Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Max Hastings

WOJNA KOREAŃSKA

 

(...)

 

Jeńcy

 

Pewnego letniego dnia 1951 roku brytyjski porucznik Brian Hawkins na ziemi niczyjej znalazł puszkę z przesłaniem od Chińczyków "Do oficerów i żołnierzy 1. Dywizji Zjednoczonego Królestwa". Głosiło ono, że:

(...) w kwietniowej bitwie jeden z naszych oddziałów wziął do niewoli 701 żołnierzy i oficerów brytyjskiej 29. brygady. Zabraliśmy ich w bezpieczne miejsce na tyłach w celach edukacyjnych. Traktujemy ich jak najlepiej. Po zajęciach grają w piłkę i wesoło spędzają wolny czas. Więc proszę się o nich nie martwić. Podajemy tu nazwiska oficerów, byście zawiadomili ich rodziców i żony, że są bezpieczni i w swoim czasie wrócą do domów. Życie jest wartością bezcenną. Dbajcie o swoje bezpieczeństwo. Gdy otrzymacie rozkaz do walki, kryjcie się. Na widok chińskich ochotników czy żołnierzy Koreańskiej Armii Ludowej odłóżcie broń i podejdźcie do nas. Nie zrobimy wam krzywdy, nie tkniemy was, a mamy dla was mnóstwo jedzenia. W przeciwnym razie czeka was śmierć. Siły Chińskich Ochotników Ludowych.

O dziwo, Chińczycy na wysuniętych terenach Korei naprawdę chcieli łagodnie traktować jeńców. Raz po raz zdarzało się, że Chińczycy - bo północni Koreańczycy już nie - nie zabijali jeńców, choć mieli taką możliwość, a nawet uwalniali ich i dla celów propagandowych odsyłali z powrotem na linie ONZ. Ale niezdarne próby ludzkiego traktowania w pobliżu linii frontu miały ukryć straszliwą rzeczywistość na tyłach. "Nic nie wiemy o konwencji genewskiej - oświadczył z pogardą komunistyczny oficer księdzu Samowi Daviesowi, gdy schwytano go nad Imdzin. - Musisz słuchać jego rozkazów" - rzekł, wskazując na przesłuchującego księdza wojskowego. W konflikcie koreańskim największe rozgoryczenie - w Stanach Zjednoczonych graniczące z histerią - wywołały ujawnione po wojnie sposoby traktowania jeńców. Najwymowniej świadczą o tym gołe liczby. Spośród 7140 Amerykanów, którzy dostali się w ręce wroga, 2701 zmarło w niewoli. Spośród 1188 oficerów i żołnierzy Wspólnoty Brytyjskiej, uznanych za zaginionych lub wziętych do niewoli, 50 zginęło z ręki wroga. Podczas natarcia na Koreę Północną w 1950 roku Zachód z przerażeniem dowiedział się o odkryciu w tunelu kolejowym ciał 100 amerykańskich jeńców, zmasakrowanych przez wycofujących się komunistów. Od wybuchu wojny armia Kim Ir Sena oświadczyła wyraźnie, że zabija amerykańskich jeńców, kiedy jej wygodnie.

"Proszę, by szanowny pan zechciał pamiętać - oznajmił brytyjskiemu ministrowi major Harry Legge-Bourke, poseł do parlamentu brytyjskiego, w styczniu 1951 roku w Izbie Gmin - że nasi żołnierze, którzy dostali się do niewoli japońskiej w czasie ostatniej wojny, zgodnie twierdzą, iż najbardziej obawiali się koreańskich strażników. Czy zatem pan minister mógłby wyraźnie oświadczyć północnym Koreańczykom, że muszą przestrzegać konwencji [genewskiej]?". Minister odparł, że "urząd robi, co tylko w jego mocy, działając poprzez swego przedstawiciela, brytyjskiego charge d'affaires w Pekinie". Ale wszyscy zdawali sobie sprawę z jałowości takich gestów. Północni Koreańczycy robili, co im się żywnie podobało. Ocenę ich postępowania łagodziła wszakże świadomość, że wielu żołnierzy Narodów Zjednoczonych podobnie traktuje jeńców komunistycznych. Wielu amerykańskich oficerów i żołnierzy, z którymi rozmawiałem, zbierając materiały do tej książki, przyznało, że wiedzieli o egzekucjach jeńców komunistycznych, a niektórzy sami ich dokonywali, gdy utrzymywanie wroga przy życiu wiązało się z niedogodnościami.

Trzeba wspomnieć, że spora część żołnierzy ONZ nie uważała swych komunistycznych przeciwników za towarzyszy broni, którym należy się równe traktowanie, lecz prawie za zwierzęta, z którymi tak też można się obchodzić. Jak w większości wojen, gdy sytuacja na froncie się poprawiała, wobec jeńców stosowano przewidziane procedury i odsyłano do obozów na tyły. Lecz w okresach szczególnych napięć czy obaw, zwłaszcza w czasie pierwszych sześciu miesięcy trwania konfliktu, wielu żołnierzy ONZ zabijało jeńców - a nawet koreańskich cywilów - bez zbytnich skrupułów. "Nie mogłem przeboleć, że tak okrutnie traktowaliśmy jeńców - wyznał szeregowiec Mario Scarselleta z 35. pułku piechoty. - Ściągaliśmy im ubrania, przywiązywaliśmy do maski dżipa i obwoziliśmy dookoła. Potem grupami prowadzono ich na przesłuchania i rozstrzeliwano. Mój oddział nie brał wielu jeńców". Postępowanie oddziału Scarsellety było typowe. Szeregowy Warren Avery z 29. pułku piechoty stwierdził bez ogródek: "Nie braliśmy jeńców. Nasz tłumacz, porucznik Moon, zawsze prosił o jeńca, ale nigdy go nie dostał. Konwencja genewska, akurat. Zastrzeliłem staruszkę, która niosła nosidła. Zabiliśmy tam mnóstwo cywilów. Nie można było im wierzyć. Widziałem, jak zabili załogę czołgu, i potem już wolałem nie ryzykować. Zabijało się każdego, kto nosił tenisówki w musztardowym kolorze". Trzeba, oczywiście, odróżniać przypadkowe działania poszczególnych żołnierzy ONZ od brutalności żołnierzy północnokoreańskich, która stanowiła część systemu. Ale szczególnie w Korei, bardziej niż 30 lat później w Wietnamie, osądzając zachowanie komunistów, trzeba rozpatrywać postępowanie wojsk zachodnich w odpowiednim kontekście.

Oprócz walk toczonych na polach bitew w Korei po raz pierwszy w historii nowoczesnych konfliktów walczący systematycznie próbowali przekonać jeńców do swojej ideologii. Sukces Chińczyków można po części ocenić statystycznie - 21 Amerykanów i 1 Brytyjczyk odmówiło powrotu po zakończeniu wojny. W 1959 roku Amerykanie wytropili 75 komunistycznych agentów wśród byłych jeńców w Korei. Największe zagrożenie stwarzał George Blake, były brytyjski wicekonsul w Seulu, internowany w czerwcu 1950 roku, który w rękach komunistów pozostawał do 1953 roku. 10 lat później Blake'a zdemaskowano jako kluczowego sowieckiego agenta w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Głębokie obawy, że podobni zdrajcy nadal mogą działać w ukryciu, nurtowały zachodnie instytucje i organa państwowe jeszcze przez całe pokolenie, stanowiąc inspirację takich książek i filmów, jak "Time Limit", "The Rack" czy "The Manchurian Candidate". Gdy przeżycia jeńców ONZ ujawniono po zawarciu rozejmu w Panmundżomie, Amerykanie byli jeszcze bardziej zaskoczeni liczbą ich własnych żołnierzy, którzy, w mniejszym lub większym stopniu, będąc w niewoli, współpracowali z nieprzyjacielem. Czyżby komuniści, dzięki swym technikom prania mózgów, zastosowanym w wielu obozach nad Jalu, odkryli formułę psychologiczną umożliwiającą zmianę przekonań walczących o wolność żołnierzy? Jeśli tak, perspektywy przyszłej walki z komunizmem rysowały się niepokojąco.

W każdej wojnie pierwsze minuty w niewoli są najbardziej przerażające. Kapitan James Majury, który w styczniu 1951 roku wraz z grupą strzelców ulsterskich dostał się do niewoli chińskiej, musiał klęczeć na podwórku chińskiego domu. Oficer chiński oświadczył im: "Przyszliście tu, by mordować miłujący pokój lud Korei. Ale ukażemy wam prawdę". Kapral Massey z plutonu karabinów maszynowych, bokser wagi półśredniej w batalionie, odparł najprawdziwszym akcentem, jakiego używa się w dokach Belfastu: "Pieprz się, koleś". Od początku do końca niewoli zadziwiająco wielu jeńców, ze wszystkich kontyngentów Narodów Zjednoczonych, wykazywało taką ryzykancką odwagę.

Większość jeńców ONZ w pierwszych godzinach niewoli komunistycznej musiała wysłuchać wstępnego przemówienia. Ojciec Sam Davies zanotował przemowę wyższego oficera chińskiego do schwytanych gloucesterczyków po bitwie nad Imdzin. Było to typowe wystąpienie:

Oficerowie i żołnierze armii brytyjskiej, jesteście teraz jeńcami wojsk Chińskich Ochotników Ludowych w Korei. Amerykańscy imperialiści oszukali was. Jesteście narzędziem reakcyjnych podżegaczy wojennych, którzy wysłali nas do walki z narodem koreańskim wspieranym przez bratni naród chiński. Walczymy o słuszną sprawę. Wy jesteście najemnikami barbarzyńskiego, marionetkowego rządu Li, ale otworzymy wam oczy, będziecie mieli okazję poznać prawdę i naprawić swe błędy. Nie lękajcie się - nie zrobimy wam krzywdy. W domu czekają na was bliscy. Przestrzegajcie przepisów, a nie zastrzelimy was.

30 listopada 1950 roku, w czasie walk o zbiornik Czhosin, żołnierz piechoty morskiej Andrew Condron wraz z 50 Amerykanami dostał się do niewoli w Piekielnej Dolinie. Ku ich zdumieniu, chiński oficer przemówił do nich po angielsku, opowiadając o więzi łączącej ich ze zwycięzcami, wszyscy bowiem są proletariuszami. "Proletariuszami, tak jak my? - zdziwił się jakiś szeregowiec. - Myślałem, że są pieprzonymi komunistami". Chińczycy uścisnęli im dłonie, wręczyli trochę zdobycznych papierosów i puszki zjedzeniem, po czym zamknęli wszystkich w pobliskiej chacie. Do pierwszego konfliktu doszło całkiem niespodziewanie, gdy strażnik przyniósł im tykwę z parującą wodą. Ktoś miał mydło. Uwięzieni, ku swej niezmiernej radości, mogli zmyć z siebie wielodniowy brud. Gdy strażnik wrócił, rozejrzał się po izbie z prawdziwym przerażeniem. Nastawił bagnet i przez pełną napięcia chwilę jeńcy byli przekonani, że go użyje. Spędził ich pod ścianę, krzycząc na nich i wrzeszcząc. Potem zniknął.

Wrócił z oficerem, który zbeształ ich po angielsku. Strażnik zadał sobie wiele trudu i, narażając się na ryzyko, rozpalił ogień, by zagrzać dla nich wodę. Myjąc się w niej, a nie wypijając jej, jeńcy go obrazili. "To było prawdziwe zderzenie Wschodu z Zachodem - stwierdził Condron. - Po prostu nie mieliśmy o tym pojęcia". Poniewczasie zrewidowano ich. Zabrano noże, zegarki, zapalniczki. A także rannych. Na ile Condron się zorientował, żaden nie przeżył. Trzeba oddać Chińczykom sprawiedliwość, że przy ich prymitywnym wyposażeniu w sprzęt medyczny, ich rannym, z małymi wyjątkami, też nie powiodło się lepiej. Pewnej nocy wszystkim, którzy nie byli ranni, kazano ruszyć w drogę. Maszerowali niespełna miesiąc.

Setki ludzi, zwłaszcza wszyscy ranni, zmarło podczas tych marszów z pola bitwy do obozu. "Zwiastunem śmierci był wózek zaprzężony w wołu, który toczył się za kolumną - rzekł James Majury. - Kogo na nim złożono, zamarzał na amen". Zapalenie płuc i dyzenteria wcześnie zebrały żniwo. Przez całą drogę do obozu każdy jeniec był święcie przekonany, że czeka go rychła śmierć. Pewnego ranka, gdy rozległ się okrzyk: "Brytyjczycy wystąp! Brytyjczycy wystąp!" - kilkudziesięciu marines z oddziału Andrew Condrona było pewnych, że niebawem zostaną rozstrzelani. Chińczycy byli nerwowi i podekscytowani. Przez 2 godziny chiński oficer wygłaszał przemowę polityczną. Był przekonany, że w ich grupie znajduje się oficer, co nie było prawdą: "Nie wierzę wam! Który to oficer?". Brytyjczyków popędzono długim szeregiem wzdłuż torów kolejowych. Condron rozkleił się na myśl o śniadaniu w domu w West Lothian - kaszanka, kiełbaski, jajka. Dlaczego nie wstąpił do lotnictwa, tak jak większość jego kumpli? Roztkliwił się nad sobą jeszcze bardziej na widok grupki koreańskich dzieci na grani nad torami, chichoczących i wyśmiewających nieszczęsnych więźniów. Za zakrętem natknęli się na potężną dziurę - lej po bombie. Condron był pewien, że spoczną w nim na zawsze. Potem strażnik kazał im iść dalej, do budynku. Odetchnęli z niewymowną ulgą. Inny marine, Dick Richards, szepnął do Condrona: "Red, myślałeś to samo, co ja?". Po chwili zaświtała im iskierka nadziei, że może jednak przeżyją.

W ciągu kilku następnych miesięcy ani razu nie mieli okazji umyć się ani przebrać, wycierali tylko ręce w śnieg. Ale Condron jako szkocki socjalista z uznaniem stwierdził, że podczas marszu ani razu nie kazano im nieść ciężkiego sprzętu oraz że strażnicy i oficerowie każdego dnia wraz z jeńcami stali w kolejce po sorgo. Condron dopiero później zorientował się, że był to celowy polityczny zamysł.

Wśród jeńców znajdowało się dwóch żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej, którzy byli w niewoli japońskiej i potrafili porozumiewać się z Chińczykami. Marines lepiej sobie radzili niż amerykańscy jeńcy z innych służb. "Żołnierze amerykańscy kombinowali każdy na swoją rękę -stwierdził Condron. - Jeśli któryś ukradł trochę jedzenia, zjadał je sam w kącie. Brytyjczycy oraz amerykańscy marines dzielili się z kolegami. Trzymaliśmy się razem. Gdy marsz stawał się bardzo uciążliwy, powtarzaliśmy sobie nawzajem: «Daj spokój - w pieprzonej szkole komandosów było gorzej»".

Morale grupy znacznie wzrosło, gdy poprzez porozumiewających się po japońsku Amerykanów dowiedzieli się, że "wszyscy jeńcy do domu". Ku ich ogromnemu zdumieniu, nagle popędzono ich do pociągu, który ruszył na południe. Jechali przez kilka nocy, za dnia tkwiąc w tunelach. Pod Phenianem przewieziono jeńców do stacji rozrządowych, gdzie trzymano ich przez tydzień. Potem, bez żadnego logicznego powodu, wyciągnięto i wywieziono grupę ludzi. Rzeczywiście odesłano ich na pozycje ONZ, zapewne dla celów propagandowych, by zadać kłam szerzącym się na Zachodzie pogłoskom, że jeńcy są rozstrzeliwani. Reszta zaczęła dostawać lepsze jedzenie - trochę ryżu, kurczaka, zupę. Niektórzy Amerykanie wpadli w euforię, układali depesze i listy do rodzin, by wysłać je w chwili uzyskania wolności. Inni godzinami omawiali menu pierwszego posiłku, który spożyją na swobodzie. Brytyjczycy narzucili sobie zakaz rozprawiania o jedzeniu. Nagle Chińczycy ogłosili nowinę: "Jedziecie na północ - do obozu jenieckiego". Był to straszliwy wstrząs dla tych żołnierzy, którzy wmówili sobie, że wracają do domu. Parę tygodni później Condron pomagał przy pochówku Amerykanina, który w pociągu rozplanował szczegółowo, godzina po godzinie, swój pierwszy tydzień na wolności.

Teraz, po raz pierwszy, zostali przesłuchani. Niepokoiła ich ta perspektywa, a rzeczywistość zaskoczyła. Z amerykańskim kapitanem długo zastanawiali się, jak mają odpowiadać na pytania o treści wojskowej, ale takie nie padły. Sympatyczny chiński oficer usiadł na podłodze, zaproponował wszystkim po szklance gorącej wody i zapytał: "Czym zajmuje się twój ojciec? Gdzie pracuje twoja matka?

- Moja matka nie pracuje - odparł Andrew Condron.

- Dlaczego matka nie pracuje?

- Jest gospodynią domową.

- Co znaczy gospodyni domowa?

- Po prostu siedzi w domu.

- Ile ziemi posiada twoja rodzina?

- Mamy ogródek za domem.

- Co tam uprawiacie?

- Ziemniaki, rabarbar.

- Ile krów ma twoja rodzina?

- Kupujemy mleko w mleczarni.

- Co to jest mleczarnia? Ile macie świń? Ile krów?"

W końcu, z uśmieszkiem, Chińczyk podsumował: - "Twoja rodzina ma bardzo mało ziemi. Jesteś biedny chłop". Brytyjczycy tygodniami zaśmiewali się z żołnierza piechoty morskiej, pochodzącego z biednej dzielnicy Londynu, który zapytany o ziemię barwnie opisał swą skrzynkę na kwiaty. Lecz choć łatwo było żartować z naiwności tych posunięć, wśród jeńców nadal panował potężny strach. Grupę Condrona chińscy strażnicy traktowali stosunkowo dobrze, lecz wielu żołnierzy, którzy wpadli w ręce północnych Koreańczyków, przeszło gehennę. Załogi samolotów i wojskowych ze specjalizacją techniczną poddawano bardziej wymyślnym i brutalnym przesłuchaniom. W pierwszych miesiącach niewoli wielu oficerów trzymano w odosobnieniu i obchodzono się z nimi ze szczególnym okrucieństwem. Najgorsze cierpienia spotkały jeńców, którzy wpadli w ręce północnych Koreańczyków i byli przetrzymywani w obozach przejściowych lub karnych wokół Phenianu - w "pałacu Paka", w "Jaskiniach" czy w obozie nr 9 w Kangdongu.

Gdy w kwietniu 1951 roku Henry O'Kane, szeregowy ze strzelców ulsterskich, dostał się do niewoli nad Imdzin, podobnie jak żołnierz piechoty morskiej Condron, jak inni był przekonany, że zostanie zastrzelony. Kolega, Tommy Spears z kompanii B, który miał w kieszeni 17 papierosów, usiadł, by wypalić je wszystkie w ciągu pół godziny, gdyż był pewien, że więcej już nigdy w życiu nie zapali. O'Kane'a i jego kolegów traktowano dość dobrze, otrzymali oni "listy żelazne" z zapewnieniem, że zostali "uwolnieni", po czym kazano im ruszyć w drogę. Podczas przesłuchań, podobnie jak w wypadku Condrona, skupiono się na ich sprawach osobistych i nie starano się szczególnie wyciągać od nich informacji o charakterze wojskowym. O'Kane'owi obiecano, że będzie dobrze traktowany. Poskarżył się, że nie opatrzono jego ran. Zaprowadzono go na drugą stronę podwórka, na prymitywny punkt opatrunkowy, gdzie wyciągnięto mu z głowy i nogi odłamki bez żadnego środka znieczulającego, po czym rany posmarowano jakąś "końską" czarną mazią i nałożono stare bandaże. Z powodu ran, brudu i wyczerpania grupa O'Kane'a popadła w głębokie przygnębienie. Nie było wśród nich oficerów. Codziennie podoficer rozdzielał im odliczoną rację orzeszków ziemnych - 16 na osobę, co każdy jeniec zapamięta do końca życia. Powiedziano im, że mają dojść do pociągu, który zawiezie ich w bezpieczne miejsce. To ich podniosło na duchu i przez parę pierwszych nocy maszerowali raźnie. Potem, gdy zdali sobie sprawę, że o żadnym pociągu nie ma mowy, znowu opadło ich zniechęcenie. Nikt nie chciał odrywać się od kolumny, gdyż wokół bez przerwy krążyli północnokoreańscy żołnierze, prosząc, by wydać im jeńców. "Byliśmy bardzo zadowoleni z ochrony Chińczyków".

Parę tygodni spędzili w wiosce u ujścia rzeki Tedong. Tu wygłaszano im codzienne pogadanki polityczne, po czym znowu wysłano w drogę, tym razem do stałego miejsca pobytu - Czhajson, obozu nr 1, dokąd przybyli w czerwcu 1951 roku. Zastali tu paruset Amerykanów. Brytyjczycy byli wstrząśnięci. "Panowała żałosna atmosfera. W życiu nie widziałem takich ludzi - stwierdził O'Kane. - To chodzące trupy. Nie mogli unieść głowy ani wykrztusić słowa. Pojawienie się nowych żołnierzy brytyjskich dobiło ich - oznaczało bowiem, że będzie się to ciągnąć bez końca. W pierwszym tygodniu widziałem, jak jednego dnia pochowano 30 ludzi".

Jerry Morgan był 25-letnim sierżantem technicznym w 24. pułku piechoty, czarnym pułku, gdy w nocy 27 listopada 1950 roku jego kompania usłyszała okrzyk: "Ratuj się, kto może!". Większość błyskawicznie otoczyli Chińczycy i pognali na północ. Miesiąc spędzili w wiejskich chatach, w miejscu, które nazwali Doliną Śmierci, gdyż zmarło tam wielu Amerykanów. Potem przeniesiono ich jakieś 20 mil nad Jalu, gdzie już zostali. Był to obóz nr 5, "Uniwersytet pheniański". Tutaj, pod strażą północnych Koreańczyków, przecierpieli pierwszą, straszliwą zimę.

Gdy Andrew Condrona i jego grupę w marcu 1951 roku przetransportowano dalej na północ, do obozu nr 5, ich oczom ukazał się przerażający widok. Znaleźli się bowiem wśród 700 wygłodzonych jeńców, których rozpacz sięgnęła dna. Obóz położony był w dolinie, na półwyspie, na którym wznosiły się dwa wzgórza. Krajobraz był przepiękny, lecz okoliczności nie sprzyjały jego podziwianiu. Warunki geograficzne uniemożliwiały ucieczkę, toteż, choć teren ogradzał pojedynczy drut, wielu jeńców przesiedziało tu i ze 3 lata. Dopiero wiosną 1951 roku, gdy władzę w obozie nr 5 przejęli Chińczycy, warunki nieznacznie się poprawiły i ustały najgorsze okrucieństwa, jakich dopuszczali się północni Koreańczycy.

Co bystrzejsi jeńcy od początku się zorientowali, że ranni umierali z braku opieki medycznej, a nie z powodu zamierzonego działania komunistów. Leków i sprzętu brakowało im nawet dla własnych żołnierzy. Ale było też jasne, że tej pierwszej zimy 1950-1951 północnym Koreańczykom było wszystko jedno, czy ich więźniowie żyją, czy też umierają z głodu. Mężczyźni, których dzienna racja żywieniowa w warunkach bojowych wynosiła 3500 kalorii, teraz otrzymywali kukurydzę i proso o wartości 1200 kalorii. Nie dostawali warzyw, w ich pożywieniu brakowało protein, soli mineralnych i witamin. Nie mieli przywództwa. Przede wszystkim walczono o przeżycie, najsilniejsi bez skrupułów ograbiali słabych z pożywienia. Dziennie umierało do 30 osób.

Zdecydowanie najstraszliwszym zabójcą, zwłaszcza w pierwszych miesiącach 1951 roku, była rezygnacja. Tysiące jeńców poddało się losowi. W sposób wręcz niesamowity stracili chęć życia, a nade wszystko ochotę do jedzenia. Wielu Amerykanów po prostu odmówiło spożywania przydziałowej porcji sorgo i ryżu. Woleli umrzeć z głodu. Brytyjczycy stwierdzali lakonicznie: "Nie jesz, nie srasz. Nie srasz, umierasz". Niektórych przyjaciele i kumple prośbami zdołali namówić do jedzenia. Jak zauważył starszy szeregowy Graham Cockfield z 34. pułku piechoty, młodsi łatwiej się załamywali:

Przez cały dzień gadają o posiłkach, które zjedzą po wyjściu na wolność. Potem nie chcą tknąć prosa. Stawaliśmy na głowie, żeby wmusić choć parę łyżek w faceta, który odmawiał jedzenia. Przeżywali wcale nie najsilniejsi. Wszystko zależało od psychiki.

Henry O'Kane był umierający, gdy dotarł do obozu nr 1: usta miał obolałe z braku witamin i, jak wszyscy, cierpiał na dyzenterię i beri-beri. Wokół niego szerzyły się przypadki malarii, żółtaczki, gorączki okopowej. O'Kane'a umieszczono w chacie z 40 Filipińczykami i Portorykańczykami: "Uratowali mnie. Pochodzili ze wsi, na co dzień jedli ryż i byli przyzwyczajeni do takiego życia. Parzyli lecznicze zioła, które sami pili i mnie też podawali, dzięki czemu doszedłem do siebie".

Ale inni jeńcy nie chcieli przyjąć pomocy i wszelkie prośby na nic się tu zdały. Ci, którzy nie mieli nadziei, po prostu leżeli na wznak, wpatrując się przed siebie pustym wzrokiem, aż któregoś dnia napotykano ich trupy. "Łatwiej było umrzeć niż żyć - przyznał porucznik Walt Mayo z 8. dywizji piechoty. - Próbowaliśmy wszystkich chwytów amatorskiej psychologii, ale oni wpadli w czystą rozpacz". Było to niezwykłe zjawisko. W koreańskich obozach komunistycznych trochę ludzi zginęło w wyniku celowej brutalności. Jeńców okrutnie bito, wystawiano ich na mróz czy upał, co było bardzo dotkliwą karą. Wszyscy byli straszliwie osłabieni wskutek głodu i chorób. Ale nie można tego przyrównać do systemowej, bezwzględnej przemocy, z jaką Japończycy traktowali jeńców podczas drugiej wojny światowej.

W obozach, zwłaszcza w pierwszych miesiącach, gdy dotkliwie brakowało jedzenia, panowała atmosfera brutalności. Ze zdartych butów wyciągano stalowe gwoździe, by je wyostrzyć i używać jak majchra do samoobrony. Co chwila wybuchały bójki o jakąkolwiek strawę. Jeńcy dopuszczali się wobec siebie strasznych rzeczy. Głośna stała się sprawa amerykańskiego sierżanta Jamesa Gallaghera, który później został skazany przez sąd wojskowy za wyrzucenie dwóch ciężko chorych jeńców na śnieg. "W obozie dowiedziałem się więcej o funkcjonowaniu społeczeństwa, niż nauczyłbym się na jakimkolwiek uniwersytecie" - stwierdził Andrew Condron. W przypływie szaleństwa jedni więźniowie sprzedawali resztki żywności innym, za pieniądze czy weksle, zupełnie bezużyteczne. W tych pierwszych miesiącach 1951 roku jeńcy walczyli tylko o przeżycie. Nękanym dyzenterią jelita zwisały z odbytu, które w męce wpychali sobie do środka, gdy musieli się wypróżnić. Chodzili do latryny po 30, 40 razy, niektórzy nie mogli nawet przejść przez obóz, nie spuszczając spodni. Tonęli w dołach kloacznych. Roiło się od wszy i pluskiew. Współzawodniczono w zabijaniu ich - 123, 124, 125 - kciuki mieli czarne od krwi. Condron dostał na tym punkcie obsesji. "Jeśli przeżyję - myślał - nigdy nie domyję tej krwi". Siedząc i rozmawiając, bez przerwy się drapali, opowiadali sobie treść starych filmów alfabetem Morse'a lub za pomocą sygnalizacji semaforowej - byle tylko przepędzić straszne, pioruńsko zimne dni, a w chłodniejsze noce tulili się rozpaczliwie do siebie, byle się trochę ogrzać.

Dla osłabionych ludzi najtrudniejsza była służba w oddziale dostarczającym drewno. Ich życie zależało od tego, czy zdobędą dostateczną ilość opału do ognia i pod kuchenki. Ale za każdym razem musieli zapuszczać się dalej w góry. Drewna było coraz mniej. Rozgniewani Chińczycy zwołali zebranie, na którym zbesztali jeńców za negatywny stosunek do pracy, wskazując, że idzie tu nie o dobro strażników, lecz o uwięzionych. I nagle, wiosną, do oddziału przynoszącego drewno zgłosiło się wielu ochotników. Chińczycy z zadowoleniem stwierdzili, że ich "stosunek do pracy się poprawił". Lecz w góry ciągnęła jeńców nie chęć powiększenia zapasów drewna, lecz możliwość zdobycia marihuany. Dziko porastała wzgórza, na co pierwsi wpadli Meksykanie. Przez następne 2 lata niektórzy tylko dzięki niej przetrwali obóz. Spowodowała ona pewne wyskoki, które zdumiały Chińczyków - grupy czarnych jeńców nagle wybuchały śpiewem, beznadziejnie naćpany osobnik biegał po obozie, wrzeszcząc: "Indianie atakują! Indianie atakują!". Ale powiedziano strażnikom, że to objaw nerwicy frontowej. O dziwo, przez dwa lata nie zdołali się połapać, w czym rzecz.

Od wiosny 1951 roku oficerów i żołnierzy trzymano w tych samych strefach obozowych. Co rano spędzano ich setkami na pogadanki polityczne, w czasie których trzęśli się z zimna przez 4 godziny - 2 godziny przemawiano po chińsku, a przez następne 2 godziny wykład tłumaczono. Kto tylko się podparł, dostawał kopniaka. "Przykładajcie się do nauki, towarzysze, miejcie otwarte głowy, a niebawem wrócicie do domu -przekonywał chiński komendant. - W przeciwnym bowiem razie wykopiemy dla was rów tak głęboki, że nie dobiegnie z niego nawet smród waszych burżuazyjnych zwłok".

Latem 1951 roku Chińczycy diametralnie zmienili stosunek do jeńców wojennych. Uznano, że jeśli to możliwe, powinni wyżyć. Warunki we wszystkich obozach znacznie się poprawiły. Liczba zgonów bardzo spadła. 99% jeńców amerykańskich zmarło w pierwszym roku wojny. Jak ujął to lakonicznie kapitan James Majury z pułku ulsterczyków: "Chińczycy zdali sobie sprawę, że ktoś musi przeżyć, by uwiarygodnić ich propagandowe hasła o «łagodnym traktowaniu»". Wreszcie dano im się odwszyć - a wszy miały katastrofalny wpływ na morale. Zimą 1951 roku, ku swemu zaskoczeniu, jeńcy zaczęli otrzymywać dość jedzenia, by utrzymać się przy życiu. Od czasu do czasu Chińczycy zabijali świniaka, a tłuszcz rozdzielali wśród jeńców zgodnie z ich własnym harmonogramem. Dostawali też racje ryżu zamiast prosa. Pierwszy list do domu kapitan Majury wysłał z obozu oficerskiego w sierpniu, a pierwszą odpowiedź od rodziny otrzymał w październiku.

Potem, gdy Chińczycy lepiej się zorganizowali, jeńców podzielono na "kompanie", w celu skutecznego przekazywania im codziennej porcji nauk politycznych. W czasie tych sesji mieli pisać długie traktaty, poddając rzekomej analizie swą postawę polityczną. Dążąc do pozbawienia jeńców przywództwa, w październiku zgromadzono brytyjskich i amerykańskich oficerów, po czym pognano ich paręset mil przez góry do nowego obozu nr 2, który pozostał obozem oficerskim do końca wojny. Mundury zamieniono im na chińskie pikowane ubrania i czapki, co było kolejnym posunięciem mającym pozbawić ich żołnierskiej tożsamości. Chińczycy wyznaczyli spośród jeńców dowódców kompanii i plutonów.

Od początku do końca Chińczycy dążyli do zmiany poglądów politycznych jeńców, do porzucenia na rzecz komunizmu tradycyjnie wyznawanych przez nich wartości. Prócz oczywistych politycznych poleceń komuniści chcieli też zniszczyć wszelkie istniejące struktury hierarchii służbowej i dowodzenia. Nie uznawano żadnych stopni oficerskich. Wszelkie próby, jakie podejmowali jeńcy, by wyłonić własne przywództwo bez aprobaty Chińczyków, władze obozowe piętnowały jako "wrogą postawę". Gdy sierżant Jim Taylor z 8. pułku huzarów, najwyższy stopniem żołnierz brytyjski w obozie nr 5, pewnego ranka odmówił zasalutowania Chińczykowi, wsadzono go na 3 dni do "dziury" - dołu przykrytego blachą falistą, gdzie dosłownie smażył się w letnim upale. A trzymano tam ludzi tygodniami.

Problem "wrogich postaw" najczęściej wyłaniał się w obozie nr 2. By je wyplenić, oficerów często zamykano do "klatek", gdzie miesiącami siedzieli w odosobnieniu. Majora Denisa Hardinga, dowódcę kompanii pułku gloucesterczyków, trzymano w odosobnieniu, głównie w oborze na wzgórzu, od stycznia 1952 roku do uwolnienia latem 1953. Major Guy Ward z artylerii królewskiej zdążył już przesiedzieć 4 lata w niewoli podczas drugiej wojny światowej. Wówczas podtrzymywało go na duchu poczucie, "że jesteśmy razem, jak rodzina, że w końcu wszystko będzie dobrze. W Korei zadawaliśmy sobie pytania: Ile lat to jeszcze potrwa? Czy doczekamy końca?". Tej pierwszej nocy w obozie oficerskim Warda, podobnie jak innych jeńców, wyciągnięto niespodziewanie z łóżka o godzinie 3.00 nad ranem, gdy wszystkie parametry ludzkiego organizmu opadają do najniższego poziomu, i prowadzono do podziemnego bunkra na przesłuchanie. Po raz kolejny zadawano mu te same pytania, dotyczące jego sytuacji społecznej.

- Czym się zajmuje twój ojciec?

- Masz dużą rodzinę?

- Jakim kapitałem dysponujesz?

Ward stwierdził później: "Rozumieli nas tylko młodsi Chińczycy, wykształceni w Stanach Zjednoczonych. Zdawaliśmy sobie sprawę, że traktują nas tak samo jak własny naród. Przy drodze widywaliśmy po 20 Chińczyków, którymi pomiatali tak samo jak nami".

Niezmierna nuda politycznych pogadanek budziła w nich wyłącznie pogardę: "Demokratyczne przemiany i ustrój demokratyczny Korei Północnej oraz pokojowa polityka zjednoczeniowa rządu Korei Północnej", "Prawo Chin Ludowych do Formozy", "Skorumpowanie ONZ przez amerykańskich podżegaczy wojennych". Dawano im do czytania tylko komunistyczne gazety: "Daily Worker" i "Chinese Pictorial". Z ryczących głośników co dzień płynęły wieści o nowych amerykańskich porażkach, Narody Zjednoczone nigdy nie odniosły najmniejszego sukcesu. Ale często wysoko na niebie dostrzegali smugę kondensacyjną samolotu, od czasu do czasu obserwowali pojedynek powietrzny, a nawet widzieli spadającego komunistycznego MiG-a. Wiedzieli stąd, że wojna się jeszcze nie skończyła, że wojska komunistyczne dotąd nie zwyciężyły.

Mieli kilka zniszczonych książek z oślimi uszami, które przechodziły z rąk do rąk. Andrew Condron przeczytał Rebekę Daphne du Maurier i był wściekły, gdyż strażnicy wydarli ostatnią stronę. Dopiero po latach zorientował się, że zawierała uwagę, nieprzychylną wobec komunistów. Wolno im było mieć książki poprawne ideologicznie, jak Chata Wuja Toma, Wojna i Pokój, Krok naprzód, dwa kroki wstecz Lenina, parę książek Steinbecka, powieści Dickensa, w odpowiednio czarnych barwach odmalowujące los proletariatu.

Jeńcy bardzo różnie znosili pobyt w niewoli. Trudno określić typ charakteru, który radził sobie najlepiej. Pilot amerykańskiej piechoty morskiej, niezbyt poważany na początku, gdyż jako milczek przeważnie wydobywał z siebie tylko "Hę?" albo "Gówno!", z czasem zyskał uznanie jako jeden z najbardziej twardych "reakcjonistów" w obozie oficerskim. Oficer brytyjski, który był niemieckim jeńcem podczas drugiej wojny światowej, przez całe miesiące był jednym z najbardziej nieustępliwych. Potem działo się z nim coraz gorzej. Jak tylu innych, i jego wolę osłabiły choroba i głód. Pod koniec zupełnie się załamał. Wielu brytyjskim jeńcom zbrodnią wydawało się powoływanie na wojnę w Korei tak licznych jeńców z drugiej wojny światowej. Ludzi, którzy 2, 3 czy 4 lata młodości spędzili w niewoli, narażono na te same cierpienia, co stało się dla nich niewymowną udręką. Najgorzej znosili to dawni jeńcy japońscy. Przynajmniej pięciu Brytyjczyków, którzy podczas drugiej wojny światowej byli jeńcami w Korei, także teraz trafiło do niewoli. Już na początku wspomnieli, że koreańscy strażnicy należeli do najgorszych oprawców. Pułkownik Fred Carne z gloucesterczyków, zdaniem towarzyszy niedoli, wyjątkowo dobrze znosił warunki obozowe. Chińczycy wyłuskali go do specjalnej "obróbki", gdyż inni wyżsi oficerowie traktowali go jak swego przywódcę. Choć większość czasu ten milczek spędził w odosobnieniu, zachował pogodę ducha i dla wielu towarzyszy stanowił wzór do końca życia.

Zgodnie uznano, że lekarze i kapelani - którzy w obozach mieli do odegrania bardzo wyraźną i oczywistą rolę - zachowywali się dobrze, a niekiedy wręcz przerastali oczekiwania. Mimo dotkliwego braku leków i sprzętu lekarze godzinami próbowali namówić zrezygnowanych jeńców do jedzenia. Spośród księży jeńcy z ogromnym sentymentem i szacunkiem wspominali ojca Sama Daviesa z gloucesterczyków. Lecz prawdziwym uwielbieniem obdarzano ojca Emila Kapauna, katolickiego kapelana z 1. Dywizji Kawalerii Stanów Zjednoczonych. Jego pogodna wielkoduszność, umiejętność wycyganiania najprzeróżniejszych rzeczy, oddanie cierpiącym, nocny obchód chorych, przeszły do legendy. Zmarł w obozie nr 5 w maju 1951 roku z powodu dyzenterii i skrzepu w nodze. W obozie nr 2 jeńcy gromadzili papier ryżowy, na którym przepisywali modlitewnik. Gdy ojca Daviesa skazano na pobyt w odosobnieniu, jego obowiązki przejął James Majury. Davies w tajemnicy ochrzcił 6 Amerykanów oraz przygotował 19 brytyjskich i amerykańskich oficerów do bierzmowania. Był bardzo rozgoryczony, że ze względu na stopień oficerski Chińczycy nie pozwolili mu pełnić posługi wśród szeregowego wojska.

Porucznik Bill Cooper doszedł do wniosku, że warto każdego ranka zadać sobie pytanie: "Co zamierzasz zdziałać dziś pożytecznego?". Często podejmował się prania łachów chorych na dyzenterię: "To ohydna robota, ale trzeba ją było zrobić". Dla większości jeńców najgorsze były noce. Leżeli wtedy bezsennie, w milczeniu, myśląc w samotności o swych rodzinach i społecznościach. Choć rozpaczliwie wyczekiwali listów, gdy je otrzymywali, życie stawało się jeszcze trudniejsze do zniesienia. W ciągu 2 lat Bill Cooper otrzymał z domu 2 listy, a z tych, które napisał, 5 doszło do rodziny. Jerry Morgan pierwszy list z domu otrzymał w kwietniu 1952 roku. Znalazł w nim zdjęcie urodzonego w Stanach Zjednoczonych syna, którego nigdy nie widział. Człowiek chciał się dowiedzieć o wiele więcej, niż dało się wyczytać ze skrawków papieru, które dochodziły do obozu.

Kochany Robercie - pisał do starszego szeregowca Boba Errickera jego ojciec z domu w Surrey. Bob siedział w obozie nr 5 nad Jalu. - Właśnie otrzymałem wiadomość z Ministerstwa Wojny, że dostałeś się do niewoli w Korei Północnej. To wspaniale, bardzo się cieszymy, że jesteś bezpieczny i wszystko u ciebie w porządku, co dzień będziemy wyglądać listu (...). Uważaj na siebie. Dostałem miły list od ojca porucznika Alexandra. O jego śmierci pisano w "Timesie". Posterunkowy O'Halloran dostał awans na sierżanta i będzie teraz mieszkał w Milford. Daisy urodziła następną córkę, mała ma już dwa miesiące. Pani Terry wyjechała z Alford, w ich domku mieszka teraz Eileen Brunet. Z radości, że jesteś bezpieczny, pojechaliśmy na wystawę "Idealny dom" w Olympii. Mama szalała jak mała dziewczynka, kupiła pralkę za 31 funtów i zabrakło jej czterech szylingów.

Czytanie o tych drobnych domowych sprawach w baraku nad Jalu, gdzie życie kręciło się wokół sorga i dyzenterii, było swoistą torturą. Obóz nr 5 przeznaczony był dla "postępowców", ludzi, którzy - zdaniem Chińczyków - byli nastawieni najbardziej pozytywnie do politycznego szkolenia. Choć jeńców tych traktowano odrobinę lepiej niż "reakcjonistów", nie ma dowodów na to, że podchodzili oni poważniej do wywodów Chińczyków. Wielu szeregowych żołnierzy brytyjskich i amerykańskich uznało po prostu, że opłaca się zwodzić Chińczyków, skoro dzięki temu otrzymają lepsze jedzenie i zwiększą swą szansę na przeżycie. Nawet gdy w późniejszym okresie uczestnictwo w pogadankach ideologicznych nie było obowiązkowe, wielu nadal na nie uczęszczało dla zabicia czasu.

Największym utrapieniem w życiu jeńca jest nuda - stwierdził Henry O'Kane. - Przeciętny brytyjski żołnierz przeważnie czytał tylko stronę sportową. Niewiele wiedział o Kroku naprzód Lenina czy zbrodniach Johna Fostera Dullesa. Mnóstwo jeńców sprawiało wrażenie niezwykle przejętych chińskimi wykładami. Potem okazywało się, że nie robiły na nich najmniejszego wrażenia. Po prostu woleli się nie narażać. Wiedzieli, jakie odpowiedzi spodobają się Chińczykom, i często brali ich pod włos. Wypisywali jakieś propagandowe bzdury, by pozwolono im wysłać list do domu. A od czasu do czasu znudzeni wierzgali i walili wprost, co myślą. Wtedy Chińczycy zapominali na jakiś czas o "łagodnym traktowaniu" i przekazywali kogoś Koreańczykom. Ale niektórzy twardziele zawsze wygarniali Chińczykom, co o nich myślą - Kinney z northumberlandczyków, Brierley, Richards, An-drew McNab ze strzelców ulsterskich.

O'Kane potrząsnął głową: "Przez dwa lata Chińczycy nie mogli dać sobie rady z McNabem. - Roześmiał się. - Ale i Ulsterscy Strzelcy Królewscy też sobie z nim nie poradzili".

Dla świadomości Zachodu pierwszym poważnym wstrząsem była audycja Radia Pekin, złożona z wystąpień brytyjskich i amerykańskich jeńców w Korei. Niektórzy wzięli udział w tych nagraniach, przygotowanych na życzenie Chińczyków, gdyż naprawdę nie widzieli w tym niczego złego. Inni dali się przekabacić komunistycznej indoktrynacji. Część skłonna była zapłacić każdą moralną cenę, by zwiększyć swe szanse przeżycia. Lecz na Zachodzie odkrycie, że niektórzy jeńcy współpracują z komunistami, wywołało głęboki wstrząs. Co wyczyniali z tymi ludźmi komuniści, skoro takimi słowy zwracają się przez radio do swych rodaków?

Witajcie. Mówi żołnierz piechoty morskiej Andrew Condron. Witaj mamo, witaj tato, witajcie wszyscy w domu. Dzięki uprzejmości Ludowych Ochotników Chińskich mogę teraz do was mówić, opowiedzieć, jak nam tu jest, jak przygotowujemy się do świąt Bożego Narodzenia.

Kolejnym czynnikiem wprowadzającym zamieszanie w życie jeńców i ich poczucie lojalności były wizyty zachodnich komunistów w obozach. Podczas drugiej wojny światowej grupkę brytyjskich odstępców, którzy oddali się do dyspozycji Niemców, bez żadnych wahań napiętnowano jako zdrajców, a kilku w tym syna brytyjskiego ministra powieszono. Ale podczas wojny koreańskiej, podobnie jak w czasie konfliktu wietnamskiego, komunistom udało się odnieść znaczny sukces propagandowy, zapraszając zachodnich lewicowców w odwiedziny do swego umęczonego kraju. W kwietniu 1951 roku Monica Felton, komunistyczna przewodnicząca Stevenage New Town, wyjechała na Wschód, po czym o swych budujących doświadczeniach napisała egzaltowaną książeczkę. Wychwalała pod niebiosa "uczniów szkół praskich, pełnych życia, krytycyzmu, z przejęciem mówiących o swych przekonaniach politycznych". Jakże różnią się na korzyść od znajomych dziewcząt angielskich, potulnych, o umysłach nieskażonych żadnymi współczesnymi ideami". Stwierdziła, że "przybywając do Moskwy, czuła się, jakby wracała do domu". Ale najgórnolotniejsze popisy krasomówcze zarezerwowała na opowieści o heroicznej postawie północnych Koreańczyków pod bombami, amerykańskich okrucieństwach i przewrotności ONZ.

W swej książce nie wspomniała o kilkudniowej wizycie w obozie jeńców tureckich, którzy walczyli pod flagą Narodów Zjednoczonych. Miała ich tam nawracać na komunizm, ale musiała się zadowolić dokumentem sporządzonym przez samych Turków, w którym z pogardą dawali do zrozumienia, by swym ideologicznym towarem handlowała gdzie indziej. Pokolenie później w podobny sposób wygłupiała się Jane Fonda w Hanoi. Jeńców ONZ odwiedzali w obozach przedstawiciele Światowej Rady Pokoju wraz z takimi komunistycznymi dziennikarzami, jak Alan Winnington z "Daily Workera" oraz Wilfred Burchett z "Ce Soir". Niektórzy jeńcy, tacy jak Andrew Condron - być może nie najbardziej wiarygodni świadkowie w tej sprawie - twierdzą, że zachodni goście robili, co w ich mocy, by poprawić warunki życia jeńców. Inni wszakże zapamiętali, że "dziennikarze" odnosili się do nich z pogardą, szydząc z "reakcjonistów" za drutami. Trudno pochwalać zachowanie gości wobec narodu, z którym ich kraje toczyły wojnę. Ale komunistom udało się dać do zrozumienia jeńcom, a także całemu światu, że front walki Narodów Zjednoczonych z komunistyczną Koreą nie jest bynajmniej jednolity.

Przeżycia jeńców, często tragiczne, nieraz ocierały się o farsę. "Widzicie teraz?" - zapytał pewnego ranka towarzysz Lim grupę jeńców z obozu nr 5, stukając palcem w tablicę, na której wykazał pewne udoskonalenia w organizacji proletariatu. Ku radości słuchaczy, użądliła go siedząca na tablicy pszczoła. "Widzicie teraz? - rzucił ponownie z wściekłością. To kapitalistyczna pszczoła". Chińczycy bezustannie czuli się urażeni dosadnością językową jeńców. "Dlaczego ciągle pierdolicie, pierdolicie, pierdolicie?". Nieprzyzwoity język Chińczycy uważali za celową zniewagę. Jeńcy z kolei śmiali się z chińskiego zwyczaju trzymania się za ręce: "Myśleliśmy, że jesteście bandą cholernych pedałów" - oświadczył Bob Erricker. Gdy Chińczycy dowiedzieli się o takim przekonaniu jeńców, zorganizowali kolejny wykład, by "poprawić ich postawę".

Głównym komisarzem politycznym w obozie nr 2 był fanatyczny młody marksista, towarzysz Sun. Zajęcia swe prowadził z męczącym zapałem, który nigdy go nie opuszczał. Ze szczególnym upodobaniem "poprawiał postawę" wyższych rangą oficerów.

- Davies, wstać - nakazał któregoś ranka kapelanowi gloucesterczyków. Podniosłem się.

- Co sądzisz na temat rozdziału, który właśnie przeczytaliśmy? (Był to fragment Outline History of the Americas Williama Z. Fostera).

Długie milczenie, po czym:

- Niestety, nie słuchałem.

- Dlaczego?

- Jestem brytyjskim jeńcem wojennym i nie interesuje mnie historia Ameryki.

Cisza...

- Będziesz uważał. Musisz poprawić swoją postawę.

Z namaszczeniem:

- Przyznaję się do winy.

- Siadać.

Zachowanie Chińczyków czasem trudno było przewidzieć. Raz, jak zwykle za pośrednictwem Ogólnochińskiego Komitetu na rzecz Pokoju Światowego, Erricker otrzymał list od matki z fotografią nowej królowej. Przypiął ją do ściany swego baraku i, ku jego zdumieniu, Chińczycy nie próbowali jej usunąć. Ale Chińczycy z obozu nr 2 byli wściekli, gdy Brytyjczycy święcili koronację królowej defiladą i własnoręcznie wyprodukowanym winem ryżowym. Za karę obcięto im racje żywnościowe.

Chińczycy dokładali wszelkich starań, by jeńcy porzucili wiarę religijną. "Skoro wierzycie w Boga, dlaczego wam teraz nie pomoże?" - szydził z jeńców podoficerów komendant obozu nr 4. Porucznik John Thornton z marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych zauważył, że czarni jeńcy, których Chińczycy usiłowali oderwać od białych rodaków, byli bardziej przywiązani do swojej religii niż wielu białych. Jeden z jeńców, najbardziej lubiany przez współtowarzyszy niedoli, kapitan John Stanley, który osładzał kolegom życie grą na gitarze, irytował Chińczyków, powtarzając uporczywie: "Jestem Amerykaninem, nie Murzynem".

W obozie atmosfera była napięta, nastroje jeńców zmieniały się z dnia na dzień. Stosunki międzyludzkie nabierały obsesyjnego charakteru. Zawierano bliskie przyjaźnie, które trwały tygodniami, po czym zrywano je w nagłym wybuchu złości. Ale homoseksualizm praktycznie nie występował, już na samym początku niewoli większość mężczyzn straciła wszelkie zainteresowanie seksem. Dopiero w ostatnich tygodniach przed uwolnieniem, gdy koniec ich udręki zdecydowanie się zbliżał, pozwolili sobie pomyśleć o kobietach. Większość stwierdziła, że niewola nauczyła ich doceniać drobne przyjemności wolnego życia. Ojciec Sam Davies powtarzał: "Gdy stąd wyjdę, już nigdy nie będę narzekał, czekając w deszczu na przystanku na autobus".

Postawy "reakcjonistów" - którzy przez cały okres niewoli przeciwstawiali się Chińczykom - były bardzo różne. Najbardziej konsekwentny opór, rzecz jasna, stawiali oficerowie. Jedni, na przykład, gdy tylko mogli, nie odzywali się do Chińczyków. Inni, jak Anthony Farrar-Hockley, rozmawiali i dyskutowali z nimi przy każdej nadarzającej się okazji. Była to kwestia osobistego nastawienia. Zachowanie wszystkich więźniów nieuchronnie bywa dziecinne, gdyż bez swojej woli znaleźli się w sytuacji dzieci niemających nic do gadania. Toteż niektóre akty oporu też wydawały się dziecinne. Pewnego ranka kilkunastu jeńców, pracując zawzięcie przez parę godzin, wykopało głęboką dziurę na środku obozu. Potem, bardzo uroczyście, umieścili w niej kawałek papieru i zakopali z powrotem. Zaintrygowani Chińczycy rozkopali ją, by w środku znaleźć prostą wiadomość: "Pilnuj swego nosa". Jednego dnia podczas apelu wywoływali kompletny zamęt, by następnego wykazać się idealną dyscypliną. Pewnego ranka grupa jeńców wybiegła z obozu i przez godzinę "fruwała" wokół, udając na oczach zdumionych strażników helikoptery. Kiedy indziej tłum widzów oglądał dwóch graczy w ping-ponga, poruszając głowami za lotem piłeczki - tyle że nie było piłeczki, rakietek ani stołu - odgrywano po prostu pantomimę, by podrażnić Chińczyków. Z upodobaniem wyprowadzano też wyobrażone psy na spacer. Pewnego dnia, w obozie nr 3, "wszyscy postanowiliśmy oszaleć". Jak relacjonował szeregowy David Fortune, "jeździliśmy na niewidocznych motocyklach, graliśmy w niewidzialne karty (...). Niektórzy naprawdę byli zwariowani...".

W najbardziej fantazyjny sposób dokuczyli swym strażnikom oficerowie w szczycie chińskiej kampanii propagandowej, podczas której oskarżano Amerykanów o prowadzenie wojny bakteriologicznej w Korei. Paru jeńców przytwierdziło zdechłą mysz do małego spadochronika i któregoś ranka, niepostrzeżenie, zrzucili ją parę jardów za druty obozu. W nagrodę obejrzeli grupkę zaaferowanych Chińczyków, skupionych wokół lekarza z maseczką na twarzy, który skrupulatnie obejrzał zwierzątko, a następnie, bardzo ostrożnie i z zachowaniem procedur, zabrał ten okaz. To kolejny przykład drobnych, niekiedy wręcz żałosnych wysiłków, które podejmowali jeńcy, by wykazać i wobec siebie, i strażników odrobinę niezależności.

Choć przyjaźnili się ze sobą jeńcy różnej narodowości, zasadniczo każda grupa narodowa trzymała się razem. Turków bardzo podziwiano za niezłomnie twardą postawę i opór wobec Chińczyków. Jedynego kolaboranta sami po cichu zabili. Gdy któryś zachorował, koledzy dbali o jego wyzdrowienie. Wśród Brytyjczyków było mniej "zrezygnowanych" niż wśród Amerykanów. Realistyczne spojrzenie i umiejętność przystosowania się do sytuacji to cechy brytyjskiego charakteru narodowego. Większość jeńców brytyjskich uznała bez dyskusji, że lepiej spożywać wstrętną strawę, którą im wydawano, niż umrzeć. Podziały istniały też w obrębie grup narodowych - amerykańscy lotnicy, na przykład, trzymali się z dala od wojskowych z innych służb. Każda narodowość miała własne sekrety, zwłaszcza w obozie nr 2, oficerskim. Paru amerykańskich oficerów, w tym jednego wyższego stopniem, podejrzewano o kolaborację z Chińczykami, wręcz o zdradzenie planów ucieczki.

Poszczególne narodowości często się spierały, jak zareagować na konkretne żądania Chińczyków. W obozie oficerskim długo dyskutowano, jak odnieść się do zarządzenia Chińczyków, by dowódcy grup jenieckich każdego ranka zbierali swych podkomendnych i liczyli ich. Amerykanie nie byli pewni, czy jest to uzasadnione polecenie. Brytyjczycy wręcz odmówili. "Jeśli Chińczycy chcą nas liczyć, ich sprawa. Ale nie będziemy ich wyręczać". W toku tej dyskusji dwóch oficerów skazano na odosobnienie. Nie ma sensu zaprzeczać, że w obozie nr 2 między oficerami brytyjskimi i amerykańskimi dochodziło do poważnych spięć. Brytyjczycy bardzo poważali pojedyncze osoby, jak choćby majora piechoty morskiej Johna McLoughlina oraz Toma Harrisona z sił powietrznych, który kuśtykał na drewnianej protezie, lecz wobec całej grupy żywili sporą nieufność. Amerykanie uznawali pewne zachowania Brytyjczyków i akty biernego oporu za niedorzeczne i przynoszące efekty przeciwne do zamierzonych. Brytyjczycy nie zdradzali niektórym Amerykanom swych planów czy zamiarów, gdyż im nie ufali. Z powodu uwarunkowań historycznych pogardzający otwartym okazywaniem emocji byli speszeni amerykańską gotowością do płaczu. Porucznik Bill Cooper był zaskoczony, widząc, jak kapitan armii amerykańskiej rozpłakał się, gdy członek jego drużyny nie złapał piłki podczas meczu softball. Inny oficer wybuchnął płaczem, gdy przeniesiono jego pościel, bo chciał spać obok przyjaciela. Odmienne zachowania były uwarunkowane różnicami kulturowymi. Porucznik John Thornton, amerykański pilot helikoptera, powszechnie zwany "Wirowcem", przez cały okres niewoli zachowujący się bardzo odważnie, rzekł później: "Byliśmy bardzo marnymi jeńcami - zazdrościliśmy Brytyjczykom ich pułkowej tradycji. Większość z naszych myślała: «Obym tylko ja przeżył. Resztę pierdolę». Komunistom w znacznym stopniu udało się porozrywać między nami wszelkie więzi". Szeregowy David Fortune zauważył: "Amerykanie łamali wszelkie zasady kodeksu jenieckiego. Nie mieli krzty zaufania do swych bliźnich".

Podczas całej wojny nie udała się ani jedna ucieczka z obozu nad Jalu do linii ONZ. Ale wielu próbowało. Niektórzy jeńcy, jak na przykład kapitan Farrar-Hockley, uciekali raz po raz i udawało im się parę dni przebyć na wolności. Starszy szeregowy Fortune z 35. pułku piechoty, wzięty do niewoli 2 stycznia 1951 roku, wydostał się z obozu nr 3 wraz z kolegą i spędził na wolności 3 doby zimą 1952 roku. Trzeciej nocy, gdy z ciekawością wpatrywali się w chińską baterię przeciwlotniczą, dostrzegła ich i złapała północnokoreańska policja. Jak można się było spodziewać, Koreańczycy potraktowali ich okrutnie. Rozebrano ich do naga, przepędzono przez najbliższą wioskę i pobito. Następnie związanych miejscowe dzieci przez parę godzin wyszydzały i opluwały, po czym wymęczonych zwrócono Chińczykom. W obozie skazano ich na 2 tygodnie odosobnienia. Chińczycy z upodobaniem powtarzali jeńcom: "Jesteśmy tu nie po to, by was pilnować, lecz strzec was przed Koreańczykami". I kryło się w tym nieprzyjemne ziarno prawdy.

Jedną z najbardziej sromotnych chińskich porażek było ustanowienie "obozu karnego" dla "reakcyjnych" podoficerów. Od sierpnia 1952 roku jeńcy zgromadzeni na ogrodzonym terenie zmuszeni byli do ciężkiej i często bezsensownej pracy, jak kopanie dołów i ponowne ich zasypywanie. Ale cechy, które skazywały jeńca na obóz karny, wiązały go też z innymi "reakcjonistami" więzią silniejszą niż w jakiejkolwiek innej jednostce. "Do tego obozu trafili sami porządni ludzie - stwierdził Dave Fortune. - Morale było dużo wyższe". Nie było konfidentów, kolaborantów, wzajemnej nieufności. Po paru miesiącach Chińczycy uświadomili sobie swój błąd i rozesłali około 130 jeńców do innych obozów.

Twierdzenie, że Chińczycy zrobili "pranie mózgów" większości jeńców w Korei, nie ma żadnych podstaw. Skomplikowanymi technikami, stosowanymi przy tej operacji, posłużyli się tylko raz gdy z załogi amerykańskiego samolotu wydobyli zeznanie, że brała ona udział w wojnie bakteriologicznej, co stało się największym chińskim sukcesem propagandowym. Prowadzona na dużą skalę chińska próba zreformowania sposobu myślenia jeńców zamkniętych w koreańskich obozach przyniosła bardzo skromne rezultaty. Zdumiewa tylko, jak topornie, głupio i niezdarnie usiłowali Chińczycy przekonać jeńców do komunizmu. Ich sposoby łatwo było przejrzeć - polegały one na "łagodnym traktowaniu" i budowaniu poczucia więzi między więźniami i strażnikami. Dzięki tym metodom osiągnęli tak olbrzymi sukces w wojnie domowej z Kuomingtangiem, pod koniec której miliony żołnierzy Czang Kaj-szeka przeszły do armii Mao Tse-tunga. W całej historii Chin pokonani zawsze chcieli oddać swój los w ręce zwycięzców, uznać nowe przywództwo, nową władzę i patronat. Jednak dla przeważającej większości jeńców ONZ pomysł, że mogliby się czegokolwiek nauczyć od społeczeństwa Mao Tse-tunga, był śmiechu wart. Sami, będąc wytworem społeczeństwa na wysokim poziomie rozwoju technicznego, stosunkowo dobrze wykształconego, dostrzegali straszliwą nędzę i żałosną niewiedzę swych strażników i indoktrynerów - i pogardzali nimi. "Paru Chińczyków było nawet zabawnie sympatycznych - uznał major Guy Ward. - Ale żaden nie był dość inteligentny, by zyskać naszą sympatię i szacunek".

Chińczycy usiłowali nam wmówić: "Nasz świat jest lepszy niż wasz" - stwierdzał kapitan James Majury. - Ja bym powiedział: "Cokolwiek zrobiliście z waszym społeczeństwem, jest lepsze niż rządy gubernatorów wojskowych". Ale żaden Chińczyk mnie nie przekona, że jego świat będzie lepszy  d l a  m n i e. Pranie mózgu okazało się skuteczne tylko u nielicznych. Pod koniec powiedziałem Chińczykom: "Chyba zdajecie sobie sprawę z tego, że nigdy nas nie przekonacie?". I zasadniczo dali sobie spokój. Gdyby rzeczywiście mieli trochę rozumu, gdyby chcieli zrobić na nas wrażenie, dogadzaliby nam od początku.

Ale 2 lata bezustannego powtarzania politycznego dogmatu, 2 lata oddzielenia od własnego społeczeństwa, 2 lata chińskiej pogardy - "Wiesz, że swojego kraju nie obchodzisz" - na niektórych odcisnęły wyraźne piętno. "Nie myśl, że ponieważ wrócisz do kraju, już cię nie dosięgniemy - zawsze cię dostaniemy, jeśli będziemy chcieli" - powiedziano im. I niektórzy, zdani całkowicie na łaskę i niełaskę władz chińskich, w pełni w to uwierzyli. Najłatwiej złamać człowieka, wykorzystując jego słabość fizyczną - proponując tajemny dostęp do dobra, którego brak ciążył na obozowym żywocie - jedzenia. Jeniec, który przyjął jajko czy garść tytoniu w zamian za jakiś drobny akt zdrady, w połowie już był stracony. Jego szacunek do samego siebie legł w gruzach. Teraz nadzorcy mogli zrobić z nim wszystko, wyciągnąć z niego plany ucieczki, informacje o potajemnie odprawianych mszach, o "wrogich postawach".

Dlaczego ktoś taki jak Andrew Condron, 23-letni socjalista z West Lothian, który lubił wymądrzać się na temat swego światopoglądu w koszarach, w oczach swych rodaków stał się zdrajcą, odmawiając, podobnie jak 21 Amerykanów, powrotu do ojczyzny po zakończeniu wojny? Być może dlatego, że do tej decyzji dojrzał. Condron nigdy nie uważał się za zdrajcę. Był dumny ze swego kraju, ze służby w królewskiej piechocie morskiej. Ale zawsze był "pod specjalnym nadzorem" jako "czerwony" Condron, który bez przerwy zadawał pytania i instynktownie sprzeciwiał się wszelkiej władzy. W obozie nr 5 zafascynował go marksizm:

Widziałem cierpienie i ubóstwo ludzi w basenie Morza Śródziemnego i rozumowałem w odniesieniu do nich. Dlaczego na świecie są bardzo bogaci i bardzo biedni? Z pewnością życie można lepiej zorganizować. W Chinach było coś bardzo romantycznego, kojarzyły mi się z wielką przygodą. Planowałem, by przez jakiś rok powłóczyć się po Chinach, a potem wrócić do kraju. Gdyby sprawy przybrały inny obrót, mógłbym zostać misjonarzem. Potem chciałem zamieszkać w Rosji. Chciałem się przekonać, czy to działa? Nie byłem zdeklarowanym komunistą, ale marksistą i pozostałem nim przez całe życie. Utraciłem wiarę katolicką, jeszcze zanim wstąpiłem do piechoty morskiej. Może musiałem się czegoś uczepić.

35 lat później łatwiej jest nam zaakceptować prostotę rozumowania Condrona. Jego współczesnym takie postępowanie wydawało się haniebnym aktem zdrady narodowej, podobnie Amerykanie potraktowali swoich jeńców, którzy postanowili pozostać w Chinach. "Bolszewik" Condron, uparciuch z natury, wykonał gest, który z perspektywy czasu w znacznie większym stopniu należy przypisać jego uporowi niż komunistycznym sztuczkom. Co ciekawe, większość jego towarzyszy niedoli w obozie, nawet "reakcjonistów", którzy stanowczo odmawiali wszelkiej współpracy z władzą, dziś nie żywi do Condrona szczególnej urazy. Podczas pobytu w niewoli nigdy nie podejrzewano go o zdradzieckie postępki, jakich dopuszczało się wielu innych jeńców, którzy wszakże wrócili do swych krajów bez piętna zdrajców. Za niewybaczalne uznawano konkretne zdradzieckie uczynki, wynikające nie z ideologii, lecz z załamania się woli oporu i samodyscypliny w warunkach nieznośnego cierpienia i nędzy.

Guy Ward poczuł cyniczne rozbawienie, gdy w przeddzień uwolnienia okazało się, że Chińczycy popisali się taką samą wielkodusznością jak Niemcy w podobnych okolicznościach. Tak jak w 1945 roku oddano im zapalniczki, pióra, zegarki, tak teraz otrzymali na pamiątkę przybory toaletowe i wieczne pióra. Niektórzy strażnicy usiłowali wynagrodzić im to, co się stało w ciągu tych 2 lat: "Jest nam przykro, bardzo przykro, że do tego doszło. Jesteśmy przyjaciółmi. To wszystko przez amerykański imperializm". Lecz jeszcze 30 lat później na wspomnienie o Chińczykach Ward odpowiadał krótko: "Nie znoszę ich".

Zadziwiające jest nie to, ilu ludzi doznało urazów na całe życie w wyniku pobytu w komunistycznej niewoli, lecz jak wiele osób przezwyciężyło je, wychodząc z tego w zasadzie bez szwanku. Generał William Dean, dowódca 24. amerykańskiej dywizji, wzięty do niewoli w lipcu 1950 roku w Tedzon, przez 3 lata był przetrzymywany w odosobnieniu pod Phenianem, gdzie poddawano go intensywnej marksistowsko-leninowskiej indoktrynacji. Lecz Dean po uwolnieniu stwierdził lekko: "Wiem już wszystko o historii partii komunistycznej i bardzo wiele na temat jej doktryny".

"Podszedłem do tego po prostu jak zawodowy żołnierz - stwierdził kapitan James Majury. - Wychodząc, powiedziałem sobie: Na pewno już nigdy nie zostawię jedzenia na talerzu. Ale uznałem, że jeśli ktoś był na tyle głupi, by dać się wziąć do niewoli, musi ponieść tego skutki. Nie chciałbym przeżywać tego jeszcze raz, ale w sumie zniosłem to całkiem nieźle". W wyniku pobytu w niewoli porucznik Bill Cooper przestał ufać swoim bliźnim: "Patrzę na ludzi i myślę: Jesteś winien, póki nie przekonam się, że jesteś niewinny. Przestałem się też przejmować. Jeśli ktoś mi mówi: Nie rób tego, odpowiadam: A dlaczego? Sam zdecyduję". Szeregowy Bill Shirk z 15. pułku artylerii polowej uznał cały okres niewoli za "jakiś straszliwy koszmar. Przez cały czas zadawałem sobie pytanie: Dlaczego nasze wojsko nas nie wyzwala? Na miłość boską, walczyliśmy przecież ze strasznie prymitywnym ludem. Postanowiłem, że jeśli wydostanę się stamtąd, już nigdy dla nikogo nie będę się narażał. Czego myśmy w ogóle szukali w tym kraju? Czułem się wystrychnięty na dudka".

Dokładna liczba brytyjskich jeńców zmarłych w niewoli jest niepewna, ale przypuszczalnie wynosi około 50, wobec 1036 (5%), których uwolnili komuniści w 1953 roku. Spośród 7190 Amerykanów, którzy wpadli w ręce komunistów, 2730 (38%) nie powróciło. Kilkuset z zimną krwią zamordowali północni Koreańczycy. O wiele więcej zmarło podczas straszliwej podróży do obozów lub podczas pierwszej wojennej zimy. Amerykańscy badacze szacują, że jest to najwyższy wskaźnik strat w porównaniu ze wszystkimi konfliktami zbrojnymi w narodowej historii, także podczas wojny domowej. Ale dlaczego ocalało wszystkich 229 jeńców tureckich, a żołnierzy piechoty morskiej zmarło zaledwie 13% wobec 38% jeńców sił lądowych? Po części - co ważne - dlatego, że większość nieamerykańskich żołnierzy dostała się do niewoli po zimie 1950 roku, kiedy komuniści dokładali większych starań, by utrzymać jeńców przy życiu. Lecz także, jak stwierdził amerykański pisarz, który szczegółowo badał tę sprawę, "z jednej strony, Chińczycy nie przestrzegali konwencji genewskiej, co niewątpliwie przyczyniło się do zwiększenia śmiertelności wśród jeńców, lecz z drugiej wojsko uznało, że najpoważniejszą przyczyną tak dużych strat w ludziach było załamanie się dyscypliny wśród samych jeńców. Żołnierze w niewoli stracili wszelkie poczucie lojalności, nie tylko wobec kraju, ale i wobec swych towarzyszy niedoli". Jednego na siedmiu spośród jeńców amerykańskich wojskowi śledczy uznali później za winnego "poważnej kolaboracji". Powojenne raporty armii amerykańskiej na temat zachowania się żołnierzy w niewoli przyjęto z prawdziwym przerażeniem. W następstwie tego postanowiono opracować kodeks postępowania dla żołnierzy amerykańskich, przypominający o ich obowiązkach wobec towarzyszy broni oraz ojczyzny, na wypadek gdyby wpadli w ręce nieprzyjaciela. Szkolenia w zakresie zachowania się w niewoli, jakie przeprowadzono po doświadczeniach koreańskich, okazały się skuteczne, gdyż jeńcy amerykańscy w Hanoi zachowywali się bez porównania lepiej niż jeńcy w obozach nad Jalu.

Ujawnienie zbrodni, jakich dopuścili się komuniści wobec wziętych do niewoli żołnierzy ONZ, wywarło potężny wpływ na stosunek Zachodu do wojny koreańskiej, a także do Chińczyków. Przez znaczną część konfliktu żołnierze na froncie nie czuli szczególnej nienawiści do chińskich przeciwników, choć północnych Koreańczyków powszechnie uważano za barbarzyńców. Lecz gdy poznano los jeńców w niewoli Chińczyków, zaczęto ich postrzegać w innym, dużo bardziej złowrogim świetle. Chiny Mao Tse-tunga wzbudziły przerażenie i niepokój, które ich wizerunkowi miały towarzyszyć już zawsze. Wojna koreańska dawno się skończyła, lecz strach przed Chińskim Smokiem pozostał.

 

2 kwietnia 1951 roku delegacja komunistyczna w Panmundżomie zażądała, by dowództwo ONZ dostarczyło jej listy jeńców pragnących wrócić na Północ. Ku zaskoczeniu obu delegacji tylko 70 000 jeńców spośród 132 000 znajdujących się w niewoli podpisało zgodę na repatriację. Z taką sytuacją rządy komunistyczne nie mogły się pogodzić. Obie strony, chcąc dopiąć swego, wdały się w długi, męczący spór, który skierował uwagę świata na olbrzymie obozy jenieckie, rozlokowane na przybrzeżnych wyspach Korei Południowej.

Choć wojna trwała już długo, Kodze-do pozostało jedną z perełek Korei Południowej. Małej społeczności rybackiej na wyspie, oddalonej o parę mil od portu w Pusanie, nie dotknęły dramaty i okropności, które stały się udziałem mieszkańców kontynentu dopóki nie założono tam w 1951 roku obozu jenieckiego. Komunistów zwożono ciężarówkami i pociągami do Pusanu. W obozie na skraju miasta oszołomieni, zdemoralizowani ludzie spędzali przeważnie 2 dni, podczas których przesłuchiwali ich agenci kontrwywiadu amerykańskiego i południowokoreańskiego. Jeńcy otrzymali stare amerykańskie mundury polowe w miejsce swoich zniszczonych, podzielono ich odpowiednio do stopnia wojskowego i grupy etnicznej, po czym umieszczono w dużych namiotach, skąd pojedynczo przyprowadzano na przesłuchania.

O losie jeńców oenzetowskich, znajdujących się w rękach koreańskich komunistów, napisano miliony słów. O wiele mniej miejsca poświęcono doli komunistów w niewoli ONZ. W obozach ONZ nie było mowy o indoktrynacji prowadzonej w obozach nad Jalu. Można śmiało stwierdzić, że północnokoreańscy i chińscy jeńcy mieszkali w warunkach niewiele gorszych niż w domu, jedzenie zaś otrzymywali o niebo lepsze. Lecz choć złe traktowanie brytyjskich, amerykańskich czy tureckich jeńców na Północy było przedmiotem głębokiej humanitarnej troski, niewiele mówiło się o pospolitych aktach brutalności, jakie na co dzień spotykały jeńców komunistycznych. Wielu oenzetowskich weteranów wojny w Korei potwierdza, że większość żołnierzy odnosiła się do żółtków wrogo i pogardliwie, niezależnie od tego, czy byli Koreańczykami z Północy czy z Południa.

Stosunek zachodnich żołnierzy do Koreańczyków i Chińczyków wypływał z przekonania, że nie są oni takimi samymi ludźmi jak mieszkańcy Zachodu, że bliżej im do zwierząt, które można trzymać w ryzach tylko brutalnością, jakiej sami nie szczędzą sobie nawzajem. Na froncie jeńców traktowano lepiej, od wiosny 1951 roku zaczęli bardzo cenieni przez wywiad. Ale w obozach Korei Południowej znosili nie mniejsze udręki niż ich odpowiednicy nad Jalu. "Obozy w Pusanie prowadziła żandarmeria wojskowa, która okrutnie obchodziła się z jeńcami. Pobicia były na porządku dziennym - stwierdził szeregowy Alan Maggio, który przez 10 miesięcy od maja 1951 roku służył w obozie jenieckim jako sanitariusz. - Żandarmi szukali zaczepki. Chcieli, żeby się coś działo. Wszystkim zawiadywali szeregowcy. Oficerom nie chciało się niczego dojrzeć ani sprawdzić, czy wszystko jest w porządku".

Z obozów w Pusanie jeńców ładowano na transportowiec czekający w dokach, który po 3 godzinach przybijał do Kodze-do. Tu, w cieniu wysokich wzgórz górujących nad wyspą postawiono, jeden obok drugiego, 37 ogromnych obozów otoczonych drutem kolczastym. Na początku 1952 roku osadzono w nich 70 000 chińskich i północnokoreańskich jeńców. Zagęszczenie ich było 4-krotnie większe, niż dopuszczały normy dla amerykańskich więzień federalnych. Dalszych 100 000, w tym 38 000 urodzonych w Korei Południowej i wcielonych do wojska północnokoreańskiego podczas okupacji komunistycznej, sprawdzono już i usunięto z wyspy.

Jeńcy tonęli w bezbrzeżnym morzu nudy. Zajęcia było niewiele - co rano pododdziały wynosiły z obozu wielkie beczki z odchodami, zawieszone na dwóch drągach, jeńcy pracowali też przy rowach osuszających mających - bez rezultatu - usunąć błoto zalegające cały obóz. Lecz większość jeńców przez cały dzień grała w koreańską wersję madżonga, rzeźbiła figurki z drewna, czytała, grała w karty, gotowała na małych ogniskach. W każdym obozie Amerykanie zostawiali jeńców samych sobie. Ale ich los nie był godny pozazdroszczenia. W małej izbie chorych szeregowy Maggio mógł w pełni wykorzystać swą wiedzę medyczną:

Kodze-do nie zarządzano właściwie - stłoczono tam zbyt wielu ludzi. Częste były przypadki zachorowań na zapalenie oskrzeli, płuc, na malarię, czerwonkę, ostre zapalenie spojówek. Szerzyła się gruźlica. Nadal sączyły się otwarte rany. Wszyscy mieli wszy. Brały się z brudnych ubrań - ich pranie nie było obowiązkowe. Jeńcy nienawidzili proszku odwszawiającego. Plagą były szczury spasione na jedzeniu, które wszyscy jeńcy chowali pod matami. W największej czystości utrzymywali swój obóz Chińczycy, oni też mieli najwyższe morale. Stanowili na tej wyspie zdecydowanie najbardziej zdyscyplinowaną grupę.

Dowództwo ONZ mogło się upierać, że mimo wszelkich problemów medycznych z powodu chorób na Kodze-do zmarła zaledwie garstka jeńców komunistycznych w porównaniu z tragicznym żniwem, jakie śmierć zbierała nad Jalu. Ale świadkowie przyznają, że na przykład jeńcy zatrzymani w Niemczech w 1943 roku tak urządzony obóz uznaliby za barbarzyństwo. Zwycięzcy po prostu umieścili Chińczyków i północnych Koreańczyków w takich warunkach, jakie uznali za stosowne dla azjatyckich chłopów.

Ale poważniejszym problemem była hałastra w mundurach wojsk amerykańskich i koreańskich, której powierzono pieczę nad obozem. Maggio i inni świadkowie opisują ostre napięcia rasowe między grupami etnicznymi strażników - zwłaszcza wrogość Murzynów i Latynosów wobec białych. Dla nich pobyt w Kodze-do był niemal równie trudny do zniesienia co dla jeńców. Oficerowie nie próbowali pokierować życiem w obozie ani zaprowadzić dyscypliny. Jedynymi rozrywkami były hazard i miejscowe prostytutki. Bójki na noże i burdy były na porządku dziennym. "Panowało niewiarygodne rozprzężenie - stwierdza Maggio. - Całe to miejsce było istnym piekłem - bałem się bez przerwy. Ludzie brali się za łby w koszarach i w terenie. Wszystkich, którzy nie dawali sobie rady na froncie, zsyłano do odrobienia służby w Kodze-do. Trafiały do nas najgorsze szumowiny - pijacy, narkomani, wariaci, nieroby". Ku swej niewymownej uldze, Maggio zdołał się przenieść do kompanii zajmującej się transportem amunicji.

Sierżanta Roberta Hoopa skierowano do 595. kompanii żandarmerii w Kodze-do w październiku 1951 roku, gdy po raz drugi został ranny, walcząc w szeregach 15. pułku piechoty. W ciągu 5 miesięcy służby na wyspie tylko raz wszedł za druty obozu, jako obstawa sanitariusza. "Byłem przerażony. Chciałem wyjść jak najprędzej". Hoop nie mógł utrzymać swych ludzi w garści - "zadawali się z dziwkami i pili na służbie". W jego sektorze tylko 3 kompanie żandarmerii, 2 amerykańskie i południowokoreańska miały pilnować porządku i strzec 24 000 jeńców. Wiosną 1952 roku nie było jasne, kto znajdował się w gorszej sytuacji - jeńcy za drutami czy strażnicy na zewnątrz.

Źródła potężnych kłopotów oenzetowskich obozów jenieckich, które z całą siłą objawiły się w 1952 roku, należy upatrywać w tym, że gdy jeńców odesłano na tyły i przesłuchano, dowództwo ONZ przestawało się interesować troską o ich byt. Do prowadzenia obozów odkomenderowywano przeważnie najgorszych oficerów i żołnierzy z armii amerykańskiej i południowokoreańskiej. Wielu strażników traktowało więźniów jak zwierzęta. Oficerowie nade wszystko chcieli trzymać się od jeńców jak najdalej - niech sami załatwiają swoje sprawy. I tak gdy wiosną 1952 roku do obozów zaczęli przenikać komunistyczni agenci, którzy sami oddawali się do niewoli z rozkazami, by przejąć wewnętrzną kontrolę nad jeńcami, nie mieli z tym najmniejszych kłopotów. Na wyspie Kodze-do rozpętała się niezwykła burza, na skalę niewidzianą dotychczas w historii obozów jenieckich.

Do oficerów administrujących Kodze-do dochodziło wiele sygnałów ostrzegających przed nadciągającym wybuchem. W pierwszych miesiącach roku coraz więcej dowodów świadczyło o ideologicznej i wojskowej działalności w obrębie obozów. Jeńcy wytwarzali atrapy broni, czapki mundurowe, na których umieszczano zakrętki od butelek z wyrytą na nich czerwoną gwiazdą, flagi, transparenty. Za drutami w drużynach i kompaniach otwarcie zaczęto ćwiczyć musztrę. Komisarze wygłaszali pogadanki. Pojawiły się pierwsze świadectwa bezwzględnej dyscypliny, egzekwowanej wewnątrz obozów - jeńcy byli brutalnie bici, a nawet mordowani. Jednakże strażnicy nie kiwnęli palcem. Osadzonych zostawiono w spokoju. Przywódcy jeńców zaczęli coraz ostrzej domagać się poprawy warunków - papieru do pisania, lepszego jedzenia, zmiany porządku dnia. Sprawdzali dobrą wolę Amerykanów, sondowali, jak daleko mogą się posunąć. Pozwalali sobie na wiele. Pewnego ranka tłum jeńców zaczął wyrzucać za druty puszki sardynek i łososia. Stwierdzili oni, że jedzenie jest nieodpowiednie. Domagali się świeżej ryby z Japonii. Na poparcie swych żądań ogłosili strajk. Strażnicy, zbici z tropu, lękając się gniewu tej ogromnej hordy wyraźnych fanatyków, pragnąc za wszelką cenę mieć spokój, starali się ich ułagodzić. Powstała zadziwiająca sytuacja psychologiczna, w której dyktat sprawowali osadzeni za drutami. Ich strażnicy tańczyli, jak im podopieczni zagrali.

Już latem 1951 roku doszło do gwałtownych wypadków. W czerwcu, po ataku jeńców na oddział żołnierzy ONZ wykonujących prace na terenie obozu, od ostrzału strażników południowokoreańskich zginęło 7 ludzi, a 4 zostało rannych. W sierpniu, w wyniku demonstracji na Kodze-do zginęło 9 ludzi, a 25 zostało rannych, w Pusanie 8 osób zostało zabitych, a 22 ranne. Wrześniowe walki kosztowały życie kolejnych 20 ludzi. Sprawy przybrały jeszcze bardziej złowrogi obrót 23 grudnia, kiedy to personel medyczny ONZ nie mógł uratować życia 10 jeńcom, bestialsko pobitym przez swych towarzyszy. Nie próbowano zbyt usilnie znaleźć ani ukarać morderców. Tej samej nocy, podczas masowej demonstracji w innym obozie, zabito 14 jeńców, a 24 odniosło rany.

W ciągu pierwszych miesięcy 1952 roku przemoc w Kodze-do znacznie się nasiliła. W lutym ONZ zaczęła pojedynczo prześwietlać jeńców, by się dowiedzieć, kto pragnie wrócić do Korei Północnej i Chin. Ku zaskoczeniu strażników przywódcy komunistyczni pierwszego obozu, do którego weszli, przypuścili na nich szalony atak stalowymi tykami, zaostrzonymi pałkami, cepami z drutu kolczastego i metalowymi drągami. Zginął 1 Amerykanin i 75 jeńców. 10 kwietnia, gdy sanitariusze amerykańscy weszli do 95. obozu, by w ramach swych obowiązków zabrać rannego, napadł na nich tłum wrzeszczących jeńców. Komendant Kodze-do, brygadier Francis T. Dodd, wysłał 100 nieuzbrojonych żołnierzy armii południowokoreańskiej, by odbić schwytanych. Jeden żołnierz południowokoreański zniknął podczas bijatyki, do której wówczas doszło. Nigdy go już więcej nie widziano. W końcu strażnicy na obrzeżach postarali się dać kolegom w środku osłonę ogniową. Amerykański oficer i kilku żołnierzy południowokoreańskich odnieśli rany. Podczas kolejnego incydentu jeńcy ruszyli hurmem na bramę obozu. Amerykański oficer wraz z 2 żołnierzami odpędził ich, strzelając z karabinu maszynowego kalibru 30 mm, zamontowanego na dżipie. Zginęło 3 jeńców, rannych zostało 60 jeńców i 4 strażników południowokoreańskich.

Kodze-do, zgodnie z zamysłem komunistów, stało się drugim frontem w wojnie koreańskiej. Dążyli oni do osiągnięcia wielkiego sukcesu propagandowego - ukazania Narodów Zjednoczonych jako brutalnych prześladowców i morderców jeńców. W tym celu fanatycy w obozie namawiali swych nieszczęsnych towarzyszy niedoli, by rzucali się, często w ataku samobójczym, na karabiny strażników, a nierzadko ich do tego zmuszali. Zarządcy obozu znaleźli się teraz między młotem a kowadłem. Ze strachu szli wobec jeńców na zupełnie niedorzeczne ustępstwa, pozwalając przywódcom na stworzenie za drutami ideologicznego piekła. Lecz Kodze-do stało się teraz zarzewiem rosnącego sporu, w miarę jak w świat szły doniesienia o rosnącej liczbie ofiar zamieszek na wyspie.

7 maja 1952 roku zdarzył się znacznie poważniejszy, doprawdy dziwaczny epizod. W trakcie przygotowań do nowego sprawdzania jeńców pod względem politycznym w obozie 76, w którym przebywało 6400 najbardziej fanatycznych jeńców, brygadier Dodd udał się tam, by dojść z nimi do jakiegoś porozumienia. O godzinie 15.15, gdy zamierzał wyjść, rozległ się gwizdek. Dodda otoczył tłum północnych Koreańczyków. Komuniści wzięli go jako zakładnika. Wywieszono transparent zrobiony z peleryn, na którym napisano: TRZYMAMY DODDA, JEŚLI NASZE ŻĄDANIA BĘDĄ SPEŁNIONE, BĘDZIE BEZPIECZNY, JEŚLI DOJDZIE DO BRUTALNYCH AKTÓW JAK STRZELANIE, JEGO ŻYCIE BĘDZIE W NIEBEZPIECZEŃSTWIE. Następnego dnia obóz otoczyły czołgi, straże i pływające w pobliżu kanonierki. Dowództwo na wyspie przejął tymczasowo pułkownik Craig, zastępca Dodda, któremu pozwolono przekazać kuriozalne żądania jeńców: swobody zorganizowania się w związek, materiałów biurowych i telefonu. Ridgway z Tokio nakazał Van Fleetowi podjąć wszelkie środki, by odzyskać władzę w obozie. 9 maja przybył Van Fleet, by osobiście zorientować się w sytuacji. Wyspę okupowało teraz 15 000 ciężko uzbrojonych żołnierzy ONZ, mających za drutami przeciwko sobie tłum bezbronnych komunistów. W nocy z 10 na 11 maja, po negocjacjach, Dodda uwolniono. Lecz ku głębokiemu zakłopotaniu Amerykanów okazało się, że podpisał on dokument przyznający jeńcom pewne racje.

Komuniści odnieśli sukces propagandowy, skupiając uwagę świata na Kodze-do. W następnych dniach na wyspę ściągnął szereg oficjalnych i nieoficjalnych gości, jak jeden mąż surowo ganiących władze za utratę panowania nad wyspą. Brytyjski wicemarszałek lotnictwa napisał w raporcie, że wojsko stacjonujące na wyspie nie odbywa defilad ani apeli, jeńcy zaś wywieszają komunistyczne flagi i ćwiczą musztrę: "Krótko mówiąc, komunistyczni jeńcy sami rządzą się w swych obozach". Van Itterson, przedstawiciel Holandii w Komisji ONZ do spraw Korei i były jeniec japoński, stwierdził: "Amerykanie nie mają pojęcia, jak traktować azjatyckich jeńców. Ponieważ nie działają dość stanowczo, jeńcy stają się coraz zuchwalsi. Nie ulega wątpliwości, że w celu rozwiązania problemu należy podjąć zdecydowane kroki".

Od czasu zatrzymania Dodda sytuacja wcale się nie polepszyła, a wręcz pogorszyła. W ciągu 12 miesięcy od lipca 1952 roku w zamieszkach zginęło 115 jeńców. Amerykańskie próby odzyskania całkowitej władzy na wyspie zrodziły tylko niepochlebne komentarze. 9 lipca 1952 roku "Prawda" donosiła ze złośliwą satysfakcją, że Amerykanie używają komór gazowych, stosują tortury i nie pozwalają jeńcom wyrazić chęci powrotu do kraju. Gdy generał Mark Clark poprosił, by symboliczne kontyngenty brytyjskie i kanadyjskie dołączyły do straży ONZ na Kodze-do, Brytyjczycy zgodzili się niechętnie, lecz rząd kanadyjski całymi dniami zastanawiał się, czy na jego żołnierzy nie spadnie odium w związku z niejasną sytuacją na wyspie. Ponowne komunistyczne zamieszki spotkały się ze zdecydowanym odwetem Amerykanów, co pociągnęło dziesiątki kolejnych zabitych. Komunistyczny "dziennikarz" Wilfred Burchett napisał w "Daily Worker": "Na światło dzienne wyszły teraz dwie kolejne masakry jeńców koreańskich i chińskich w amerykańskich obozach na Kodze-do (...). Ujawniono, jak brutalnymi środkami zmuszano jeńców, by nie wyrażali chęci powrotu do kraju". Napięte stosunki między Londynem i Waszyngtonem uległy pogorszeniu, gdyż nie można było uzyskać dokładnych informacji na temat tego, co dzieje się w Kodze-do. Ambasada w Waszyngtonie pisała w protokole do Ministerstwa Spraw Zagranicznych: "To kolejny przykład trudności, jakich nastręcza uzyskanie w Waszyngtonie szczegółowych informacji na temat działań w Korei".

Bardzo ciekawe spojrzenie z zewnątrz na dramat Kodze-do przedstawia raport majora D.R. Bancrofta, brytyjskiego dowódcy kompanii Królewskiej Lekkiej Piechoty z Shropshire, wysłanej na wyspę 25 maja 1952 roku. W parę godzin po przybyciu KLPS "wtargnęła" na teren obozu, konfiskując zapasy żywności, mapy tras ucieczki i kontrabandę, którą jeńcom bez wątpienia sprzedawali strażnicy południowokoreańscy. Godzinę później dwaj jeńcy wydostali się z obozu i szukali schronienia u Brytyjczyków. Opowiadali, że komunistyczni komisarze byli wściekli z powodu utraty twarzy i rozkazali, by następnemu "wtargnięciu" jeńcy przeciwstawili się siłą. Bancroft z przerażeniem przekonał się, że każdy obóz ma własną kuźnię, w której jeńcy mogą wykuwać broń, oraz że amerykańskie wozy dostawcze zaopatrują ich w benzynę do rozpalania ognisk. Wypadki z bronią powodujące śmierć lub poważne rany były na porządku dziennym. 10 czerwca jeńcy, którzy chcieli uciec przed komisarzami, zostali zakłuci na śmierć przez swych towarzyszy na oczach strażników. Gdy amerykańscy żołnierze wkroczyli na teren obozu, by przywrócić porządek, doszło do walki. Bancroft donosił, że "postawa i zdyscyplinowanie Amerykanów były bez zarzutu. Niepokojący był fanatyzm jeńców (...). Nawet gdy usunięto jeńców z połowy obozu, a dookoła leżało 100 zabitych i rannych, komisarze zagrzewali tłum do większych wysiłków". W nocy 11 czerwca w jednym obozie komisarze zamordowali 15 jeńców.

Brytyjczycy spróbowali zmienić sposób zarządzania obozem, by odebrać komisarzom przewagę. Zorganizowali wybory przywódców więźniów w tajnym głosowaniu, które przeprowadzili pod swoim nadzorem. Potem, gdy obóz nie zachował się jak należy, przedstawiciele jeńców musieli stać w milczeniu w rogu boiska do 12 godzin bez jedzenia i picia. Utrata twarzy była dla nich bolesnym przeżyciem. Gdy jeńcy wywiesili w swym obozie komunistyczne flagi, Brytyjczycy tak długo wrzucali granaty z gazem łzawiącym, aż flagi zdjęto. Sytuacja w Kodze-do zaczęła się poprawiać, gdy mianowano nowego komendanta, generała Boatnera. W ciągu paru dni po przybyciu wymienił on cały sztab z czasów swego poprzednika, co najlepiej świadczy o jego ocenie dotychczasowej sytuacji. Zaczęto też usuwać 8000 prostytutek, które ulokowały się wokół obozów - wielu strażników schodziło z posterunków, by skorzystać z ich usług. Ale problem stosunku strażników do jeńców pozostał.

Wszyscy amerykańscy żołnierze - donosił major Bancroft - uważają jeńców za bydło i odpowiednio ich traktują. Odnoszą się do nich obraźliwie, znieważają ich, obchodzą się brutalnie nawet z ciężko rannymi. Obserwując takie nastawienie, zapytałem żołnierzy i oficerów, czy uważają, że ich jeńcy są podobnie traktowani w Korei. Odpowiadali nieodmiennie: "To dzikusy". A raz usłyszałem: "Przecież Kongres i tak nie ratyfikował konwencji genewskiej".

Nie ulega wątpliwości, że przywódcy [jeńców] potrafią rozpętać masową histerię wśród jeńców. Należy zatem oddzielić najbardziej żarliwych aktywistów komunistycznych, gdy tylko zaczną sprawiać kłopoty. Są oni niewiarygodnie okrutni. Normalną torturą było przywiązywanie winnych wykroczeń za jądra do poprzeczek namiotów, wkładanie ofiarom węży gumowych z wodą do ust, by się z wolna utopili itd. Działać należy natychmiast po otrzymaniu informacji, że taka praktyka ma miejsce, by uwolnić torturowanego. Rzadko do tego dochodziło. Jeńcy doskonale zorganizowali swe obozy. Morale było wysokie nawet w najtrudniejszych warunkach. Obowiązkowo przeprowadzano zajęcia fizyczne w celu utrzymania dobrej formy (...). Doszedłem do wniosku, że północni Koreańczycy są uczciwsi, bitniejsi, schludniejsi i lepiej wykształceni niż ci z Południa.

Niezwykle niepokojący raport majora Bancrofta przekazano do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w sierpniu 1952 roku. Urzędnik dołączył do tekstu notatkę: "Raport potwierdza inne sprawozdania na temat postawy «Nienawidzę Azji», którą Amerykanie tak chętnie prezentują na Dalekim Wschodzie. Nie trzeba tłumaczyć, jak wielką szkodę takie zachowanie wyrządza naszej wspólnej sprawie. Wydaje nam się, że gdyby kolegium szefów sztabu podjęło konkretne kroki w celu zmiany tego sposobu myślenia, postępowanie wojsk amerykańskich uległoby znacznie by się poprawiło". Jeśli te uwagi - przeznaczone wszak do wewnętrznego użytku administracji rządowej - brzmią lekceważąco i protekcjonalnie, raporty amerykańskie do Waszyngtonu potwierdzają, że stosunek żołnierzy USA do jeńców na Kodze-do stanowi poważny problem. Dzięki fatalnemu połączeniu niekompetencji, gnuśności i zwyczajnej brutalności zwycięzców komuniści mogli odnieść ogromne zwycięstwo propagandowe.

Począwszy od lata 1952 roku, Amerykanie usiłowali odzyskać władzę nad jeńcami, rozdzielając ich i przenosząc do obozów na innych przybrzeżnych wyspach. Lecz krwawe bunty wybuchały nadal. 14 grudnia 3600 spośród 9000 jeńców na Pongan-do stoczyło zaciętą walkę ze strażnikami, podczas której szli do ataku spleceni ramionami, następnie miotając wściekle kamienie i pociski. Nim przywrócono spokój, 84 jeńców zginęło, a dalszych 120 zostało rannych. Nadal trwały publiczne spory co do traktowania jeńców komunistycznych. "Narody Zjednoczone nie oddają jeńców, których bez wątpienia zastrzelono by po powrocie - komentował londyński "Daily Mail" z 18 grudnia. - Lecz efekt tej humanitarnej polityki ulegnie osłabieniu, jeśli jeńcy będą ciągle ginąć od strzałów strażników, choćby oddanych w obronie własnej". Ale jak zapanować nad jeńcami w obliczu fanatycznego zachowania komunistycznych morderców za drutami? Delegat Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, pułkownik Fred Bieri, donosił z Kodze-do:

Rzecznicy wielu jeńców informowali delegata, że poważnym problemem jest dla nich kwestia repatriacji. Zgodnie z ich oświadczeniami liczni południowi i północni Koreańczycy (zarówno jeńcy, jak i internowani cywile) chcą powrócić do Korei Północnej, wielu zaś północnych i południowych Koreańczyków chce pozostać w Korei Południowej. Wielu chińskich jeńców pragnie, by odesłano ich na Formozę. Sporo osób, żyjących w bliskim kontakcie z przedstawicielami przeciwnej ideologii politycznej, boi się wyrazić swe prawdziwe poglądy, innych towarzysze zmuszają do wypowiadania opinii niezgodnych z ich prawdziwymi przekonaniami. Zdaniem naszego delegata wyraźnie widać, że naciski polityczne wywierane są na jeńców przez obie strony, również sami jeńcy usilnie indoktrynują swych towarzyszy. Wiele incydentów, do których doszło do tej pory, zostało wywołanych z przyczyn czysto politycznych.

Bieri i generał Boatner omówili trudny do rozwiązania problem, jakim był terror komunistyczny w obozach: "Komendant wyraził ubolewanie z powodu tych wypadków, wyjaśniając, jak trudno jest obserwować każdy namiot w kompletnych ciemnościach. Pobić, które, niestety, często bywają śmiertelne, dokonują dobrze zorganizowane i błyskawicznie działające grupy. A choć współmieszkańcy rozpoznają winnego, często boją się zeznawać".

W ostatnich miesiącach wojny wojska ONZ jako tako kontrolowały komunistycznych jeńców. Lecz cały ten problem dla państw zachodnich stanowił kolejne gorzkie przypomnienie, że wojna w Korei toczy się według nowych reguł, z jakimi zachodnie demokracje dotąd się nie zetknęły.

 

Po zawieszeniu broni największy dramat rozgrywał się wokół uwolnienia jeńców. Komuniści, których ciężarówkami zwożono na Północ, do punktu wymiany w Panmundżomie, na wyprzódki starali się rozwiać wszelkie domniemania, jakoby dobrze ich traktowano na Południu. Niektórzy cięli nowe mundury polowe na paski, by pokazać, że ubierano ich w łachmany. Inni wyrzucali z ciężarówek papierosy, pastę do zębów i czekoladę, w które ich wcześniej zaopatrzono. Najbardziej dramatycznego gestu dokonali na parę mil przed dojazdem do punktu wymiany. Tysiące jeńców północnokoreańskich i chińskich zdjęło ubrania i buty, po czy wyrzuciło je na drogę. Postanowili wrócić do swego narodu nadzy, nieskalani nędzną kapitalistyczną jałmużną. Gdy konwoje przejechały, wyłonił się niezapomniany obraz powojennego pejzażu - mile pustej drogi usianej porzuconymi mundurami polowymi i obuwiem.

Ale jeszcze mocniej wbijał się w pamięć obraz powrotu jeńców Narodów Zjednoczonych z Północy - jedni wyniszczeni, inni złamani, tym ciążyła kolaboracja, tamci fizycznym wyniszczeniem zapłacili za stawianie oporu. Niektórzy z płaczem weszli do "Wioski Wolności", obozu na południe od linii wymiany, gdzie pod łukiem z napisem "Witamy w domu" oczekiwała ich mała armia przesłuchujących, lekarzy i psychiatrów. Jedni wkraczali śmiało, inni wlekli się niepewnie, gdyż zdołano już im prawie wbić do głowy, że rzeczywistość ich dotychczasowego życia tak naprawdę przedstawiała się zupełnie inaczej. "90% z nas wolałoby zostać wyzwolonymi niż zwolnionymi przez Chińczyków rzekł starszy szeregowy David Fortune. - Głupio nam było, że nas tak puścili". Ale przynajmniej byli wolni. Pochłaniali michy lodów, rozmawiając przy tym z psychiatrami. Każdym zajmowano się osobno, sprawdzając, czy może udzielać wywiadów prasie, czy nadaje się do natychmiastowego wysłania do domu. Z ust jeńców, którzy przez lata skrywali swą nienawiść i odrazę, padły pierwsze gorzkie oskarżenia o kolaborację. Inni - dręczeni poczuciem winy - bąkali jakieś wymówki i wyjaśnienia, które do końca życia miały zakłócać ich równowagę duchową. "Przeciętny jeniec zaraz po uwolnieniu nie był właściwie ludzką istotą - rzekł Fortune. - Był dzikim zwierzęciem". Fortune, jak tylu innych, jeszcze przez całe tygodnie po uwolnieniu tracił na wadze, zaliczył wiele kobiet i wiele butelek whisky, zanim wrócił do jakiej takiej normalności.

Brytyjczycy słynący, jak wiadomo, z powściągliwości starali się zachować tę cechę w momencie wyzwolenia z obozów jenieckich. Pułkownika Freda Carne'a z gloucesterczyków, który w niewoli schudł 20 kilogramów i postradał siły przez 19 miesięcy odosobnienia, wiwatujący towarzysze nieśli na ramionach przez "Wioskę Wolności". Lecz w niewoli nie stał się bardziej komunikatywny. Swoje przeżycia skwitował lakonicznie: "Jedzenie było podłe i nudziłem się śmiertelnie". Jeńców w obozie nr 5 uprzedzono, że na oficjalnym apelu Chińczycy poinformują ich o rozejmie. Amerykanie zaczęli spontanicznie wiwatować. Brytyjczycy, jak to wcześniej uzgodnili, rozeszli się w milczeniu. Po przybyciu do "Wioski Wolności" powlekli się na badania lekarskie milczący i bardzo spięci. Jeden, patrząc na grupę Chińczyków odjeżdżających na Północ, rzekł z litością: "Nie mają tam czego szukać". Niektórzy rozklejali się, gdy dostali koszulę albo rzucili okiem na egzemplarz "Daily Mirror". Pierwsze natarczywe pytania przesłuchujących o przypadki kolaboracji czy pranie mózgów napotkały mur milczenia. Dopiero z czasem, po paru tygodniach, prawda zaczęła wychodzić na jaw. Napięcia między różnymi grupami byłych jeńców najbardziej jaskrawo objawiły się na okręcie odwożącym ich do kraju. Niektórych kontrowersyjnych osobników trzeba było wysadzić w Hongkongu i zapakować na inny okręt.

W ciągu miesiąca od rozpoczęcia operacji "Wielka wymiana", czyli od 5 sierpnia, na Północ wysłano 75 823 jeńców, w tym 5640 Chińczyków. Komuniści z kolei przekazali 12 773 ludzi, w tym 3597 Amerykanów, 7862 południowych Koreańczyków. 22 604 jeńców znajdujących się w rękach ONZ przekazano Komisji Repatriacyjnej Narodów Neutralnych w Strefie Zdemilitaryzowanej. 137 zgodziło się w końcu na repatriację. Reszta postanowiła się osiedlić w Korei Południowej albo na Formozie. 359 jeńców znajdujących się w rękach komunistów początkowo odmówiło powrotu do kraju. 10 z nich - 2 Amerykanów i 8 Koreańczyków - zmieniło zdanie w Komisji Repatriacyjnej. Ale reszta - 325 Koreańczyków, 21 Amerykanów i 1 Brytyjczyk - nie przybyła do "Wioski Wolności" z radością i ulgą. Ku zdumieniu niczego nierozumiejących rodaków postanowili zostać w społeczności swych dawnych strażników.

W obozie w strefie zdemilitaryzowanej żołnierza brytyjskiej piechoty morskiej Andrew Condrona oraz Amerykanów odmawiających repatriacji pilnowali Hindusi. Renegaci wystąpili na konferencji prasowej, by wyjaśnić, dlaczego uwierzyli w idee komunistyczne. Ta decyzja wywołała wstrząs w ich własnych społeczeństwach. Jakież to diabelskie techniki zastosowali komuniści, by ludzie ci zdecydowali się na ryż i bawełniane odzienie, zamiast wrócić do Glasgow czy Jersey City? Co można sądzić o motywacji politycznej Amerykanów i ich wyszkoleniu wojskowym, skoro na ideologię komunistyczną udało się przekabacić 21 Amerykanów, lecz ani jednego Turka? Gdy mccarthyzm podkopywał wzajemne zaufanie Amerykanów do politycznej wiarygodności współobywateli, a "wrogowie wewnętrzni" budzili coraz większe zaniepokojenie, twarde dowody wykazały, że nawet w opłakanych warunkach obozowych komuniści potrafią przeciągnąć jeńców na swoją stronę. W świadomości amerykańskiej zasiano ziarno lęku i niepewności, których nie dało się wykorzenić przez całe lata. Brytyjczycy wykazali mniejsze zaniepokojenie wpływem komunistycznej niewoli na swych pobratymców, zwłaszcza że proporcjonalnie mniej ich żołnierzy udało się skutecznie zindoktrynować. Ale dekadę później brytyjska pewność siebie mocno się zachwiała. Wówczas to zdemaskowano dyplomatę George'a Blake'a, którego pojmano w czerwcu 1950 roku, gdy był wicekonsulem w Seulu. Skutecznie "przewerbowany" w ciągu następnych 3 lat, długo działał w sekrecie jako ważny sowiecki agent.

W sierpniu 1953 roku Andrew Condron był jedynym Brytyjczykiem, który odmówił powrotu do kraju, ściągając na siebie odrazę rodaków. Condron, wieczny "samotnik", indywidualista, stał się przedmiotem zjadliwych prasowych insynuacji, w których zarzucano mu, że w obozie był kapusiem i w razie powrotu do kraju czekałyby go represje. W istocie w obozie był dość lubiany i szanowany, a współtowarzysze odmowę powrotu uznali za postępek żałosny bądź niedorzeczny, a nie zasługujący na potępienie. Podczas publicznych wystąpień w strefie zdemilitaryzowanej zachowywał się ze spokojną pewnością siebie, jaką odznaczają się fanatycy: "Byłem absolutnie przekonany, że postępuję słusznie. Nie miałem obaw ani wyrzutów sumienia. Żal mi było tylko matki. Wiedziałem, że moja rodzina przeżyła wstrząs. Tylko mój brat, który też był jeńcem, starał się mnie zrozumieć. Powiedział, że nie można nikogo osądzać, nie wiedząc, co przeżył".

Dla Chińczyków, o dziwo, 22 nowych wyznawców komunizmu stanowiło nie lada kłopot. Zaopatrzono ich w zachodnie garnitury i pilśniowe kapelusze, po czym wsadzono na pociąg do Tsinanu. Stamtąd rozproszono ich po kraju, gdzie mieszkali tak długo, jak długo zdołali wytrzymać, ucząc się, robiąc tłumaczenia czy pracując na takich posadach, jakie Chińczycy zdołali im wynaleźć. Zdecydowanie zniechęcano ich do nauki chińskiego. Kontakty z cywilami, a nade wszystko z kobietami w cywilu były bardzo utrudnione. Przez lata po cichu powracali do Stanów Zjednoczonych, gdyż nie mogli już dłużej wytrzymać chińskiego życia - a Chińczycy ich zachodnich zwyczajów. Condron powrócił do Wielkiej Brytanii w 1962 roku, przez krótki czas budząc wielkie zainteresowanie opinii publicznej. Twierdził, że niczego nie żałuje, choć co nieco dało mu do myślenia: "Wtedy uważaliśmy, że to Amerykanie rozpętali wojnę koreańską. Dziś nie jestem już taki pewny". Jego syn, którego miał z chińską żoną, pobierał naukę w angielskiej szkole prywatnej: "Jeśli nie możesz ich zwyciężyć, dołącz do nich".

 

Generał S.L.A. Marshall, chyba najwybitniejszy amerykański historyk wojen XX wieku, określił kampanię koreańską jako "najpaskudniejszą wojenkę stulecia". W owych czasach, przed Wietnamem, miano to bezdyskusyjnie jej przysługiwało. W koreańskim teatrze wojny służyło 1 319 000 Amerykanów, 33 629 nie powróciło. Dalszych 105 785 zostało rannych. 45% strat wojska amerykańskie poniosły już po rozpoczęciu pierwszych negocjacji z komunistami o zawieszeniu broni. Żołnierzy południowokoreańskich zginęło 415 000, 429 000 odniosło rany. Wspólnota Brytyjska -Wielka Brytania, Kanada, Australia i Nowa Zelandia - straciła 1263 zabitych, 4817 żołnierzy było rannych. Belgia, Kolumbia, Etiopia, Francja, Grecja, Holandia, Filipiny, Tajlandia i Turcja w sumie straciły 1800 żołnierzy, 7000 było rannych, z czego niemal połowa to Turcy. Amerykanie szacowali, że zmarło ponad półtora miliona Chińczyków i północnych Koreańczyków. Nawet jeśli te szacunki są przesadzone, można przyjąć, że Chiny straciły co najmniej pół miliona żołnierzy, biorąc pod uwagę sposób, w jaki prowadziły wojnę. Mało kto, jakiejkolwiek narodowości, 4 lata wcześniej powiedziałby, że ten jałowy półwysep wart jest ofiary życia choćby ułamka tej liczby ludzi.