Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Adam Zamoyski

1812. Wojna z Rosją - 2  

2007

 

(...)

 

Droga do Berezyny.

Pierwszy etap powrotu spod Moskwy, wiodący z Małojarosławca do Smoleńska, okazał się katastrofalny, bo odwrót był pod każdym względem fatalnie przygotowany, a pojawienie się mrozów 6 listopada zaskoczyło wszystkich jego uczestników. W ciągu następnych trzech czy czterech dni, podczas których wycofujące się kolumny z trudem dążyły do Smoleńska, straciły życie dziesiątki tysięcy ludzi i koni. Przyczyną ich śmierci były zarówno niedożywienie i fizyczne lub psychiczne wyczerpanie, jak i hipotermia. Temperatura wahała się od minus 5 stopni do niewiele poniżej minus 12 stopni Celsjusza, co dla właściwie zorganizowanej armii nie stanowiłoby żadnego problemu.

Choć temperatura spadła drastycznie podczas pobytu w Smoleńsku, ten krótki postój dał żołnierzom szansę dostosowania się do warunków atmosferycznych. Zrobili, co mogli, by stosowniej się ubrać, wyrzucili najbardziej nieporęczną część łupów, z którymi wyruszyli z Moskwy, i w większości podjęli próby zdobycia prywatnych zapasów żywności i napojów. Pierwsze trudy zabiły najmniej odpornych i skłoniły ludzi o słabej woli do oddania się w ręce Rosjan; ci, którzy kontynuowali marsz, należeli do najbardziej zdeterminowanych i najsilniejszych. Przyzwyczajali się powoli do mrozów oraz do braku jedzenia i z każdym dniem nabierali większej odporności.

Następny etap odwrotu, pięciodniowy marsz ze Smoleńska do Orszy, odbywał się w o wiele trudniejszych warunkach niż pierwszy. Temperatura wahała się od minus 15 stopni do minus 25 stopni Celsjusza, a regularne oddziały rosyjskie nękały na każdym kroku wycofujących się żołnierzy. Kulminacyjnym punktem tego etapu były walki pod Krasnem, podczas których każda jednostka musiała przejść trudną próbę. I choć Francuzi wyszli na ogół z tych prób zwycięsko, pięciodniowe walki odebrały Armii Moskwy znaczną część sił. Być może aż 10 tysięcy najlepszych żołnierzy zginęło lub odniosło rany, ponad 20 tysięcy (w tym wielu cywilów) dostało się do niewoli. Francuzi stracili też ponad 200 dział.

Po wymarszu z Orszy i rozpoczęciu następnego etapu odwrotu resztki Armii Moskwy nie były nękane przez regularne siły rosyjskie. Na maruderów napadali jednak wszechobecni kozacy. Atakowały ich też oddziały Dawidowa, Fignera i Siesławina, a nawet bandy francuskich dezerterów, którzy osiedli w tym rejonie kraju i wycofywali się teraz równocześnie z armią. Warunki nadal były trudne, a zmęczenie i niepewność jutra osłabiały wolę. Mimo to część Francuzów posuwała się naprzód, wykazując zdumiewającą odporność.

Wyruszali w drogę o pierwszym brzasku, gdyż krótkie w tym północnym regionie Europy zimowe dni ograniczały czas marszu. "Zawsze pospiesznie opuszczaliśmy zmrożone biwaki, na których spędziliśmy noc, a nadzieja na znalezienie bardziej wygodnej kwatery następnego wieczoru dawała nam siłę pozwalającą znosić trudy dnia - twierdził pułkownik Griois. - Ta nadzieja na poprawę sytuacji, do której nigdy nie doszło, przez niemal dwa miesiące chroniła nas przed śmiercią z wyczerpania".

"Maszerowaliśmy w milczeniu; słyszało się tylko uderzenia batów o grzbiety koni i częste przekleństwa woźniców, kiedy natrafiali na oblodzone wzniesienia, na które nie byli w stanie się wspiąć - pisał Cesare de Laugier po wyjeździe ze Smoleńska. - Cała droga jest pokryta porzuconymi lawetami, powozami i działami; nikomu nie przyszło do głowy wysadzić ich w powietrze, spalić lub zagwoździć. Tu i ówdzie leżą zdychające konie, części uzbrojenia, wszelkiego rodzaju przedmioty; połamane, otwarte skrzynie i rozprute torby znaczą drogę idących przed nami. Widzimy też drzewa, u których stóp nasi ludzie usiłowali rozpalić ogniska. Wokół ich pni, zamienionych w nagrobne posągi, leżą ciała tych, którzy umarli, starając się trochę ogrzać. Na każdym kroku widać zwłoki. Furmani powożący wozami, pragnąc wyrównać drogę, używają ich do zatykania dziur i rowów. Początkowo dostawaliśmy dreszczy na widok takich praktyk, ale rychło stały się one dla nas chlebem powszednim".

"Z pochyloną głową, z rękami schowanymi głęboko pod mundurem i oczyma utkwionymi w ziemię każdy z nas w posępnym milczeniu wlókł się za nieszczęśnikiem idącym przed nim - wspominał Adrien de Mailly. - Jedynymi dźwiękami, jakie słyszeliśmy, było żałosne skrzypienie kół na stwardniałym śniegu i krakanie stad wron, gawronów oraz innych drapieżnych ptaków, które zawsze podążały za naszą armią". B.T. Duverger, płatnik dywizji Compans'a, opisuje podobną scenę. W Krasnem usiłował sprzedać obrazy zrabowane w Moskwie i schludnie pozwijane w rulony, ale nie było na nie chętnych, więc wrzucił je do śniegu obok kolekcji pięknie oprawionych w czerwony marokin książek, które próbował spieniężyć jego przyjaciel. Potem apatycznie ruszył za tłumem kolegów. "Nie byłem ani wesoły, ani smutny - napisał. - Stałem się całkowicie obojętny na okoliczności i postanowiłem zaakceptować wszystko, co gotuje mi przeznaczenie".

Poruszając się powoli, nie pokonywali wielkich odległości. Musieli przygotowywać sobie szałasy i ogniska na noc, nie sypiali więc długo. Ich odpoczynek przerywany był zresztą przez konieczność podtrzymywania ognisk lub poruszania się, by nie zamarznąć. Doktor Heinrich Roos odnotował, że młodzi żołnierze, którzy potrzebowali więcej snu, bardzo cierpieli z powodu jego braku, a kiedy nadszedł czas odpoczynku, zasypiali tak głęboko, że częściej zamarzali na swych legowiskach niż ich starsi koledzy.

Nie szczędzono wysiłków, by utrzymać spójność armii i skłonić żołnierzy do pozostania pod sztandarami swych jednostek. Kiedy dowództwo danego pułku zatrzymywało się na noc, dobosze zaczynali grać ustalony sygnał. "Te uderzenia w bębny, stłumione, ale słyszalne z dużej odległości, były na zmianę to szybsze, to wolniejsze i tworzyły rytmiczną melodię, która wryła się w pamięć piechurów równie głęboko jak dźwięki kościelnego dzwonu w uszy mieszkańców wioski - twierdził porucznik Paul de Bourgoing z młodej gwardii. - W czasie wojny jedyną parafią żołnierza jest jego pułk, a jedyną wieżą kościelną - jego sztandar; kiedy zagubiony w ciemnościach nocy, narażony na każdym kroku na spotkanie z nieprzyjacielskim patrolem lub oddziałem wojsk, usłyszy z daleka znany mu dźwięk bębnów, czuje się tak, jakby z oddali, z mroku, wzywał go przyjazny głos".

Rozsądni żołnierze zdali sobie sprawę, że największe szansę przeżycia zapewnia im pozostanie w oddziale, więc nawet kiedy jakiś pułk ulegał niemal całkowitemu zniszczeniu, jego resztki - czasem złożone tylko z kilku lub kilkunastu ludzi - gromadziły się wokół dowódcy i sztandaru. Kiedy liczba tych, którzy przeżyli, była jeszcze mniejsza, starali się z reguły zabezpieczyć sztandar. Doktor La Flise widział, jak garstka oficerów i żołnierzy 84. pułku piechoty liniowej, którzy przetrwali walki pod Krasnem, odkręciła orła od szczytu drzewca, owinęła go starannie i przytroczyła do plecaka dowódcy pułku. Następnie żołnierze zdjęli i złożyli sztandar, a pułkownik ukrył go na piersiach pod swym mundurem. Później objęli się ceremonialnie i otoczywszy swego dowódcę, ruszyli w dalszą drogę.

Nawet kawalerzyści, którzy stracili konie i musieli podążać za armią piechotą, robili wszystko co w ich mocy, by dołączać do swych niespieszonych kolegów na miejscach nocnego odpoczynku, choć wymagało to nieraz nadludzkich wysiłków. Wiedzieli bowiem, że znajdą w ich gronie wsparcie, zarówno fizyczne, jak i duchowe. Niektóre jednostki kawalerii odłączały się od głównej kolumny i maszerowały równolegle do głównej drogi, gdyż ułatwiało im to zachowanie zwartości szyku. Generał Hammerstein sprowadził z traktu pozostałą przy życiu setkę swych westfalskich kawalerzystów i dzięki temu nie dopuścił do ich rozproszenia.

Sierżant Bourgogne, który po Krasnem dostał gorączki i pozostał z tyłu za swym oddziałem, stanowi dobry przykład tego, co mogło spotkać maruderów. Odkrył nagle, że jest na drodze sam, w odstępie między maszerującymi eszelonami, i choć miał tyle szczęścia, że nie napotkał kozaków, widział zwłoki wielu ludzi, którzy najwyraźniej właśnie zostali zabici i obdarci ze wszystkiego, co mieli. Kiedy nadeszła zadymka, stracił orientację i brnął bezradnie przez głęboki śnieg, potykając się o ciała ludzi i koni. Był wygłodzony, ale nie mógł odkroić ani kawałka z mijanych po drodze końskich zwłok, bo wszystkie zamarzały na kamień, więc musiał się zadowalać garściami śniegu nasiąkniętego końską krwią. Wkrótce stał się skowyczącym ludzkim wrakiem i byłby niechybnie stracił życie, gdyby nie został uratowany przez kolegę.

Nawet niewielkie luki między maszerującymi kolumnami były niebezpieczne, bo czający się kozacy mogli uderzyć w każdej sytuacji, jeśli niczym im to nie groziło. Furgon, który musiał się zatrzymać celem naprawienia zerwanej uprzęży, był w praktyce stracony, gdy nie zdążył usunąć usterki, zanim minęła go tylna część kolumny, w której się posuwał. W ręce kozaków wpadali też pojedynczy żołnierze lub nieliczne grupy zatrzymujące się, by porąbać nieżywego konia lub rozpalić ognisko.

W drugim miesiącu odwrotu los jeńców stawał się coraz bardziej okropny. W chwili pojmania byli doszczętnie ograbiani. Spora liczba nieregularnych kozaków w ogóle nie interesowała się wojną, traktując ją tylko jako okazję do rabowania, zatem zabierała jeńcom wszystko, co mogło mieć jakąkolwiek wartość. Pod koniec kampanii widywało się kozaków obwieszonych dziesiątkami kieszonkowych zegarków, ubranych w galowe mundury i płaszcze oraz ozdobne, jaskrawe kapelusze. Na ich ramionach błyszczały kosztowne epolety, a z kulbak zwisały wszelkiego rodzaju łupy. W bagażach porzuconych pod Krasnem pewien kozak znalazł mundur Neya i natychmiast zaczął go nosić. Od tej pory francuskie pikiety miały od czasu do czasu okazję oglądać zarośniętego człowieka w mundurze marszałka Francji, który zbliżał się do nich na kozackim koniku, pokazywał im język, a potem galopem odjeżdżał.

Regularni kozacy, członkowie milicji, a nawet żołnierze liniowi i oficerowie też uważali wojnę za wyjątkową okazję do zarobku. Nie mogąc dźwigać nieporęcznych łupów, zadowalali się gotówką i kosztownościami. Kiedy więc Francuzi poddawali się regularnym oddziałom rosyjskim, rabowano im tylko pieniądze i cenne przedmioty. Stanowiło to jednak niewielką pociechę, bo gdy przekazano ich kozakom, którzy z reguły eskortowali jeńców w głąb Rosji, odbierali im oni całą resztę dobytku.

Podporucznik Pierre Auvray z 22. pułku dragonów i czterej jego towarzysze nie nadążyli za maszerującą kolumną i zostali pojmani przez kozaków. "Najpierw zabrali mojego konia, który - ocalony szczęśliwie przed dolegliwościami zimy - dźwigał nasze osobiste rzeczy - pisał podporucznik. - Zrabowali nasze bagaże i wzięli moją walizkę, w której miałem kosztowną bieliznę i pudełeczko z pozyskanymi w Moskwie klejnotami. Potem nas przeszukali, a gdy nie znaleźli przy mnie pieniędzy, doszli do wniosku, że musiałem ukryć najcenniejsze dla nich skarby w bandażach osłaniających ranę. Zdarli więc wszystkie opatrunki tak brutalnie, że poczułem straszliwy ból. Moje cierpienie nie zmiękczyło jednak ich serc, bo rozebrali nas i pobili drzewcami lanc. Pozostawaliśmy w tym okropnym położeniu przez dłuższy czas, znosząc męki wywołane przez śnieg i lodowaty klimat, dopóki kozacy nie uciekli na widok zbliżającego się oddziału francuskiego".

Major Henri Everts z 33. pułku lekkiej piechoty korpusu Davouta dostał się pod Krasnem do niewoli. Rosyjska piechota, której się poddał, rozebrała go do naga jeszcze na polu walki i odebrała mu wszystkie cenne przedmioty, bijąc się o jego zegarek. Kiedy on i inni oficerowie zostali przyprowadzeni do rosyjskiego obozu, poskarżyli się jakiemuś oficerowi. Generał Rosen znalazł wtedy dla niego płaszcz i poczęstował go na pociechę alkoholem. Następnego dnia kolumna jeńców wyruszyła do prowincjonalnego miasteczka, w którym mieli być przetrzymywani, ale z 3 400 ludzi doszło do celu nie więcej niż 400. Eskortujący ich kozacy nie dawali im nic do jedzenia, a kiedy zatrzymywali się na noc, pozwalali miejscowym chłopom dręczyć jeńców na różne sposoby.

Pułkownik Auguste Breton, jeden z adiutantów Neya, też trafił do niewoli pod Krasnem, a wcześniej został ranny. Miał jednak szczęście, bo świadkiem jego pojmania był Miłoradowicz. Rosyjski generał osobiście opatrzył mu ranę, a potem wysłał go do kwatery głównej Kutuzowa, który potraktował jeńca bardzo przyjaźnie. Gdy tylko opuścił tę kwaterę, on sam i jego koledzy zostali rozebrani i obrabowani przez eskortujących ich kozaków; zabrali oni przeznaczone dla jeńców pieniądze, dawali im mało jedzenia i dopuszczali się dla przyjemności aktów niczym nieuzasadnionego okrucieństwa - na przykład nie pozwalali im pić, gdy dotarli do strumienia, lub zabraniali rozpalania ognisk w nocy. Więźniów zmuszano do forsownego marszu, a kiedy któryś z nich zatrzymał się, by zawiązać getry lub załatwić potrzebę naturalną, był bity, jeśli zaś nie dołączył dość szybko do kolumny, nawet zabijany. Gdy tylko wyszli ze strefy objętej wojną, zaczęli czasem dostawać jedzenie i odzież od współczujących im właścicieli ziemskich, a nawet od chłopów, ale członkowie eskorty często im wszystko odbierali. Z konwoju liczącego 800 ludzi w czerwcu 1813 roku pozostało przy życiu tylko 16.

Los jeńców był z reguły tym gorszy, im później trafili do niewoli. Kiedy mrozy stały się bardziej intensywne, kozacy dla rozrywki całkowicie rozbierali więźniów oraz maruderów i zostawiali ich nagich na śnieżnym bezludziu. Procent tych, którzy przeżywali, nigdy nie należał do wysokich, ale obniżył się znacznie w ostatnim okresie odwrotu, gdyż jeńcy byli wtedy słabsi, a Rosjanie dysponowali mniejszymi zasobami kwater i żywności. Im dalej na zachód zostali pojmani, tym dłużej maszerowali na miejsce uwięzienia, leżące przeważnie w głębi Rosji.

Dla wielu jeńców jedyną szansę uratowania życia stanowiło nawiązanie kontaktów, dzięki którym uniknęliby marszu w regularnym konwoju. L.G. de Puybusque został niedaleko Orszy ujęty przez żołnierzy Płatowa. Płatow podziwiał śmiałą ucieczkę Neya (i był w głębi duszy zachwycony, że zrobił on durnia z Miłoradowicza), więc dobrze traktował swego jeńca. Szczęśliwym dla siebie zrządzeniem losu, trafił on potem do kwatery głównej Jermołowa. "Poznałem go na paryskich salonach - wspominał Puybusque. - I choć z rozkazu naszych władców zostaliśmy nieprzyjaciółmi, a ja znalazłem się wśród pokonanych, on pierwszy przypomniał mi okoliczności, w jakich przedstawiono nas sobie, choć liczni ludzie udawaliby w tej sytuacji, że tego nie pamiętają. Jeśli dawał mi odczuć rozmiary swej władzy, to tylko poprzez wydawanie licznych rozkazów mających zapewnić mi wszystkie korzyści płynące z jego hojnej gościnności i zaspokoić wszystkie potrzeby, moje i mojego towarzysza niedoli".

Generał Pouget, francuski gubernator wojskowy Witebska, miał to szczęście, że dostał się do niewoli niedaleko od tej miejscowości. Choć więc kozacy obrabowali go i pobili zaraz po ujęciu, wkrótce potem odesłali go do miasta, gdzie mieszkańcy, których podczas swych rządów traktował łagodnie i sprawiedliwie, wstawili się za nim i odzyskali większość jego dobytku.

Dla pozostających w armii największe zagrożenie stanowił teraz mróz, który na każdym szczeblu potęgował ich problemy. Szczęśliwcy dysponujący koniem lub powozem nie mogli z nich korzystać bez przerwy; musieli co jakiś czas zsiadać i iść na piechotę, by przyspieszyć krążenie krwi. Nawierzchnia drogi, rozdeptana i rozmiękła w ciągu cieplejszych dni, wyglądała teraz jak przerażający tor przeszkód grożący co krok skręceniem nogi. Zamarznięte koleiny zamieniły się w głębokie rowy, których ostre krawędzie przecinały stopy i znoszone buty żołnierzy.

Niespodziewaną konsekwencją silnego mrozu był brak wody. Aby przyrządzić sobie coś do picia, musiało się topić lód nad ogniem, co wymagało rozpalenia ogniska i zdobycia odpowiedniego naczynia, więc narażało żołnierzy na spory wysiłek. Cierpiącym na odwodnienie ludziom i koniom groziło osłabienie, a w jego konsekwencji śmierć. Niebezpieczeństwo było tym poważniejsze, że przy tej temperaturze nikt nie spodziewał się odwodnienia organizmu.

Mróz komplikował wszystkie czynności. Zgrabiałe palce były mniej sprawne, co utrudniało żołnierzom zmaganie się ze sztywnymi od zimna skórzanymi paskami, uprzężami i innymi częściami wyposażenia. Nawet podeszwy butów należało stopniowo rozmiękczać, bo w przeciwnym razie pękały. Ludzie, którzy schodzili na pobocze drogi i rozpinali spodnie, by spłacić dług naturze (co miało miejsce dość często, gdyż liczni spośród nich cierpieli na biegunkę), odkrywali z przerażeniem, że nie są w stanie ich na powrót zapiąć. "Widziałem wielu żołnierzy i oficerów, którzy nie potrafili zapiąć guzików od swych mundurów - pisał major Claude Le Roy. - Ja sam pomogłem się ubrać i pozapinać jednemu z tych nieszczęśników, który szlochał jak dziecko".

Inną konsekwencją zimna była plaga odmrożeń. Większość służących w Grande Armee żołnierzy pochodziła ze stref klimatycznych, w których zjawisko to jest zupełnie nieznane. Nie umieli zatem przedsięwziąć podstawowych środków ostrożności, rozpoznać objawów ani zareagować na nie we właściwy sposób. Usiłowali utrzymać we wnętrzach budynków jak najwyższą temperaturę lub rozgrzewać ręce i twarze przy ogniu, a potem wychodzili na mróz, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób odkryte części ich ciała stają się jeszcze bardziej wrażliwe. Kiedy poczuli drętwienie lub usłyszeli od kogoś, że ich nos stal się złowieszczo biały, szukali odruchowo ciepła we wnętrzach budynków lub biegli w kierunku ogniska. Wywoływało to natychmiastową gangrenę. Zaatakowane części ciała nabierały jaskrawopurpurowej barwy i odpadały, gdy cierpiący na odmrożenie żołnierz próbował je rozcierać. Jedynym sposobem uniknięcia takiej katastrofy jest energiczne nacieranie zagrożonych części śniegiem do chwili przywrócenia krążenia krwi, czemu towarzyszy ostry ból. Ale oprócz Polaków, Szwajcarów i niektórych Niemców wiedzieli o tym tylko nieliczni żołnierze Grande Armee, co miało straszliwe konsekwencje. "Aby rozbawić znajome damy, możesz im powiedzieć, że zapewne połowa zaprzyjaźnionych z nimi mężczyzn wróci bez nosów lub uszu" - pisał do żony wicekról Włoch Eugeniusz. Nie był to bynajmniej stosowny temat do żartów.

Kapitan Francois patrzył z niedowierzaniem, jak jeden z jego przyjaciół odwija stopy z zaimprowizowanych onucy przed ułożeniem się na nocny spoczynek. "Kiedy usunął sukno i skórę, którymi były owinięte, od jego nogi odpadły trzy palce - pisał. - Potem zdjął szmaty z drugiej stopy, chwycił się za wielki palec, wygiął go i oderwał, nie czując żadnego bólu". Człowiek, który stracił wszystkie palce u obu nóg, nie był w stanie iść bez pomocy. Kiedy postradał palce u rąk, nie tylko nie mógł posługiwać się bronią, lecz nie miał możliwości zapewnienia sobie jakiegokolwiek pożywienia. Mógł tylko szarpać zębami końskie trupy i wysysać z nich krew.

Niskie temperatury uniemożliwiały nawet i to. Konie, które dotąd przeżyły, jedząc korę drzew oraz wystające spod śnieżnej pokrywy krzaki lub chwasty i żując śnieg w braku wody, nie potrafiły odrywać zamarzniętej kory ani kruszyć lodu, więc zdychały tysiącami. Martwy koń stawał się jednak w ciągu kilku minut twardy jak skała, a krojenie go było niemożliwe. Aby więc zaopatrzyć się w kawałek mięsa, należało znaleźć takiego, który nadal żył.

Stąd był już tylko krok do wcinania steków z końskiego zadu, kiedy właściciel tego nie widział. Zwierzęta nie czuły bólu z powodu zimna, a ich krew natychmiast zamarzała. Mogły przeżyć z takimi nacięciami wiele dni, ale w końcu rany zaczynały gnić i wydzielać ropę, która również zamarzała. Można też było przeciąć koniowi żyłę i ssać jego krew albo zebrać ją do jakiegoś naczynia i ugotować wraz ze stopionym śniegiem, by zwiększyć wartość odżywczą jałowej papki. Niektórzy wycinali i pożerali języki żyjących jeszcze koni. Jednak najbardziej pożywną strawę pozyskiwało się, rozcinając brzuch konia i wyrywając z niego serce i wątrobę, dopóki były one jeszcze ciepłe. Los ten coraz częściej przypada! w udziale tym zwierzętom, które nie mogły iść dalej i zostały porzucone przez właścicieli.

Odkąd wycofująca się armia minęła Łady, znalazła się na terytorium dawnej Polski, co oznaczało, że miasta i wioski były zamieszkane. Nawet w tych trudnych czasach wszędobylscy żydowscy kupcy potrafili zdobyć niezbędne do życia produkty - ale za określoną cenę. Mieszkańcy zaś bali się przyjmować przedmioty, które mogłyby później narazić ich na represje ze strony Rosjan.

Większość walut straciła wartość. Doktor Heinrich Roos zapamiętał jakiegoś wirtemberskiego żołnierza, który siedział pod Orszą na poboczu drogi, trzymając na kolanach bryłę srebra i błagając, by ktoś wymienił ją na najmniejszy chociaż skrawek czegoś do jedzenia. Nikt jednak nie chciał rozstać się z życiodajnymi racjami w zamian za ciężki kawał kruszcu, który mógł nabrać wartości dopiero po powrocie do kraju. Jedyną reakcją przechodzących obok żołnierzy był potok okrutnych żartów. Nawet ostatnia ucieczka kobiet - prostytucja - okazywała się w tych warunkach pozbawiona wartości. "W moim zachowaniu nie było żadnych romantycznych intencji - stwierdził Boniface de Castellane, który dał jakiejś kobiecie kawałek czekolady. - Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni i każdy mówił, że wolałby butelkę kiepskiego bordeaux niż najpiękniejszą kobietę na kuli ziemskiej".

Ci, którym nie udało się pozostać przy swych jednostkach, a nie mieli pieniędzy, musieli kraść. Wobec straty tak wielu bagaży ich możliwości w tej dziedzinie były znacznie ograniczone, złodziejstwo zamieniało się więc często w rabunek z użyciem przemocy. Wielu ludzi straciło życie w walce o wątrobę konia, skórkę chleba lub odrobinę jakiegokolwiek innego pożywienia. Samotny żołnierz posiadający coś do zjedzenia starannie wybierał taki moment posiłku, żeby nikt go nie widział, gdyż w przeciwnym razie ktoś mógł wbić mu bagnet w plecy. Zanim jednak pułkownik Lubin Grios znalazł bezpieczną kryjówkę, aby zjeść piękny, mały, cudem zdobyty bochenek chleba, stał się on twardy jak kamień, więc zgrzytając bezradnie zębami o jego skórkę, szlochał z rozpaczy.

Poza jednostkami, które zachowały zwartość, zniknęło wszelkie poczucie braterstwa broni czy solidarności. Przedstawiciele różnych narodowości objawiali wobec siebie coraz większą wrogość; Niemcy przeklinali Francuzów, którzy wciągnęli ich do tej wojny, a Francuzi Polaków, którzy jakoby byli jej przyczyną. W walce o przetrwanie cudze życie nie miało żadnego znaczenia. "Częstokroć zajadła, wściekła tłuszcza strzelała do siebie nawzajem przy rabunku, przy nabieraniu furażu, za kwatery, za misę mleka, za koszulę, za wydeptane buty" - pisał porucznik Józef Krasiński.

Wszystko, co pozostawiono na moment bez dozoru, natychmiast znikało. Oficer, który szedł na piechotę, mając przerzucone przez ramię wodze swego konia, obejrzał się w pewnej chwili i stwierdził, że postronki zostały odcięte, a koń ukradziony. Śpiącym żołnierzom zabierano spod głów czapki i zrywano z nich płaszcze, którymi się przykrywali. Długotrwałość odwrotu i utrata bagaży sprawiły, że umundurowanie żołnierzy, od początku nieodpowiednie, osiągnęło stan krytyczny.

Niektórzy zamienili się w bezradne barany idące ślepo za stadem i niepotrafiące o siebie zadbać. Wieczorami stawali za plecami swych kolegów, którzy rozpalili ogniska i siedzieli wokół nich. "Niebawem przyginał ich ciężar zmęczenia, więc padali na kolana, siadali, a wreszcie nieświadomie kładli się na ziemi - pisał Louis Lejeune. - Ten ostatni moment był dla nich zwiastunem śmierci; spoglądali tępym wzrokiem w niebo, a ich wargi wykrzywiał grymas zadowolenia; można by pomyśleć, że boskie miłosierdzie łagodzi ich agonię, której objawem był epileptyczny ślinotok". Zaraz po śmierci któregoś z tych ludzi pojawiał się i siadał na jego zwłokach następny, a potem również tracił przytomność i umierał.

Obojętność na cierpienia innych stała się zjawiskiem powszechnym. Ze wspomnień Jeana Baptiste'a Ricome'a, dwudziestotrzyletniego sierżanta, wynika jasno, że na początku odwrotu odczuwał bolesne współczucie, słysząc krzyki umierających żołnierzy, którzy wzywali swoje matki, ale później przyzwyczaił się do nich i reagował na nie obojętnością. Walka o przetrwanie utwardziła serca nawet najbardziej życzliwych ludzi, zatem kiedy co słabsi ślizgali się na lodzie i upadali, ich towarzysze kontynuowali marsz. "Na początku udzielano im pomocy - pisał pułkownik Boulart - ale ponieważ ten sam los zagrażał wszystkim, a powtarzające się często upadki sugerowały, że próby ratowania tych ludzi są daremne, mijaliśmy owych nieszczęśników, leżących na lodzie i daremnie usiłujących się podnieść, a niekiedy w przedśmiertnym odruchu drapiących ziemię, i nie zatrzymywaliśmy się przy nich!".

"Ta kampania stała się tym bardziej przerażająca, że wpływała na naszą naturę, wyrabiając w nas przywary do tej pory nam obce" - pisał Eugene Labaume. Pewnego razu kilkuset ludzi stłoczyło się na noc w dużej stodole i rozpaliło w niej ogniska, od których zajęła się strzecha, a potem cała budowla. Ogień rozszerzał się tak błyskawicznie, że ocalało zaledwie około 20 żołnierzy; reszta zginęła, żegnana tylko - jak zauważył pułkownik Lejeune - wybuchami pocisków tkwiących w naładowanych muszkietach. Towarzysze, którzy pospieszyli na ratunek, mogli jedynie obserwować z przerażeniem całą scenę. Gdy jednak coś podobnego wydarzyło się po dwóch tygodniach, podchodzili tylko po to, by się ogrzać. Takie pożary były niekiedy celowo wzniecane przez pogrążonych w bezsilnej furii żołnierzy, którzy nie zdołali znaleźć schronienia, a ich koledzy stali wokół płonących budynków, grzali się przy ogniu i żartowali na temat jego temperatury.

Główna kwatera Davouta znalazła kiedyś pomieszczenie w dużej chłopskiej chacie na terenie opuszczonej wioski. Francuzi zajrzeli do stajni i odkryli w wyłożonym sianem żłobie trójkę porzuconych niemowląt, które przeraźliwie płakały z głodu. Pułkownik Lejeune poprosił służącego marszałka Davouta, by dał im coś do jedzenia, i jego polecenie zostało wykonane. Dzieci mimo to nadal płakały, nie pozwalając im spać. Lejeune zdołał zasnąć, a kiedy się obudził, była już pora wymarszu. Panowała cisza, więc nie pomyślał o dzieciach, lecz kiedy później tegoż dnia spytał o nie owego służącego, dowiedział się, że człowiek ten, nie mogąc dłużej znieść ich płaczu, skruszył siekierą lód na poidle dla koni i utopił je.

"Każdy, kto pozwalał sobie na wzruszenie wywołane potwornością scen, jakich był świadkiem, skazywał się na śmierć - twierdził kapitan Francois. - Natomiast ten, który zamknął swe serce na współczucie, znajdował siłę pozwalającą mu oprzeć się wszelkim przeciwnościom losu". Przetrwanie z pewnością wymagało nie tylko sił fizycznych, lecz również charakteru. "Nieliczni spośród nas, obdarzeni wyjątkowo silnym charakterem, wspartym młodością i mocną budową ciała, dawali odpór wszystkim okolicznościom, które sprzysięgły się, by nas zniszczyć, i wyszli z tego bez szwanku - pisał Louis Lagneau, chirurg służący w młodej gwardii. - Miałem trzydzieści dwa lata, byłem obdarzony znakomitym zdrowiem i przywykły do długich marszów, więc przeszedłem to wszystko bez żadnych nieszczęśliwych następstw".

Innym człowiekiem, który znosił to zadziwiająco dobrze, był Napoleon. Miał oczywiście tę przewagę, że korzystał z regularnych dostaw jedzenia i wina, nie wspominając o innych wygodach. Jadący przodem oficer wybierał zawsze odpowiednie miejsce na nocleg dla cesarza. Wskazany przez niego budynek - bez względu na to, czy był to zrujnowany dwór, czy chłopska chata - zostawał następnie przystosowany do jego potrzeb. Ustawiano w nim żelazne polowe łóżko, rozścielano na podłodze dywan i przynoszono necessaire zawierający brzytwy, szczotki i inne przybory toaletowe. Przygotowywano też - w tym samym pokoju, jeśli nie dało się znaleźć innego - zaimprowizowany cesarski gabinet. Oprócz przykrytego zielonym suknem stołu i skrzyni z podróżnym księgozbiorem były tam pudła zawierające mapy i przybory do pisania. Rozpakowywano też mały serwis, żeby cesarz mógł jeść na własnej zastawie.

"Znosił zimno z wielką odwagą - wspominał jego lokaj Constant - ale widać było, że działa ono na niego bardzo źle". Choć mógł zmieniać odzież i korzystać z zasobów swego nesesera, on również miał wszy. I mimo że jego polowe łóżko było wygodne, cierpiał na bezsenność, którą wywoływały niewątpliwie niepewność jutra i poczucie odpowiedzialności za armię. "Kiedy myślę o tych biednych żołnierzach, moje serce krwawi, ale mimo to nie mogę dla nich nic zrobić" - powiedział pewnego wieczoru do Rappa.

Ich wiara w cesarza pozostała niewzruszona. Liczni spośród nich narzekali i przeklinali go, niektórzy okazywali arogancję i niesubordynację oficerom, a nawet generałom, lecz kiedy zjawiał się Napoleon, zachowywali pełne szacunku milczenie. "Umierający żołnierze leżeli wzdłuż całej drogi, ale nigdy nie słyszałem, żeby któryś z nich się skarżył" - wspominał Caulaincourt. "Choć słusznie uważano tego człowieka za sprawcę wszystkich naszych nieszczęść i jedyną przyczynę naszej klęski - pisał doktor Rene Bourgeois, którego poglądy polityczne czyniły go zdecydowanym przeciwnikiem Napoleona - jego obecność nadal wywoływała entuzjazm i nie było nikogo, kto w razie potrzeby nie zasłoniłby go własnym ciałem lub nie oddał za niego życia". Stopień ich przywiązania dobrze ilustruje opowieść sierżanta Bourgogne'a, który widział, jak pewien oficer w towarzystwie dwóch grenadierów zjawił się na biwaku, prosząc o suche drewno dla Napoleona. "Wszyscy gorliwie oddawali najlepsze kawałki, jakie mieli; nawet umierający żołnierze unosili głowy i szeptali: »Weźcie to dla cesarza!«" - wspominał potem. Takie przywiązanie nie było co prawda powszechne. Kiedy Napoleon pragnął kiedyś zatrzymać swój powóz i rozgrzać się przy ognisku otoczonym przez jakichś maruderów, podszedł do nich pierwszy Caulaincourt, ale po krótkiej wymianie zdań wrócił i oznajmił, że zatrzymywanie się w tym miejscu nie jest dobrym pomysłem.

Płatnik Duverger, który nie brał udziału w walkach i nie czuł żołnierskiego przywiązania do swego szefa, przyznawał, że "jego prestiż, rodzaj aury, jaka otacza wielkich ludzi, całkowicie nas zaślepiał; wszyscy darzyli go zaufaniem i stosowali się do najmniejszych wskazań jego woli". Prawdą jest, że Napoleon stanowił dla nich uosobienie największej szansy wydostania się z katastrofalnej sytuacji. "Jego obecność wpływała elektryzująco na nasze zdeprymowane serca i była dla nas źródłem ostatniego przypływu energii - pisał kapitan Francois. - Widok naszego naczelnego wodza, idącego pośród nas, dzielącego nasze niedostatki, wywoływał chwilami entuzjazm przypominający bardziej zwycięskie czasy". Żołnierze i oficerowie, niezależnie od swej narodowości i politycznego stosunku do Napoleona, zdawali sobie sprawę, że tylko on potrafi utrzymać jedność resztek armii, że tylko on jest zdolny wyrwać ze szczęk klęski jakieś strzępy zwycięstwa.

Ale było w tym coś więcej. Pewien niemiecki oficer artylerii, od którego można było oczekiwać przekleństw pod adresem cudzoziemskiego tyrana i sprawcy jego nieszczęść, minąwszy kiedyś stojącego na poboczu drogi Napoleona, wyraził uczucia, które, choć zaskakujące, nie należały do odosobnionych. "Ten, kto widzi prawdziwą wielkość, opuszczoną przez fortunę, zapomina o własnych cierpieniach i troskach, więc czując na sobie jego wzrok, szliśmy w ponurym milczeniu, częściowo pogodzeni ze swym trudnym losem".

Segur szukał metafizycznego wyjaśnienia tego zjawiska. Twierdził, że żołnierze powinni byli obwiniać Napoleona, ale nie robili tego, ponieważ należał on do nich w takim samym stopniu, w jakim oni należeli do niego. Jego chwała była ich wspólną własnością; gdyby nadszarpnęli jego reputację, oskarżając go i odwracając się od niego, roztrwoniliby wspólny, nagromadzony na przestrzeni lat kapitał chwały, który był ich najcenniejszą własnością. Teorię tę zdaje się potwierdzać fakt, że nawet wzięci do niewoli żołnierze Grande Armee odmawiali powiedzenia choćby słowa przeciw Napoleonowi. Według generała Wilsona, "ani obietnicami, ani groźbami, ani prześladowaniami nie można ich było skłonić do potępienia cesarza czy do przyznania, że to on jest przyczyną ich nieszczęść i cierpień".

 

Berezyna. 22-29 listopada 1812. 

24 listopada Oudinot wysiał do Studzianki generała Aubry'ego z 750 saperami, którzy mieli zacząć konstruowanie podpór mostu, a sam na czele swych głównych sił ruszył w ślad za nimi następnego dnia wieczorem. Dołączył tam do nich generał Eble z 400 pontonierami, wśród których większość stanowili Holendrzy. Choć Napoleon jeszcze w Orszy kazał spalić most pontonowy eskortowany przez pontonierów, Eble bardzo rozsądnie zatrzymał sześć furgonów narzędzi, dwie kuźnie polowe i dwa wozy węgla drzewnego. Saperzy rozbierali drewniane domki we wsi Studzianka i przycinali piłami grube drewniane belki do odpowiedniej długości, a pontonierzy wykuwali gwoździe oraz klamry i budowali z belek podpory mostu.

Samo koryto Berezyny, głębokiej w tym miejscu na niecałe 2 metry, nie przekraczało 20 metrów szerokości, ale niskie i grząskie brzegi były poprzecinane płytkimi odnogami głównego nurtu rzeki, więc most należało z obu stron znacznie wydłużyć. Główny mankament wybranego miejsca przeprawy polegał na tym, że zachodni brzeg, pozostający w rękach Rosjan, wznosił się stromo w górę, umożliwiając im nękanie przekraczających rzekę wojsk ogniem artylerii.

Oudinot ulokował swych ludzi za niewielkim wzniesieniem, aby byli niewidoczni dla patrolujących zachodni brzeg kozaków, i kazał im pracować możliwie jak najciszej. Jednak kapitan Arnoldi, dowodzący rosyjską baterią polową, złożoną z 4 lekkich dział i skierowaną w okolice Studzianki przez generała Czaplica z poleceniem obserwowania ewentualnych punktów przeprawy, zauważył ruch Francuzów na przeciwległym brzegu. Wysłał zatem do swego przełożonego pilny meldunek, zawiadamiając go, że nieprzyjaciel przygotowuje się tam do przejścia przez Berezynę. Udało mu się przekonać Czaplica, który przybył na miejsce, by ten osobiście obejrzał teren, a potem wysłał posłańca do Cziczagowa.

Oudinot nie kładł się przez całą noc. Ponaglał swych saperów i pontonierów, nerwowo obserwując przeciwległy brzeg. "Krajobraz wyglądał bardzo interesująco; księżyc oświetlał lodowe kry na Berezynie, a za rzeką widzieliśmy kozacką pikietę, złożoną tylko z 4 ludzi - zanotował w swym dzienniku Francois Pils. Był on grenadierem w korpusie Oudinota, a w cywilnym życiu malarzem, co tłumaczy jego wrażliwość na obraz. - Zabarwione na czerwono chmury, odbijające płomienie ognisk w rosyjskim obozie, przesuwały się w oddali nad czubkami jodeł".

Ten przepiękny widok nie zrobił bynajmniej wrażenia na Neyu. "Nasza sytuacja jest beznadziejna - powiedział do Rappa. - Jeśli Napoleonowi uda się dziś z tego wybrnąć, to znaczy, że jest wcielonym diabłem". Murat i inni układali różne plany mające na celu uratowanie cesarza. Chcieli go wysłać w drogę z małym oddziałem polskiej jazdy, a sami bronić się na miejscu bohatersko do końca. "Wszyscy będziemy musieli umrzeć - oznajmił Murat. - Kapitulacja nie wchodzi w rachubę".

Wczesnym rankiem następnego dnia, 26 listopada, żołnierze siedzący przy ogniskach w rosyjskim obozie zaczęli się wycofywać, a 4 działa kapitana Arnoldiego zostały odwrócone i odciągnięte. Oudinot nie mógł uwierzyć własnym oczom. Napoleon, który dotarł do Studzianki nieco wcześniej, nie ukrywał zadowolenia. Kiedy zobaczył, że jego podstęp się udał, a Cziczagow został wyprowadzony w pole, jego oczy zalśniły z radości - twierdził Rapp.

Kazał pułkownikowi Jacqueminotowi zebrać szwadron polskich lansjerów oraz pewną liczbę szaserów, z których każdy miał posadzić za sobą na siodle jednego woltyżera, i przeprawić się przez rzekę brodem. Po przejściu na drugi brzeg jeźdźcy rozstawili się w tyralierę, a potem z pomocą woltyżerów przegnali pozostałych kozaków i opanowali zachodni brzeg. Kapitan Arnoldi, który zobaczył, że Francuzi ustawiają baterię 40 dział, mającą w zasięgu oba brzegi rzeki, wysłał przed wycofaniem się rozpaczliwy meldunek do kwatery głównej. Wyraził w nim przekonanie, że wybrali oni na przeprawę właśnie to miejsce. Chociaż Czaplic opóźnił wykonanie rozkazu odwrotu, nie ośmielił się go jednak otwarcie zignorować. Nie miał też dość rozsądku, by wysłać do Ziembina oddział kawalerii, który miałby za zadanie utrzymać lub w razie konieczności spalić tamtejsze mosty.

Wkrótce po wycofaniu się Rosjan, o godzinie ósmej, kapitan Benthien i jego holenderscy pontonierzy weszli do lodowatej wody i zaczęli ustawiać pierwsze podpory. Rozebrani do samych spodni, odważnie walczyli z silnym prądem, który niósł z sobą wielkie bloki lodu, dochodzące do 2 metrów szerokości. Pozwalano im pozostawać jednorazowo w wodzie tylko przez 15 minut, ale liczni spośród nich i tak padli ofiarą hipotermii. Obiecano im premię w wysokości 50 franków na osobę, ale z pewnością nie był to najważniejszy motyw, pobudzający ich do działania. "Wchodzili po szyję do wody, z odwagą, dla której nie można znaleźć przykładu w dziejach - zanotował grenadier Pils. - Niektórzy padli martwi i zniknęli, zniesieni przez prąd, ale widok tak straszliwego końca nie osłabiał energii ich towarzyszy. Cesarz obserwował tych bohaterów, nie opuszczając brzegu rzeki; obok niego stali marszałek [Oudinot], książę Murat i inni generałowie, a książę Neuchatel [Berthier] siedział na śniegu, pisząc listy i rozkazy dla armii".

"W tym decydującym momencie Napoleon odzyskał całą charakterystyczną dla siebie energię i wzniosłość" - wspominał podpułkownik de Baudus. Istnieją przekazy, według których wydawał się załamany, a tu i ówdzie powraca również opowieść o wydanym przez niego pod wpływem desperacji rozkazie spalenia wszystkich orłów gwardii. Większość świadków zgodnie jednak stwierdza, że w tej niezwykle napiętej sytuacji przejawiał zdumiewające opanowanie i nie tylko nie kazał palić orłów, lecz zachęcał żołnierzy do gromadzenia się wokół nich, gdyż chciał nadać swej armii wygląd zorganizowanej siły bojowej. Gdy stał na brzegu, obserwując pracę pontonierów, wydał się niektórym członkom swego otoczenia niezbyt przejęty tym, co się działo wokół niego.

Takie wrażenie odniósł między innymi major Grunberg, kawalerzysta z Wirtembergii, który przechodził w polu widzenia Napoleona, niosąc owiniętą w poły płaszcza swoją ulubioną charcicę. Cesarz zawołał go i spytał, czy zechciałby mu ją sprzedać. Grunberg odparł, że jest ona jego starą towarzyszką broni i nigdy jej nie sprzeda, ale jeśli Jego Cesarska Mość wyrazi takie życzenie, gotów jest mu ją oddać. Wzruszony tą odpowiedzią Napoleon oznajmił, że za nic na świecie nie mógłby go pozbawiać tak bliskiego przyjaciela.

Most został ukończony około południa. Miał nieco ponad 100 metrów długości i 4 metry szerokości. Podtrzymywały go 23 podpory w wysokości 1-3 metrów. Wobec braku dostatecznej ilości desek, na okrągłe pnie, tworzące nawierzchnię, położono cienkie gonty zdjęte z domów w Studziance, a potem przykryto je korą, gałęziami i słomą. "Jako dzieło sztuki budowlanej ten most miał z pewnością wiele niedostatków - napisał kapitan Brandt. - Kiedy jednak weźmie się pod uwagę warunki, w jakich był wznoszony, i pomyśli, że uratował on honor Francji od straszliwej katastrofy, że każde życie poświęcone przy jego budowie oznaczało życie i wolność tysięcy, trzeba uznać, iż postawienie go było najbardziej godnym podziwu dziełem tej wojny, a być może wszystkich wojen".

Napoleon, który stojąc na brzegu, szybko przełknął podany mu na śniadanie kotlet, podszedł do wejścia na most i zbliżył się do marszałka Oudinota przygotowującego swych żołnierzy do przeprawy. "Nie przechodźcie jeszcze, Oudinot - zawołał do niego - bo możecie zostać pojmani". Oudinot wskazał ruchem ręki zgromadzonych wokół niego żołnierzy i odpowiedział: "W ich otoczeniu niczego się nie boje, sire!". Potem poprowadził na drugą stronę swój korpus przy akompaniamencie okrzyków "Vive l'Empereur!", wznoszonych z zapałem, jakiego nie słyszało się ostatnio zbyt często w obecności cesarza. Skręcił w lewo i zaczął rozstawiać swych żołnierzy na południe od przeprawy, aby odeprzeć ewentualny atak Cziczagowa. Wkrótce zniknęli oni w śniegu, który znowu zaczął padać.

Tymczasem kapitan Busch wraz z innym zespołem holenderskich pontonierów pracował nad drugim mostem, położonym o 50 metrów niżej od pierwszego. Zbudowano go na bardziej masywnych podporach, a jego nawierzchnię tworzyły gładkie, okrągłe pnie. Był przeznaczony dla artylerii i pojazdów z bagażami, a został ukończony około czwartej po południu.

Podczas gdy żołnierze nadal szli w szyku po lżejszym moście, artyleria Oudinota, a za nią artyleria gwardii i główny park artyleryjski zaczęły przejeżdżać po drugim. O godzinie ósmej tego wieczoru dwie podpory cięższego mostu zapadły się w muliste dno rzeki, więc pontonierzy musieli odejść od ognisk, zdjąć ubrania i znowu wejść do wody. Most został ponownie otwarty o jedenastej, ale o drugiej nad ranem 27 listopada runęły trzy następne podpory, tym razem stojące w najgłębszym punkcie rzeki. Ludzie Benthiena ponownie opuścili schronienie, które znaleźli sobie na noc, i weszli do wody. Po czterech godzinach, o szóstej rano, most znowu był czynny.

Grande Armee przechodziła stopniowo na drugą stronę Berezyny przez cały następny dzień, w lekko padającym śniegu. O brzasku zaczęła się przeprawiać gwardia, potem Napoleon ze sztabem i wyposażeniem cesarskiej kwatery, później Davout, Ney i Murat z resztkami swych korpusów, a na końcu, wieczorem, wicekról Eugeniusz na czele kilkuset pozostałych przy życiu Włochów z 4. korpusu. Most był zawieszony nisko, tuż nad powierzchnią wody, i lekko się kołysał, żołnierze przechodzili więc na piechotę, prowadząc konie za uzdę. Nawierzchnia z gałęzi i słomy musiała być co jakiś czas na nowo umacniana przez saperów. Mimo to most zapadł się w kilku miejscach, a idącym po nim żołnierzom woda sięgała chwilami do kostek. Wobec ogromnej liczby ludzi i stanu mostu dochodziło na nim do przepychanek. Ludzie wpadali do wody, a konie przewracały się, powodując zatory, co z kolei prowadziło do bójek. Nie była to przyjemna przeprawa.

Tymczasem przez drugi most toczył się miarowy potok dział, lawet, furgonów z zaopatrzeniem i wszelkiego rodzaju pojazdów. O czwartej po południu nastąpiła dwugodzinna przerwa, bo pontonierzy musieli naprawić dwie dalsze uszkodzone podpory. Tutaj również dochodziło do zatorów i aktów przemocy. Most był usłany fragmentami sprzętu i ciałami, a liczne konie łamały nogi, które ugrzęzły między okrągłymi pniami tworzącymi nawierzchnię. Następne pojazdy, popychane z tyłu, przejeżdżały po miotających się zwierzętach, zamiast zaczekać, aż one same i ciągnięte przez nie wozy zostaną zepchnięte na bok. Jednak większość dział i sprzętu należącego do zorganizowanych jednostek, wozy ze skarbcem, furgony ze zdobytymi w Moskwie łupami Napoleona oraz zaskakująco liczne powozy oficerów przebrnęły szczęśliwie na drugą stronę. Madame Fusil, aktorka z Moskwy, przejechała przez rzekę stosunkowo wygodnie, w karecie marszałka Bessieresa.

Podejścia do mostów były strzeżone przez żandarmów, którzy wpuszczali tylko jednostki zdolne do boju, zatrzymując wszystkich maruderów, cywilów, a nawet rannych oficerów, podróżujących różnymi środkami lokomocji, i skazując ich na czekanie. Wszyscy ci ludzie zaczęli tłumnie przybywać nad rzekę późnym południem 27 listopada, blokując dostęp do mostu. Nie mogąc natychmiast przejść na drugą stronę, zatrzymali się, rozpalili ogniska i zaczęli gotować produkty, które udało im się znaleźć, wyłudzić lub ukraść.

9. korpus Victora również przybył późnym popołudniem i zajął pozycje, z których mógł w razie potrzeby bronić dostępu do mostów. Pragnąc wprowadzić Rosjan w błąd, Victor zostawił pod Borysowem jedną dywizję złożoną z około 4 tysięcy ludzi i dowodzoną przez generała Partouneaux. Miała ona dołączyć do jego wojsk pod osłoną nocy.

Przeważająca część armii była już po drugiej stronie, a więc wieczorem otwarto mosty dla maruderów, markietanek, rannych i cywilów. Większość z nich jednak, siedząc wygodnie przy ogniskach i widząc, że ich obóz jest chroniony przez żołnierzy Victora, nie skorzystała z tej okazji, woląc spędzić spokojną noc na miejscu postoju. Niektórzy nie mieli jednak wyboru. Markietanka 7. pułku lekkiej piechoty zaczęła tego wieczoru rodzić. "Cały pułk był głęboko poruszony i robił co mógł, by pomóc tej nieszczęsnej kobiecie; nie miała ona co jeść ani gdzie się schronić i leżała pod tym lodowatym niebem - pisał sierżant Bertrand. - Pułkownik [Romme] świecił przykładem. Nasi chirurdzy, pozbawieni sprzętu medycznego, ponieważ ich ambulans pozostawiono w Smoleńsku z powodu braku koni, otrzymali od żołnierzy koszule, chusty i wszystko, co udało się zebrać. Zauważyłem, że niedaleko nas mieści się park artyleryjski korpusu marszałka księcia de Bellune [Victora]. Pobiegłem tam i ukradłem koc, narzucony na grzbiet jednego z koni. Potem jak najszybciej wróciłem, by dać go Louise. Popełniłem grzech, ale wiedziałem, że Bóg mi wybaczy, zważywszy na moje motywy. Pojawiłem się tam w momencie, w którym nasza markietanka, leżąca pod starym dębem, wydała właśnie na świat zdrowego chłopczyka. Miałem go spotkać w roku 1818 jako młodego żołnierzyka Legii Aube".

Gdy żołnierze Grande Armee rozłożyli się na noc po obu stronach rzeki, zapanował wśród nich nastrój uderzającego spokoju, a nawet normalności. Główną tego przyczyną była oczywiście obecność cesarza, który w widoczny sposób przejął inicjatywę, budząc we wszystkich nadzieję na wielkie wydarzenia i wprawiając swych podkomendnych w dobry humor. "Nadal jesteśmy zdolni do żartów i zdrowego śmiechu" - zanotował Jean Marc Bussy, szwajcarski voltigeur siedzący z kolegami wokół ogniska na zachodnim brzegu rzeki. Trudno nie podziwiać jego postawy. "Kiedy zapadła noc, każdy z żołnierzy, mając za poduszkę swój plecak, położył się z karabinem w ręku na śniegu, który zastępował mu materac - pisał jego towarzysz broni Louis Begos z 2. pułku szwajcarskiego. - Wiał silny, lodowaty wiatr, więc wszyscy leżeli ciasno stłoczeni, by się wzajemnie ogrzewać".

...Wittgenstein, pragnąc niewątpliwie osłabić determinacje obrońców, ustawił niedaleko lewego skrzydła linii Victora silną baterię i zaczął ostrzeliwać leżący za nim teren wzdłuż brzegu rzeki. Były tam stłoczone tysiące ludzi, koni i pojazdów, zajmujące obszar o szerokości 400 metrów i długości l kilometra. Wkrótce po południu ten ogromny obóz został zasypany rosyjskimi pociskami, które wybuchały w tłumie, szerząc straszliwe spustoszenie. Zabijały lub kaleczyły ludzi oraz konie i roztrzaskiwały powozy, w wyniku czego w powietrzu unosiły się odłamki drewna i szkła. Dla wielu cywilów był to koniec drogi. Kapitan von Kurz obserwował z przerażeniem piękną młodą kobietę, która wiozła na koniu czteroletnią córeczkę. Kiedy rosyjski pocisk zabił konia i strzaskał matce udo, zdała sobie sprawę, że nie da rady jechać dalej, więc ucałowała czule swe dziecko i udusiła je zdjętą z nogi zakrwawioną podwiązką, a potem, trzymając dziewczynkę w ramionach, położyła się, by czekać na śmierć. Markietanka polskich szwoleżerów Baśka, gdy stwierdziła, że jej furgon utknął w ścisku, wyprzęgła z niego konia, przecinając uprząż, a potem dosiadła go i z małym synkiem na rękach wjechała do Berezyny. Minęła już połowę szerokości rzeki, gdy jej koń zaczął tonąć i poszedł na dno, zrzucając ją i syna do wody, z której tylko jej udało się wydostać na brzeg.

Wybuchła panika; wszyscy rzucili się na ślepo w kierunku mostów. Niektórzy przejeżdżali wozami i końmi po zwłokach ludzi i zwierząt, po wrakach powozów i porzuconych bagażach. Ludzie stłoczyli się przy wejściach na mosty jak stado spłoszonych owiec, zatem każdy rosyjski pocisk znajdował cel. Masakra trwała, dopóki Victor nie przypuścił ataku na rosyjskie baterie i nie zmusił ich do cofnięcia się.

Choć ostrzał ustal, nie zmniejszyło to naporu na przeprawy. Na mostach tłoczył się ściśnięty tłum ludzi, koni i pojazdów, stale prący do przodu, więc mimo woli tratujący tych, którzy stracili równowagę i upadli. "Każdy, kto osłabł i padł, nie miał już nigdy się podnieść, bo zostawał zadeptany i zmiażdżony. W tej zbitej masie nawet konie były tak ściśnięte, że przewracały się i, podobnie jak ludzie, nie mogły powstać na nogi - wspominał sierżant Thirion. - Usiłując się podźwignąć, potrącały ludzi, którzy, popychani z tyłu, nie byli w stanie ominąć przeszkody i padali, by nigdy więcej nie wstać".

Porucznik Carl von Suckow został oddzielony od swych rodaków z Wirtembergii i wessany przez tłum. "Ciągnięto mnie i popychano, a chwilami nawet niesiono - i wcale nie przesadzam - pisał. - Wiele razy zostałem dźwignięty w górę przez masę tłoczących się ludzi, którzy ściskali mnie tak mocno, że czułem się jak w imadle. Ziemia była usłana żywymi i martwymi ludźmi i końmi (...). Przez cały czas czułem, że stąpam po zwłokach; to prawda, że nie upadłem, ale tylko dlatego że nie mogłem, gdyż byłem ze wszystkich stron podtrzymywany przez ściskający mnie tłum. Nigdy nie przeżyłem czegoś równie przerażającego jak uczucie, którego doznawałem, depcząc po ciałach żywych jeszcze ludzi; chwytali mnie za nogi i paraliżowali moje ruchy, usiłując się podnieść. Jeszcze dziś pamiętam, co czułem tego dnia, stawiając stopę na kobiecie, która jeszcze żyła. Czułem ruchy jej ciała i słyszałem jej krzyk: »Och, zlitujcie się nade mną!«. Trzymała mnie za nogi, ale ja zostałem nagle silnie popchnięty z tyłu, uniesiony w powietrze i wyrwany z jej objęć". Przemieszczany na przemian w przód i w tył niedaleko wejścia na most, przeżył "pierwszy i jedyny moment rozpaczy w ciągu całej kampanii". W końcu chwycił za kołnierz jakiegoś potężnie zbudowanego kirasjera, który torował sobie drogę grubym kijem, i został przez niego wciągnięty na most, a potem przepchnięty na drugą stronę rzeki.

Ludzie, którzy ugrzęźli w tłoku, nie widzieli, co jest przed nimi, więc liczni spośród nich odkryli w pewnym momencie, że nie znajdują się na podejściu do mostu, lecz na brzegu rzeki. Z tyłu nadal napierał na nich gęsty tłum, zostawali wepchnięci do wody, usiłowali zatem dobrnąć do któregoś z mostów i wejść na niego z boku. Na mostach jednak panował równie wielki tłok, więc idący środkiem byli ściśnięci z obu stron, a ci, którzy zostali zepchnięci na boki, odwracali się twarzami na zewnątrz kolumny i napierali plecami na sąsiadów, by nie strącono ich do wody.

Niepełnosprawni nie mieli wielkich szans przetrwania - nawet ci, którzy ocaleli jakoś do tej pory, teraz przeważnie tracili życie. Pewien saski podoficer o nazwisku Bankenberg, któremu amputowano obie nogi po bitwie pod Borodinem, został uratowany w miejscowości Kołockoje przez swych towarzyszy broni. Przywiązywali go do konia, dzięki czemu przeżył mężnie wszystkie męki odwrotu, ale nad Berezyną stracili go z oczu.

Po południu Wittgenstein przypuścił drugi atak na pozycje obronne Victora i zmusił w końcu Badeńczyków do cofnięcia się, lecz Victor wysłał do boju brygadę księcia Bergu, złożoną z Niemców i Belgów, a potem całą swą pozostałą kawalerię. Jej oddział, w którym służyli hescy szwoleżerowie, badeńscy huzarzy i francuscy szaserzy, liczył nie więcej niż 350 ludzi, ale został poprowadzony do ataku przez pułkownika Laroche'a z taką szaleńczą odwagą, że rozgromił Rosjan. W wyniku kontrataku rosyjskiej kawalerii zginęli niemal wszyscy Niemcy, lecz francuskie linie obronne zostały ocalone, więc gdy zapadła noc, żołnierze Victora stali na tych samych pozycjach, które zajmowali tego ranka.

Liczni spośród nietracących nadziei na przeprawienie się przez rzekę zostali od niej odgrodzeni przez barykady z porzuconych pojazdów, martwych koni i ludzkich ciał. Kiedy zapadł zmrok, a walki ustały, oni również rozłożyli się na noc, licząc na to, że rano będzie im łatwiej dostać się na któryś z mostów.

Victor otrzymał rozkaz wycofania się, ale widząc wielką liczbę cywilów nadal przebywających na wschodnim brzegu rzeki, postanowił utrzymać swe stanowiska do świtu, aby dać im szansę przeprawy. Generał Eble ze swymi 150 pontonierami oczyścił mosty z ciał ludzi i koni oraz pojazdów, które zgromadziły się na nich podczas popołudniowej paniki. Chcąc odblokować podjazdy, wciągnęli na mosty liczne porzucone wehikuły, a potem zepchnęli je do wody. Wyprzęgli też i przeprowadzili na zachodni brzeg tyle pozostawionych koni, ile mogli. Aby odciągnąć lub przepchnąć unieruchomione powozy i furgony, musieli przenieść zwłoki żołnierzy i koni na pobocze i stworzyć coś w rodzaju wąwozu między dwoma stosami martwych ludzi i zwierząt.

O dziewiątej wieczorem Victor zaczął wysyłać na drugą stronę rzeki wybrane jednostki swych wojsk, wozy ze sprzętem oraz rannych. O pierwszej nad ranem 29 listopada miał już ze sobą na wschodnim brzegu tylko sieć rozstawionych pikiet i kilka kompanii piechoty. Zarówno on, jak generał Eble nakłaniali pozostałych maruderów do przeprawy, ostrzegając ich, że mosty zostaną spalone o pierwszym brzasku, ale większość tych ludzi była zbyt zmęczona lub zbyt apatyczna. "Nie wiedzieliśmy już, jak oceniać niebezpieczeństwo, i nie mieliśmy nawet tyle energii, żeby się go bać" - pisał pułkownik Griois, który pozostał przy ognisku w gronie kompanów z korpusu Grouchy'ego. Inni byli najwyraźniej zbyt pochłonięci swoimi zajęciami; chirurg Raymond Pontier przysięgał, że widział dwóch oficerów, którzy pojedynkowali się, zamiast przekraczać rzekę.

Około piątej rano Eble rozkazał swym ludziom, aby zaczęli podpalać wozy i pojazdy nadal zaśmiecające wschodni brzeg, budzić cywilów i wołać do nich, że mosty będą otwarte już tylko przez dwie godziny. Niektórzy wysłuchali tych wezwań, a o szóstej rano, kiedy Victor wycofał swoje pikiety i przeszedł na drugą stronę, pozostali zdali sobie sprawę, że nadeszła ich ostatnia szansa. Ruszyli więc tłumnie w kierunku mostów, popychając się i tłocząc. Sierżant Bourgogne, który wrócił, by się przekonać, czy nie napotka jakichś maruderów ze swego pułku, był świadkiem przerażających scen. Widział pewną markietankę, która chwyciwszy się rozpaczliwie swego męża trzymającego w ramionach dziecko, została zepchnięta do wody i wciągnęła za sobą całą rodzinę. Widział też, jak wóz wiozący rannego oficera spadł z mostu wraz z koniem i zniknął natychmiast pod lodową krą.

Eble otrzymał od Napoleona rozkaz podpalenia mostów o godzinie siódmej, gdy tylko przejdzie ostatni żołnierz Victora, ale nie chcąc zostawić na łasce nieprzyjaciela tak wielu rodaków, opóźnił jego wykonanie do godziny ósmej trzydzieści. Wtedy widziano już z zachodniego brzegu zbliżających się żołnierzy Wittgensteina oraz grupy kozaków, którzy penetrowali porzucone wozy i pojazdy w poszukiwaniu łupów. Gdy Eble podpalił mosty, niektórzy z przebywających na nich jeszcze ludzi usiłowali się przedzierać przez płomienie, inni skakali do wody, by przepłynąć ostatni odcinek rzeki, a setki zostały do niej zepchnięte przez napierający z tyłu tłum, niezdający sobie sprawy, że mosty prowadzą już donikąd.

Następnego dnia po odejściu Francuzów, wczesnym rankiem, przyjechał na miejsce przeprawy Cziczagow. On i jego otoczenie nigdy nie mieli zapomnieć tego ponurego widoku. "Ujrzeliśmy jakąś kobietę, która spadła i została uwięziona przez lód - wspominał kapitan Martos z jednostki inżynieryjnej, stojący obok Cziczagowa. - Jedno z jej ramion zostało wyrwane i zwisało tylko na żyle; w drugiej ręce trzymała dziecko, które obejmowało matkę oburącz za szyję. Kobieta nadal żyła, a jej pełen wyrazu wzrok był utkwiony w mężczyźnie, który spadł obok niej i zamarzł już na śmierć. Ich martwe dziecko leżało między nimi na lodzie".

Porucznik Louis de Rochechouart, francuski oficer służący w sztabie Cziczagowa, był głęboko wstrząśnięty. "Oglądaliśmy nieopisanie smutne i przygnębiające widowisko. Widzieliśmy stosy ciał, martwych mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci, żołnierzy wszelkich formacji i wszelkich narodowości, zamarzniętych, zmiażdżonych przez uciekinierów lub zabitych przez rosyjskie pociski; porzucone konie, powozy, działa, lawety, furgony. Nie można sobie wyobrazić bardziej przerażającego spektaklu niż widok tych dwóch załamanych mostów i zamarzniętej rzeki". Wieśniacy i kozacy przeszukiwali rozbite pojazdy i rozbierali ciała zabitych. "Widziałem jakąś nieszczęsną kobietę, siedzącą na krawędzi mostu; jej zwisające nogi zostały uwięzione przez lód. Przyciskała do piersi dziecko, zamarznięte od dwudziestu czterech godzin. Błagała mnie, bym je uratował, nie zdając sobie sprawy, że chce mi wręczyć zwłoki! Ona sama, mimo cierpień, nie umierała. Jakiś kozak wyświadczył jej przysługę i strzelił do niej z pistoletu, pragnąc położyć kres rozdzierającym serce mękom!". Wszędzie widziało się ledwie żywych ludzi, błagających o wzięcie ich do niewoli. "Monsieur, proszę mnie zabrać, umiem gotować, mogę być lokajem albo fryzjerem; na miłość Boską proszę mi dać kawałek chleba i strzęp materiału, którym mógłbym się okryć".

Rachuby dotyczące liczby żołnierzy pozostawionych na wschodnim brzegu rzeki bardzo się od siebie różnią. Gourgaud zbywa tę sprawę stwierdzeniem, że nie udało się przeprawić tylko 2 tysięcy maruderów i 3 dział. Chapelle ocenia ich liczbę na 4-5 tysięcy ludzi, 3-4 tysięcy koni i 600-700 pojazdów. Labaume, którego dane są z pewnością zawyżone, pisze o 20 tysiącach ludzi i 200 działach. Bardziej realistyczne wydają się dane Cziczagowa, który utrzymuje, że zginęło 9 tysięcy żołnierzy, a 7 tysięcy trafiło do niewoli. Większość specjalistów zgadza się obecnie, że Francuzi stracili w ciągu tych trzech dni na obu brzegach rzeki około 25 tysięcy ludzi (w tym aż 10 tysięcy maruderów niebiorących udziału w walkach), z czego jedna trzecia, a może nawet połowa, zginęła w akcji. Straty rosyjskie poniesione wyłącznie w bitwach wyniosły około 15 tysięcy ludzi.

Przeprawa przez Berezynę była według wszelkich kryteriów oceny wspaniałym wyczynem militarnym. Napoleon stanął na wysokości zadania i okazał się godny swej reputacji. Wybrnął z sytuacji, którą Clausewitz nazwał "jedną z najgorszych (...), w jakich znalazł się kiedykolwiek jakikolwiek dowódca". Jego żołnierze walczyli jak lwy. Był to jednak przede wszystkim triumf napoleońskiej Francji, która ze zbieraniny kilkudziesięciu narodowości potrafiła tworzyć armie górujące pod każdym względem nad armiami nieprzyjaciół, walczące inteligentnie, lojalnie i tak zajadle, jakby w tym momencie broniły własnych żon i dzieci. "Potęga jego intelektu i militarne przymioty jego armii, której nie mogły załamać nawet wszystkie spotykające ją nieszczęścia, raz jeszcze z woli przeznaczenia rozbłysły tu pełnym blaskiem" - jak ujął to Clausewitz.

 

Droga do Wilna.

Dwudziestojednoletni kapitan de la Guerinais był dobrym pływakiem, więc gdy 28 listopada utknął na wschodnim brzegu Berezyny, nie usiłował dopchać się do mostu, lecz po prostu przepłynął rzekę. Kiedy znalazł się na drugim brzegu, spotkał kilku kolegów z artylerii, którzy rozpalili ognisko. Zdjął zatem mundur, by wysuszyć go nad ogniem, ale na swoje nieszczęście zasnął otulony kocem pożyczonym od jednego z towarzyszy broni. Po obudzeniu się stwierdził, że jego odzież i buty zniknęły. Usiłował iść za armią owinięty tylko w koc, lecz nie chronił on nieszczęśnika dostatecznie przed chłodem, więc umarł.

Historia ta może służyć jako przypowieść. Przeprawę przez Berezynę i walki 28 listopada przeżyło około 55 tysięcy ludzi; poczuli ogromną ulgę i byli przekonani, że mają najgorsze za sobą. "Po przejściu Berezyny wszystkie twarze pojaśniały" - stwierdził Caulaincourt. Sierżant Bourgogne spotykał następnego dnia po przeprawie wielu ludzi, których uważał za zaginionych, i był przez nich serdecznie witany. "Żołnierze ściskali się, gratulując sobie nawzajem z taką radością, jakbyśmy przekroczyli Ren, od którego dzieliło nas jeszcze 400 mil! - pisał. - Czuliśmy, że jesteśmy uratowani, więc dając ujście mniej egoistycznym instynktom, opłakiwaliśmy tych, którzy nieszczęśliwym zrządzeniem losu zostali z tyłu". Tymczasem najgorsze miało dopiero nadejść.

W nocy 29 listopada porywisty wiatr wywołał tak silną zadymkę, że nawet Napoleon nie znalazł ciepłego schronienia w nędznej chatce obranej na kwaterę w miejscowości Kamień. "Lodowaty wicher wdzierał się ze wszystkich stron przez nieszczelne okna, w których zostały powybijane prawie wszystkie szyby - zanotował jego lokaj Constant. - Zatykaliśmy otwory, przez które wpadał wiatr, wiązkami siana. Niedaleko od nas, na dużej otwartej przestrzeni, nocowali pod gołym niebem nieszczęśni rosyjscy jeńcy prowadzeni przez naszą armię".

Jedni twierdzili, że następne dwa dni były najgorszym okresem całego odwrotu. Inni, nie mogąc znieść tego dłużej, popełnili samobójstwo, ale większość wzięła udział w niemej próbie wytrzymałości. W Pleszczenicach, do których Napoleon dotarł 30 listopada, doktor Louis Lagneau odnotował temperaturę minus 30 stopni Celsjusza. Odmrożenia stały się jeszcze bardziej powszechne. Ci, którzy szli boso, byli tak znieczuleni przez mróz, że nie zauważali, co się dzieje z ich stopami. "Skóra i mięśnie odpadały jak warstwy woskowej figury, zostawiając odsłonięte kości, ale chwilowa niewrażliwość pozwalała tym ludziom iść dalej, w daremnej nadziei, że uda im się dotrzeć do domów" - pisał Louis Lejeune. Major Louis Gardier ze 111. pułku piechoty liniowej zauważył człowieka podążającego tępo naprzód, choć jego stopy były poszarpane przez szczerbatą powierzchnię zrytego koleinami i zmarzniętego śniegu. "Skóra odchodząca od jego stóp wlokła się za nim jak oderwana podeszwa buta, a on z każdym krokiem zostawiał na śniegu krwawy odcisk" - pisał.

W setkach pojazdów porzuconych na wschodnim brzegu przepadły wszelkiego rodzaju zapasy i zasoby medyczne umożliwiające ratowanie życia żołnierzy. W związku z tym walka o przetrwanie nabrała jeszcze bardziej drastycznego charakteru. W miarę spadku temperatury ludzie, których buty i mundury rozpadły się lub zostały skradzione, tracili wszelkie hamulce i sięgali po wszystko, co wpadło im w ręce. Kapitan von Kurz zapamiętał żołnierza, który podszedł do siedzącego przy drodze pułkownika i zaczął zdzierać z niego futrzany płaszcz. "Peste, ja jeszcze nie jestem martwy" - wymamrotał pułkownik. "Eh bien, mon colonel, poczekam" - odparł żołnierz. Fezensac widział człowieka ściągającego buty z generała, który upadł na poboczu drogi. Generał protestował, prosząc, by pozwolono mu spokojnie umrzeć, ale szeregowiec robił dalej swoje. "Mon general - powiedział do niego - chętnie bym pana posłuchał, ale wtedy zabierze je ktoś inny, a ja wolę, żebym to był ja". Von Kurz widział też kolegów z tego samego pułku mordujących się dla zdobycia futrzanego płaszcza. "Konieczność zamieniła nas w oszustów i złodziei, a my, bez cienia wstydu, kradliśmy sobie nawzajem wszystko, co było nam potrzebne" - zanotował doktor Rene Bourgeois.

Choć przechodzili teraz przez zaludnione okolice i dało się tam zdobyć żywność, była ona dostępna tylko dla tych, którzy szli pierwsi, i to pod warunkiem że mieli pieniądze. Idący z tyłu i maruderzy byli skazani na zbieranie resztek. Ponieważ pod Berezyną porzucono też tysiące koni, zasoby żywego mięsa wydatnie się skurczyły. "Nie istniało tak popsute ani tak ohydne jedzenie, które nie znalazłoby amatorów - pisał porucznik Vossler z pułku wirtemberskich szaserów. - Zjedzony zostawał każdy padły koń, każda zdechła sztuka bydła, każdy pies, każdy kot, każda padlina. Zjadano nawet ciała tych, którzy pomarli z zimna lub głodu". Dochodziło do morderczych walk o trupy koni i o każdy skrawek pożywienia, a ich uczestnicy wrzeszczeli na siebie we wszystkich językach Europy.

Ze szczególnym wstrętem wspominano akty kanibalizmu; posuwali się do nich teraz niektórzy doprowadzeni do ostateczności żołnierze. Niewątpliwie dochodziło do nich na wcześniejszych etapach odwrotu, ale sporadycznie. Większość doniesień pochodzi od strony rosyjskiej, co nie jest zaskakujące, gdyż właśnie idący za uchodzącą armią Rosjanie widywali Francuzów zepchniętych na dno ostateczności. Widzieli też jeńców, którzy nie dostawali nic do jedzenia od eskortujących ich kozaków i zjadali ciała zmarłych kolegów. Jednym z pierwszych przekazów, pochodzących od ludzi, którzy zobaczyli na tym etapie odwrotu francuskich żołnierzy jedzących ludzkie mięso, jest relacja Nikołaja Golicyna. Wilson twierdzi, że widział "grupę rannych żołnierzy w resztkach spopielałego domku, siedzących i leżących nad ciałem kolegi, którego upiekli i zaczynali zjadać". W opatrzonym datą 22 listopada liście do żony generał Rajewski pisze, że jeden z jego pułkowników widział dwóch Francuzów piekących kawałki zwłok kolegi. Generał Konownicyn, pisząc tego samego dnia do żony, informował ją, że "widziano, jak jedzą ludzkie mięso".

Najwcześniejszy przekonujący przekaz strony francuskiej pochodzący z pierwszej ręki wyszedł spod pióra porucznika Romana Sołtyka. Został on z tyłu i dotarł do Orszy na własną rękę, więc nie mogąc liczyć na regularnie rozdzielane racje żywnościowe, podszedł do grupki żołnierzy, którzy stali nad parującym garnkiem, i zaoferował im pieniądze w zamian za prawo poczęstowania się ich gulaszem. "Zaledwie jednak przełknąłem pierwszą łyżkę, chwycił mnie nieodparty wstręt, zatem spytałem ich, czy zrobili go z koniny - pisał. - Odparli na to spokojnie, że jest to ludzkie mięso, i że wątroba, która nadal leży w garnku, jest najsmaczniejsza".

Na ostatnim odcinku odwrotu, kiedy bariery psychologiczne pękały pod wpływem nacisku okoliczności, praktyka ta stała się bardziej powszechna. "Widziałem - i przyznaję się do tego nie bez pewnego poczucia wstydu - widziałem rosyjskich jeńców, którzy doprowadzeni do ostateczności przez nękający ich głód, ponieważ nie wystarczało racji dla naszych żołnierzy, rzucili się na ciało jakiegoś właśnie umarłego Bawarczyka, rozdarli je na kawałki nożami i pożerali zakrwawione strzępy mięsa - pisał Amedee de Pastoret. - Nadal widzę ten las, to drzewo, u którego stóp rozegrała się owa straszliwa scena, i żałuję, że nie mogę wymazać jej z pamięci tak szybko, jak uciekłem przed jej widokiem".

1 grudnia porucznik Uxkull zanotował w swym dzienniku, że oglądał żołnierzy "szarpiących zębami ciała swych towarzyszy" jak "dzikie bestie". Kapitan Arnoldi z rosyjskiej artylerii widział "grupkę [francuskich żołnierzy], którzy kroili przy ognisku co miększe części swego zmarłego kolegi, by je zjeść"; Arnoldi ostrzeliwał wówczas wycofującą się francuską kolumnę. Generał Langeron, podążający za ustępującymi Francuzami od Berezyny do Wilna, nie był nigdy świadkiem kanibalizmu, ale natknął się na "zwłoki ludzi, z których ud wycięto skrawki mięsa w tym właśnie celu".

Niektórzy historycy, tacy jak na przykład Daru i Marbot, odrzucają świadectwa osób piszących o przypadkach kanibalizmu, a Gourgaud traktuje je bardzo sceptycznie. Ich teorię podważają jednak nie tylko istniejące dowody, lecz również rachuby prawdopodobieństwa. "Aby zrozumieć naszą sytuację, trzeba doznać cierpień, jakie wywołuje głód - stwierdza sierżant Bourgogne, który przyznaje, że mógł brać udział w tego rodzaju praktykach. - A gdyby nie było ludzkiego mięsa, zjedlibyśmy samego diabła, jeśliby ktoś go dla nas ugotował". Dręczący głód doprowadzał wielu do ostateczności. "Słyszało się o ludziach szarpiących zębami nawet własne wychudzone ciała" - pisał Vossler. Zjawisko to odnotował również Raymond Pontier, chirurg przydzielony do sztabu generalnego.

Jednym z najbardziej interesujących faktów, jakie wyłaniają się z relacji dotyczących odwrotu, jest istnienie pewnego progu, poniżej którego ludzie oszukiwali, zabijali, a nawet zjadali swoich bliźnich, a powyżej - zachowywali ludzką godność i poczucie obowiązku, a nawet usiłowali znaleźć odrobinę radości. Nocą 30 listopada w okolicach Pleszczenic, podczas gdy tysiące żołnierzy marzły, a niektórzy z nich dopuszczali się aktów kanibalizmu, jeden z napoleońskich oficerów, obdarzony dobrym głosem, zabawiał recitalem pieśni swych kolegów drżących z zimna w ruinach jakiegoś dworu. Choć jedni umierali, wykrzykując przekleństwa lub szarpiąc zębami jak głodne psy jakieś resztki padliny, znaleziono też zwłoki pewnego młodego oficera, który zamarzł na śmierć, wpatrując się z miłością w miniaturę swej żony. Okoliczności miały oczywiście przemożny wpływ, jednak wydaje się, że ów próg nie był wcale kwestią szczęścia, lecz wyłącznie kwestią charakteru.

Potężną silą motywacyjną była również determinacja. Kapitan Francois, ranny w nogę pod Borodinem, przeszedł całą trasę o kuli, a kapitan Brechtel dotarł do domu na drewnianej nodze. Louis Lejeune spotkał artylerzystę, który właśnie został trafiony w ramię i prosił dwóch sanitariuszy o obejrzenie jego rany. Oznajmili mu, że zachodzi konieczność amputacji, ale ponieważ nie mieli stołu, zwrócili się do Lejeune'a, by przytrzymał tego żołnierza. "Otworzyli swoją torbę; artylerzysta nie wypowiedział ani słowa, nie wydał ani jednego westchnienia; słyszałem tylko cichy zgrzyt piły, a kilka minut później do moich uszu dotarł głos jednego z sanitariuszy: »Gotowe! Żałujemy, że nie mamy odrobiny wina, którym moglibyśmy go pokrzepić«. Nadal miałem pół butelki malagi; zachowałem ją tak długo, bo piłem z niej bardzo rzadko i tylko po kropli. Podałem wino rannemu, który był blady i milczący. Jego oczy natychmiast rozbłysły życiem; wypił zawartość jednym łykiem i oddał mi pustą butelkę. »Czeka mnie jeszcze daleka droga do Carcassonne« - powiedział, a potem ruszył naprzód tak szybko, że miałem trudności z nadążeniem za nim". 

Bardziej budującego przykładu skrupulatności w wypełnianiu obowiązków dostarcza nam historia pułkownika Kobylińskiego, jednego z adiutantów Davouta. Miał nogę strzaskaną przez pocisk artyleryjski podczas oglądania pola bitwy w dzień po walkach pod Małojarosławcem. Davout, bojąc się, że pułkownik zaginie w tłumie wlokących się za armią rannych, powierzył go opiece kompanii grenadierów, którzy otrzymali stanowczy rozkaz nieopuszczania chorego w żadnych okolicznościach. Potraktowali swą misję bardzo poważnie i nieśli go przez całą drogę. "Owinięty kocami pułkownik leżał na przypominających mary noszach, dźwiganych przez 6 zmieniających się żołnierzy - pisał inny polski oficer. - Często spotykałem podczas marszu tę karawanę i zachwycałem się heroicznym oddaniem żołnierzy, szczególnie że obiektem ich troski nie był Francuz, lecz jeden z naszych rodaków". W pewnym momencie pułkownik zaczął błagać grenadierów, by zostawili go i ratowali własne życie, ale oni odmówili zignorowania otrzymanych rozkazów. Ostatni pozostały przy życiu żołnierz tej kompanii dociągnął nosze do głównej kwatery Davouta w Wilnie.

Dla niektórych ludzi sposobem potwierdzenia swej przynależności do gatunku ludzkiego - a zarazem aktem samodyscypliny - było pisanie dziennika. Wynika to jasno z dokonanego 4 grudnia zapisu Maurice'a de Taschera, oficera szaserów i kuzyna cesarzowej Józefiny. Obchodził on tego dnia swoje trzydzieste szóste urodziny i był chyba bliski kompletnego załamania. "Ostry mróz. Milczący marsz. Czułe myśli. Rocznica moich urodzin. - Pozdrowienia od mojej matki... łzy... cierpienie... Wspomnienia o niej. Przeszliśmy 6 mil, zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce pól mili przed sztabem generalnym. Gorączka i biegunka".

Sierżant Bourgogne zanotował, że kobiety znosiły trudy z większym hartem ducha niż mężczyźni. Doktor Larrey zauważył, iż gorącokrwiści mieszkańcy południa Europy radzili sobie lepiej niż Niemcy i Holendrzy, co potwierdzali również inni. Jednak czarny służący generała Zajączka, pozyskany podczas kampanii egipskiej, zamarzł na śmierć. Albert de Muralt, bawarski kawalerzysta, twierdził, że oficerowie mieli większe szansę przeżycia niż żołnierze, gdyż posiadali większą siłę duchową i byli lepiej wykształceni.

Ranga niewiele jednak miała wspólnego z najbardziej może istotnym elementem powstrzymującym ludzi od całkowitej degrengolady. Była nim życiodajna zdolność do poświęceń na rzecz innych. Louis Lejeune spotkał rannego oficera artylerii, który czekał na poboczu drogi na swego pozostałego z tyłu służącego. Dwie godziny później, kiedy wracał po wykonaniu swego zadania, zobaczył, że człowiek ten siedzi w tym samym miejscu. Usiłował go nakłonić do wyprawy po żywność dostępną niedaleko stamtąd i ostrzec przed groźbą zamarznięcia. Jednak oficer odrzucił jego namowy, mówiąc: "Zgadzam się z panem, ale mój służący Georges dzielił ze mną tę samą mamkę. Odkąd wstąpiłem do armii, a szczególnie odkąd zostałem ranny, okazywał mi sto razy swoje przywiązanie. Własna matka nie mogłaby opiekować się mną bardziej troskliwie. Teraz źle się poczuł, a ja obiecałem, że na niego poczekam, więc wolę tu umrzeć, niż złamać obietnicę".

Takie dowody lojalności dawali nie tylko oficerowie. Pewien oficer szaserów, unieruchomiony z powodu odmrożenia stóp, został dowieziony aż do Wilna przez młodego trębacza swego pułku; zaprzągł się on do znalezionych przypadkiem sanek. Podobne przykłady można mnożyć. Kapral Jean Bald z bawarskich szwoleżerów oddał konia wyższemu rangą oficerowi, gdy ten stracił swojego podczas bitwy. "O wiele lepiej jest ocalić dla króla oficera niż zwykłego kaprala, który tak czy owak wydostanie się zapewne na swych dwóch silnych nogach" - powiedział".

Kapitan baron von Widemann przebył rzekę Wop tylko w tym, co miał na sobie, ale podczas gdy on garnął się do ognia, usiłując wysuszyć swój mundur, jego służący przebrnął z powrotem na drugą stronę rzeki, znalazł jego powóz, spakował do kuferka kilka najbardziej niezbędnych rzeczy i przyniósł je swemu panu. Służący Paula de Bourgoing, młody chłopiec z Paryża, dzielnie towarzyszył wojsku, dźwigając na plecach tyle rzeczy swego pana, ile był w stanie unieść, a co noc zjawiał się na biwaku, by zadbać o jego potrzeby. Kiedy pewnego wieczoru nie przyszedł, Bourgoing czekał na drodze przez kilka godzin, na próżno wykrzykując jego imię, a w końcu położył się spać. Gdy obudził się w środku nocy, chłopiec poprawiał właśnie futrzaną derkę, która zsunęła się z jego nóg. Następnej nocy nie zjawił się wcale i nikt go więcej nie widział.

Dobosz 7. pułku piechoty liniowej, żonaty z markietanką kompanii, która zapadła na zdrowiu, prowadził za uzdę konia ciągnącego jej wóz, a gdy koń padł, sam się do niego zaprzągł. Kiedy nie mógł już iść dalej, położył się obok niej, by razem z nią umrzeć. Markietanka 33. pułku piechoty liniowej po urodzeniu podczas odwrotu córeczki zmarła, usiłując przebrnąć przez Berezynę, ale resztką sił zdołała wyrzucić dziecko na brzeg. Zostało ono podniesione przez jakiegoś obcego człowieka i ten wyniósł je z Rosji. Piętnastoletni chłopiec, którego rodzice umarli, mężnie szedł obok szeregu, niosąc trzyletnią siostrę i prowadząc za rączkę ośmioletniego brata.

Sierżant Bourgogne spotkał innego sierżanta swego pułku, który niósł na plecach pułkowego psa Moutona, ponieważ nieszczęsne zwierzę miało odmrożone wszystkie cztery nogi i nie mogło chodzić. Mouton był pudlem znalezionym w Hiszpanii w roku 1808. Rok później towarzyszył pułkowi podczas kampanii w Niemczech, a także w czasie bitew pod Essling i Wagram, potem wrócił z nim do Hiszpanii w roku 1810. Wyruszył wraz z pułkiem do Rosji w roku 1812, lecz zgubił się na terenie Saksonii. Poznał jednak po mundurach eszelon swojej jednostki i szedł za nim aż do Moskwy. Takie przywiązanie nie było wyjątkiem; generał Wilson śledzący ostatnią fazę odwrotu wspomina o "niezliczonych psach, które leżały na ciałach swych zmarłych panów, wpatrując się w ich twarze i boleśnie wyjąc z głodu i tęsknoty".

Marie Theodore de Rumigny dbał o swego ulubionego konia Charles'a, pomagając mu wstać, kiedy się potykał, zawsze znajdując dla niego coś do jedzenia i picia - nawet jeśli wymagało to zatrzymania się, rozpalenia ogniska i stopienia odpowiedniej ilości śniegu. Dzięki temu wyprowadził zarówno Charles'a, jak i siebie z Rosji i doszedł na powrót do Francji. Polscy szwoleżerowie co wieczór wyruszali na poszukiwanie paszy dla swych koni na małych, miejscowych cognats specjalnie w tym celu zakupionych. Kiedyś udało im się nawet przyprowadzić kilka wozów z sianem ukradzionych rosyjskim kawalerzystom, którzy byli zbyt zajęci gotowaniem kolacji, by to zauważyć.

Sierżant Bourgogne opowiada o przyjacielu nazwiskiem Melet, dragonie gwardii. Melet był bardzo przywiązany do swego konia Cadeta, który towarzyszył mu podczas wielu kampanii w Hiszpanii, Austrii i Prusach, postanowił więc za wszelką cenę doprowadzić go do Francji. Zawsze wyruszał na poszukiwanie paszy, zanim pomyślał o sobie, a kiedy zdobycie jakiegokolwiek pożywienia na linii odwrotu Grande Armee stało się niemożliwe, zaczął go szukać wśród Rosjan, wkładając płaszcz i hełm rosyjskiego dragona, którego zabił, by przedrzeć się przez nieprzyjacielskie pikiety. Gdy udało mu się wejść do obozu wrogów, zgarniał kilkudniowy zapas siana i owsa, a potem uciekał do swoich. Czasami go demaskowano, ale zawsze udawało mu się wydostać z opresji, i wrócił do Francji wraz z Cadetem. Pewien bawarski szwoleżer, którego ukochana klacz Lisette zapadła się pod lód niedaleko Krasnego i nie mogła wyjść z wody, po prostu położył się, by umrzeć obok niej.

Wieczorem 5 grudnia w Smorgoniach Napoleon zebrał marszałków i według niektórych z nich przeprosił za swój błąd, czyli za zbyt długi pobyt w Moskwie. Powiadomił zgromadzonych o swej decyzji i wysłuchał ich opinii, a potem wsiadł do powozu w towarzystwie generała Caulaincourta i odjechał w nocną ciemność. Za jego karetą, na której koźle siedział wierny mameluk Rustan i polski oficer rotmistrz Dunin-Wąsowicz, jechała druga, w której podróżowali Duroc i generał Mouton, oraz trzecia, wioząca sekretarza Napoleona barona Faina i lokaja Constanta.

Reakcje na wyjazd Napoleona były mieszane. Wywołał on powszechne przygnębienie i zniechęcenie, ale tylko zaskakująco nieliczne słowa potępienia. Oficerowie, zwłaszcza wyżsi rangą, rozumieli na ogół motywy cesarza i popierali jego decyzję, natomiast przeklinali go niekiedy tylko przedstawiciele niższych szarż. Wynikało to głównie z tego, że kiedy rozeszła się wiadomość o jego wyjeździe, wszyscy musieli skupić uwagę na bardziej żywotnych problemach.

Nastąpił kolejny gwałtowny spadek temperatury. W Miednikach 6 grudnia doktor Louis Lagneau odnotował minus 37,5 stopnia Celsjusza. "To było naprawdę nie do zniesienia - pisał. - Maszerując, musieliśmy mocno tupać nogami, żeby nie zamarzły nam stopy". Jego pomiar temperatury został potwierdzony przez innych z dokładnością do jednego czy dwóch stopni. Francois Dumonceau rozpoczął tego ranka marsz, kiedy było jeszcze ciemno. "Miałem wrażenie, że samo powietrze jest zamarznięte, bo wirowały w nim drobne płatki na wpół przezroczystego lodu - pisał. - Potem zobaczyliśmy, że horyzont stopniowo przybiera jaskrawoczerwoną barwę, a słońce przedziera się przez zamgloną warstwę pary, rozświetlonej jego promieniami. Cała pokryta śniegiem równina zrobiła się purpurowa i zaczęła tak lśnić, jakby ją ktoś posypał rubinami. Był to wspaniały widok". Marsz w tych warunkach okazał się jednak piekłem.

"Powietrze było gęste od drobnych cząsteczek lodu, które błyszczały w słońcu, ale przecinały do krwi nasze twarze, gdy podnosił się wiatr, wiejący na szczęście dość rzadko" - pisał pułkownik Griois. Zjawisko to zostało odnotowane przez wielu innych świadków. "Widziałem zamarznięte molekuły zawieszone w powietrzu - stwierdził Segur, zdumiony panującą wokół nieruchomą ciszą. - Szliśmy przez to imperium śmierci jak żałosne cienie! Tępy i monotonny odgłos naszych kroków, skrzypienie śniegu i słabe jęki umierających były jedynymi dźwiękami zakłócającymi tę wielką, posępną ciszę".

"Byliśmy pokryci lodem; oddech wychodzący nam z ust, gęsty jak dym, osiadał w postaci lodowych cząsteczek na naszych włosach, brwiach, wąsach i brodach - wspominał Louis Lejeune. - Te lodowe cząsteczki unosiły się tak gęsto, że przesłaniały nam pole widzenia i utrudniały oddychanie". "Zdarzało się często, że mróz zamykał mi oczy - zapamiętał Planat de la Faye. - Chcąc je na nowo otworzyć, musiałem ściskać rzęsy między palcami, by stopić lód". Ślina koni tworzyła duże sople w kącikach ich pysków i kapała na wędzidła. "Nie mogłem oddychać, bo lód zatykał mi nos, a wargi przykleiły się do siebie - pisał sierżant Bourgogne, który czuł się tak, jakby szedł przez »lodową krainę«. - Byłem zmęczony i oszołomiony przez śnieg; oczy mi łzawiły, a łzy zamarzały, więc przestawałem cokolwiek widzieć".

"W spokojnym bezruchu nieba było coś groźnego, coś nieubłaganego - pisał Brandt. - Przez półprzeźroczystą mgiełkę lśniących śnieżnych cząsteczek, które kłuły nas w oczy niby ostrza szpilek, słońce wyglądało jak ognista kula, ale ten ogień nie dawał ciepła. Domy, drzewa, pola - wszystko zniknęło pod warstwą lśniącego, oślepiającego śniegu!".

Wielu żołnierzy zapadło na śnieżną ślepotę. "Białko oka stawało się czerwone i puchło, podobnie jak powieki, co wywoływało pulsujący ból i łzawienie - pisał doktor Geissler. - Chory cierpiał na światłowstręt, a po niedługim czasie tracił wzrok". W miarę jak maszerujące kolumny zbliżały się do Wilna, coraz częściej widziano grupy ludzi trzymających się za ręce, by nie zgubić drogi".

Żołnierze mieli na mrozie tak wielkie trudności z zapinaniem guzików, że choć uważali to za niehigieniczne i upokarzające, rozpruwali z tyłu swe spodnie lub bryczesy, aby nie zdejmować ich podczas defekacji. Musieli też uważać, by ich penisy nie zamarzły podczas oddawania moczu, co się niekiedy zdarzało.

Większość piszących dzienniki musiała na tym etapie z nich zrezygnować. Atrament kapitana Franza Roedera zamarzł, rozrywając butelkę. Boniface de Castellane odkrył w Miednikach 7 grudnia, że ma odmrożoną prawą rękę; od tej pory mógł robić tylko nieudolnie krótkie notatki lewą ręką. Następnego ranka, wychodząc z kwatery, zobaczył stojącego na warcie grenadiera, który zamarzł na śmierć, ale nadal ściskał w rękach muszkiet.

"7 grudnia był najstraszniejszym dniem mojego życia - zanotował książę Wilhelm Badeński. - Mróz doszedł do 30 stopni [minus 37,5 stopnia Celsjusza]. O trzeciej nad ranem marszałek [Victor] wydał rozkaz wymarszu. Ale kiedy przyszło do odegrania pobudki, okazało się, że ostatni dobosz zamarzł na śmierć. Zacząłem chodzić wśród żołnierzy, dodając im odwagi, zaklinając, żeby się podnieśli i stanęli w szyku, ale moje wysiłki były daremne; zdołałem zebrać tylko 50 ludzi. Pozostali w liczbie 300 leżeli na ziemi, martwi i sztywni od mrozu".

"Na tym odcinku drogi po raz pierwszy widziałem ludzi, którzy zostali podczas marszu dosłownie porażeni przez mróz - pisał Heinrich Brandt. - Najpierw nieznacznie zwalniali, potem zataczali się przez chwilę jak pijani, a w końcu padali, by nigdy więcej nie wstać". Nie tylko jego uderzył widok żołnierzy, którzy chwiali się przez jakiś czas tak mocno, jakby byli pijani. Tuż przed upadkiem, albo zaraz po nim, zaczynała im płynąć krew z nosa i ust, a niekiedy również z oczu i uszu.

Tygodnie nieustannych trudów i liczne ciosy zadane nadziejom i oczekiwaniom - pod Smoleńskiem, Orszą, Borysowem i nad Berezyną - osłabiły również oczywiście psychiczną odporność żołnierzy. Brandt zanotował, że osiągnął stan gorączkowego podniecenia niepozwalający mu zasnąć. Skarżyli się na to również jego koledzy. Lęk przed śmiercią na miejscu odpoczynku kazał im pozostawać w ruchu przez całą noc. "Kierunek marszu wskazywały nam światła ognisk płonących w każdej wiosce, na skraju każdego lasu, zawsze otoczonych przez tę okropną mieszaninę żywych i umarłych - pisał. - Inne ciała znaczyły drogę. Olśniewająco bezchmurne niebo zdawało się szydzić z naszych cierpień; mróz stawał się coraz bardziej dotkliwy, a nasza mała kolumna stale topniała".

Panujące warunki wywoływały u innych żołnierzy całkowitą apatię. Doktor Larrey zauważył, że "byliśmy wszyscy w stanie takiego przygnębienia i otępienia, iż z trudem się wzajemnie rozpoznawaliśmy". Podobne zjawisko odnotował doktor Bourgeois. "Liczni żołnierze pozostawali w stanie prawdziwej demencji, pogrążeni w letargicznym stuporze. Mieli nieprzytomny wzrok i byli tępo wpatrzeni w przestrzeń. Wyróżniali się w tłumie tym, że szli jak automaty, pogrążeni w głębokim milczeniu. Kiedy się do nich odzywałem, otrzymywałem tylko niewyraźne i niespójne odpowiedzi; całkowicie stracili panowanie nad swymi zmysłami i byli obojętni na wszystko - żadne wyzwiska ani nawet spadające na nich razy nie mogły ich obudzić ani wyrwać z tego stanu zidiocenia". Niektórzy byli tak ogłupieni przez mróz, że wchodzili prosto na płonące ogniska i stali w nich bosymi nogami, a nawet czasem się kładli.

Generał Langeron, dowodzący przednią strażą armii Cziczagowa, podążał tuż za zmierzającymi do Wilna Francuzami. "Rosyjska armia szła środkiem drogi - pisał - a po obu jej stronach maszerowały, a raczej wlokły się dwie kolumny nieuzbrojonych nieprzyjaciół". Rosjanie ignorowali ich, bo nie mogli im niczego odebrać. "Nic nie wiedzieli, nic nie pamiętali, nic nie rozumieli" - wspominał porucznik Zotow. Droga była usłana zamarzniętymi trupami, a tu i ówdzie grupki oszalałych żołnierzy szarpały zębami ludzkie lub zwierzęce zwłoki. "Urodziłem się, aby umrzeć, służąc swojej ojczyźnie, i od początku przygotowywałem się do tego, żeby stłumić w sobie strach przed pociskami i innymi niebezpieczeństwami - zapisał w swoim dzienniku porucznik Cziczerin. - Nie potrafię jednak przywyknąć do tego rodzaju okropności i cierpień, jakie nieustannie pojawiają się przed moimi oczami podczas tej drogi".

Po tej samej drodze szedł za wycofującymi się Francuzami Henri Ducor, który trafił do niewoli nad Berezyną i został rozebrany oraz obrabowany przez kozaków. Pozostawiony bez środków do życia i skazany na pewną śmierć, zdarł odzież z jakichś zwłok i postanowił kontynuować marsz do Wilna. "Każdy pień drzewa był podporą dla kolejnej ofiary; wokół jednego z nich stały niekiedy w przedziwnych pozach trzy lub cztery ciała zmarłych. Jedni zastygli w bezruchu na czworakach, drudzy w kucki, inni siedzieli, obejmując rękami kolana i wspierając na nich brodę, jeszcze inni trzymali łokcie na udach i mieli tak pochylone głowy, jakby spali albo może coś jedli - pisał. - Ale moje prawdziwe zdumienie wzbudził pewien artylerzysta stojący na baczność obok swojego działa z twarzą zwróconą w stronę Rosji; prawą ręką opierał się o komorę zamkową. Nadal miał na sobie mundur. Armia nieprzyjacielska przeszła obok niego, nie ruszając go z miejsca. Stojąc wśród tego oceanu śniegu, wyglądał jak pomnik upamiętniający naszą wielką klęskę".

Ci, którzy byli w stanie, po prostu wlekli się naprzód utrzymywani przy życiu przez wyidealizowany obraz Wilna. "Wilno stało się teraz ziemią obiecaną, bezpiecznym schronieniem przed wszystkimi burzami i końcem wszystkich naszych nieszczęść" - pisał Caulaincourt. Wiedzieli, że różni się od Smoleńska, że jest stosunkowo dużym, zamieszkanym i przyjaznym miastem, w którym znajdą dach nad głową i dostatek żywności. Byłoby jednak dla nich lepiej, gdyby okazało się kolejnym wypalonym szkieletem, przypominającym Smoleńsk.

 

Wilno. 7 grudnia 1812.

Pierwsi żołnierze, pojedynczo lub w grupach, zaczęli wkraczać do miasta 7 grudnia. Sklepy i kawiarnie były jak zwykle otwarte, a obdarci przybysze nie wierzyli własnym oczom. Każda wioska, każde miasteczko lub miasto, jakie oglądali w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, stanowiło spustoszoną, wypaloną, opuszczoną ruinę, zatem widok normalnie funkcjonującego, nienaruszonego przez wojnę Wilna wydał im się magiczny. "Był to dla nas niezwykły spektakl: miasto, w którym panował całkowity spokój i można było dostrzec stojące w oknach kobiety" - pisał pułkownik Pelet. Możliwość wejścia do kawiarni, zajęcia miejsca przy stoliku i zamówienia kawy oraz ciastek potraktowali jak zachwycający luksus. Pułkownik Griois udał się do najbliższej gospody i poprosił o chleb z masłem i kartofle, a potem popił to wszystko butelką nie najlepszego hiszpańskiego wina. "Będziecie się szyderczo śmiali, kiedy wam powiem, że ta chwila odpoczynku od cierpień i niebezpieczeństw, jakie przeszedłem i jakie mnie jeszcze czekały, należała z pewnością do tych momentów mojego życia, w których czułem się prawdziwie i nieskończenie szczęśliwy" - pisał.

Niektórzy udali się na poszukiwanie kwater, inni zaczęli gromadzić zapasy żywności. Do miasta napływała coraz większa liczba żołnierzy, a mieszkańcy, zdając sobie sprawę, że docierające do nich od tygodnia pogłoski są prawdziwe, zaczęli zamykać sklepy i jadłodajnie. "Początkowo patrzyli na nas z zaskoczeniem, potem z przerażeniem - pisał Cesare de Laugier, który wkroczył do Wilna jako jeden z pierwszych, w gronie niedobitków 4. korpusu księcia Eugeniusza. - Pospieszyli do swych domów i zaczęli ryglować drzwi i okna".

9 grudnia u wrót Wilna zjawił się główny trzon armii. Ustawieni przez Hogendorpa przy drogach wejściowych wartownicy, mający kierować ruchem, nie byli w stanie zapanować nad bezładnymi kolumnami wojsk. Oficer, któremu polecono rozlokować artylerię, stanął w obliczu ludzi odmawiających słuchania jakichkolwiek rozkazów i chcących jak najszybciej dostać się do miasta.

Droga wiodąca do centrum Wilna przebiegała przez średniowieczną bramę, szeroką zaledwie na 3-4 metry i ponad dwukrotnie dłuższą, a więc tworzącą coś w rodzaju tunelu. Powstał przed nią nieunikniony zator, na który napierali z tyłu nadchodzący żołnierze. "Nie ulega wątpliwości, że dało się znaleźć na lewo lub na prawo od niej inne drogi, również prowadzące do miasta, ale my nabraliśmy niefortunnego zwyczaju odruchowego postępowania śladem tych, którzy szli przed nami" - pisał Griois, dodając, że "była to, w mniejszej skali, kopia przeprawy przez Berezynę". Nieliczni odeszli spod bramy i wkroczyli do miasta w innych miejscach, ale większość zachowała się jak stado owiec, do których upodobniły ich doświadczenia ubiegłych kilku tygodni.

Popychani i szarpani żołnierze często się przewracali. Padały też konie, a napierający z tyłu tłum tratował ludzi i zwierzęta. Christian von Martens widział oficera, który został tak mocno przyparty przez tłum do działa, że brzuch pękł mu, a wnętrzności wypłynęły na zewnątrz. "Uniesiony do przodu, straciłem grunt pod nogami, a potem zostałem rzucony na ziemię, między dwa leżące konie, a na nie wkrótce upadł trzeci, razem z jeźdźcem - wspominał kapitan Roeder. - Straciłem wszelką nadzieję na ocalenie życia. Niebawem wyrósł na nas stos złożony z dziesiątków ludzi, którzy straszliwie krzyczeli, ponieważ mieli połamane ręce i nogi lub byli miażdżeni przez tłum. Jeden z rzucających się rozpaczliwie koni uniósł mnie nagle w górę i upadłem w jakimś pustym miejscu, gdzie mogłem się podnieść i przebrnąć przez bramę".

... "Co się działo w Wilnie w pierwszych kilku tygodniach po 10 grudnia 1812, łatwiej powiedzieć, niż uwierzyć, a i powiedzieć trudno" - twierdził Aleksander Fredro. Gdy tylko zorganizowane jednostki wymaszerowały z miasta, wdarły się do niego roje kozaków; zaczęli polować na snujących się po ulicach maruderów i wyłapywać żołnierzy, a szczególnie oficerów szukających schronienia w prywatnych domach. Wpadali do szpitali i klasztorów, w których leżeli bezradnie ranni lub niezdolni do dalszego marszu żołnierze, bili ich i kopali, a także zdzierali z nich ubrania i opatrunki w poszukiwaniu kosztowności. Protestujący lub próbujący się bronić byli zabijani.

Niepolscy mieszkańcy miasta, chcąc może dowieść swej antyfrancuskiej postawy i uniknąć dzięki temu ewentualnych prześladowań ze strony Rosjan, przyłączyli się do polowań na francuskich i sprzymierzonych żołnierzy. Ci, którzy wynajęli pokoje oficerom i pozwolili im się schronić w swych domach, pospiesznie zabijali teraz niewygodnych gości, zabierali im ocalałe kosztowności i wyrzucali ich ciała na ulicę. Z istniejących przekazów można się dowiedzieć, że mieszkańcy Wilna zwabiali wygłodzonych oficerów do swych domów, by ich zabić i obrabować, że kobiety z sadystycznym zapałem mordowały ocalałych Francuzów, a jedna z nich wtykała jeńcom i rannym do ust nieczystości, mówiąc: "Le monsieur a du pain maintenant ". Ci, którzy uniknęli śmierci, błąkali się po ulicach, żebrząc o kawałek chleba, i w końcu umierali z zimna oparci o ścianę jakiegoś budynku.

Sytuacja nie uległa poprawie, kiedy miasto zajęły regularne oddziały rosyjskie dowodzone przez generała Czaplica. Żołnierze, biorąc przykład z kozaków, przetrząsali szpitale, a personel medyczny, który w końcu przejął nad nimi opiekę, okazał się niewiele bardziej życzliwy. Mimo dostatku produktów żywnościowych ranni przez wiele dni nie dostawali jedzenia ani wody i byli fatalnie traktowani przez sanitariuszy. Wybuchła epidemia tyfusu, a zmarłych i umierających bezceremonialnie wyrzucano przez okna i zostawiano na ulicach wśród piętrzących się stosów sztywnych, poskręcanych, zamarzniętych ciał .

 

Kowno. 12 grudnia 1812.

Kowno zostało dobrze zaopatrzone i z pewnością mogło być bronione, gdyż przeprowadzono tam niedawno fortyfikacyjne roboty ziemne. Murat jednak nie wziął pod uwagę możliwości zatrzymania się w tym mieście i pospieszył w kierunku Królewca. Zorganizowane jednostki otrzymały racje żywnościowe, ale uciekająca hałastra, która wdarła się do Kowna 12 grudnia i następnego dnia, nie była w stanie niczego bronić. Większość żołnierzy ruszyła natychmiast w kierunku magazynów i pochłonęła wszystko, co wpadło jej w ręce, nie czekając ani na upieczenie chleba, ani na jego zorganizowaną dystrybucję. Znalazła też spore zapasy napojów wyskokowych, więc pijani francuscy i niemieccy żołnierze wkrótce zaczęli się między sobą bić. Liczni uciekinierzy usiedli, by utopić w trunku swoje zmartwienia. Alkohol, który rozgrzewa ducha, ale w istocie obniża temperaturę ciała, stał się przyczyną ich smutnego końca. Tysiącami padali na ziemię i zamarzali na śmierć, nadal trzymając w rękach butelki, albo kryli się w bramach lub na gankach i zapadali w sen, z którego nie mieli się już nigdy obudzić.

Ney, gdy dotarł do Kowna wraz ze swą kurczącą się ariergardą, będącą w istocie zbieraniną zdekompletowanych jednostek, zajął pozycje obronne przed miastem. Pragnął umożliwić jak największej liczbie maruderów wejście do centrum, zdobycie zapasów i przedostanie się na drugą stronę Niemna. Akcja przebiegała bardzo wolno, bo choć rzeka zamarzła i można ją było przekroczyć w każdym miejscu, wszyscy wdzierali się na most. Powstawały więc zatory, prowadzące jak zwykle do bójek i ofiar.

Ney odkrył niebawem, że grozi mu otoczenie przez kozaków, a w dodatku otworzyła do niego ogień artyleria sprowadzona przez regularny oddział rosyjskiej kawalerii. Miał trochę dział, między innymi te, które major Noel niepotrzebnie dociągnął aż do Ponar, zatem mógł przez jakiś czas utrzymywać Rosjan na dystans. Jego oddział topniał jednak w oczach. Kompania Niemców z Anhalt-Lippe zrezygnowała z dalszej walki, kiedy jej dowódca, który został ranny, przystawił sobie pistolet do głowy i zastrzelił się. Neyowi pozostała tylko garstka francuskiej piechoty, więc zaczął się cofać, tocząc zaciekłe walki odwrotowe na ulicach miasta i na moście. Z muszkietem w ręku trwał w pierwszym szeregu swej topniejącej jednostki, dowodząc żołnierzami i zachęcając ich do ostatniego wysiłku. Kiedy dotarł do zachodniego końca mostu, oddał ostatni wystrzał w kierunku Rosjan, a potem wrzucił swój muszkiet do zamarzniętego koryta Niemna, odwrócił się i odszedł znad rzeki.

Generalny intendent armii Mathieu Dumas, który przeprawił się wcześniej, dotarł do Gąbina i znalazł schronienie w domu miejscowego lekarza. Następnego ranka siadał właśnie do pożywnego śniadania i dobrej kawy, gdy otworzyły się drzwi i wszedł przez nie jakiś mężczyzna w brązowym płaszczu. Jego zarośnięta twarz była osmalona od dymu, a oczy błyszczące i zaczerwienione. "Oto wreszcie przybywam! - oznajmił przybysz. - Jak to, generale Dumas, czyżby pan mnie nie poznawał?" Dumas potrząsnął przecząco głową i spytał go o nazwisko. "Jestem ariergardą Grande Armee - odparł mężczyzna. - Jestem marszałek Ney".

 

Straty.

Obraz rozmiarów katastrofy zaczął się wyłaniać dopiero wtedy, gdy pod koniec stycznia odwrót Francuzów dobiegł końca, a resztki Grande Armee dotarły do miast wyznaczonych na punkty zborne poszczególnych jednostek.

Trudno precyzyjnie ustalić liczbę tych, którzy zginęli, ponieważ pierwotne rachuby dotyczące siły Grande Armee są prawdopodobnie zawyżone, a podczas operacji w Rosji stale otrzymywała ona posiłki. Można jednak założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że łączna liczba wojsk francuskich i sojuszniczych operujących za Niemnem między styczniem a grudniem 1812 roku sięgała 550-600 tysięcy żołnierzy. Tylko około 120 tysięcy spośród nich wyszło w grudniu z Rosji. Być może aż 30 tysięcy odesłano wcześniej, jako lekko rannych lub chorych, albo jako oficerów kadrowych mających formować nowe jednostki we Francji lub we Włoszech. Prawdopodobne jest również, że znaczna część spośród 50 tysięcy ludzi, którzy zdezerterowali na początku kampanii, wydostała się z Rosji, kiedy warunki jeszcze temu sprzyjały. Rosjanie wzięli około 100 tysięcy jeńców, ale liczba tych, którzy przeżyli i zostali odesłani do domu po roku 1814, nie przekroczyła z pewnością 20 tysięcy. Można więc śmiało założyć, że aż 400 tysięcy francuskich i sprzymierzonych żołnierzy straciło życie, z tego mniej niż jedna czwarta w walce. Możemy tylko się domyślać liczby pochodzących z Francji i sojuszniczych państw cywilów, którzy zginęli, krocząc za armią w głąb Rosji i towarzysząc jej w drodze powrotnej z Moskwy. Trzeba też pamiętać, że znaczna część cywilów i żołnierzy, którzy wydostali się z Rosji, zmarła w ciągu miesiąca lub dwóch wskutek tyfusu, gruźlicy lub chorób nerwowych, będących ubocznym skutkiem kampanii.

Nie jest łatwiej obliczyć precyzyjnie straty rosyjskie. Obecnie uważa się, że zginęło około 400 tysięcy żołnierzy i członków milicji, z tego mniej więcej 110 tysięcy na polu walki. Liczba cywilów, którzy stracili życie podczas oblężenia Połocka i Smoleńska, w pożarze Moskwy, w wyniku tysięcy napadów maruderów lub po prostu z głodu i zimna na skutek konieczności opuszczenia własnych domów, jest tylko przedmiotem przypuszczeń. Można jednak przyjąć, że od chwili przejścia Niemna przez Grande Armee, czyli od końca czerwca 1812 roku, do końca lutego 1813 roku zmarło około miliona ludzi, których bez obawy popełnienia większego błędu da się podzielić mniej więcej po połowie na obie strony.

[Liczby podawane przez wczesnych historyków kampanii, nawet te, które były ogłaszane przez źródła wojskowe obu stron, są ocenami opartymi na bardzo mglistych danych. Meynier ujawnia na przykład, że większość historyków piszących o milionach znacznie zawyżało liczbę zabitych podczas wojen napoleońskich. Obliczenia Labauma, który twierdził, że pod Kownem przeszło powtórnie przez Niemen 20 tysięcy ludzi, zostały powtórzone przez Buturlina i w większości mogą być uznane za trafne, choć Buturlin twierdzi, że z Rosji wyszło jeszcze 60 tysięcy ludzi, głównie Austriaków i Prusaków. Bardziej wyczerpujące obliczenia Gourgauda są znacznie zawyżone, szczególnie w wypadku 36 tysięcy ludzi, którzy jakoby ponownie przeszli rzekę pod Kownem, ale podawana przez niego łączna liczba 127 tysięcy nie jest zbyt odległa od współczesnych obliczeń. Podawane przez Rosjan liczby, dotyczące ilości jeńców, wahały się od 193 tysięcy (Buturlin) do 210 tysięcy (Czujkiewicz), choć oficjalne dane rosyjskie nie przekraczały 136 tysięcy, a wszystkie współczesne studia dowodzą, że i ta liczba jest zbyt wysoka. Jedynymi godnymi zaufania liczbami, co do ilości ludzi, którzy stracili życie podczas kampanii, są z jednej strony dane władz rosyjskich, dotyczące zakopanych przez nie ciał, a z drugiej - francuskie dane pochodzące ze spisów ludności. Bałaszow twierdził, że wiosną 1813 roku pochowano wzdłuż drogi 430 707 ludzkich zwłok. W grudniu 1812 roku władze rosyjskie doliczyły się w guberni smoleńskiej 172 566 ciał i 128 739 szkieletów zwierzęcych, 50 185 ciał i 170 50 szkieletów w guberni mohylewskiej, 2 230 ciał i 7 355 szkieletów w guberni kałuskiej, co daje łączną liczbę 224 981 ciał i 153 144 szkieletów. Ale liczby te niewiele nam mówią, gdyż nie wynika z nich dokładnie, czy zabici byli żołnierzami, czy cywilami, nie wspominając już o ich narodowości. Istnieją też szczegółowe dane liczbowe dotyczące niektórych jednostek, ale wyciąganie z nich wniosków byłoby zajęciem jałowym, gdyż bardzo się od siebie różnią. Moje obliczenia oparte są na liczbach podawanych przez Vilatte de Prugnes i Meyniera, na obliczeniach Kukiela (który wydaje mi się najbardziej skrupulatnym historykiem tej kampanii) z jednej strony, z drugiej zaś - na rachubach bardziej współczesnych rosyjskich historyków, takich jak Żylin, Sirotkin, Szwiedow i Sokołów.]

Jeśli idzie o straty Napoleona, były one jeszcze poważniejsze, niżby to wnikało z powyższych liczb. W gronie 120 tysięcy żołnierzy, którzy wyszli z Rosji w grudniu, 50 tysięcy stanowili Austriacy i Prusacy. Pierwsi z nich od początku byli niepewnymi sprzymierzeńcami, a drudzy mieli stać się wkrótce wrogami. Z pozostałych 70 tysięcy ponad 20 tysięcy stanowili Polacy. Gdyby odliczyć wszystkich innych ocalałych sprzymierzeńców, można by zapewne odkryć, że kampanię przeżyło tylko około 35 tysięcy Francuzów, z których znaczna część nie nadawała się już do służby wojskowej. Dodać do tego należy stratę co najmniej 160 tysięcy koni pochodzących z obszaru napoleońskiego imperium oraz ponad tysiąca dział.

Rozmiary szkód poniesionych przez poszczególne jednostki były bardzo zróżnicowane. Kontyngent austriacki przetrwał głównie dlatego, że jako samodzielna formacja, dowodzona przez Schwarzenberga, zdołał uniknąć udziału we wszystkich bitwach, oprócz jednej. Prusacy pod wodzą Macdonalda uczestniczyli tylko w drobnych potyczkach i okazywali podobny brak entuzjazmu do walki z Rosjanami; w ich sektorze panował przez długie okresy lata taki spokój, że oficerowie odwiedzali bałtyckie kąpieliska.

Z 96 tysięcy Polaków biorących udział w kampanii wyszły z Rosji 24 tysiące, czyli proporcja tych, którzy przeżyli, sięgała 25 procent. Spośród 32 700 Bawarczyków, którzy przekroczyli Niemen, generał Wrede zdołał się doliczyć 1 stycznia 1813 roku tylko 4 tysięcy, czyli 12 procent całości. Z dwóch pułków iliryjskich, liczących 3 518 żołnierzy wszystkich rang, zachowało się 211, czyli 6 procent. Kiedy Armia Włoch, złożona niegdyś z 52 tysięcy ludzi, zgromadziła się w styczniu na punkcie zbornym w Kwidzynie, liczyła tylko 2 637 żołnierzy i 207 oficerów, czyli trochę ponad 5 procent stanu wyjściowego. Z 27 397 Włochów, którzy przekroczyli Alpy na początku lata 1812 roku, wróciło do domu tylko około 1000, niewiele więcej niż 3 procent.

Jak można się było spodziewać, pułki gwardii wyszły z kampanii względnie obronną ręką. Kompania szaserów, w której służył porucznik Marie Henry de Lignieres, liczyła po wkroczeniu do Królewca 52 ludzi z 245. Na apel lansjerów księcia Bergu, który odbył się 3 stycznia 1813 roku, przybyło 370 żołnierzy z początkowego stanu 1109. Polski pułk szwoleżerów liczył w chwili przeprawy przez Niemen 915 ludzi. Potem oddelegowano z niego wielu żołnierzy i oficerów, którzy stanowili trzon kadrowy tworzonych wówczas pułków litewskich. Mimo to po powrocie do Księstwa Warszawskiego, w grudniu 1812 roku, było w nim jeszcze 422 ludzi.

Pułki piechoty liniowej poniosły znacznie cięższe straty. Według sierżanta Bertranda, 7. pułk lekkiej piechoty korpusu Davouta rozpoczynał kampanię w sile 3 342 ludzi, ale 31 grudnia 1812 roku, na apelu w Toruniu zjawiło się ich tylko 192. Z 800 kawalerzystów 8. pułku chasseurs a cheval, którzy wyruszyli z Brescii 6 lutego 1812 roku, rok później zebrało się w Głogowie jedynie 75. Dwa bataliony (2. i 3.) hiszpańskiego pułku Józefa-Napoleona, które walczyły pod Borodinem i Małojarosławcem w korpusie księcia Eugeniusza, powróciły za Niemen w sile 14 oficerów i 50 żołnierzy innych rang, ale pułkownik Lopez zdołał zabrać ze sobą sztandar. Z liczącej 400 ludzi kompanii pontonierów, którzy zbudowali mosty przez Berezynę, do Holandii powróciło tylko 8 - kapitan Benthien, starszy sierżant Schroder i 6 żołnierzy. A z 8. westfalskiego pułku piechoty wrócił do Kassel tylko jeden samotny sierżant.

Trudno uzmysłowić sobie wpływ takich strat na kraje, które je poniosły. Dla Francji, najbardziej zaludnionego państwa Europy, strata 300 tysięcy ludzi z ogólnej liczby ludności wynoszącej 27 milionów byłaby dziś porównywalna z utratą niemal 700 tysięcy mieszkańców, a nie obejmuje to ogromnej liczby cywilów. Dla Księstwa Warszawskiego ubytek 70 tysięcy ludzi jest porównywalny z utratą przez dzisiejszą Polskę 750 tysięcy obywateli - a i w tym wypadku liczba ta nie obejmuje cywilów, którzy stracili życie w wyniku działań armii maszerujących przez terytorium tego państwa. Odpowiednie liczby dla Niemiec wynosiłyby - 400 tysięcy, dla północnych Włoch - 200 tysięcy, a dla Belgii i Holandii 80 tysięcy. Za tymi liczbami kryją się tysiące osobistych tragedii, które pogarszał jeszcze bardziej niedobór informacji dotyczących losów poszczególnych osób.

Pewien francuski wieśniak, piszący do syna 22 lutego 1813 roku, zaadresował swój list: "Kapitan Flamant ze 129. pułku piechoty liniowej, zaginiony w regionie Wilna". Rodzina nie miała od niego słowa wiadomości od sierpnia, ale ponieważ nie przepadał on za pisaniem, nadal żywiła nadzieję. "Chciałbym myśleć, że jesteś jeńcem, i ta tylko myśl zapewnia nam w tym momencie odrobinę pociechy - pisał. - Twoja biedna matka jest ciężko chora z niepokoju i jedno słowo napisane twoją ręką przywróciłoby jej zdrowie". Choć wszyscy jeńcy odzyskali wolność z chwilą podpisania pokoju w roku 1814, liczni z nich nie zostali od razu wypuszczeni, więc ci, którzy przeżyli, powracali stopniowo z Rosji jeszcze przez kilka lat. Pozwoliło to pozbawionym wiadomości członkom rodzin żywić nadzieję przez całe lata, a nawet dziesięciolecia. Pewna wieśniaczka z Meklemburgii usiłowała uzyskać jakieś wiadomości o swoim narzeczonym jeszcze w roku 1849.

Zdarzały się cudowne ocalenia, a w jednym wypadku doszło nawet do zmartwychwstania. Ignacy Dębowski, oficer z dywizji Dąbrowskiego, został ranny i tak ciężko ogłuszony podczas walk pod Borysowem, że jego koledzy uznali go za zabitego. Położyli go na płaszczu i pogrzebali z wszystkimi wojskowymi honorami pod stertą śniegu, gdyż ziemia była zbyt twarda, by wykopać grób. Kiedy odeszli, Dębowski odzyskał przytomność i trafił do rosyjskiej niewoli. Podobnie jak liczni inni polscy oficerowie, został przymusowo wcielony do armii rosyjskiej i wysłany jako prosty żołnierz na Kaukaz, gdzie akurat toczyły się walki. Wiele lat później, zwolniony za zasługi, zjawił się ponownie w Warszawie, gdzie bywał zapraszany na kolacje w zamian za opowieści o swym pogrzebie pod Borysowem.

Niektórzy zostali w Rosji na zawsze, ponieważ po wzięciu do niewoli trafili w ręce miejscowych posiadaczy ziemskich jako tani robotnicy lub wstąpili do służby, aby przeżyć, i nigdy nie dowiedzieli się o amnestii lub nie mieli środków na powrót do swych krajów. Inni nie wrócili, ponieważ dokonali takiego wyboru i rozpoczęli nowe życie. Zapewniono im korzystne warunki osiedlenia się w mało zaludnionych rejonach Rosji, a niektórym przydzielono nawet żony. Według oficjalnych danych, do 31 grudnia 1814 roku 15 starszych oficerów, 2 lekarzy wojskowych i 1968 żołnierzy innych rang złożyło przysięgę na wierność carowi i stało się jego poddanymi, a 253 Austriaków, walczących poprzednio po stronie Napoleona, oczekiwało na swoją kolej.

W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku pewien rosyjski historyk odnalazł porucznika Nicolasa Savina z 2. pułku huzarów, który został wzięty do niewoli nad Berezyną. Mieszkał na przedmieściach Saratowa w małym domku otoczonym kwiatami, które codziennie podlewał. Gabinet ozdobił brązowym posążkiem Napoleona oraz namalowanym przez siebie akwarelą portretem cesarza. Żył w Rosji, dumnie nosząc swój krzyż Legii Honorowej. Umarł w roku 1894, mając podobno 127 lat. Nie wrócił do Francji, ponieważ nie mógł znieść myśli o oglądaniu kraju, który nie jest rządzony przez Napoleona.

Guillaume Olive był większym pragmatykiem. Urodzony w Stanach Zjednoczonych Ameryki jako syn emigranta, już w młodym wieku rozpoczął służbę w armii francuskiej. Wzięty do niewoli podczas odwrotu, postanowił pozostać w Rosji. W roku 1821 był już adiutantem wielkiego księcia Konstantego, a dziesięć lat później marszałkiem szlachty w guberni, w której kupił majątek. Jego syn dosłużył się rangi generała kawalerii, poślubił córkę jednego z Tołstojów i został członkiem Rady Stanu. Jego wnukowie byli oficerami konnej gwardii i szambelanami dworu, a wnuczki damami dworu carycy. Jednak dla większości przejście na służbę innego władcy nie było sprawą tak łatwą.

Rosjanie żywili nadzieję, że uda im się przeprowadzić akcję werbunkową wśród służących w Grande Armee Niemców, zwłaszcza że liczni spośród nich zostali do niej wcieleni wbrew swej woli. Zaczęli więc tworzyć Legię Niemiecką, która miała ich wchłonąć. Ale tylko nieliczni jeńcy zgłosili się na ochotnika, choć oznaczało to natychmiastowe uwolnienie od okropnych warunków, w jakich byli przetrzymywani. Zdumiewająco liczna większość niemieckich oficerów i żołnierzy z wojsk Napoleona pozostała mu wierna w nieszczęściu, a niemieccy jeńcy, rozsiani po całej Rosji, uroczyście obchodzili urodziny cesarza 15 sierpnia 1813 roku.

Rosjanom zależało też na pozyskaniu dla swej sprawy służących w Grande Armee Hiszpanów, więc oferowali bardzo korzystne warunki wszystkim poddającym się. Utworzyli złożony z jeńców pułk, którym dowodził wzięty do niewoli nad Berezyną don Raphael de Llanza. Choć jego pułk nigdy nie spełnił oczekiwań Rosjan i nie wziął udziału w walce przeciw Napoleonowi, wrócił do Hiszpanii, gdzie jako Imperial-Alejandro uczestniczył w roku 1820 w powstaniu Riega wymierzonym przeciwko tym samym Burbonom, których zdetronizował Napoleon.

Skutki działań wojennych rozpoczętych w roku 1812 bywały dość osobliwe. Syn kapitana Octave'a de Segur z 8. pułku huzarów - który, przebity dwiema kozackimi lancami i wzięty do niewoli pod Wilnem już 28 czerwca, był pierwszą znaną francuską ofiarą kampanii - poślubił w roku 1819 Sophie, najmłodszą córkę hrabiego Fiodora Rostopczyna, gubernatora i podpalacza Moskwy. Ona zaś, jako comtesse de Segur, napisała serię książek dla dzieci, na których wychowywały się jeszcze w XX wieku całe pokolenia francuskich dziewcząt i chłopców.

 







Adam Zamoyski - 1812. Wojna z Rosją - 1