Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Michał Witkowski

Lubiewo

2005

 

(...)

 

Czwarte piętro, dzwonię domofonem, słyszę jakieś piski, ochy i achy.

Wiem, że dobrze trafiłem, śmiało wchodzę do brudnej bramy.

Patrycja i Lukrecja są już starymi facetami i w ich życiu wszystko się dawno skończyło. Dokładnie w dziewięćdziesiątym drugim roku. Patrycja: grubawy, zniszczony mężczyzna z wielką łysiną i bardzo ruchliwymi, krzaczastymi brwiami. Lukrecja - pięćdziesiąt lat, gładko ogolona twarz, cyniczny, także gruby. Czarne, zżarte grzybicą paznokcie. Ich żarty, ich zblazowane fumy. Ich motta życiowe. "Z maturą to już nie chłop!" Ich zawody, te życiowe i te dla życia: opiekunka społeczna, salowa, szatniarka. Byleby jakoś żyć i móc zajmować się tym, co najistotniejsze.

Na razie wjeżdżam rozklekotaną windą na czwarte piętro smutnego, gomułkowskiego bloku. Pachnie szczyną. Na podwórku głośno krzyczą dzieciaki. Patrzę na guziki poprzypalane papierosami, rozklejone; czytam napisy kibicujące drużynom piłkarskim, ktoś kogoś wysyła do gazu. Dzwonię krótko, od razu otwiera mi Lukrecja, Patrycja w kuchni zaparza herbatę - obie są bardzo podniecone, że przyszedł "pan dziennikarz", zachowują się jak prawdziwe gwiazdy. Tymczasem żyją z renty i ledwo wiążą koniec z końcem. Nie mają nawet działki, na której można wiązać co innego, choćby wiechcie czosnku, albo wymieniane z sąsiadką przez płot wspomnienia. Nie, ich wspomnień nie da się opowiadać obcym. Właśnie dlatego opowiadają je mnie.

Lukrecja był kiedyś germanistą, ale nigdzie długo nie mógł zabawić, ciągle przysparzał kłopotów, podrywał uczniów i w końcu zaczął utrzymywać się tylko z korepetycji. Z Bydgoszczy przyjechał do Wrocławia w latach siedemdziesiątych. Tu poznał Patrycję, w parku dla pedałów, w brudnym szalecie. Patrycja leżał pijany z głową w szczynach i myślał, że już się nie wydobędzie. Ale Lukrecja pomógł Patrycji, tej dziwce, jakoś znalazła się dla niego praca szatniarza w którymś z robotniczych domów kultury. Odtąd zadaniem Patrycji było wydawanie piłeczek do ping-ponga, bo młodzi działacze przychodzili grać do klubowej świetlicy. Praca lekka, płatna jak każda inna, cały dzień Patrycja piła kawę w szklance musztardówce, plotkowała z woźną i żyła nadchodzącą nocą. Czasami pozostawała na dyżurze do rana w charakterze nocnego ciecia. Wtedy wyobrażała sobie, że jest barokową damą, ma wielką krynolinę, wysoką perukę i jedzie karetą do kochanka. Że nazywa się jakoś tak zupełnie nie do wymówienia i zasłania się wielkim wachlarzem. Z dachu kapało do wiadra, za oknem wył wiatr, ale ona wstawała, robiła sobie grzałką kawę na zmianę z herbatą, dodawała do tego wódki i wracała do swojej karety, do Wersalu, do sukni tak wielkich, że pod ich kloszami można zmieścić kilku kochanków i buteleczkę z trucizną. Zapalała wiarusa i szła na obchód, a gdy wracała, miała już obmyśloną dalszą akcję. Trzeba tylko było zapchać uszy stoperami, bo noce nie były spokojne, a psy pilnujące terenu polowały na koty. Ranek otrzeźwiał ją, jak chlapnięcie zimną wodą. Trzeba było podpisać kontrolkę, trzeba było wracać, znowu ktoś coś od niej chciał i znowu była leniwa i krnąbrna.

Ale to dawne czasy, gdy robotnicy Hydralu i Stolbudu po pracy wciąż jeszcze mieli siły zajmować się baletem... Gdy nie istniały wyrazy takie jak "molestowanie", a gazety zajmowały się swoimi sprawami. Na nocnych dyżurkach nie było jeszcze telewizorów, więc wyobraźnia pracowała pełną parą, inaczej zdechłoby się z nudów.

Teraz w domu kultury Patrycji każdy pokój zajmuje inna firma, a fasada pełna jest tablic informujących, na którym piętrze znajduje się lombard, kantor, klub bilardowy czy hurtownia zniczy. Tam, gdzie tańczyli niezgrabni robotnicy mieści się skład o romantycznej nazwie "wszystko po 5 złotych". Nie ma komu zatrudniać Patrycji, każdy sam pilnuje swego nosa, a ochronę budowli zapewnia specjalna firma. Świat jest zły, bo w miejsce konkursów recytatorskich, rytmiki dla dziewcząt, baletu i zajęć z gimnastyki korekcyjnej pojawiają się brudne, na poły mafijne speluny, w których handluje się używanymi telefonami komórkowymi o niemodnych kształtach, a jakby tego było mało, w kioskach nigdzie nie można dostać stoperów - pomyślała Patrycja i bez żalu przeszła na zasłużoną rentę.

Do domu Trzeciej RP nigdy nie wpuściła.

* * *

Mówią o sobie w rodzaju żeńskim, udają kobiety, do niedawna podrywali facetów w parku, pod Operą i na dworcu. Nie wiadomo, ile w tym było prawdy, ile folkloru, a ile zwykłych żartów. Jedno jest pewne - są częścią wcale nie małej grupy ludzi uzależnionych od seksu. Mają wprawę w wyrywaniu! Nawet teraz, na emeryturze, z tymi brzuszkami, potrafiliby niejedno. Żaden z nich nie wiedział o istnieniu operacji plastycznych, ani o możliwości zmiany płci. Wystarczało wymachiwanie zwykłymi czarnymi torbami, na które mówili "torebki". Bo ubierają się w to, co mają - ekstrakt przeciętności rodem z Peerelu. Wystarcza inne trzymanie papierosa, brak wąsów i te wszystkie słowa. W słowach tkwi ich siła. Niczego nie mają, wszystko muszą sobie dokłamać, dozmyślać, dośpiewać. Dziś wszystko można zmienić za pieniądze: płeć, kolor oczu, włosów... Nie ma miejsca na imaginację. Dlatego wolą być biedne i "bawić się":

- Ależ przestań, moja droga! - teraz Patrycja "przegina się" i podaje herbatę w wyszczerbionej szklance. Tak, w starej, obskurnej szklance, ale jednak na tacce i z serwetką. Formy, formy są najważniejsze. I słowa.

- Ależ przestań! Już nie te lata, dupka już zwiędła, gdzie te niegdysiejsze śniegi? Boże, wariatka, kobieta szalona, zostaw mnie! Dobrze mówił stary Villon: bierz tylko chłopców! To i brałyśmy.

"Przeginanie się" to udawanie kobiet - jakimi je sobie wyobrażają - wymachiwanie rękami, piszczenie, mówienie "ależ przestań" i "Boże, Bożenka". Albo podchodzenie do miśka, kładzenie mu ręki pod brodę i mówienie:

- Główkę, szczeniaczku, wyżej trzymaj, jak do mnie rozmawiasz. - Wcale nie chcą być kobietami, chcą być przegiętymi facetami. Tak im dobrze, to był ich sposób na całe życie. Zabawa w babę. Bycie prawdziwą kobietą to już nie to - zabawa ekscytuje, a spełnienie, jak to spełnienie... Ale w ich języku spełnienia nie istnieją. Znają tylko wyrazy takie jak "głód", "niespełnienie", "zimny wieczór", "wiatr" i "chodź". Stałe przebywanie w wyższych rejonach dna, między dworcem, najnędzniejszą pracą, a parkiem, w którym był szalet. Można nawet powiedzieć, że był to jakiś zafajdany środek świata.

Okazuje się, że dno ktoś specjalnie dla nich wymościł trocinami i szmatami. Wcale wygodnie.

Człowiek zawsze miał dosyć na tą zupę ze słoika, na kartofle, socjalizm im sprzyjał, głodni ani bezdomni nie byli, kobiecie niewiele potrzeba. Teraz w tym ich parku budują wielką Galerię Sklepów, rozkopują im całą przeszłość, więc Patrycja zamierza apelować. Ale to tylko takie żarty. Coraz bardziej gorzkie i smutne, bo:

- Cóż, cóż ja, dziadówka, poradzę? Z kijem na Wielki Kapitał? Torebką po głowie? I co im powiem, że to jest miejsce pamiątkowe? Idź już lepiej, Lukrecja, idź po popielniczkę, bo pan nie ma gdzie strzepać (hi! hi!) strzepać... popioooooołu!

Patrycja nagle odkrywa, że nazwała siebie "dziadówką" i bardzo się cieszy z tego nowego żartu. W którym gdzieś na dnie jest kropelka poniżenia. Patrycja właśnie zamierza ją wypić, wylizać jak kroplę ajerkoniaku z dna kieliszka. Dziś wieczorem.

- Ja sobie idę elegancko do parku, papierosy najpierw w kiosku kupuję i tak od lat, jest dobrze, nie szkodzi mi na zdrowie. A spotykam znajomego z dawnych lat, co się wybija w życiu, robi interesy. No nic. On patrzy na mnie, jak na ostatnią kurwę, jakbym pod dworzec na Gwarną chodziła. Zresztą - przecież chodzę. Kurwą ci jestem nie lada... I tak słucham, co on mi tam gada, ale jakoś tak mnie to słodko nie dotyczy, bo jakieś raty, proszę ja ciebie. Raty ma, a pracę traci. Myślę sobie, jeszcze mi tylko raty do szczęścia potrzebne! Taka mnie refleksja filozoficzna natchnęła i Łucja Kąpielowa, której się zwierzyłam, to potwierdziła. Że my sobie tu żyjemy w tych wyższych rejonach dna, jak w raju. Nic nam już nie grozi - Lukrecja przeciąga się leniwie - i ma się ten sens w życiu! - oblizuje się lubieżnie.

Siedzę przy chwiejącym się stoliku w ich starym mieszkaniu, w kuchni. Nic się tu nie zmieniło od czasów komuny, wszędzie złote tajwańskie zegary z targu, barometry z targu, połyskujące figurki z targu, wszystko od Rosjan. Nawet ich język pełen jest rusycyzmów:

- U niego mało w spodniach...

Bieda aż piszczy, nad blachą suszy się pranie na sznurku. Męskie majtki, ale czarne, najtańsze, cerowane skarpetki, ale czarne; czarne - bo po pierwsze - fikuśne, po drugie - w tym domu panuje żałoba. Od ponad dziesięciu lat.

Lukrecja przybiera pozę starej hrabiny, której wojenne zawieruchy zabrały cały majątek, zakłada nóżkę na nóżkę (pomiędzy skarpetką a brązową nogawką w kant wystaje blada łydka poznaczona tatuażem żylaków), zapala papierosa, chwilę trzyma dym, wreszcie wypuszcza jak dama, daleko przed siebie, w tkliwym zamyśleniu. Puszczają ulubioną Annę German. Kręci się gramofonowa płyta:

W kawiarence na rogu każdej nocy jest koncert

Zatrzymajcie się w progu Eurydyki tańczące

Zanim świt pierwszy promień rzuci

smugą na ściany

Niech was tulą w ramionach

Orfeusze pijani...

Podają przesłodzoną, letnią herbatę. Mieszkanie urządzone jest jak poczekalnia w przychodni - widać, jak mało potrzeba ludziom do życia, gdy "żyją" innymi sprawami, gdy ich mieszkanie to tylko poczekalnia, gdzie trzeba spędzać czas pomiędzy nocnymi łowami. Zaniedbane, jak to u (seksualnych) narkomanów. Ściany do połowy wymalowane żółtą olejną, od połowy w górę - brudne, na parapecie białe, plastikowe doniczki z banalnymi trawkami i drzewkami szczęścia, które ostatnio przyschły. Czekam, aż obie (obaj?) wreszcie usiądą do papierosów, do herbaty. Aż się przestaną kręcić. Ale gdy jeden już siedzi, drugi odnajduje potrzebę psiknięcia sobie dezodorantem pod pachami i podczesania się przy pękniętym lusterku. Na dodatek na kuchni coś się gotuje, a Lukrecja zabiera się za podlewanie kwiatków butelką po mleku. Skąd one jeszcze ją wytrzasnęły? No i cały czas się poprawiają, podczesują. W końcu goście nieczęsto się zdarzają w tym domu żałoby.

- Czy moglibyście najpierw powiedzieć mi trochę o pedalskim życiu ówczesnego Wrocławia? - stawiam dyktafon na stole, ale od razu przerywa mi ich głośny, piskliwy śmiech.

- I kto się o to pyta, Patrycja, ratuj mnie! Zabierzcie ode mnie tego kurwiszona! Święta Dziewica nie wie? A pana dziennikarza to jak nazywali w Orbisówce i pod operą? Nie Śnieżka aby? Śnieżka, bo cała biała od... śniegu, hi hi! Dobra, to sobie wytniesz, nie musisz przecież wszystkiego przepisywać... No więc dobrze, panie dziennikarzu, park nazywa się "pikieta" albo "szlak". Chodzenie po nim to pikietowanie. Pikieta służy do wyrywania. Podrywania, znaczy. Celem obciągu. Drutowania, znaczy. Parki były zawsze, od kiedy żyję i ciągnę lachę, czyli od czasów przedwojennych. Kiedyś pikieta ciągnęła się przez całe miasto i właśnie tak powinna się zaczynać ta twoja powieść o nas. "Hrabina wyszła z domu o wpół do dziesiątej" i poszła do parku, bo akurat dziesiąta w nocy to jest najlepszy czas na małą laseczkę. Pamiętasz, Patrycja, Hrabinę? Zabili ją chyba w osiemdziesiątym ósmym, biedaczkę. Kim ona była z zawodu właściwie?

- Głupia jesteś, w osiemdziesiątym ósmym zabili Korę, bo sobie sprowadzała lujów do domu, to się i doigrała. Luj zabił ją jej własnym kuchennym nożem, dla głupiego radia "Narew" ją zaciukał, nic tam u niej innego nie było do zabrania. Pół wrocławskiej pikiety maszerowało na pogrzebie, nawet niektórzy, hm... księża (mo... mogę o tym mówić? Czy to do jakiejś katolickiej gazety?), no więc księża. Co ja krzyczałam za nimi:

- A brewiarz już odmówiłaś?! A na pikiecie jesteś? - a one tylko przyspieszały kroku.

A co ja chciałam rzec? Aha, a Hrabinę zabili dużo wcześniej, w siedemdziesiątym dziewiątym i była z zawodu babcią klozetową. A właściwie dziadkiem. A zresztą - właśnie że babcią! Pracowała w przejściu podziemnym, więc zawsze miała blisko. Mieszkała w suterenie, ale za to przy samym parku. Tak, wszystkie cioty mieszkały blisko parku. Specjalnie powynajmowały sobie mieszkania i latami tam chodziły, a teraz żałują, bo im dźwigi pod okna wjechały.

- Kto to są "luje"? - moje pytanie zagłuszają dzikie piski.

- Kto to są luje, kto to są luje. Boże, Bożenka, luje kto to są?! No, dobra, powiedzmy, że nie wiesz. Luj to sens naszego życia, luj to byczek, pijany byczek, męska hołotka, żulik, bączek, chłopek, który czasem wraca przez park, albo pijany leży w rowie, na ławce na dworcu, albo w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Nasi Orfeusze pijani! Bo przecież ciota nie będzie się lesbijczyła z inną ciotą! Potrzebujemy heteryckiego mięsa! Luj może też być pedałem, byle był prosty jak dąb, nieuczony, bo z maturą to już nie chłop, tylko jakiś inteligencik. Żadnych min nie może robić, musi mieć gębę jak udo, po prostu obciągnięty skórą futerał, nic tam się nie może ukazywać, żadne uczucie! I gdzie znajdziesz takiego w tych barach dla pedałów? Znane są dziesiątki przykładów na to, że hetero luje idą z ciotami po dobroci, w łóżku zachowują się jak pedały i dopiero potem nagle dostają ataku agresji i kradną, zabijają, towar upłynniają... Nieraz już są na schodach, już wracają do domu. Zawołasz, zapytasz o coś - wrócą się i jebną w pysk. Jakby na siebie wściekli.

Ale ciota się tego nie przelęknie. To znaczy prawdziwa, taka jak my. Nie te podróby z barów. Każda tylko marzy, żeby takiego pijanego Orfeusza poderwać, co przez cały czas stosunku nie zauważy, że nie ma do czynienia z babą . Żeby w tym pijanym widzie myślał, że z babą. Ale to musi być bardzo pijany albo... Bo najlepsze luje są hetero i takiego wyrwać, to trzeba go albo całkiem schlać, albo...

- Albo?

- A tak wracając do Hrabiny - Patrycja nie chce odpowiedzieć na moje pytanie - teraz byłam jakoś tak, proszę ja was, o jedenastej godzinie w nocy, zanim jeszcze te dźwigi wszystko nam rozkopały, i górkę, i ruinki, i nasze drzewo z napisami, byłam tam w nocy powspominać, bo akurat święto Wszystkich Świętych i zaraz Dziady. Idę, patrzę... luj. Chyba, myślę sobie, pijany luj idzie, nic innego, więc ja za nim, a on myk, znika mi z oczu. Tak mówię w czasie teraźniejszym, żebyś tak zapisał, specjalnie tak mówię, żeby to się tak jakby działo na oczach czytelnika. No więc te latarnie, co druga poprzepalana, nie widać, ale oczy nawykły przez te lata do ciemności. Więc ja wiem od razu, że on w ruiny tam poszedł, za górkę. Przecież znam te wszystkie wykroty i zakamarki. Schodzę tam, widzę - mignął mi ten luj i znikł znowu, wiem już, że idzie w ten lej od bomby, co tam jest, porośnięty krzakami, wiesz, tam gdzie miałyśmy wtedy tego, no Wielkochujaszczego...

- Aha, aha! - Lukrecja dokładnie pamięta, o kogo chodzi.

- Więc luj przeszedł przez ogrodzenie z tablicą, że rozkopy, ja halkę podwinęłam i myk! - znam przecież tą deskę luźną tam w płocie. Idę, już sobie sutki skubię pod stanikiem, cała już jestem ustami, idę w dół, w ten lej, i widzę, że - jak myślałam - luj przystanął w tym ciemnym dole od bomby, odwraca się...

- I co? I co?!

- Patrzę, a to Hrabina!

- Duch?

- Straszy szmata. Poświata od niej biła, z oczu, z gęby, z uszu, jakby w środek świeczkę wsadzić. Ubrana była w tą swoją kurtkę z targu zielonkawą, ale tak jakby w błocie, w pozasychanej ziemi, jakby tam w grobie jej się już wszystko z deszczem, z błotem pomieszało. Jam się przeżegnała, a ona do mnie mówi:

- Za lujem tu poszłam, za świętą lufą tu szłam, przez te wykroty, jeszcze po śmierci! Dzisiaj obchodzimy Dziady, daj trochę spermy, daj, a udzielę ci moralnej nauki, że kto nie był ni razu...

- Bluźni! Z narodowego dzieła, szmata, jeszcze po śmierci się wyśmiewa!

- Szmatą to ona zawsze była nieprzeciętną.

I jeszcze dalej się wyśmiewa, mówi:

- Nazywam się Milijon! Nazywam się Milijon - mówi - bo mnie Milijon lujów miało!

- Jezu! Ja do niej: "a kysz, a kysz! Zgiń przepadnij, maro nieczysta"! A ona dalej swoje, że nie chce jadła ni napoju, jakoś tak się wyraziła, że tylko kroplę lujowskiej spermy. I nic, tylko spermy i spermy. Aha, i jeszcze się z Biblii naśmiewa, że coś tam, wieszczy, jak jakaś nawiedzona Pytia, Kasandra znaczy, że "Będziecie stały, cioty, u bram rozporka luja i nie zostanie wam otworzone". I tak do mnie tą swoją krzywą rękę przed siebie wyciąga i do mnie "chodź". No. - Tu patrzą na siebie, wzdychają. - Straszno mi się zrobiło, bo już jej czaszkę widać pod włosami, ale ją poznaję, bo w powietrzu taki się unosi delikatny zapaszek jakby tego szaletu z przejścia podziemnego, co w nim pracowała i całe życie tą kostką o zapachu sosnowym, co się do kibla załącza, to jechało od niej, tak że wyczuwałam po ciemku zawsze, kiedy Hrabina siedzi w krzakach, a kiedy luj. No i ją poznałam, bo tak samo jak za życia mówiła, z takim wiejskim akcentem. Stałam tam jak zahipnotyzowana. Poczułam, że muszę się napić, że jak się zaraz nie napiję, to nie wytrzymam. W końcu wydłubałam z kieszeni jakiegoś pogniecionego papierosa, a ręce tak mi drżały.

Patrycja ma ręce chude, całe w plamach wątrobowych, z długimi paznokciami, z metalową bransoletką, z wyrytym napisem LOVE, jak można kupić w nadmorskich kioskach z pamiątkami. Pokazuje teraz tymi rękami, jak jej drżały. Bransoletka trzęsie się i obija o duży, złoty, ruski zegarek.

- Jakoś w końcu zapaliłam, chyba nawet ustnikiem nie tak, tolka na abarotno, i staram się przemówić jej do rozsądku, niby to spokojnie (a w środku cała się trzęsę), mówię tak:

- Weź się, dziewczyno, lecz, najlepszymi przyjaciółkami byłyśmy za życia, już ci sperma do głowy uderzyła, żeby po śmierci koleżanki nie poznawać, z którą tylu lujów zaliczyłaś, z którą do Rusków pod koszary chodziłaś, tyle spermy przelałaś, że jakby to tak zlać do jakiej wanny, wszystko razem, to by się można było wykąpać, a jakby taka gruba jak ty wlazła, to by się i przelało?! Kyrie Elejson, a kysz! Nie widzisz, że ja nie żaden luj, tylko Patrycja, stara Patrycja ze Śródmieścia? - Ona tak jakby mętne oczy miała, widać po śmierci dalej tam chlała w zaświatach, jak za życia. Coś jakby zaczęła mnie poznawać i mamrocze zawiedziona:

- Patycja? (a nie mówi "Patrycja", tylko tak jakoś dziwnie, tak "Patycja", "tycja", jakby w gębie kluski miała, ale może po śmierci to się już tak ma. A ja: "Ocho". To ona coś tam pomruczała, pomamlała i poszła sobie dalej szukać na górkę. Ani dzień dobry, ani do widzenia, tylko poszła w pizdu, mimo, żeśmy się już od tych dobrych parunastu lat nie widziały, a opowiadać to chyba miałaby co. I - tu Patrycja parska śmiechem - taka jedna wywłoka (no wiesz - mruga do Lukrecji - Sowa) jak ją zobaczyła, że wychodzi z ruinek, to za nią zaraz poszła na tą górkę. Za Hrabiną, będzie miała niespodziankę. A jeszcze była taka sytuacja, że ja już wcześniej widziałam, że na tą górkę od strony Odry idzie jakaś gromadka jakby skinów, w każdym razie wrogo nastawiona. Nawet chciałam ją ostrzec, ale myślę sobie, co jej zrobią, jak ona duch? Sama już ze strachu ledwie wytrzymywałam, bo raz że duch, dwa, że z górki rozlegały się krzyki, jakby kogoś tam zabijali, ale. Ale nie byłam na tyle przestraszona, żeby jeszcze nie... bo wiesz, ten Zbyszek z Wąsami się pojawił akurat. Ten co jest zawsze z rowerem.

Patrycja wie. Lukrecja wstaje i przyczesuje siwe resztki włosów. Zmienia stronę płyty. Naciąga tani sweter z banalnym wzrokiem na swój wydatny brzuch. Jest brzydka, ma łupież, choć prawie nie ma włosów. W tej chwili jej twarz wykrzywia złośliwy uśmiech. Cedzi z wyższością:

- Bo też Hrabina już za życia przecież zwariowała, a kto wie, jak wpłynął na nią taki wstrząs jak własna śmierć? Pamiętacie, jak chodziłyśmy z nią pod koszary do Ruskich?

Dwóch staruszków ożywia się, Patrycja podchodzi do meblościanki ("na wysoki połysk") i z nabożeństwem coś z niej wydobywa. Po chwili kładzie na stole zamknięte hermetycznie worki foliowe, w których jest coś brązowego. Chcę otworzyć worek, ale obie rzucają się na mnie.

- Zapach, zapach, wywietrzeje zapach! Boże broń nie otwierać! Otwieramy tylko w Rocznice. - W środku trzymają swoje zawszone relikwie: żołnierskie pasy, noże, onuce, jakieś brązowe, albo czarno-białe zdjęcia wyrwane z legitymacji, z fioletowymi półksiężycami wielkich, nieaktualnych pieczęci. Na nich ruskie mordy dwudziestoletnich osiłków, kartoflane nosy, gęby szewskie i dobre. Albo złe, krzywe ryje. W ząbek czesane. Z tyłu dedykacje grażdanką. Nad drzwiami do kuchni, zamiast świętego obrazka, na gwoździku zawieszony mają kawałek zardzewiałego drutu kolczastego - urwały sobie teraz, niedawno, łatwo odpadł, trochę pokręciły w lewo, w prawo i już. Napchały tego drutu całe kieszenie, żeby i dla Macicznej i dla innych było na potem, gdy nic tu już nie będzie.

Pokazują też zdjęcia ruin koszar, napisy wokół okien, wydrapane w niedostępnych miejscach, naskrobane, np.

Brańsk 100

Nie wiem, o co chodzi.

- Cyfra 100 - wyjaśniają fachowo - oznacza 100 dni do wyjścia, a miasto Brańsk to oczywiście miejsce, do którego za te 100 dni wrócą. Dlaczego akurat 100? Bo im właśnie wtedy, na 100 dni przed wyjazdem, włosy na zero golili. Żeby wszy nie wynieśli. To było całe święto. Do dziś tam, na murach zachowały się takie napisy. Tylko że te mury, które dziś są na wierzchu, przy ogólno dostępnej ulicy, to wtedy były hen, za murami, niedostępne.

- Ale nie dla nas! Tu - Lukrecja pokazuje zdjęcie - na tej drodze wewnętrznej (ach, dziś zewnętrznej...), tu rosły krzaki i tu Patrycja dupy dawała. Te koszary na Koszarowej, to się nazywało: komendantura. Mówiło się:

- Idziemy pod komendanturę. Bo jeszcze inne były, na Krzykach...

Lukrecja płacze. Patrycji załamuje się głos. Ja nie wytrzymuję, przepraszam damy, odkładam papierosa na popielniczkę (wielki luksfer udający kryształ, w rzeczywistości wyłamany z jakiejś ściany) i idę do toalety.

To jest ohydne. Ohydne i ciekawe jednocześnie. Nie opublikuję tego przecież. No bo jak? Co ja mam z tego zrobić? Reportaż dla "Polityki"? "Na własne oczy"? Jak? Można zrobić o tirówkach, o złodziejach, o zabójcach, o złomiarzach, o zdrajcach, a tylko o tym jakoś nie da rady. Choć nikt tu nikomu nie wyrządza krzywdy. Nie ma języka, żeby o tym mówić, chyba, że "dupa", "chuj", "obciągać", "luj". Chyba żeby tak długo powtarzać te słowa, aż wypiorą się z całego koszarowego nalotu. Jak słowo "pochwa" w Monologach waginy. Nie dziwię się, że nikt nigdy nie napisał o tym reportażu!

Myślę tak sikając i obserwuję tę ich łazienkę... Przede wszystkim więc na wprost moich oczu na ścianie nad sedesem mam starannie wycięte z jakiejś gazety zdjęcie luja. Prowadzonego w kajdankach przez dwóch policjantów, też lujowatych. Może to ktoś znany, w każdym razie całkowicie ubezwłasnowolniony, a perwersja w tym, że nie da się sikając na to nie patrzeć. Dalej - pralka nie automatyczna, tylko "Frania" chodzi głośno, z kranu kapie, w misce doniczki z paprociami i banalnymi roślinami, jakie można spotkać na parapecie w każdym oddziale państwowej służby zdrowia. Patrzę na ich biedniutkie kosmetyki na pożółkłej, nie obudowanej kafelkami wannie, otwarty szampon "trzy zioła", zakurzony pędzel do golenia, jakieś najtańsze toniki, kremy, szczoteczka do zębów w ostatnim stadium rozpadu - żółte włosie odchodzi na wszystkie strony. Pajęczyna w kubku do płukania zębów. Turpizm - tak bym to określił, ryzykując, że znowu będą mnie wyzywali od polonistów. Jest nawet samoopalacz - dowód straceńczej walki o atrakcyjność. Ktokolwiek widział Lukrecję i Patrycję, ten z politowaniem wzruszy ramionami. Ale te wszystkie tanie, przeterminowane kosmetyki, które kolekcjonuje Lukrecja, a Patrycja ukradkiem używa, te groszowe żele przeciwko cellulitowi, które mają odchudzić jego brzuch... Wszystko wskazuje na to, że nie w łazience się znalazłem, ale w zbrojowni. Nagle za moimi plecami z hukiem włącza się gazowy bojler, pewnie któryś z nich myje ręce w kuchni. Patrzę na niebieskie kosmyki ognia, na pożółkłą wannę, na dnie której leży garnek z żółtą wodą, na okienko nad kiblem zakryte także pożółkłą firanką. Mieszkanie starszych pań. I wszędzie pełno kwiatów w doniczkach - starsze panie uwielbiają hodować rośliny.

* * *

Blaszak, blaszanka, okrąglak, kipisz przez pięćdziesiąt lat był dla pedałów czymś w rodzaju dzisiejszego centrum handlowego dla klasy średniej. Usytuowany gdzieś w parku o złej sławie, pordzewiały, najczęściej jeszcze przedwojenny, z resztkami zdobień. Z góry wyglądał jak gwiazda. Każde jej ramię to było wejście. I gwiazdy wchodziły! W środku trzon - obszczany ze wszystkich stron słup lub szeroka kolumna. Dookoła niej na dole płynęły ścieki śmierdzące jak wnętrze bramy w starym budownictwie.

Należał do miejskiej infrastruktury razem z latarniami, ławkami, balustradami oddzielającymi spacerowiczów od rzeki czy ulicy. Za komuny było to jedyne tego typu miejsce pozbawione naburmuszonej babci klozetowej, miejsce publiczne. Kobiety publiczne stały pod latarnią, a my - pod blaszakiem i był to ten sam rodzaj stania pod pręgierzem raczej, niż pod czym innym, bo każdy przechodzień mógł sobie splunąć. W środku nieodmiennie śmierdziało dezynfekcją i szczyną. Wchodziło się, wyłuskiwało fiuta i lało na liszajowatą ściankę, na której porobiły się prawdziwe palimpsesty i sople, czasem ktoś patykiem wydrapał w tym jakiś napis, pacyfę, albo zupełnie niezrozumiałe grepsy. Jeśli przyszedłeś tu tylko po to, aby się wyszczać, wychodziłeś od razu. W przeciwnym wypadku długo krążyłeś wokół blaszaka czekając, aż ktoś wejdzie do środka. Wtedy należało odczekać parę chwil, wejść, stanąć obok i zacząć się onanizować, spoglądając kątem oka na mężczyznę, który najczęściej wcale nie sikał, tylko delikatnie, powoli poruszał skórą. Wówczas lody pękały i można było przestać udawać. Nawet nie patrząc w górę, na twarz, której może nigdy dokładnie nie widziałeś, bo śledziłeś faceta z oddalenia, chwytałeś go za fiuta i pozwalałeś samemu siebie chwycić. Nie patrzyłeś w górę, bo jednak czułeś jakieś resztki zażenowania. Towarzyszyło temu monotonne pochlapywanie kropel, echo i chłód większy niż na dworze. Ponieważ blaszak nie miał drzwi, nigdy nie było w nim zupełnie ciemno. W nocy jakieś tajemnicze Władze Parku zamykały otwór po prostu na kraty.

Ale nie zawsze. Gdy padało, cały park łapał nieuleczalną chorobę weneryczną zwaną mżawką. W takie noce na Artystycznej czasami było otwarte. Wówczas w szczelinie, którą wchodziło się do środka, pojawiał się facet, nazywany przez nas deszczowym kochankiem. Stał z opuszczonymi aż do samych butów spodniami i podwiniętym pod brodę swetrem. Mókł, albo onanizował się wycofany w głąb szczeliny. Niczego od nikogo nie chciał, tylko tego echa deszczu odbijającego się o blaszane ściany, spotęgowanego odgłosu zwykłych codziennych kropel. Prawdopodobnie nie czuł zimna, wstydu ani wiatru. A może właśnie to były jego atrakcje? Jak czuje się człowiek, po którego nagim ciele powoli ześlizgują się zimne krople deszczu, ale nie czyste, tylko opadłe z zardzewiałego dachu szaletu? Czasami usiłuję przypomnieć sobie jego twarz. Jaką minę może mieć mężczyzna około trzydziestki, z wąsem, w byle jakim swetrze podciągniętym pod brodę i przytrzymywanym jedną ręką? Co sobie myśli? Czy podnieca go byle szelest w pobliskich krzakach? I czy jest rozczarowany, gdy okazuje się, że to tylko jeże? A może jeże to dla niego aż nadto? Pewnej nocy zobaczyłem go podczas letniej burzy. Stał i palił papierosa, a blaszak przyciągał pioruny, jak jasna cholera. Kupa mokrej blachy. Zginąć w szalecie miejskim. Od pioruna w romantycznych sztukach ginęli zbrodniarze. Taka Balladyna, która zginęła siedząc na tronie. Deszczowy kochanek był blady i trochę posągowy, a jego włosy od wilgoci przylizały się w staromodną, przedwojenną fryzurę. Wąsy też miał trochę jakby na Hitlera. W każdym porządnym kryminale okazałby się zabójcą wychodzącym w deszczowe noce na swoje łowy. Ale park nocą umiał dużo naobiecywać, a na spełnienie nie starczało czasu, bo przychodził ranny chłód.

Ciekawe zresztą, że dla większości ludzi zawsze istniała różnica między śmiercią od pioruna na tronie i w blaszaku. Albo - żeby znaleźć miejsce kształtami i położeniem najbliższe parkowej toalecie - powiedzmy: w świątyni dumania. Takiej rokokowej budce umieszczonej w parku angielskim. Nazywało się to także kioskiem lub sklepem i pewnie niejeden romans tam przeczytały tkliwe rokokowe matrony. Ale była jeszcze inna nazwa na ten sentymentalny wychodek: "świątynia Kupidyna". Często nad drzwiami umieszczano gipsowe amorki celujące strzałami we wchodzących. Czytane w "kiosku" ówczesne Harlequiny też zachęcały do grzechu i dam głowę, że to ustronne miejsce służyło także zdradzie. A jednak coś mi mówi, że różnica pomiędzy tymi dwoma parkowymi przybytkami, w których robi się praktycznie to samo, a gdy się nie robi, to się o tym marzy, istnieje i ma się dobrze.

Czy przed wojną istniały blaszaki? Na jednym ze zdjęć przedwojennego Wrocławia widać Plac Polski i elegancki, rzeźbiony wychodek w miejscu dzisiejszego okrąglaka. Kilku panów z laseczkami i w kapeluszach spaceruje wyspanymi żwirkiem alejkami pomiędzy klombami i fontannami. Czy przedwojenny wygląd deszczowego kochanka może stanowić tu jakiś dowód w sprawie? Czy jest to po prostu duch przedwojennego Niemca, powiedzmy zamordowanego przez nieznanych sprawców? Nikt nie napisał historii życia pedalskiego, chyba że moczem na blaszanej ścianie. Czy przed wojną było dokładnie tyle samo "homoerotów"? Czy gdzieś się spotykali i uprawiali seks?

Jedyne znane przedwojenne miejsce to "spalona pikieta".

Regularnie ktoś ją podpalał. Nie był to blaszak, tylko luksusowa pikieta murowana, solidna niemiecka robota, z kolumienkami i rzeźbieniami, typowy dziewiętnastowieczny szaletowy klasycyzm.

Była to pikieta "alternatywna", dla tych, którzy chcieli mieć pewność, że co prawda nie będzie tu dużo ludzi, ale za to mało kto o niej wie, i skini nie napadną. Spalona pikieta. W ponurym, zarośniętym krzakami miejscu parku, gdzie niewielu chodziło, z dala od alejek. Jakby w dzikiej części, w parku angielskim. Dawniej, przed wojną, właśnie tu spotykali się niemieccy homoseksualiści. Aby się o tym przekonać, wystarczy pójść do czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej albo Ossolineum i poprosić o przedwojenne gazety, które w rubrykach kryminalnych informują o zabójstwach i skandalach. Stare, bardzo stare piosenkarki mówią, że jeszcze w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych niemieckie cioty, które nie wyjechały, nie zostały z jakichś względów wypędzone, przychodziły dalej na spaloną pikietę. A ona była już po stokroć spalona! Przychodziły, aby wciąż od nowa celebrować rytuał niewiary w to, co się stało. Bo przecież Polacy tam już nie przychodzili, miejsce było spalone przez wojnę. Ale tym Niemcom to nie przeszkadzało. Przychodzili, spacerowali, witali się i przeginali we własnym gronie. Udawali, że pikieta wcale nie jest spalona, że działa. Życzyli sobie miłego dnia.

Dopiero w latach osiemdziesiątych zaczęli tu przychodzić Polacy, ale jakby od niechcenia. Czasem, po parę osób. Zdzicha Wężowa, jakiś przejezdny, który przeczytał w rzadko uaktualnianym przewodniku, że i tu coś się dzieje... Nikt nie wie, kto regularnie podpala szalet. Czy ma to coś wspólnego z wojną i Niemcami? Czy jest to raczej jakiś rytuał mający oczyścić to miejsce, rodzaj dezynfekcji przez ogień? A może umieszczony na szczycie blaszany kogut rzeczywiście ściąga pioruny? Właśnie ogrodzili "spaloną pikietę" solidnym parkanem i mężczyźni w drelichach wywożą gruz. Odblaskowe kolory płotu dziwnie kontrastują z pociemniałą od upływu czasu cegłą.

A czasami w blaszaku na Centralnej pojawiał się luj. Wyglądał jak sto złotych. I to w świątecznej edycji, w złocie! Zaraz jakaś piosenkarka za nim wchodziła, on rozpinał rozporek, po czym naraz wyciągał legitymację i mówił:

- Milicja, dokumenty proszę. - Cioty komunistyczne, "ciotki systemu", jakoś tam w partii i urzędach ustawione, szybko się wymigiwały, ale inne wpadały na długo. Nie znałem ani jednej Ciotki - Zbuntowanej. Przeciwko systemowi. Ani jednej Ciotki - Walczącej. Zresztą, ciekawe, w jakiej roli w tej męskiej grze by się ustawiły, gdy tam kobiety kroiły chleb w stoczni i tylko "pomagały". W teatrze płci zabrakło dla nich miejsca. Jakoś też ta kobieca uległość, tak typowa dla ciot i dawnych (przedemancypacyjnych) kobiet nie pozwalała im na bunt. Chciały dawać dupy systemowi, chciały być bierne, pasywne, posłuszne... Albo po prostu jak zwykle żyły w swoim własnym, urojonym świecie, więc rzeczywistość nic a nic ich nie obchodziła. Nie mam im tego za złe.

* * *

Trudno powiedzieć, żeby w kimkolwiek mogli budzić współczucie. Najpierw sami musieli by czuć się nieszczęśliwi! Dżesika pracowała jako salowa w szpitalu, była złośliwa i głupia. Największy wpływ na jej życie miały seriale. Najpierw Dallas, potem Powrót do Edenu, Północ - Południe, a na końcu, przed śmiercią - Dynastia oglądana w dyżurce pogotowia. Po prostu - Dżesika myła brudne szyby w szpitalnym korytarzu i widziała w nich swoje odbicie jako Alexis. Być może z powodu odległości, mroku, czy czegokolwiek innego, brudny fartuch Dżesiki, pełen numerów ewidencyjnych i fioletowych pieczątek wyglądał w szybie jak ta biała suknia, którą w ostatnim odcinku miała na sobie Alexis. Jej spocone loki stawały się nowiutką trwałą. Dżesika aż oniemiała z zachwytu i ze zdumienia. Powoli, nie odrywając wzroku od szyby zeszła z drabiny i odstawiła wiadro. Za oknem, w podwórzu potwornie miaucząc i piszcząc zagryzały się koty. Wszystkie były czarne i złe. Dżesi dobrze wiedziała, o co się biją! Tylko personel znał miejsce, w którym w podwórku był ogrodzony siatką śmietnik na "odpadki biologiczne". Swego czasu Dżesi musiała wynieść nogę po amputacji. Noga była zadziwiająco ciężka. Odniosła ją właśnie tam, na podwórko, skąd miała ją zabrać następnego dnia specjalna ekipa. Desi bardzo długo nie mogła uzgodnić pewnych faktów: jak ona, Alexis, może nieść nogę? Jak to się ma do siebie? Jednak przeszła nad tym do porządku i od tej pory mawiała, że ma bardzo trudny i zaszczytny zawód, że "ratuje życie człowiecze" i styka się na co dzień ze śmiercią. Tymczasem ekipa najczęściej czekała, aż uzbiera się więcej odpadów biologicznych, a czym dla kotów siatka, a już tym bardziej czerwone tablice zakazujące wstępu?

Dżesika przynajmniej do czasu zdawała sobie sprawę, że to tylko złudzenie, że jej brudne rękawiczki z targu nie są tymi cackami z jagnięcej skórki, a wódka pita w nocy na zajezdni tramwajowej nie jest szampanem. Że to trochę tak na niby, żeby łatwiej było wychylić ten kielich jej życia, które bynajmniej nie smakowało jak szampan. Dobrze, gdyby się przyjrzeć, nie jest to wszystko tak całkiem prawdą - myślała sprzątając pełne kaczki i nocniki - daleko mi jeszcze do Alexis, ale możemy umówić się, ot, tak jak małe dzieci - mrużyła oczy do lustra, tak jakby właśnie miała rzucić jakimś cierpkim żartem w stronę Blake'a Carringtona albo jeszcze lepiej jego żony Cristel. Umówmy się więc, że od dziś już nią jestem. I Dżesika była szczęśliwa, i szalała i była cała wielka dama! Zadzierała nosa, pozwalała pacjentom podawać sobie ogień i nigdy za niego nie dziękowała. Główkę wysoko trzymała, włosy kręciła na lokówkę, usta smarowała pomadką ochronną i bawiła się, że to szminka. Często dosiadała się do innych salowych i sprzątaczek, siadała w ich pakamerze i była najpierwsza z nich!

- Pan Zdzisio (Dżesika miała na imię, niestety, Zdzisław) to siada jak królowa, nogę na nogę założy, chleba z masłem z obiadu nie chce jeść! A papierosa pali w szklanej lufce! O tak pali, tak pali! - I nie mogły zrozumieć salowe, dlaczego pan Zdzisio, ta nasza królowa, nigdy nie zaczepi żadnej z nich. Jedna pielęgniara, ordynarna baba z łbem na barana i śpiewająca cały dzień piosenki z San Remo, nakryła kiedyś Dżesikę w kotłowni. W niedwuznacznej sytuacji, z palaczem. Z przerażenia aż upuściła wenflon. Do niczego się już potem nie nadawał, bo igła dotknęła brudnej podłogi pełnej odłamków węgla. Marija, Marija, Marija - pielęgniara ze złośliwą satysfakcją zanuciła pod nosem ulubiony przebój i postanowiła śledzić Dżesikę. Odtąd w pokoju pielęgniarek na pochwały dotyczące Dżesiki mruczała pod nosem:

- Księżniczka, księżna Diana... Ale kaczek to wyrzucić nie ma komu...

Dżesika uwielbiała nocą zwiedzać ten stary szpital, a pielęgniara postępowała za nią krok w krok. Był to gigantyczny gmach, na którym każda epoka pozostawiła swoje przeróbki i przybudówki. Równie dziwaczne architektonicznie jest tylko warszawskie "Dzieciątko Jezus". Dżesika co rusz odkrywała zapomniane magazyny pełne krzeseł, zepsutych lamp i operacyjnych łóżek. W nocy wymarłe korytarze, niskie i długie, jak w schronie, oświetlało trupie światło neonówek. W tym labiryncie trudno było nie zabłądzić. Można oczywiście słuchać białych ewakuacyjnych strzałek na zielonych tabliczkach, ale wtedy zabłądzi się najszybciej, bo strzałki mylą trop i wskazują sprzeczne kierunki. Prędzej czy później Dzesika natykała się na strzałkę wskazującą dokładnie odwrotny kierunek. Wiele szklanych drzwi prowadzących z oddziałów na schody było pozamykanych na łańcuchy, które wydawały niegościnny dźwięk. Na parterze zamknięty kiosk dla chorych oferował najbardziej banalne produkty, takie jak karty telefoniczne, soczki albo numery pisma "Detektyw", aby pacjenci nie nudzili się i oczekiwanie na śmierć własną skracali sobie czytaniem o śmierci cudzej. Jeszcze niżej - piwnice, w których kto wie, czy nie przechowywano ciał umarłych, bo przecież - Dżesi wiedziała o tym, jak mało kto - codziennie umierało około pięciu osób. W brzęczeniu elektryczności, w smutnym i zimnym świetle, nie potrafiła jednak spotkać żadnego ducha. W szpitalu panowała śmierć nowoczesna, pusta jak wydmuszka, naukowa, brzęcząca prądami i pachnąca lizolem.

Podczas nocnych wycieczek, Dżesi zamykała się w obszernych, pustych i zimnych ubikacjach. Wdychała zapach dezynfekcji. Pewnego razu otworzyła okno i spojrzała na studnię podwórza. Buchnął jej mróz w twarz, na dole jakby coś się poruszało. Kiedy indziej chodząc tak nocą odkryła zupełnie nieznaną jej ubikację nad katedrą kardiologii. Głośno skrzypnęły ciężkie drzwi, a echo uśpionego oddziału reanimacji powtórzyło je wiele razy. W ubikacji był mróz - widać nikt jej już nie ogrzewał od kiedy przyszły te cięcia finansowe. Pełniła rolę magazynu: stojaki na kroplówki, wózki dla pacjentów zbyt słabych, aby chodzić o własnych siłach, stare gaśnice, potłuczone oszklone szafki - wszystko to piętrzyło się w kurzu i zamarzało na kamień. Odkryła te lustro poznaczone białymi ewidencyjnymi znakami, brudne, niewyraźne, ale właśnie dlatego pięknie kłamiące. W takie chwile Dżesi lubiła wyciągać z kieszeni kawałek szminki i tandetne, białe plastikowe klipsy (ukradzione ze stolika jednej kobiety z oddziału damskiego), no... wtedy to dopiero była Alexis! Otworzyła okno i zobaczyła, że po przeciwnej stronie ktoś - jakiś zdrowszy, trzymany pewnie tylko na obserwacji pacjent - patrzy na nią, paląc papierosa (surowo zakazane). Dżesika stanęła na wysokości zadania, czyli okna. Rozchyliła fartuch i nie zważając na mrok i mróz zaczęła skubać sobie sutki. Nie wiedziała, czy z tej odległości pacjent poznał, że ma do czynienia z facetem, czy dał się zmylić plastikowi klipsów, czerwieni ust i fioletom powiek, ale gapił się i gapił, wykonując jakieś monotonne ruchy ręką. Albo tak się tylko Dżesice zdawało, bo w mroku wyobraźnia czyni cuda. Następnego dnia zobaczyła, jak wieźli go na operację i pomyślała, że zrobiła naprawdę "zabójcze" wrażenie.

Tu klucze do toalet są jak do starych komnat, na wielkim kółku, wszystkie drzwi malowane były po piętnaście razy i odrywając warstwy olejnej można się przenieść w zupełnie inne czasy. Dżesika siadywała na ustępie i wyobrażała sobie, że ma okres. Od razu ją to podniecało, tym bardziej, że nie zamykała drzwi i w każdej chwili mógł wejść jakiś pacjent. O tym, że najprawdopodobniej będzie to gruźliczy dziadek wlokący za sobą rurkę cewnika, nie pomyślała. Była szczęśliwa, bo żyła w pałacu, wielkim starym pałacu, szpital mieścił się przecież w średniowiecznej jeszcze budowli. Piła wódkę, paliła papierosy i ciągnęła lachę za lachą. Nigdy z nikim by się nie zamieniła. Bo czy ta Alexis ma lepiej od niej...

Dla innych ciot Dżesi, ta słodko-kwaśna Dżesi nie była przyjemna. Od Alexis długo i skutecznie uczyła się trudnej sztuki intrygi. Marzła przy automatach telefonicznych, traciła drobne by wydzwaniać do koleżanek, mnożyła donosy, pomyłki, głuche telefony, zmieniała głos przez chusteczkę, słowem - była szmatą. I chciała nią być! W końcu wszystkie cioty bały się z nią zadawać, bo zawsze kończyło się to jakąś misterną intrygą, nie mówiąc już o plotkach. Dżesi była chuda, o podłużnej twarzy naznaczonej liszajami. Zapadniętą klatkę piersiową opinał różowy sweterek, pod szyją nosiła apaszkę ze srebrną nitką. Białe kozaki z napisem "Relax". Nazywam się Dżesica Masoni i bródkę wyżej, mój chłopcze, gdy do mnie rozmawiasz! Chodź tu, koteczku, coś ci powiem. Nachyl swoje heteryckie uszko. Powiedz: obciąg mi, to ciocia ci obciągnie, zobacz, jakie mam nabrzmiałe sutki, kiedyś dziewczynki ci pokażą do czego służą suteczki. Na razie za mały jesteś, kotuś!

Kiedyś Dżesi jechała tramwajem, jak zawsze bez biletu. Podchodzi do niej konduktor:

- Pański bilet? - Dżesi ani na chwilę nie straciła animuszu.

- Pan chyba nie wie, z kim pan rozmawia? Z samą Dżesiką Masoni! Nie wierzy pan? Może pan zadzwonić i zapytać przez SiBiRadio! Pisali o mnie nawet w rosyjskiej gazecie...

Tak naprawdę Dżesi zadawała się tylko z Andżeliką z opieki społecznej i razem pojawiały się w parku i w saunie, zwanej w tamtych zamierzchłych czasach "Państwowymi Zakładami Kąpielowymi". Na pikiecie stawały po obu stronach drogi pod Panoramą Racławicką i czatowały na samochodziarzy, by potem opowiadać o nich niestworzone historie. Miałam Niemca, powiedział, że mnie zabierze do Niemiec. Miałam milionera. Ale największe wrażenie i tak robiło zawsze to samo proste wyznanie: miałam luja. Żaden milioner nie budził takiego zainteresowania. Żadna marynarka czy też aktówka zamykana na szyfrowy zamek nie wzbudzała takiej zazdrości jak popsute zęby, czerwona gęba, potężne uda, beknięcie browarem.

* * *

Na stole ląduje nalewka własnej roboty. Smakuje ziołami, jest mętna, mocna i trochę zbyt miętowa. Pijemy, palimy. Rozkręcają się. O tym, że teraz to już nie jest to. Nie ma żołnierzy, nie ma parku, a pedały bawią się w nowoczesnym i eleganckim barze, w którym jest modnym bywać każdemu, pełno tam dziennikarzy i elitki. Ale to nie są już pedały, tylko geje. Solarium, techno, fiu-bździu. I nikt tam nie ma już poczucia ani brudu, ani występku. Wszystko w ramach zabawy. A kiedyś... Kiedyś stało się na ulicy, pod szaletem i od razu było wiadomo, że to ma coś wspólnego z brudem. Naprzeciwko opery przez całą komunę była taka mała knajpka należąca do Orbisu, nazywana Małą Ciotką, Orbisówką, Ciotolandem, albo - przez przejezdnych Ciociobarem. Pięć metrów kwadratowych barek! W kawiarence na rogu każdej nocy jest koncert. Dwie grube panie obsługiwały zza lady, głównie kawy i koniaki, zapach tej kawy i jakiegoś takiego słodkiego zepsucia, tych ciasteczek chyba, torcików z galaretką za szybą lodówki, tanich perfum czuć było na ulicy, gdy się przechodziło. Skąd tam się brał ten zapach? Dlaczego na dwadzieścia barków kawowych, każdy z zawiązanymi oczami, samym tylko węchem, odgadłby bez trudu, że właśnie tam jest w powietrzu zepsucie? Patrycja, Lukrecja von Szretke, Hrabina, Kora, Jaśka od Księdza, Gizela, Dżesika, Lady Pomidorowa, Goldzia czyli Piękna Helena, spędzały tam każdy wolny dzień. Czasem wchodził jakiś przejezdny samotny mężczyzna, siadał na wysokim stołku, zanurzał się w tym smrodzie i przez szybę obserwował przechodzących mężczyzn. Z nudów czytał wciąż wypisane na szybie słowo ORBIS, które od wewnątrz wyglądało odwrotnie: SIBRO. Sibro, najpiękniejsze słowo świata! Najczęściej padał deszcz, najczęściej zapalał carmena i najczęściej nie wychodził sam. Ale zanim wyszedł, wszystkie na raz: Patrycja, Lukrecja, Hrabina, Kora, Gizela i Dżesika, która pierwsza dostała AIDS, zaczynały mrugać do niego, stawiać mu koniak, spoglądać niecierpliwie w stronę ubikacji. Wszystkie czekały na wyjątkowe trafy, na to, co zdarzało się tylko raz na rok, a może i rzadziej, a mianowicie na to, że drzwi się otworzą i zza czerwonej, ciężkiej kotary z pluszu wejdzie tam jakiś żołnierz, strażak, albo młodziutki chłopak, który postanowił spróbować po raz pierwszy. Przypadkowi raczej tam nie przychodzili, choć bar był tylko miejscem zwyczajowym, bez neonu i sugerującej nazwy. Gdy już ktoś nowy wreszcie przyszedł, denerwował się, trzęsły mu się ręce, gdy mieszał kawę z fusami w ordynarnej szklance, wciąż wstawał z wysokiego stołka, na którym nie było wygodnie. Te słynne barowe stołki, zawsze za wysokie, albo za niskie... Dla nowicjuszy, którzy właśnie po raz pierwszy mieli spróbować, bo wywiedzieli się psim swędem, gdzie się spotykają pederaści, stołki zawsze były pierwszym wrogiem. Siadał taki chłopiec, kręcił się, kładł kurtkę na stołku i siadał na niej, ale zaraz przypominał sobie, że przecież w tej kurtce ma papierosy, tak skrzętnie ukrywane przed mamą! Że przecież trzeba je jakoś wydobyć, drżącą ręką zapalić, pokazać, że ma się już te szesnaście czy osiemnaście lat! I przede wszystkim - nie spaść, nie przerazić się nagłego charkotu ekspresu do kawy za plecami, nie wystraszyć się własnego odbicia w lustrze szyby z napisem "SIBRO. Napoje firmowe, torty na zamówienie, kawa, koniak", nie spaść z podniecenia i zażenowania, gdy ktoś mrugnie, pomaca się po rozporku i spojrzy na toaletę. Bo przecież wszyscy mrugali, mrugali do siebie nawzajem i pokazywali na chłopca.

Ja byłem tym chłopcem.

Ja, mylący wtedy artyzm z paleniem, mylący bycie artystą z piciem, mylący pisanie z kurestwem, z jesienią, ze wszystkim. Był rok osiemdziesiąty ósmy. Ekspres do kawy szalał, w uszach miałem jakieś melancholijne piosenki, na dworze zacinała jesień, pachniało palącymi się liśćmi, pierwsze mrozy to nie jest okres przyjazny młodym chłopcom, w których budzi się chęć życia. Po kilku koniakach zrobiło mi się niedobrze, wymiotowałem do pisuaru na brązowo - przesłodzoną kawą i alkoholem. Ktoś wszedł za mną, powiedział przegiętym głosem udającym przerażenie, "o Boże, ta młoda tera bedzie rzygać"... Miałem jakieś piętnaście lat. Facet z torbą i wąsami miał chyba ze trzydzieści. O czym myślałem zasłuchany w charczenie ekspresu w ten mokry, szary dzień, gdy zamiast do szkoły poszedłem na wagary i za pieniądze od mamy kupiłem kawę i koniak? Powiedział, że jeśli mam siłę, możemy iść do toalety na dworcu. Że tam, jak się da babci klozetowej sto tysięcy, to można siedzieć we dwoje w kabinie, ile się chce. Że ta babcia klozetowa ma taką specjalną kabinę z napisem "awaria" i ją wynajmuje. Na dworze było strasznie zimno. Trząsłem się i miałem nogi jak z waty. Palce pachniały mi papierosami, wytartymi do sucha rzygami, nerwowym potem i perfumami. Gdy stałem w kabinie, nogi trzęsły mi się dalej, chociaż nie było już zimno. Po wszystkim doszedł do tego smak genitaliów w ustach, coś słonego, coś lepkiego. No i ohydny posmak papierosów, bo nie byłem przyzwyczajony do palenia. Tego dnia wymiotowałem jeszcze kilka razy. Sweter śmierdział tak samo. Na szyi zdradziecko czerwieniły się malinki, jak pierwsze oznaki AIDS. Trzeba to było ukrywać pod golfem, pod apaszką. Usta w zajadach, spieczone i brudne. Facet zapytał, czy dam mu swój zegarek, bo bardzo mu się podoba - byłem tak zdenerwowany i spięty, że bez słowa mu dałem, choć potem dopiero przypomniałem sobie, że nie jestem jeszcze dorosły i rodzice wciąż interesują się losem moich przedmiotów.

Tak ich poznałem. Po latach, wracając z jakiejś imprezy literackiej, spotkałem Patrycję na dworcu. Umówiliśmy się na wywiad.

Kierownikiem Małej Ciotki była Matka Joanna od Pedałów czyli pani Jola - jedyna prawdziwa kobieta w tym towarzystwie. Miała już jakieś sześćdziesiąt lat. Gruba, rubaszna, o świdrujących oczkach, które ciągle mrugały, w których odbijały się twarze kolejnych rozmówców, z wąsami i bez, odbijały się kolejne uniesione w toaście kieliszki z koniakiem. Stała za barem, ale nie obsługiwała, tylko piła z gośćmi, wyzywała ich od szmat i kurew, a oni ją za to kochali. W jej oczach, zawsze już trochę przekrwionych i maślanych, odbijali się nie tylko klienci, ale całe historie. Były tak błyszczące i szkliste, że widać w nich było zamykające się i otwierające drzwi, ciężką czerwoną kotarę wiszącą zaraz za nimi na drągu i trzymającą ciepło, widać też było, kto z kim, kiedy i za ile. Matka Joanna od Pedałów mogłaby napisać księgę wrocławskiej ulicy, ba - powinna to zrobić. Powinna była pisać co dzień, firmowym długopisem na rachunkach: historia A: dwa razy koniak, raz kawa, raz torcik truskawkowy z galaretką, historia B: kawa i carmeny, historia C: cztery razy pięćdziesiątka żytniej, potem jeszcze raz to samo na krechę. Gdzie teraz podziewają się rachunki z roku osiemdziesiątego ósmego? Gdzie tamte lepkie od słodkich torcików i brudne od papierosowego popiołu historie? Gdzie olbrzymie piersi Matki, piersi, jak luksus, nie robiące tu na nikim wrażenia, niepotrzebne, wielki stan ponad stan? Piersi, pomiędzy którymi dyndało pewnie jakieś bursztynowe serduszko, pijane, dobre serduszko, pełne zrozumienia dla tych wszystkich spraw. Matka Joanna od Pedałów z uporem godnym prawdziwego maniaka uważała, że są to sprawy sercowe. Wszystkie. I tak właśnie mówiła:

- Nie ma Dżesiki, jest w ubikacji, wygnały ją tam sprawy sercowe. - Ale Matka miała prawo tak mówić, bo była właścicielką aż dwóch olbrzymich serc, nie licząc bursztynowego wisiorka kolebiącego się pośrodku. Jej nalana twarz, jej pożyczanie pieniędzy, dawanie na krechę, kupowanie kradzionych gdzieś fińskich noży i całego kramu innych rzeczy, jej dyskretny antysemityzm, gdy przytulała którąś z ciot:

- Kochany, ty wiesz, że ja nie mam nic naprzeciwko Żydom, ale na Boga - góóól się - gulgotała i wtulała nieogoloną twarz pomiędzy piersi. A jednak we wszystkich węszyła Żydów. Gdy tylko odchodziłem do toalety, Matka Joanna od Pedałów mówiła:

- Przyjrzyjcie się Śnieżce... Czy nie wydaje wam się, że tak z profilu to ona jest "aszraba-chramasz"?

Ponieważ miała aż trzy serca, starczało jej na matkowanie również cinkciarzom mieszkającym po przeciwnej stronie ulicy w kawiarni hotelu Monopol. Ze wszystkich ciot świata cinkciarze tolerowali tylko Goldzię, czyli Piękną Helenę. Mało o niej wiem. Ubrana zawsze w nieskazitelny garnitur, całe życie bez dowodu osobistego, który wyrobili jej dopiero w domu starców. Wcześniej, już podupadła, mieszkała w kuchni u własnej byłej służącej. Cinkciarze zrobili jej kiedyś jakieś pięćdziesięciolecie, Goldzia siedziała w złotej marynarce na złotym tronie w tym nieszczęsnym Monopolu, ale innych ciot nie było, bo nie miały tam wstępu.

W każdym razie cinkciarze z wyraźnym obrzydzeniem wchodzili w opary Małej Ciotki, zwabiały ich jednak interesy. Matka skupowała od nich złoto i stanowiła coś w rodzaju jednoosobowego skrzyżowania lombardu z kantorem. Stojąc przy wysokim barku, cinkciarze wstydzili się swoich torebek, tak zwanych pederastek, przenosili ciężar ciała z jednej nogi na drugą, a nogi te obleczone były nieodmiennie w kolorowe ortalionowe dresy i oplecione w pasie kolejnymi saszetkami. Ruskie sygnety, zegarki, jakieś talony - wszystko to Matka próbowała zębami, grzała za biustonoszem i w innych zakamarkach swojego przepastnego ciała. Boże, jak stali bywalcy Małej Ciotki byli o nią zazdrośni, jak nienawidzili cinkciarzy! Czy dlatego, że także ich brudne sprawki, pachnące na odległość walutą, nazywała "sercowymi", czy dla jej hojności, czy w końcu dlatego, że zaspokajała potrzebę matczynego ciepła nie tylko ich? Nie, powód tej nienawiści był inny - cinkciarze patrzyli na nią zupełnie inaczej, a ona podejmowała z nimi erotyczną grę.

- Pani Jola dziś niełaskawa, pani Jola dziś malo spala... - Pani Jola bez cinkciarzy to była Matka. Pani Jola w ich obecności zamieniała się w Kobietę. Kiedy rozmawiała z ciotami, na jej twarzy pojawiał się pobłażliwy uśmiech i zaciekawienie. Patrzyła na nas jak na dwugłowe cielaki. Nigdy nie znudziły jej się najprostsze żarty, takie jak "dam ci torebką po głowie", albo "zadzieram kiecę i lecę". Jeśli tylko wygłosił je któryś z nas, Matka Joanna od Pedałów dostawała paroksyzmów śmiechu i długo ocierała pulchną piąstką łzy rozmazujące jej makijaż. Uwielbiała wołać na nas w rodzaju żeńskim, ale tak naprawdę jej repertuar był jeszcze skromniejszy, niż to, co ją śmieszyło. Pani Jola należała do tego rodzaju ludzi, którzy całkowicie znikli po upadku komuny. Po prostu zapadli się pod ziemię, gdzieś koło połowy lat dziewięćdziesiątych. Jeszcze w dziewięćdziesiątym pierwszym usiłowała założyć jakąś budkę ze słodyczami, ale nic z tego nie wyszło. I gdybym teraz spotkał panią Jolę, byłaby albo na samym dnie, albo elegancko odchudzona, zrobiona po europejsku, popsuta.

I zamiast księgi ulicy interesowałaby ją księga czekowa.

* * *

Wiem, o co teraz muszę ich zapytać. Zechcą gadać?

- Kiedy zaczęłyście chodzić pod koszary? - Obaj, jak na komendę jakiegoś tam ich kaprala, spuszczają rzęsy i zaczynają oglądać wyblakłe paznokcie. Lukrecja wstaje i jednym ruchem wyłącza płytę. Sprawa jest zbyt poważna.

- Gdy przyjechałam z Bydgoszczy, chciałam jechać najpierw do Legnicy, bo wiedziałam już od innych ciot z dworca Bydgoszcz Główna, że tam przychodzą cwelówki, zjeżdżają specjalnie z całej Polski. Ale tam się okazał już zbyt duży tłok, oni się już odgonić nie mogli. Ale przecież, myślę sobie, u nas, we Wrocławiu też stacjonują wojska. I Ruscy nie mają pieniędzy na prostytutki, bo ich tam bez pieniędzy trzymali w koszarach i nawet nie mogli wychodzić. A tam u nich przecież nikt nie chciał być cwelem. Wzięłam, poszłam po rozum do głowy, mówię:

- Patrycja, to jest szansa dla nas. Całą noc przegadałyśmy, pojechałyśmy tam do dzielnicy Krzyki, tramwajem siedemnastką i jeszcze na Koszarową. Najpierw w dzień, żeby zobaczyć, jakie tam kraty, jakie wszystko. Ale krat tam nie było, tylko wysoki mur, cały popisany tak w porządne napisy w czterech językach, że zabronione zbliżanie się na odległość strzału. Na jego szczycie zardzewiałe druty kolczaste. I co kilkanaście metrów stróżówka z wartą. Myślę sobie, Patrycja, co robimy. No, ale wszystko się udało i po roku już to była rutyna. Człowiek nie doceniał, co miał. Potem inne się przyznawały, że pierwsze tam chodziły, ale kto by tam wierzył tym wszystkim Kangurzycom? Jesteś u samego źródła informacji.

- Jak to wyglądało?

- No jak wyglądało, a jak miało wyglądać? Dzień w dzień wyglądało. Wdrapywałyśmy się na mur, tak jakoś około pierwszej w nocy, jedna drugą podtrzymywała i za chwilę ukazywała się głowa w czapce wojskowej, w takiej wieży strażniczej w murze, no i się pytał ten wojskowy szeptem:

- "Czto?" - To my mu zawsze na to:

- "Eta my, diewoćki!".

- Śnieg padał, księżyc świecił nad murami, takie musisz panu nakreślić tło, bo pan literat!

- No, czy to padało, czy ulewa, zawsze tam przychodziłyśmy. No i że "diewoćki prisli, wpustitie nas". A on nam szeptem, że "tiepier nie nada", ale żebyśmy "za piać minut" szły tam... tam był taki moment, że za murem było pełno węgla do ogrzewania tych ich baraków, taka cała hałda. Tak że można było na nią zeskoczyć. I Patrycja mnie, a ja ją podtrzymywałyśmy, i buch, skakałyśmy na tą hałdę z koksem, z węglem, a oni tam już, z pięciu, czekali. Para buchała im z gaci! Cośmy się ubrudziły, bo to tam były jeszcze druty kolczaste na tym murze i skakać trzeba było na tą górkę z kilku metrów.

- Boże, to se ne wrati! - Patrycja jednym tchem przechyla pełen kieliszek.

- Przynosiłyśmy im pisma pornograficzne, takie tajwańskie, przynosiłyśmy kawę w termosie, bimber. Cioty w kolejkach po mięso stały nie dla siebie, a dla nich, żeby te kanapki z kiełbasą zrobić! Oj, Boże, Boże... Oni robili takie zawody, kto dalej nasika, napluje, albo kto głośniej pierdnie. Żałuj, Michaśka, że cię wtedy na świecie nie było.

- Boże, błagam cię, nie przypominaj mi!

- A czemu nie jeździłyście do Legnicy?

- Nie lubimy tłoku...

- Legnickie cioty - Patrycja nakłada na głowę wojskową czapkę z czerwonym sierpem i młotem i troskliwie układa ją sobie przed lustrem, jak starsza pani beret - legnickie cioty chodziły pod koszary poprzebierane za kobiety. Początkowo w ogóle udawały kobiety, i mówiły, że od przodu nie mogą, bo mają akurat te trudne dni... Albo jak która co bezczelniejsza, to mówiła: "jestem jeszcze dziewicą i chcę taką pozostać"... Ale za to dam ja ci od tyłu (dziewica!), albo lachę zrobię! - i oni w tej ciemności nawet przez jakiś czas się na to dawali nabrać. Podobno. Ale istniała szkoła legnicka, żeby się przebierać, i szkoła wrocławska, której my jesteśmy założycielkami, żeby się nie przebierać, bo oni są do cweli przyzwyczajeni, to im wszystko jedno - ich cwel im robi lachę czy ktoś spoza koszar. Nawet się na człowieka wysikali, jak się ładnie poprosiło... - w tym momencie słuchająca tego Lukrecja aż skamieniała z czajnikiem nad stołem. Bardzo blada, bardzo powoli cedzi:

- No to już chyba zmyślasz.

- Prawdę mówię, lali na mnie, we trzech, a ja leżałam na tym żwirze, na tym kosie, na tym węglu! Tylko że ty, hi hi! Ty w tym czasie leżałaś w szpitalu na syfa i jadłaś chude zupki mleczne! Ot, co, moja droga! A im para buchała... - Patrycja z lubością drażni Lukrecję.

- Jeśli to prawda, to nie chcę cię znać. Boże, trzeba było mi powiedzieć, że się na to zgadzają, że istnieje taka możliwość. Nie odzywaj się do mnie. - Lukrecja zaczyna się powoli ubierać w kurtkę i beret. Na dwudziestą jak co dzień wybiera się do kościoła.

- A jeden taki - tu na twarzy Patrycji zapala się ten ironiczny, zblazowany uśmiech i wykrzywia ją w brzydkim grymasie - jeden taki strasznie mi się podobał, ale trzymał się na boku i jakoś tak nie chciał. Proszę ja ciebie, poszłam po ten przysłowiowy rozum do głowy, myślę sobie: "Patrycja, tu trzeba psychologicznie, sposobem". Ja do niego podchodzę, taki blondyn, a gdzie tam, właściwie, oni wszyscy szare włosy mieli, szatyn. Podchodzę, a on coś tam, że:

- Kak eta, malcik z malcikiem? - Myślę sobie: tu cię mam. Alosza z Braci Karamazow się znalazł. Dobrze, będę Gruszeńką. I mówię mu w te słowa:

- Ja w Giermaniji była, tri goda, eto tam normalna, czto malcik z malcikiem. - A on tak patrzy, coś tam jeszcze marudzi:

- No ty nie żeńścina. - Tu już mnie szlag jasny trafił, przegięłam się, pisnęłam, że aż zaczęli na mnie syczeć, uciszać:

- Jak to - mówię - jak to ja nie żeńścina, usta mam? Mam, pizdę mam? - tyłek goły mu pokazałam - mam pizdę! - Ale jemu w głowie ta Germanija zawróciła. Bo dla nich to był raj, nieosiągalny, do Niemiec pojechać! Jak oni całe życie w Rosji, no i poza tą Polszą, poza tymi koszarami świata nie widzieli, dwudziestokilkuletni chłopacy! Ja mówię:

- Kak eta, w Gjermaniji tak eto dielajut, eta normalna! - No i już rozpiął rozporek, jak się przyssałam!

- Ale któregoś razu przyszli do nas w nocy pod mur, oparli się o ścianę... Bach, jednemu czapka się zsunęła. Zaświeciła nam w ciemności wygolona głowa, zaraz i drugiemu, i trzeciemu. Więc my w płacz:

- Więc odjeżdżacie, nas opuszczacie!

I już im tam ciągniemy, ale ich jednocześnie opłakujemy. Za sto dni już ich nie będzie! A wtedy oni, co oni nam zaczęli mówić... Że na przykład nigdy nas nie zapomną, gdy już dawno będą daleko, gdy już pojadą nazad w pizdu. Że jesteśmy ich pierwszą miłością.

- Ty znajesz, mi do szczęścia niewiele trzeba, byle ta wódka i ta pizda była, ale ja prosty, ja tam babę znajdę i jaki zawód przy kopaniu rowów, ale ty tu zawsze za tym chujem, za tym udem będziesz przychodził.

Był taki Kozak. Biała twarz, z wąsem, no, kozaczyzna (ach, oni inaczej zupełnie pachną, stepem, Azją...). On mi powiedział, że jeszcze nigdy z nikim tego nie robił. Dziwił się Patrycji, że ona bierze do buzi, to ona:

- A ty liżesz pizdu.

To on, że nie, nie bardzo, bo "pizda woniejet". A tu Patrycja z wrodzoną sobie, niemal buddyjską prostotą:

- To nada umyć pizdu.

Tak, oni nas nie zapomną. Oni tam leżą teraz nad brzegiem Donu, mają już żony, dzieci, wyglądają staro, grubo, w czapkach-uszankach, nie są już tymi chłopcami. Ale - mówili - będą patrzyć na niebo, na gwiazdy i myśleć:

- Tam gdzieś, pod tymi gwizdami mój Andriusza (Patrycja) pod koszarami, w dalekiej Polszy.

Tak prieroda zachaciela, paciemu - nie nasza diela...

* * *

Gdy Zdzicha Ejdsuwa zaczęła na dobre chorować, wszyscy w parku odwrócili się od niej. Nie chcieli pić z nią na ławce wódki "z reklamówki", nie chcieli popijać z nią tej wódki ciepłą popitką. Jej włosy już nie jedwab, a szmata, jej głos nie tenor, a skowyt, jej oczy nie węgle, a kawałki żwiru. Nie rozmawiali z nią, bo zaczynało jej śmierdzieć z ust. Grzyby, podobno zalęgły się jej tam jakieś grzyby. Mówili: Zdzicha, to czuczło. Wtedy na pięknej, ale pryszczatej i liszajowatej twarzy Zdzichy Ejdsuwy pojawiła się nuta gorzkiej ironii. Nikt nie potrafił jej wybaczyć, że dalej podrywa obcych facetów, że ich zaraża. Rzucali za nią butelką po wódce przez całą alejkę. Butelka bezgłośnie upadała na ziemię. Przyplątywał się jakiś pies, gotów uwierzyć, że chcą się z nim bawić, że mu rzucają kijka. Zdzicha i ze mną poszła do wagonu, zanim dowiedziałem się, jaki ma przydomek. A co może wiedzieć taki nastolatek? Tak, ona chodziła do wagonu. Odkryła go kiedyś za dworcem, gdy nie miała gdzie spać. Wagon na bocznicy, okna zabite dechami, gdzie nie spojrzeć kolejne zwrotnice i rozwidlenia... Podkłady, zwiędłe krzaki, budki dróżników, światła znające tylko kolor czerwony, stalowa trakcja pod bardzo wysokim napięciem, słupy z drutami przenoszącymi tysiące głosów, elektronicznych sygnałów, internetowych pogaduszek, śmiechów i płaczów. Wszystko na raz brzmi jak dalekie hałasy szkolnego boiska pod wiaduktem, latami wystawionego na widok podróżnych. Wagony towarowe załadowane belami drewna dawno już zapomnianego, stojące tu od dziesięcioleci. Inne, kryte, nawet zaopatrzone w komin i okno, przez które widać królestwo dróżnika: zeszyt odjazdów oprawiony w starą ceratę, piecyk "kozę" i grube rękawice. Wszystko pokrywa opalizujący szaro-fioletowo smar. Szare liście babki obrastają szpary szarych podkładów. Szare kwiaty pachną zaimpregnowanym drewnem. Esencja Polskich Kolei Państwowych. Takie to są koleje losu Zdzichy. Najdziwniejsza była ta jego uroda - blada, chuda twarz, prawie białe kosmyki spadające na oczy, a do tego zaniedbanie, brud, no i te grzyby. Mówili, że miał kochanka, który bywał w Paryżu i to stąd ta choroba. Ponieważ nie pozostało mu już nic do stracenia, Zdzicha zaczęła na dobre pić. Miała takiego dużego wilczura, który prowadził ją po pijaku do tamtego wagonu, jak ślepca.

Kiedyś, kiedy jeszcze Zdzicha miała pracę i mieszkanie, nazywali ją Dżesi.

* * *

Ożywają w nocy. Wtedy też lepiej widzą, w dzień noszą ciemne okulary w brzydkich, złotych oprawkach, z targu. Kiedy całymi nocami włóczą się po Wzgórzu Polskim, po parkach, gdy penetrują dworcowe ławki pełne śpiących żołnierzy, pijaków, narkomanów, swoimi wydłużonymi od ciągłego węszenia nosami zaglądają do okrągłych, blaszanych szaletów, wtedy każdy majaczący z daleka przechodzień budzi dreszczyk nadziei - to on! Jego na pewno też wygnała na noc potrzeba! Nie owijają rzeczy w bawełnę, owijają wódkę w reklamówkę. Nie proszą o wiele - może być stary albo młody, chory, zdrowy, kulawy, byle tylko nie był ciotą lub babą! W nocy w parku jest ciemno, czasem zagląda tu milicyjny wóz. Jedzie powoli, majestatycznie, przecina ciemność ostrymi światłami, wdziera się w krzaki, wjeżdża na górkę, okrąża placyk z szaletem i znika. Samochód - widmo. Na odartym z kory drzewie ktoś coś nawypisywał, ale wcale nie o nas - o tym miejscu nawet gdy ktoś wie, to udaje, że pierwsze słyszy.

Po dziesięciu godzinach "pikietowania" w gardle zasycha od papierosów, buty są całe w błocie od chodzenia po wykrotach, zaglądania pod mosty i do ruinek. Usta pieką, buty uwierają, jedyna higieniczna chusteczka do nosa zwija się w kieszeni w mokry sznurek. Już, już mają iść do domu, ale nagle zatrzymuje ich znowu jakiś daleki kształt, który z bliska okazuje się drzewem, albo korzeniem. Ale wyobraźnia czyni cuda. Liczy się to mrowiaste podniecenie, nadzieja, bo przecież wydarzyć może się wszystko. I nikt już nie myśli o powrocie do domu, mimo, że pierwsze ptaki zaczynają psuć nastrój nocy i za górką jakby zaczyna świtać. Ale doświadczenie uczy - wtedy właśnie zdarzają się cuda i nocne łowy obfitują w złote rybki!

Zanim świt pierwszy promień rzuci smugą na ściany.

Wtedy mogą się pojawić Orfeusze pijani! Pijak śpiący na ławce, wracający z imprezy pijany małolat, cokolwiek. Nie puszczą. Park jest zimny, park jest czarny, jest zły. W nocy park zamienia się w dziki las, zapełnia opowieściami o złym wilku i Czerwonym Kapturku. Wilk może zarazić Kapturka byle chorobą. Drzewa dostają bajkowych korzeni, w dziuplach siedzą złe sowy - stare, siwe ciotki głodne jednego. Plotkują siedząc na ławce, bo i co im zostało? Ciotki drażnią lujów, ale gdy tylko ci starają się je zabić, ciotki odfruwają jak sowy. Nic dziwnego, że luje ze złości demolują ławki, żadnej nie przepuszczą. Ciotki patrzą z ukrycia na demolujących ławki lujów, i myślą, ech, oni żadnej nie przepuszczą! Kiedy cioty przekraczają wieczorem próg parku, czują dreszcze podniecenia, jak narkoman przed wbiciem sobie strzykawki w żyłę, jak gracz zasiadający za szkarłatnym obrusem. Wszystko może się wydarzyć, nigdy jeszcze tak nie było, żeby coś się nie wydarzyło. Kto wie, kogo ześle mi dobrotliwy Bóg ciot, bo przecież cioty wierzą w Boga, jak wszystkie inne starsze panie w berecikach z kikutkiem. I wcale nie uważają się za grzesznice - przecież nikomu nie robi krzywdy!

O piątej rano w parku zaczyna się panika. Zaraz zrobi się jasno i wszyscy ci zmyśleni mężczyźni na powrót zamienią się w drzewa, tablice zakazujące wjazdu, kamienie i pomniki. Nic się nie da oszukać, król jest nagi, w zaroślach coś się poruszało całą noc, ale teraz widać dokładnie, co. A przy dziurze w płocie nie stał wcale luj, tylko ktoś wystawił tam stary odkurzacz z dużą rurą i to ona tak realistycznie układała się w ortalionową kurtkę i krótko ostrzyżoną głowę głęboko osadzoną na szerokiej szyi! Dopiero za chwilę park naprawdę zapełni się ludźmi. Nie będą to, niestety, pijani luje głodni jednego, tylko dzienni przechodnie skracający sobie drogę do pracy, opiekunki z dziećmi, i ci ludzie będą na nas patrzyć z zewnątrz. Pachnący pastą do butów, do zębów. Ze świeżą gazet w torbie. W ogóle: świeżość ohydna i trzeźwa rozleje się wraz z jaśniejącym niebem, rozkracze z ptakami. Brrr. Trzeba uciekać, żeby nie widzieć tej profanacji. Uciekać przed ludźmi, żeby nie spojrzeć im w twarz. Iść spać.

* * *

Lukrecja płacze, chowa do barku pamiątki w foliowych workach, dokładnie zamyka szafkę. Ale najpierw daje do powąchania, każdemu po równo, po jednym machu. Ja też się sztachnąłem. Początkowo nie poczułem nic. Potem doszedł mnie słabiutki smród jakby więzienia, potu, lizolu. Chyba trafiła mi się jakaś zwietrzała onuca! Teraz na stole pozostają tylko zdjęcia. Patrzą na mnie te twarze, najczęściej jeszcze kilkunastoletnich wyrostków, jeszcze nie w mundurach. Zdjęcia robione gdzieś nad Donem, w atelier dalekiego ZSRR. Patrycja bierze do ręki jedno z nich, przeciera rękawem i ogląda, jakby je pierwszy raz w życiu widziała:

- Ten to już pewnie z powrotem na Kaukazie, mój Sasza kochany. A tu Wania. Czasem w nocy, gdy nie mogę spać, biorę mapę i patrzę, gdzie teraz mój Sasza, gdzie mój Wania, gdzie Dmitria? Nic nam nie zostawili, nawet koszary oddali Uniwersytetowi. Nic, ani parku, ani koszar, ani nic. Wszyscy chcieliście tych przemian, tych nowych ustrojów, tylko my z Lukrecją się modliłyśmy, żeby wam się nie udało. Wszystko idzie ku gorszemu. Poborowego w pociągu wyrwać za komuny - to była bułka z masłem... Nie dość, że wszystkie te Stasie i Romki prosto ze wsi byli, to jeszcze nie było dziewczyn w wojsku, przepustek... Teraz, jak ja pierwszy raz usłyszałam o "humanizacji w wojsku" to od razu wiedziałam, że idą złe czasy dla ciot. Bo teraz każdy poborowy ma praktycznie nieograniczony dostęp do pizdy. - Lukrecja płacze. Nagle Patrycja prostuje się i z nadzieją w głosie pyta:

- A może jeszcze na nas ktoś napadnie, Lukrecja, jak myślisz? Może Niemcy by tak pookupowali? - Patrycja najwyraźniej nie słyszała o NATO.

Lukrecja zaczyna niespokojnie patrzyć na zegarek. Kościół nie czeka, a ona chce się pomodlić za swojego Wanię, za swojego Dmitrię, za swojego Saszeńkę. Albo tylko tak gada, a pójdzie wiadomo gdzie. Ubrana na czarno, oczywiście. Ale jeszcze z korytarza mówi:

- E, już nas nie napadną, to se ne wrati - nagle rozjaśnia się - chyba żeby tak... ty! Żeby tak do więzienia dać się zamknąć! Boże! Cwelówkę by ze mnie zrobili, wszyscy ci zbrodniarze, a ja bym im szmatą, szmatą do podłogi bym im była! Szma...

- Nie zaczynaj! - nie jesteśmy same! Boże, ona znowu zacznie swoje! Idź już lepiej do tego kościoła, pomódl się. Do kościoła idzie, modli się pod figurą , a diabła ma za skórą!

- Szmatą, wdową bym im była, powiedziałby taki z mordą mordercy: myj podłogę skalpem, nacharkałby na kamienną posadzkę, naszczał, liż, suko, a ja bym lizała! - Lukrecji drgają nozdrza jak gwieździe filmowej, przejeżdża palcami po piersiach, po brzuchu, niżej, jest cała głodem poniżenia, coś ją swędzi, coś ją ssie i nie wiadomo, co, ale to coś ją zagna w jakieś złe miejsce, to pewne.

- Stul pysk już! Dobrze, byłabyś mu szmatą, wszyscy o tym wiemy, a teraz się zatkaj! - Patrycja sama nie może wytrzymać tej wizji. Nagle sobie coś przypomina. Ale widać, że czeka, aż Lukrecja wyjdzie. A Lukrecja kręci się, przymierza stare czapki, w końcu wybiera taką, w której wygląda już zupełnie jak stary gruby dziad, idący na ryby. Taką z brązowej skóry. Pokazuje nam język, ale zaraz dyga dystyngowanie i wychodzi. Patrycja oddycha z ulgą, szykuje się, żeby mi coś opowiedzieć. Ale właśnie wtedy drzwi do mieszkania otwierają się, Lukrecja wraca, porywa ze stołu paczkę papierosów i zapalniczkę, macha nam na pożegnanie, i ostatecznie wychodzi. Patrycja wstaje, żeby z wielkiego, spalonego czy też tylko osmalonego czajnika dolać mi wrzątku do fusów z kawy. Dolewa też miętówki. Od razu staje się innym człowiekiem. Poważnieje, już nie mówi o sobie w rodzaju żeńskim, jest stary, zmęczony życiem. Ale resztki włosów machinalnie poprawia. Tymczasem drrr! Lukrecja znowu wraca:

- A pamiętasz, jak raz pojechałyśmy do Oleśnicy, do więzienia, tak a propos tego twojego więzienia i cwelów? Muszę to jeszcze opowiedzieć, dla potomności, bo wrócę późno i już pana nie będzie... Pamiętasz, Lukri? Późna jesień, oni cały dzień siedzą w oknach, rękami obejmują kraty i gapią się na ulicę. Tacy toporni, tacy szaro-burzy, jak wyciosani, tacy krótko ostrzyżeni i niewyraźni. Oba skrzydła więzienia są widoczne z ulicy, nie to, co u nas, na Kleczkowskiej. Czasem pod oknami stoją rodziny i wymieniają z nimi na migi jakieś informacje, ale tego wieczoru było pusto. A myśmy stanęli i stali tak. Oni od razu nas wyczuli.

- Nie, najpierw jeden z nich zapytał nas: "Co się gapicie". To myśmy się już mało nie posrały. Że taki zbrodniarz męski, co gorsza zamknięty, więc jeszcze jakby w wojsku, że do nas. Bo jednak mówcie, co chcecie, ale jak na mój gust, to prawdziwy chłop, to zamknięty chłop. Jak na wolności, to znaczy, że był grzeczny, że to jakiś lizus. Chłop to ma rozrabiać, być niepokorny! Nie mówię już o maturze, tylko normalnie: w więzieniu, w wojsku, no, chociaż w poprawczaku żeby był. Od biedy w straży pożarnej...

- No więc oni się drą, a my nic.

- A my nic, tylko stoimy, z głowami zadartymi, ani ruchu jednego nie wykonujemy. Nic. A wtedy oni psim swędem się pokapowali, o co chodzi, bo do nas tak krzyczą, tam ludzie się na tej ulicy obracają przechodząc:

- Wy, kurwy, pedały, kurwa, pedały, ja pierdolę! - Mają wydarzenie do gadania na tydzień. A my stoimy i już nie możemy, już nas tak podniecają, tak są jak ten cukierek za szybką, ach, oni nas, ale i my ich podniecamy! Podniecamy, oni w nas cweli widzą! Oni by nas, już oni wiedzą, co by z nami zrobili, ach, oni to sobie w nocy przy waleniu konia przywołają. I będą mówić: "Którego wolisz? Tego w czapce, czy tego wysokiego? A ja raczej tego drugiego, co palił, już ja wiem, co bym z nim zrobił" - tak będą o nas najprawdziwsze heteryki mówiły na kojo. Na kojo, kojo, kojo!

I ja wtedy do ciebie, Patrycja, szepnęłam: "Przegnij się". Nie ruszając w ogóle twarzą, ustami, skamieniała. Przegnij się, kurwo, przegnij się, bo oni kobiety w nas szukają, niech się kobiety w nas dopatrzą, to potem wszystko przywołają! To potem to im stanie. To se czaj zrobią od żyletki, od żarówki. To jakieś wydelikacenie im podaj, zasugeruj, to jakieś delikatne zaokrąglenie! Patri, kochana, stara Patri, przegnij się niemnożka... Toś ty papierosa zapaliła, tyle wystarczyło, brawami to przywitali i tupaniem. Darli się, aż strażnik wyszedł na wieżę narożną, bo oni tam we wszystkich oknach na nas krzyczeli. Nie wytrzymałyśmy, uciekłyśmy...

Rundę po Rynku w tej Oleśnicy zrobiłyśmy, bach Oleśnicką spotkałyśmy, co się tylko postukała w czoło, jak jej powiedziałyśmy, co robimy, bo ona już tą zabawę odkryła dwadzieścia lat temu i dawno jej się znudziła, wiadomo - z Oleśnicy... Więc spławiłyśmy ją i dalej. Ja mówię:

- Słuchaj, ściemnia się, w pekaes i do domu, wariatko, bo jak nam ucieknie, to będziesz na stopie kieckę zadzierała. - Ale to już nie ty. Ja mówię:

- Już my tam spalone, już nas strażnik widział. - Oni tam takiego przecież rabanu narobili, tak się zaczęli awanturować, walić w jakieś kible, wiadra, że aż ten strażnik im przez taki megafon krzyczał z wieży, że spokój ma być! Czego myśmy dokładnie nie słyszały, ale takie tylko pomruki z tej tuby i u nich gwar na to jeszcze większy. Bo ich ta nasza bierność kobieca do szału doprowadzała. I to ich ubezwłasnowolnienie, że oto taki pedał, taka ciota, takie nic stoi se na wolności, fajkę pali i się patrzy, a oni muszą być zamknięci i nic, ani nam przywalić, ani nic nie mogą, ani nawet zapalić. Przechodził tą ulicą facet jakiś z drągiem, to oni do niego krzyczą:

- Przypierdol im tym drągiem, przypierdol!

Facet tylko kroku przyspieszył. Ale wróciłyśmy, mimo, żeśmy tam spalone już były. Co? Stać nam na ulicy nie wolno? A tam obok był zakład fryzjerski, że niby przed zakładem na inną jakąś ciotę czekamy, aż wyjdzie. A ona jeszcze na solarium se poszła i dlatego tak długo nie wraca, potem jeszcze i na hennę, i na manicure. A oni jak nas zobaczyli, to tak się darli, chyba na cały świat:

- Przyszły znowu te kurwy! - rozszyfrowali nas natychmiast, nie ma co. To niektórzy moi znajomi od lat mi mówią: jak będziesz miał dzieci, żonę... Od lat się pokapować nie mogą, a taki kryminalista (jeszcześmy się potem dowiedziały, że to dla psychicznie chorych ten zakład w Oleśnicy), taki kryminalista psychiczny od razu w nasz język ulicznic wszedł, od razu jak do swojej, jak do kurwy... Ten sam język...

Toś ty ścisnęła mocniej rękę moją. "Cwele" tam krzyczeli, jeden stanął cały w oknie, w kratach, niby że jebie kraty, tak się rozporkiem ocierał. My nic. Jak skamieniałe, biblijne. A w środku wulkan. Znowu na Rynek, znowu wracamy, bo już od samego pekaesu się cofnęłyśmy, że niby noc, to trzeba zobaczyć, co się tam w nocy wyrabia, chłopaki w nocy pewnie o jednym myślą. To jeden tylko w oknie był, ale jak nas zobaczył, to znikł na chwilę, znowu się pojawił z kilkoma i zaczęli walić w parapet i krzyczeć, i zaraz wszystkie okna znowu pełne, światła pozapalali, już my znowu na topie u nich jesteśmy! Nad nimi jeden coś nam na migi zaczął pokazywać, żałowałam, żem się tego ich języka migowego nie uczyła. To oni do nas krzyczą:

- Odpisz mu, ty kurwo.

Ale wyraźnie słychać nie było, za każdym ich krzykiem cały komitet między sobą powoływałyśmy, całe zebrania robiłyśmy, aby rozszyfrować, co oni powiedzieli. "Odpisz mu, ty kurwo" - na tym stanęło.

- To ja - że tego ich języka migowego nie znałam - tylko palec w usta włożyłam i wyciągnęłam. Odwieczną grypserą płci do niego przemówiłam. Ale za silne wrażenie było. Więc już nie wytrzymałam, za winkiel się schowałam, tam się onanizowałam, ale tyś została i gadaj mi tu zaraz i panu, co tam się dalej wyrabiało.

- Tyś polazła, a tu rozpoczęła się wielka Scena Balkonowa mojego życia... Ano jeden gwizdać na mnie zaczął, co mi było jak skowronek, ten zwiastun poranku... Co mi było jak najpiękniejszy koncert w filharmonii, jak najwspanialsza muzyka. Gwizdał, jak na sukę swoją wierną. I całe melodyjki. Fi - fi -fi. A ja się zbliżałam do jego okna, pod sam mur to nie mogłam, bo bym go nie widziała, ale tak kilka metrów od muru, jak zahipnotyzowana, jak wabiona kotka, jak w teatrze instynktu jakimś oświetlona tylko tym mętnym światłem we wzorek w kratę, do tych mętów kochanych szłam. A wtedy on rękę podniósł, potrząsnął i tak po szyi przejechał, że niby mnie zabije, że mi poprzysięga zemstę. Że mnie z nożem w plecach znajdą w ciemnej uliczce jakiej, taka to i księga ulicy, jak Mańkę z piosenki... Ciarki mnie przeszły. Ale stoję. A wtedy on znowu gwiżdże cichutko i tak jakoś spokojnie, jakby mnie po sercu głaskał do mnie:

- No, chodź, mały, chodź... No, chodź tu, chodź... - i to swoje "fi - fi - fi" gwiżdże...

- Tak on w dzieciństwie kotki małe zwabiał, żeby je potem upiec na śmietniku...

Tak oni koty małe miłym głosem wabili. Bo mili są, "mały" mówią, a zaraz potem na śmietniku ścierwo porzucą. I się w tym więzieniu heteryckim kiszą, że wszystkie ich heteryckie cechy się potęgują, nakręcają . Jakaś mieszanina tej czułości z nienawiści, bo oni nas chcieli jednocześnie i zgwałcić, i zabić. Nas nienawidzili i nas pożądali. A myśmy stały jak wrośnięte na mrozie i ta nasza bierność z tą ich mieszanką wybuchową, jak bąk schwytany do butelki. Same młode chłopy. Aż chciałyśmy śpiewać: "A mury runą, runą, runą..."

- Już ranek prawie świtał, już pekaes ostatni uciekł, a myśmy stały i już chyba do sądnego dnia... Już myślałyśmy, że sądny dzień przyjdzie, Bóg zejdzie i powie: "Boże, a czegoście wy dziewczyny tak stały? A to czemuście, wariatki jedne, stały tam?"

A potem chodziłyśmy pod poprawczak, ale to już jest bardzo niebezpieczne, bo oni mogą wychodzić. Dzwonimy do jednej cioty z Gdyni, a ona nam mówi:

- Oj, od kryminału, to wy z daleka, z daleka, cioty czekały u nas pod kryminałem, aż wypuszczą takiego, no, potem proponowały jedzenie, mieszkanie, opierunek i żadna już nie żyje... Oj, ja do was, dziewczyny, za ostatnie pieniądze nie będę pizdy wiozła, żeby wam dobry Jezu a nasz Panie zaśpiewać...

- To już idź, Lukrecja, idź już, pomódl się, a ja tu z panem jeszcze pogawędzę...

* * *

- Był taki moment, a nie było wtenczas jeszcze mowy o żadnych koszarach, jeszcze mieszkałem w Bydgoszczy. Też tam miałem takiego kumpla, wiesz, Maciejowa na niego mówili. To była wariatka, pracował jako salowa w szpitalu - odrabiał służbę, a potem został i wynosił te wszystkie kaczki. Nie chodziliśmy ze sobą, bo i on i ja szukaliśmy męskich facetów, najchętniej heteryków. I tak jakoś posucha była na dworcu, a myśmy musieli coś zarwać. Tak jak narkoman musi dostać swoją działkę. Raz zarwaliśmy żołnierza, upiliśmy go wódką, robił nam striptiz, ale butów nie ściągnął, bo oni butów nigdy nie ściągają, bo tam mają taki syf, że im wstyd. I tak jakoś śmiesznie tańczył w tych opuszczonych spodniach, ale w butach i onucach. Nie mógł tych spodni zdjąć. Innym razem poderwaliśmy takiego młodzika, też heteryka, mój Boże... A raz mnie pobili. Długo nie trwało. Idę w nocy przez park, nie boję się, widzę - wraca skądś jakaś grupka. Dwunasta w nocy. Ale gdy ich zauważyłem, już byli ode mnie o jakieś dziesięć metrów, zwykle patrzę wokoło, ale oni wyłonili się zza takiej budowli. Zza rogu. Więc tylko przyspieszyłem kroku i udaję, że skądś wracam, że się bardzo spieszę. I już nawet myślę, że mi się udało, bo słyszę - idą już z pięć metrów za mną i coś tam rozmawiają. I nagle jeden z nich podleciał - sekundę trwało - kopnął mnie i powalił na ziemię, i tak jak upadłem twarzą w asfalt, tak już nie wstałem. Drugi mi butem nadepnął na szyję, pewnie jakimś ciężkim skini takie noszą, i jak się wyrywałem, to mi normalnie stawał na szyi! Aż mi coś pękało. A inni mnie lali moim własnym pasem ze mnie ściągniętym, mi piasek zgrzytał i krew w ustach. Boże! Ale ja nie czułam, ja nie czułem bólu, nie czułem tego, choć mnie lali, i słyszę - zdechniesz tu pedale. A ja tam coś, że błagam, że błagam i tylko tyle wycharkotałem. Zdarli ze mnie skórę, zegarek sam zdjąłem, zacząłem im rzucać wszystko, bo jak zrzucałem to ten ucisk na szyję jakby malał. To że żyję, to tylko zawdzięczam samochodowi, że przejeżdżał ulicą samochód usłyszałem: spadamy stąd! I tak jak w trakcie tego nic mnie nie bolało, tak byłem zdenerwowany, tak jak uciekli, to zacząłem rzygać krwią i potem mi powiedzieli w szpitalu, że miałem krwotok wewnętrzny. Podleciała do mnie Maciejowa. Zatrzymaliśmy samochód i do szpitala. Tam się okazało, że właśnie miałem ten krwotok, że mam rozciętą skórę głowy, głęboko, wstrząs mózgu i złamaną rękę. Nie miałem dokumentów, wszystko zabrali, w samych majtkach mnie zostawili. Gaz? Kto wtenczas słyszał o gazie, ale powiem ci, że nikt w takiej sytuacji nie odważyłby się użyć gazu, bo gdyby oni byli jeszcze bardziej wściekli, to by zabili, starczyło odrobinę mocniej stanąć mi na szyi. Przecież to stanie na szyi było najgorsze! Ja się tak trząsłem, miałem do końca życia nie iść do parku. No i potem chodziliśmy głównie do koszar, już we Wrocławiu, a koszary to największe szczęście, luksus, nie dość że sami heterycy, to jeszcze w miarę bezpiecznie. Oni nas chyba nawet jakby trochę lubili. A ci skini, brrr. Ale myśmy się za to na heterykach zemścili!

* * *

Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz! Klucze i ręczniki wydawała w saunie najsłynniejsza ciota Wrocławia - sama Łucja Kąpielowa. Słynna ze swego burzliwego romansu z jakimś kryminalistą, który ją upił, a potem okradł, po czym Łucja powiedziała: "nie wypiję do końca życia wódki, choćby była złota!". W recepcji Zakładów Kąpielowych patrzyła na mnie spod oka, lekko łysiejąca, ufarbowana, z włosami skręconymi na barana. Rubaszna, czerwona twarz, przekrwione oczka patrzące spode łba. Było widać, że pochodzi ze wsi, można to było poznać choćby po typowo ludowej symbolice złota w jej wypowiedziach. Bo Łucja nie tylko nie wypiłaby "złotej wódki", ale także do każdego mówiła "złociutka". Łucja wyjmuje z płaskiej szafeczki duży klucz, jakby była tu burdel-mamą, a to przecież tylko kluczyk do boksu. Podaje złożone prześcieradło, z którego będzie rzymska tunika przylegająca do mokrego od potu ciała, podaje ręcznik. Popija kawę. Jest cała rozluźniona, nigdzie się nie spieszy, to inni ganiają. U niej tu od dziesiątek lat nic się nie zmienia, więc Łucja przeciąga samogłoski, mówi w sposób rozmamłany, z zastanowieniem:

- Idź, idź, biegnij, złociutka... Wszedł tam właśnie piękny pan, złoty pan... A ja mu kluczyk dałam z breloczkiem w kształcie serduszka, rybko złota. I coś ci jeszcze na uszko powiem: idź, idź, on tam czeka na ciebie... Dałam mu numerek sześćdziesiąt dwa...

Więc gdyby odszukać Łucję, można by poprosić ją, aby z plam i zacieków na rzucanych do kosza z brudami prześcieradłach odcyfrowała te wszystkie historie i sama napisała księgę ulicy, nawet złotą. Niech bierze je pod sztuczne światło lamp, bo w saunie zawsze panuje noc. Niech mruży oczy i marudzi pod nosem, że nie widzi wyraźnie.

Połowa ludzi, którzy w latach osiemdziesiątych przychodzili do sauny, nie żyje. Stare cioty grzały kości w parze, przechadzały się majestatycznie owinięte prześcieradłami, przychodziły na cały dzień, przynosiły ze sobą w słoiku obiad, który jadły w szatni. Piękna, marmurowa sala Państwowych Zakładów Kąpielowych, to było za dużo dla nich. Nie zasłużyły na te greckie kolumny. Para snuła się nisko, po wielkich kaflach, bo w tamtych czasach pedalstwo to był jeszcze grzech. Wszyscy nadzy, albo w ręcznikach jak w rzymskiej tunice, jedno ramię gołe, kreacje z prześcieradeł. Chude obojczyki, zapadnięte klatki piersiowe, piegi i znamiona. Kiedy tak siedziałem w rzeźbionym baseniku z letnią wodą, obserwowałem te stare cioty: Nadobna Cyncylija, Szewczycha Katarzyna, Joaśka Młynarzowa, Katarzyna od Rzeźnika i inne kobiety Villona, które wyszły już z obiegu, obnażały rozkład swoich ciał, oblizywały się lubieżnie, przechodząc koło baseniku, szczypały się za sutki, szły do komór termicznych z nadzieją, że do nich dojdę. Rozkład czasu spotęgował rozkład rozwijającego się w nich AIDS, promocja! wszystkie dziesięć plag egipskich w jednej! Najpierw na ich ciałach pojawiły się czerwone plamki. I wtedy zrozumiały, coś się kończy, pożegnania już przyszedł czas... Więc zapomniały o skrupułach i rzuciły się na uciekające resztki życia. Gziły się tym bardziej, im mniej czasu jeszcze zostało. Nie miały wstydu, jak trędowaci, którzy są nienaturalnie lubieżni; doszły do wniosku, że wszystkie są już chore, więc nie ma się co martwić o bezpieczeństwo. Szczali na siebie, rwali sobie resztki włosów, próbowali wszystkich perwersji, ze śmiercią włącznie. Rzymska sauna przypominała sceny z Markiza de Sada, z filmów Passoliniego. Z jaką zawziętością te rozpadające się ciała pięćdziesięcioletnich facetów z brzuchami czepiały się siebie nawzajem! Nie było takiej wydzieliny, której by nie zlizali, nie było takiego ruchu, którego nie interpretowaliby jako zaproszenia do... seksu? Czy to był jeszcze seks? Był to raczej jakiś taniec śmierci, coś, o czym mówić nie wiadomo jak, ale można by o tym skamleć i dyszeć. Pojawiły się szczury, albo tylko im się tak wydawało. Po pierwszych zgonach dyrekcja zarządziła dezynfekcję sauny, pobliskiego basenu i szatni. Na środku rzymskiej sali, pomiędzy majestatycznymi kolumnami unosiły się dymy, Łucja Kąpielowa paliła ręczniki, prześcieradła, płonęła pozasychana sperma, dym nie szedł do nieba, dym snuł się po ziemi. Nigdy nie zapomnę tamtego smrodu!

* * *

No więc Łucja Kąpielowa przez całą komunę mieszkała tam, nad rzeźnikiem, na głównej ulicy, gdzie jest teraz knajpa "Zielony Kogut". I brała sobie lujów z pikiety do domu. Raz ją okradli - nie pomogło, drugi raz pobili - nic. Raz koło blaszaka poznała trzech takich, zabrała ich nad rzeźnika. Chciała upić. A oni ją związali, bili, i grzebali jej w meblościance na wysoki połysk, w barku, w którym wszystkie cenne rzeczy miała, ale lekce je sobie ważyła, bo co inne dla niej było ważne. Znaleźli jej starą legitymację partyjną:

- Żryj!

I nic, tylko "żryj". Łucja nie chciała, nie po to tu ich przyprowadziła, żeby jeść tą legitymację, co gorsza w twardej okładce, nie wiem już, czy plastikowej, ale tego by się przecież nie dało zjeść; w każdym razie twardej. A ona zawsze miała trwałą na barana robioną na lokówkę. I oni jej własną lokówkę ruską rozgrzali jak żelazko i tym ją przypiekali. A zjadła wszystko, przestała należeć do partii i wtedy oni ją wreszcie mogli wyruchać. Tą lokówką rozpaloną. I tego to już nie przeżyła, zmarła w szpitalu i minuta ciszy. A teraz Oleśnicka, która była jej zastępczynią, jest na jej miejsce najbardziej znaną ciotą w Polsce.

Przez całą komunę Łucja Kąpielowa handlowała wódą w saunie. Trochę kręciła ze Zdzichą Wężową. Nazywali ją tak, ponieważ pracowała w ZOO przy wężach. Dawała im żreć, wchodziła do nich w brudnym kombinezonie, nie bała się. Oj, Zdzicha, Zdzicha! Wężownica! Wężowa nasza Zdzisława! Blond miała włosy, niebieskie oczy, kurtkę z dżinsu... I taka cała piękna nakładała gumowe fartuchy, prosto z małp szła do żółwi wielkich jak małe samochody, prosto z żółwi do węży. Pachniała małpim gajem, jabłkami i karmą dla ryb.

Raz jej cioty, jeszcze na "spalonej pikiecie" powiedziały:

- Zdzicha, na tych wężach można zrobić fortunę, gdyby je tak do Erefenu przemycić.

- Za takie dwa węże, Zdzicha, można dostać kupę pieniędzy!

- Bierz pod stanik, głupia i w pizdu! Powiesz, że zdechły...

- Oj, Zdzicha, Zdzicha, miej rozum, do Rajchu je przemyć!

- No, na co czekasz, węże ci przecież nie nowina! He, he, he!

I Zdzicha Wężowa została w piątek dłużej po pracy. Trochę pogawędziła z bileterką, potem z cieciem nocnym i w końcu oświadczyła, że ma dwa chore węże na stanie, musi je pielęgnować, bo takie węże, to wie pan, kosztują... Drżały jej ręce i nogi, gdy szła Salą Małp, zupełnie po ciemku, a w ciszy grzechotały jej klucze do klatek i darły się nieludzko te potwory. Włączyła latarkę i zobaczyła jakieś monstrum za szybą. Planeta małp, planeta psów, rezerwat dzikich stworzeń. Doszła jakoś do sali z wężami, tylko nie bardzo wiedziała, które wybrać. Małe za tanie, a te wszystkie boa dusiciele? W końcu poszła na kompromis i ukradła małe, które miały być w przyszłości duże. Jednego, do którego był ostatnio wzywany weterynarz, bo wężowi jajo utknęło w samym środku i psuło się. I takiego pięknie opalizującego. Przemyciła. Siatkę z wężami zawiązała i przerzuciła przez płot, na wał nad Odr. Cała zapłakana poszła na portiernię:

- Zdechły! Takie były kochane, takie były kurwy zwinne i zdechły, jak raz pod płotem pochowałem... - i polazła, obeszła ZOO, aby zabrać spod płotu wijącą się tekstylną siatkę z napisem: "Chemia. Żywi. Leczy. Ubiera. Buduje".

Ale węży nie udało się przemycić i Zdzicha wpadła na granicy z Enerde. Straciła pracę i potem zupełnie zeszła na psy. Wtedy to dopiero zaczęła kraść! Ona w ogóle kradła, ta Zdzicha i czasem dzwonili na skargę do Łucji Kąpielowej, że "twoja Zdzicha znowu mnie okradła". A Łucja dumnie cedziła:

- Proszę pana, proszę do mnie z takimi sprawami nie przychodzić. Ja jestem poważną, dojrzałą kobietą i ja sobie nie życzę słuchać takich rzeczy. Ja mam swoje problemy.

* * *

- Jak się zemściłyście?

Więc było tak: pewnego dnia obie mamy chcicę, ciężkie niedossanie, a tu ani na lekarstwo, nic. Park pusty, zimno, dworzec - sami tylko żebracy. I my jak takie dwie żebraczki, żebrzemy o tą lachę świętą, chuja św., dupę św. Bo już sobie świętość z nich zrobiliśmy. I była taka... ale nie wiem, wolałbym, żebyś tego nie nagrał - wyłączam posłusznie dyktafon - taka była dyskoteka, luje tam przychodzili z całej Bydgoszczy, Primavera się nazywała, nie ma jej już, jak niczego z tamtego świata. I... myśmy całą noc usiłowali poderwać któregoś z tych pijanych lujów, ciemno, zimno, koszmar, tam jakaś muzyka dochodzi, disco polo, my głodne, na ostatnich siłach. A za tą dyskoteką płynęła rzeka, wiesz, tam w Bydgoszczy pełno jest wody wszędzie. I wokół rzeki były wały i raz po raz któryś z tych lujów tam sam po ciemku wracał. Albo stali całymi rzędami i się odlewali. I nas kusili, bo tak - Lukrecja pokazuje, jak - tak szeroko nogi rozstawiali. I... ale mogę ci to powiedzieć? I myśmy wzięły nóż, i zaczaiłyśmy się. - Patrycji znowu łamie się głos - bo oni po... oni po dobroci nie chcieli. A myśmy musieli. Oni się tam odlewali, nogi tak szeroko rozstawiali, tak nas tym wyzywającym zachowaniem... Tak nas podniecali, a potem sami wracali i przecież taki w życiu po dobroci by... I patrzymy - idzie taki byczek cały w dżinsie, a dżins to wiesz... To wtenczas było coś... Dupa taka, wypycha to wszystko, rozporek cały wypchany, fetysz męskości, łysa pała. I jak wszedł w taką ciemną alejkę, pustą, myśmy... Ja nie wiem, czy on żyje? Ale myśmy go tym nożem, tak po nogach, żeby zemdlał... I chyba przeżył, ale chyba zemdlał... Bo nie, to było tak: jak myśmy się na niego rzucili z tym nożem, to on kwiknął i zaczął się potwornie wyrywać, ale myśmy się tego nie wystraszyli, tak byliśmy zdeterminowani! On kwiczał i się wyrywał i wierzgał. No ale. Ale ja pamiętałam, że trzeba oko wdusić, gałkę oczną to znaczy wdusić w oko. Że to tak boli, że się mdleje. I Maciejowa mu wykręciła rękę, a ja mu to oko z całej siły wdusiłam w oko. I on zemdlał i ja wtedy mu rozpięłam ten rozporek, i wyciągam tą lachę cudną, taką jakby oślinioną. I myśmy go tam w tych krzakach jak jak kukłę... rozebraliśmy... Właśnie dlatego musiałem uciekać z Bydgoszczy. Bałem się, że przeżył, i że mnie pozna. Tam było tyle krwi, ale chyba tylko zemdlał, bo w końcu mu stał, a trupom chyba nie staje, co? W chwili, gdy mogliśmy z nim robić, co nam się podobało, odeszła nas cała ochota, jakby z obowiązku go tam macałyśmy. Tylko ta idiotka go wrzuciła do rzeki. To znaczy tak przy brzegu, ale głowę miał w wodzie. I to mnie niepokoi.

* * *

A ognia w tych historiach nie brakuje. Płoną świeczki na grobach Dżesiki, Andżeliki, Łucji. Co prawda ciągle gasną, bo jest zimna, późna jesień, raz po raz pada deszcz ze śniegiem i wieje wiatr. Mamy jednak w torbie także małe lampiony. Teraz trzeba włożyć zapałkę do środka i jeszcze się przy tym nie poparzyć. Świecą ogniki papierosów w mroku. Pali w gardle. Od tego zaczyna się zwykle umieranie. Nagle, jeszcze w najwcześniejszej fazie, wszystkie kolory stają się jakby szare, nie, nie szare, po prostu wszystko zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Pomarańcze przyniesione do szpitala i położone na białym stoliku z odłażącą emalią. Dżesika patrzy się na nie i dziwi, że jeszcze są, bo jej już właściwie nie ma i byt staje się czymś najbardziej obcym. To się nazywa patrzenie z drugiego brzegu. Na drugim brzegu jest ciągły ból, tak jakby ciało miało zamiar zohydzić się Dżesice, żeby już nie było jej żal się z nim rozstawać. Dżesika boi się własnego ciała, bo już wie, że za kilka miesięcy będzie cuchnęło. Patrzy na swoje paznokcie i już widzi za nimi sine obwódki. Z dawnej roboty dobrze zna uroki rozkładu. Ach, jak chętnie by się pozbyła tego ciała! Ale przecież właśnie o to chodzi, żeby się nie dać. Nie chce tego ciała, które samo siebie niszczy i nagle okazuje się tak trwałe jak bańka mydlana, jak kropelka białka. Szczególnie gdy spojrzeć z góry, a przecież ona widzi wszystko jakby z Księżyca. Dopiero teraz widać w pełni, że nigdy dotąd ani przez chwilę nie wierzyła w możliwość własnej śmierci.

Nocne rozmowy z Telefonem Zaufania naprawdę uspokajają.

Umieranie Dżesiki trwało długo. Najpierw zakażenia gardła, szybko wyleczone. Po kilku dniach angina, wyleczona. I znowu grypa. Pytanie lekarza:

- Czy pan aby nie miał w ciągu ostatnich trzech miesięcy... - histeria Dżesiki, Dżesika wymiotuje do umywalki. Badania krwi, ale jeszcze nie na to, tylko takie ot, na odporność, której - okazuje się - nie ma. Norma 18, jest 22. Teraz prawdziwe krwiodawstwo, całych pięć probówek do laboratorium, wyrok za tydzień. Przez ten czas Dżesika ledwo że nie umarła, źle leczona na zapalenie płuc. Pierwszy raz nie wygrywała z własnym ciałem, każdy ból gardła mijał po przyjęciu leków tylko na kilka godzin i wracał, wracał jak niedogaszony pożar. Podczas kolejnego brania krwi (panie wesołe, nie mają o niczym pojęcia, żartują) w radio leci najnowszy przebój Budki Suflera i Dżesika uważa to za nietakt. W toalecie, gdzie sika, patrzy na nalepkę z reklamą jakiejś firmy produkującej okna PCV i wścieka się na nietakt. Bo wokół huczy życie zupełnie nieświadome swojej ulotności!

- Niech się pan nie przejmuje, niech się pan nie przejmuje, niech się pan przestanie trząść - mówi lekarz, ale na konkretne pytania odpowiada z przerażającą powagą i jest podejrzanie przyjacielski. Kurwa, on się pyta, czy może w czymś pomóc, a to już najgorsze! Znajomi pytają, czy mogą pomóc! Ta lepka atmosfera przyjaźni i zrozumienia jest potworna. Ktoś chce iść z nią po wyniki, bo "nie powinieneś w takiej chwili być sam", kto inny proponuje podwieźć, bo przecież panuje późna jesień i nie można chodzić po zimnie, gdy się ma obniżoną odporność! Przecież w tramwaju ktoś może nakaszleć! To wszystko naraz zamienia się w lepką glajdrę, ta glajdra otacza Dżesikę i przenika do jej płuc. Lekarz dyskretnie, żeby nie wzbudzać paniki, obmacuje jej węzły chłonne - szyja, pachy. Myje ręce, pachy przecież śmierdzą potem, kto by się mył przy zapaleniu płuc?

Organizm był rozstrojony jak stare pianino, a na dodatek jakiś ukryty wróg walił w klawisze siekierą. I to suszenie - pić, w gardle szalał pożar, każdy napój wsiąkał jak woda w piasek. Nie pomagają nawet antybiotyki! Trzeba było się przyznać. I to ona, która zawsze miała tyle swady, i dzióbek wyżej, koteczku, jak do mnie rozmawiasz, i torebką po głowie, ona teraz wstydzi się wymamrotać te dwa wyrazy: "grupa ryzyka". Siedzi na kozetce, gapi się w oszkloną szafkę z lekami zamkniętą na kłódkę, skubie włosy i białymi ustami mamrocze coś niewyraźnie. Głos zaczyna jej się łamać, bo, bo to może być... Bo ja... Bo ja może mam... Gdy w końcu ląduje w szpitalu, przez cały czas żyje jakby w półśnie. Najdziwniej się czuje, gdy zaczyna się pocieszać, bo i co to są za pocieszenia... Przed oczami stawały jej całe korowody ludzi dawno umarłych. Umarli, no i co? Albo inaczej - przecież niedługo, za kilka tysięcy lat, a nawet jeśli za milion, to i co? Więc za jakiś czas i tak nie będzie ani jednego człowieka na Ziemi. Sama Ziemia nie jest przecież nieśmiertelna, wszechświat nie jest nieśmiertelny, a co dopiero ludzie. Ale zaraz pojawiały się wspomnienia z dzieciństwa, z czasu, gdy się jeszcze nie wiedziało o tej smutnej konieczności. Głowa mamy w modnej wtedy rudej peruce poskręcanej w duże loki. Twarz jest młoda, jak na wczesnych, czarno-białych fotografiach o poszarpanych koronkowo brzegach. Zaraz po tym następowała potężna luka w pamięci, choć nadal Dżesika poruszała się po latach sześćdziesiątych. Była w ich nowym mieszkaniu, w świeżo oddanym do użytku bloku, siedziała w kuchni, babcia trzymała ją na rękach. Dżesika pokazuje "rączką" na ramę okna, która na dole ma takie jakby pokrętło czy wajchę do otwierania dwóch warstw szyb. Pyta: "co to" i słyszy "a tam pan piekarz piecze chlebek". Jedna z nigdy nie wyjaśnionych zagadek jej dzieciństwa, bo przecież - sprawdzała to wielokrotnie - nawet za oknem nie było żadnej piekarni. Od tamtej pory w pomalowanym niechlujnie białą olejną, krostkowatym metalowym pudełeczku przyczepionym do starego typu okna pan piekarz cierpliwie piekł chlebek i będzie tak piekł, bo jedyna osoba zdolna odwołać zaklęcie dawno już nie żyje. Potem weszła siostra i podłączyła jej kroplówkę, ale Dżesi chciała już, żeby jak najszybciej sobie poszła. W pewnym momencie, gdy postanowiono podłączyć jej rurkę do gardła, żeby się lepiej oddychało, ten złudny spokój prysł i dostała strasznej histerii. Krzyczała na cały oddział, najpierw obudziła się w nocy, płakała po cichu, aby nikogo nie obudzić, potem przestała przejmować się innymi, wybiegła na korytarz. Biegła i upadła pod kaloryferem, obok zabiegowego, darła sobie włosy, rozdrapywała twarz. Przed oczami miała czerwone plamki, tarła oczy i widziała różnych ludzi, którzy szli w jej stronę i krzyczeli

- Ściągaj spodnie, Dżesika! Wypnij tyłek, Dżesika!

- A uważaj, bo masz już tak rozjebany, że ci się gówno wylewa! Wszyscy się brzydzą cię ruchać, żeby się nie ubabrać tym twoim zaejdsionym gównem! - zdawało jej się, że ktoś z zimną, blaszaną latarką zagląda jej do odbytu.

- Wypnij się, wypnij, wszyscy popatrzymy na twoją dziurę! O, masz też kutasa, jaki sflaczały!

Niee! Drze się Dżesika na cały oddział, na cały olbrzymi szpital, niee! drze się tak, żeby od tego krzyku już umrzeć, wreszcie zdechnąć. Niee! Wyrywa się, szarpie, charczy, pluje, bo ktoś ją łapie, ściska, Dżesika gryzie, gryzie tego kogoś, do krwi, dostaje w gębę, i już ten ktoś kłuje ją w rękę, po całym ciele, od ręki po żyłach rozchodzi się mrowiące gorąco, piecze, chmurka musującego gorąca dopływa do mózgu, już nagle Dżesika widzi, że leży z gołym tyłkiem na zimnej posadzce, cała we krwi, w wydzielinach, a wokół stoi tłum pacjentów w szlafrokach, pielęgniarka i inne salowe, a lekarka dyżurująca każe się rozejść. I jeden staruszek szepcze do siostry "jaka straszna choroba ta AIDS, atakuje ponoć układ nerwowy i mózg, ludzie wariują". Dżesika zasypia, czuje jeszcze, że ktoś niesie ją na rękach, gdzieś, pewnie do wspólnej sali, albo do izolatki, albo może jeszcze gdzie indziej, gdzieś, gdzie nie ma już nic?