Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Paweł Maria Lisiewicz

W IMIENIU POLSKI PODZIEMNEJ

Z DZIEJÓW WOJSKOWEGO SĄDOWNICTWA SPECJALNEGO ARMII KRAJOWEJ

1988

 

(...)

 

WIELKIE AFERY

Kilka spraw, których epilog miał miejsce przed Wojskowymi Sądami Specjalnymi ZWZ-AK *[Spośród spraw omawianych w tym rozdziale, jedynie sprawa Samsona Mikicińskiego nie zakończyła się wyrokiem WSS-ZWZ, gdyż nie było go w kraju. W ustnej informacji, udzielonej autorowi w 1963 r., płk dypl. K. Iranek-Osmecki nie wykluczał, że sprawę Mikicińskiego rozpatrywał Sąd Kapturowy Bazy Łącznikowej "Romek" w Bukareszcie.], wymaga osobnego omówienia z uwagi na zasięg i ciężar gatunkowy. Należą do nich tak zwane wielkie afery sprowokowane przez hitlerowski aparat bezpieczeństwa.

Termin "wielkie afery" nie został użyty w celu uatrakcyjnienia tej książki, narodził się jeszcze w podziemiu. O znaczeniu, jakie do tych spraw przywiązywano, świadczy powołanie oddzielnej sekcji "997/R" w referacie "997" Wydziału Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu II Oddziału Komendy Głównej AK w celu rozpracowywania dużych afer oraz niemieckiej sieci agenturalnej. Na przełomie 1942 i 1943 r. sekcją kierował ppor. mgr Stanisław Bukowski "Magister", "Michał", "Schmidt".

Wielkie afery rodziły się na tle gry kontrwywiadowczej prowadzonej przeciwko polskiemu podziemiu. Ich głównymi inicjatorami - były trzy piony hitlerowskiego aparatu bezpieczeństwa, a mianowicie:

- Abwehrdienst - Sztab "Walli" w Sulejówku, kierowany przez mjr. Hermanna Bauna i Heinza Schmalschlagera.

- Das Sonderkommando "Warschau" - IV A (takie IV AS), będąc afiliowaną komórką SD w Gestapo. Kierował nią oficer SD, SS-Hauptsturmfuhrer Alfred Spielker, który koordynował rozpracowanie i zwalczanie polskiego podziemia na całym obszarze Generalnego Gubernatorstwa i miał swych pełnomocników w komendach SiPo poszczególnych dystryktów. Jednym z nich był wielokrotnie wymieniany Paul Fuchs w Radomiu.

- Das Sonderkommando IV ES des RSHA od końca 1943 r., a więc rozwinięte i kierowane bezpośrednio przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy. Było ono jednostką wyłącznie kontrwywiadowczą, przeznaczoną przede wszystkim do zwalczania wywiadu AK; działało na terenie Rzeszy oraz całego obszaru okupacji niemieckiej. Kierował nim komisarz kryminalny Karl Heller.

Wspólnym zadaniem tych trzech pionów była likwidacja polskiego podziemia, natomiast każdy z nich realizował główny cel według własnych koncepcji, potrzeb i zakresu działania.

Abwehra, która nie była odpowiedzialna za bezpieczeństwo w GG, unikała rozgrywek taktycznych, pozostawiając je Gestapo. Jej zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa wojsku i na zapleczu frontu. Na zapleczu wojsk niemieckich na froncie wschodnim największe niebezpieczeństwo stanowiła groźba wybuchu polskiego powstania w momencie przesilenia. Dlatego też niemal od samego początku okupacji Abwehra starała się rozszyfrować plany ogólnego powstania ZWZ-AK. Było to głównym zadaniem jej agentów, przenikających do podziemia. Nie byli więc oni zbyt niebezpieczni, jeśli chodzi o walkę bieżącą, stanowili natomiast ogromne zagrożenie w momencie przełomowym, najbardziej decydującym dla AK.

Alfred Spielker, był, co prawda, odpowiedzialny za bezpieczeństwo, ale jego Sonderkommando nie zajmowało się błahymi sprawami. Działalność ta miała charakter perspektywiczny. Dążył do pełnego rozpracowania podziemia, zwłaszcza zaś jego ośrodków dyspozycyjnych, i przygotowania generalnej rozprawy skoordynowanej z wynikami działalności innych członów aparatu bezpieczeństwa Rzeszy.

W warszawskim Gestapo Spielker reprezentował takie interesy SD, realizując strategiczną koncepcję polityczną - próbę pozyskania polskiego podziemia prawicowego do wspólnej z Niemcami akcji antyradzieckiej. Najlepsze wyniki miał w tej dziedzinie Fuchs, działający w Radomiu, zwłaszcza jeśli chodzi o skaperowanie tamtejszego NSZ i wykorzystanie go przeciwko polskiemu ruchowi lewicowemu.

Prawdopodobnie ostatni w czasie okupacji Delegat Rządu na Kraj, wicepremier Jan Stanisław Jankowski "Sobol", uniknął aresztowania dzięki temu, że w delegaturze istniał, utworzony z inicjatywy Henryka Glassa, Komitet Antykomunistyczny, czyli "Antyk" ("Blok"). Dzięki materiałom zebranym przez Spielkera, Jankowski był już od dłuższego czasu spalony i namierzony, lecz zdjęcie go mogło zakłócić funkcjonowanie "Antyku". Spielker skutecznie infiltrował "Antyk", który był dla niego cennym źródłem informacji o lewicy, a więc aresztowanie Jankowskiego nie leżało w jego interesie.

"Antyk" odczuwał infiltrację NSZ. To tutaj właśnie miała swój początek sprawa zamordowanego później inż. Makowieckiego z BIP. Trudno zresztą wykluczyć, czy właśnie tym kanałem nie docierały informacje do Spielkera? "Antyk" można również potraktować jako jedną z wielkich afer, ale pomijam ją celowo, bowiem nie wiąże się z tematem. Sądzę, że cenne byłoby podjęcie tej sprawy i wyjaśnienie jej do końca.

Przede wszystkim w pionie Abwehrdienst i Sonderkommando "Warschau" rodziły się wielkie afery zaczepne. Tylko część z nich została wyjaśniona, inne - np. aresztowanie gen. "Grota"-Roweckiego, czy sprawa zastrzelonego przez podziemie por. "Lasso", nie doczekały się dotychczas jednoznacznej oceny.

 

NAJLEPSZY KURIER MINISTRA KOTA

Był nim międzynarodowy awanturnik i aferzysta, o barwnej, choć niezbyt chlubnej, przeszłości, Samson Mikiciński. W latach wojny domowej w ZSRR służył u Denikina, a po jego klęsce, śladem białych emigrantów, dotarł do Paryża. Jednak nie pozostał tam długo. Zamieszany w fałszerstwo weksli, przeniósł się do Niemiec, uczestniczył tam w fałszowaniu dolarów. I wówczas to podobno miała go wziąć pod opiekuńcze skrzydła berlińska centrala Abwehry. W zamian za bezkarność Mikiciński miał się zobowiązać do współpracy wywiadowczej.

Przydzielono go wówczas do Abwehrstelle VIII we Wrocławiu, najbardziej czynnej w rozpoznaniu terytorium Polski. Stamtąd Mikiciński przeniósł się do Warszawy, gdzie dzięki protekcji brata, posła chilijskiego, otrzymał list komisyjny honorowego konsula Chile w Polsce. Równocześnie, jak twierdzi oficer "dwójki", mjr Tadeusz Nowicki, Mikiciński był agentem polskiego II Oddziału, ale już wówczas podejrzewano go o współpracę z Niemcami.

We wrześniu 1939 r., kiedy cały korpus dyplomatyczny ewakuował się do Nałęczowa i dalej na południowy wschód ku Zaleszczykom, konsul Mikiciński ruszył bardziej na północ, trafiając na Polesie. Dalszą drogę odbył w towarzystwie hrabiny Potockiej jako "żony". Przez Kowno dotarli do Szwecji, a stamtąd - do Holandii.

Według B. Szwejgierta, opierającego się na Nowińskim, w Holandii Mikiciński miał otrzymać z Abwehry instrukcje dalszej pracy. Nie jest to jednak takie pewne, gdyż mógł równie dobrze otrzymać je już w Kownie, gdzie istniała zakonspirowana placówka Abwehry - "Likog", kierowana przez kpt. Kleina, czy też w Szwecji. Zresztą nie ma to większego znaczenia.

Z Holandii Mikiciński pojechał do Wielkiej Brytanii. Nie skorzystał ze statusu konsularnego, lecz występował jako przedstawiciel litewskiej firmy drzewnej. Z Londynu dalsza droga Mikicińskiego prowadzi do Paryża, a konkretnie do polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Miał tam kontakty dzięki swej dawnej funkcji honorowego konsula. Przypuszczam także, że odpowiednich rekomendacji udzieliła mu hrabina Potocka.

Z kolei hrabia Morstin, szef protokołu dyplomatycznego MSZ, i książę Sapieha zarekomendowali go Sosnkowskiemu, a ten wspólnie z Kotem przedstawił Mikicińskiego Sikorskiemu. Abwehrowska przynęta chwyciła. Strona polska dostrzegła w Mikicińskim znakomitą kartę do rozegrania z Niemcami. Jako konsul dalekiego zamorskiego Chile, neutralnego w konflikcie europejskim, a de facto bardziej skłaniającego się w sympatiach do państw Osi, mógł liczyć na swobodę i względy niemieckie w okupowanej Warszawie.

W ten sposób Samson Mikiciński stał się najważniejszym kurierem politycznym ministra Kota. W grudniu 1939 r. oficjalnie, jako konsul Chile, udał się do Warszawy. Trasa wiodła z Paryża do Berlina, stamtąd zaś samochodem do Wrocławia, a dalej - przez Katowice i Kraków - do Warszawy.

Mikiciński wybrał za siedzibę konsulatu mieszkanie przy ul. Frascati, w którym przed wojną mieszkał gen. Sosnkowski. Stąd zaczął nawiązywać kontakty z politycznymi działaczami podziemia, między innymi, z ludowcem Maciejem Ratajem i socjalistą Mieczysławem Niedziałkowskim.

Jak wielkim zaufaniem cieszył się Mikiciński w polskim centrum dyspozycyjnym na emigracji, świadczy fakt, że poruczono mu tak delikatną misję, jak przerzucenie na Zachód żony gen. Sikorskiego, pani Heleny, wraz i córką - Zofią Leśniowską. Sprawa ta jest o tyle do końca nie wyjaśniona, że wywiezienie generałowej z Polski przypisuje sobie w pamiętnikach Luciana Frassati-Gawrońska. W obu przypadkach jest mowa o pomocy ambasady Włoch w Warszawie.

Następną uratowaną osobą była pułkownikowa Gano żona szefa II Oddziału Sztabu Głównego Naczelnego Wodza we Francji. Wkrótce Mikiciński powrócił do Paryża, gdzie - jak opisał w swych zeznaniach mjr Nowiński - pani Gano rzuciła mu się na szyję, nazywając go swym wybawcą.

Tymczasem II Oddział w Paryżu z coraz większą podejrzliwością przyglądał się poczynaniom Mikicińskiego. Został ostrzeżony gen. Sosnkowski. Ale profesor Kot był pełen entuzjazmu dla Mikicińskiego. Wbrew ostrzeżeniom zlecił Mikicińskiemu nowe zadanie - przewiezienie do Polski pieniędzy oraz poczty dla podziemia.

Nadszedł maj 1940 r.; w związku z rozpoczętymi działaniami ofensywnymi Niemców we Francji, Mikiciński zaproponował przerzut z terenu Rumunii. Uzyskawszy zgodę Kota, udał się do Bukaresztu. Stamtąd zorganizował, przy pomocy dyplomatów bułgarskich, wysyłkę do Polski. W związku z tym wydarzeniem istnieją rozbieżne relacje. Płk Kazimierz Iranek-Osmecki mówi o siedmiu milionach złotych, zaś Szwejgiert o jedenastu. Nie wykluczam, że w grę mogły wchodzić dwa różne przerzuty, bowiem Mikiciński jeździł do Polski trzy albo cztery razy.

Godny zanotowania jest fakt, że pieniądze przewożono w workach samolotem z Bukaresztu do Warszawy, zaś operację nadzorował kpt. Nobis, oficer Abwehrstelle VIII we Wrocławiu. W każdym razie wszystko było w porządku. Pieniądze i poczta dotarły do konsulatu Chile na Frascati.

Jednak pewnego dnia funkcjonariusze warszawskiej SiPo obstawili budynek na Frascati i - zupełnie nie licząc się z eksterytorialnym statusem placówki konsularnej - wkroczyli do pomieszczeń, aresztując wszystkich pracowników, zagarniając pieniądze i pocztę. W ten sposób strona niemiecka przecięła misternie budowaną aferę Mikicińskiego.

On sam znajdował się w Rumunii, potem przeniósł się do Bułgarii, następnie - do Turcji.

W Bułgarii Mikiciński podjął całkiem nową inicjatywę; dysponował znaczną ilością fałszywych funtów szterlingów, które puścił w obieg na obszarze Bliskiego Wschodu. Miało to na celu podważenie zaufania do waluty brytyjskiej w tym rejonie świata. Brytyjczycy, którzy dotychczas trzymali się na uboczu, spokojnie przyglądając się grze Mikicińskiego, teraz - zagrożeni we własnych interesach - zaczęli zdradzać zniecierpliwienie. Zażądali od strony polskiej, by go unieszkodliwiła. B. Szwejgiert twierdzi, że żądali, aby Mikicińskiego po prostu zlikwidować.

W moim przekonaniu inicjatywa likwidacji Mikicińskiego - na co zdaje się wskazywać dalszy rozwój wypadków - wyszła od strony polskiej, a nie brytyjskiej.

Prawdopodobnie w bukareszteńskiej Bazie Łączności z Krajem - "Bolek 2" zapadł wyrok Sądu Kapturowego ZWZ. Czekano tylko na okazję. Nadarzyła się ona w styczniu 1941 r.; kiedy Mikiciński wyjechał do Stambułu, II Oddział zastawił na niego pułapkę.

16 stycznia 1941 r. wyznaczona grupa oficerów "dwójki" porwała go i ze Stambułu wywiozła do Palestyny. Tam rządzili Anglicy, a im niewątpliwie chodziło o to, żeby Mikiciński dotarł cały i zdrowy, aby mógł wyjawić kulisy fałszywych funtów.

Dla Polaków żywy Mikiciński, ze względu na swe powiązania, stanowił pewnego rodzaju zagrożenie, mógł bowiem poważnie skompromitować najwyższe osobistości polskie na emigracji. Już sam fakt karygodnego uczynienia agenta niemieckiego najważniejszym tajnym kurierem polskim pachniał grubym skandalem. Dlatego Mikiciński nie dotarł do Haify. Meldunek złożony londyńskiej centrali II Oddziału zawiadamiał, że po drodze został zastrzelony podczas próby ucieczki.

Powstaje pytanie, jakie zadanie wyznaczyła Abwehra agentowi Mikicińskiemu? Niektórzy autorzy sugerują, że polegało ono na przeniknięciu do podziemia w kraju, zaś T. Szarota powiada, że Mikiciński stanowił największe zagrożenie dla ZWZ.

Nie ulega wątpliwości, że Mikiciński w drodze do kraju, a także w Warszawie, poznał nazwiska czołowych przywódców podziemia, a między innymi także gen. "Grota"-Roweckiego - Komendanta ZWZ Okupacji Niemieckiej, chociaż nie on jeden mógł się przyczynić do zdekonspirowania go wobec Niemców, gdyż dzieła tego dopełniła także niedyskrecja przyjeżdżających do kraju innych kurierów. Tomasz Szarota nie bez racji przywiązuje dużą wagę do faktu, że Niemcy bardzo wcześnie poznali nazwisko dowódcy konspiracji w kraju. Pozornie nic im to nie dawało, lecz tylko pozornie, nie wiedzieli bowiem, co prawda, gdzie go szukać, ale wiedzieli, kogo mają szukać.

Płk Iranek-Osmecki reprezentował odmienny pogląd, jeśli chodzi o rolę Mikicińskiego. Uważał, że jego działania na kraj były tylko pozorne. Rzeczywistym zadaniem miało być przeniknięcie do polskiej góry kierowniczej w Paryżu. "Bezcenne" usługi w dostarczaniu krajowi pieniędzy i poczty to jedynie koszty Abwehry, jakie musiała ponieść za trwałe i pewne osadzenie swej wtyczki w paryskim środowisku.

To, co Mikiciński mógł uzyskać w kraju, a zwłaszcza w kręgach Delegatury Rządu, nie interesowało Abwehry i nie liczyło się w tej grze. Opowiedział mi płk Iranek-Osmecki, który w tym czasie również przybył do kraju jako emisariusz Naczelnego Wodza, że wspólnie z gen. Roweckim dokładnie analizowali pobyt Mikicińskiego w Warszawie. Doszli wtedy do wniosku, że nie było przypadku aresztowania ludzi, z którymi się kontaktował, podobnie, jak nic nie wskazywało na to, aby aresztowanie Niedziałkowskiego i Rataja, już wcześniej spalonych, zostało przez niego spowodowane.

Pułkownik miał natomiast zastrzeżenia do ministra Kota, zarzucając mu krańcową łatwowierność, kiedy wbrew perswazjom Sosnkowskiego i "dwójki", powierzył Mikicińskiemu misję przerzutu poczty oraz pieniędzy. Przecież z góry było wiadomo, że Niemcy nie będą aż tak naiwni. Sprawdzą dokładnie bagaż i ustalą źródło pochodzenia gotówki. Profesor Kot w żadnym razie nie powinien był przystać na ten pomysł.

W takim razie jednak pozostaje zagadką, dlaczego Niemcy, którzy tak dużo wysiłku włożyli w stworzenie Mikicińskiemu legendy, własnymi rękoma przecięli całą aferę, dokonując wtargnięcia na Frascati. Brak koordynacji, rywalizacja dwóch służb - Abwehry i SiPo? W moim przekonaniu, rozwiązanie zagadki tkwi w tym, że wywiad niemiecki uzyskał wiadomość, że Mikiciński jako agent jest już zdemaskowany w polskiej "dwójce" i nie można liczyć na umieszczenie go w charakterze wtyczki. Należało chociaż ratować przynajmniej część aktywów, jakie w tę aferę zainwestowano. Tym samym i tym razem Abwehra przegrała pojedynek z polskim kontrwywiadem.

I jeszcze jedna kwestia: czy strona polska, likwidując Mikicińskiego, zagrała fair? Chcę tutaj przede wszystkim odpowiedzieć na zarzut opublikowany w 1969 r. w książce L. Michniewicza, wydanej w Londynie, jakoby sanacyjna "dwójka" skrytobójczo zamordowała Mikicińskiego-patriotę. Otóż jego rola jako agenta wywiadu niemieckiego nie może budzić żadnych wątpliwości. Jeżeli więc był rzeczywiście ów wyrok Sądu Kapturowego, wówczas zastrzelenie Mikicińskiego było zgodne z ówczesnym prawem walczącego kraju. A jeżeli nie było tego wyroku, istniała polska racja stanu i była to po prostu obrona konieczna, z czym musi się zgodzić każdy prawnik.

 

"NADWYWIAD GENERAŁA SIKORSKIEGO"

Do najbardziej newralgicznych służb ZWZ-AK należała łączność z uwięzionymi żołnierzami. O ile początkowo ideą przewodnią tej służby była pomoc dla uwięzionych i ich rodzin, życie wkrótce wskazało na jej znacznie szerszą rolę. Był to nie tylko kontakt uwięzionych ze światem, ale przede wszystkim - z konspiracją. Skomplikowaną siatką więzienną, angażującą dziesiątki ludzi, z więzień przenikały do komórek podziemia wiadomości: W jakich okolicznościach nastąpiło aresztowanie? O co pytają? Co wiedzą? Do czego uwięziony się przyznał i jak zeznawał? Kto sypie? Kto spośród pozostałych na wolności jest zagrożony? Gdzie pozostały nieopróżnione skrytki? Natomiast z podziemia do więzień płynęły wskazówki do uwięzionych, jak się mają zachować, co mogą mówić, kogo się wystrzegać. Tędy szły informacje dotyczące przygotowywanych ucieczek. I w końcu, tędy docierał do uwięzionych ostateczny ratunek - trucizna!

Do kontaktów z aresztowanymi ZWZ-AK korzystała ze specjalnie zorganizowanej komórki więziennej. Komórka ta w poszczególnych okresach różnie była osadzona w strukturze organizacyjnej podziemnego wojska. Działająca początkowo przy VI Oddziale (BIP) Komendy Okręgu ZWZ Warszawa-Miasto, przeszła pod koniec 1940 r. do BIP Komendy Głównej, a po kilku miesiącach została podporządkowana V Oddziałowi - łączności, skąd na początku 1942 r. znalazła się w strukturze organizacyjnej Wydziału Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu II Oddziału, gdzie już pozostała do końca okupacji. Stanowiła początkowo referat "998", a później - po jego rozbudowie - sekcję tego referatu, pod charakterystycznym kryptonimem "Kratka".

Kierownikiem komórki więziennej od początku jej powstania był por. Kazimierz Gorzkowski "Andrzej", "Wolf", "Andrzej Sokolnicki", "AS", "Godziemba". Była to niezwykła postać - żołnierz września, harcerz, założyciel w Szarych Szeregach organizacji małego sabotażu "Palmiry" i wreszcie podziemny publicysta oraz redaktor, a jednocześnie po uszy tkwiący w sprawach uwięzionych. Nie wiem, jak mógł podołać tylu funkcjom, zwłaszcza w warunkach konspiracji. Godne podkreślenia jest to, że działalność komórki więziennej była oceniana wysoko. Wadą natomiast Gorzkowskiego było to, że swoją pracę, na jednym z najważniejszych odcinków podziemia, traktował "po harcersku", pracował nieostrożnie i trochę dyletancko.

Niemcy orientowali się w istnieniu przecieków z Pawiaka, lecz prawdopodobnie nie zdawali sobie jeszcze sprawy ze stopnia precyzji zorganizowania tej akcji i jej rozmiarów.

I oto na przełomie 1941 i 1942 r. w misternie zorganizowanej robocie coś poczyna się psuć. Pomimo że grypsy nadal bezbłędnie trafiały do adresatów podziemia, Gestapo było szybsze i równie bezbłędne; pierwsze trafiało do zagrożonych punktów.

Przed kontrwywiadem Komendy Głównej AK stanęło trudne zadanie wyjaśnienia tych wypadków. Komórka więzienna składała się z dwóch podstawowych służb: wewnętrznej - działającej na warszawskim Pawiaku, w skład której wchodzili głównie funkcyjni, lekarze więzienni oraz polscy strażnicy - i zewnętrznej - kierownictwo, łącznicy, inne osoby.

W obrębie Pawiaka gryps przechodził przez wiele rąk, zanim wyszedł na zewnątrz i dotarł pod właściwy adres. Trzeba było tę skomplikowaną drogę prześledzić - punkt po punkcie, osobę po osobie. I wtedy ustalono, że zanim grypsy opuściły Pawiak, były przepisywane, rzekomo na wypadek, gdyby oryginał trzeba było zniszczyć. Kto je przepisywał - nie wiadomo, ale działo się to bez wiedzy dyspozytora siatki więziennej, zaś grypsy do przepisywania oddawała Jadwiga Król "Łazęga".

Ostatecznie sprawa stała się jasna, kiedy kontrwywiad sprawdził poszczególne wypadki i ustalił, że Gestapo szło zawsze tropem tych grypsów, które "Łazęga" oddawała do "przepisywania". Oznaczało to również, że Gestapo zdołało umieścić w siatce więziennej wtyczkę, ale uważano, że wsypa ma znaczenie lokalne.

W tym okresie na Pawiaku nasiliły się czystki wśród polskich funkcjonariuszy więziennych. 10 marca 1942 r. na odprawie o godz. 14.00 aresztowano - według uprzednio sporządzonej listy - 23 strażników i w dwa dni później odesłano ich do Oświęcimia. Równocześnie sprowadzono grupę ukraińskich strażników, tzw. Trawnikermanner".

Z początkiem czerwca 1942 r. aresztowano Janinę Hoserową. Gestapo pokazało jej odpis grypsu, jaki przed tygodniem otrzymała od swej siostry Zofii Węglińskiej z Pawiaka.

14 marca aresztowano cztery polskie strażniczki, a w parę dni później - piątą. Aresztowania te poważnie sparaliżowały łączność siatki więziennej.

30 kwietnia aresztowano polskiego podkomisarza i 8 strażników, około 30 przeniesiono do innych więzień lub odsunięto od bezpośrednich kontaktów z więźniami, umieszczając w administracji Pawiaka.

Pod koniec maja zostały zaostrzone rygory wobec polskiego personelu. Rewidowano strażników i strażniczki, Polaków odsunięto od ewidencji więźniów. Wozy Towarzystwa Opieki nad Więźniami "Patronat", przywożące żywność, były ściśle kontrolowane. Świadczyło to o tym, że Niemcy - oprócz rozeznania personalnego - znali także drogi przerzutu grypsów i meldunków.

Taka sytuacja wymagała likwidacji nieprzydatnych ogniw siatki wewnętrznej i reorganizacji komórki więziennej AK.

Równolegle w Warszawie rozwijała się inna sprawa. Od pewnego czasu kontrwywiad Komendy Głównej był niepokojony sygnałami o prowadzeniu na dużą skalę jakiejś tajemniczej, nie ustalonej organizacji podziemnej, kierowanej przez równie tajemniczego płk. "Lecha", nazywanego także płk. "Wujkiem".

W końcu zdołano uściślić, że ów tajemniczy "pułkownik" to Józef Hammer vel "Baczewski", "Henryk Szwaycer", "Lech", "Wujek".

Tymczasem w środowisku siatki więziennej kontrwywiad prowadził nadal dochodzenie mające na celu ujawnienie rozmiarów wsypy i jej mechanizmu. Przede wszystkim starano się ustalić, kto i dla kogo przepisywał grypsy? W ten sposób wyselekcjonowano pracowników siatki, mogących mieć związek z tą sprawą i poczęto prowadzić indagację.

Po długich, bezskutecznych rozmowach, nagle jeden z ludzi "K", kiedy przedstawiono mu fakty o nalotach Gestapo, dokonanych na skutek przesyłanych grypsów, pękł. Oświadczył, że sporządzono odpisy grypsów i przekazywano specjalnej organizacji informacyjnej, która z pełnomocnictwa Londynu sprawuje kontrolę nad podziemiem w kraju. Jest to "nadwywiad".

Ujawniono, że "nadwywiad" zdołał częściowo przeniknąć do sieci wewnętrznej komórki więziennej, gdzie miał zaprzysiężonych ludzi, przekonanych, że działają dla sprawy.

Wobec groźnej sytuacji, jaka zaistniała w siatce wewnętrznej, kontrwywiad AK ograniczył wymianę grypsów i meldunków z Pawiaka do najważniejszych, nie cierpiących zwłoki wypadków.

Kiedy w obrębie siatki wewnętrznej trwały dyskretne dochodzenia, otrzymano sygnał, że do jednego z ogniw komórki więziennej zgłosił się N.N. - "R" jako przedstawiciel "pewnej organizacji konspiracyjnej". Chciał uzgodnić warunki współpracy.

Z ramienia kontrwywiadu kontakt podjął G. Spotkanie było ubezpieczone, nie można bowiem wykluczyć prowokacji, chciano także ustalić, kim jest ów tajemniczy wysłannik.

"R" przybył na spotkanie nieudolnie ucharakteryzowany, z czego można było wyciągnąć dwa wnioski: albo jest to grupa niezbyt poważnych indolentów, albo charakteryzacja była obliczona nie tyle na bezpieczeństwo, co na gest teatralny; raczej bardziej prawdopodobne wydawało się to drugie przypuszczenie.

"R", powołując się na pełnomocnictwo gen. Sikorskiego, z przesadną pewnością siebie zażądał bezpośrednich kontaktów z komórką więzienną AK oraz nazwisk ludzi z siatki wewnętrznej Pawiaka. G. z kolei grał na zwłokę, aby nie dopuścić do przedwczesnego zerwania kontaktu. Uzależniono więc dalsze, bardziej konkretne, rozmowy od przedstawienia stosownego pełnomocnictwa.

Zanim doszło do następnego spotkania, tajemniczy "R" w wyniku inwigilacji został rozszyfrowany; okazał się nim nie kto inny, lecz sam Hammer-Baczewski.

Podczas kolejnych rozmów "R" odsłonił nieco karty, ujawniając, że reprezentuje organizację, która na zlecenie generała rozbudowała siatkę informacyjną z zadaniem kontroli ZWZ-AK oraz podziemnych władz cywilnych - Delegatury Rządu. Na dowód przedstawił "własnoręcznie" podpisane przez gen. Sikorskiego pełnomocnictwo dla płk. "Lecha", zalecające mu "zorganizowanie i prowadzenie siatki informacyjnej i kontrolnej nad działalnością ZWZ-AK". Już nawet pobieżne obejrzenie dokumentu pozwalało stwierdzić, że jest to nieudolny falsyfikat.

Powoli począł się zarysowywać obraz wielkiej prowokacji niemieckiego aparatu bezpieczeństwa. Utworzył on przy pomocy swego agenta Hammera-Baczewskiego "polską podziemną organizację", którą określano jako szczególnie zakonspirowaną, nawet przed polskim podziemiem, gdyż rzekomo z osobistego polecenia gen. Sikorskiego miała - poprzez penetrację agenturalną - kontrolować pracę podziemia londyńskiego.

Oprócz Hammera-Baczewskiego, owego "płk. Lecha", tylko kilka osób zdawało sobie sprawę z prowokacyjnego charakteru organizacji, pozostali - rzesza szeregowych członków - była przekonana, że naprawdę działa w podziemnej organizacji, nadrzędnej wobec ZWZ-AK.

Starano się pozyskać ludzi już zaangażowanych w podziemną robotę, od których przyjmowano przysięgi na specjalną rotę, zobowiązującą do zachowania w bezwzględnej tajemnicy wszystkiego, co im zlecono, naturalnie również przed swymi przełożonymi w ogniwach konspiracyjnych, do których należeli, bo przecież mieli je dyskretnie kontrolować. Niewątpliwie roboty tej nie powstydziłby się sam Machiavelli.

Kto był inicjatorem tej afery? Zdania są podzielone. Bernard Zakrzewski przypisuje inicjatywę Abwehrze, gdyż - jego zdaniem - chodziło o długotrwałe rozpracowanie polskiego podziemia, gdy natomiast Gestapo uderzało od razu i resztę brakujących danych wymuszało od aresztowanych.

Gdzie indziej mówi się natomiast o Sonderkommando IV AS "Warschau". Jak wynika z powojennych zeznań Alfreda Otto, SS-Untersturmfuhrera z warszawskiego Gestapo, Hammer został zwerbowany do współpracy z Gestapo na początku 1941 r. i wkrótce w jego głowie zakiełkował pomysł afery. Początkowo była to tylko jego inicjatywa, przyjęta przez Gestapo z rezerwą. Później, kiedy dostrzeżono płynące z niej korzyści operacyjne, sprawą zainteresował się sam Spielker, a następnie Abwehra. Okazało się, że Hammer ma doskonałe możliwości penetrowania tyłów wschodniego frontu w zakresie zainteresowań wywiadu ZWZ-AK.

Może także powstać pytanie, czemu Hammer posługiwał się tak nieudolnie podrobionym upoważnieniem Sikorskiego? Przecież Niemcy dysponowali nieograniczonymi możliwościami technicznymi, aby spreparować dokument niemal idealny. Było to niepotrzebne. Najlepszy nawet dokument nie mógł przetrzymać próby, jeżeli podziemie zapyta o to Londyn, a tak by się musiało przecież stać. Więc pełnomocnictwo "płk. Lecha" było przeznaczone dla maluczkich, a nie do pokazywania kierownictwu podziemia.

Hammer prowadził infiltrację komórki więziennej. Niemcy doskonale wiedzieli, że jest to najbardziej czuły punkt, przez który wszystkie nici prowadziły do podziemia. Aby uniknąć dekonspiracji, Hammer piął się od dołu ku górze. Począł organizować pomoc dla więźniów, a nawet ucieczki, później zaś organizował przechwytywanie grypsów.

Wcześniej Józef Hammer prowadził rozpracowanie Komendy Głównej ZWZ, a zwłaszcza interesował się osobą gen. "Grota".

W dwóch kolejnych sprawozdaniach dla kontrwywiadu ZWZ z lutego 1941 r. N.N. "Łoś" zameldował, że Hammer zna nazwisko generała, a w swej działalności "zaczepia o osobę p. Jana". W marcu zaś kontrwywiad przechwycił meldunek Hammera dla Gestapo, sygnalizujący o zwołanej na połowę kwietnia odprawie oficerów ZWZ w okolicach Michalina i Józefowa, w której miał uczestniczyć gen. "Grot".

Inne posunięcia Hammera dotyczyły założenia podsłuchu telefonicznego, którego centrala znajdowała się w jego lokalu konspiracyjnym przy ul. Tamka 46. Stwarzało to znaczne zagrożenie, gdyż miejska sieć telefoniczna służyła łączności różnych ogniw i szczebli ZWZ.

W 1942 r. sprawa Hammera dojrzała do procesu. Skierowano akt oskarżenia do Wojskowego Sądu Specjalnego, który zarówno Józefa Hammera, jak też Jadwigę Król skazał na śmierć. Wyroki te Komendant Główny AK zatwierdził i przekazał do wykonania.

Pierwszy został zastrzelony Józef Hammer; stało się to 1 sierpnia 1942 r. przed domem przy ul. Tamka 46, raniono towarzyszącego mu adiutanta Maciejewskiego. Jadwigę Król "Łazęgę" zastrzelono 13 listopada w mieszkaniu przy ul. Suzina 3.

Wcześniej już, bo w maju, poczęto usuwać skutki wsypy w komórce więziennej. Odwołany został, ze względu na własne bezpieczeństwo, dotychczasowy kierownik komórki więziennej, ppor. Kazimierz Gorzkowski, którego rozkazem z 7 maja szef II Oddziału Komendy Głównej AK, ppłk dypl. Marian Drobik, przeniósł czasowo do rezerwy AK, zaś jego funkcję przejął ppor. Józef Garliński "Lipski", były oficer Tajnej Armii Polskiej (TAP), a później kontrwywiadu (Muszkieterów). Aby przeszkodzić penetracji niemieckiej, gen. Rowecki w rozkazie z 13 czerwca ujednolicił zasady łączności z więźniami, przyznając wyłączny monopol komórce więziennej, oraz zakazał korzystania z różnych innych dróg, na przykład "prywatnych".

Po likwidacji Hammera "nadwywiad" był nadal pod obserwacją kontrwywiadu AK. Liczono, że Niemcy podejmą próbę dalszego kontynuowania rozpoczętej prowokacji. Nie omylono się. Wkrótce schedę po Hammerze przejął niejaki Edward Zajączkowski "Bogdan-Bogdanowicz". Ustalono, że kontaktował się z Niemcami; nie było więc wątpliwości dotyczących jego roli. Sprawę skierowano do Wojskowego Sądu Specjalnego, uzyskując kolejny wyrok śmierci. Powstał natomiast problem jego wykonania, gdyż trzeba było szukać dojścia do Zajączkowskiego.

W tym czasie do "Oskara" zgłosił się jego znajomy z sensacyjną wiadomością; w Warszawie jest ktoś, kto jest gotów przekazać ważną wiadomość o istnieniu na terenie Generalnego Gubernatorstwa zakonspirowanej w środowisku polskim, tajnej niemieckiej organizacji prowokacyjnej.

Owym informatorem jest Władysław Boczoń, używający pseudonimu "Pantera", a także nazwiska Ryszard Wagner. Rozmówca "Oskara" znał "Panterę" sprzed wojny, łączyły ich nawet w jakimś stopniu stosunki rodzinne. Okazało się dalej, że "Pantera" jest byłym oficerem polskiego kontrwywiadu. Podczas kampanii wrześniowej leciał samolotem jako kurier, a po zestrzeleniu maszyny dostał się do niewoli niemieckiej. Twierdził, że aby uratować się przed rozstrzelaniem, powołał się na pewnego oficera wrocławskiej Abwehrstelle, którego znał w okresie międzywojennym, zaś ten zwerbował go do współpracy. Pracował dla Niemców na Górnym Śląsku, utrzymując kontakt z Krakowem.

"Oskar" Zakrzewski podjął kontakt z "Panterą". Spotkanie zostało ubezpieczone w szczególny sposób, bowiem nie można było wykluczyć prowokacji niemieckiej. "Pantera" oświadczył, że w październiku został odwołany od swych dotychczasowych zadań i wrocławska placówka Abwehry zaproponowała mu objęcie na terenie Warszawy kierownictwa "nadwywiadu", wyjaśniając, że jest to zakonspirowana siatka, prowadzona wspólnie przez Abwehrę i Gestapo, której dotychczasowy kierownik nie żyje.

Po przybyciu do Warszawy "Pantera" zapoznał się ze stanem organizacyjnym "nadwywiadu", metodami pracy, zainteresowaniami i zasięgiem agentury. Twierdził, że zaskoczyła go kompletność wiadomości, jaką Niemcy tą drogą uzyskali o podziemiu i to zadecydowało, iż postanowił nawiązać kontakt z Komendą Główną AK.

"Oskar" nie ujawnił, że wie cokolwiek na ten temat. Zgodnie z życzeniem "Oskara", "Pantera" przedstawił najważniejsze informacje na piśmie.

Kontakt z "Panterą" podtrzymywano, miał bowiem uzyskać wkrótce dalsze materiały. Dzięki temu, zanim kolejny szef "nadwywiadu" został zlikwidowany, jego następca był już w kontakcie z polskim kontrwywiadem. Prawdopodobnie Zakrzewski liczył, że przejęcie przez "Panterę" kierownictwa "nadwywiadem" zapewni kontrolę nad tą organizacją i pozwoli stronie polskiej przejąć inicjatywę w grze z Niemcami. Życie pokierowało wypadkami zgoła inaczej.

Inwigilacja Zajączkowskiego doprowadziła kontrwywiad AK do jednego z lokali kontaktowych przy ul. Marszałkowskiej 81. Tutaj 13 listopada 1942 r. - w tym samym dniu, co "Łazęgę" - zastrzelono Zajączkowskiego wraz z inną osobą, będącą w mieszkaniu. W pół godziny potem do tego lokalu przybył Boczoń. Kiedy dowiedział się o zaistniałych wypadkach, wpadł w panikę, udał się natychmiast do Spielkera, zażądał samochodu i zaraz opuścił Warszawę.

Likwidacja Zajączkowskiego i rejterada "Pantery" zakończyły żywot "nadwywiadu".

Bez wątpienia Niemcy zainspirowali tę grę znakomicie, ale nie umieli wykorzystać atutu. Byli zbyt niecierpliwi, gdyby bowiem pozwolili funkcjonować metodzie niejawnego przechwytywania grypsów z Pawiaka i z miasta na Pawiak, musieliby osiągnąć głębokie rozpoznanie ogniw AK. Gestapo jednak okazało się zbyt gruboskórne, samo przyspieszyło rozszyfrowanie afery Hammera przez polski kontrwywiad o co najmniej kilka miesięcy.

 

"INFAMIA" DOWÓDCÓW

Sprawa płk. dypl. Janusza Albrechta "Ksawerego" "Wojciecha" mogłaby stanowić przykład klasycznego uogólnienia istoty funkcjonowania Sądów Kapturowych, jeżeli by poprzestać tylko na przekazie Jana Rzepeckiego *[J. Rzepecki, Wspomnienia i przyczynki historyczne, Warszawa 1956.]. Przez długie lata opierano się na nim, oceniając sprawę Albrechta, a jednak Jana Rzepeckiego trzeba uznać za fałszywego proroka.

Pomijam pracę innego autora - Ryszarda Tarskiego -Tajemnica Generała Grota, bowiem dziełko to z gatunku literatury sensacyjno-brukowej przez nikogo nie może być brane pod uwagę przy poważnych rozważaniach.

Najbardziej rzetelną i wyczerpującą próbę wyświetlenia sprawy "Wojciecha" stanowi opracowanie A.K. Kunerta i Haliny Zakrzewskiej "Herminii", "Bedy" pt. Dramat płk. Janusza Albrechta *[A.K. Kunert, H. Zakrzewska, Dramat płk. Janusza Albrechta. Dokumenty dramatycznych wydarzeń w sprawie płk. dypl. Janusza Albrechta, "Dzieje Najnowsze" 1982, nr 1-4, s. 215 i dalsze.]. A.K. Kunert zajął się zebraniem i opisaniem dokumentów, natomiast "Herminia" napisała relację z autopsji; była ona bowiem w początkowym okresie pracy konspiracyjnej łączniczką Albrechta, któremu towarzyszyła niemal do ostatnich chwil jego życia.

O ile Janusz Albrecht w świetle powojennych publikacji stał się postacią dosyć głośną i kontrowersyjną, o tyle obecna weryfikacja poprzedniej oceny przeszła bez większego echa. Materiały opublikowano, więc formalnie stało się zadość ostatniemu życzeniu "Wojciecha", aby najbliższym "przekazać czyste imię". W rzeczywistości opublikowanie ich w tak hermetycznym periodyku jak "Dzieje Najnowsze" przeznaczonym dla historyków, praktycznie prawie nie do zdobycia w powszechnym obrocie księgarskim, bynajmniej nie przyczyniło się do tego, by to nowe naświetlenie sprawy dotarło do szerokich kręgów czytelników i naprawdę przysłużyło się przywróceniu dobrej sławy.

Meritum tej sprawy stanowi epizod gry podjętej przez Niemców z polskim podziemiem, ale w jej kontekście decydującą rolę odegrała także kwestia honoru oficerskiego. Jeżeli płk. Janusza Albrechta zaliczę do ostatnich oficerów, którzy honor oficerski stawiali wyżej niż życie, nie będzie w tym ani trochę przesady, ani trochę sztucznej teatralnej pozy. Będzie to w postawie tego człowieka rzecz zwyczajna.

 

SPRAWA OBYWATELA "WOJCIECHA" - RZECZ O HONORZE OFICERA

Płk dypl. Janusz Albrecht był nie tylko legionistą. Należał do oficerów autentycznie miłujących Marszałka, oddanych mu duszą i ciałem. Wojna zastała go na stanowisku dowódcy 1 pułku szwoleżerów, z którym wyruszył w pole. Walczył na granicy z Prusami Wschodnimi, wycofał się pod naporem Niemców na południowy wschód. Kampanię wrześniową zakończył 28 września. Uciekł z niewoli w cywilnym ubraniu, z końcem października dotarł do Warszawy. Nawiązał kontakt z gen. Tokarzewskim i rozpoczął pracę podziemną.

W styczniu 1940 r. gen. Rowecki powołał płk. Albrechta na stanowisko szefa sztabu Komendy ZWZ Okupacji Niemieckiej.

W tym czasie jego żona, Maria, wraz z dziećmi zajmowała ich dawne mieszkanie przy ul. Noakowskiego 22 w Warszawie. On sam, jako nauczyciel muzyki "Marian Jankowski", mieszkał osobno w lokalu konspiracyjnym u rodziny Hubertów przy ul. 3 Maja 2/74.

Według cytowanego już przekazu płk. Jana Rzepeckiego, Albrecht miał zostać aresztowany w Warszawie 18 lipca 1941 r. *[Później J. Rzepecki w liście do redakcji "Stolicy" sprostował tę datę. Twierdził, że miało to miejsce 5 lipca 1941 r., natomiast zwolnienie 4 października tego roku, a nie 27 sierpnia ("Stolica"' 1958, nr 15).]. Przewieziono go następnie do Gestapo w Kielcach, gdzie był na przemian poddawany torturom oraz perswazjom, aż w końcu załamał się. Uwierzył w bezcelowość konspiracji, o której Gestapo miało wszystko wiedzieć i zgodził się podjąć próbę skłonienia Roweckiego do podjęcia kontaktu z okupantem. W związku z tym został zwolniony na słowo honoru. Po przybyciu do Warszawy, jawnie zamieszkał w swoim mieszkaniu wraz z rodziną "i zaczął nachodzić wszystkie znane mu lokale konspiracyjne, dobijając się o osobistą rozmowę z Roweckim". Wyznaczeni oficerowie ZWZ bezskutecznie usiłowali odwieść go od zamiaru powrotu do Gestapo, sugerując możliwość ukrycia wraz z rodziną. Albrecht upierał się, że jest związany słowem honoru. Jego zachowanie zdradzało rozstrój nerwowy. "Stawał się wręcz niebezpieczny. Łatwo mógł zostać wyzyskany przez Gestapo do wyśledzenia wielu komórek ZWZ, których znał tyle z tytułu pełnionej funkcji (...). Przy tym niewątpliwie sprzeniewierzył się podstawowym obowiązkom żołnierza: nie tylko załamał się sam, ale podjął się namawiania innych do porozumienia z nieprzyjacielem".

W konsekwencji Rowecki miał skierować jego sprawę do Sądu Kapturowego, wyznaczając do składu orzekającego jako przewodniczącego gen. Bora-Komorowskiego, a jako asesorów płk. Adama Świtalskiego i Jana Rzepeckiego. Sprawa została rozpoznana zaocznie i jednogłośnie zapadł wyrok śmierci.

Następnie, pod pozorem spotkania z gen. Roweckim, Albrecht został sprowadzony do lokalu konspiracyjnego ZWZ, mieszczącym się w drapaczu chmur na placu Napoleona. "Grot" jednak nie przyszedł. "Zastał tam list Roweckiego wyjaśniający mu jego przestępstwo, zawiadamiający go o wyroku i uzasadniający go oraz dający do wyboru: rehabilitację przez samobójstwo (trucizna była na miejscu!) bądź rozstrzelanie. Natychmiast po przeczytaniu listu Albrecht truciznę zażył. Został pochowany pod fałszywym nazwiskiem".

Zanim przejdziemy do weryfikacji przekazu płk. Rzepeckiego, z którym bezwzględnie rozprawiają się fakty zrelacjonowane przez Halinę Zakrzewską, powróćmy do okoliczności aresztowania Albrechta.

Źródła powojenne nie są zgodne, jeśli chodzi o datę aresztowania i miejsce. Rozbieżność w dacie oscyluje pomiędzy 5 a 18 lipca 1941 r., zaś jako miejsce jest podawana Warszawa.

Zachowały się szczątkowe dokumenty radomskiego Gestapo dotyczące sprawy Albrechta. W piśmie z 21 lipca 1941 r. Gestapo podaje, że pułkownik został aresztowany 5 lipca i to nie powinno nasuwać wątpliwości, jednakże, o czym się przekonamy, nie jest zupełnie bezsporne.

Spośród czterech dat, tj. 5, 7, 10 i 18 lipca, A. Chmielarz i A.K. Kunert przyjmują za najbardziej wiarygodną datę 7 lipca, aczkolwiek nie upierają się przy niej. Dlaczego? "Herminia" twierdzi, że ostatni raz widziała Albrechta w sobotę 5 lipca, w lokalu przy ul. Nowogrodzkiej 42, pomiędzy godz. 16 a 17, otrzymała wówczas od niego polecenie, aby przygotować na poniedziałek 7 lipca po południu odprawę w lokalu przy ul. Świętokrzyskiej 25. Tymczasem na tę odprawę pułkownik już nie przyszedł.

"Herminia" spotkała się z jego żoną. Pani Maria twierdzi, że mąż w poniedziałek, a więc 7 lipca, wyszedł rano z willi inż. Józefa Matusewicza na ul. Filtrowej 14. W notatce z 29 grudnia 1941 r. inżynier podaje, że płk. Albrecht po zwolnieniu z więzienia potwierdził, że aresztowano go po wyjściu z mieszkania przy ul. Filtrowej, jednakże Matusewicz nie podaje dokładnej daty tego wydarzenia. To z jednej strony uzasadnia wątpliwości A.K. Kunerta, z drugiej zaś - umacnia go w przekonaniu, że aresztowanie nastąpiło 7 lipca. Przecież, jak pamięta Zakrzewska, 5 lipca, późnym popołudniem, pułkownik miał iść na ul. Filtrową, gdzie zamierzał spędzić resztę soboty i niedzielę. Jest więc mało prawdopodobne, aby jeszcze w tym samym dniu stamtąd wychodził.

A więc najbardziej prawdopodobną datą jest poniedziałek 7 lipca, po godzinie 7.00. Zresztą w rozmowie z Haliną Zakrzewską Albrecht wyraźnie powiedział: "wzięli mnie z ulicy, gdy tylko wyszedłem z Al. Niepodległości po nocy spędzonej u pp. Matusewiczów", zaś podczas następnej rozmowy miał jej podać właśnie datę 7 lipca.

Wszyscy są zgodni, że aresztowanie nastąpiło w Warszawie. Potwierdził to zresztą sam Albrecht. Tymczasem oficjalne pismo kieleckiego Gestapo sugeruje, że zatrzymany został podczas inspekcji w terenie, czyli na terenie Kielc. Halina Zakrzewska dementuje: pułkownik nie jeździł na inspekcje w teren. Dodajmy, że zresztą właśnie w tym czasie było to całkiem nieprawdopodobne.

Zarówno Zakrzewska, jak i Bernard Zakrzewski "Oskar" suponują, że Gestapo kieleckie po prostu nie chciało się przyznać do dokonania aresztowania na nie swoim terenie.

Godzi się w tym miejscu wyjaśnić, że Gestapo z Kielc nie działało całkiem samowolnie. Poszczególne placówki miały prawo podejmować czynności operacyjne na innym terenie, jeżeli dotyczyły sprawy, którą prowadziły u siebie, wiemy zaś, że to kielecka placówka radomskiego Gestapo pierwsza otrzymała wiadomość o Albrechcie.

W Gestapo ujawniono Albrechtowi, że został wywieziony do Kielc, aby uniemożliwić przecieki do podziemia z Pawiaka, gdyby go tam osadzono. Wersję tę powtarza później meldunek ZWZ do Londynu. A jednak chyba nie tylko o to chodziło. Trafnie zauważa "Oskar", że aresztując Albrechta, Gestapo zrezygnowało ze zwykłych rutynowych czynności, jak inwigilacja, namierzenie lokali i kontaktów. Przecież było wiadomo, że często przebywa na Filtrowej, więc należało go tylko wytrwale śledzić aż do skutku, gdy tymczasem zdjęto go niemal bezplanowo i nagle. W sprawę tę w ogóle nie angażowano warszawskiego Gestapo. Można odnieść wrażenie, że nie była to "prywatna", "dzika" akcja kieleckiego Gestapo na obcym terenie; widać, że kieleckim gestapowcom zależało - z im tylko wiadomych powodów - aby Gestapo warszawskie zostało z tej sprawy wyłączone.

Tak więc płk Janusz Albrecht wyszedł z willi przy ul. Filtrowej 14. Szedł Alejami Niepodległości. Był zamyślony. Nagle na skrzyżowaniu z Koszykową został od tyłu schwytany pod ręce. Założono mu kajdanki, wsadzono do samochodu i, nie zatrzymując się po drodze, przewieziono do Kielc.

Trochę inną wersję aresztowania Albrecht podał "Herminii". Twierdził, że z naprzeciwka nadjechały dwie kryte plandeką ciężarówki, wypełnione gestapowcami. W jednej z nich dostrzegł znajomego oficera ze swego dawnego pułku, który pokazał go palcem. "Budy się zatrzymały, gestapowcy wyskoczyli (...) otoczyli i zgarnęli do jednej z nich".

Zaczął się drugi etap historii uwięzienia Albrechta. Jak opowiadał, przez dwa tygodnie trzymano go przywiązanego do ławy. Był bity całymi dniami, do tego stopnia, że stopy miał odbite, a plecy stały się jedną raną. Koszula była twarda od krwi i ropy.

Zachował się protokół przesłuchania Albrechta przez Gestapo. Nosi on datę 10 lipca 1941 r.. Treść protokołu zdaje się wskazywać, że Albrecht składał zeznania dobrowolnie, bez stosowania wobec niego przymusu fizycznego. Jest to zapewne jedno z pierwszych przesłuchań, ale nie pierwsze, gdyż w końcowej sekwencji protokołu napisano jego oświadczenie: "teraz już powiedziałem całą prawdę". Zapewne po tym przesłuchaniu, resztę wiadomości chciano wydobyć biciem.

Powstaje pytanie, czy Albrecht sypał? Wojciech Sulewski jest zdania, że pierwsze bodaj ścisłe informacje o generale "Grocie" uzyskało właśnie Gestapo kieleckie, dzięki zeznaniom "Wojciecha". Podobnie L. Dobroszycki uważa, że Albrecht ujawnił istotne tajniki polskiego podziemia.

Podejmując próbę odpowiedzi na to pytanie, starałem się dokładnie przeanalizować wspomniany protokół i wyrobić sobie pogląd o jego wartości procesowej oraz operacyjno-policyjnej. Tak w jednym, jak drugim przypadku odpowiedź musi być negatywna. Zawarte w tym protokole "rewelacje" wyższego oficera podziemia, nie dawały w istocie Gestapo żadnego punktu zaczepienia dla dalszych działań przeciwko ZWZ.

Pułkownik początkowo nie przyznawał się, że jest szefem sztabu Komendy Głównej ZWZ. Twierdził, że piastuje tylko funkcję szefa Oddziału Organizacyjnego. Rowecki zaś w ogóle nie ma szefa sztabu. To miało zapewne dawać Albrechtowi pole do manewru taktycznego, bowiem jako szef sztabu musiałby wiedzieć znacznie więcej. Okazało się później, że Gestapo od początku znało jego prawdziwą funkcję w konspiracji.

Pułkownik dobrze wiedział, że wywiad stanowi jedną z najważniejszych służb Komendy ZWZ, więc starał się wyraźnie zbagatelizować jego rolę. Owszem, przy omawianiu struktury Komendy ZWZ wymienił szefa "dwójki", mjr. Wacława Berkę, i natychmiast - zresztą zgodnie z prawdą - wyjaśnił, że jest on poważnie chory i przebywa w jakimś sanatorium koło Otwocka. Zasugerowało to Niemcom, że oddział - przez dłuższy czas pozbawiony szefa - nie pracuje najlepiej.

Albrecht umocnił Gestapo w tym przekonaniu. Twierdził, że główną rolę w wywiadzie odgrywa fachowy aparat Naczelnego Wodza, niezależny od ZWZ, mający swe placówki poza krajem (Budapeszt). Zaś wywiad ZWZ, oparty na dyletantach, działa słabo, materiały są bezwartościowe, gdyż docierają zbyt późno do Londynu.

A właśnie w tym czasie budapeszteńska Ekspozytura Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza była już w trakcie podporządkowywania się krajowi. Chorego Berkę energicznie zastępował płk Drobik, zaś wywiad ZWZ wykonał ogromną pracę, rozpoznając całość koncentracji niemieckiej do uderzenia na ZSRR oraz rozwijał specjalną siatkę na zapleczu frontu wschodniego.

Albrecht także nic nie wspomniał o organizacji dywersji ZWZ, której działalność - podobnie jak wywiad - miała doniosłe znaczenie dla aliantów.

Interesujące jest to, co powiedział o współtowarzyszach broni. Owszem, zna ich, bo przecież w większości wywodzą się z jednego środowiska zawodowych wojskowych, ale: "Nie jestem w stanie podać fałszywych nazwisk lub mieszkania współpracowników. Prawdziwe nazwiska są mi naturalnie znane". A więc wymienił ich nazwiska, stopnie oficerskie, a nawet pseudonimy, wiedząc, że każdy funkcyjny oficer ma ich co najmniej dwa - "w górę" i "w dół", że często się zmieniają. Wiedział, że z chwilą, gdy do podziemia dotrze wieść, że zaginął, natychmiast zostanie zarządzony alarm. Wszystkie osoby, które się z nim stykały, zostaną czasowo izolowane od pracy konspiracyjnej, zmienią policyjne nazwiska, a także adresy. Przecież to on najlepiej wiedział, jak funkcjonuje w podziemiu alarmowy system bezpieczeństwa.

Natomiast o swym dowódcy "Wojciech" powiedział, że nazywa się Rowecki, o czym Niemcy przecież wiedzieli, podał jego pseudonimy "Jan Dulęba", "Krabicki". Jeśli chodzi o "Krabickiego", wszyscy są zgodni, że chodziło o jeden z używanych przez Roweckiego pseudonimów, mianowicie "Grabica", który omyłkowo został zniekształcony przez Niemców - tłumacza lub - co najbardziej prawdopodobne - przez maszynistkę. Ale Albrecht bynajmniej tego nie prostował. Nie można też wykluczyć, że w celu dezorientacji Niemców wymienił nazwisko "Grabicki", a nie "Grabica". Nie wymienił najczęściej używanych w tym okresie przez Roweckiego pseudonimów: "Jan", "Rakoń", "Kalina", Pseudonim "Grabica" także był wówczas w użyciu, ale Niemcom ten wyraz niewiele mówił, natomiast "Grabicki" był dla nich zrozumiałym, popularnym nazwiskiem polskim.

Po tych zeznaniach pułkownik zaczął rozwlekle opowiadać, że Rowecki wciąż zmienia nazwiska i mieszkania, że trudno jest do niego dotrzeć poprzez skomplikowany system łączników, że nawet on sam, jako jego zastępca, potrzebuje na to pięciu dni.

Studiując omawiany protokół, odnosiłem wrażenie, że Albrecht ujawnił przede wszystkim te okoliczności, co do których był przekonany, że Niemcy je znają. Moje przypuszczenia potwierdziło zapoznanie się z relacją Haliny Zakrzewskiej. Opierając się na wyjaśnieniach pułkownika, podaje, że podczas przesłuchania Niemcy podawali wiele okoliczności a od niego zażądali tylko, by je potwierdził. Ale też trzeba przyjąć, że te zeznania spowodowały wielodniowe maltretowanie.

Natomiast bezsporny jest fakt, że w związku z aresztowaniem płk. Albrechta nie wpadł ani jeden lokal konspiracyjny ZWZ, o którym wiedział, ani jeden człowiek, którego znał, nie ucierpiał. Zeznania Albrechta w niczym Niemcom nie pomogły. Więc pułkownik nie sypał!

Nie podzielam natomiast poglądu Haliny Zakrzewskiej, co do wiarygodności podpisu płk. Albrechta na protokole przesłuchania. Nie ma znaczenia, że nie znał języka niemieckiego. Przy przesłuchaniu był tłumacz, więc przeszkody formalne odpadały. Poza tym najpewniej chciał szybkiego zakończenia śledztwa, a odmowa podpisu mogła je tylko przedłużać.

Gestapo nie miało żadnej potrzeby, aby podrabiać na protokole podpis Albrechta, czy też posługiwać się faksymile. Można ją było wykonać prostym sposobem z gumy, metodą odlewu - tylko po co? Gdyby zaś chodziło o odpis, wówczas nazwiska byłyby wypisane na maszynie.

Gdy kielecka Aussendientstelle uświadomiła sobie, że mimo bezwzględnego bicia, z Albrechta nic więcej nie zdoła wyciągnąć, gestapowcy przeobrazili się w salonowców. Wkrótce do sprawy włączyli się także wyżsi funkcjonariusze. Przyjechali oni do Kielc z Berlina i rozpoczęło się to, co Albrecht nazwał rozmowami politycznymi.

W ten sposób dojrzała koncepcja wykorzystania Albrechta jako pośrednika do rozmów z gen. Roweckim. Dlaczego właśnie jego? Prawdopodobnie z powodu jego wysokiej funkcji w podziemiu, a także reprezentowanej orientacji politycznej. Jako piłsudczyk wyznawał teorię "dwóch wrogów". Niemcy mogli więc liczyć na to, że Albrecht będzie przeciwny porozumieniu Sikorskiego z ZSRR i że jego postawa znajdzie zwolenników w szeregach ZWZ.

W każdym razie doskonale wiedzieli, że na kolaborację nie mogą liczyć, toteż wysunęli bardzo ostrożną i - w ich mniemaniu - strawną dla Polaków propozycję neutralności, zawieszenia broni, co ze strony ZWZ oznaczałoby zaprzestanie walki bieżącej, a zwłaszcza - dywersji. Nie było mowy o żadnej wspólnej akcji polsko-niemieckiej przeciwko ZSRR, jak usiłuje sugerować C. Ketling-Szemley. Była natomiast próba zneutralizowania ZWZ, nadzieja, że Polacy przynajmniej nie będą przeszkadzać.

Albrecht nie był politykiem i dlatego, dosyć naiwnie, widział w tym rozwiązaniu możliwość "wymanewrowania sprawy polskiej z rąk obu sąsiadów".

Jego zdaniem, dawało to możliwość głębszego zakonspirowania sił do ostatecznej rozprawy, liczył, że ustaną prześladowania ludności, będą zlikwidowane obozy, dokona się "scalenie naszego kraju".

Ale motywacje te pułkownik zachował dla siebie, wobec Niemców zgodził się wyłącznie na funkcję "parlamentariusza".

Obie strony zawarły porozumienie, gwarantowane wzajemnie udzielonym oficerskim słowem honoru: Albrecht zostanie zwolniony z więzienia i nikt go nie będzie śledził. On z kolei zobowiązał się dotrzeć do "Grota" i zaproponować mu spotkanie negocjacyjne z Niemcami 12 lub 16 września w Falenicy. O ile nie zdoła wypełnić swojej misji, do 16 września zgłosi się do Niemców, którzy zapewnili, że do końca wojny zostanie osadzony w Oflagu jako jeniec wojenny.

Płk Albrecht został zwolniony i rano przybył do Warszawy. W notatce sporządzonej - jak przypuszcza A.K. Kunert - w grudniu 1941 r. "Herminia" autorytatywnie stwierdziła, że było to 27 sierpnia 1941 r., zaś w swej powojennej relacji powiada: "mógł to być 27 sierpnia". Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że relacja ta została napisana w czterdzieści lat po tych wypadkach, jest zrozumiałe, że "Herminia" mogła już nie być pewna tej daty i dlatego trzeba się oprzeć na notatce grudniowej, przyjmując 27 sierpnia jako datę pewną.

Halina Zakrzewska kategorycznie dementuje twierdzenie Rzepeckiego, jakoby Albrecht odwiedzał znane mu lokale konspiracyjne ZWZ w poszukiwaniu kontaktu z gen. "Grotem", czy prowadził rozmowy z oficerami Komendy Głównej. Powiada, że w czasie bytności w Warszawie, która - jak obliczam - trwała jedenaście dni, pułkownik spotkał się wyłącznie z Zakrzewską, płk. Tadeuszem Pełczyńskim "Grzegorzem", który zastępował go na stanowisku szefa sztabu oraz z kpt. Ryszardem Jamontt-Krzywickim "Ryszardem", "Szymonem", adiutantem gen. Roweckiego. Nie wymieniam nazwisk kilku łączniczek z którymi miał epizodyczne kontakty.

Albrecht dążył do rozmowy z "Grotem" i niecierpliwił się w miarę zbliżania się terminu wyznaczonego przez Niemców. Rowecki nie chciał się z nim spotkać, a powtórne oddanie się w ręce niemieckie ocenił jako dezercję.

Na początku września przy ul. Nowogrodzkiej 42 spotkał się z płk. Pełczyńskim. Zrobił to z wyraźną rezerwą, ale później dłuższy czas rozmawiali serdecznie w cztery oczy.

W parę dni po tym spotkaniu, wieczorem 5 września, "Herminia otrzymała polecenie od Bernarda Zakrzewskiego, aby następnego dnia doprowadzić "Wojciecha" na spotkanie z Roweckim. 6 września o godz. 9.00 spotkała się z nim na placu Starynkiewicza, a następnie na placu Narutowicza przekazała łączniczce generała Roweckiego, Jadwidze Piekarskiej "Basi". Widziała go po raz ostatni, gdy razem z łączniczką wsiadł do tramwaju jadącego w kierunku ul. Marszałkowskiej. Na tym kończy się relacja "Herminii" z autopsji.

"Wojciech" wszedł w mroczną sień budynku na ul. Świętokrzyskiej 23 (oficyna na prawo). Czekał tam na niego kpt. "Szymon", który wręczył mu list od gen. Roweckiego. Listu tego nie odnaleziono. Po śmierci Albrechta zabrał go ze sobą "Szymon" i zapewne zniszczył. Jego treść można odtworzyć z przekazu Bernarda Zakrzewskiego, w obecności którego list był pisany. Brzmiał następująco:

"Kochany Januszu! Poszedłeś za daleko. Myślę, że znajdziesz właściwe rozwiązanie. Ściskam cię, Stefan".

Nie ma więc tutaj nic z rewelacji Rzepeckiego, mówiącej o liście wyjaśniającym Albrechtowi "jego przestępstwo, zawiadamiającym o wyroku i ten wyrok uzasadniającym i wreszcie dającym do wyboru: rehabilitację przez samobójstwo (...) bądź zastrzelenie".

Jednak wersja ta musiała być znana już w czasie okupacji, gdyż w piśmie z 20 listopada 1941 r. radomskiego komendanta policji bezpieczeństwa jest wzmianka, że według jednego z meldunków - Albrecht miał zostać wezwany do popełnienia samobójstwa (aufgefordert worden sei, seinen leben selbst ein Ende zu machen").

Nasuwa się w tym miejscu pytanie, czy rzeczywiście sąd podziemny zajmował się sprawą Albrechta? Rzepecki powiada, że tak, i nawet sam uczestniczył w rozprawie. Jednak rzekomy przewodniczący owego sądu, gen. Bór-Komorowski, indagowany na ten temat przez grono dawnych podkomendnych Albrechta, 2 października 1959 r. zdecydowanie temu zaprzeczył, nazywając to wymysłem Rzepeckiego.

Jednak oświadczenie Bora-Komorowskiego nie może stanowić dowodu na to, że taka rozprawa się nie odbyła.

Oprócz relacji Rzepeckiego istnieje na ten temat także relacja Bernarda Zakrzewskiego "Oskara". Według niej wyrok zawierał rozstrzygnięcie alternatywne: o ile Albrecht popełni samobójstwo, wyrok zostanie uznany za niebyły. W związku z tym Wł. Sieroszewski trafnie zwraca uwagę, że zarówno taki skład kompletu sądzącego, jaki podał Rzepecki, jak też alternatywność rozstrzygnięcia, czynią całe postępowanie bezprawnym w świetle obowiązujących wówczas przepisów o Sądach Kapturowych.

W tym miejscu nasuwają się co najmniej dwie hipotezy. Można założyć, że sprawę Albrechta Rowecki oddał pod dyskusję nieformalnego gremium wyższych oficerów Komendy Głównej, by zasięgnąć ich opinii i tam właśnie zapadł ów "werdykt", bardzo odpowiadający zresztą "oficerskiemu" sposobowi myślenia.

Można założyć, że postanowiono oddać Albrechta pod sąd, gdyby nie popełnił samobójstwa. A więc zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku mógł mu to tylko zakomunikować "Szymon" podczas ostatniego spotkania. W lokalu na Świętokrzyskiej było ich tylko dwóch, więc zapewne nigdy nie dowiemy się prawdy.

A jeżeli tak było, jest zrozumiałe, że skoro Albrecht popełnił samobójstwo, wszyscy wtajemniczeni, nie wyłączając Bora-Komorowskiego, zobowiązani są do milczenia; obowiązywało ono także gen. Komorowskiego. Przecież dano Albrechtowi słowo oficerskie, że wyrok zostanie uznany za niebyły, czy też - jak powiada Rzepecki - samobójstwo go zrehabilituje.

Do obu tych logicznych i pozornie poprawnych hipotez nie pasuje tylko jedno. Gen. Rowecki należał do ludzi bezwzględnych, a nawet, można powiedzieć, brutalnych, gdy chodziło o etykę, moralność i bezkompromisową postawę oficera. Ale nigdy nie był hipokrytą. Obca mu była wszelka dwulicowość i obłuda. Miałby odwagę otwarcie napisać "Wojciechowi" taki list, o jakim mówi Rzepecki. Mógłby tego nie pisać, lecz przekazać za pośrednictwem Krzywickiego, ale - w moim przekonaniu - nie pisałby wówczas tak serdecznie, jak to uczynił. I tu właśnie rodzi się wątpliwość.

Wyjaśniliśmy sobie jednoznacznie, że w kieleckim Gestapo "Wojciech" nie sypał. Nie tyle chodzi o omówiony protokół, co przede wszystkim o fakt, że z jego powodu nie było żadnych wsyp.

Pozostaje natomiast sprawa misji, której się podjął. Przed dwudziestu ośmiu laty Władysław Bartoszewski napisał, że - jak to miał ustalić sąd podziemny - płk Albrecht "nie wykazał hartu woli koniecznego na zajmowanym (...) stanowisku i że jego działalność po zwolnieniu na urlop jest szkodliwa, usiłował bowiem, jako były szef sztabu, nakłonić innych działaczy podziemia do uległości wobec wroga" *[Wł. Bartoszewski, "Szymon" - adiutant trzech dowódców, "Stolica" 1957, nr 12.].

To prawda, że pułkownik podjął misję "parlamentariusza" nie tylko po to, by wydostać się z łap Gestapo, ale dlatego, że wierzył w słuszność koncepcji proponowanych przez Niemców - wierzył, że będzie to z pożytkiem dla Polski. Ale nie ma żadnych podstaw, by twierdzić, że agitował za tą koncepcją innych działaczy podziemia. Jego celem - do czego się zobowiązał - było tylko dotrzeć do "Grota" i przedstawić propozycję. Nie ulega wątpliwości, że jako zdyscyplinowany i mający poczucie honoru oficer, nawet wbrew własnym przekonaniom, karnie podporządkowałby się decyzji swego dowódcy, gdyby ten odrzucił niemieckie warunki. Tylko że wtedy pozostałoby mu do wyboru dotrzymać słowa i oddać się w ręce Niemców, bądź popełnić samobójstwo.

Chciano mu to wyperswadować. "Herminia" usłyszała wówczas kategoryczną odmowę "Żadnego słowa honoru się nie łamie, a tym bardziej oficerskiego. Bez względu, komu by się je nie dało, nawet wrogowi. Honor reprezentuje ten, kto słowo daje i on, polski oficer, je dał, nie dotrzymać nie może. Bez względu na wynik rozmów z Janem, muszę odpowiedź Niemcom do Falenicy osobiście dostarczyć. Taką zawarliśmy umowę. Innej alternatywy nie ma. Jedynie śmierć może usprawiedliwić niedotrzymanie słowa honoru. I to jest honorowe wyjście".

Kiedy dziś, po latach, konfrontuję tę postawę, natrafiam na zupełne niezrozumienie otoczenia. Tak, w tym świecie nie ma już miejsca na pojęcie honoru. Zastępuje je podpis na wekslu, oświadczenie złożone w obecności świadków i to jeszcze nie daje gwarancji, czy ktoś się nie wyłga. Honor - puste słowo, brzmiące śmiesznie! A przecież Albrecht nie odgrywał komedii, nie sprowadzał go do salonowej pozy. Honor oficerski był dla niego czymś naturalnym i jednocześnie zdawał sobie sprawę, że broni nie tylko własnego honoru, ale także honoru polskiej kadry oficerskiej.

"Wojciech" sam począł wątpić, że "Grot" przyjmie jego koncepcję. "Wątpię, żebym zdołał przekonać Jana, jeżeli nie mogę przekonać ani żony, ani najbliższej łączniczki o politycznej słuszności mojej koncepcji" - powiedział "Herminii". Niemniej dążył do tego spotkania. Chyba po to, aby uspokoić własne sumienie? Ale gen. "Grot" nie chciał się spotkać z "Wojciechem". Dlaczego?

Z depeszy do Londynu z 19 września 1941 r. na temat propozycji dostarczonych za pośrednictwem "Wojciecha" powiada: "Propozycję tę odrzuciłem ze względów zasadniczych. Ze stanowiska walki bezwzględnej i bezkompromisowej zejść nam nie wolno i nie zejdziemy". Uważa, że jest to próba dywersji ze strony Niemców, a także przejaw słabości wroga pragnącego spokoju w okupowanej Polsce.

Rzepecki twierdzi, że Rowecki nie chciał ryzykować bezpośredniego spotkania, mimo że nie stwierdzono, aby Albrecht był inwigilowany przez Gestapo.

Tymczasem w meldunku organizacyjnym nr 79 z 1 października 1941 r. gen. Rowecki pisze odnośnie "Wojciecha", że "został wypuszczony na wabia, co potwierdziła ścisła obserwacja jego i jego rodziny". Jest to nieprawda; mamy autorytatywną relację "Herminii", że w w tym okresie ani "Wojciech, ani jego rodzina nie byli inwigilowani przez Gestapo. Nie wiem, jak potoczyłyby się wypadki, gdyby "Grot" pojechał do Falenicy, nie wiem, czy nie była to pułapka? W każdym razie dotąd Niemcy dotrzymywali słowa.

Więc czyżby generał nie był rzetelnie informowany, jaki jest stan rzeczy? Był niezwykle ostrożny, ale nie był tchórzliwy i nie chce mi się wierzyć, aby w tych warunkach bał się "ryzykować bezpośredniego spotkania". Chyba, że powody leżały gdzie indziej: nie chciał w ogóle podejmować rozmów z wysłannikiem wroga. Lecz przecież to miała być przede wszystkim rozmowa dowódcy z podkomendnym, która być może pozwoliłaby "Wojciechowi" inaczej ocenić sytuację, może wspólnie umieliby znaleźć rozsądne rozwiązanie?

Tymczasem "Wojciecha" pozostawiono samemu sobie, nie dodano mu żadnej otuchy. W pokoju na Świętokrzyskiej, jak w scenicznym spektaklu, narasta dramat, mający w końcowej sekwencji osiągnąć swe apogeum ostateczności. Przekaz "Szymona" z ostatnich chwil życia Albrechta jest niepełny, jak gdyby uproszczony.

"Wojciech" przeczytawszy list Roweckiego, usiadł przy stole. Napisał do żony i dzieci:

"Kochani!

Nie udało mi się nawiązać kontaktu z przyjaciółmi. Widać obawiają się mnie. Doszedłem do przekonania, że popełniłem błąd (?!) Postanowiłem skończyć ze sobą, by w ten sposób ratować swój honor, a wam przekazać czyste imię. Żegnam was, a duszę swoją i was polecam Bogu.

Wasz Janusz i Ojciec. 6.IX.41"

Co do tego listu nie ma wątpliwości, zachował się w oryginale do dziś.

Następnie "Wojciech" zdjął z palca obrączkę, położył ją obok na stole. Rzepecki powiada: "trucizna była na miejscu". Na stole stała szklanka z wodą. "Szymon" nie wyjaśnia, czy była już w niej trucizna, czy też pułkownik miał przy sobie własną? Kiedy spojrzał na "Szymona", ten podał mu ją milcząco i "Wojciech" wypił. Śmierć musiała nastąpić natychmiast. "Szymon" podtrzymał przez chwilę głowę pułkownika, a następnie przewrócił krzesło wraz z ciałem, tak by spoczęło na podłodze, a potem opuścił mieszkanie.

Zapewne można się zgodzić z tym, że Albrecht popełnił samobójstwo, aby nie złamać oficerskiego słowa. "Oskar" dodaje także "nie mógł dogadać się z Janem". Dla mnie bardziej istotne jest to, że w ogóle nie mógł się spotkać z Roweckim, że bano się go, że stracił zaufanie współtowarzyszy broni.

Jednak z relacji Krzywickiego nietrudno wywnioskować, że na Świętokrzyskiej wszystko było przygotowane do tego samobójstwa i że nie zamierzano przeszkodzić.

Kiedyś odwiedziłem rodzinny grobowiec Albrechtów na cmentarzu Czerniakowskim, gdzie spoczywają prochy pierwszego szefa sztabu Armii Krajowej i pomyślałem, że wraz z nim pochowana tam została, pełna romantyzmu epoka polskich szwoleżerów, dla których największą świętością był honor i ojczyzna!

Poznaliśmy mniej lub bardziej prawdopodobny przebieg bezpośredniego aresztowania płk. Albrechta, nie zostało jednak wyjaśnione, jak do niego doszło. Wspomniałem, że ponurym bohaterem był rtm. Przemysław Deżakowski. Po raz pierwszy światło na motywy działania rotmistrza rzuca relacja Władysława Sieroszewskiego: Rotmistrz był niegdyś oficerem 1 pułku szwoleżerów, z którego został przed wojną wydalony na mocy wyroku oficerskiego sądu honorowego *[Wł. Sieroszewski, Przyczynek do historii..., s. 60.].

Wyjaśnienia Albrechta na temat roli Deżanowskiego nie są całkowicie jasne. Indagowany, niechętnie go obciąża, powiada: "Niech go Pan Bóg osądzi". Można mieć wątpliwości czy w chwili aresztowania rzeczywiście go rozpoznał, jako tego, który go wskazał gestapowcom, czy też uległ ich sugestii, że to był Deżakowski, o czym starano się Albrechta od początku usilnie przekonać.

Deżakowski mieszkał w tym czasie w majątku administrowanym przez przyjaciela z 1 pułku szwoleżerów, koło Kielc, co czyniło prawdopodobnym jego kontakty z kieleckim Gestapo.

Prokurator WSS przy Komendzie Głównej ZWZ, kpt. Lucjan Milewski "Baczyński", w akcie oskarżenia przeciwko Deżakowskiemu przyjął, że ten, pracując dla niemieckiej służby bezpieczeństwa, 10 lipca 1941 r., o godzinie 21.00 wskazał Albrechta, gdy wracał z ul. Filtrowej od Matusewiczów. Wcześniej już za pośrednictwem swej żony, kelnerki warszawskich restauracji, miał się dowiedzieć o terminie i miejscu spotkania Albrechta z Roweckim, lecz Gestapo kieleckie spóźniło się i dlatego potem zdołało aresztować tylko Albrechta *[Akta sprawy P. Deżakowskiego, Centralne Archiwum KC PZPR, sygn. 203/IX/3, k. 8 (Częściowo opublikowane przez A.K. Kunerta, H. Zakrzewskq, Dramat płk. Janusza Albrechta..., s. 230 i dalsze).].

Sam Deżakowski nie przyznał się, nawet próbował w rozmowie z Marią Albrechtową dowodzić swej niewinności.

Wiemy już na pewno, że data i czas aresztowania pułkownika ustalone przez Milewskiego są błędne. Z kolei zastanawiające może być owo natarczywe przekonywanie Albrechta przez Gestapo, że wydał go Deżakowski, polski oficer, który wziął za to 50 zł na wódkę, że ujawniają to, gdyż nie zamierzają dalej korzystać z jego informacji. Czy przypadkiem kosztem Deżakowskiego Gestapo nie zamierzało osłonić kogoś bardziej cennego?

Zbliżoną hipotezę wysunął "Oskar" w swym raporcie Teza zasadnicza dla władz podziemnych. Co prawda, wyklucza, aby Gestapo celowo wskazało na Deżakowskiego, kierując podejrzenia "na niewłaściwe tory", ale zakłada, że Deżakowski był pośrednim ogniwem pomiędzy Albrechtem, jakimś znaczniejszym agentem a kieleckim Gestapo. W rzeczywistości "Oskar" niejako potwierdza moją hipotezę: Gestapo wprawdzie wskazało rzeczywistego, bezpośredniego sprawcę aresztowania, ale usunęło w cień człowieka, który był właściwym inicjatorem tej sprawy. Po prostu Deżakowski stał się już niepotrzebny, zaś tamten - nadal się liczył.

Nie zwrócono dotąd uwagi, że we wspomnianym piśmie z 21 lipca 1941 r. kieleckiego Gestapo do Komendy SiPo u. SD w Radomiu, jakie zachowało się w szczątkach akt niemieckich w sprawie Albrechta, jest mowa o załącznikach, z których jeden dotyczył sprawozdania konfidenta (V-Mann) "Bogusława". Załącznika tego nie odnaleziono. Jeżeli więc połączymy fakt, że konfident NN "Bogusław" został wymieniony w tym samym piśmie, które dotyczy Albrechta, może właśnie jest to ów agent, którego Gestapo tak bardzo pragnęło osłonić?

W każdym razie żadna z przytoczonych wyżej okoliczności bynajmniej nie przemawia za niewinnością Deżakowskiego, chyba tylko za tym, że nie był głównym sprawcą, niemniej w hierarchii upodlenia znalazł miejsce na samym dnie. Jeżeli "Bogusław" był tym najważniejszym agentem, to bez judaszowej roli Deżakowskiego nie zdołano by schwytać Albrechta.

Na podstawie meldunków "Herminii" i "Oskara" oraz innych jeszcze dokumentów Wojskowy Sąd Specjalny AK przy Komendzie Głównej w składzie: płk dr Konrad Zieliński, jako przewodniczący, sędzia płk dypl. Adam Świtalski i ppor. NN "Kosy" wyrokiem z 4 marca 1942 r. skazał Deżakowskiego na karę śmierci *[Zarówno w wyroku, jak też akcie oskarżenia została błędnie podana data urodzenia Deżakowskiego. Urodził się on 13 kwietnia 1903 r. (wg danych rocznika oficerskiego), a nie 11 listopada 1898 r.].

W dwa dni później gen. Rowecki wyrok zatwierdził. Wykonanie jednak natrafiało na trudności. Pierwsza próba chybiła i Deżakowski uciekł. Wykryto go po długich poszukiwaniach, na wiosnę 1944 r. w majątku Pólko-Chyliczki, koło Piaseczna i tam zastrzelono.

Ostatnią osobą związaną ze sprawą płk. Albrechta był niejaki Majchrzak, oficjalnie kierownik centrali mleczarskiej w Kielcach. Wkrótce po śmierci pułkownika, odwiedził Marię Albrechtową, występując jako przedstawiciel kieleckiego Gestapo. Chciał uzyskać od niej informacje na temat śmierci męża.

W jakiś czas potem Majchrzak z innym podobnym typem, Bigosińskim, zarządcą nieruchomości przejętych przez okupanta, rozpoczęli czynną działalność w kieleckim podziemiu. W styczniu 1942 r. uzyskali kontakt z Zygmuntem Hemplem "Łukaszem", "Mecenasem", "Prątnickim", czołowym działaczem Konwentu Organizacji Niepodległościowych. Chodziło o urządzenie przez nich tajnej drukarni w Kielcach. Mieściła się ona w oficynie przylegającej do Banku Emisyjnego, koło ul. Leonarda. Już w ciągu najbliższych tygodni podziemie zdołało ustalić, że Majchrzak i Bigosiński są agentami Gestapo, zaś drukarnia ma służyć prowokacji.

Rozpracowanie obu agentów w Kielcach zbiegło się z innym wypadkiem w Warszawie. 23 maja 1942 r. Zygmunt Hempel miał spotkanie z Majchrzakiem w kawiarni Dakowskiego. Majchrzak nie wiedział, że jest przypadkowo obserwowany przez Marię Albrechtową, która go dobrze zapamiętała z poprzednich wizyt. Kiedy wyszedł, natychmiast podeszła do Hempla, ostrzegając, z kim ma do czynienia. Nici kieleckie i warszawskie zbiegły się w Wojskowym Sądzie Specjalnym AK, który skazał obu na śmierć.

Okazało się także, co wydaje się bardzo znamienne, że Majchrzak i Bigosiński uzyskali kontakt z Hemplem na podstawie referencji paru poważnych oficerów Komendy Głównej AK. Chcieli wydawać pismo, które pod przykrywką "niezależnego" mogło nie być związane skutkami umowy polsko-radzieckiej, czyli miało być antyradzieckie.