Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Waldemar Łysiak

Sto wcieleń "Szakala"

 

Franciszek Vidocq - 1775-1857

 

 

1

Urządzacie się tak, aby galernik był wyraźnie oznaczony, znany, napiętnowany, a potem myślicie, że obywatele będą doń mieli zaufanie, kiedy społeczeństwo, sąd, otoczenie, nie mają go zgoła! Skazujecie go na głód lub zbrodnię. Nie znajduje pracy, zmuszony jest, z konieczności, wrócić do dawnego rzemiosła, które wiedzie go na rusztowanie. Tak więc, mimo iż chciałem poniechać walki z prawem, nie znalazłem dla siebie miejsca pod słońcem. Jedno mi odpowiada, to jest uczynić się sługą tej potęgi, która ciąży nad nami.

(Honoriusz Balzac, Ostatnie wcielenie Vautrina, tłum. Tadeusza Boya-Żeleńskiego)

 

Był początek drugiej dekady XIX stulecia, gdy bankierzy francuscy poinformowali policję, że w Paryżu pojawiły się świetnie podrobione fałszywe banknoty. Chociaż eksperci stwierdzili, że banknoty wykonywane są ręcznie, co wykluczało masowość produkcji, sprawę uznano za niezmiernie ważną i na jej zlikwidowanie przeznaczono duże środki. Wszystkie banki, domy gry i większe sklepy zostały wzięte pod stałą obserwację. Jedynym rezultatem było zidentyfikowanie młodzieńca, który posłużył się fałszywym biletem płatniczym. Był to malarz-miniaturzysta, co stanowiło poszlakę, lecz nie dowód.

Przypuszczając, że to on fabrykuje "miniaturki", które tak rozwścieczały finansistów, powstrzymano się od aresztowania, by dać mu czas na stworzenie kolejnego dzieła. Dopiero po kilkunastu dniach paryska "bezpieka" wkroczyła do mieszkania malarza. Najlepsi spece prefektury od rewidowania domów przeszukali każdy centymetr pomieszczenia, rozkładając wiele sprzętów na elementy pierwsze. Mijała godzina za godziną i nie znajdowano niczego podejrzanego.

Wraz z policjantami wszedł do mieszkania człowiek różniący się od nich strojem i wyglądem. Miał pooraną zmarszczkami, choć młodą twarz, przenikliwe oczy, oszczędne ruchy i barczystą sylwetkę, lekko przygarbioną, jakby wiecznie czaił się do skoku. Było w nim coś ze ściśniętej sprężyny. Przez cały czas milczał i miast rozpruwać poduszki, przyglądał się czynnościom kolegów lub patrzył w jakiś punkt. Momentami mogło się wydawać, że śpi.

Rewizja zakończyła się kompletnym fiaskiem. Późnym wieczorem szef Wydziału Bezpieczeństwa prefektury, Henry, dał znak do odwrotu. Ostatni agenci zniknęli już w drzwiach, gdy malarz uśmiechnął się drwiąco i rzucił krótkie jak błysk spojrzenie na piecyk stojący w centrum pokoju, uprzednio dość dokładnie przeszukany. I wtedy ów milczący osobnik krzyknął: "Stój!", zawrócił do pokoju i zdjął pokrywę pieca. Pod nią znalazł bardzo sprytnie ukryte: banknot oryginalny, który służył jako wzór, i rozpoczęty już rysunek banknotu fałszywego. Potem, gdy fałszerza wyprowadzono (wylądował jako więzień stanu w Vincennes), milczek wziął do ręki leżącą na stole rycinę i zamyślił się. Dziwnym zrządzeniem losu przedstawiała ona egzekucję skazanego za fałszowanie asygnat.

Agenta, który zdemaskował fałszerza, nie spotkała za to żadna nagroda i nikt się nie zdziwił ani nie zachwycił, że to on, a nie kto inny, wykazał wspaniały refleks i spostrzegawczość. Dlatego przecież go wzięto, że miał "oczy na plecach", że był złodziejem, fałszerzem i bandytą i był lepszy od wszystkich policjantów Francji, których kiwał tak długo, aż uznano go za "króla galer".

I nikt wówczas nie miał jeszcze pojęcia, że ten człowiek to pierwszy w dziejach wielki detektyw i że wraz z nim narodzi się pierwsza komórka i w ogóle kształt nowożytnej policji kryminalnej. Konkretnie: paryska Sûreté. Tym bardziej nie można było wówczas przewidzieć, że kilkadziesiąt lat później niejaki pan Balzac uczyni z tego człowieka bohatera najlepszych tomów swej Komedii ludzkiej. Człowiek ten nazywał się Vidocq.

 

2

Przeciętny zjadacz komiksów i opowieści kryminalnych jest przekonany, że najstarsze i najbardziej obrośnięte awanturniczą tradycją policje kryminalne to Scotland Yard i FBI, zaś pierwszym detektywem świata był osławiony Allan Pinkerton. W rzeczywistości najstarszą policją kryminalną jest Sûreté, a pierwszym Sherlockiem Holmesem był Franciszek Eugeniusz Vidocq. W roku, w którym Pinkerton wyszedł z łona matki (1819), na sam dźwięk nazwiska Vidocq największe asy przestępczego podziemia między Alpami a kanałem La Manche i Pirenejami dostawały gęsiej skórki. Ale o Vidocqu wie się tysiąckroć mniej niż o Pinkertonie, po którym została duża baza źródłowa. Właściwie nie wie się prawie nic poza tym, co pochodzi z jego własnych ust.

Niestety, nie sposób uznać ust Vidocqa za pewne źródło jego biografii. Wyławianie prawdy z jego zwierzeń jest rodzajem gimnastyki akrobatycznej uprawianej na przyrządach historii.

Gdyby chociaż on sam pisał te zwierzenia. Pod nazwiskiem Vidocqa wydano 6 prac, lecz dzisiaj już wiemy, iż żadna z nich nie jest jego bezpośredniego autorstwa. Przykładowo: Pamiętniki Vidocqa (Paryż 1828-1829) napisali dwaj publicyści, Lheritier i Morice, Złodziei (1836) pisarz Edme Bourg alias Saint-Edme, Prawdziwe tajemnice Paryża (1844) Alfred Lucas, a Podsmażaczy z Północy *[Podsmażacze - nazwa band rozbójniczych, grasujących we Francji w czasach Rewolucji i Cesarstwa, i wyróżniających się szczególnym okrucieństwem. Wsadzali oni nogi swych ofiar w ogień, by wydobyć informacje o ukrytych pieniądzach. Na rozkaz Napoleona bandy te bezlitośnie eksterminowano.] (1845-1846) August Vitu. Jedyna duża biografia Vidocqa, napisana przez jego protektora i obrońcę, głośnego adwokata Karola Ledru (1857), była oparta na tych półapokryfach i na osobistych deklaracjach Vidocqa, toteż jej wartość źródłowa jest równie dyskusyjna.

Można tu dlatego mówić o półapokryfach, że prawdopodobnie Vidocq inspirował niektóre z tych wydań i udzielał informacji ich autorom. W przypadku Pamiętników jest to najzupełniej pewne (Vidocq autoryzował je) i dlatego one właśnie są najciekawszym źródłem do poznania Vidocqa-detektywa. Ale nie Vidocqa-człowieka. Gdyby przyjąć treść Pamiętników za w pełni dobrą monetę, to mielibyśmy sylwetkę człowieka ukształtowanego na obraz i podobieństwo Boże: samarytanin, wzór szlachetności i uczciwości, całkowicie nieprzekupny strażnik praw i obyczajów, sumienie policji, nieomal idealista. W tym układzie tylko wyjątkową złośliwością losu można by wytłumaczyć fakt, iż Vidocq, zanim stał się policjantem, miał na karku kilkanaście wyroków i uchodził za jednego z najbardziej niebezpiecznych złoczyńców we Francji *[Oto charakterystyczna ciekawostka dotycząca umizgów Vidocqa wobec społeczeństwa: Karty tytułowe jego Pamiętników zawierają nadruk: "Egzemplarze nie opatrzone moim podpisem są fałszywe i wydane bezprawnie". Egzemplarz, który leży obok mnie, gdy piszę te słowa, posiada podpis Vidocqa i wewnątrz, tym samym atramentem, poprawkę jednego tylko błędu drukarskiego: wszędzie tam, gdzie słowo Dieu (Bóg) odbito małą literą, Vidocq poprawił ją na dużą.].

Na tym, że Sûreté nie ma takiej sławy, na jaką zasługuje, a więc większej od Scotland Yardu i FBI, również zaciążył cień Vidocqa. Od przeszło stu lat szefowie francuskiej policji kryminalnej wstydzą się, że jej ojcem, a ich poprzednikiem, był przestępca i wolą, by jej początki ginęły w mroku tajemnicy. Już pierwszy przełożony Vidocqa, prefekt Pasquier, mimo że Vidocq oddał mu kolosalne usługi, wspomina o nim w swych 6-tomowych pamiętnikach tylko jeden jedyny raz i to nie w tekście zasadniczym, lecz w króciutkim przypisie, używając sformułowania: "niejaki Vidocq" i nie dodając żadnych szczegółów biograficzno-zawodowych. Spróbujcie je znaleźć w pamiętnikach innych policjantów. Nie ma tam Vidocqa, nie istnieje człowiek, przed przyjściem którego francuska policja kryminalna działała na podobieństwo ślepca biorącego udział w zabawie w berka.

 

3

Czytelnikowi, który wie już, jak wspaniałym aparatem policyjnym dysponował Fouche, i nie może zrozumieć owego porównania francuskiej policji kryminalnej przed Vidocqiem ze ślepcem, winien jestem wyjaśnienie. Konkretnie: poinformowanie o dość skomplikowanym (w praktyce) systemie organizacyjnym oraz metodach i kierunkach działania policji napoleońskiej.

Coś w rodzaju zorganizowanej policji pojawiło się we Francji w dobie Ludwika XV, który miał swego Fouchego w osobie de Sartinesa. Ludwik XVI miał Lenoira, Rewolucja różne Komitety, Komisje i Legiony policyjne. Dyrektoriat pierwszy wprowadził ministerium policji (1796). Wszystko to jednak było wielkim chaosem, a działanie opierało się na doraźnej improwizacji.

Sytuacja zmieniła się, gdy w roku 1799 stanowisko ministra policji objął Fouche, a jeszcze bardziej w roku 1800, gdy powstał urząd prefektury policji. W ten sposób, na polecenie Napoleona, policja została scentralizowana i ujęta w ściśle określone karby organizacyjne.

Organizacja ta, zwarta formalnie, była jednak w praktyce mocno niespójna i zagmatwana, krzyżowały się w niej najróżniejsze interesy i wpływy. Na papierze wszystko podlegało Fouchemu, lecz w rzeczywistości, zwłaszcza do roku 1810, w napoleońskiej Francji rywalizowały ze sobą następujące policje: ministerstwa policji, prefektury paryskiej, ministerstwa poczt, ministerstwa spraw zagranicznych, komendantury wojskowej Paryża, żandarmerii, wielkiego marszałka dworu i dowódcy gwardii, nie mówiąc o wywiadzie i półprywatnych policjach empirowych dostojników. Napoleon, dymisjonując w roku 1810 Fouchego, zamierzał skończyć z tym chaosem, co tylko częściowo się udało.

W całym tym układzie rzeczą najistotniejszą był fakt, że - podobnie jak za Burbonów i jeszcze wcześniej - wszystkie policje skupiały swój wysiłek na walce z politycznymi przeciwnikami reżimu bądź między sobą. Temu i wyłącznie temu politycznemu celowi oddawały się dotychczasowe służby policyjne w historii, i to nie tylko we Francji, lecz na całym świecie. Sprawy bezpieczeństwa publicznego pozostawały wszędzie na marginesie. W napoleońskim Paryżu formalnie zajmowała się tym prefektura, przeznaczano jednak na ściganie złodziei i bandytów mikroskopijne środki i najgorszych ludzi (i to w bardzo niedostatecznej liczbie), pozostawiając sprawę urzędom sądowym, administracji lub wojsku.

Już około roku 1808 sytuacja ta zaczęła grozić katastrofą. Ciągłe wojny spowodowały niespotykane od dawna rozluźnienie więzów społecznych. Po kraju włóczyły się zastępy złoczyńców, wciąż zwielokrotniane przez dezerterów lub eks-żoinierzy, którzy odzwyczaili się od pracy na roli i rzemiosła, a zasmakowali w przygodzie, rozróbie, gwałcie. Naturalną koleją rzeczy większość tych mętów ciągnęła ku stolicy, przepływając przez nią lub osiadając na stałe w jej zakamarkach. Paryż zalała fala zbrodni i rabunków.

Odpowiedzialny za walkę ze zbrodniarzami szef Wydziału Bezpieczeństwa prefektury, dyrektor Henry, miał do dyspozycji zaledwie 28 sędziów pokoju, kilku inspektorów i kilkunastu niepewnych szpiclów, był więc zupełnie bezradny wobec każdej z wielu band, które hasały po Paryżu niemal w biały dzień. I wówczas, gdy napięcie sięgało szczytu, a Napoleon żądał natychmiastowego ukrócenia fali zbrodni, Henry'emu podał rękę "król galer", straszliwy Vidocq. Gwiazdka z nieba nie byłaby większą niespodzianką i nie sprawiłaby Henry'emu większej radości.

 

4

Franciszek Eugeniusz Vidocq urodził się podczas burzliwej nocy 23 lipca 1775 roku w Arras. Był synem zamożnego piekarza i postrachem wszystkich dzieci w okolicy. Od szczenięctwa okradał swego ojca, który w końcu rozeźlił się i wsadził pociechę do więzienia. To z kolei rozeźliło Franciszka. Odczekał, aż matka wydobędzie go z celi (po 10 dniach), rąbnął z domu 2 tysiące franków i czmychnął do Calais z zamiarem wyruszenia na podbój Ameryki. Kiedy zażądano odeń zbyt wiele za miejsce na statku, udał się do Ostendy, licząc, że tam znajdzie tańszego przewoźnika. Znalazł dobrą kompanię i towarzystwo "dam", po czym obudził się z pustymi kieszeniami. Zrozumiał wówczas, że pić należy rozważnie i że lepiej jest samemu rabować niż dawać się obrabowywać innym.

Popadłszy w biedę związał się z wędrowną menażerią Cotte-Comusa (ów sławny cyrkowiec był zarazem człowiekiem nader skromnym - używał mianowicie tylko jednego tytułu: "Le premier physicien de l'Univers"). Najpierw sprzątał klatki i scenę po akrobatach i cudacznikach, potem monsieur Belmate, zwany Petit-Diable, uczył go skoków, lecz skończyło się to rozbiciem nosa. Zdegustowany udającym "dzikusa z mórz południowych" członkiem trupy, Garnierem (ten z kolei pan wprawiał się w rwaniu zębami żywych kogutów), Franciszek opuścił towarzyszy i wstąpił do teatru marionetek, którego właściciel sprzedawał jednocześnie cudowne, wszechleczące mikstury (dla zwierząt i ludzi te same).

Znudzony szarlatanem wrócił Vidocq do Arras i przebłagał rodziców, by zaraz potem, nie mając jeszcze 15 lat, czmychnąć do Lilie z pewną aktorką. Gdy po trzech tygodniach uciechy wrócił, ojciec oddał go w rekruty do stacjonującego właśnie w mieście regimentu de Bourbon. Tak rozpoczął się bardzo bogaty etap w życiu Vidocqa, który można by nazwać etapem dezercji militarnej.

Walczył nasz bohater m.in. pod Valmy, lecz kiedy zaczął kraść i rozrabiać (15 pojedynków, w tym 2 trupy, w ciągu tylko 6 miesięcy i przydomek "Sans-Gene"), dostał najpierw 15 dni paki, a następnie obietnicę sądu wojskowego. Wobec tego "przeniósł się" (nie pytając dowódcy o zgodę) do 11 pułku strzelców konnych, z którymi stawał pod Jemappes. Oskarżenie o dezercję doścignęło go wszakże, w związku z czym "przeniósł się" jeszcze dalej, za granicę, do Austriaków, czyli do wrogów. Dokładniej do kirasjerów Kinskiego. Atmosfera panująca w kawalerii habsburskiej nie wpłynęła jednak łagodząco na temperament Vidocqa. Wyrażając dezaprobatę dla rygoru typu "Schlag", sam się naraził na chłostę, a chcąc jej uniknąć musiał przekroczyć granicę ponownie, lecz w odwrotnym kierunku. We Francji zaciągnął się do 14 pułku piechoty. Rozpoznano go pod Rocroi, ale wybaczono (bo właśnie został ranny w kolano na polu chwały) i udzielono mu urlopu rekonwalescencyjnego.

Kurując się w Arras (rok 1793) wpadł Vidocq w rączki kochającej rosłych chłopców panny Chevalier, która miała jeszcze to do siebie, że była w dobrych stosunkach z budzącym grozę prokonsulem Lebonem. Panna Chevalier dała ukochanemu do wyboru: gilotyna lub małżeństwo. Wybrał mniejsze zło.

Małżeństwo pozwoliło mu dokładniej zgłębić naturę kobiety, zwłaszcza zaś fakt, iż kobieta zmienną jest. W kilka dni po ślubie ujrzał oficera kawalerii skaczącego w gaciach z okna swej sypialni. Domyślając się, że konduita małżonki upodobni go wkrótce do prawidłowo rozwijającego się jelenia, Franciszek rzucił ją i wyruszył w świat na poszukiwanie bardziej honorowych insygniów męskości. Nie od rzeczy będzie dodać, że zanim to uczynił, nie omieszkał spuścić gachowi sprawiedliwego lania i że zwiał w towarzystwie swej kochanki.

O karierze militarnej Vidocqa nie warto już więcej wspominać, chociaż podobno (określenie "podobno" będzie się powtarzało z przyczyn, które już wyłuszczyłem) walcząc dzielnie w batalionie ochotników na froncie belgijskim dochrapał się stopnia porucznika (!). O wiele ciekawszy jest kolejny etap w życiu Vidocqa - etap dezercji cywilnej. Opiszę go bez przywiązywania nadmiernej wagi do chronologii, ale i samemu Franciszkowi wszystkie jego ucieczki z mamra poplątały się w końcu, tak ich było dużo.

 

5

Uciekał dziesiątki razy w sposób nierzadko najzupełniej genialny. Ale też i często wpadał, o co nie było trudno, jako że wszędzie, gdzie się znalazł, wywoływał burdy, lał oficerów, którzy dobierali się do jego kochanek, nurkował w środowiska rzezimieszków, szulerów i prostytutek, włóczył się od Paryża po Niderlandy i z powrotem z bandami ściganych przez prawo indywiduów, okradał stateczne niewiasty, którym zdarzyło się raz w życiu stracić głowę dla łotrzyka etc. Historia jego schwytań i ucieczek to fantastyczny balet z jednym wielkim solistą oraz żałosnym chórem policjantów i strażników.

Aresztowany w Brukseli spił żandarmów i zwiał. Schwytano go i wrzucono do celi w Lilie. Po kilku dniach zorganizował zbiorową ucieczkę, lecz jego olimpijski tors zakleszczył się w dziurze. Ciągnięty przez kolegów w dwie strony zawył z bólu, co ściągnęło straż więzienną. Ciśnięto go za karę do lochu w części więzienia zwanej dowcipnie Petit-Hótel. Podczas oczekiwania na grupowe przesłuchanie ukradł jednemu z żandarmów leżący na ławie płaszcz i kapelusz, w których spokojnie wymaszerował za bramę. Powstaje pytanie: po co wiecznie uciekał, czy nie lepiej było odsiedzieć krótki wyrok i mieć spokój? Otóż nie, gdyż za Vidocqiem wlokło się widmo ośmiu lat galer.

Historia ta miała miejsce w Lilie, gdzie Franciszek odsiadywał jeden z pierwszych, 3-miesięczny wyrok. W sąsiedniej celi siedział wieśniak Sebastian Boitel, skazany na 6 lat za kradzież zboża. Boitel ofiarował dobrą zapłatę za wyciągnięcie go z tiurmy, toteż dwóch współwięźniów spreparowało fałszywy nakaz zwolnienia złodzieja. Vidocq wziął w tym udział, powodowany (podobno) nie chciwością, lecz litością, Boitel bowiem często zapłakiwał się nad losem swej licznej osieroconej rodziny. Nakaz przemycono poza mury, bracia Boitela zgłosili się z dokumentem do naczelnika więzienia i wieśniaka natychmiast uwolniono. Mistyfikacja wyszła na jaw w przeciągu 24 godzin i Vidocq, wiedząc, że za fałszerstwo otrzymuje się automatycznie 8 lat ciężkich robót, ze zwykłą sobie wprawą "zdezerterował" z więzienia.

W przerwach między kolejnymi "dezercjami" dokonywał napadów, walczył z celnikami morskimi jako członek bandy kontrabandzistów niejakiego Petersa i swawolił ze swą wieloletnią kochanką i wspólniczką przestępstw, Francine Longuet. To ona, gdy siedział ponownie w Petit-Hótel, przyniosła mu na "widzenie" trójkolorową wstążkę (dostała potem za to 6 miesięcy), którą on ozdobił swój kapelusz i surdut i wyszedł, a strażnicy salutowali mu biorąc go za urzędnika państwowego. Wydostał się jednak tylko na dziedziniec więzienny. Na szczęście strażnicy przystępowali właśnie do zamurowywania dziury w murze. Vidocq podszedł, wzniecił dyskusję na temat, czy w ogóle można byłoby się wydostać tą dziurą i w końcu sam "spróbował", po czym kazał (z drugiej strony muru) kończyć robotę i "udał się do swego biura".

Znalazłszy się w więzieniu dla groźnych przestępców w Douai, trafił do celi, w której starzy kumple, Defosseux i Doyennette, już zaczęli robić podkop. Po 55 dniach został im tylko jeden kamień do rzeki, ale gdy go odwalili, woda zalała celę. Musieli wzywać pomocy i zamknięto ich w pojedynkach. Od strażnika, który bał się, że zostanie oskarżony o współudział, wyszantażowali nóż i dwa wielkie gwoździe do wydłubywania tynku, ale przed skończeniem tej nowej pracy skuto ich ciężkim łańcuchem. Wtedy Defosseux wyjął z pewnego bardzo intymnego miejsca etui, w którym znajdował się pilniczek. Vidocq drwił, że ma zioła, od których pękają kajdany, i tak zaczęła się rodzić legenda. Ostatecznie zwiali z Douai, gdyż Vidocqowi udało się (podczas widzenia z adwokatem w korytarzu więziennym) zrobić odcisk zamka, na podstawie którego Defosseux sfabrykował klucz.

Schwytany raz jeszcze Franciszek umknął z powozu, którym odwożono go do Douai. Narozrabiał w Dunkierce, złapano go i ponownie wylądował w Douai, a wykonany bagnetem podkop zaprowadził go, niestety, do królikami strażnika, którego żona narobiła wrzasku. Po kolejnej ucieczce wylądował w paryskim Bicetre. Już po 12 dniach zorganizował masową ucieczkę. Nieudaną. Wtedy dopiero wlepiono mu owe osiem lat i odstawiono na galery bresteńskie.

 

6

Galery nie spodobały się Vidocqowi. Towarzystwo również. Skuto go m.in. z członkami sławetnego rodu zawodowych morderców Cornu, którzy bardzo pieczołowicie kultywowali tradycje rodzinne zaprawiając swe potomstwo do mordów nieomal od niemowlęctwa i przyzwyczajając je zabawkami z ludzkich czaszek. Zwiał więc z Brestu w przebraniu marynarza, co nikogo nie bulwersowało, albowiem powszechnie już było wiadomo, że Vidocq wychodzi z ciupy wtedy, kiedy mu się znudzi lub zbrzydnie. Tu już nie ma żadnego podobno: Vidocq był rzeczywiście nie do utrzymania w kajdanach.

Zatrzymany na drodze przez zwykły patrol podał się nasz bohater za Duvala, marynarza z Saint-Malo. Niewiele to pomogło, ale też nowe aresztowanie dało mu okazję do jednego z najznakomitszych wyczynów w karierze. Zwiał mianowicie w przebraniu siostry zakonnej! Po drodze jakiś proboszcz przyjął siostrzyczkę serdecznie, nakarmił i położył do jednego łóżka z dwiema młodymi dziewczętami! (Wyobraźmy sobie całonocną mękę biedaka - jak mu nie współczuć?)

Przez jakiś czas Vidocq parał się handlem i krawiectwem, ba, został nawet... zakrystianem i nauczycielem pobożnych młodzianków w Ambercourt. Oddawał się temu godziwemu powołaniu do czasu, gdy zakonnicy nakryli go na strychu z 16-letnią uczennicą. Chociaż przysięgał, że nauczał ją tylko klasyki, został przez wieśniaków ciężko pobity.

Kurował się w Holandii. W Rotterdamie spito go i przymusowo zaokrętowano. Wzniecił bunt na statku, uciekł do Dunkierki i znalazł się na pokładzie korsarskiego brygu "Barras". Ale znowu powinęła mu się noga i musiał wracać do Brestu. W obawie, by nie zwiał, skuto go podwójnymi kajdanami i zawleczono na galery tulońskie do sławnej celi nr 3, a strażnicy wzięli sobie za punkt honoru, że odrą "króla galer" z monarszego tytułu. A jednak to on odarł ich z pensji, uciekając w roku 1799 w przebraniu więziennego chirurga. Legenda, która otaczała go od dawna, sięgnęła szczytu: mówiono, że potrafi przenikać przez mury i rozmiękczać żelazo.

Przez pewien czas napadał na dyliżanse z bandą niejakiego Romana, potem ukrywał się u owdowiałej matki w Arras, wyjechał do Paryża, gdzie założył sklepik. W Boulogne (między Paryżem a Boulogne uciekał z więzień w Douai i z Baupaume) wszedł w służbę korsarza Lebela, a gdy ten zginął w walce, przedzierzgnął się w skórę nieboszczyka (byli podobni) i jako Lebel wstąpił do artylerii. Zdemaskowano go i po raz n-ty osadzono w Douai, skąd uniknął, skacząc z wysokiej wieży do rzeki.

W ciągu kilku następnych lat Franciszek uprawiał wędrowne kramarstwo i prowadził w Paryżu skromny sklepik, z którego dochody ledwie starczały na opłacenie milczenia szantażujących go kumpli i czyniącej to samo byłej żony, która przechodząc z rąk do rąk zdążyła zejść na samo dno. Nie było mu wesoło. Z jednej strony nieustannie obawiał się policji, z drugiej francuskie oprychy utrudniały mu życie w myśl zasady "bij mistrza". Asturyjscy wieśniacy opowiadają, że w każdym miocie wilczym znajduje się jedno szczenię wyjątkowe, które matka natychmiast zabija, gdyż dorósłszy pożarłoby własnych braci. Osobowość Vidocqa sprawiała, że jego kompani mieli podobne przeczucie.

Marzył, by się od nich uwolnić, a zarazem zemścić za to, że go kilkakrotnie sypali i zaświtała mu pewna myśl. (Doskonale wyłożył ją Balzac - vide motto). Wahał się - była to myśl hazardowa, lecz nie wahał się długo, gdyż zgodnie ze słowami Drouona: "Cechą ludzi silnych nie jest to, że nie znają wahań i wątpliwości, lecz to, że je szybciej przezwyciężają". Vidocq zgłosił się do Henry'ego i zaoferował swe usługi w charakterze "moucharda" (w gwarze przestępczej "kucharza"), czyli po prostu szpicla.

To, na co się zdecydował, było kompromisem, gorszym od pełnej wolności, lecz o wiele lepszym od wiecznej niepewności i chodzenia na palcach. Kompromis nie znajduje łaski u pozerów, lecz mądrzy nie zawsze nim gardzą. Wilhelm Tell niewątpliwie zrobiłby rozsądniej idąc na kompromis wobec Gesslera niż narażając życie swego dziecka.

 

7

Przyjmowanie przestępców na usługi policji miało we Francji długą brodę. Stosował to już de Sartines, a także Lenoir. Henry był uczniem Lenoira i praktykował tę metodę, mając m.in. na swym żołdzie przebiegłego złodziejaszka, Żyda Gaffré, któremu zresztą oddał początkowo Vidocqa w charakterze pomocnika. Henry wiedział jednak, że "król galer" to osobistość nie stworzona do słuchania, lecz do wydawania rozkazów, i że trzymając go na stanowisku zwykłego agenta marnuje kapitał zdolności tego człowieka. Nie zamierzał długo czekać z decyzją, tym bardziej że był to czas decyzji. W roku 1810 bowiem Napoleon dokonał zmiany nie tylko na stanowisku ministra policji, lecz również w paryskiej prefekturze.

Nowy prefekt, baron Stefan Pasquier, był urzędnikiem przebiegłym i energicznym, lecz niewiele wiedzącym o funkcjonowaniu policji. Jedno tylko wiedział doskonale: że albo natychmiast poskromi przestępczość, albo jego kariera polityczna stanie w dryfie. Z konieczności więc zdał się na Henry'ego i jego rady. A Henry poradził mu przede wszystkim przeczytać memoriał, jaki Vidocq złożył w prefekturze. W memoriale tym eks-galernik proponował powierzenie mu kierownictwa zespołu byłych przestępców, tłumacząc, iż tylko przestępcy mogą skutecznie zwalczać przestępczość. I propozycję tę przyjęto!

Oczywiście nie bez oporów. Wspomniałem już, że Pasquier "zaszczycił" mego karowego asa w swych pamiętnikach jedynie kilkuzdaniowym przypisem, w którym wyrażał się o Vidocqu w sposób obelżywy, przypisując mu wiele zła i podkreślając, że nigdy nie wpuścił tego łotrzyka do swego gabinetu i że utrzymywał z nim kontakt wyłącznie za pośrednictwem Henry'ego. Pasquier wstydził się Vidocqa.

Na szczęście nie wstydził się Napoleon. Nie ulega bowiem wątpliwości, że bezprecedensowa decyzja prefektury musiała być zaakceptowana przez cesarza. Bonaparte czuł już zbliżającą się wojnę z Rosją i chciał, by w czasie jego nieobecności w Paryżu panował ład i porządek. W dążeniu do swych celów monarcha był skończonym pragmatykiem. Gdyby moralność miała decydować o nominacjach, nie miałby kim obsadzić większości najbardziej odpowiedzialnych stanowisk. Kiedy odwoływany ze stanowiska minister finansów żalił się, że niesłusznie otrzymał dymisję, gdyż nie zdefraudował ani jednego franka, Napoleon odparł gniewnie:

- Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie!

Moralnością jeszcze się zajmiemy, na razie powróćmy do Vidocqa. Cesarz wiele słyszał o "królu galer", a mając genialnego szpiega, chciał mieć również genialnego agenta kryminalnego (wyraz: detektyw nie był jeszcze wówczas w użyciu).

Zapomniałem tylko dodać, w jaki sposób Vidocq wkupił się w łaski policji (tego wkupienia zażądał Pasquier). Otóż uwięziono go w więzieniu Bicetre, skąd właśnie napisał do Henry'ego, że przystąpi do służby w policji, jeśli nie odeślą go na galery. Przeniesiono go do więzienia La Force jako "moutona", czyli "barana", czyli więziennego prowokatora, a następnie pozwolono "uciec", gdy już rozszyfrował wiele tajemnic i kontaktów współwięźniów z przestępcami pozostającymi na wolności. Podobno (znowu "podobno") zwiał z La Force sarn, bez pomocy policji. Miało to wyglądać następująco: zażądał ślubu ze swą ukochaną, Anną Bourgeois; ślub odbył się w gabinecie naczelnika więzienia. W spreparowanej przez zaufanego jubilera złotej obrączce Franciszek znalazł sprężynę od zegarka, którą przepiłował łańcuch. Reszta nie wymaga wyjaśnień.

Jak naprawdę było z ostatnim uwięzieniem i ucieczką Vidocqa - trudno dociec. Faktem jest jednak, że w niedługi czas potem Franciszek Eugeniusz Vidocq został postawiony na czele złożonej wyłącznie z eks-galerników Brygady Bezpieczeństwa (Brigade de Sûreté) i tak narodziła się pierwsza z prawdziwego zdarzenia policja kryminalna świata.

Jednocześnie w Paryżu zaczęły się dziać "cuda", które dla przestępców były prawdziwym trzęsieniem ziemi, więcej: Apokalipsą.

 

8

Napoleon, Savary, Pasquier, Henry i inni dużo sobie obiecywali po Vidocqu, lecz to, czego on dokonał już w pierwszych latach swej działalności, przeszło najśmielsze oczekiwania. Najpierw w Paryżu, potem w departamencie Sekwany, a następnie w jeszcze większym promieniu, rozpoczęła się taka rzeź przestępców, jakiej kryminalne podziemie Francji nie zakosztowało nigdy przedtem. Zostało ono dosłownie zmasakrowane. W swoim rekordowym roku Vidocq ujął 812 (!) morderców, włamywaczy, kieszonkowców, paserów, bandytów drogowych, szulerów, oszustów i zbiegłych skazańców. Na drugim miejscu stał rok, w którym zaniknął ponad 770 przestępców. Lokale kontaktowe, meliny i szulernie, w których nigdy dotąd nie stanęła noga urzędnika państwowego, zostały całkowicie wyczyszczone lub zlikwidowane. Zwłaszcza Paryż stał się rozpaloną blachą pod nogami ludzi wchodzących w konflikt z prawem.

Oczyszczenie stolicy z zasiedziałych i rozzuchwalonych wieloletnią bezkarnością band opryszków wcale nie oznaczało dla Brygady Bezpieczeństwa wakacji. Na miejscu zlikwidowanych pojawiały się nowe szajki i w ten sposób Vidocq był w ciągłej walce. W roku 1814 zupełnie niespodziewanie spadła na Paryż plaga nowego typu włamań "a la vanterne" - przez okna. Przybrała ona masowy charakter. W mieście szalało kilka band i na przykład w ciągu jednej tylko nocy dokonano w ekskluzywnej dzielnicy Saint-Germain trzydziestu kradzieży. Vidocq najpierw ogłosił, że należy zabezpieczać okna na noc solidnymi okiennicami, po czym wziął się do roboty i bardzo szybko ustalił, że plaga ta wiąże się z masowym powrotem z pontonów angielskich (po obaleniu Napoleona i zawarciu pokoju) więźniów wojennych, wśród których było sporo łotrzyków. Wkrótce zlikwidował kilka mniejszych grup, a następnie wyłapał co do jednego członków trzech największych band: 32-, 28- i 16-osobowej. Włamania ustały, lecz paryżanie jeszcze przez dłuższy czas zamykali szczelnie okna, nawet podczas największych upałów.

W tym samym 1814 roku udało się Vidocqowi aresztować długo nieuchwytnego arcymistrza złodziejstwa, Sablina, przestępcę równie wsławionego udanymi "skokami", co gigantyczną posturą. Wydarzenie to na długo zapisało się w pamięci szefa Brygady Bezpieczeństwa, gdy bowiem zaskoczył Sablina nocą w jego sypialni, żona złodzieja poczęła rodzić. Nie mając innego wyjścia Vidocq, który z niejednego pieca jadł chleb i znał się odrobinę na medycynie, własnoręcznie... przyjął dziecko i dopiero potem zamknął Sablina na 5 lat w więzieniu.

Sukcesy swoje osiągał Vidocq niemal samodzielnie. Początkowo miał do dyspozycji zaledwie 4 byłych galerników, potem 8, 12, 18 i w końcu 24, w większości byłych kumpli, takich jak ów spryciarz Defosseux, u którego nie można było znaleźć pilniczka nawet po rozebraniu go do naga. Posiadali oni swoją bazę w pobliżu prefektury, w posępnym gmachu przy ulicy Petite rue Sainte-Anne, i zgodnie z wydanym przez prefekturę "Regulaminem Specjalnej Brygady Bezpieczeństwa" podzieleni byli na cztery zastępy. Regulamin ten precyzował zakres ich uprawnień i obowiązków, do których należało wzorowe prowadzenie się. Vidocq rzeczywiście trzymał swych ludzi w żelaznej dyscyplinie. Próby wyłamania się spod niej groziły delikwentowi natychmiastowym odesłaniem na galery.

Bez względu jednak na to, jak prowadziła się Brygada Bezpieczeństwa, była powszechnie znienawidzona. I to nie tylko przez przestępców. Przez administracyjno-policyjny aparat Cesarstwa i Restauracji również. Większość urzędników uważała Brygadę za haniebny wrzód na ciele instytucji władzy i czyniła wszystko, by się go jak najszybciej pozbyć. Rozpuszczano o Vidocqu i jego ludziach kalumnie, od których "porządnym obywatelom" cierpła skóra, próbowano zastąpić popularny przydomek Brygady: "szary patrol", innym: "banda Vidocqa", jego samego porównywano z assasyńskim Starcem z Gór i nieustannie prowokowano do popełnienia jakiegoś przestępstwa, za które można by go było zamknąć. "Ten człowiek wykończy nas wszystkich, kiedy tylko zapragnie! - wrzeszczał niejaki Yvrier. - Boże, w jakich czasach żyjemy!"

Tymczasem Vidocq spokojnie wykańczał przestępców i kolejnymi sukcesami zamykał wrogom usta. Można rzec, iż w sposób optymalny realizował zasadę sformułowaną przez tygodnik "New Statesman": "Policja jest dobra wówczas, gdy chwyta więcej przestępców niż sama zatrudnia".

 

9

Anatomia sukcesów Vidocqa składała się z dwóch zasadniczych elementów: z jego intymnej znajomości świata przestępczego oraz z jego geniuszu detektywistycznego.

Żyjąc przez prawie 20 lat wśród przestępców Vidocq znał doskonale wszystkie nazwiska, pseudonimy, hasła, kontakty, meliny, sposoby działania oraz "szwargot" (sławny francuski "argot"), czyli gwarę przestępczą i "drogi mówiące", czyli sekretną sygnalizację (znaki na murach, gesty rąk i palców etc.) bandytów, żebraków i cyganów, co pozwoliło mu zadać pierwsze piorunujące ciosy. Później, gdy przyszły nowe generacje kryminalistów, opierał się na świetnie rozbudowanej sieci informatorów oraz na dedukcji wspomaganej znajomością psychiki przestępców.

Pisał sam: "Trzeba umieć przewidywać zamiar zbrodni i znać tych, którzy chcą ją popełnić". Jemu często się to udawało. Czyż nie jest to najwyższa szkoła jazdy w świecie walki z przestępczością? Starał się mieć "barana" w każdej bandzie, a jego siatka szpiegoska, swoisty "Interpol", obejmowała pół Europy (Francję, Belgię, Niemcy, Włochy i Anglię). Miał znakomitą kartotekę przestępców i wiadomości, ale najważniejsze rzeczy zachowywał dla siebie. "Moje archiwum jest tu" - mawiał wskazując swoją potężną czaszkę.

Przestępcy nienawidzili go, ale i szanowali. Doszło w końcu do tego, że szef policji Vidocq stał się "bankierem galerników" - chwytani i zamykani przezeń zbrodniarze powierzali mu swoją gotówkę. Oczywiście nie była to operacja zbyt legalna, lecz Vidocq gwizdał na to. Prowadził wojnę ze społeczeństwem i jako przestępca, i jako policjant, tylko że w tym drugim wcieleniu był o wiele bardziej niebezpieczny - wiedział wszystko o wszystkich i kontrolował wszystko. Włożone przez Balzaca w usta Vautrina słowa, które umieściłem w motcie, powiedział Vidocq Balzakowi w bezpośredniej rozmowie. Są one niemal dosłownym powtórzeniem pełnego goryczy i zakamuflowanej nienawiści do społeczeństwa zdania z Pamiętników: "Formalnie galernik po opłaceniu się społeczeństwu przebytą karą jest człowiekiem wolnym. Niestety, w naszym społeczeństwie uwolniony galernik pozostaje na zawsze galernikiem. Kamienne więzienie otwiera mu swe bramy, ale pozostaje to szklane więzienie, które mu będzie towarzyszyć do końca życia". Dlatego właśnie Vidocq, chociaż odsyłał na galery z wydajnością straszliwego kombajnu, to również pomagał potem zwolnionym galernikom w adaptacji społecznej. Ale wróćmy do detali.

Oprócz stałych agentów współpracowali z Vidocqiem (ochotniczo bądź zmuszeni) liczni prowokatorzy i szpicle "nie zrzeszeni", którzy węszyli dlań na ulicach, w spelunkach i więzieniach. W tym ostatnim przypadku urządzano im od czasu do czasu "ucieczki" lub nawet fingowano śmierci i "reinkarnowano", co zapewniało nieprzerwany strumień informacji. Były wśród nich i kobiety, jak chociażby wdowa po sławnym złodzieju Germainie Boudier, która za złodziejstwo przesiedziała 6 lat w Dourdans, po czym nawiązała kontakt z Vidocqiem i stała się jego najlepszym damskim szpiclem. Szef "bezpieki" zabierał często "religijną" (ten przydomek nadano jej w więzieniu, gdzie udawała dewotkę) ze sobą, jadąc w teren na śledztwo, podczas którego trzeba było "podejść" kobiety.

Jednocześnie sam Vidocq wielokrotnie przenikał do przestępczego podziemia w różnych przebraniach. (Był fenomenem charakteryzacji - w roku 1832 wyprowadził w pole swego zwierzchnika, prefekta Gisqueta, odwiedziwszy go w przebraniu arystokratki i Gisquet na powitanie... pocałował "hrabinę" w rękę!) Wielokrotnie też w czasie swoich wypraw dosięgał Vidocq granicy, spoza której się nie wraca, lecz udawało mu się wyjść cało z opresji dzięki bystrości umysłu, świetnej sprawności fizycznej i umiejętności w posługiwaniu się każdym rodzajem broni. W starciu przeciwko nie więcej niż trzem przeciwnikom był praktycznie nie do pokonania.

Nad pojedynek fizyczny przedkładał Vidocq rozgrywkę intelektualną, mającą na celu zmuszenie przestępcy do przyznania się. Zmuszenie bez posługiwania się torturami! Powyższe zdanie opatrzyłem wykrzyknikiem nie bez przyczyny. Tortury zostały we Francji zniesione w roku 1789, ale tylko na papierze. Nienawidzący bezprawia Napoleon wydał surowy zakaz stosowania okrucieństwa wobec więźniów, zniósł w całej Europie Świętą Inkwizycję i w swym pierwszym liście do nowego ministra policji, Savary'ego, umieścił zdanie: "Dobra policja nie daje się powodować namiętnościom i obca jest jej nienawiść". Nienawiść nie była jednak obca Savary'emu, który najchętniej zadusiłby własnoręcznie i bez sądu każdego adwersarza "boga wojny". W rezultacie podczas badania więźniów niezbyt dokładnie przestrzegano humanitarnych reguł sprecyzowanych w napoleońskim Kodeksie postępowania śledczego z roku 1808.

Vidocq nie stosował tortur. Uważał po prostu, że dedukcja i dowodzenie oparte na konfrontacjach i zeznaniach świadków jest rzeczą o wiele skuteczniejszą. Takie właśnie metody śledztwa, czyniące z Vidocqa pierwszego autentycznego Sherlocka Holmesa w dziejach, stanowiły część dokonanej przezeń "rewolucji" policyjnej. Część drugą stanowiły jego metody identyfikacji przestępców. A konkretnie "parada więźniów", pozwalająca stworzyć "portrait parle" (mówiony portret).

W lutym 1890 roku Van Gogh namalował nieco demoniczny, utrzymany w niebieskich tonacjach obraz pt. Parada więźniów, będący dokładną, tyle że kolorową kopią sztychu Gustawa Dore z roku 1872. Jak z tego widać, wynalazek Vidocqa przetrwał bardzo długo. Zresztą nawet później, gdy pojawiły się: fotografia, metoda Bertillona (mierzenie ciała) i daktyloskopia, stosowano różne odmiany "parady więźniów" - w USA jeszcze w początkach drugiej połowy naszego stulecia. Na czym to polegało?

Vidocq, który posiadał fantastyczną, nieomal fotograficzno-komputerową pamięć, dobierał sobie współpracowników o podobnych predyspozycjach, po czym w regularnych odstępach czasu odwiedzał wraz z nimi więzienia. Formowano wówczas na dziedzińcu duże koło z więźniów, którzy defilowali wolno przed agentami, i w ten sposób wdrażali im swe twarze w pamięć. Później ci agenci mogli na każde zawołanie opisać gagatków z dużą dokładnością (stąd: "portret mówiony"). Pozwalało to wyławiać w śledztwie recydywistów, wobec których samo archiwum dokumentacyjne (a rozbudowywał je Vidocq w sposób wzorowy) było bezradne - wystarczyło, że przestępca nie posiadający znaków szczególnych podał inne nazwisko niż uprzednio.

 

10

Dla zilustrowania tematu wybrałem kilka z wielu ciekawych dokonań Vidocqa w walce z podziemiem przestępczym:

Dość ciężką przeprawę miał ze sławnym złodziejem i lowelasem, Winterem, eks-oficerem napoleońskim o świetnych koligacjach i wykształceniu, który z pasją rozkochiwał w sobie kobiety, po czym z nie mniejszą pasją pozbawiał je majątku do ostatniego grosza. Vidocq, zmieniwszy "skórę", wkradł się w łaski jednej z kochanek Wintera i dowiedział się od niej o miejscu ich spotkań. Winter pojawił się tam w stroju pułkownika huzarów, zsiadł z konia i dopiero wówczas dostrzegł, że otaczają go panowie o smutnych twarzach. Wykazał kapitalny refleks. Jednym susem powrócił na siodło, obalił kopnięciem trzymającego już uzdę Vidocqa i umknął.

Wkrótce potem Vidocq dowiedział się, że Winter przybędzie do kawiarni "Coq Hardi". Była to jedna z trzech (obok "Złoconego Domu" i "Wielkiego Balu Chicard") najbardziej podejrzanych spelunek Paryża. Nie likwidowano ich, gdyż stanowiąc miejsca spotkań asów kryminalnego podziemia były dla policji nader użyteczne. Sala kawiarni, wszystkie wyjścia i sąsiedni bulwar Włochów zostały tak obstawione przez agentów "bezpieki", że mysz nie mogłaby się prześliznąć. Winter dostał 8 lat więzienia, a następnie, za fałszerstwo popełnione w Bicetre, kolejne 8 lat, tym razem galer. Vidocqowi musiało to przypomnieć przeszłość - on również dostał feralną ósemkę za fałszerstwo popełnione w celi.

Do najbardziej pasjonujących w detektywistycznej karierze Vidocqa należała rozgrywka z Wielkim Raoulem. Były kontrabandzista Clair Raoul popełnił morderstwo, nie pierwsze zresztą, i policja nie była mu w stanie niczego dowieść. Dopóki sprawą nie zajął się Vidocq.

Oficjalnie Raoul prowadził spelunę, będącą w rzeczywistości punktem kontaktowym przestępców. Po długich zabiegach Vidocqowi udało się z nim zaprzyjaźnić. Pewnego razu bandyta wziął "przyjaciela" do zakonspirowanego mieszkania i wówczas szef Sûreté zrzucił maskę i przystąpił do rewizji. Zaskoczony Raoul szybko się opanował i sam wręczył Vidocqowi klucze do sekretarzyka, a gdy ten otwierał szuflady, sięgnął po pistolety. Został obezwładniony i przewieziony do więzienia.

Był to dopiero pierwszy akt tej gry, w której Vidocqowi zależało na udowodnieniu Wielkiemu Raoulowi zabójstwa pewnego rzeźnika. W sekretarzyku znalazł coś, co od biedy mogłoby służyć za dowód, lecz dobra obrona nie miałaby trudności z obaleniem lub przynajmniej wymanewrowaniem takiego dowodu. Vidocq potrzebował przyznania się przestępcy. Dlatego też udał się nocą do celi Raoula i zaczął zadawać pytania śpiącemu, szepcząc do ucha. I bandyta... odpowiadał! Był to oczywiście mało zrozumiały bełkot, lecz gdy po kwadransie tego somnambulicznego przesłuchania Raoul obudził się i pojął sytuację, był całkowicie zdezorientowany - nie wiedział, co i ile wyznał przez sen. Vidocq, rzecz prosta, robił minę usatysfakcjonowanego "przyznaniem się" przestępcy. Teraz śledztwo zaczęło się szybko zbliżać do finału. Gdy Sûreté ujęła wspólnika mordercy, Courta, po serii przesłuchań i wizji lokalnej Raoul załamał się i przyznał.

Przed oddaniem sprawy w ręce sędziów Vidocq chciał jeszcze ująć trzeciego wspólnika zbrodni, Pons Gerarda, którego wydali Court i Raoul. Odnalazł go na dalekiej prowincji i podając się za przyjaciela tamtych dwóch poinformował o ich aresztowaniu. Lubił się Vidocq bawić z przestępcami za pomocą dowcipnych dialogów, kończonych niespodzianką. Ot, taka niewinna profesjonalna słabość. Rozmowa z Pons Gerardem ilustruje to wyśmienicie:

Pons: - Kto ich wziął?!

Vidocq: - Vidocq.

P: - S...n! Nigdy go nie spotkałem, ale dałbym butelkę wina temu, kto by mi go pokazał. Załatwiłbym go od razu!

V: - E tam, tak się tylko mówi. Gdybyś go naprawdę spotkał, poczęstowałbyś go winem (tu Vidocq sięgnął po napełnioną szklankę).

P: - Co?! Prędzej bym zdechł!

V: - Masz rację, prędko zdechniesz. Ja jestem Vidocq. Aresztuję cię. Clement, załóż panu "obrączki".

Vidocq nie odmówił sobie przyjemności asystowania przy egzekucji Courta i Raoula. Court, który zostawił żonę i dzieci, płakał. Raoul był spokojny i pocieszał go. Pons Gerard został dożywotnio osadzony na galerach.

Największą sławę detektywistyczną przyniosło Vidocqowi oczyszczenie dworu Ludwika XVIII z fałszywych arystokratów oraz przestępców, którzy sięgnęli po dygnitarskie stanowiska. Zapewne niejeden z czytelników Hrabiego Monte-Christo powątpiewał w możliwość brylowania w wielkim świecie człowieka nikomu nie znanego, a posługującego się arystokratycznym tytułem. W dobie Restauracji, a więc prawie sto lat przed kapitanem z Köpenick, realność takich mistyfikacji została wielokrotnie dowiedziona.

W owym czasie Tuileries było - jak twierdził Vidocq - prawdziwym kłębowiskiem żmij, pełnym eks-galerników i wielkich bandytów poubieranych w maski hrabiów, baronów, szambelanów etc. Do najniebezpieczniejszych należeli: de Fenelon, który po 7 latach Bicetre osiągnął stanowisko kamerjunkra, Jalade - fałszerz, który po 8 latach ciężkich robót został zarządcą majątków królewskich, Morel, który zemknąwszy z galer Brestu dostał się do kancelarii królewskiej, Stevenot, również uciekinier z Brestu, który otrzymał stopień pułkownika, Menegaut alias Maugenest, który po kilku wyrokach stał się nadwornym poetą Burbonów, Coignard - fałszywy hrabia Pontis de Sainte-Helene, którego Ludwik XVIII udekorował zdjętym z własnej piersi Krzyżem Świętego Ludwika, i wreszcie największy z nich wszystkich, mający za sobą wyrok śmierci zawodowy morderca Guy de Chambreuil, który w roku 1815 był wielkim koniuszym i prefektem policji pałacu królewskiego! Wszyscy oni zostali rozszyfrowani przez Vidocqa.

Najtrudniejsza była rozgrywka z Chambreuilem, byłym więźniem Brestu, osławionej celi nr 3 w Tulonie (trzymano w niej najniebezpieczniejszych przestępców) i więzienia w Embrun. Z Embrun Chambreuil uwolnił się, wysyłając do przejeżdżającego przez miasto księcia d'Angouleme pismo, w którym przysięgał, że jest byłym powstańcem wandejskim, prześladowanym przez Napoleona za wierność Burbonom. Został natychmiast zwolniony i mianowany wysokim dostojnikiem dworu. Vidocq ujrzał go któregoś dnia w pałacowym pawilonie Flory i rozpoznał. Sam jednak był zbyt mizerną figurą, by móc tknąć królewskiego urzędnika, zwrócił się więc o pomoc do Henry'ego, ten zaś udał się na rozmowę z Chambreuilem. Szef stadnin i policji pałacowej przybrał wobec gościa arogancki ton, sądząc, że zastraszy go. Przyniosło to odwrotny skutek. Podczas rewizji w mieszkaniu Chambreuila znaleziono dokumenty kompromitujące jego i wiele związanych z nim osobistości. Przed sądem bandyta próbował udowodnić, że nie jest tym, za kogo go biorą, gdyż przez wiele lat nie opuszczał Wandei, lecz Vidocq punkt po punkcie obalił wszystkie argumenty obrony i Chambreuil skończył na galerach w Lorient.

 

11

Pensja Vidocqa wynosiła 5 tysięcy franków, miał wszelako różne poboczne, nieraz niezbyt czyste źródła dochodów, tak iż - gdy w roku 1827 złożył dymisję *[Szefostwo Brygady Bezpieczeństwa objął po Vidocqu jego wieloletni zastępca i wróg, również eks-galernik, Coco-Lacour (Louis Barthelemy)] - był zamożnym człowiekiem. Po opuszczeniu policji założył w Saint-Mande pod Paryżem fabrykę papieru i tektury, w której zatrudniał byłych przestępców. Próbował wynaleźć papier, z którego nie będzie można wywabić atramentu i wydając na eksperymenty wielkie sumy wkrótce splajtował.

Powrócił do policji po rewolucji lipcowej i oddał spore usługi, lecz w końcu 1832 roku zdymisjonowano go. Wielkiemu detektywowi marzyło się ponowne objęcie kierownictwa Sûreté. W tym celu postanowił zabłysnąć - zorganizował śmiały napad w Paryżu, po czym ujawnił jego maszynerię (oczywiście z pominięciem swojej roli) prefektowi Guisquetowi. Banda eks-galerników została jednak przychwycona przy rogatce Fontainebleau i prawda wyszła na jaw. Przed skompromitowanym Vidocqiem powrót w szeregi policji zamknął się na zawsze.

Wkrótce potem Vidocq założył w Paryżu pierwszą na świecie prywatną agencję detektywistyczną, zajmującą się śledzeniem, transakcjami handlowymi, ochroną osobistą, zwrotem rzeczy skradzionych (za niezłym procentem) oraz usługami kontrpolicyjnymi. To ostatnie powodowało liczne kolizje z prawem i koniec końców agencja została wyrokiem sądu zlikwidowana, zaś mściwa policja wtrąciła Vidocqa do celi w Conciergerie. Mimo że 500 świadków powołanych przed sąd zeznawało korzystnie dla niego, został skazany na 5 lat więzienia. Dzięki łasce królewskiej zwrócono mu po roku wolność (1843) i nic więcej - był kompletnie zrujnowany.

W latach 1845-1846 podreperował swe finanse zabawiając gawiedź londyńską na specjalnych spektaklach opowiadaniem swych przygód.

Podczas wydarzeń roku 1848 Vidocq oddał duże usługi znanemu poecie, wówczas ministrowi spraw zagranicznych, Lamartine'owi (największą z nich było uratowanie panu ministrowi życia), lecz kiedy po rewolucji chciał ponownie odgrywać znaczną rolę na arenie publicznej - odepchnięto go.

W kwietniu 1857 roku doznał paraliżu nóg i zaczął konać. W agonii wykrzykiwał:

- Mógłbym być Kleberem albo Muratem!... Mógłbym otrzymać buławę marszałkowską!...

Gdyby to ode mnie zależało, dostałby ją jako marszałek armii policyjnej wszechczasów.

Zmarł Vidocq 11 maja 1857 roku, w wieku 82 lat.

W chwili gdy umierał, trwało już inne jego życie, nieśmiertelne, które dało mu wielu ojców. Matką była literatura, pierwszym ojcem Honoriusz Balzac.

 

12

Niespokojny duch Balzaca, rzucający nim we wszystkie rozkoszne wiry, jakie oferowało życie, hazardu i miłości, a nade wszystko awantury i tajemnicy, widoczny jest w jego dziełach, które - gdyby nie geniusz autora, wnikliwie analizującego duszę ludzką - byłyby przez swą treść pospolitymi powieściami sensacyjnymi. Czyż taki człowiek mógł przejść obojętnie obok Vidocqa? Niemożliwe. Jeden z krytyków filmowych napisał, że jeśli już ma się to szczęście, że się żyje w tym samym czasie, co Marlon Brando, to należy z tego korzystać oglądając każdą jego kreację. Balzac wykorzystał to szczęście, że mieszkał w tym samym czasie i miejscu co Vidocq, i postarał się zetknąć z nim.

Biografowie Balzaca z upodobaniem opisują spotkania "Napoleona zbrodni" vel "Napoleona policji" z "Napoleonem literatury" (wg wybitnego balzakisty, Bouterona, pierwsze nastąpiło 26 IV 1834). Z relacji Leona Gozlana wiemy m.in. o wspólnym obiedzie Vidocqa i Balzaca, który przeciągnął się do rana. Właściwie był to monolog Vidocqa, który przez całą noc opowiadał swe przygody. Balzac słuchał i notował, a potem uczynił z Vidocqa bohatera wielu tomów Komedii ludzkiej. Być może głównego bohatera, bo czyż jest w całym cyklu postać ciekawsza od demonicznego geniusza zbrodni Vautrina alias Jakuba Collin, alias księdza Karlosa Herrery, alias Gaba-Morto (Ołży-śmierć)? Pod tymi nazwiskami występuje Vidocq m.in. w Ojcu Goriot, w Straconych złudzeniach, w Cierpieniach wynalazcy i w Blaskach i nędzach życia kurtyzany. Główne jego balzakowskie nazwisko, Vautrin, było autentykiem, który Balzac "kupił" od Vidocqa. Pseudo "Vautrin", co znaczy w przestępczej grypserze: odyniec, nosił Vidocq w młodości, w rodzinnym Arras, będąc postrachem dzielnicy Saint-Gery.

Charakterystyka Vautrina w Ojcu Goriot to wierny portret Vidocqa poznanego przez Balzaca:

"Był to jeden z tych ludzi, o których się mówi «tęgi chwat». Miał szerokie ramiona, rozwinięty tors, wybitnie zarysowane mięśnie, grube, kwadratowe ręce porosłe pęczkami rudej szczeci. Twarz, poorana przedwczesnymi zmarszczkami, miała wyraz twardy, któremu przeczyło łatwe i serdeczne wzięcie. Vautrin znał wszystko, okręty, morze, Francję, zagranicę, interesy, ludzi, wypadki, prawa, hotele, więzienia (...) mimo dobrodusznej miny, budziło obawy jego głębokie i stanowcze spojrzenie. Miał zwyczaj plucia na parę kroków, zwiastujący niezmąconą zimną krew, która nie cofnęłaby się przed zbrodnią, gdyby zbrodnia miała wybawić go z kłopotliwej sytuacji. Oko jego, jak surowy sędzia, wnikało w głąb każdej kwestii, każdego sumienia, uczucia (...) znał lub odgadywał sprawy tych, co go otaczali, gdy nikt nie mógł przeniknąć jego myśli ani zajęć".

W roku 1840 Balzac wprowadził postać Vidocqa na scenę w sztuce Vautrin. W wyniku głośnego skandalu sztukę zdjęto z afisza w dzień po premierze (14 III 1840) w teatrze Porte-Saint-Martin, gdyż odtwórca roli głównej, znakomity aktor Fryderyk Lemaitre, ucharakteryzował twarz na podobieństwo twarzy króla Ludwika Filipa. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zakazało wystawiania sztuki i Balzac popadł w kolejne kłopoty finansowe.

Objęcie przez "króla galer" stanowiska szefa Sûreté opisał Balzac w ostatniej części Blasków i nędzy..., w Ostatnim wcieleniu Vautrina. Przedstawicielowi aparatu sprawiedliwości Vautrin ofiarował swe usługi w następujący sposób:

"Mam wszystkie przymioty potrzebne na to stanowisko (...) Nie mam innej ambicji, jak tylko być czynnikiem porządku i władzy, zamiast być wcielonym zepsuciem. Nie wciągnę już nikogo do wielkiej armii zbrodni (...) jestem generałem galer i poddaję się. Sfera, w której chcę żyć i działać, jest jedyną, która mi odpowiada i rozwinę w niej zdolności, jakie czuję w sobie. Jestem pewny względnej uczciwości swoich łajdaków, nie igrają ze mną nigdy. Mam nad nimi prawo życia i śmierci, sądzę i skazuję, i wykonuję wyroki bez waszych formalności".

 

13

Ostatnie wcielenie Vautrina wcale nie było ostatnim literackim wcieleniem Vidocqa. W swym życiu powieściowym miał ich nie mniej niż w autentycznym. Pod różnymi nazwiskami czynili z niego swych bohaterów Aleksander Dumas-ojciec, Wiktor Hugo, Eugeniusz Sue, Fryderyk Soulie, Gerard Nerval, Paweł Feval, Edgar Allan Poe i inni. Doczekał się również (podobnie jak Schulmeister) francuskiego serialu telewizyjnego, a odtwarzający jego postać Bernard Noel wcielił się w rolę z taką pasją (przedstawiał się później: "Jestem Vidocq"), że gdy umarł, w prasie ukazały się wielkie tytuły: "Umarł Vidocq". Ale dzięki XIX-wiecznej literaturze Vidocq nigdy nie umrze.

Dumas, który miał cudowny talent dogrzebywania się do tajemnic historii, dowiedział się, że nienawidzący szefa Sûreté przestępcy nadali mu przezwisko "Szakal" i w Mohikanach paryskich stworzył wzorowaną na Vidocqu sylwetkę szefa policji o nazwisku Jackal (w języku angielskim: szakal).

"Jackal znał wszystkich bandytów, złodziei i oszustów Paryża - całe to błoto, ta pandemia starej Lutecji nie uchodziła jego wzroku, mimo ciemności nocy, głębokości zakamarków i ilości melin. Na sam widok wyłamanego okna lub rany od noża zwykł był mawiać: Oho, znam tę sztukę, to robota tego lub tego. I rzadko kiedy się mylił. Zdawał się Jackal nie ulegać żadnej potrzebie natury - gdy nie miał czasu jeść, to nie jadł, gdy chciał nie spać, to nie spał. Przebierał się z naturalną swobodą - jako bankier, generał Cesarstwa, portier lub nędzny stróż, kupiec korzenny lub hecarz, bił na głowę najzręczniejszego komedianta (...) Mężczyźni wydawali mu się wielkim zbiorem marionetek, których linkami poruszają kobiety, dlatego też przy każdej aferze, gdy oznajmiono mu o spisku, zabójstwie, kradzieży, porwaniu, włamaniu, świętokradztwie czy samobójstwie, dawał swym ludziom jedną radę: cherchez la femme (...) Był sam na świecie, jak gdyby Opatrzność pozbawiła go rodziny, chcąc nie dopuścić świadków do jego tajemniczego życia".

Każdy z tych cesarzy francuskiej literatury minionego stulecia dorzucał w swoim opisie Vidocqa jakąś prawdę o nim. Vidocq Huga to inspektor Javert w Nędznikach. Hugo bezbłędnie wytłumaczył psychologiczne motywy wstąpienia Vidocqa do policji (Balzac zajął się raczej zewnętrznymi, koniecznością wynikającą z sytuacji):

"Dorastając, doszedł do wniosku, że jest poza społeczeństwem, i zwątpił, czy kiedykolwiek się tam dostanie. Spostrzegł, że społeczeństwo nieodwołalnie odpycha od siebie dwie grupy ludzi: tych, którzy je napastują, i tych, którzy je strzegą; miał do wyboru jedynie te dwie grupy i czuł zarazem w sobie zamiłowanie do surowości, ładu i uczciwości, zaprawione nieopisaną nienawiścią do tej rasy włóczęgów, do której sam należał. Wstąpił do policji".

Obaj, Dumas i Hugo, mimo, że kopiowali Vidocqa często nawet w marginesowych szczegółach (i Jackal, i Javert namiętnie używają tabaki), popełnili jeden duży błąd, czyniąc ze swych Vidocqów z gruntu uczciwych, bezinteresownych kapłanów praworządności, czego nie uczynił Balzac. Przyczyna jest bardzo prosta - Balzac znał Vidocqa osobiście, Dumas i Hugo czytali apologetyczne Pamiętniki i dali się na nie nabrać.

Dumas pisał o Jackalu: "Powściąganie zła było celem jego życia, nie rozumiał świata z innym przeznaczeniem". Hugo o Javercie: "W tych dwóch słowach zawierało się całe jego życie: «Czuwać i pilnować» (...) żywił religijny kult dla swego zawodu (...), zatrzymałby własnego ojca uciekającego z galer i oskarżyłby własną matkę, gdyby przekroczyła prawo. A zrobiłby to z uczuciem wewnętrznego zadowolenia, jakie daje cnota. Z tym wszystkim życie jego było wyrzeczeniem, odosobnieniem, surową czystością obyczajów, bez najmniejszej rozrywki. Był to niezłomny obowiązek, policja pojęta tak, jak Spartanie pojmowali Spartę, bezlitosne czyhanie, niezłomna uczciwość, szpicel z marmuru, Brutus w ciele Vidocqa". Vidocq zdrowo by się pośmiał, czytając te słowa. Jeśli był fanatykiem, to tylko jednej rzeczy - pieniędzy. Walka ze zbrodnią była dlań żywiołem i przygodą, lecz przede wszystkim zawodem i gdyby nie przynosiła dochodów, nie kiwnąłby palcem dla dobra praworządności.

Również Vidocq był pierwowzorem pierwszego klasycznego detektywa w literaturze. W kwietniu 1841 roku Poe opublikował w "Graham's Magazine" nowelę Zabójstwo przy rue Morgue *[Do tej samej kryminalnej serii Poego należą: Tajemnica Marii Roget i Skradziony list. Tę ostatnią nowelę Amerykanina nieomal skopiowali Conan-Doyle i Chesterton.]. Uznano, że w ten sposób narodziła się literatura detektywistyczna. W roku 1976 Georg Hensel tak zaczął artykuł o niej we "Frankfurter Allgemeine":. "Na początku było «Zabójstwo przy rue Morgue»...". Nieprawda. Na początku były Pamiętniki Vidocqa, z których Poe skorzystał, stając się ojcem duchowym Conan Doyle'a, babci Christie, Wallace'a, Simenona, Chandlera, Chestertona i wielu innych, tak jak stworzony przezeń w Zabójstwie... na wzór Vidocqa Chevalier August Dupin był ojcem duchowym Sherlocka Holmesa, Poirota, Maigreta, księdza Browna i innych sław powieściowej detektywistyki. U źródeł całego tego businessu leżały Pamiętniki Vidocqa.

Poe zaczerpnął nazwisko Dupin od bohaterki jednej z afer opisanych w Pamiętnikach i wyposażył swego detektywa w Vidocqowskie "zdolności umysłowe, zwane analitycznymi", które dziś nazywamy dedukcją. W Zabójstwie przy rue Morgue znajduje się mały traktacik na temat dedukcji i ciekawy sąd krytyczny o pierwszym "detektywie-analityku", jakim był Vidocq: "Vidocq, na przykład, miał zmysł śledczy i dużą wytrwałość. Ale nie wyćwiczony w myśleniu, popełniał nieustannie błędy, wynikające właśnie z usilności jego śledczych poszukiwań. Umniejszył swą zdolność widzenia, patrząc na przedmioty z nazbyt bliskiej odległości. Był snadź zdolny dostrzec jeden lub dwa szczegóły z niepospolitą bystrością, lecz skupiając uwagę na nich tracił oczywiście z oczu rzecz w całości. Tak to bywa, gdy ktoś chce być za głęboki. Prawda nie zawsze znajduje się w studni".

 

14

Niestety, prawda o Vidocqu znajduje się w studni i to tak głębokiej, że nie sposób dosięgnąć dna. On sam zaczął kopać tę studnię, a dokończyli ją jego następcy, "przyzwoici" mieszczańscy szefowie Sûreté (Allard, Canler, Claude, Mace i in.), którzy wstydzili się, że ich ukochaną policję zorganizował bandyta.

Wstydzić się Franciszka Vidocqa - co za głupota! Przyjmując te same kryteria wstydu, należałoby równie, jeśli nie jeszcze bardziej, wstydzić się innego wielkiego Franciszka V. Czyż Villon nie był przez całe swoje życie bandytą, złodziejem, oprychem nad oprychami? Ale był jeszcze genialnym poetą, tak jak Vidocq genialnym policjantem, pierwszym, który z dochodzenia kryminalnego uczynił wielką sztukę detektywistyczną. Jeśli przyjęłoby się moralność za jedyne kryterium do oceniania sztuki, to Villon byłby najgorszym poetą Francji, a Machiavelli największym idiotą na Półwyspie Apenińskim.

Oscar Wilde nie mylił się, pisząc: "Sztuka i zbrodnia nie muszą się wzajemnie wykluczać. Cnoty domowe nie są podstawą dla sztuki, aczkolwiek dla artystów drugorzędnych mogą być wystarczającą bazą. Sztuka nie znosi oceny moralnej".

 

 

* Waldemar Łysiak "Empirowy pasjans"