 tomach. Al. Dumas - 400-500 tomów, Jokai - 200, Wolter - 95).

Wielki bibliograf Karol Estreicher nadesłał "Życiu" dokładniejsze obliczenia (nr 28-29), z których wynika, że Kraszewski wydrukował około 3 400 000 wierszy (linijek), a że korespondencja jego zajęłaby w druku do 100 000 wierszy - całość, summa summarum, wyniesie półczwarta miliona!

Nie podobna zrozumieć, jak autor "Chaty za wsią", "Starej baśni" i "Dziada i baby" potrafił dojść do tych gigantycznych rezultatów... Od roku 1831, gdy ukazał się "Pan Walery", do 1887 (z wyjątkiem 1836, w którym nie ukazało się ani jedno jego dzieło), rok w rok - po parę, kilka i kilkanaście książek! W 1840 - pięć, 1843 - dziewięć, 1871 - jedenaście, 1876 - piętnaście, 1879 - szesnaście, 1884 - szesnaście.

 

 

 

DWA DROBNE "SZEKSPIRIANA" POLSKIE

W rękopisie Ossolineum znajduje się przekład "Makbeta", dokonany przez J. N. Kamińskiego. Tytuł brzmi:

Makbet. Traiedya Szekszpara.

"Kurier Codzienny" z 1865 (nr 65) przyniósł wiadomość, że Feliks Jezierski pracuje nad przekładem tragedii Szekspira pt:

Antykwariusz i Kleopatra.

 

 

 

BACZNOŚĆ, DZIEWICE!

Podajemy do powszechnej wiadomości, że w r. 1855 ukazała się w Warszawie, nakładem księgarza Karola Bernsteina, książka pod następującym a wstrząsającym tytułem:

"O przeznaczeniu Dziewicy jako Kochanki i Narzeczonej oraz zasady przyzwoitego ułożenia, uprzejmości i godności, które Dziewica w zakresie domowym, w obcowaniu z przyjaciółkami i w towarzystwie młodzieży zachować powinna, przez Matyldę R."

Książkę tę znamy niestety tylko z ogłoszenia, jakie się ukazało w ówczesnej prasie.

 

 

 

CO CZŁOWIEK MOŻE ZROBIĆ PRZEZ JEDNĄ MINUTĘ?

W pewnym starym romansie znajduje się taki ustęp:

Teodor podjechał do ogrodu, zeskoczył z konia, przełazi przez płot, pobiegł do altany, gdzie spoczywała Elwira, wszedł tam ostrożnie i rzucił się do stóp swej bogdanki. Ona z wykrzykiem radości podniosła go, Teodor usiadł przy jej boku, rzucił się na jej łono i zatonął w oceanie szczęścia. W s z y s t k o  t o  b y ł o  d z i e ł e m  j e d n e j  m i n u t y.

("Kurier Świąteczny" 1873, nr 48)

 

 

 

SŁOŃ NA MARIENSZTACIE

Na Mariensztacie był przed laty klasztor Panien Bernardynek. W budynku tym od r. 1821 do 1830 znajdowało się konserwatorium muzyczne, założone przez Józefa Elsnera, a potem odbywały się tam rozmaite widowiska, m. i., w r. 1839, spektakle tzw. "teatru pittoresque", zorganizowanego przez Wołocha Jordaki Kuparenko. Antreprener ten był właścicielem teatru marionetek (o czym zawiadamiamy dra Jana Sztaudyngera). Na tle miniaturowych dekoracji, przedstawiających Krakowskie Przedmieście, figurki spacerowały, jeździły dorożkami, witały się wzajemnie etc. W r. 1840 w zabudowaniach poklasztornych była menażeria, należąca do słynnej z urody woltyżerki M-me Tourniere, a w menażerii - słoń. Kiedyś olbrzym ten wściekł się, a właściwie oszalał z rozpaczy po zgonie kornaka (przewodnika), do którego był bardzo przywiązany. Przedsięwzięto niezwykłe środki ostrożności, aby rozjuszone zwierzę nie wyrwało się na miasto: przed budynkiem ustawiono armaty... Obeszło się jednak bez artyleryjskiej egzekucji. Do klatki nieszczęśliwego słonia wrzucono osełkę zatrutego masła. Słoń zjadł i umarł. Skórę jego przesłano do warszawskiego gabinetu zoologicznego.

 

 

 

STARE, DOBRE CZASY

CZYLI TEN KOCHANY,

POGODNY, WESOŁY,

BEZTROSKI FIN DE SIECLE...

Trafne i oryginalne określenie terminu "fin de siecle" dał kiedyś Czesław Jankowski w felietonie zamieszczonym w "Kurierze Warszawskim" 1890, nr 268. Opowiada on, że spotkał znajomego, który właśnie powrócił z Rumunii.

Na zapytanie, jaki to naród ci Rumuni, taką otrzymał odpowiedź: "Oni tam wszyscy są ostatecznie fin de siecle: kosmopolici, wystudzeni, nie troszczący się o jutro, wyższe sfery o lud nie dbają wcale, ignorują go, same zatopione w hypercywilizacji francuskiej, zasad żadnych, przerażający sceptycyzm pod każdym względem. Fin de siecle - powtórzył - najzupełniejsze fin de siecle."

We wspomnieniach resztek starszawych przedstawicieli kapitalistycznej burżuazji, "fin de siecle" to jakiś hulaszczy, beztroski eden, wypełniony Straussem, Offenbachem, kankanem, szampanem, koronkowymi frou-frou płochych baletniczek, złotem, balowaniem, używaniem "na całego" itp. rozkoszami żywota, którymi w samej rzeczy upajali się rozmaici ówcześni próżniacy, gogusiowie, "złota młodzież", fabrykancka i bankierska hołota et tutti quanti.

Nie tak jednak pogodnie przedstawiał się ów legendarny "koniec wieku" dla ludzi prostych, biednych, ciężko pracujących lub... nie pracujących - tylko z powodu bezrobocia...

Oto garść "suchych" notatek kronikarskich z samego tylko sierpnia r. 1890, które czerpiemy z "Kuriera Warszawskiego":

Dnia 17.VIII. Przy ul. Czerniakowskiej nr 22 rzuciła się z okna drugiego piętra na podwórze 10-letnia dziewczynka Gołda Kołdra. Podniesiono ją z rozciętą głową i złamaną ręką. Powód zamachu samobójczego: obawa kary cielesnej, którą nieszczęśliwej dziewczynce zagroziła jej opiekunka (!) Otylia Lucek.

Dnia 18.VIII. W pobliżu domu pod nr 15 przy ul. Zaokopowej powiesił się niejaki Edward Kerner.

Dnia 19.VIII. Aniela Wojtaszewska, która parę tygodni temu usiłowała otruć się fosforem, wypiła wczoraj sporą dozę kwasu karbolowego. Stan groźny.

Dnia 20.VIII. Przybyła z Płocka Teofila Gołębiowska otruła się kwasem solnym. Życiu jej grozi poważne niebezpieczeństwo.

Dnia 21.VIII. W dniu wczorajszym Jerzy Fintzen, oficjalista prywatny, zamieszkały na Woli, otruł się fosforem.

Dnia 22.VIII. W dniu wczorajszym 14-letni Andrzej Rokicki, syn robotnika fabrycznego, zamieszkałego przy ul. Radzymińskiej, został wysłany po odbiór 30 rubli. Chłopiec pieniądze te zgubił. W obawie kary wskoczył do studni.

Dnia 23.VIII. W dniu wczorajszym Henryk Jenczyk, muzykant wędrowny, powiesił się na haku.

Dnia 24.VIII. Przy ul. Żurawiej nr 19 znaleziono powieszonego w mieszkaniu własnym 59-letniego Aleksandra Dąbrowskiego.

Dnia 25.VIll. Przy ul. Mirowskiej nr 7 robotnik Stanisław Palusiński zadał sobie w celu samobójczym głęboką ranę w brzuch - za pomocą widelca.

Dnia 26.VIII. Aniela Strużyńska, żona konduktora kolejowego, zamieszkała na Nowej Pradze, usiłowała pozbawić się życia przez otrucie fosforem.

Dnia 27.VIII. Nocy wczorajszej w posesji Ignatowskiego za rogatkami powązkowskimi powiesiła się na parkanie niejaka Zofia Lelik.

Dnia 28. VIII. Wczoraj w południe rzucił się z mostu kolejowego do Wisły niejaki Karol Kuto.

Dnia 29.VIII. Antoni Sawicki, b. pisarz prywatny, zamieszkały przy ul. Nowolipki nr 81 otruł się wczoraj w Ogrodzie Saskim. Powód: nędza.

Dnia 30.VIII. Przy ul. Hożej nr 2 16-letnia Helena Strynk otruła się fosforem.

I tak dzień w dzień... miesiąc w miesiąc... rok w rok. Wesołe czasy, prawda?

 

 

 

SŁOWA, KTÓRE SIĘ NIE PRZYJĘŁY

Dnia 16 bm. w rynku Nowego Miasta nr 353 z pierwszego piętra uciekł kanarek. Uprasza się łaskawego  z ł a p a w c ę  o oddanie go etc.

("Kurier Warszawski" 1854, nr 132)

Wczoraj zgubiony został  n o s i g r o s z,  w którym oprócz notatek i kart wizytowych znajdowało się rs. 42 i kilka złotych drobną monetą etc.

(Tamże 1855, nr 32)

 

 

 

MARNOŚĆ MARNOŚCI!

Spis tytułów, jakimi posługiwali się carowie rosyjscy, królowie hiszpańscy, władcy orientalni i inni możni "władcy" tego świata - to całe poematy, wypełnione ciekawą treścią historyczną, napuszoną pompą i... próżnością małych w istocie ludzi. Naśladowały ich pod tym względem różne pomniejsze figury. Taki np. Lord Wellington (1769-1852) dochrapał się w długim swym żywocie takiego mnóstwa rozmaitych godności i zaszczytów, że sam ich na pewno nie potrafiłby z pamięci wyrecytować. Oto one:

Prześwietny i najszlachetniejszy xiążę Arthur, xiążę, margrabia i hrabia Wellington Talavery i Wellingtonu; baron Douro Wellesley, członek rady tajnej J.K.M., feldmarszałek wojsk jego, pułkownik pułku pieszej Gwardyi Królewskiej; Konetabl londyńskiego zamku; Rządca pięciu portów; Kawaler najzacniejszego Orderu Podwiązki, Kawaler Wielkiego Krzyża najszlachetniejszego Orderu Kąpieli; xiążę Waterloo, xiążę Ciudad-Rodrigo, Grand Hiszpański I-go rzędu, xiążę Vittoria, margrabia Torres Vedras, hrabia Złotego Runa, Orderu Wojennego, Hiszpańskiego S. Ferdynanda, Wielkiego Krzyża Orderu wojskowego Cesarskiego Maryi Teresy, Wielkiego Krzyża Orderu Cesarsko-Rosyjskiego S. Jerzego, Wielkiego Krzyża Orderu Pruskiego Orła Czarnego, Wielkiego Krzyża wojskowego Portugalskiego Orderu Wieży i Miecza, Wielkiego wojskowego Szwedskiego Orderu Miecza, Wielkiego Krzyża Orderu Duńskiego Słonia, Niderlandskiego Wilhelma, Sardyńskiego Zwiastowania, Bawarskiego Maxymiliana Józefa, itd. itd. itd.

U nas Józef Aleksander Jabłonowski (1711-1777), autor 22 dzieł drukowanych, opętany pychą magnat, dziwak, wojewoda nowogródzki zachowywał się jak monarcha i nadawał swym poddanym piśmienne przywileje. Na jednym z takich dokumentów pisze o sobie:

"Józef Aleksander książę z Prusów Windawa z Wicholtza Jabłonowski S. P. R. na Jabłonowie i Lachowcach, hrabia na Lisiance i Zawałowie, Liber Baro na Podhorcach, Jabłonowie Litewskim, Starym Dworcu, Czarnoleski, Gródku i Zdanowie, Dziedzic i Pan na Kitscher i Haubitz, Dittmansdorff i Steinorsdorff w Saksonii, bywszy Wojewoda i Generał ziemi Nowogródzkiej, rycerz łańcuszny i komandor orderów: S. Ducha, Ś. Michała i Ś. Huberta; akademij umiejętności i wybornych nauk: Paryskiej, Rzymskiej, Padewskiej, Bonońskiej i Lipskiej Socyusz; Wełpiński, Onyxtyński, Dźwinogródzki, Zagośćski, Rakoniewski, Zawaryjski Starosta; Krośnieński i Dębosławski Dzierżawca."

 

 

 

GALIMATIAS RODZINNY

Żart stary, ale dobry. Przytaczamy go za warszawskim "Bazarem" z r. 1865.

Poznałem młodą wdowę, posiadającą dorosłą pasierbicę. Z wdową ożeniłem się wkrótce ja, z pasierbicą mój ojciec. W ten sposób moja żona została świekrą swego teścia, moja pasierbica moją macochą, mój ojciec zaś moim pasierbem. Macocha moja, pasierbica mojej żony, powiła syna, przybył mi zatem brat, jako syn mego ojca i macochy, ale ponieważ był on jednocześnie synem mojej pasierbicy, żona moja została babką, a ja dziadkiem mego przyrodniego brata. Ponieważ i mnie wkrótce urodził się syn, macocha moja, przyrodnia siostra tego chłopca, została nadto jego babką, gdyż był on synem jej pasierba, a ojciec nasz został szwagrem naszego dziecka, jako mąż jego siostry. Jestem przeto bratem mego własnego syna i szwagrem mojej matki, moja żona jest ciotką własnego syna, a ja swoim własnym dziadkiem.

 

 

 

MARNOŚĆ MARNOŚCI

CZYLI DWA OKAZY

WSPANIAŁEJ TYTULATURY

Do naszego zbioru groźnie brzmiących a przebrzmiałych bez echa tytułów rozmaitych władców, mocarzy, panów życia i śmierci oraz innych "wielkich tego świata" przybyły dwa nowe okazy. Pierwszy czerpiemy z listu sułtana Mustafy do króla Zygmunta III (1622):

Ja, którym jest teraźnieyszego czasu Sułtanem Sułtanów, jawny wszystkiemu światu, korony wielmożne rozdawający pan, cień Boży, rozdawca wielu państw, obok świętych domów sługą, wtóry możny wschodowi y zachodowi rozkazujący wielki Alexander, wielkich y zacnych y wysokich barzo zamków y miast pan, czystych królestw y państw, jako nayczciwszego y błogosławionego mieysca Mechy *[Mekki], y oświeconego albo ogniem ozdobionego a sławą wywyższonego miasta Medy, gdzie jest wielmożność Boża; i inszych na wieki błogosławionych państw, Hierozolimy, Alepu, y zdrowego mieysca jako ray Damaszku, Egipskiey ozdoby y obfitego Misyru, y państw zazdrości pełnych, Jemenu y Adenu, Babilonu y Basery, gdzie jest stek praw wiernych, y pamiątka sprawiedliwego Nusyrewana, wyspy Rhodos, Rumelskich wszystkich państw, Tarabułusu, Siekrezułu, y wszystkim królom zazdrościwego trzymania Konstantynopolskiego, y wyspy Cyprus, y miejsca staczania bitwy Tunusu, to jest Barbariey, y inszych wielkich państw: Tatarskich wielkich pol dzierżawca, Dyarberkiru, Kiurdystanu y Lurystanu, Ezrumu, Rowanu, Dagistanu, Ciurgstanu, białego y czarnego morza y wszystkiey Graeciey, Azyey y Karamaniey; Multańskiey, Wołoskiey, Siedmiogrodzkiey, Węgierskiey, Bosztyńskiey, ziem y państw do nich należących; (które wielmożni przodkowie moi, a tych duchowie pokoju niech zażywają, mocą y dostatkiem woysk wzięli y przysposobili) y innych wielu pożytecznych mieysc Pan y Cesarz, na którego państwo y rozkazowanie wiele panów możnych się oglądając, spokoynie siedzą, wielmożny Sułtan Mechmetow, Sułtan Mustafa Chan, syn Sułtan Mechmetow, syn Sułtan Muradow, syn Sułtan Selimów, syn Sułtan Selimanow, Chanów.

("Dziennik Wileński" 1827, t. III. s. 357-8)

Drugiego używał CK. apostolski monarcha austriacki:

Franciszek Józef I, Cesarz Austrii, Król Węgier i Czech, Lombardii i Wenecji, Dalmacji i Kroacji, Slavonii, Galicji, Lodomerii i Ilirii, Król Jerozolimy, Arcyksiążę Austrii (?), Wielki Książę Toskany i Krakowa, książę Lotaryngii, Styrii, Karyntii, Krainy i Bukowiny, Wielki Książę Siedmiogrodu, Margrabia Morawii, Książę Górnego i Dolnego Śląska, Modeny i Parmy, Piacenji i Gwastalii, Oświęcima i Zatora, Cieszyna, Fryulu, Raguzy i Zadry, uksiężącony (!) hrabia Habsburga, Tyrolu, Kyburga, Gorycji i Gradyski, Książę Trydentu i Bryxenu, Margrabia Górnej i Dolnej Luzacji i na Istrii, Hrabia Hohenembsu, Feldkirchu, Bergencu, Sonnenberga, Pan Triestu, Kottaru i na Marchii Windyjskiej, Wielki Wojewoda Województwa Serbskiego itd. itd.

 

 

 

CO TO SĄ ZWIERZĘTA?

W kwietniu r. 1877 poeta (średniej miary) Józef Grajnert wygłosił w Warszawie odczyt: "O znaczeniu prac i pomysłów Wojciecha Jastrzębowskiego". Ów Jastrzębowski, magister nauk przyrodniczych Uniwersytetu Warszawskiego (z roku 1825!), był nauczycielem botaniki, dobrym fachowcem w dziedzinie ogrodnictwa i leśnictwa, a oprócz tego człowiekiem sympatycznym, szlachetnym, zasłużonym i wszelakiego szacunku ze wszech miar godnym. Nieszczęście chciało, że sobie uroił jakąś "filozofię natury" i zaczął poczciwiec bredzić. Brednie te wziął Grajnert na serio...

Podział tworów matki-natury na zwierzęta, rośliny i minerały wydał się niefortunnemu filozofowi niesłuszny. Podzielił więc "dobroczynne boskie dzieła ziemskie" na 1) utrzymujące, czyli tworzywa, 2) doskonalące, czyli twory i 3) uszczęśliwiające, czyli nadtwory, które znów podzielił na... 20 królestw. Według tej kwalifikacji, "nadtwory" obejmują "dzieła uszczęśliwiające raz i uszczęśliwiające dwa razy". Do pierwszych należą: uweselające, czyli nadzaczątki, urozkoszniające, czyli nadłomy, ucieszające, czyli nadpoczątki, i uradowujące, czyli nadwizerunki...

Co to są np. zwierzęta? Oto odpowiedź zbzikowanego filozofa:

Zwierzęta są to utwory boże zmienno - stało - prawidłowo - żywotno - władno - czująco - ponętne, upożytecznialno - upięknialno - udokładnialno - używotnialno - ukrzepialno - ułagodnialno - uzdatnialne i upożyteczniająco - upiększające - używotniająco - ukrzepiająco - ułagadniająco - uzdatniające.

 

 

 

Z KRONIKI CUDÓW

Ułożony przez X. Jana Poszakowskiego, rektora kolegium jezuickiego w Nieświeżu, i wydany w Wilnie w roku 1740 "Kalendarz Jezuicki większy na rok przestępny MDCCXL Societatis Jesu, Jubileuszowy wtóry, kończący dwieście lat od potwierdzenia tegoż Zakonu przez Pawła III Papieża" składa się z czterech części, z których pierwsza wypełnia trzy czwarte książki. Tytuł tej części brzmi: "Na każdy dzień miesiąca osoby Societatis Jesu, świątobliwością, pracą apostolską, męczeństwem i mądrością znaczniejsze". Kart (w książce nieliczbowanych) liczy ten rejestr 286 (dwieście osiemdziesiąt sześć) - te zaś wyjątki, które poniżej przedrukowujemy, są drobną zaledwie cząstką wspominków styczniowych. Rok, jak powszechnie wiadomo, ma 12 (dwanaście) miesięcy. Gdyby więc przytoczone przez nas poniżej uryweczki szły w "Kalendarzu" jednym ciągiem, dałyby się w nim pomieścić na 2 (dwóch) stronicach. A że, jak również powszechnie wiadomo, 286 : 2 = 143, należy sobie uświadomić, że podobnych kawałków jest w dziele X. Poszakowskiego sto czterdzieści trzy razy więcej. Zaznaczamy, że wybraliśmy miejsca bynajmniej nie najjaskrawsze - przeciwnie: raczej te łagodniejsze, niewinniejsze. Są tam bowiem i takie cuda, których powtórzenie uważalibyśmy za nietakt w stosunku do uczuć religijnych tych naszych Czytelników, którzy wyznają wiarę katolicką.

X. Franciszek Pavonus Włoch, którego gdy w żywocie matka nosiła, w takie Niebieskie opływała pociechy, iż się zdała w żywocie swoim raj nosić. Skoro się narodził, na kolana ukląkł i rączki złożywszy do nieba je podniósł.

X. Łukasz Eleniz w dysponowaniu suppliciantów, mianowicie skazanych na stos czarownic, dziwnie gorliwy, niespracowany, przemyślny i szczęśliwy, których około d w u c h s e t (!) do pokuty i śmierci szczęśliwej (!!) przyprawił. Całe dni i noce bezsenne, już modląc się, już gorliwie wspominając, przy nich w więzieniu trawił, dziwnie od Boga przeciwko szatańskiej zajadłości ochroniony, chociaż na życie jego nieraz na czarodziejskich schadzkach sprzysiężenie bywało.

X. Gabriel Sanchez, Mąż Apostolski (...) tak wielkiej czystości, iż po rozbiciu okrętu będąc na dnie morskim, żadną miarą nie dopuścił pływaczowi zwlec z siebie sukien dla łatwiejszego wypłynienia.

X. Jan Berza, w Indiach Missionarz, wodą święconą pokropiwszy pola chrześcijańskie, niezliczoną liczbę myszy z nich na pola pogańskie wygnał.

X. Jakub Ahrarez de Paz (...) zmarł w Potossi w Ameryce Peruańskiej r. 1620, za żywota i po śmierci cudami sławny, z ciała jego likwor wdzięczny na kształt balsamu płynie.

Jakub de Jevenes, S. J. Coadiutor, przed tym S. Jana Bożego na usłudze chorych towarzysz, nabożeństwem i posłuszeństwem aż do cudów sławny. Widziany w kącie kuchni modlący się w górę podniesiony. Tenże z posłuszeństwa wodę rzeszotem do kuchni przyniósł (!?).

(Februarius 1). Dziś przypada pamiątka S. Ignacego, trzeciego po S. Piętrze Biskupa Antioskiego, od lwów w Rzymie r. 108 rozszarpanego, w którego sercu imię Jezus złotymi literami napisane widziano. Tego S. Biskupa i męczennika głowa jest do ciała S. Ignacego de Loyola, Fundatora naszego, na miejsce zgorzałej jego głowy z posłuszeństwa wydanej dla Xiężny rodzącej (??), przyrośnięta.

X. Henrik Henriquez Luzitan, Apostoł Comorinu i Piskariey (...) za żywota i po śmierci rozmaitymi od Boga cudami wysławiony. Przeciwko niemu kto zaczął źle mówić, zaraz w uściech swych czuł niby sztukę mięsa na kształt pięści, która mu gębę zawalała.

X. Jan de la Chausse dziwnie od P. Boga do Zakonu powołany. Gdy bowiem podczas zapust z jednastą rówiennikami w maszkach rozpustnie tańcuje, aż widzą trzynastego w strasznej larwie między nimi się mieszającego. Przelękli się wszyscy: a Jan najbardziej nazajutrz zbawienną jest przerażony bojaźnią, gdy przyszedłszy do Kościoła usłyszał opętanego przy exorcismach na się wołającego: "Ten to młodzian upudrowany mój jest, jam to z nimi wczora trzynasty tańcował". I wnet życie odmienił, i do Societatem wstąpiwszy, w inszą osobę, i owszem w Chrystusa, się przyoblókł.

X. Ignacy Martinez Luzitan, wprzód krasomowski kaznodzieja, po tym z pocałowania języka S. Antoniego w Padwie duchem gorliwym animowany, grzmotem i piorunem serca kruszącym został (...) Czasu jednego, gdy na katechizmie prosił, aby ktoś głośno Zdrowaś Maria zmówił, gdy się żaden nie odzywał, dziecię na ręku matki, półroka mające, całe pozdrowienie anielskie zmówiło z podziwieniem wszystkich.

 

 

 

NOSOROŻEC W WARSZAWIE

Do jednego z numerów redagowanego w Warszawie przez XX. Pijarów "Kuryera Polskiego" dołączono w r. 1753, "za pozwoleniem zwierzchności", następujące obwieszczenie:

Podaje się do wiadomości generalnie wszystkim kochającym się w ciekawych rzeczach, że tu przybył w tych dniach pełny podziwienia Zwierz, Rhinoceros, to jest Nosorożec nazwany, w takich krajach nigdy nie widziany, a ten tylko jest jeden, który się w całej Europie znajduje. Jest ten Zwierz wielkiego podziwienia godzien dla każdego, który go widzieć pragnie, y dziwować się chce wszechmocności Stwórcy. Tego Zwierza złapano na wodzie w Azyi, między państwem Wielkiego Mogoła w kraju Assyne (?), cztery tysiące mil odtąd odległym, który na okręcie z Bęgalii (Bengalii) do Holandyi przyprowadzony. Jest łaskawy, jako owieczka, bo z młodu złapany y dla ciekawości przez trzy lata jako szczenię w izbie, około stołu chodzące, między Panami wychowany. Ten to cudowny Zwierz jest koloru czarniawego, nie ma żadnej szerści, na nosie ma róg, oczy bardzo małe, skóra jego jest jakby łuską pokryta była, która to na dłoń szeroka, jedna na drugą zachodzi, co mu tak kształtne czyni odzienie, iż żaden krawiec zrobić by nie potrafił, jakiem go sama natura przyozdobiła. Nogi krótkie a grube, trzema pazurami uzbrojone. Sposobny jest ten Zwierz do pływania y nurzania się w wodzie, jako kaczka. Wikt jego na dzień 70 funtów siana y 26 funtów chleba. Wypija 14 wiader wody. Waży 5 000 czyli 6 000 funtów. Ma dopiero 15 lat y rośnie jeszcze y rość będzie przez kilka lat, żyć może 100 lub 150.

W deskrypcji o kolosie czytamy, że Rhinoceros jest najprzedniejszym z Słoniów, z jego rogu można puhary robić, który to puhar taki ma skutek, że gdy się wino z trucizną zmieszane znajdzie w nim, natychmiast rozpęka się na sztuki, jest także doświadczone lekarstwo na konwulsye. Jeżeli kto będzie chciał tego się doświadczyć, niech czyta: Dionę, Folionę, Fertona y inszych autorów.

Będzie ten Zwierz z rana od 8-mej aż do 12-ej po obiedzie, od 2-ej aż do 6-ej wieczór do widzenia prezentowany.

Kto zaś będzie ciekawy, aby go widział, cena albo raczej taksa dla wielkich Panów y ich dworzanów nie postanawia się, ale ich grzeczności i pańskiemu Humorowi zostawuje się.

Dla pomniejszych Panów taksa 1 tymf. Dla pomniejszych mieszczanów szóstaków 2. Rzemieślniczkowie y służący płacić mają po szóstaku.

Prezentować się będzie ten Zwierz na Otwocku.

Wyjaśniamy, że Otwockiem, czyli Bielinem zwano wówczas część ul. Marszałkowskiej od rogu Królewskiej do Sienkiewicza (Siennej). Były to puste place należące do marszałka Bielińskiego. Po opuszczeniu Warszawy magnat ów wybudował sobie pałac na wsi - i wieś tę nazwał Otwockiem, na pamiątkę dawnej warszawskiej posiadłości.

 

 

 

CIEKAWA STATYSTYKA

W "Kalendarzu Politycznym Królestwa Polskiego" na rok 1826 znajdujemy ciekawe dane statystyczne dotyczące zawodów uprawianych przez ówczesnych mieszkańców naszej stolicy w r. 1824. Warszawa posiadała wtedy, m. in.:

Architektów 10, aktorów 51, aptekarzy 91, akuszerek 109, bankierów 10, berlinkarzy 2, berejterów 7, bilarzystów (tj. bilardzistów, właścicieli bilardów) 104 (!), brukarzy 42, blacharzy 162, cukierników 58, cieśli 227, drukarzy 78, dorożkarzy 312, dentystów 3, fechmistrz 1, froterów 30, fryzjerów i perukarzy 24, faktorów 308, grabarzy 3, garbarzy 118, handlarzy tabaki 96, introligatorów 40, jubilerów 51, kapitalistów żyjących z procentu 337, katarynkarzy 77, krawców 990, lekarzy 34, łazienki utrzymujących 11, malarzy 92, mistrz sprawiedliwości (tj. kat) 1, muzyków 98, młodzieży szkolnej płci męskiej 5 265, płci żeńskiej 2 125, modniarek 92, mularzy 318, nauczycieli 323, piekarzy 278, piernikarzy 18, piwowarów 73, praczek 370, rolników chłopów 9, rzeźników 353, służących domowych, lokai 8 577 (!), płci żeńskiej 7 889, szynkarzy 1 160, szewców 2 127, tapicerów 55 etc.

 

 

 

WYSTRZEGAĆ SIĘ ROMANTYZMU!

Wyjątek z listu nadesłanego "Kurierowi Warszawskiemu" w r. 1826 (nr 4):

Tak mało wychodzi teraz książek polskich, iż jest prawie zbrodnią literacką i tym jeszcze kazać w składach czekać na mule, i tym sposobem rozszerzać postrach od mowy polskiej. Przejęty tą prawdą, kupuję i czytam to wszystko, co tylko zrozumieć mogę. Wierszów tylko nie czytam, bo mi życie miłe, a wyczytałem w pewnych lekarskich radach, że poezja romantyczna rodzi skłonności do apopleksji...

 

 

 

BŁOTO

Mamy przed sobą ponury dokument: własnoręczną dedykację trzeciorzędnego, lecz (a raczej: więc) bardzo popularnego w czasach międzywojennych powieściopisarza polskiego, autora wielu sensacyjnych "romansów", salonowo-kryminalnych bzdur, świństw itp. "literackich" pomyj. Autor ten przebywa obecnie w Ameryce. Tytuł książki: "Władczyni podziemi".

Panu redaktorowi (...) z prośbą, aby bez litości "zjechał" tę książkę, jako obfitującą w zbyt liczne epizody erotyczne i nieomal pornograficzne. Bowiem przycisnęła mnie bieda literacka tak srodze, że od sukcesu tej książki zależy obecnie wszystko. A tylko taka książka u nas "robi kasę", którą krytyka piętnuje jako pornografię, która stanowczo powinna ulec konfiskacie. Smutne, ale niestety prawdziwe i życiowe. A żyć trzeba!

Z góry dziękując za koleżeńską przysługę, łączę mocny uścisk dłoni.

(Następuje podpis)

Warszawa, 18.X.1932 r.

 

 

 

ŹRÓDŁA FORTUNY

Był na Ukrainie szlachcic, niejaki Radywoński; puścił się on na poniewierkę i żywot podły, jednak postać jego nie zrażała, a bawiono się nim. Zabawa ta była taka: kto chciał dać Radywońskiemu w twarz, dawał mu za to złotówkę; bizun kosztował talarka, a przypieczętowanie lakiem ciała - jeden czerwony złoty. Ten Radywoński uzbierał z tego majątek, a po śmierci zostawił córkom sto tysięcy posagu.

(Antoni Nowosielski. "Pogranicze naddnieprzańskie. Szkice społeczności ukraińskiej w wieku XVIII". Kijów 1863, t. II, s. 59.)

 

 

 

JAK KAMIEŃ W WODĘ

Spełniając prośbę paru Czytelników Tego Działu, publikujemy zabawną anegdotę, którą wydrukowaliśmy już kiedyś w "Przekroju", a której nasi korespondenci nie mogą sobie dziś dokładnie przypomnieć. Oto ta historyjka:

W latach osiemdziesiątych ubiegłego (XIX) stulecia dowiedział się jeden ze znakomitych naszych historyków literatury i fanatyczny wielbiciel Mickiewicza, że gdzieś w zapadłej wsi na Litwie mieszka zgrzybiała staruszka, która pamięta Mickiewicza z jego lat pacholęcych. Profesor, nie namyślając się długo, wyruszył z Krakowa na Litwę, aby ze staruszką pomówić i wyciągnąć od niej jak najwięcej wspomnień o poecie. Podróż nie była łatwa, trwała parę tygodni. Wreszcie uczony mąż dobrnął do upragnionego celu. Babina była wyschła, wyżółkła, zmarszczona, ale rześka jeszcze i obdarzona świetną pamięcią. "Panicza Adasia" wspominała z rozczuleniem, opowiedziała mnóstwo historyjek o jego figlach i zabawach, o tym, jaki to był miły i wesoły chłopiec. Profesor skwapliwie zapisywał każde jej słowo. Wreszcie powiedziała:

- A ostatni raz, panoczku, widziała ja jego, jak jemu było, lat... czy ja wiem? może 12, może 15... Wtapora Napolion na Moskwa pochodem chodził. A potem ja już nigdy jego nie widziała, ani o nim nie słyszała i nawet nie wiem, co z niego wyrosło... Jak kamień w wodę!

 

 

 

KORESPONDENCJA SUŁTANA Z KOZAKAMI

Wiktor Gomulicki, znakomity poeta, wielki bibliofil i niestrudzony zbieracz rzadkich i ciekawych zabytków historycznych, literackich i obyczajowych z naszej przeszłości, opublikował w "Wędrowcu" r. 1899, nr 51 "Okruchy staropolskiego humoru", zawierające m. in. "List od Sułtana Cesarza Tureckiego do Kozaków Zaporoskich Konstantynopolskich" oraz "Respons od Kozaków Zaporoskich". Korespondencja ta nie pozbawiona jest swoistego humoru i elementów satyryczno-parodystycznych. Oto brzmienie listu:

Sułtan, Syn Oświeconego Cesarza Tureckiego - wszystkich braci Tureckich, Macedońskich, Jerozolimskich, Wielkiego i Małego Egiptu, Assyryjski król nad królami - Książę nad wszystkie książęta - Pan nad pany - Potentat nad wszystkimi potentatami na Ziemi będącymi - Rycerz niezwyciężony - Wnuk Boży - Stróż Straży Bożego grobu - Instygator Chrześcijański - Opiekun Ukrzyżowanego Boga - Nadzieja i pociecha Bisurmanów - Wybawienie Cyganów - Smutek Chrześcijański - Nadzieja Żydowska.

Przykazuję wam, Kozakom Zaporoskim, abyście się mnie więcej turbować nie ważyli i dobrowolnie się poddali, bez wszelkiej przeciwności i potencji - bo miecz i ogień będą w odpowiedzi przeciwko hardości waszej. Tym kończy Sułtan.

A oto kozacki respons:

Ty, Sułtanie Turecki, proklataho czorta Brat i Towarysz, szczo odnu z nim kobyłu warysz! Czort solit, a ty jesz - a twoje wojsko skóry łupit. Ty samoho Lucypera Sekretar - Turecki i Grecki Kuchar - Babiloński Slosar - Jerozolimski Kowal - Assyryjski Koleśnik - Syryjski Konował - Ormiański Browarnik - Macedoński Każemiaka - Aleksandryjski Wor i Moszennik - Arabski Lichwiar - Wełykoho i Małagoho Egiptu Świnia i Pastuch - Armenskaja Sobaka - Tatarskaja Pokusa, szalejesz po świetu, a krutyś się po zemli, jak postradawszy hłuzdy. Hycel Kamieniecki - Kat Podolski - Dureń Wołoski - Kołtyha Ukrainskaja - Mara Moskowskaja, a samoho biesa wnuk, naszoho Boha wyśmiewca, Smutek i Upadek Bisurmanski, Wsieho Swita i Podswita Błazen i Pluhawiec. Tobie, Synu Sobaczy, nie podajemsia i twoho lichoho wojska nie bojemsia. My z toboju, jak ryba z wodoju, zetrem się i budim se bity - a tepieriecze na sery twojej Matery! Ot tobie szczo odkażali na pismo twoje Konstantynopolskie, Zaporoskie Kozaki.

 

 

 

KARCZOCHY PIECZONE A LA BOEUF

Weź mały karczoch, pozrzynaj ostre kolce, wypłucz i wsadź go w wnętrze tłustego jarząbka; jarząbek (bez szyjki, nóżek i skrzydełek) kładzie się w kuropatwę; kuropatwa w ten sam sposób przyrządzona umieszcza się w indyku, indyk zaś w baranie albo lepiej jeszcze w sarnie, jeżeli jest pod ręką. Tak nadziewany baran albo sarna kładzie się w tucznego wołu i piecze się w całości na wolnym ogniu. Wszelkie soki pożywne z wołu przechodzą w ten sposób w sarnę, z sarny w indyka, z indyka w kuropatwę, z kuropatwy w jarząbka, a z tego ostatniego w karczoch. Następnie odrzuca się mięsiwo, nie mające już wartości, wydobywa się ostrożnie karczoch i kładzie się na półmisek, polewając masłem z rumianą bułeczką lub sosem szodonowym. Na jedno podanie nie potrzeba więcej nad 30 do 50 karczochów, a smaczna ta i nader pożywna potrawa dla osób prowadzących oszczędniejszą kuchnię zaleca się zarazem wykwintnością nie przekraczającą wymagań obywatelskich żołądków.

("Diabeł" 1871, nr 48)

 

 

 

STATYSTYKA

W ciągu r. z. (1853), w m. Warszawie znajdowało się: łaźni parowych 6, łazienek z wannami 7, cukierni 36, restauracji 8, hoteli 16, domów zajezdnych pomniejszych 27, traktierni 20, garkuchni ordynaryjnych 105, bilardów 140, kawiarń 280, dystylarni wódek słodkich 13, handli hurtowych wódek 18, szynków samego piwa 115, szynków piwa i wódek 649.

("Kurier Warszawski" 1854, nr 33)

 

 

 

CHOPIN NA ŚLIZGAWCE

Chociaż w kolekcjonowaniu i badaniu różnorodnych okazów  m o n s t r o g r a f i i  piśmienniczej mamy przeszło trzydzieści lat praktyki i choć przez nasze ręce przesunęło się niezliczone mnóstwo grafomańskich dziwotworów, raz po raz konstatujemy, że nie ma kresu i granic w tej upiornej dziedzinie...

Kto by wierzył, że znalazł się - nie dziś i nie w Polsce oczywiście - librecista operowy, który zaprezentował Fryderyka Chopina śpiewającego  n a  ś l i z g a w c e ?  - śpiewającego na własną, przez siebie stworzoną melodię, zorkiestrowaną przez kompozytora włoskiego Giacoma Orefice, który napisał operę w czterech aktach pt. "Chopin" (słowa A. Orvieta, przekład niejakiego Ziółkowskiego cytujemy dalej według libretta wydanego we Lwowie w r. 1906) - graną w Warszawie w r. 1904. Muzyki tego operzyska nie znamy; wiemy tylko z ówczesnych recenzji, że wszystkie arie skomponowane są na tematy chopinowskie (co już jest zbrodnią), że sala operowa była stale wypełniona publicznością i że zdania krytyki o tym utworze były "krańcowo sprzeczne". Tak np. Ignacy Kossobudzki pisał, że "Chopin" jest - dosłownie - najlepszą po "Halce" Moniuszki operą  p o l s k ą (!), a Henryk Opienski nazwał dzieło Oreficego "największym nonsensem i brutalnością artystyczną, jaką sobie wyobrazić można". Zajmiemy się więc tylko librettem "Chopina". Jego "treści" - proszę nam wybaczyć - nie potrafimy podać - zadanie to przerasta nasze możliwości. Ograniczę się do przytoczenia pewnych fragmentów. Oto spis osób: Fryderyk Chopin, Stella, Flora, Elio, Mnich. Łyżwiarze, lud, chłopi, przyjaciele Flory, rybacy z Majorki. Informacja poprzedzająca akt pierwszy głosi:

Rzecz dzieje się w pobliżu wioski w okolicach Warszawy. W głębi widać wieś z kościołem i kilkoma wiatrakami. Na przodzie sceny, z prawej, oberża wiejska, z głębi której słychać ton instrumentów wiejskich. Z lewej widać jezioro. Na jeziorze jeżdżą na sankach i łyżwach.

Otóż nad tym jeziorem Chopin śpiewa tak:

 

W mem sercu wieczny żal

I wieczna tęsknota rozbrzmiewa,

Nieodstępna ta żałość serce me kołysze,

Że mi w piersi tak mocno bije jak dzwon!

I choć zmysłami tony wesołe słyszę,

On zawsze śpiewa, zawsze dzwoni na smutny ton!

 

Na to Elio (ściskając Chopina):

 

Rozumiem cię, mój drogi,

Ale dzisiaj wszakże radości, nie smutku dzień!

 

Po czym informacja: "Ciągnąc go ku jeziorowi" (!) Elio kończy swą arię słowami:

 

Pójdź z wiatrami mknąć w zawody!

 

Ale Chopin ma wątpliwości, czy się ślizgać, czy nie, i zapytuje:

 

Ranić lód bezlitośnie twardą stalą?

Wesoło pląsać nad skrzepią falą?

Gdy ostrzem łyżew uderzę w lód,

Wnet głębie skargę zapłaczą grobową.

Tam, pod tą jasną szybą kryształową

Smutne głosy wód się żalą...

 

W akcie drugim, w willi w okolicach Paryża, "Chopin wychodzi na tarasę (!), Elio podnosi jedną z dziewczynek w górę, a ta składa na skroni Chopina girlandę z kwiatów." Na to Flora:

 

Niech polnych kwiatów przeczysta woń

Miłośnie owionie twoją skroń.

 

A nasz Fryderyk (stary megaloman!) odśpiewuje:

 

Tak! głoście chwałę i sypcie kwiaty z pól,

Wy ludzie! ty naturo!

Zewsząd hołdy, kadzidła,

Chwała dla pieśni mojej,

A jam jej król!

Lecz ja jeszcze szerzej rozwinę me skrzydła

I tam skieruję lot mych orlich piór,

Aż hen, gdzie nie ma chmur,

I stanę pośród gwiazd jak drugie słońce!

 

Bardzo, Frycku, nieładnie być takim samochwałą...

 

 

 

TYTUŁY KSIĄŻEK

Nie tylko u nas używane były w XVII w. dziwaczne i napuszone tytuły książek jak "Pistolet do zabicia grzechu śmiertelnego" albo "Ścierka dla grzeszników"; hołdowaliśmy tylko modzie, rozpowszechnionej wówczas w całej Europie. Oto tytuły niektórych książek angielskich, francuskich i niemieckich z owej epoki:

"Trzewiki na wysokich obcasach dla karłów w świętości"; "Duchowna apteka dla chorych grzeszników"; "Przewodnik dla gęsi, które nie mogą trafić do nieba"; "Sucharki pieczone w piecu miłosierdzia dla kurcząt kościelnych"; "Złote ziarna anielskiej dobroci, posiane na srebrnym morzu niesamolubnych duchów"...

 

 

 

ŚLICZNA HISTORYJKA

Maleńkiej myszce pozwoliła mamusia wyjść z nory na przechadzkę i obejrzeć cały dom, w którym się mysia rodzina zagnieździła. Maleńka myszka obejrzała sobie wszystko, co było godne widzenia, wreszcie zwiedziła strych i ku najwyższemu swemu zdumieniu zobaczyła tam, po raz pierwszy w życiu, fruwającego nietoperza. Po powrocie do rodzinnej nory, myszka powiedziała mysiej mamie: "Mamusiu, kogo ja widziałam! Aniołka!"

 

 

 

 

 

SERIA III

Do druku przygotował JÓZEF HURWIC

1963

 

 

LIST "BRACI SLAYCICÓW" DO PAPIEŻA

Dla miłośników starej literatury komicznej (której autor Tego Działu jest pilnym zbieraczem) przytaczamy "Wyciąg z dawnego rękopisu", wydrukowany w r. 1833 w "Tygodniku Polskim" (tom I, str. 46):

My Bracia Slaycicowie zgromadziwszy się do Wielkiey Karcmy P. Bartosa Slaycica Przeswientney Ziemi Cerskiey Ziemianina, wybraliśmy z pomiędzy nas 2ch mądrych i piśmiennych ludzi, kturzy też to byli po trzy lata we szkole u Oyców Wezuwitów, ażeby też to wiedzieli PP. Włochowie ze i u nas w Polsce są głowy i mądre Subiekta. Ha, zeby też kto carta ziad, to lepiey nie napise. Lec nie bawiąc Waści długim komplementem, pokładamy unizoność nasą Waści MosPanu i powinna werencyą nasą, i wykładamy nasą rzec tak iakoby na talezu JMP. Woyciech po Stryiu Stryiecny, a po Wuiu Wuiecny Brat z JMość P. Siostrą barzo się ku sobie onacą. Przedkładaliśmy te sprawę rożnym osobom, a nikt nie mógł temu poradzić, ze nas az do samego Waści Mość Pana odesłał po facultasa. Zacym Wy Sumny Dobrodzieiu pozwolcies sie tey nasey rodzinie żenić, bo się bardzo obawiamy w pokrewieństwie nasym wielkiego sromu aby kiedy cart carta nie skusił. A za wyswienconą w tym uczynność ofiaruiemy Waści MosPanu parę prosniackow, i sadełko cworoletnie, strawi to Wasa celadka, a dla samego zaś Waseci MosPana, garnusek masła świeżego i słoninki młodey do harbaty. Zdałoby się tu i kilka cerwiencow, ale my ich nie znamy, a o talarach ani pytki. Naywięcey się nam namnożyło dzięgów, iak to ich zowią kopiykami, ale i to drobniuchne jak owsiana plewa, ale i te wydaliśmy na rożne konstupacye. Więcey nie mamy nic do oznaymienia Waseci MosPanu, atoli P Bog racy widzieć, iezeli się Matka nasa utrzyma przy swoich konstupacyach, bo iey zachorowała nayukochansa Kwiatocha, ktura iey dawała na dzień skopek mleka, zacem powtórnie uprasamy o tego facultasa. A teraz pisemy się Waseci Mos Pana unizonemi sługami. P. S. A iak nam napisecie żeście Slaycic, to wam będziemy pisać i Bracie. Datum w Cersku rano o dziewiątey godzinie, kiedy na pole wypędzano bydło.

 

 

 

Zaprowadziliśmy specjalną teczkę, w której gromadzimy wszelkie ujemne o Mickiewiczu opinie i wypowiedzi, głosy Jego wrogów, zawistników, oszczerców i Zoilów. Będzie z tego kiedyś ciekawa książeczka.

We wspaniałej swej monografii o Mickiewiczu (Lublin 1948, tom II, cz. I, s. 41) przytacza prof. Juliusz Kleiner list Michała Podczaszyńskiego (1800-1855), założyciela "Dziennika Warszawskiego", wydawcy "Pamiętnika Emigracji polskiej", do Leonarda Chodźki (1800-1871), autora wielu dzieł i broszur Polski dotyczących, m. in. "Żywota Tadeusza Kościuszki" (Paryż 1837). W liście z dnia 18 września r. 1827 pisze Podczaszyński o "pożarze", jaki "wszczęły w Warszawie" "Sonety" Mickiewicza. Po relacji o tym, jak romantycy Odyniec i Gosławski dokuczają klasykowi Fr. S. Dmochowskiemu, czytamy, co następuje:

(...) Koźmian jak opętany peczy się, wywija na krześle i miota obelgi... Gniew Koźmiana nie miał prawie granic, kiedy ja przywiozłem portret Mickiewicza. Całe grono znakomitych obywateli literatów, urzędników i wojskowych usłyszało wtedy znamienne słowa: "Biada wam, biada, już teraz robią portrety śmierdziuchów!"

Kajetan Koźmian na starość udobruchał się i już "pobłażliwiej" traktował Wielkiego Adama. Kajetanowi Koźmianowi możemy dziś zapomnieć, jeżeli nie wybaczyć, jego literacką zaciekłą, zajadłą pasję...

 

 

 

O NACIĄGANYCH RYMACH

Jechał Piotr do Rzymu,

Podróż była pilna -

Dla lepszego rymu

Zajechał do Wilna.

J. N. Kamiński

("Rozmaitości", Lwów 1822, nr 52)

 

 

 

Z ZAGADNIEŃ WYZNANIOWYCH

Ogłoszenie w przedwojennym "Wieku Nowym" (Nr 10695):

Jamniczkowi małemu u katolików ofiaruję bezpłatnie 2 płaszczyki i łóżeczko.

 

 

 

TRUPA DYR. BARTOLOTTO

"Rusałka" (Wilno 1841, s. 94-96) przytacza odpis afisza Teatru Pcheł, występującego na jakimś jarmarku prowincjonalnym:

Nadzwyczajne widowisko uczonych pcheł z Londynu, które p. Bartolotto miał honor pokazywać Ich Wysokości Królom, Królewskim rodzinom Francji, Anglii, Saksonii, Holandii itd.

Program widowiska

BALOWA SALA

W której jedna pchła kawaler, a druga dama, tańcują walca, orkiestra ze 14 pcheł (tak dam jak i kawalerów, czy też samych kawalerów, o tym programa nie zawiadamia) gra na różnych instrumentach, 4 inne pchły grają w pikietę, sala ubrana lustrami.

ANGIELSKA EXTRAPOCZTA

Zaprzężona 4 pchłami w zupełnej uprzęży, woźnica i konduktor także pchły w angielskiej liberii.

WÓZ MIŁOŚCI

Kupida i wiozących go motyli przedstawiają pchły w kostiumach.

WIELKI MOGOŁ

Na swym słoniu pod eleganckim baldakimem, otoczony niewolnikami, ciężarem przechodzi 400 razy wiozące go owady.

KARUZEL

Poruszany jedną pchłą.

DON KICHOT I SANCHO-PANSA

Wierzchowo na pchłach w złotej zbroi.

POJEDYNEK

Dwóch pcheł na szpady żelazne.

STUDNIA

Pchła przebrana za kobietę ciągnie wiadro wody ze studni.

SYBILLĘ ALBO WIESZCZKĘ

Przedstawia pchła odpowiadająca na wszystkie czynione jej zapytania.

Piękność i doskonałość w wyrobieniu tylu drobiazgowych przyborów już sama przez się zasługuje na uwagę. - Nadzwyczajne pochwały, które wszędzie zjednało sobie to widowisko, zaręczają o jego wysokiej wartości. Pan Bartolotto uprasza tych wszystkich, którzy by nie wierzyli afiszowi, nie płacić za wnijście pierwej, aż się przekonają, że tu nie masz najmniejszego oszukaństwa.

 

 

 

W KTÓRYM ROKU?

Nie wszyscy czytelnicy "Problemów" czytają "Nową Kulturę" i odwrotnie. Warto więc za tym ostatnim pismem (1953, nr 7, artykuł Jadwigi Pasenkiewicz "Kopernik nie miał racji") powtórzyć opinię rektora Uniwersytetu Mediolańskiego i przewodniczącego Pontyfikalnej Akademii Nauk, ojca Agostina Gemelli, o życiu na innych planetach:

Wszystko każe przypuszczać, że Pan Bóg wybrał jako miejsce zamieszkania dla człowieka, istoty obdarzonej rozumem, Ziemię i tylko Ziemię. Gdyby Pan Bóg stworzył innych ludzi i ulokował ich na innych planetach, stałaby się niezrozumiałą logika planu boskiego, zmierzającego do zbawienia ludzi, ponieważ ludzie ci nie pochodziliby od Adama, a więc nie odziedziczyliby po nim grzechu pierworodnego i nie zostaliby odkupieni przez Boga, który stał się człowiekiem.

Argumenty te nie zostały wypowiedziane czterysta, pięćset czy sześćset lat temu, ale w ubiegłym 1952 roku na łamach tygodnika "Oggito".

 

 

 

LISTY MIŁOSNE

Wiosna w pełni *[Notatka ukazała się w zeszycie majowym "Problemów". (Przyp. J. H.)]. Produkcja listów miłosnych rośnie z dnia na dzień, a o nowe formy i styl tego rodzaju twórczości coraz trudniej. Pragnąc przyjść z pomocą zakochanym korespondentom przytaczamy dwa wzory miłosnych listów, które niewątpliwie osiągną najbardziej pożądany efekt w sercach tak zwanych bogdanek. Autorem tych epistoł jest Jakub Boczyłowicz, kancelista grodu krakowskiego, który w roku 1699 wydał w Toruniu podręcznik do pisania listów pt. "Orator Politicus albo Wymowny Polityk Różne traktujący Materye".

List pierwszy

Madame! Lotnym impetem bo affektem naniższy ukłon do nóżek składam WMM. Panny: y owszem skrzydlatym sercem pod same stopki sunę:

Z samey Olimpu góry,

Gdzie Jowiszowe córy,

Równe urodzie twoiey,

Ponętą tey drogi moiey.

I słuszność grzeczney Damie kłaniać, słuszna na tak śliczne się słońce zapatrywać, do którego oczy tęsknica zdeymuie. Więc dla odległości miejsca ponieważ sam być nie mogę, przynajmniej ten list niech mię WMM. Pannie reprezentuie, gdyż iezdem WMM. Panny szczerym, życzliwym y uniżonym sługą.

List drugi

Madame, By kto wiedział większe paroxismy serca, nieuleczoną chorobę y owszem gotową śmierć, gdzie kto kogo kocha, a gdy nie widzi. Wszak zwyczaynie WMM. Panna nie będziesz tak tyranką serca mego, żebyś mu życzyła śmierci, y owszem ponieważ się twoią nie może cieszyć prezencyą, bez którey umiera, zechcesz go przynaymniej listem twoią ręką pisanym ożywić. O co przy nayniższym ukłonie, uniżenie proszę.

 

 

 

SZEKSPIRIANA

Parę wiadomostek o Szekspirze w Polsce przytaczamy za "Gazetą Krakowską":

Dnia 22 listopada, na benefis panny Siennickiej grana była Trajedyja Szekspira w 3 aktach pod nazwiskiem: Hamlet Królewicz Duński. Trajedyje Szekspira mogą dziś tylko pod względem zabytku starożytności uchodzić. Krytyka nie przyjmie dziś na siebie tego ciężaru, aby ich rozbiorem trudnić się miała. (1817, nr 97.)

W przyszłą sobotę to jest dnia 28 marca r. b. na benefis panny Parys dana będzie wielka rycerska trajedyja z angielskiego pana Szekspera (!) - pod tytułem Makbet. (1818, nr 23.)

Jutro we czwartek dnia 23 bm. daną będzie nigdy tu nie wystawiona wielka trajedyja w 5 aktach z francuskiego (!): Otello Murzyn w Wenecyi. (1826, nr 16).

W przyszły wtorek, tj. dnia 17 b. m., na benefis Izabelli Majewskiej daną będzie wielka trajedyja w 5 aktach z angielskiego Shakespeara na język polski przełożona pod tytułem: Okrucieństwo i miłość, czyli Zamek przerażenia. (1829, nr 20.)

Tajemniczość tytułu tej ostatniej trajedyi budzi w nas przerażenie. Z drżeniem podejrzewamy, że chodzi tu o Hamleta.

 

 

 

NIEBEZPIECZNY PRECEDENS

Z artykułu "Tygodnika Ilustrowanego" (1928, nr 18) o debacie sejmowej w sprawie wydania dziel Mickiewicza:

Poseł ks. Lutosławski zgadzał się z tym, iż dzieła Mickiewicza zasługują na to, żeby pokoleniu pierwszemu po odzyskaniu niepodległości oddane były do ręki, nie rozumiał jednak, dlaczego "te dzieła ma wydawać Państwo z państwowych funduszów". Państwo, zdaniem ks. Lutosławskiego, nie jest stworzone na to, ażeby się zajmować działalnością wydawniczą. I, przeprowadzając paralelę z aprowizacją ludności w dziedzinie dostarczania żywności, twierdził, że jest to "bardzo niebezpieczny precedens rozszerzania także na dziedzinę pokarmu duchowego tego systemu państwowej aprowizacji".

 

 

 

KĄCIK POETYCKI

Jednym z najprzeraźliwszych okazów wierszopisarstwa "patriotycznego" jest książeczka niejakiego Stefana Komornickiego "Z wielkich dni", wydana we Lwowie w r. 1923. Oto próbka:

...Przebudzono

Wielkie dzwono,

Wandę stróżkę

I Kościuszkę.

Wionął tu zew:

Wszedł królewicz,

Książę Józef

I Mickiewicz;

A strzelano

Z arkebuzew (l)

I trąbiono,

Jakby z dziewicz

Dął Mickiewicz.

Tajemnicze "z dziewicz" jest najwidoczniej skrótem - zamiast "z dziewiczych lasów", "z dziewiczej puszczy" i nawiązuje do grającego na rogu Wojskiego.

 

 

 

Nie w kąciku humorystycznym, nie w jakimś dziale osobliwości, ale śród płatnych ogłoszeń ukazał się w "Gazecie Codziennej" (1858, nr 113) taki oto nekrolog:

Żona Najlepsza emigrowała

Do krain ducha z więzienia ciała!

O, Magdaleno! jakaś okrutna,

Komnata twoja taka dziś smutna;

Ucho w niej moje już nie usłyszy

Dźwięków twej mowy

Słodkimi słowy;

Dziś chyba szelest po krokach myszy

I westchnień moich ciche szemranie:

Tak się nie godzi, moje kochanie,

Opuścić męża w płaczu padole.

By cię oglądać, ja umrzeć wolę!

Około ciała by legnąć ciałem,

Ten grób podwójny wymurowałem,

A gdy po śmierci żywot donoszę,

I tu zapukam: otwórz mi, proszę!

W. P.

 

 

 

ZAGADKA LITERACKA

Prosimy Czytelników, aby odgadli, które z czterech przytoczonych poniżej fragmentów poetyckich są parodiami, które zaś wierszami "serio".

Oto one:

 

Pierwszy:

 

Przed siebie gna,

Pijana grozą,

Upiorów ćma,

Widm maskarada!

Próchnowe ślepie Dulcynei z Toboso,

Piekielnych twarzy groza trupioblada,

Hjenich uśmiechów potępieńczy lód,

Trupiego flirtu zaduchy etc.

 

Drugi:

 

Żywych jaszczurów napiętnowane mordy,

Gęgają w rudą przestrzeń bezimiennej planety.

Pokarbowane w mękę nad-istnień,

Poząbkowane w niemowlęce fałdki,

Żywych morderców żałobne sztylety,

Obrzmiałych serc pożądaniem gnane.

Dobiegają do tamtej mety...

 

Trzeci:

 

Ktokolwiek byłaś - unosisz bezkarnie

Rozbałwanione moich pragnień żale!

Obrus twych piersi zwinąć miał męczarnie,

Bombardujące w wrażeń karnawale.

Dziś, gdy innemu grzmisz Miłość - ja poszczę,

Ze szczerbem w dumie, pełen hardych wstydów:

Bengalskim waszym amorom zazdroszczę,

Jak pies bagdacki ucztom Barmecydów.

 

Czwarty:

 

Śpią puszcze... drżą bluszcze...

I krąży mgła blada...

W kaskadzie się pluszcze

Gwiazd sennych plejada...

Śpią puszcze... drżą bluszcze...

Liść szemrze i spada...

Śpią puszcze...

Drżą bluszcze...

I pluszcze

Kaskada...

W kaskadzie się pluszcze

Gwiazd sennych plejada,

Prześwieca przez bluszcze

Miesięczna jaśń blada,

Śpią puszcze... drżą bluszcze...

Mgła do gwiazd się skrada...

Śpią puszcze...

Drżą bluszcze...

I pluszcze

Kaskada.

 

ROZWIĄZANIE

Ani jeden z przytoczonych fragmentów nie jest parodią. Wszystkie traktowane były przez swych autorów jako utwory "serio". Pierwszy jest pióra Wacława Wolskiego ("Ballady tatrzańskie" 1908). Autorem drugiego jest St. I. Witkiewicz (w przedmowie do "Tumora Mózgowicza"). Trzeci - to wiersz Wacława Liedera pt. "Balkis" (1891). Czwarty ukazał się w "Kurierze Niedzielnym" (1897, nr 6) pod pseudonimem Self.

 

 

 

O JULIUSZU SŁOWACKIM W R. 1858 (!!)

W książeczce Lesława Łukaszewicza "Rys dziejów piśmiennictwa polskiego" (Poznań 1858) czytamy na str. 125:

Juliusz Słowacki, urodzony 1809, syn Euzebiusza, uczył się w Wilnie - umarł w 1849 r. Dwukrotnie zapędzał się do dramatu, i widoczna, że tylko jako pod obcym wpływem zostający tworzył, mianowicie, że za drugim zawodem Szekspir nań działał. We wszystkim, co jego muza wyśpiewała, znajdziesz ustępy piękne, a całość zawsze niesmaczną albo skrzywioną. Pospolicie dziwaczy!! Tylko powieść "Jan Bielecki" udała mu się!!

 

 

 

WESOŁA HISTORYJKA O DOBRACH MARTWEJ RĘKI

Przytaczamy ją z artykułu Adama Polewki ("Wieś", 1950, nr 13):

Jeżeli nie najjaskrawszym, to w każdym razie jednym z najbardziej jaskrawych przykładów anachronizmu historycznego, jakim są obszarniczo-feudalne przeżytki kościelne w Polsce Ludowej, są tak zwane "dobra martwej ręki" w województwie krakowskim. "Dobra martwej ręki", jak wiadomo, są to majątki, które duchowieństwo nabywało przeważnie na mocy testamentów, sporządzanych na łożu śmierci, przeto i własność tę nazywano na Zachodzie "Propriete de la main-morte", "Besitz der todten Hand" itd., a u nas dokładnie tak samo: właśnie "dobrami martwej ręki". Te transakcje między umierającymi wiernymi a duchowieństwem były, jak pisze znany historyk Tadeusz Korzon, "czynione gwoli odpuszczenia grzechów lub stokrotnej nagrody w niebiosach, co uważano za dobry interes handlowy, określając testatorów na rzecz kościoła jako mądrych kupców, którzy chcą kupić na ziemi to, co mogą posiadać w niebie". Ten dobry interes (używam określenia Tadeusza Korzona) nie obywał się bez specjalnie opracowanych metod zachęcania wiernych do zapisów testamentowych. Metody te rozsławiła odnośnie do zakonu jezuitów słynna książka Zahorowskiego "Monitor Sanctae Societatis Jesu" wydana na początku XVIII wieku. W dziele swym pt. "Stan oświecenia w Polsce w XVIII-ym wieku" ksiądz Hugo Kołłątaj, jeden z twórców Konstytucji 3 Majowej, podaje zabawny fakt ilustrujący przebiegłe metody pozyskania testatorów przez kler, zwłaszcza klasztorny. Naturalnie, celowali w tym jezuici. Oni to właśnie zastawiali sieci na bogatą i zhisteryzowaną bigotkę i wdowę, kasztelanową Firlejową z Tęczynka pod Krakowem. Objąwszy nad nią duchową opiekę, rządzili się w jej dobrach jak szare gęsi, a w zamian za uległość i życzliwość w stosunku do zakonu jezuitów przyobiecali jej ułatwić bezpośredni kontakt ze świętym Alojzym i świętym Stanisławem Kostką. Obaj wymienieni święci zjawili się naiwnej niewieście w ziemskiej postaci i początkowo bardzo niebiańsko oficjalni, z czasem zaczęli zachowywać się familiarnie, że nie tylko zasiadali do sutej uczty z bogatą wdową, ale nawet łaskawie z nią przy dźwięku muzyki, oczywiście niebiańskiej, pląsali do późnej nocy. Na nieszczęście mieli jezuici groźnego konkurenta w postaci zakonu ojców karmelitów bosych, zamieszkałych w pobliskiej eremie. Aby jezuitom popsuć szyki, jeden z braciszków zakonu karmelitów wszedł w porozumienie ze służbą kasztelanowej i w umówiony wieczór zjawił się w zamkowych komnatach przebrany za świętego Piotra, odbierając od służby i kasztelanowej hołd, należny niebieskiemu klucznikowi. Wszedłszy na salę biesiadną przykładnie obił kluczami obu konkurencyjnych świętych i zdemaskował oszustów. Wdzięczna kasztelanowa miała majątek zapisać na fundację klasztoru ojców karmelitów w Czerny koło Krzeszowic.

 

 

 

ALEKSANDER ŚWIĘTOCHOWSKI O SIENKIEWICZU

Po odczytach hr. Tarnowskiego o powieści "Ogniem i mieczem" musimy teraz bardzo poważnie namyśleć się: czy, zamiast Mickiewiczowi, nie należałoby raczej postawić pomnika p. Sienkiewiczowi? Niech więc nasi rzeźbiarze zechcą się wstrzymać z wypracowywaniem projektów, dopóki naród, a przynajmniej komisja nie rozważy - co następuje:

Ostatecznie Mickiewicz był tylko Mickiewiczem, podczas gdy p. Sienkiewicz, według zapewnień hr. Tarnowskiego, jest jednocześnie Mickiewiczem, Homerem, Shakespearem, Dantem, Tassem, a może nawet Edisonem i Bismarckiem, tylko profesor krakowski tych i innych nazwisk zapewne sobie podczas wykładu nie przypomniał. Daleko więc słuszniejszą byłoby rzeczą uczcić posągiem męża, który łączy w sobie siły najpotężniejszych umysłów, niż jednego, choćby najgenialniejszego poetę. Zresztą "Ogniem i mieczem" stoi na równi z "Panem Tadeuszem", a p. Sienkiewicz może napisać utwór jeszcze znakomitszy, Mickiewicz zaś nic już znakomitszego nie napisze.

("Prawda", 1884, nr 13)

 

 

 

WŁASNORĘCZNY NAGROBEK

Z opisu kościoła farnego w Brzeżanach ("Wanda" 1823, nr 12):

Za ołtarzem spoczywają zwłoki Jakóba Strzemieńczyka (...) W bitwie z Tatarami, gdy przedarł się aż do taborów nieprzyjacielskich, strzałą śmiertelnie raniony spadł z konia. Polacy otoczyli go i odparli nieprzyjaciół, a umierającego zaniesiono do kościoła Farnego, gdzie sam wyrwawszy z boku strzałę, własną krwią napisał następujący nagrobek:

Tu leży Jakób, co miał za herb strzemię,

Puślisko się urwało, a on - hep o ziemię!

 

 

 

KORSARZ NAZWISKIEM OLSZEWSKI

Za czasów Księstwa Warszawskiego mieszkał w jednym z zaścianków płockich szlachcic nazwiskiem Olszewski. Spośród dziewięciorga jego dzieci fantastyczną, awanturniczo-kryminalną "karierę" zrobił chłopiec imieniem Józio. Po rozmaitych przygodach znalazł się on w Ameryce jako marynarz na okręcie przewożącym niewolników z Afryki. Pewnego razu za "Salamandrą" - tak bowiem zwał się ów okręt - puścił się w pościg okręt angielski. Po krótkiej bitwie morskiej "Salamandra" zaczęła tonąć. Cała załoga wraz z Murzynami znalazła śmierć w oceanie, z wyjątkiem Olszewskiego oraz kapitana okrętu uratowanego przezeń na wątłej szalupie. Wdzięczny kapitan, który na handlu niewolnikami zrobił olbrzymi majątek, zmarł po kilku latach, zapisując wszystko w testamencie swojemu wybawcy. Józef Olszewski osiadł w Waszyngtonie i prowadził życie wielkiego pana. Kolonia polska nie znała jego przeszłości, wskutek czego przyjmowany był wszędzie z otwartymi ramionami. W towarzystwie tamtejszym słynęła z urody miss Klotylda Mac Gregor, urodzona z Polki Morantowiczówny. Nasz korsarz zakochał się w niej, nie uzyskał jednak wzajemności i postanowił się zemścić. Łotr zasztyletował piękną Klotyldę i jej ojca, po czym uciekł na Daleki Zachód, gdzie przez pewien czas przebywał wśród Indian, a wreszcie zamieszkał w ustronnej wiosce w Meksyku. Korsarską fortunę zdążył zawczasu wycofać z banków i zabrał ją ze sobą. Po pewnym czasie postanowił wrócić do rozbojów, zorganizował szajkę piratów i prowadził handel niewolnikami na własną rękę. Przed wyprawą ukrył kapitały w podziemnych jaskiniach.

Na tym urywa się wiadomość o życiu i sprawach mazowieckiego szlachcica Józefa Olszewskiego. W roku 1899, niejaki p. J. Z., siostrzeniec Józefa, znalazł w archiwum rodzinnym list pisany z Vera Cruz do ojca zbrodniarza. List zawierał przytoczone powyżej szczegóły oraz szczegółowy opis kryjówki, w której ukryte zostały nagromadzone skarby.

Wiadomości powyższe czerpiemy z numeru I "Wędrowca" z r. 1899.

 

 

 

Tygodnik "Wanda" (1823, nr 3) drukując recenzję ze "Zrzędności i przekory", zaopatrzył wiersz "Co? ha, ha, ha! ten burda, król wszystkich pijanic" następującą uwagą:

Podobne wyrażenia jak pijanica, łajdak itp. nie mogą się zgodzić z przyzwoitością sceniczną; nie uszłyby one w potocznej rozmowie, a tym bardziej nie wypada wprowadzić je na scenę (...). Każdy dramatyczny pisarz powinien pamiętać, że teatr jest nie tylko szkołą obyczajów, ale i świątynią gustów.

 

 

 

HAPPY END

W Bukareszcie grano niedawno trajedyję "Romeo i Julia", a że Publiczność na 2-gą reprezentację zebrać się nie chciała licznie, więc na 3-cie przedstawienie było w afiszu: "Dziś Romeo i Julia nie umrą, ale połączą się i szczęśliwie żyć będą".

("Kurier Warszawski", 1835, nr 82)

 

 

 

CEPY

Opis tego starożytnego narzędzia rolniczego pochodzi ze wsi Jurkowa nad Dunajcem, a wydrukowany jest w czasopiśmie etnograficznym "Lud" (Lwów, 1901, t. 7):

Cepy składają się z dwóch kijów nierównej długości, z których dłuższy zowie się dzierżak, bo go młocek w czasie młocki dzierży w rękach, a krótszy b i j a k, gdyż nim biją kłosy zboża. Na jednym końcu dzierżaka i bijaka są skórzane  k a p t u r y, niby uszy, a przez nie przewleczona jest  s f o r a, to jest witka z rzemienia, łącząca bijak z dzierżakiem.

Dzierżak bywa tu równo gruby z bijakiem, a takiej wielkości w obwodzie, aby go wygodnie można było ująć i silnie trzymać ręką.

Najlepszy dzierżak jest jodłowy lub laskowy. Na bijak dobierać trzeba kija z tarniny, dzikiej śliwy lub z dębiny. Tarninę i śliwę wybiera się tak grubą, jaki ma być bijak, a często nawet nie obiera się jej z kory, obciąwszy dokładnie gałązki i ciernie. Dąbek powinien być gruby około 6 cali (16 centymetrów) w średnicy; łupie się go wzdłuż rdzenia na cztery części i taką struże na wałek. Przygotowany kij na bijak należy moczyć 2-3 tygodni w gnojówce, aby drewno  z e r z e m i e n i a ł o, to jest, aby po wyschnięciu nie pękało przy używaniu w pracy.

Długość dzierżaka i bijaka nie może być dowolna, a stara praktyka każe je mierzyć w ten sposób:

Kij przeznaczony na dzierżak równa się nożem u dołu, następnie obejmuje czterema palcami ręki prawej tak, aby zrównany koniec nie wystawał z zaciśniętej dłoni, a wzdłuż kija kładzie się wyprostowany palec wielki tej ręki. To jest miara. Potem obejmuje się kij lewą ręką w taki sam sposób, jak prawą, opierając dolną część złożonej dłoni na wierzchołku wyprostowanego palca ręki prawej, i znowuż wzdłuż kija wyciąga wielki palec ręki lewej. Jest to druga miara. Potem obejmuje się prawą ręką z dołu i obejmuje kij ponad rękę lewą, tą zaś ponad prawą i w ten sposób mierzy się długość kija. Aby zaś nie zapomnieć, ile razy mierzyć trzeba w sposób wyżej opisany, za każdym objęciem kija ręką mówi się:

1. Dzie idzies?     Do lasa.

2. Po co?     Po kijak.

3. Na co?     Na dzierżak.

4. Wiem go.     Utnę go.

5. Po ile?     Po tyle.

I w tym miejscu po odmierzeniu dziesięciu miar ucina się kij, który mierzącemu zawsze będzie sięgał pod nos, gdy dzierżak postawi na ziemi, a sam stanie przy nim wyprostowany.

Kij na bijak mierzy się podobnie, powtarzając przy mierzeniu:

1. Dzie idzies?     Do lasa.

2. Po co?     Po kijak.

3. Na co?     Na bijak.

I ucina się kij po odmierzeniu sześciu miar. A zatem stosunek długości dzierżaka do bijaka da się przedstawić cyfrowo 10 : 6.

Do sporządzenia  k a p t u r ó w  używa się zawsze skóry z nóg bydlęcych. Skórę tę składa się w troje, zgina tak, aby utworzyła w połowie ucho i zostawiwszy to ucho wolne ponad końcem dzierżaka lub bijaka, otacza się skórą kij i obwiązuje mocno.

Następnie przez kaptur na dzierżaku i na bijaku przewleka się cienki rzemyk, wiąże i to nazywa się  s f o r a.

Cepy są już gotowe.

W tych czterech młócą tylko mężczyźni.

Jeżeli młóci jeden człowiek, to wybijanie taktu naśladuje głos: Łup! - Łup! - Łup! - Gdy młóci dwóch, słyszymy: Łu-pu, cu-pu! - Łu-pu, cu-pu! Łu-pu, cu-pu! Trzech młocków biją w takt: Łu-, cup, cup! Łu-, cup, cup! Czterech: Łupu, cupu! Łupu, cupu! Łupu cupu! Łupu, cupu! - dwa razy szybciej niż dwóch. Czasami, ale rzadko, więcej dla żartu młóciło pięciu młocków; lecz wtedy trudno im takt utrzymać i trzeba wielkiej wprawy u wszystkich, aby przez dłuższy czas potrafili tak młócić i nie zmylić taktu.

Młócą więc, jak widzimy, w  p o j e d y n k ę, w  d w ó j k ę, w  t r ó j k ę i w  c z w ó r k ę. Jeżeli kilku młocków, młócąc, uderza wraz cepami, to się mówi, że biją w  d z i a d a. Jednakże ten sposób młocki nie używany, bo twierdzą, że w dziada młócić ciężko.

 

 

 

RELIKWIE

Ks. Benedykt Chmielowski donosi w przesławnej swej księdze "Nowe Ateny" (1745) co następuje:

Jan Hybners w swojej świeżej Geografii wylicza, iż kościół magdeburski w Saksonii Niższej ma drabinę, na której kogut piał, gdy się Piotr zaprzał Chrystusa. Latarnią, przy której brany Chrystus w Ogrojcu. Cztery palmy, które rzucono Chrystusowi wjeżdżającemu do Jeruzalem. Żebro ryby Jonaszowej; ale skąd by się wzięło, jakim sposobem, kto to ryby złowił? zostawuję disputationi (roztrząsaniu) mądrych. Ogon owego osła, na którym Pan Chrystus wjeżdżał do Jeruzalem, jest w Kompostelli, mieście hiszpańskim przy grobie św. Jakóba Apostola.

 

 

 

Dnia 7 lipca 1901 roku w powiecie krośnieńskim we wsi Myscowej, zamieszkałej przez Łemków, paśli pasterze owce pod lasem. Nagle wypadł wilk, porwał owcę i umykał w las ze zdobyczą. Pasterze, przywykli do podobnych wypadków, pochwycili za kije i z krzykiem rzucili się w pogoń za wilkiem. Już, już mieli go dogonić, gdy wtem na rozstajnych drogach wśród lasu stracili z oczu wilka, a za to oko w oko spotkali się z żebrakiem Iwanem Karczmarczykiem, niedołężnym starcem, który od wsi do wsi chodził po jałmużnie.

Nie umiejąc sobie wytłumaczyć nagłego zniknięcia wilka, a ukazania się żebraka inaczej, jak tylko tym, że Iwan Karczmarczyk jest wilkołakiem, który zamienił się w wilka, aby tym łatwiej porwać owcę, a teraz przybrał na powrót postać człowieka, rzucili się z kijami na niego, przeklinając go i żądając zwrotu owcy.

Przerażony Karczmarczyk uciekał, co sił starczyło, do wsi, ale chłopi, między którymi znajdował się także wójt Maciej Solenka, dopadli go koło płotu i formalnie znęcali się nad nim, bijąc go po całym ciele. I tak w powodach dołączonych do wyroku sądowego czytamy, że wójt bił go ręką, leżącego na ziemi kopał po całym ciele i zachęcał innych do bicia żebraka. Hryć Błoński, liczący 27 lat wieku, kopał go także nogami, bił rękami po całym ciele, a wreszcie zdjąwszy pas z Karczmarczyka bił go tym pasem. Jurko Sysak, lat 44, gospodarz, zachęcał też innych do bicia mniemanego wilkołaka, a sam bił go rękami po całym ciele i kopał. Wanio Banicki, lat 34, gospodarz, bił go rękami po twarzy, a Hnat Haraś, gospodarz, docisnąwszy się do napadniętego szturchał go pięścią w bok. Przy tym napadzie było jeszcze pięciu innych gospodarzy obecnych: Piotr Dochoda, Piotr Stankowicz, Pańko Makuch, Iwan Gałajda i Wasyl Barna, których sąd uwolnił nie mogąc im dowieść winy.

Biednej ofierze barbarzyńskiego napadu pod razami rzuciła się krew ustami, twarz była podrapana, a oczy popodbijane. Wtenczas dopiero przestano się nad nim znęcać, powiązano go jednak i radzono, co z nim dalej począć. Szczęściem dla Karczmarczyka, że nadszedł żandarm, kazał go uwolnić, a o całym zajściu zrobił doniesienie do sądu powiatowego w Dukli. Po przeprowadzonym dochodzeniu wyrokiem z dnia 25 listopada 1901 roku do L. 972, skazał sąd Solenka, Błońskiego i Sysaka na 10, a Banickiego i Harasia każdego na 5 dni aresztu, ponadto wszystkich na ponoszenie kosztów postępowania karnego.

Co do oskarżonego Macieja Solenki, jako obciążającą okoliczność podano to, że "będąc wójtem czynem swoim dał zły przykład mieszkańcom wsi". Jako okoliczność łagodzącą winę wszystkich oskarżonych podniesiono tam ich "niski poziom umysłowy, który ich popchnął do czynu karygodnego".

("Lud", tom X, str. 215)

 

 

 

CZARCIE ZABAWY

W "Discursie o nowinie cudowney, która do Warszawy w dzień św. Łuciey roku 1631 przyszła", pisze autor, Stanisław Roszyński, iż:

W krakowskiej ziemi za panowania Bolesława Wstydliwego na jednym jeziorze wielkim cudowne dziwy czarci robili, ryb łowienia broniąc. Trafiło się jednego czasu, gdy kapłani z procesją do onego miejsca krzyże i relikwie świętych przynieśli, rybitwi zapuściwszy sieci pierwszym razem wyciągnęli trzy rybki, drugim sieć zwitą, trzecim dziw jeden z kozią głową, z oczyma na kształt ognia palącemi się; co widzący gdy pouciekali, mara ona pod lód zanurzyła się i po wszystkim jeziorze biegając straszny wrzask i trzask czyniła i wielu parą swoją smrodliwą zaraziwszy, srogich wrzodów nabawiła.

 

 

 

DALOWID PANA HOGSIN

Wieść, jakoby na księżycu byli ludzie, a przynajmniej do ludzi podobne istoty, znowu w Londynie rozchodzić się zaczyna. Niejaki pan Hogsin utrzymuje, iż wynalazł dalowid z lampą syderalną i mikroskopem gazowym, który do tego stopnia powiększa znaczną część wody na księżycu, że nie tylko statki, ale nawet ludzi obaczył! Mówi on, iż okręty te podobne są do wielkich beczek, i że czasami widać dokładnie wyglądające z nich istoty do głów ludzkich podobne, które dym z ust puszczają! Hogsin mniema, że to są ludzie, którzy namiętnie cygaro palić lubią. Być może, iż za pomocą śkieł p. Hogsin, paląc cygara, tuman ludziom w oczy puszczają. Wielowiedz ten utrzymuje przy tym, że się w oceanie księżyca także wieloryby znajdują. Powiada, iż dnia I grudnia o godzinie pierwszej w nocy, on, jego żona i syn, za pomocą tegoż dalowidu, czternaście sztuk powoli pływających wielorybów na księżycu widzieli!

("Rozmaitości", Lwów, 1839, nt 8)