Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

 

JAK SIĘ W POLSCE USTAWIA ŚLEDZTWA

 

 

 

 

Focus Śledczy - nr 4 , 2012 

 

RAFAŁ ZALEWSKI

Patyk nie zabiłby człowieka

- mówią nawet jego wrogowie

 

O ŚMIERCI MARKA PAPAŁY W KOMENDZIE GŁÓWNEJ NIKT NIE CHCE DZISIAJ MÓWIĆ. Najpierw ogłoszono przełom w śledztwie i odtrąbiono sukces. Potem wszyscy zamilkli. Nasuwa się proste pytanie - dlaczego?

 

Jest 25 czerwca 1998 r. Piękny upalny wieczór. Około godziny dwudziestej drugiej pod jeden z bloków na Rzymowskiego (warszawski Mokotów) podjeżdża bordowe daewoo espero. Za kierownicą siedzi generał Marek Papała. Do niedawna Komendant Główny Policji. Otwiera drzwi. Sięga po teczkę. W tym momencie do auta podchodzi jakiś mężczyzna. Wszystko trwa kilka sekund. Generał nie ma czasu zareagować Pada strzał. Chwilę później Papała leży martwy

Zaczyna się najdłuższe śledztwo w historii Polski. Wciąż wiadomo niewiele więcej niż w noc zabójstwa. Aby uniknąć kompromitacji, śledczy wciąż wymyślają nowe teorie.

KILKANAŚCIE DZIWNYCH HIPOTEZ

Na miejscu zbrodni morderca nie zostawił żadnych istotnych śladów. Oddał tylko jeden strzał - wprost w czoło generała. Wiadomo było, że użył tłumika. Nigdzie nie znaleziono łuski. Wszystko wskazywało na robotę profesjonalisty. Policjanci zaczęli szeptać między sobą o egzekucji.

Świadków było niewielu. Jeden z nich palił papierosa na balkonie w bloku obok. Zeznał, że widział, jak morderca podchodzi do samochodu Papały i z całkowitym spokojem oddaje strzał. Rękę miał owiniętą czymś w rodzaju temblaka. Być może był to chwytak na łuski. A może w ten sposób zamaskował broń. Najdziwniejsze było to, że nie uciekał. Strzelił i spokojnie odszedł z miejsca zdarzenia.

Mniej więcej w tym samym czasie nieopodal przechadzała się z psem żona generała. Nie zauważyła i nie usłyszała niczego niezwykłego. Widziała jedynie obcego mężczyznę, który szedł gdzieś w towarzystwie jakiejś kobiety. Później stwierdziła, że był to Ryszard Bogucki.

Przesłuchiwano ją wielokrotnie. Robili to zarówno funkcjonariusze policji, jak i Urzędu Ochrony Państwa. Przed sadem oburzona pani Małgorzata stwierdziła, że nie traktowali jej jak ofiary, ale jak podejrzaną. - Pytania UOP dotyczyły spraw ekonomicznych, finansowych i towarzyskich - zeznała. Wyglądało to tak, jakby śledczy szukali motywu. Wszędzie. Za wszelką cenę.

W aktach pojawiło się jedenaście hipotez. Wśród nich ta, że za zabójstwem może stać ktoś z rodziny. Motywem miała być zazdrość i wątki obyczajowe z życia generała. Ta wersja szybko upadła. Pojawiły się kolejne. Część z nich przeciekała do mediów. Inne ujawniano dopiero po pewnym czasie. Hipotezy tworzyli też dziennikarze. W większości relacji generał zaczął być ukazywany niemal jak święty.

Opisywano go jako niezłomnego i odważnego glinę o kryształowym sumieniu. Człowieka który całe swoje życie poświęcił walce ze złem. Oczywiste wydawało się, że to właśnie w tej walce poległ. Zapewne padł ofiarą bandytów. Widocznie chciał położyć kres ich mrocznym sprawkom. Wpadł na trop gigantycznej afery. Przeszkadzał. Wiele osób do dziś tak myśli. Szczególnie chętnie wykorzystują to politycy.

WĄTEK EDWARDA MAZURA

Na dwie godziny przed śmiercią Papała pojawił się na imieninach Józefa Sasina - emerytowanego generała SB. Miał się tam spotkać z Edwardem Mazurem - kojarzonym z kontrwywiadem PRL polonijnym biznesmenem, na stałe mieszkającym w Chicago.

W 2005 roku to właśnie Mazur został uznany za głównego podejrzanego. Wydano za nim nawet międzynarodowy list gończy.

Watek Mazura pojawił się trzy lata po zabójstwie. Wszystko za sprawą "skruszonego" gangstera Artura Zirajewskiego pseudonim Iwan. Zeznał, że w kwietniu 1998 roku był świadkiem niezwykle interesującego spotkania. W jednym z gdańskich hoteli z Edwardem Mazurem rozmawiali dwaj bardzo wysoko postawieni bandyci: Andrzej Z. - Słowik (członek zarządu gangu pruszkowskiego) oraz Nikodem S. - Nikoś (herszt mafii trójmiejskiej. Iwan twierdził, że słyszał, jak Mazur prosi ich o pomoc w zabiciu "dużego psa". Za głowę Papały miał oferować 40 tysięcy dolarów. Miesiąc później tę samą propozycję złożył podobno innemu bandycie. Tym razem w jednym z lokali w Mikołajkach. Ostatecznie cynglem miał zostać widziany na miejscu zbrodni Bogucki.

Zeznania uznano za wiarygodne. Złożono nawet wniosek o ekstradycję Mazura.

Przez lata wersja z Mazurem była oficjalnie obowiązująca. O lukach w tej hipotezie mówili jedynie nieliczni. A mówić jest o czym.

Po pierwsze - Iwan nie znajdował się na szczycie przestępczej hierarchii. Trudno przypuszczać, aby został dopuszczony do rozmów o zabójstwie Komendanta Głównego. Po drugie - trudno sobie wyobrazić, aby Słowik i Nikoś razem usiedli do stołu. Byli w stanie wojny. W oczach Słowika Nikoś uchodził za konfidenta.

Iwan miał powód, aby opowiadać nawet najbardziej nieprawdopodobne historie. W tym czasie za inne morderstwo groziło mu dożywocie. Jedyną szansą odzyskania wolności i spokoju była współpraca z organami ścigania. Najpierw musiał jednak wykazać swoją przydatność. Zaimponować prokuratorom wiedzą, którą można by sprzedać w zamian za nadzwyczajne złagodzenie kary. Taktyka przyniosła skutek. Za zamordowanie gdańskiego biznesmena Zirajewski dostał tylko 15 lat. Ale nie będzie miał już szansy udowodnić, czy w tym, co mówił, było choćby źdźbło prawdy. W styczniu 2010 r. nieoczekiwanie popełnił samobójstwo. Do dziś wiele osób uważa, że w rzeczywistości został zamordowany. Tymczasem na czołówki gazet właśnie trafił kolejny świadek, któremu niektórzy już wróżą podobny los.

PATYKIEM NA WODZIE PISANE

Igor Ł. ps. Patyk był świetnym fachowcem. W latach 90. nikt nie kradł samochodów tak jak on.

- Brał, co chciał i kiedy chciał - mówi jeden z jego dawnych kompanów. - Otwierał wszystko. W wielu kwestiach był kimś w rodzaju pioniera. To on pierwszy zaczął w Warszawie wkręcać ludzi "na koło" i "na stłuczkę". Inni to później kopiowali. Był moment, że naprawdę go podziwialiśmy.

Zaczął w wieku szesnastu lat. Od polonezów i dużych fiatów. Szybko przerzucił się na luksusowe auta. Kradł je hurtowo. Często nawet po kilka dziennie. Jego grupa liczyła około pięciu osób. Wśród nich najbardziej zaufani byli bracia J. - Przynosili nam stały i dobry dochód - wspomina kapitan dawnego Pruszkowa. - Oddawali trzecią część zysków. Nigdy nie musieliśmy szarpać się z nimi o kasę. Kradli naprawdę drogie fury. Było ich mnóstwo. Zarobieni byli więc i oni, i my. Wszyscy byli zadowoleni.

Patyk szczególną estymą darzył amerykańskie auta. Jeepy, chryslery, lexusy. Nieźle sprzedawały się też mercedesy, audi, volkswageny i bmw. Chodziło o topowe, dobrze wyposażone modele. Paserzy potrafili zapłacić za nie nawet kilkanaście tysięcy dolarów.

Jak twierdzą jego dawni kompani, oprócz Pruszkowa Igor opłacał też policjantów. Było ich kilkunastu. Mieli przymykać oko w razie "przypału". Czasem, gdy namierzyli coś ciekawego, dzwonili do niego sami. Podawali markę i adres. Kiedy pojawiał się złodziej, czuwali, aby wszystko przebiegło bez komplikacji. Potem odbierali swoją dolę za pomoc w robocie. Pełna symbioza.

Idylla trwała prawie dekadę. W 2001 roku Patyka aresztowano. Przez kilka miesięcy siedział cicho. Grypsował. Potem zrobiło się ciekawie.

- Koledzy za dobrze zaopiekowali się jego żoną - opowiada dawny współpracownik. - Wściekł się. Sam napisał list do prokuratora. Zaoferował, że może zostać świadkiem koronnym. Jak go przesłuchali, z miejsca dostał koronę. Był łakomym kąskiem. Przecież w branży samochodowej znał właściwie wszystkich. Na podstawie zeznań Patyka za kratki poszło ponad 200 osób. Złodzieje, paserzy, policjanci, celnicy - nie oszczędził nikogo. Zaraz potem sam wyszedł na wolność.

- Wsadził między innymi mnie - mówi dawny przyjaciel. - Ale już wtedy jego zeznania były miejscami dziwne. Na sprawie podał z pamięci 500 tablic rejestracyjnych aut, które na przestrzeni lat ukradł. Znałem go parę lat. I nie dostrzegłem nigdy, aby miał fotograficzną pamięć. Myślę, że zeznawał nie tylko w sprawach, w które był zamieszany. Mówił to, o co prosił go prokurator. Skoro już dostał koronę, to czemu nie zamknąć nim większej ilości spraw? Jestem przekonany, że właśnie tak znalazł się w sprawie Papały.

Kilka miesięcy po rozpoczęciu współpracy Patyk złożył w prokuraturze przełomowe dla śledczych zeznania. Stwierdził, że w noc zabójstwa generała był na parkingu, na którym strzelano. Widział tam Boguckiego, który czaił się w samochodzie. Ten jednak natychmiast go stamtąd przepędził. Parę minut później Papala już nie żył. Dowodem na prawdomówność Igora były ślady logowania jego komórki. Wskazywały, że rzeczywiście był wtedy w okolicy. To, co opowiadał, pomogło stworzyć akt oskarżenia. Dalej wszystko poszło już gładko.

- Patyk mieszkał jakieś 500 metrów stamtąd - mówi jego zwierzchnik z grupy pruszkowskiej. - To logiczne, że jego telefon logował się tam przez cały czas. Ale gdyby Bogucki go tam zauważył, na pewno tej samej nocy nie strzelałby do Papały. A nawet jeśli, to Patyk zginąłby następnego dnia. Skoro żyje, to na mój rozum on w ogóle tam nie był. Powiedział tak, bo ktoś podsunął mu to do zeznania. Nie chciał stracić korony, więc się na to zgodził. I teraz za to płaci.

WIARYGODNOŚĆ ROBERTA P.

25 kwietnia Prokuratura Apelacyjna w Łodzi i Komenda Główna Policji obwieściły kolejny przełom. Tym razem okazało się, że Papałę zabił... właśnie Patyk. Ten, który przez lata był głównym świadkiem oskarżenia, w jednej chwili sam stał się oskarżonym.

Wyszło na jaw, że znalazł się kolejny już świadek. Ten dla odmiany zeznaje, że do zabójstwa doszło przypadkiem. Jego zdaniem Igor chciał tej nocy ukraść komendantowi samochód. Gdy podszedł, doszło do szarpaniny. W jej trakcie Patyk wyciągnął broń i oddal strzał. Na dodatek policja ujawniła, że na miejscu zbrodni znaleziono krew i odcisk palca Patyka. Gdzie te dowody były przez 14 lat? Nie wiadomo. Tajemnica śledztwa.

Dotarliśmy do informatorów zarówno z grupy pruszkowskiej, jak i tych, którzy pracowali bezpośrednio z Igorem Ł. Część z nich na skutek jego zeznań odsiedziała wyroki. Wszyscy są zgodni - to niemożliwe, aby Patyk był poszukiwanym zabójcą. - Przede wszystkim Patyk na akcję nie nosił ze sobą broni - twierdzi jeden. - Nie lubił jej. W ogóle słabo się nią posługiwał. Żaden złodziej nie zabierał wtedy giwery na miasto. Być skazanym za kradzież to jedno, ale zabójstwo to coś zupełnie innego. Poza tym jeżeli Igor strzelił przypadkiem, to dlaczego na lufie pistoletu był tłumik? Tłumik zakłada się przecież wtedy, kiedy idzie się zabić. Chyba że ja czegoś nie wiem.

Generał Papała jeździł wówczas daewoo espero. Dlaczego najlepszy złodziej w Warszawie miałby skusić się na tak tanie auto? Prokuratorzy i policjanci zarzekają się dziś, że gdy trzeba było, Patyk kradł nawet polonezy. - Może to i prawda - mówi były członek Pruszkowa. - Ale przestał, gdy skończył 17 lat. Gdyby kradł coś takiego, to z czego by żył? Przecież po drodze musiał jeszcze odpalić nam dolę! I co - przynosiłby nam po 100-200 złotych? Wtedy dostałby wpier...! W życiu nie widziałem, żeby ukradł takiego klamota!

Zakładając, że nawet się skusił - dlaczego nie zaczekał spokojnie, aż Papała wejdzie na klatkę schodową? Nie musiał go atakować. Przy jego umiejętnościach otwarcie daewoo zajęłoby kilka sekund. Tego prokuratorzy ani policjanci nie wyjaśniają. A szkoda. Bo kwestii do wyjaśnienia jest znacznie więcej. Skoro Patyk od lat był pod ręką, dlaczego nikt nie wpadł na to, aby porównać znalezione na miejscu zbrodni ślady z jego krwią oraz odciskami palców? Mówił przecież, że był na miejscu tuż przed zdarzeniem. Czyżby jego zeznania w sprawie gangów samochodowych były aż tak ważne, że śledczy nie chcieli, by utracił koronę? Wątpliwe. Zatrzymanie nawet tysiąca złodziei nie przebije sukcesu, jakim byłoby rozwiązanie zagadki zabójstwa Komendanta Głównego Policji. Zrobiono by to bez względu na koszta.

Najciekawsza jest jednak kwestia nowego świadka. To Robert P. - jeden z członków grupy Patyka. Wcześniej to Igor oskarżał go w swoich zeznaniach. Na ich podstawie Robert poszedł do więzienia, gdzie spędził kilka kolejnych lat. Gdyby podzielił się swoją wiedzą wcześniej, nigdy by tam nie trafił. Od razu dostałby status koronnego, a Patyk pewnie odsiadywałby już dożywocie. Dlaczego więc milczał i grzecznie poszedł za kratki? Na to pytanie nikt dziś nie odpowiada. Mimo to dla policji i prokuratury Robert jest wiarygodny.

I jeszcze jedno. Czy to możliwe, aby przypadkowy złodziej dokonał zabójstwa tak profesjonalnie? Czy na miejscu nie zostawiłby łuski? Skoro tak bardzo zależało mu na samochodzie, czemu nie zabrał go z miejsca zdarzenia? I przede wszystkim - co na parkingu w tym samym czasie robił uznawany za zawodowego kilera Bogucki? - To jakiś absurd - denerwuje się kolega Igora. - Za chwilę okaże się, że Patyk to płatny morderca! Może ma jeszcze coś wspólnego z zamachami na World Trade Center? Przecież na tej zasadzie można go oskarżyć naprawdę o wszystko!

Gdyby tej nocy doszło do takiej akcji, w naszym środowisku nie dałoby się tego ukryć - twierdzi pruszkowski kapitan.

- Ćpając łub chlejąc, ktoś prędzej czy później by się wygadał. To wszystko jest szyte tak grubymi niemi, że aż wierzyć się nie chce. W życiu w to nie uwierzę. Choćby nie wiem jak długo w telewizji mi to powtarzali.

Patyk został tymczasowo aresztowany. Zdaniem kolegów po fachu, niewykluczone że skończy jak Zirajewski: - Jeśli Igora skażą, to Mazur zostanie oczyszczony. Słowik dostanie uniewinnienie i za parę lat znów wyjdzie na wolność. Prokuratura i policja też będą zadowolone, bo pierwszy raz od dawna będą miały prawdziwy sukces. A to, że ktoś straci życie? Kogo w końcu obchodzi jakiś tam złodziej?

 

 

 

Focus Śledczy - nr 4 , 2012 

 

RAFAŁ ZALEWSKI

Ująć mordercę za cenę prawdy

 

KTOŚ W BESTIALSKI SPOSÓB ZAMORDOWAŁ MŁODĄ KOBIETĘ I JEJ CÓRKĘ. Rzekomego sprawcę szybko ujęto i skazano na dożywocie. W gruncie rzeczy nie przedstawiono jednak dowodów, które jednoznacznie świadczą o jego winie. Czy to możliwe, że na resztę życia za kraty trafił niewinny człowiek?

 

Jan Ptaszyński ma trzydzieści sześć lat. Pochodzi z Michnówki - małej wsi w województwie podlaskim. Znają go tam wszyscy. Siedem lat temu poznała go też cała Polska. Jako bestię. - My z żoną usłyszeliśmy o tym przez radio - wspomina jeden z sąsiadów. - Że Janka zamknęli, bo niby jakąś kobietę zabił. Byliśmy zszokowani! Przecież on nawet butelki piwa nigdy nie wypił! A co dopiero zamordować? Daj pan spokój

Pomimo upływającego czasu zbrodnia i kara to wciąż temat wielu tutejszych rozmów. Trudno się dziwić. Takich rzeczy się nie zapomina. Zmieniają się tylko emocje: gniew przechodzi w lęk, ulga - w żal.

Janek wychował się w szczęśliwej rodzinie. Matka, ojciec, dwie starsze siostry. Bez przemocy, alkoholizmu, bez większych konfliktów. Jak Pan Bóg przykazał - sześć dni harówki w polu, a w niedzielę odpoczynek.

W 1997 r. Janek skończył technikum samochodowe. Rodzice byli dumni. Dobry zawód, matura - tylko iść w świat i zarabiać pieniądze. Ale zaraz potem u ojca Janka zdiagnozowano raka. Nie było rady. Ktoś musiał wziąć na siebie pracę w gospodarstwie. - Janek był bardzo spokojny - mówi Zenaida Ptaszyńska, matka Janka. Nie palił, nie pił, tylko praca - dom, dom - praca. Nieraz próbowaliśmy go z mężem namawiać, żeby poszedł na festyn czy na dyskotekę. Jego koledzy chodzili. Ale on wolał w telewizor popatrzeć. Naprawdę, dobry był dzieciak. Żadnych trosk nie przysparzał.

Ptaszyńskim ciężko było utrzymać się tylko z rolnictwa.

W 1999 r. Janek postanowił pojechać do Białegostoku w poszukiwaniu pracy. Najpierw zaczepił się w fabryce mebli. Potem zrobił kurs ochroniarza. Stał w sklepie. Kokosów nie zbijał, ale starczało na życie. I na leki dla ojca.

Latem 2001 roku Janek postanowił kupić na raty pilarkę. W sklepie było specjalne stoisko, gdzie załatwiało się formalności. Pracowały tam młode dziewczyny. Ładne, uśmiechnięte. Jedna wpadła Jankowi w oko.

TRUDNE ZYCIE MARIOLI

Mariola miała ledwie dwadzieścia trzy lata, ale o życiu wiedziała już całkiem sporo. Była rozwódką, samotnie wychowywała dwuletnią córkę. Po tym, co przeszła, wątpiła, aby czekało ją jeszcze cokolwiek dobrego. Jej ojciec, alkoholik, w dzieciństwie znęcał się nad nią, jej siostrą i matką. Ta ostatnia przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekła do Belgii. Dziewczyny zostały w Polsce. Postanowiły trzymać się razem.

Później Mariola poznała Bartka. Miała nadzieję, że wyrwie ją z bagna. W wieku dziewiętnastu lat wpadła. Młodzi musieli się szybko pobrać. W 1999 r. urodziła się Klaudia. W małżeństwie nie układało się dobrze. Bartek chciał się wyszaleć - zamiast tego w jednej chwili musiał stać się mężem i ojcem. Mariola miała cukrzycę. Ciągle potrzebowała insuliny. Z kolei Klaudia cierpiała na epilepsję. A to wszystko wiązało się z horrendalnymi kosztami. Bartek nie wytrzymał... Rozwód orzeczono ledwie po roku. Wkrótce w życiu Marioli pojawił się kto inny.

Darek był starszy od Bartka. Bardziej czuły i opiekuńczy. Wszystko wskazywało, że może coś z tego będzie. Ale wtedy w paradę weszła Marioli jej siostra Iwona. - Spotykali się za jej plecami - opowiada przyjaciółka Marioli. - Widywali się praktycznie codziennie. Najpierw niewinny flircik, trzymanie za rączkę, aż w końcu zaczęli chodzić ze sobą do łóżka. Mariola pewnie jeszcze długo by nic nie wiedziała, ale stało się - Iwona zaszła z Darkiem w ciążę.

Na początku Mariola się wściekła. Zerwała kontakt z Iwoną na parę miesięcy, ale w końcu się pogodziły. Tymczasem Iwona i Darek pobrali się. Urodził im się syn. Ale w Darku tlił się dawny afekt. - Dowiedziałam się od Marioli, że cały czas jej się czepia - miała zeznać później jej matka. - Wręcz powiedział, że żałuje, iż ożenił się z Iwoną. Kiedyś, gdy wyszła na balkon zapalić papierosa, wyszedł za nią i złapał ją za krocze. Prosiła, aby nie mówić o tym Iwonie, bo będzie jej przykro. Gdy rozmawiałam z nią później telefonicznie, stwierdziła: "na temat Darka dużo ci powiem, jak przyjedziesz na święta do Polski". Nie wiem i nie dowiem się już, co Mariola chciała mi wtedy powiedzieć.

Po rozwodzie Mariola z Klaudią wróciła do ojca. Nie było łatwo. Mieszkały w walącym się domku. Niejednokrotnie zdarzały się problemy z prądem i wodą. Gdy przyszła zima, obie marzły, bo ojciec przepił kwotę, która Mariola dała mu na węgiel. Mariola zaczęła pracę w bankowym okienku. Chciała odłożyć pieniądze. Powtarzała sobie, że niedługo pójdą z Klaudia na swoje. Czara goryczy przelała się, kiedy pod jej nieobecność stary wypił butelkę jej perfum.

Zadzwoniła do Belgii i poprosiła matkę, żeby pomogła jej wynająć mieszkanie. Udało jej się znaleźć kawalerkę na Jurowieckiej. Blisko centrum, parę kroków do żłobka. W tym samym czasie w jej życiu pojawił się Janek.

On był dziwakiem - wspomina przyjaciółka Marioli. - Pojawiał się i znikał, jak UFO. Nie pił alkoholu, kawy ani herbaty, tylko kompot i wodę. No, dziwadło pieprzone! Typowy wiejski ślimak, który omamił dziewczynę. Wiedział, że jest samotna, i że jak jej poda pomocną dłoń, wytrzepie dywanik czy pobiegnie po mleczko dla małej do sklepu, to w jej oczach zyska bardzo dużo. Wziął ją pod włos. I dlatego to wszystko się stało.

Ale na początku nic nie wskazywało na tragiczne zakończenie. Najpierw był flirt przy stoisku, potem wspólne kino i kawa. Po kilku randkach Janek i Mariola oficjalnie stali się parą. Ona potrzebowała oparcia. On był zafascynowany jej urodą i wdziękiem. Na dodatek nie przeszkadzało mu dziecko. Oboje zaczęli w duchu myśleć o ślubie.

Swojej siostrze Mariola zwierzyła się, że może właśnie znalazła partnera na całe życie. Ale Iwona, delikatnie mówiąc, nie podzielała jej optymizmu. - Wydawał mi się jakiś dziwny, zarozumiały - zeznała. - Z mężem pytaliśmy, czy jest pewna, że to dla niej odpowiednia osoba. Kiedy powiedzieliśmy, że nam się nie podoba, odrzekła, żeby się nie wtrącać w jej życie. Więcej o niego nie wypytywaliśmy. Nie było sensu się kłócić

Janek pomieszkiwał u Marioli 3-4 dni w tygodniu. Resztę spędzał w Michnówce, gdzie pracował na gospodarstwie. Zarabiał niewiele. Wciąż nie miał grosza przy duszy. Ona tak samo. Gdyby nie matka w Belgii, finansowo byłoby naprawdę trudno. - Kiedy byli u mnie w środę, to gdy Janek wyszedł do łazienki, Mariola pytała mnie, czy nie mam pożyczyć pieniędzy - opowiadała Iwona na komisariacie. - Chodziło o pieniądze na insulinę dla niej. Powiedziałam, że nie mam. Odparła, że Janek nie ma złotówki na nic. Zaraz wyszedł z łazienki i nie mogłyśmy kontynuować rozmowy.

Iwona miała pieniądze. Właśnie dostała z Belgii przekaz i paczkę, którymi na polecenie matki miała podzielić się z siostrą. Ale był koniec listopada. Wielkimi krokami zbliżały się święta. Iwona zachowała wszystko dla siebie.

Nie wiadomo, jak Mariola zdobyła pieniądze na leki. Może pożyczyła, a może ktoś po prostu zrobił jej prezent. Tak czy owak następnego dnia nowiutkie zestawy insulinowe leżały na stole w jej kuchni. Tuż obok niedopitej butelki wódki. Ale wtedy było to już miejsce bestialskiej i wyjątkowo ohydnej zbrodni.

KREW W WANNIE

Kilka dni po wizycie u Iwony Mariola była umówiona z przyjaciółką na wspólne andrzejki. Obie miały małe dzieci. Chciały pogadać, czegoś się napić, wylać trochę wosku. Ale Mariola się nie zjawiła. Jej telefon nie odpowiadał. To było dziwne. Nic takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło. - Poszłam sprawdzić, czy wszystko w porządku. Pukałam, dzwoniłam, ale nikt nie otwierał. Niczego nie było słychać. Drzwi były zamknięte na klucz. W oknach ciemno. Zadzwoniłam do Iwony i powiedziałam, jaka jest sytuacja.

1 grudnia 2001 roku Iwona z ojcem pojawili się na Jurowieckiej. Walili w drzwi, ale nic się nie działo. Ojciec wymyślił, że wejdzie do środka przez balkon sąsiadów. Kilka sekund później Iwona usłyszała nieludzki krzyk. - Zapaliłem światło - zeznał. - W łazience zobaczyłem córkę leżącą na plecach w wannie. Była zakrwawiona i naga. Na córce leżało dziecko. Była to Klaudia.

W wannie nie było wody, tylko krew. Było za późno na jakąkolwiek pomoc. Mariola i Klaudia nie żyły. Wystarczyło się rozejrzeć, aby zrozumieć, że w mieszkaniu doszło do morderstwa.

Kilka godzin później na Jurowieckiej roiło się już od funkcjonariuszy i policyjnych techników. Widok robił wrażenie na wszystkich. Oględziny trwały prawie do rana. Czegoś takiego w Białymstoku jeszcze nie było. - Portret psychologiczny, jaki został stworzony, sugerował, że była to zbrodnia popełniona przez człowieka, który ma cechy sadystycznego zabójcy na tle seksualnym - wspomina dr Maria Rydzewska-Dudek, ekspert medycyny sądowej.

Obecny na miejscu zbrodni biegły stwierdził, że obie ofiary zostały utopione. Wanna została wprawdzie zakorkowana, ale uznano, że korek był nieszczelny. Woda wyciekła w ciągu kilkunastu godzin od porzucenia zwłok. Świadczyć o tym miała tzw. skóra praczek obecna na dłoniach martwej dziewczynki, oraz pienista treść, wydobywająca się z dróg oddechowych Marioli.

Na ciałach wykryto też ślady oparzeń. Stwierdzono więc, że woda, w której zginęły, musiała być bardzo, ale to bardzo gorąca. Dr Maria Rydzewska-Dudek: -To jeszcze bardziej wzmaga wrażenie niesłychanego okrucieństwa! Jeśli się ustala, że najpierw kobieta jest okrutnie bita, potem utopiona we wrzątku, jej córeczka także, to trudno się dziwić, że stworzony został taki, a nie inny portret psychologiczny. I potem to już tak szło. Do skazania.

Na miejscu zbrodni morderca pozostawił mnóstwo śladów. Między innymi krwawe odciski palców i stóp. W ręce Marioli znaleziono też jego włos. Było więc DNA. Do pełni szczęścia musiałby się jeszcze podpisać.

W mieszkaniu nie znaleziono za to śladów włamania. Prawdopodobnie Mariola sama wpuściła zabójcę do środka. Na pewno go znała. Przed śmiercią brutalnie ją pobił. Klaudię zamordował, żeby zlikwidować niepotrzebnego świadka. Wychodząc, zamknął za sobą drzwi na klucz. Wcześniej musiał jednak spędzić w mieszkaniu dłuższy czas. Nie spieszył się. Nie panikował. Wszedł i wyszedł niepostrzeżenie.

Śledczy uznali, że do zabójstwa doszło na tle seksualnym. Nikt nie wpadł jednak na to, aby zabezpieczyć materiał z dróg rodnych Marioli. Nie wiadomo więc, z kim i czy w ogóle odbyła tej nocy stosunek. Nie zbadano też stojącej w kuchni flaszki i walających się puszek po piwie. -Oględzin było kilka - wspomina Janek. - Policjanci zabezpieczali jakieś dowody, po paru dniach przypominali sobie, że czegoś jeszcze nie zabezpieczyli. W sumie wchodzili do mieszkania cztery albo pięć razy. Mimo to część dowodów, które mogły doprowadzić do wykrycia sprawcy, nigdy nie została zabezpieczona. Może dlatego, że oni nie szukali mordercy. Szukali tylko czegoś, co mogłoby obciążyć mnie.

Z PRACY NA DOŻYWOCIE

Kilka godzin po odnalezieniu zwłok do Michnówki przyjechało dwóch policjantów po cywilnemu. Janek został zatrzymany i zawieziony na komendę na przesłuchanie. Nie poinformowano go, co dokładnie się stało. Ale szybko coś zaczęło mu świtać. Zadawali mnóstwo przedziwnych pytań. Głównie o Mariolę.

Gdy dotarli do pokoju przesłuchań, wszystko już stało się jasne. Mariola i Klaudia nie żyły. A Janek był głównym kandydatem do skazania za podwójne morderstwo. - Zaczęli uprawiać takie gierki psychologiczne - relacjonuje. - Mamy czterdziestu świadków, którzy widzieli, jak pan mordował. Pana wspólnicy już się przyznali. Już nawet był protokół spisany, tylko żebym ja się podpisał. Oprócz tego, że ja się przyznaję, było tam napisane, że wyrażam zgodę na uczestniczenie w wizji lokalnej. My panu wszystko pokażemy, przećwiczymy wszystko na sucho, a za jakiś czas później pan przed kamerą powtórzy. Nie mogłem po prostu uwierzyć w to, co się dzieje. Jedyne, co zdołałem powiedzieć, to: nie, dziękuję.

Dla policji i prokuratury było jasne, że to Janek stoi za zbrodnią. Był w nieformalnym związku z ofiarą, utrzymywał z nią kontakty intymne. Namiętność to najczęstszy motyw. Poza tym nikt inny nie miał powodu, aby zabić Mariolę. Problem w tym, że na czas zabójstwa Janek miał niezłe alibi. Jego matka zeznała, że całą noc spędził w domu. O piątej nad ranem kilku sąsiadów widziało go, jak oddaje mleko w pobliskiej mleczarni. Prowadzący śledztwo prokurator uznał jednak te zeznania za niewiarygodne. Janka tymczasowo aresztowano. Za kratkami spędził kolejne cztery miesiące.

Pod koniec kwietnia 2001 r. śledczy otrzymali wyniki ekspertyz. Gdy je zobaczyli, długo nie mogli otrząsnąć się ze zdziwienia. Okazało się, że żaden z pozostawionych na miejscu zbrodni śladów nie należy do Janka. Nie pasują odciski palców, a wyizolowane z włosów DNA należy do kogoś innego. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Kilka dni później umorzono je z powodu niewykrycia sprawcy. Janek wyszedł na wolność.

Ale to dopiero początek historii.

Od decyzji o umorzeniu niemal natychmiast odwołał się ojciec Marioli. Postanowiono, że Janka zbada biegły psycholog. Z Warszawy. Podobno dobry. Po dwóch godzinach rozmowy sporządził grubą na kilkadziesiąt stron opinię. Stwierdził, że Janek ma "zaburzoną sferę popędu seksualnego". W osobowości dostrzegł rysy psychopatyczne. Oprócz tego Janek wykazał skłonności do sadyzmu i chorobliwą wręcz nienawiść do kobiet. Innymi słowy, był z niego idealny, podręcznikowy seryjny morderca.

Prokurator miał, czego chciał. Od ręki postawił Ptaszyńskiemu zarzut zabójstwa. Sąd nie zgodził się jednak, aby ponownie umieścić podejrzanego w areszcie. Dowodów było zbyt mało. Wystarczyły jednak, aby postawić Janka w stan oskarżenia.

Tym samym Janek mimowolnie wszedł do historii. Stał się jedynym oskarżonym, który za tak okrutny mord odpowiadać miał z wolnej stopy. Sprawę szybko podchwyciły lokalne media. Zrobił się szum, którego nie powstydziłby się sam Kuba Rozpruwacz.

W akcie oskarżenia prokurator dokładnie opisał mechanizm zabójstwa. Jego zdaniem Janek przyszedł do Marioli, żeby się kochać. Kiedy już byli w łóżku, doszło do sytuacji, która wytrąciła go z równowagi. Wpadł w furię i pobił dziewczynę. Kiedy poszła do łazienki zmyć z siebie krew, dopadł ją po raz drugi.

Wepchnął do wanny, nalał gorącej wody, a później trzymał ją w niej, aż umarła. Kiedy przestała się szarpać, poszedł po Klaudię. Wyciągnął ją z łóżka, utopił i położył na matce. Po chwili wyszedł, zamknął za sobą drzwi i ukrył gdzieś klucze.

Problemem ciągle pozostawało alibi, którego nie dało się jednoznacznie obalić. Skoro świadkowie pozostawali nieugięci, należało pomajstrować przy dacie zbrodni. W tym celu zwrócono się do biegłej z zakresu medycyny sądowej - dr Marii Rydzewskiej-Dudek: - Usłyszałam bardzo wyraźną sugestię przez telefon. Że ten człowiek nie może chodzić na wolności, bo jest to sadystyczny seryjny zabójca na tle seksualnym. On musi zostać skazany. Powiedziano mi, że trzeba ustalić czas zgonu tak, aby było to trzy dni przed odkryciem zwłok. Jeślibym stwierdziła, że śmierć nastąpiła wtedy, to Jan Ptaszyński nie miałby alibi. Nigdy wcześniej w mojej karierze coś takiego mi się nie zdarzyło. Po tej rozmowie postanowiłam przejrzeć cały materiał zawarty w aktach. I proszę mi wierzyć - doznałam szoku!

Dr Maria Rydzewska-Dudek dopatrzyła się licznych błędów popełnionych podczas oględzin. W swojej opinii podważyła podstawy aktu oskarżenia i całego procesu. Jej zdaniem zgon nastąpił nie wcześniej, lecz później. Co więcej, do zbrodni doszło zupełnie inaczej niż opisał to prokurator.

Na podstawie śladów krwi na dnie wanny biegła uznała, że niemożliwe, aby śmierć ofiar nastąpiła przez utopienie. Ślady rzekomych oparzeń opisała jako rozkład wywołany wysoką temperaturą w łazience. Swój wywód oparła na rzeczowej, naukowej argumentacji. Trudno było się spierać. Zwłaszcza ze podała też własną wersję tragicznych wydarzeń. - Pienista treść w otworach oddechowych tej kobiety nie była efektem utonięcia, lecz skrajnego przedawkowania insuliny. Mogło to być też przedawkowanie zbrodnicze. To wcale nie jest trudne. Można niespodziewanie kogoś ukłuć i potem nie ma ratunku. I w identyczny sposób mogła zostać pozbawiona życia ta malutka dziewczynka. Obie zostały zamordowane więc w innym czasie i w inny sposób, niż to Janowi Ptaszyńskiemu zarzuca akt oskarżenia - twierdzi. - W związku z tym w świetle prawa Jan Ptaszyński jest niewinny.

O swoich wątpliwościach biegła poinformowała sąd w oficjalnym piśmie. Zawiadomiła również o skandalicznych próbach wywierania na nią nacisków. Prokuratura w Białymstoku wszczęła w tej sprawie oddzielne postępowanie. Umorzono je po kilku miesiącach. Okazało się, że nie zachodzi uzasadnione podejrzenie, iż mogło dojść do przestępstwa.

We wrześniu 2005 r. w sprawie zapadł pierwszy wyrok. Na jego ogłoszenie Janek przyszedł prosto z pracy. Zdjął plecak i usłyszał, że jest skazany na dożywocie. Policjanci skuli go i z sali rozpraw odprowadzili wprosi do więźniarki. Obrońcy, gdy tylko otrząsnęli się z szoku, złożyli apelację. Rozprawa odbyła się rok później. I wtedy zrobiło się naprawdę interesująco. - Na sali pojawił się tłum dziennikarzy z lokalnej prasy - wspomina Iwona Zielinko, obrońca oskarżonego. - Już kilka dni wcześniej mieli przecieki, co ma się wydarzyć. Prokurator powołał dwóch nowych świadków. Okazali się nim współwięźniowie Jana Ptaszyńskiego. To, co opowiedzieli, było wręcz porażające.

Pierwszy zeznawał Piotr W. - recydywista, odsiadujący kolejny już wyrok za kradzieże aut. Powiedział, że podczas jednej z rozmów Janek przyznał mu się, że dokonał zabójstwa. Zwierzył się też, że był płatnym mordercą, działającym na zlecenie ukraińskiej mafii. Aby nie być gołosłownym, Piotr W. powiedział, że Janek do dziś trzyma w celi dwie sztuki broni. Miał to być karabin maszynowy kałasznikow i dubeltówka. Na sali zrobił się taki gwar, że trudno było kontynuować rozprawę. Sprawa Ptaszyńskiego coraz bardziej zaczynała przypominać film sensacyjny. Tyle że taki, w którym padają prawdziwe ofiary.

Kolejnym świadkiem był Janusz P. - też wielokrotnie skazywany za różne przestępstwa. Kategorycznie zaprzeczył zeznaniom swojego kolegi. Na dodatek powiedział, że Janek właśnie pada ofiarą spisku. Na kilka dni przed rozprawą był u nich pan prokurator. Zaproponował wolność w zamian za obciążenie Janka. Ledwie co uciszony harmider rozgorzał na nowo. Nawet sędzia się zdziwił. Zarządził przerwę. Potem... podtrzymał poprzedni wyrok.

Gdy Ptaszyński z powrotem trafił za kratki, jego współosadzonych już tam nie było. Piotra W. warunkowo wypuszczono na wolność. Janusza P. przeniesiono do więzienia o gorszych warunkach. W celi pojawiło się za to trzech policjantów. Dokonali oficjalnego przeszukania w celu odnalezienia kałasznikowa i dubeltówki. Nie udało się ich odnaleźć. Klawisze zajadów prawie podostawali ze śmiechu.

Ostatnią nadzieją była kasacja. Sąd Najwyższy ją jednak odrzucił. Ptaszyński i jego obrońcy zawarli w niej szereg hipotez. Część się nie potwierdziła. Części nie dało się sprawdzić.

PRAWDZIWY MORDERCA SIĘ ŚMIEJE

Trzy miesiące przed zabójstwem Marioli i Klaudii w bloku obok doszło do podobnego zdarzenia. Zgwałcona i zamordowana została młoda kobieta - Agnieszka D., pielęgniarka w jednym z białostockich szpitali. Sprawca działał równie okrutnie. Badania DNA wykluczyły udział Janka w tej zbrodni. Mało prawdopodobne, aby dwa zabójstwa w tym samym miejscu nie miały ze sobą żadnego związku. Aby to zweryfikować, trzeba jednak mieć podejrzanego. Sprawa Agnieszki D. wciąż figuruje w statystykach lako niewyjaśniona.

Na ulicy, przy której doszło do morderstw, w 2001 r. działał spory bazar. Przyjeżdżało tam wielu obywateli ze Wschodu. Część wynajmowała mieszkania w blokach Marioli i Agnieszki. Niektórzy handlowali też przemycanymi z Rosji i Białorusi lekami. To mogłoby wyjaśniać, skąd u Marioli pojawiła się insulina.

Od pierwszych zeznań Ptaszyński kierował śledczych na Bartka i Darka. Były mąż zawsze przecież ma motyw. Relacja łącząca Mariolę z Darkiem też była co najmniej niejasna. Podobnie jak w wypadku Janka, badanie DNA wykluczyło jednak ich obu. Zresztą, czy Bartek posunąłby się do tego, aby odebrać życie własnemu dziecku? Darek, zaraz po zabójstwie, wyjechał z Iwoną do Belgii. Pracował tam na budowie. Krótko po tym zginął w wypadku. Jeśli cokolwiek wiedział, nigdy się do tego nie przyznał.

Zostaje jeszcze jedna osoba. Wojciech R. - ówczesny partner przyjaciółki Marioli. On też zaszył się gdzieś w okolicach Brukseli. W przeszłości dość często dopuszczał się przemocy wobec kobiet. A jego zachowanie tuż po zabójstwie nawet po latach rodzić może pytania i wątpliwości. - Zrobiłam mu rentgena po kieszeniach i znalazłam kartkę z zapiskami, gdzie było wynotowane, co robił w tych dniach, kiedy to wszystko się stało - mówi dziewczyna. - Wyglądało to tak, jakby przygotowywał się do przesłuchań. Jak zapytałam, po co mu to, powiedział, że nie chce, aby ktoś go wrobił w morderstwo. Wiem, ze na komisariacie się nawet popłakał. Do dziś o tym myślę. Ale nie wydaje mi się, żeby to jednak był on -wspomina przyjaciółka, prosząc o nieujawnianie jej personaliów.

Ptaszyński siedzi w więzieniu juz siedem lat. Ma za sobą próbę samobójczą. Nieudaną, ale zapowiada, że będzie próbował ponownie. Czeka z tym tylko, aż umrze jego matka. I tak dużo się nacierpiała. Nie chce sprowadzać na nią kolejnej tragedii. Ojciec umarł zaraz po tym, jak go aresztowano. Nie doczekał wyroku. To chyba lepiej. Ale Janek nie mógł być na pogrzebie. Czasem modli się do niego o jakieś wsparcie. Jak ma lepszy dzień, pisze pisma. Gdziekolwiek. Żebrząc o jakąkolwiek pomoc.

Zwracał się do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Prezydenta prosił o ułaskawienie. Ten zwrócił się jednak o opinię do sądu, który go skazał. Sędziowie odpisali, ze wyrok był słuszny, a proces odbył się z zachowaniem wszelkich możliwych standardów. Efekt? Odmowa. Jedynie Helsińska Fundacja Praw Człowieka zaliczyła go do tak zwanej kliniki niewinności. Sam Janek nie ma złudzeń. Przez okno raczej zawsze będzie widział już tylko kraty. Gdyby była kara śmierci, to pewnie byśmy dzisiaj nie rozmawiali - mówi. - I w sumie szkoda. Może tam, u Marioli, jakaś sprawiedliwość jeszcze jest.

Tu nie ma już na co czekać. Bo na co? Można tylko gnić i wyobrażać sobie, jak śmieje się ze mnie gdzieś prawdziwy morderca.