Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Newsweek Polska - 05/2002

 

Piotr Osęka

Wódka po polsku

 

Staropolska szlachta piła często i na umór. W PRL-u alkohol stał się ponurą codziennością, najtańszym sposobem urozmaicenia sobie życia. W nowym ustroju Polacy zaczęli trzeźwieć.

 

W dawnej Polsce rozpowszechnione było przekonanie o szkodliwości wody jako napoju. Nasi przodkowie uważali, że "człowiek może się od niej rozniemóc", "dostać flegmy i na zdrowiu słabieć", a przynajmniej - że pita regularnie powoduje "bóle ciężkie żołądkowe". "Lepsze zawżdy wino niż woda" - pisał Mikołaj Rej.

Kiedy kawa i herbata były luksusowymi nowinkami, rolę codziennego napoju pełniły soki oraz piwo. W rekordowym 1775 r. przeciętny warszawiak wypijał 282 litry piwa, ale krakowianin i tak go przepijał o 18 litrów. Wynik to imponujący, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że ówczesne piwa nie zawierały więcej niż 2-3 proc. alkoholu. Dzisiaj w krajach piwoszy roczne spożycie rzadko przekracza 100 litrów na głowę.

Najwięcej i najczęściej piła szlachta. Sięgała po bardziej elitarne trunki: ceniła nalewki i likiery, miody, a także wina (zwłaszcza francuskie i węgierskie), chociaż te ostatnie z racji ceny znajdowały się jedynie w zamożniejszych domach.

Powszechnym zwyczajem było picie na umór. Do legendy przeszły rozmaite biesiadne konkurencje, popularne zwłaszcza w czasach saskich. "Bywały formalne wyścigi pucharowe - pisał Jan Stanisław Bystroń - kto prędzej wypije, były zakłady o wypicie duszkiem ogromnych garnców; na dworze Augusta II nagradzać miano zwycięzców starostwami, pensjami, orderami Białego Orła. Wymyślano też rozmaite reguły, jak pić należy; kto ich ściśle nie zachował, musiał pić dalej".

W dwudziestoleciu międzywojennym słynne były pijaństwa artystów. Na Krupówkach w niedawno wówczas odkrytym przez turystów Zakopanem upijali się starką i jarzębiakiem Karol Szymanowski, Kornel Makuszyński i Stanisław Ignacy Witkiewicz. "Nie tylko powietrze gór upajało - napisał we wspomnieniach Jarosław Iwaszkiewicz. - Ilości alkoholu, jakie się w Zakopanem normalnie zużywało, przechodziły moje skromne możliwości".

Za ludzi o najmocniejszych głowach uchodzili członkowie korpusu oficerskiego. Z alkoholowej fantazji słynął zwłaszcza adiutant Piłsudskiego, pułkownik Bolesław Wieniawa-Długoszowski, o którym opowiadano, że będąc na dużym rauszu wjechał konno do ekskluzywnej restauracji Adria w Warszawie. "Mocna głowa" uchodziła za ważniejszą z żołnierskich cnót. Od picia, podobnie jak od walki z nieprzyjacielem, nie wolno się było uchylać. "Alkoholowe męstwo" należało okazywać zwłaszcza wobec kolegów z innych rodzajów broni. Sportretowany we wspomnieniach pułkownika Łowczarskiego pewien rotmistrz ułanów uważał umiejętność picia za nieodłączny składnik wojskowego wyszkolenia. "Słabe głowy! Panie! Co za młodzież - narzekał na podkomendnych. - Co z tego wyrośnie? Chodzić to nie umie, chwieje się, a potem leżą jak barany. I to mają być żołnierze?".

Tolerancja, wręcz pobłażanie wobec pijaństwa w armii skutkowało sporą liczbą alkoholików na różnych stanowiskach w służbie czynnej. Z czasem dowództwo zaczęło promować wśród oficerów modę na abstynencję, zwłaszcza że birbanckie wyczyny często kończyły się nie tylko kacem: żołnierze wszczynali burdy na ulicach, dochodziło do krwawych pojedynków, wypadków (w pułkach lotniczych), zdarzały się nawet zgony z powodu przepicia.

Wbrew temu, co sugerowałyby niezliczone anegdoty, w międzywojennej Polsce hulaszczy tryb życia wcale nie był powszechny. Statystyczne spożycie alkoholu na jednego mieszkańca nie przekraczało rocznie dwóch litrów czystego spirytusu. Notoryczne upijanie się było zachowaniem nietypowym, sprzecznym z większością norm środowiskowych, spotykanym przeważnie wśród przedstawicieli elit albo ludzi półświatka.

Zasadnicza zmiana stylu picia przyszła wraz z PRL. Komunistyczny projekt nowego społeczeństwa zakładał masową migrację chłopów do miast, gdzie mieli przeistoczyć się w wielkoprzemysłową klasę robotniczą. System starał się wyrugować przedwojenne normy i obyczaje, aby zastąpić je "moralnością socjalistyczną". Efektem tych eksperymentów była deprawacja, wyrażająca się m.in. powszechnym pijaństwem.

"Ludność wiejska, przenosząc się do miast, zabierała ze sobą tradycyjne wiejskie style życia, w tym wzór konsumpcji alkoholu, różniący się znacznie od miejskiego - pisze socjolog Jacek Moskalewicz. - Na wsi pito wówczas znacznie rzadziej niż w mieście. Okazje do picia dyktował roczny rytm produkcji rolnej, świąt religijnych, uroczystości rodzinnych. Pito rzadko, ale jeśli już, to na umór, (...) zwykle przez kilka dni z rzędu. Picie w mieście charakteryzowała znacznie większa częstość przy mniejszej konsumpcji jednorazowej. Wzór picia wyznaczany był przez miejski rytm życia i pracy, wymagający większej regularności i punktualności. W wyniku zderzenia tych dwóch wzorów wykształcił się nowy, »skumulowany« wzór picia regularnego, z częstą, typową dla wsi konsumpcją jednorazową".

"Takie migracje - czytamy z kolei w "Dzienniku" Leopolda Tyrmanda - niszczą naturalne podłoża rodzinne, domowe, obyczajowe, usamodzielniają wcześnie i bez żadnych obowiązków wyrostków obojga płci, dają w ręce własne pieniądze, a więc i wódkę".

Scenerią największego alkoholowego rozpasania były tzw. wielkie budowy socjalizmu, o których Tyrmand pisał, że mają "klimat obyczajowy Arizony i Klondike sprzed osiemdziesięciu lat". Wśród robotników Nowej Huty, sztandarowej inwestycji polskiego stalinizmu, pijaństwo, kradzieże i prostytucja tak się rozpleniły, że do kombinatu skierowano w 1955 r. specjalną komisję KC PZPR. Chociaż w pokontrolnym sprawozdaniu starano się łagodzić krytyczne wnioski oraz potępiano "alarmistyczne i panikarskie głosy", z raportu wyłania się obraz upadku.

"Wprowadzono sprzedaż alkoholu do wielu lokali, do których uczęszcza młodzież - czytamy w raporcie. - Byliśmy w »Gigancie« na kolacji (restauracja z dancingiem). Był to dzień wypłaty, młodzież tańcząca była pijana. Brudno wokół. Orgia pijacka, a nie dancing. Ale innych rozrywek nie ma. Zaplanowane kino podciągnięto pod dach. Od pół roku wstrzymano dalszą budowę, bo nie ma dokumentacji na instalację elektryczną. Teatr buduje się od dwóch lat". Podobnie przedstawiała się sytuacja w hotelach robotniczych: "Młodzież pije przeważnie dlatego, że nie organizuje się dla niej żadnych rozrywek kulturalnych. Jeden z mieszkańców, zapytany, dlaczego pije, odpowiedział: »Zarabia się dobrze, a że po robocie nie ma co robić w internacie, to człowiek idzie na miasto, a jak pochodzi tak bez celu po ulicy, to idzie zagrzać się do gospody. Tam znajdą się zawsze koledzy, z którymi można wypić. Zaczyna się od jednego, a potem pękają litry«".

Socjolog Hanna Świda-Ziemba, badająca na przełomie lat 40. i 50. środowisko łódzkich robotników, zauważyła, że jedną z istotnych cech różniących pracowników przedwojennych i tych, których do fabryk skierowała "władza ludowa", była kultura picia: "Można było iść »na jednego« po wypłacie lub urządzić, na miarę możliwości materialnych, »libację« w domu, piło się - z różną intensywnością - na uroczystościach rodzinnych, natomiast nie piło się w dzień zwykły ani w miejscach pracy. Jeśli na terenie Zakładu zdarzało mi się spotkać robotnika podpitego, to zawsze był to »przedstawiciel młodzieży«". Dużo i często piło się na wsi - zwłaszcza na zabawach ludowych. Miejsce karczmy przejęły remizy strażackie. W prasie od czasu do czasu pojawiały się artykuły odsłaniające prawdę o przebiegu tych "potańcówek": "Na stołach wódka czysta (kto wie, czy nie tutaj właśnie przybrała elitarną nazwę likieru strażackiego), słoiki z korniszonami, woda sodowa - pisał pod koniec lat 60. Stefan Kozicki, reporter warszawskiej "Kultury". - Gdzieniegdzie butelki vin blanc pod obiecującą nazwą »Złote Runo«. Orkiestra »Kazek and his boys« rżnie bliżej mi nie znany przebój, utrzymując konwencję podlasko-kurpiowską. Ktoś zębami odgryza kapsel, ktoś pije zawartość kieliszka bez pomocy rąk".

Upijać lubiła się także władza, poczynając od szeregowych urzędników aż po partyjny olimp. Legendy krążyły o alkoholowych orgiach odbywających się w zamkniętych ośrodkach partyjnych. Do pałacyków myśliwskich, w których biesiadowali dygnitarze, wielokrotnie wzywano konserwatorów, żeby naprawiali zniszczone w pijackim szale zabytkowe meble i obrazy. Sprawy o nadużywanie alkoholu często rozpatrywały komisje kontroli partyjnej. Nie należały do rzadkości sytuacje, jak ta z 1952 r. podczas pierwszomajowej akademii w Słupsku, kiedy to partyjny aktywista "w czasie wygłaszania referatu pod wpływem alkoholu kiwał się na wszystkie boki, trzymając rękę w kieszeni, a publiczność tam zebrana patrzyła, kiedy upadnie na podłogę".

Życie w socjalizmie stwarzało nieustanne okazje, a często wręcz przymus picia. Gospodarka - zwłaszcza w skali pojedynczego człowieka - funkcjonowała na zasadzie wymiany usług i zawierania znajomości. Żeby zdobyć papier toaletowy, samochód, deski na budowę czy surowce dla zakładu, przeważnie trzeba je było załatwić, czyli umówić się z odpowiednią osobą (magazynierem, kierownikiem) i w przyjacielskiej atmosferze sprawę obgadać. Rzecz jasna przy kieliszku.

Piło się z okazji imienin kolegi z biura, podczas delegacji i na wczasach. Okazją do wlewania w siebie ogromnych ilości alkoholu były święta branżowe, 1 Maja i Dzień Kobiet (kiedy to, jak zwykle, upijali się przede wszystkim mężczyźni), a także autokarowe wycieczki organizowane przez zakład - najczęściej pod pretekstem grzybobrania. W peerelowskim modelu konsumpcji, podobnie jak przed wojną, królowała wódka: średnio dwie trzecie wypijanego alkoholu pochodziło z trunków wysokoprocentowych. Przez wiele lat po wojnie najwięcej kupowano 40-procentowej wódki "z czerwoną kartką".

Rytuał towarzyszący libacjom podkreślał polską specyfikę picia. Alkoholu nie degustowano, nie rozkoszowano się bukietem czy aromatem, w restauracjach nie podawano wymyślnych drinków. Raczej chlano niż sączono. "Tylko stan uczuć, który osiąga się dzięki piciu, jest u nas ważny - pisała prasa przed trzydziestu laty. - Polski pijak okropnie smaku wódki nie lubi. Ileż wyrazu mają te skrzywione niesmakiem po wychyleniu pierwszej sety gęby. Czy - w zależności od środowiska - te popluwania na boki z demonstracyjnym niesmakiem". Różne były recepty na szybkie i ekonomiczne zamroczenie się. Wódkę popijano piwem, po wypiciu kładziono się na słońcu, krążyły też opowieści, że najmocniej działa alkohol spożywany jak zupa - łyżką z talerza.

Skuteczność udoskonalano dzięki stałym eksperymentom z dostępnymi na rynku napitkami. "Jak człowiek jest młody, nie ma pieniędzy, a chce wypić, to napije się trochę wódki i doprawia piwem; wychyla się ćwiartkę, a wygląda na litra" - zwierzał się bohater reportażu o małomiasteczkowym życiu. - A są tacy, co wolą mieszać wino z piwem. Tanie z tanim, a wychodzi, jak by się wypiło nie wiem ile eksportowej. Tylko że często ma się po tym kaca, głowę do ziemi ciągnie". Władza starała się walczyć z pijaństwem. W kolejnych dekadach wymyślano coraz to nowe przepisy utrudniające dostęp do alkoholu, np. wymóg podawania w knajpach wódki wyłącznie klientom zamawiającym jedzenie: "alkohol podajemy jedynie do konsumpcji". Stąd częsty w PRL widok pijanego towarzystwa siedzącego przy stoliku zastawionym nieruszonymi zakąskami.

W niektórych regionach kraju pojawiło się rozporządzenie, zgodnie z którym mocnych trunków nie wolno było podawać w kieliszkach większych niż 25-gramowe. Obejście tego przepisu okazało się proste - kto chciał wypić setkę, zamawiał od razu cztery kieliszki. Z kolei na początku lat 80. wydano zakaz sprzedaży alkoholu przed 13.00. Odtąd pod sklepami ustawiały się kolejki spragnionych Polaków, czekających na otwarcie stoiska monopolowego. Wtedy aparaty do destylacji stały w tysiącach polskich mieszkań i domów. W 1982 r. z nielegalnej produkcji pochodziła blisko połowa wypijanego alkoholu. Dane pokazywały, że z roku na rok piło się coraz więcej. W 1950 r. łączna ilość spożywanego alkoholu w przeliczeniu na czysty spirytus wynosiła 3 litry na osobę. Pod koniec lat 70. wskaźnik ten przekroczył 8 litrów.

Jedną z przyczyn picia był brak perspektyw. Komunizm tworzył klimat marazmu i bylejakości. "Czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy" - krążyło powiedzenie. Państwo-pracodawca nie wymagało od pracowników zaangażowania, nie premiowało inicjatywy i staranności. Za zarobione pieniądze niewiele było do kupienia. Nawet wieloletnie oszczędności nie pozwalały realizować życiowych marzeń. Niedrogi i względnie łatwo dostępny alkohol był dla wielu jedyną namiastką luksusu i sposobem urozmaicenia sobie codzienności. Tezę tę potwierdza gwałtowne trzeźwienie Polaków w 1981 roku: spożycie alkoholu spadło o ponad jedną trzecią. Podczas 500 dni Solidarności w ludziach obudziła się nadzieja, że mogą mieć wpływ na rządzenie fabryką, miastem czy krajem. Uczestnictwo w budowie społeczeństwa obywatelskiego odciągało od wódki. Świat dookoła stał się ciekawszy niż alkoholowe majaki. W stanie wojennym spożycie utrzymało się na tym samym poziomie.

Przemiany po 1989 r. objęły także styl picia. Groźba bezrobocia drastycznie ograniczyła pijaństwo w pracy. Sklepy zapełniły się towarami tańszymi i atrakcyjniejszymi niż alkohol. W 1996 r. pierwszy raz w historii statystyczny Polak wypił więcej piwa i wina (3,6 l) niż wódki (2,9 l). Zachodnioeuropejski model picia pojawił się w Polsce nie za sprawą administracyjnych rozporządzeń, lecz dzięki gospodarce wolnorynkowej i otwarciu granic. Czy jest szansa, że w zjednoczonej Europie będziemy trzeźwiejsi? Co prawda pijemy bardziej po europejsku, a wino i piwo powoli wypierają wódkę, jednak ilości pozostają wschodnioeuropejskie. Według GUS statystyczny Polak wypija dziś 6,8 litra czystego alkoholu rocznie.