Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
"Fakt" EUROPA - 15.09.2004

 

 

GUY SORMAN

Bóg to ja

 

O religii, która najszybciej podbija świat

 

W analizach poświęconych dominującej pozycji Ameryki w dzisiejszym świecie ogromną rolę przypisuje się wielkiej przewadze militarnej, jaką Stany Zjednoczone zyskały nad innymi państwami. To przede wszystkim dominacji tej dziedziny Ameryka ma zawdzięczać swą imperialną pozycję.
Guy Sorman zwraca uwagę na inny nośnik imperialnej ideologii amerykańskiej, zdecydowanie niedoceniany w zlaicyzowanej Europie: żarliwą religijność. Podkreśla, że "amerykańska religia", nierozłącznie związana z amerykańskim patriotyzmem, zdobywa cały świat: "Wypiera Kościół rzymskokatolicki z Ameryki Łacińskiej, wdziera się na ziemie islamu w Afryce, wygrywa z konfucjanizmem w Azji, przedostaje do Indii, podbija - czasem odzyskuje - Rosję i Europę Zachodnią".

 


Niedziela, 11.00 rano, godzina, w której wypełniają się świątynie w Stanach Zjednoczonych.
Nie brakuje przedstawicieli żadnej istniejącej religii. Z wieloma z nich można się spotkać wyłącznie w USA. W 1794 r. Talleyrand pisał z Filadelfii do swej paryskiej adresatki: "Ten kraj liczy 30 religii i tylko jedno danie". Nasz biskup, który bardzo nudził się w Ameryce, wolałby na pewno sytuację odwrotną. Religie pozostały od tamtego czasu wszechobecne. I wszystkie ze sobą współzawodniczą. Ten zapał pojawił się już w chwili założenia Stanów Zjednoczonych. A jednak religijny charakter fundamentów narodu nie pozwala zrozumieć, dlaczego - w przeciwieństwie do Europy - nic się tu nie zmieniło.
Według Tocqueville'a rozdział państwa i Kościołów ocala Kościoły. To "mur" - aby użyć słynnego określenia Jeffersona - który biegnie między religią i państwem, trudniejszy do sforsowania niż w przypadku francuskiej "laickości". W Stanach Zjednoczonych jest nie do pomyślenia, by miejsca kultu były finansowane - jak to się zdarza we Francji i często w Europie - przez instytucje publiczne. Jest również niemożliwe, by państwo zakazywało noszenia rzucających się w oczy symboli religijnych. Byłoby to naruszenie zasady oddzielenia religii i polityki oraz naruszenie praw człowieka. Konstytucja amerykańska zostałaby w ten sposób pogwałcona podwójnie. "Mur" jest nieustannie wzmacniany decyzjami wymiaru sprawiedliwości: pamiętamy, jak w 2003 r. sędzia federalny nakazał usunięcie z Pałacu Sprawiedliwości w Montgomery wizerunku tablic z Dziesięcioma Przykazaniami.
Co prawda żłóbki bożonarodzeniowe mogą być wystawiane w miejscach publicznych, ale tylko dlatego, że Boże Narodzenie postrzegane jest jako wydarzenie zarazem świeckie, handlowe i religijne. A mimo to obrońcy laickości każdego roku domagają się przed wymiarem sprawiedliwości - w imię Konstytucji - rozbiórki tych żłóbków.

Religie czy kluby?

Taki właśnie rozdział między religiami i Republiką miał umożliwiać Amerykanom - w przeciwieństwie do Europejczyków - stać się demokratami, nie doprowadzając do niszczenia ołtarzy.
Jednak to oparte na historii tłumaczenie zakłada, że dzisiejsze wspólnoty religijne są spadkobiercami purytanów-założycieli. Co rzadko jest prawdą. W większości przypadków Kościoły narodziły się z Republiki i nie są od niej wcześniejsze. Entuzjazm wiernych, widoczny we wszystkich zgromadzeniach, daleki od surowości czasów założycielskich, jest w większym stopniu dłużnikiem demokratycznej atmosfery niż jej poprzednikiem. Dzisiejsze Kościoły nie są już takie same jak w czasach Tocqueville'a. Na początku XIX w. nikt nie mógł przypuszczać, że Kościoły anglikańskie, wówczas najbardziej konserwatywne, staną się najbardziej liberalne.
I będą wyświęcać na kapłanów kobiety oraz udzielać małżeństw homoseksualistom.
Socjologowie, którzy w USA - podobnie jak w Europie - są racjonalistami, nie mogą się pogodzić z faktem, że 67 proc. Amerykanów należy do wspólnot religijnych.
Co prawda 300 tys. mieszkańców USA uważa się za zdeklarowanych pogan, ale oni także mają swoją wspólnotę i uczestniczą w przepojonych entuzjazmem pogańskich świętach (Pagan Parade). Rozumiane w ten sposób religie, twierdzi autor tej interpretacji - Daniel Bell, byłyby jedynie pozorem religii. Każdy kościół, świątynia czy synagoga jest tylko klubem jednej ze społecznych grup i to demokratyczny konformizm - a nie przesłanki duchowe - wymaga przystąpienia do jednego z tych klubów. Ten właśnie konformizm ma sprawiać, że każdy kandydat w wyborach określa się jako wierzący; każdy prezydent Ameryki, bez różnicy, czy był demokratą, czy konserwatystą, deklarował swą wiarę. Na dowód przewagi czynnika społecznego nad religijnym Daniel Bell podkreśla łatwość, z jaką wierni zmieniają wyznanie, kiedy przenoszą się do innej dzielnicy, zawierają kolejny związek małżeński lub trafiają do innej klasy społecznej. Swą pierwotną wspólnotę religijną zmienia jedna trzecia Amerykanów. Czasem dochodzi do łączenia wyznań: wystarczy przypomnieć modne hybrydy, jak np. Jewboos, żydzi-buddyści, do których zaliczał się beatnik, poeta Allen Ginsberg. Można jeszcze lepiej - autor kronik w "New York Times", dziennikarz David Brooks, który wymyślił sławną nazwą Bobo, Bourgeois-Boheme (Burżuazyjna Cyganeria), dla określenia postnowoczesnych, demokratycznych elit Wschodniego Wybrzeża, twierdzi, że spotkał córkę pastora metodystów, która przedstawiła się jako "metodystka - taoistka - hinduistka - kwakierka - prawosławna - buddystka - żydówka".
A jednak socjologiczna ironia nie pozwala zrozumieć, dlaczego kościoły, świątynie i synagogi odwołują się do Boga. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że socjologowie nie przyjmują do wiadomości, że wierni wierzą. 96 proc. Amerykanów deklaruje wiarę w Boga, 90 proc. - w raj, 75 proc. modli się każdego dnia, jedna trzecia chrześcijan uważa, że osobiście spotkała Jezusa. Dlaczego więc nie pogodzić się z faktem, że oni rzeczywiście w to wierzą?
Tak naprawdę presja społeczna leżąca u źródeł ich wiary nie ma większego znaczenia. Lepiej byłoby przyznać, że nie istnieje prosta relacja między modernizacją Stanów Zjednoczonych a ateistycznym racjonalizmem w europejskiej postaci. Z uwagi na nasze doświadczenia my, Europejczycy, jesteśmy źle przygotowani, by przyznać, że można być jednocześnie nowoczesnym i coraz bardziej wierzącym. Bo przecież wiara w Ameryce nie tylko nie cofa się, lecz zdobywa nowe tereny. Jako że nie potrafimy tego zrozumieć, zadajmy sobie pytanie: w co wierzą Amerykanie w czasach, w których Europejczycy wierzą w tak niewiele?

Nowa amerykańska religia

Każdy, kto w Ameryce uczestniczył w wielu nabożeństwach różnych wyznań oraz oglądał ich sporo na religijnych kanałach telewizji, musi dostrzec podobieństwa. Wszystkie te kulty, teoretycznie odmienne, przypominają się nawzajem.
Ich podobieństwa wydają się istotniejsze od zazwyczaj przywoływanej opozycji między dwoma tendencjami amerykańskiej religijności - umiarkowaną i fundamentalistyczną. Trudno zaprzeczyć, że baptyści fundamentalistyczni są w konflikcie z baptystami umiarkowanymi, a ortodoksyjni żydzi z żydami reformowanymi. Jednak te spory, niezwykle istotne dla wyznawców każdego z pojedynczych zgromadzeń, nie są już tak ważne dla zewnętrznego obserwatora. Opozycja "umiarkowani" kontra "fundamentaliści" nie powinna przesłaniać konwergencji wszystkich religii, bez wyjątku, w punkcie docelowym, jaki stanowi duchowe, osobiste doświadczenie Boga, religia spersonalizowana i skuteczna. Za badaczem literatury Haroldem Bloomem będziemy ją nazywać "nową religią amerykańską". Można także zauważyć, że im bardziej jakiś Kościół zbliża się do tego amerykańskiego ideału, tym skuteczniej nawraca. A te, które są od niego dalekie - tak jak w przypadku Kościoła rzymskokatolickiego i Episkopalnego - tracą wiernych.
Jak wygląda punkt dojścia religii amerykańskiej, w którym zbiegają się wszystkie kulty? Bóg stworzyciel, biblijny, bliższy Staremu niż Nowemu Testamentowi, zajmuje tu pozycję centralną. Ten Bóg sytuuje się nie tyle nad głowami wiernych, co w nich samych. Pastorzy, księża, rabini, szamani religii amerykańskiej zachęcają do szukania Boga w sobie, do spoglądania raczej we własne wnętrze niż w niebiosa. Większość Amerykanów deklaruje bez ogródek, że Bóg ich kocha, mówi do nich i oni mówią do Niego; chrześcijanie rozmawiają z Jezusem Chrystusem. Trzy czwarte twierdzi, że co najmniej raz doznali światła łaski, epifanii, która zmieniła bieg ich życia i są odtąd prowadzeni przez Boga. Boga miłościwego, niezbyt wymagającego w sferze obyczajowej - jak można sądzić po liczbie rozwodów: jedno małżeństwo na dwa (mimo że zostało zawarte w obecności kapłana) rozpada się. Pastor jest tutaj nie tyle głosicielem prawdziwego Bożego słowa, co pośrednikiem między ja i Bogiem. Pastor, kapłan czy rabin (z wyjątkiem rabinów ortodoksyjnych) bardzo rzadko dokonuje oceny postępowania swych owieczek. Moralność stała się sprawą prywatną, Bóg już jej nie dyktuje.
Pastorzy gromadzą wiernych raczej dzięki cechom charyzmatycznym niż teologicznej biegłości.
W nowej religii amerykańskiej samouk, samozwańczy kapłan świetnie sobie radzi, a wszelkie teologiczno-kulturowe improwizacje jego autorstwa są przyjmowane z zadowoleniem, o ile skracają drogę między Bogiem i ja. Przydaje się każda technika: śpiew, trans, hipnoza czy chrześcijański pop.
W 2003 r. koncertująca w kościołach grupa Passion Experience sprzedała 12 mln płyt z piosenką, której refren brzmiał: "Boże, kocham Cię".
Oto komentarz jednego z teologów: "Tak oto chrześcijański pop gratuluje Bogu, że jest Bogiem".
Czego oczekiwać od Boga we mnie? Wyznawcy nowej religii amerykańskiej wolą konkretne rezultaty tu i teraz, nie mają zamiaru czekać na "tamten świat". Śmierć obecna jest w nabożeństwach tylko z rzadka, tak jakby wszyscy Amerykanie mieli żyć wiecznie. Wierni nie życzą sobie religii tragicznej. Śmierć Chrystusa, wyjąwszy Kościół katolicki, przedstawia się rzadko. U protestantów Chrystus jest żywy, a krzyż - pusty. Na freskach mormonów Jezus i jego apostołowie są muskularni, opaleni, trzymają formę, jakiej mogliby im pozazdrościć kalifornijscy surferzy. U zielonoświątkowców krzyż zastępuje gołębica, symbol Ducha Świętego. Jak 60 lat temu napisał teolog Richard Niebuhr: "Chrześcijanie amerykańscy czczą Boga, który nie zna gniewu, prowadzi ludzi bez grzechu ku Królestwu bez Sądu Ostatecznego, z pomocą Chrystusa bez krzyża".
Kiedy w 2004 r. Mel Gibson nakręcił "Pasję" i ukazał w niej krwawe ukrzyżowanie, Amerykanie, nieprzyzwyczajeni do widoku cierpiącego Chrystusa, byli zszokowani. Krzyczano, że to skandal, ponieważ codzienny Bóg nowej religii amerykańskiej to Ten, który ulepsza egzystencję - materialną, uczuciową, fizyczną. Jest często Bogiem, który uzdrawia. Zdrowie to jedna ze stałych obietnic amerykańskich Kościołów, a fundamentem niektórych jest uzdrowienie ciała - jak w przypadku scjentystycznego Kościoła Chrystusa, założonego w 1875 r. przez Mary Baker Eddy.
Albo Kościoła adwentystów założonego przez Ellen White w 1863 r. Jednym z jego wiernych, wezwanym do sławy, był John Kellog, wynalazca kornfleksów. Amerykańskie śniadanie, które podbija świat, jest ukrytym hołdem złożonym zdrowiu przez Chrystusa. W wielu kościołach baptystów, którzy zdominowali amerykański protestantyzm, z pomocą Jezusa walczy się z otyłością, chorobą narodową Amerykanów: "Jezu, spraw, żebym stracił trzy kilo!" albo "Dzięki Jezu, że schudłem dzięki Tobie!". Podobne praktyki wzbudzają sarkazm Europejczyków, lecz Amerykanie są bardziej tolerancyjni. Biorą pod uwagę, że pastorzy rzeczywiście mogą dysponować pewnymi mocami czy wiedzą.
Nowa religia amerykańska jest więc religią skuteczną, szczególnie w przypadku Ameryki. Czy to oznacza, że Bóg jest Amerykaninem? Wielu Amerykanów jest o tym przekonanych, jednak tylko mormoni mówią to otwarcie. Według świętej księgi mormonów anioł, Moroni, wyjawił Josephowi Smithowi, ich prorokowi, że między zmartwychwstaniem a wniebowstąpieniem Jezus głosił dobrą nowinę Indianom w Ameryce.
Te 40 dni, o których Ewangelie milczą, pobudzają wyobraźnię religijną amerykańskich pastorów. Wierni wszystkich innych wyznań, choć nie są tak radykalni jak mormoni - wyznawcy jedynej bez reszty amerykańskiej religii, widzą w Stanach Zjednoczonych ziemię obiecaną, nawet Ziemię Obiecaną w dosłownym tego słowa znaczeniu. Natomiast Żydzi są rozdarci między miłością do Ameryki a wiernością Izraelowi. I nawet jeżeli Izrael pozostaje na pierwszym miejscu, USA są czymś ważniejszym niż ziemia wygnania. Stanowią bez wątpienia jeden z elementów woli Boga.
Wszystkie te podobne do siebie praktyki religii amerykańskiej uzupełnia wspólny model organizacyjny - Kościół jako przedsiębiorstwo. Dobry pastor potrafi zbierać fundusze umożliwiające ekspansję. W 1925 r. Bruce Barton, specjalista w zakresie reklamy, opublikował dzieło, które przez długie lata świetnie się sprzedawało. "Człowiek, którego nikt nie zna" to biografia Chrystusa, przedstawiająca Go jako "świetnego organizatora, który zwerbował dwunastu ludzi z dołów społecznych i uczynił z nich grupę sprzedaży, która podbiła świat". Reklama i Kościoły zawsze do siebie pasowały: w XIX wieku, by ściągnąć wiernych na nabożeństwo, pastorzy rozdawali ulotki, w XX wieku kościoły - zanim na ten pomysł wpadli handlowcy - wabiły neonowymi szyldami; od samych narodzin radia pastorzy posługiwali się nim, by nadawać kazania, tak samo w latach 50. wykorzystali telewizję.
Czyż napływ środków i wiernych na niezwykle konkurencyjnym rynku religii nie jest dowodem boskiej przychylności? Wierni chętnie w to wierzą. Uczciwi pastorzy - również. Nikt nie wymaga od nich, by żyli w biedzie, byłoby to postrzegane raczej jako dowód klęski niż świętości. Przed amerykańskimi kościołami na miejscu parkingowym zarezerwowanym dla pastora często stoi luksusowy samochód. Jeżeli Bóg nieraz dopomógł pastorowi, to czy nie pomoże także jego owieczkom?
A szarlatani? Tych jest niemało, ale jak ich rozpoznać? W ostatniej instancji to urząd skarbowy nadaje Kościołowi certyfikat autentyczności. W chwili, gdy przedsiębiorstwo religijne spełnia obiektywne kryteria, które uprawniają do zwolnienia z podatków, staje się Kościołem. Pojęcie "sekty" tutaj nie istnieje, w gruncie rzeczy każdy z amerykańskich Kościołów mógłby zostać nazwany sektą. Co więcej - nikt nie może zostać oskarżony o herezję, ponieważ Konstytucja gwarantuje, że można pomyśleć, wyrażać i wierzyć, w co się tylko chce. Ta tolerancja dotyczy - oczywiście - również muzułmanów, których liczba wzrasta wraz z imigracją z Indii i krajów arabskich.
Kiedy w tym roku dyrektor szkoły w Muskogee w stanie Oklahoma zakazał 11-letniej dziewczynce noszenia islamskiej chusty, sędzia federalny odwołał ten zakaz w imię wolności religijnej i przyznał rodzinie odszkodowanie z racji poniesionych szkód. Doszło do sytuacji odwrotnej w stosunku do tej, jaką znamy z Francji, gdzie zasada laickości ma pierwszeństwo wobec wszystkich form wyrażania uczuć religijnych, które mogłyby zagrozić społecznej spójności.
Tym, co umacnia religię w Ameryce, jest czas i sukces. Dotyczy to np. Kościoła Scjentologicznego, cieszącego się pełnią praw w Ameryce, a w Europie uważanego za sektę. Zarzut sekciarstwa byłby zresztą trudny do postawienia w USA, ponieważ zgodnie z amerykańską ideologią oraz Konstytucją autorytety polityczne nie powinny wypowiadać sądów wartościujących. Podobne oskarżenie przywołałoby złe wspomnienia. Bo przecież angielscy Ojcowie-Pielgrzymi szukali schronienia w Ameryce, by nie zostać oskarżonymi o sekciarstwo. A chodzi tu w końcu o fundamenty Ameryki - nawet jeżeli dawne sekty purytańskie i dzisiejszą religię amerykańską niewiele łączy.

Religijne imperium światowe

Houston, Teksas. David Self, pastor Pierwszego Kościoła baptystów, tłumaczy, jak trudno mu w czasie wyjazdów do północnych stanów Ameryki znaleźć świątynię, która nadawałaby się do odprawienia nabożeństwa.
Jego Kościół odgrywa w Stanach Zjednoczonych rolę podobną do tej, jaką ma we Włoszech Kościół rzymskokatolicki - dominującą, niemal oficjalną.
To Kościół białych, władczy, pozostawiający swym wiernym niewielki margines interpretacji. Tutaj nie ma miejsca na transy - w trakcie muzyki i śpiewów wszyscy panują nad sobą.
Czy jest to Kościół fundamentalistyczny? David Self nie zgadza się na taką definicję - uważa, że baptyści z Południa uosabiają złoty środek. Jego stanowisko w kwestii teorii ewolucji, stanowiącej kryterium podziału między fundamentalistami i liberałami, jest następujące: nie odrzuca darwinizmu w całości, natomiast domaga się, by był on nauczany wraz z biblijnym kreacjonizmem. Natomiast jeśli chodzi o aborcję oraz homoseksualizm - jego postawa jest nieprzejednana.
Kościół baptystów z Południa jest potęgą finansową i rusza na podbój. Jak mu idzie na Północy? Jankesi, mówi David Self, są nieprzejednanymi poganami. Na początku tego roku wysłał misję na Manhattan, głównym celem mieli być ludzie mediów i sztuki. Przybyli z Południa młodzi baptyści rozdali wychodzącym z biur zbożowe batony z adresem strony internetowej, na której można dokonać konwersji i modlić się on-line. Niestety! Metoda, która sprawdziła się na Białorusi, w Nowym Jorku zawiodła.
Pozostaje szeroki świat. Z Houston wyruszają misje do Europy Środkowej, Rosji, Korei, Ameryki Łacińskiej. Self wraca z Litwy, niegdyś katolickiej. Jego zdaniem kraj ten gotowy jest przejść do obozu baptystów. Czyżby to, co jest herezją w Nowym Jorku, okazało się prawdą objawioną w Wilnie? Nie tylko baptyści chcą nawracać świat na amerykańską religię. Zielonoświątkowcy i mormoni odnoszą podobne sukcesy w dawnych krajach komunistycznych i w Afryce. W Ameryce Łacińskiej Kościoły ewangelickie przejmują miejsce Kościołów katolickich. Pełne entuzjazmu protestantów z Południa USA lepiej uwodzą tłumy niż posoborowy katolicyzm. Dochodzi do tego prawdopodobnie zafascynowanie Stanami Zjednoczonymi. Pastorzy z USA dysponują sporymi środkami finansowymi. Czasem kupują nawrócenia, ale ważniejsze, że uosabiają amerykański sukces, do którego aspirują biedne kraje. Czyż mieszkańcy Gwatemali lub Litwy, przechodząc na baptyzm, nie stają się po trosze Amerykanami? Tak więc religia, która najszybciej podbija świat, nie należy do jednego wyznania. Jest za to amerykańska. Zalicza się do chrześcijaństwa, głosi ją ok. 60 tys. pastorów - ewangelików, mormonów, zielonoświątkowców, charyzmatyków. Zdobywa kontynenty. Ta nowa religia wypiera z Ameryki Łacińskiej Kościół rzymskokatolicki, wdziera się na ziemie islamu w Afryce, wygrywa z konfucjanizmem w Azji, przedostaje do Indii, podbija - czasem odzyskuje - Rosję i Europę Zachodnią.
Czy misjonarze nowej religii amerykańskiej - często wcale niebędący Amerykanami, werbowani na miejscu - są wysłannikami amerykańskiego imperium? Twierdzą, że nie, jednak ich zapał religijny przyjmuje często formę amerykańskiego patriotyzmu. W krajach kłopotliwych dla USA stanowią awangardę, niejednokrotnie oddają usługi wywiadowi.
Tak wiele mówi się o islamie i tak mało o Kościołach amerykańskich. A jednak to Dobra Nowina głoszona z entuzjazmem przez te ostatnie odnosi dziś zwycięstwo nad innymi formami religijności.

przeł. Tomasz Bieroń


 

Guy Sorman, ur. 1944, pisarz, liberał, publicysta związany z "Le Figaro Magazine". Wydał m.in.: "Amerykańska rewolucja konserwatywna", "Rozwiązanie liberalne", "Państwo-minimum", "Nowe bogactwo narodów", "Le progres et ses ennemis".