Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

GRZEGORZ GÓRSKI

WRZESIEŃ 1939

ROZWAŻANIA ALTERNATYWNE

 

2000

 

Wstęp

Kampania wrześniowa, poprzedzająca ją walka dyplomatyczna, toczące się w jej trakcie działania zbrojne, wreszcie jej następstwa dla Polski - to wszystko ciągle jest przedmiotem niezmiernie pasjonujących badań i studiów. Problematyka ta od dawna mnie interesowała, więc starałem się zawsze możliwie na bieżąco śledzić najważniejsze, pojawiające się sukcesywnie publikacje naukowe czy wspomnienia poświęcone tej tematyce. Jednak od bardziej pogłębionego zajmowania się tym zagadnieniem odpychała mnie wciąż swoista monotonia niemal wszystkich ujęć, począwszy od wspomnień i pamiętników różnych uczestników toczących się wydarzeń, na pogłębionych studiach skończywszy.

Oto bowiem wyłania się obraz następujący. Niemiecki Fuhrer Adolf Hitler, otumaniony wizją zbudowania "Tysiącletniej Rzeszy", postanawia u schyłku 1938 roku rozprawić się z Polską. Dzięki wytężonym wysiłkom polskiej dyplomacji udaje nam się zdobyć potężnych sojuszników, ale wtedy Hitler porozumiewa się ze Stalinem, który łaknie odwetu na Polsce za upokorzenie z 1920 roku. Wybucha wojna, której żadną miarą nie można było zakończyć jakimkolwiek sukcesem. Niemcy mieli miażdżącą przewagę, sojusznicy nas zdradzili, Sowieci dobili ciosem w plecy. Historiografia marksistowska, z mniejszą lub większą gorliwością, zwracała jeszcze uwagę na błędy min. Józefa Becka, popełnione zwłaszcza w okresie kryzysu czechosłowackiego, czy zupełne negliżowanie możliwości ściślejszej współpracy z Sowietami.

Z tej perspektywy nawet mniejsze czy większe błędy własnego naczelnego dowództwa czy kierownictwa politycznego nie mogły mieć poważniejszego wpływu na przebieg wydarzeń. Najważniejsze jednak, że jako pierwsi stawiliśmy Hitlerowi opór, że wybuchła wojna światowa, a my znaleźliśmy się w niej po właściwej stronie.

Tej niemal ogólnie obowiązującej konwencji towarzyszą oczywiście różnice sympatii do polskich uczestników zdarzeń. Stąd też zdarzają się różnice naświetleń, akcentów, etc. Ujęcia niekonwencjonalne są natomiast raczej marginalizowane. Przykładem jest znakomity esej Jerzego Łojka *[J. Łojek, Agresja 17 września. Studium aspektów politycznych. Warszawa 1990.] poświęcony sowieckiej agresji z 17 września 1939 roku, a zwłaszcza postawie wobec niej polskich władz cywilnych i wojskowych oraz następstwom określonych zachowań bądź braku działań. Łojek w swej pracy zawarł olbrzymią ilość ciężkich zarzutów, które zostały ogólnie przemilczane i nie doprowadziły, niestety, do jakiejkolwiek poważnej dyskusji.

Oczywiście do 1989 roku było to w pewnym sensie zrozumiałe. Wobec upartych twierdzeń komunistycznej propagandy, przyoblekanych nawet w naukowe szaty, że mianowicie przedwojenna ekipa rządząca nie wykorzystała jedynej możliwości obrony niepodległości, jaką miał być rzekomo sojusz ze Związkiem Sowieckim, wszelkie tezy krytyczne w tym kontekście musiały być formułowane z dużą ostrożnością. Propaganda i nauka komunistyczna podchwytywała je bowiem błyskawicznie i wmontowywała w swoją wizję historii. Obawa zatem przed instrumentalizacją własnych sądów lub, co gorsza, zaliczeniem w poczet piewców komunistycznej wersji historii, wstrzymywać mogła zdolność do rzetelnych ocen. Na tym tle widzieć zatem trzeba wielkość dzieła J. Łojka.

Ale przecież w 1989 roku - pięćdziesiąt lat po wybuchu wojny - owe przyczyny generalnie ustały. Jednak w piśmiennictwie historycznym nie znalazło to wyrazu.

Wspomnieć tu trzeba także o swoistej sytuacji panującej wśród polskiego wychodźstwa niepodległościowego. Tam temat "wrześniowy" był bardzo popularny. I tam miał on jednak w istocie wymiar polityczny. Z jednej bowiem strony, na fali ciągle żywej w pewnych kręgach niechęci do rządzącego w 1939 roku obozu piłsudczykowskiego, formułowano ciężkie oskarżenia, często jednak motywowane bardziej racjami emocjonalnymi niż rzetelną oceną faktów. Z drugiej zaś strony odpowiadano "obroną zaporową", nie dopuszczając żadnej krytyki, a mających inne zdanie zaliczano po prostu do sympatyków reżimu komunistycznego.

Historyk, który staje wobec takiej rzeczywistości, ma zasadniczo trzy wyjścia. Może po prostu temat ominąć, uznając, że lepiej nie ryzykować starć z utartymi przyzwyczajeniami. Może także przyjąć istniejące schematy i w ich ramach próbować weryfikować fragmenty dotychczasowych ustaleń. Może wreszcie zaryzykować, podejmując próbę wyjścia poza owe schematy. Tutaj możliwe jest spojrzenie z dystansem i krytycyzmem na zdarzenia dotąd postrzegane jako oczywiste i nie budzące wątpliwości. Takie podejście może prowadzić do rezultatów zgoła nieoczekiwanych.

Praca niniejsza jest próbą takiego właśnie spojrzenia. Czytelnicy i recenzenci ocenią, na ile udaną. Mam jednak pełne przekonanie, że sześćdziesiąt lat po wojnie próbę taką należy podjąć, nawet jeśli jej autor bardzo dużo ryzykuje.

Kilka miesięcy temu, podczas lektury angielskiego opracowania poświęconego historii III Rzeszy, zwróciłem uwagę na fakt, który jak dotąd nie budził moich żadnych obiekcji. Oto bowiem nigdy dotąd nie zastanawiałem się dlaczego polski sztab główny rozpoczął przygotowania do odparcia niemieckiej agresji jeszcze w lutym 1939 roku, podczas gdy niemieckie dyspozycje dotyczące rozpoczęcia planowania wojennego zostały wydane w kwietniu 1939 roku? Dlaczego jeszcze w marcu 1939 roku strona polska rozpoczęła działania mobilizacyjne i przestawiła kraj na stopę wojenną, gdy w tym czasie Niemcy nie poczynili żadnych przygotowań wojskowych skierowanych przeciwko naszemu krajowi.

Przyjęta dotąd opinia kazała nam widzieć w działaniach polskich oczywistą odpowiedź na niemiecką politykę agresji. Jednak nawet w świetle polskich dokumentów z tego okresu uznać trzeba, iż interesujące nas wydarzenia jawią się w zupełnie innym świetle, o czym piszę dalej.

Właśnie takim kwestiom w dużej mierze będzie poświęcone niniejsze studium. Nie jest ono na tym etapie wyczerpującym ujęciem całości, ogromnej przecież, problematyki i stanowi raczej punkt wyjścia do jej szerokiego ujęcia. Skupiam się tu jedynie na okresie od kryzysu czechosłowackiego do maja 1939 roku. Był to w moim przekonaniu czas decydujący, czas wielkich, niewykorzystanych przez polską dyplomację, szans na odegranie kluczowej roli w polityce europejskiej. Ale także, a może przede wszystkim, był to okres, w którym istniały szanse pełnego zabezpieczenia polskiej niepodległości poprzez stworzenie szerokiego bloku antyniemieckiego, który mógł powstrzymać ekspansję Hitlera zanim jeszcze zdołał on wzmocnić się drogą podbojów i aneksji.

Zanim przejdę do zasadniczych rozważań, chciałbym poczynić jeszcze dwie uwagi generalne.

Jest oczywiste, że zajmując się interesującym nas okresem, należałoby często przywoływać postać, której już samo nazwisko wywołuje jak najgorsze skojarzenia. Chodzi rzecz jasna o A. Hitlera, który był jednym z najważniejszych animatorów ówczesnych wydarzeń. Mimo iż spoglądanie na Hitlera jest w głównej mierze determinowane przez jego późniejsze zachowania i poczynania, uznałem, że przyjęcie takiego punktu widzenia dla jego działań w interesującym nas okresie, po prostu wypacza rzeczywistość, determinując widzenie każdej jego inicjatywy wobec Polski - od schyłku 1938 roku poprzez pryzmat późniejszej polskiej hekatomby. Stąd poczynania te interpretowane są od początku jako ukierunkowane na doprowadzenie do unicestwienia Polski. Uznałem zatem, że konieczne jest odejście od przyjętego swoistego kanonu i podjęcie próby spojrzenia na wydarzenia 1938 i 1939 roku do wybuchu wojny bez ulegania z góry określonemu schematowi. Jeśli jednak to uczyniłem, to nie po to, by Hitlera usprawiedliwiać czy wybielać. Byłem przekonany, że takie spojrzenie pozwoli uczciwie nakreślić ówczesną sytuację i sprawiedliwie ocenić polskie poczynania. Nie jest to zaś w żadnym razie próba zdejmowania z Hitlera ciężaru odpowiedzialności za wybuch wojny i zbrodnie będące jej następstwem.

I kwestia druga. Na kartach tego opracowania będzie także szereg, momentami bardzo ostrych, ocen pod adresem niektórych polskich uczestników ówczesnych wydarzeń. Chcę z góry zastrzec, że oceny te dotyczą tylko i wyłącznie działalności tych osób w latach 1937-1939 i to wyłącznie w interesującym nas tu obszarze ich aktywności. Żadne zatem zawarte tu sądy nie powinny determinować oceny ich całego dorobku życiowego - ani wcześniejszego, ani późniejszego. Mogą one, i moim zdaniem powinny, być istotnym elementem oceny całości działalności publicznej tych osób. Nikt jednak na podstawie zawartych tu stwierdzeń nie powinien się czuć zwolniony od takiej rzetelnej, całościowej weryfikacji ich dorobku życiowego uznając, że owe dwa krytyczne lata załatwiają sprawę. Nikt też nie powinien, w imię naukowej rzetelności, z tego punktu widzenia czynić mi zarzutów, że neguję wkład pewnej grupy osób w odbudowę i umocnienie niepodległej Rzeczypospolitej. Nie jest to moim celem.

W tej pracy przedstawiam kilka zasadniczych tez. Po pierwsze, że we wrześniu 1939 roku nie musiała wybuchnąć wojna światowa, a z całą pewnością nie musiała ona zacząć się od Polski.

Po drugie, że doszło do tego wskutek karygodnych błędów w ocenie własnego położenia i własnych interesów, popełnionych przez polską dyplomację, zwłaszcza w 1938 roku w trakcie kryzysu czechosłowackiego.

Po trzecie, podobne błędy polskiej dyplomacji doprowadziły do tego, że wojna wybuchła w najgorszym dla Polski momencie i w najgorszych dla niej warunkach, to jest przy aktywnym zaangażowaniu przeciw niej obu potężnych sąsiadów.

Po czwarte wreszcie, że poważne błędy polskiego dowództwa wojskowego popełnione w wyjściowym ustawieniu naszych armii oraz kompletne nieprzygotowanie zaplecza walczących oddziałów doprowadziły w sposób nieuzasadniony i niekonieczny do takiego przebiegu kampanii wrześniowej, który zakończył się kompletną i zaskakującą klęską militarną strony polskiej.

Praca ta powstała m.in. dzięki wsparciu, jakie uzyskałem od Fundacji Lanckorońskich, co pozwoliło mi na wykorzystanie wielu nieznanych dotąd źródeł angielskich zgromadzonych w Public Record Office w Londynie. Dokumenty brytyjskiego rządu, ujawnione w ostatnich latach, rzucają w wielu kwestiach zupełnie nowe światło na interesujące nas wydarzenia.

 

Rozdział 1

Kanclerz... wysoce zadowolony

 

Uregulowanie wzajemnych relacji polsko-sowieckich w 1932 roku i polsko-sowieckich w 1934 roku stworzyło warunki do ustabilizowania międzynarodowej pozycji Polski. Oba zawarte z sąsiadami traktaty były kamieniami milowymi polskiej polityki zagranicznej. Osamotniona, po porozumieniu w Locarno, Rzeczpospolita musiała dokonać olbrzymiego wysiłku, aby osiągnąć taki rezultat. Był to wielki sukces marszałka Piłsudskiego oraz dwóch ściśle z nim współpracujących ministrów spraw zagranicznych, Augusta Zaleskiego i Józefa Becka.

Traktaty te wyraźnie wpłynęły na uspokojenie sytuacji międzynarodowej w Europie, zwłaszcza zaś w jej środkowo-wschodniej części i nie licząc drobnych komplikacji, panował tu, w otoczeniu Polski, względny spokój aż do końca 1937 roku.

W tym momencie za najważniejsze problemy w polityce europejskiej uchodziły: przebieg i następstwa wojny domowej w Hiszpanii oraz agresywna polityka Włoch w basenie Morza Śródziemnego 4. Konflikt w Hiszpanii przyciągał najwyższą uwagę najważniejszych mocarstw europejskich, za które w tym czasie uchodziły Wielka Brytania, Francja, Włochy, Niemcy i Związek Sowiecki. Była to bowiem pierwsza, na tak wielką skalę, ujawniona konfrontacja pomiędzy, z jednej strony, dwoma kształtującymi się totalizmami: niemieckim nazizmem oraz włoskim faszyzmem, związanymi współpracą antykominternowską, oraz, z drugiej strony, rosyjskim totalizmem komunistycznym. Jednocześnie silne zaangażowanie Włoch w Hiszpanii w najwyższym stopniu niepokoiło Anglię i, zwłaszcza, Francję. Obok rozbudowy potencjału floty włoskiej stanowiło niezmiernie ważny czynnik wzmacniający pozycję Włoch w basenie śródziemnomorskim. Dla Francji oznaczało to dodatkowo potencjalne oskrzydlenie tak na lądzie, jak i na morzu i to w najczulszym punkcie - tam gdzie prowadziły najkrótsze szlaki do jej kolonii w Afryce Północnej i Zachodniej. Podobnie dla Anglii obecność Włoch w Hiszpanii oznaczała wielkie zagrożenie szlaków komunikacyjnych wiodących poprzez Kanał Sueski oraz, a może przede wszystkim, jednej z najważniejszych baz wojennych imperium - Gibraltaru. Dodatkowo włoska akcja w Abisynii *[Włochy zaatakowały Etiopię na początku października 1935 roku, czym bardzo zaniepokoiły Anglię. W maju 1936 roku armia włoska zajęła stolicę Etiopii Adis Abebę, po czym Włochy zaanektowały ten kraj.] wskazywała na to, że zagrożone są interesy brytyjskie w koloniach afrykańskich.

O ile zatem w tej części Europy główną rolę w interesujących wielkie mocarstwa wydarzeniach odgrywał włoski Duce - Mussolini, o tyle przełom 1937 i 1938 roku miał przynieść zdarzenia, które błyskawicznie przeniosły ciężar zainteresowania opinii międzynarodowej do centrum Europy.

Rządzone przez Hitlera Niemcy kończyły bowiem okres względnie spokojnego, z punktu widzenia późniejszych poczynań, działania w polityce międzynarodowej. Trzeba tu zauważyć, że postawa Hitlera po którym, w momencie gdy obejmował w 1933 roku władzę, spodziewano się najgorszego, była do pewnego stopnia pozytywnym rozczarowaniem. Bardzo wyraźna orientacja i retoryka antykomunistyczna zjednywały wręcz sympatię dla Niemiec. Wprawdzie niemieckie akcje w Zagłębiu Saary i Nadrenii *[W następstwie plebiscytu w Zagłębiu Saary, na początku stycznia 1935 roku, Niemcy odzyskali ten obszar. Po upływie pewnego czasu, 7 marca 1936 roku, ich wojska wkroczyły do Nadrenii, w obu przypadkach łamiąc regulacje wersalskie. W obu też przypadkach akcje te były swoistym sprawdzianem zdolności oporu ze strony Francji, której fatalne niezdecydowanie przy obu okazjach było jedną z głównych zachęt dla dalszych działań Hitlera.] wzbudzały niepokój Anglii i Francji, ale uważano ogólnie, że rewindykacje niemieckie są oczywiste. Także inne naruszenia postanowień wersalskich były do pewnego momentu bagatelizowane i wydaje się, że i Anglia, i Francja dawały tym wyraz swego rzeczywistego stosunku do tego traktatu. Z drugiej bowiem strony, dokonana przez Hitlera reorientacja stosunków z Polską, podpisanie tzw. Paktu Czterech *[Pakt Czterech został podpisany w czerwcu 1933 roku w Rzymie pomiędzy Niemcami, Francją. Włochami i Wielką Brytanią. Był on ze strony Anglii i Francji swoistą próbą "ucywilizowania" obu dyktatorów, ale też spacyfikowania artykułowanych przez nich zamiarów kolonialnej ekspansji.] i okazywany przezeń szacunek, zwłaszcza dla Anglii, budziły poważne nadzieje co do możliwego okiełznania jego ambicji, nie traktowanych zresztą, jak się zdaje, do końca poważnie. Równocześnie szacunek i pewną zazdrość budziły sukcesy wewnętrzne Niemiec. Przezwyciężenie ciężkiego kryzysu społeczno-ekonomicznego, niezwykle dynamiczny rozwój gospodarki niemieckiej, likwidacja olbrzymiego bezrobocia, skuteczna pacyfikacja najsilniejszego w Europie ruchu komunistycznego, wreszcie autentyczne poparcie olbrzymiej większości społeczeństwa, które od stanu głębokiej frustracji przeszło zasadniczą ewolucję w kierunku pełnego entuzjazmu dla celów polityki narodowej Hitlera, były jego wielkimi osiągnięciami.

Dla Polski odprężenie w stosunkach z Sowietami i Niemcami było krótką, niestety, chwilą wytchnienia. W tym momencie jedynie relacje Polski z Litwą i Czechosłowacją nie były w pełni unormowane i nie mogły satysfakcjonować. Jednak nie miało to wielkiego wpływu na międzynarodową pozycję Rzeczypospolitej.

Warto na tym miejscu zastanowić się nad ważnym i istotnym dla historii Polski i jej zagranicznych stosunków momentem, jakim była śmierć marszałka Piłsudskiego w maju 1935 roku. Jest to tym bardziej istotne, że płk J. Beck, który od tej chwili przejął wyłączny ster polskiej polityki zagranicznej na każdym kroku podkreślał, iż realizuje wskazania i wizje nakreślone przez wielkiego poprzednika.

Można powiedzieć, że to właśnie min. Beck najkrócej i najtrafniej scharakteryzował istotę tej polityki, mówiąc podczas swego expose przed sejmową Komisją Spraw Zagranicznych w połowie stycznia 1936 roku: polityka polska jest prosta - tak prosta, że niektóre szczególnie podniecone wyobraźnie nie chcą w żaden sposób w to uwierzyć. Punktem wyjścia dla tej polityki, jak też i celem ostatecznym musi być oczywiście interes Polski, a nie co innego. Żaden wzgląd uboczny, ani żadna abstrakcyjna doktryna nie może mieć na nią wpływu. Rozumiejąc jednak szerzej polską racją stanu, doceniać musimy współpracę z innymi tam, gdzie się ona dla nas w formach jasnych i niedwuznacznych, a zgodnych z interesami i godnością naszego narodu otwiera. Od tej współpracy nie chcemy się uchylać. W każdym jednak poszczególnym wypadku musimy dobrze wiedzieć, jaki jest motyw i cel proponowanych układów czy działań i czy te motywy i cele nie są z naszą polską racją stanu sprzeczne. Układów politycznych podpisaliśmy niewiele, ale podpisaliśmy je po to, aby dotrzymać - wymagając, oczywiście, od każdego z naszych partnerów wzajemności".

Piłsudski zatem, kierując się tak zarysowanymi racjami dążył ze wszystkich sił do ułożenia stosunków z dwoma kluczowymi sąsiadami Polski, a więc Niemcami i Związkiem Sowieckim i to nie bacząc na uwarunkowania historyczne czy współczesne, wynikające z napięć wokół kwestii ideologicznych. To dlatego opinia europejska z takim zdumieniem przyjęła podpisane przez niego traktaty. Podziw budziło to, że Polsce udało się wznieść ponad, jak sądzono, nieprzekraczalne bariery i różnice. Doceniając wagę tych osiągnięć, Piłsudski wskazywał, iż należy tak długo jak to tylko możliwe utrzymywać te pozytywne relacje z sąsiadami. W praktyce wynikać z tego miało utrzymywanie "równego dystansu" w stosunku i do Berlina, i do Moskwy oraz nieangażowanie się w jakiekolwiek akcje przeciw Niemcom czy ZSRS. W tym kontekście Piłsudski zdecydowanie odrzucał wszelkie koncepcje tzw. bezpieczeństwa zbiorowego, uważając je za nieskuteczne, a wikłające w niepotrzebne układy czy zobowiązania. Kombinacje, najczynniejszej w tym zakresie, polityki francuskiej uznawał za ledwo zawoalowane akcje przeciwniemieckie i to z udziałem Rosji. Jednocześnie jednak zachowywał dystans wobec wszelkich prób montowania bloków antykomunistycznych. Wychodził on bowiem z założenia, że jeśli dojdzie do jakichś konfliktów z Niemcami czy z Rosją, to Polska będzie skazana na osamotnienie. Był przekonany, że Francja nie była zdolna do wsparcia Polski w ewentualnym konflikcie z Niemcami, przeciw Rosji zaś poważniejszej pomocy ze strony sojuszników nie można było w ogóle oczekiwać. Uznając słabość polskiej gospodarki, a co za tym idzie jej niezdolność - na dłuższą metę - do sprostania potencjałowi militarnemu sąsiadów, przestrzegał przed zaostrzaniem konfliktów z nimi. Perspektywę zaś ewentualnego sojuszu obu sąsiadów przeciw Polsce traktował jako największe i możliwe zagrożenie dla jej niepodległego bytu. I wreszcie jeszcze jedno. Oceniając realnie możliwości Polski i jej pozycję, nigdy nie próbował aspirować do odgrywania przez nią roli mocarstwa, choćby tylko na skałę europejską.

Wydaje się, że francuska bierność wobec remilitaryzacji Nadrenii w początkach 1936 roku spowodowała, iż min. Beck stracił zupełnie wiarę w to, iż kraj ten w najbliższej przyszłości będzie w stanie zdobyć się na jakiekolwiek przeciwstawienie się rosnącej aktywności Niemiec. Konstatacji tej trudno byłoby zwłaszcza dziś odmówić racjonalnych podstaw. Francja bowiem w tym czasie była bez wątpienia najsłabiej prezentującym się spośród mocarstw europejskich. Wynikało to z postępującego paraliżu centralnych ośrodków władzy w tym państwie. Niemcy, Włochy czy ZSRS miały silne kierownictwa państwowe, nie liczące się z poglądami własnej opinii publicznej. Anglia, ze swym systemem politycznym, miała także stabilne władze, choć niewątpliwie poddane momentami silnej presji opinii publicznej. Francja zaś sparaliżowana była głębokim wewnętrznym rozbiciem politycznym, które także wyraźnie rzutowało na postawę sił zbrojnych, a zwłaszcza ich kierownictwa. Rozdrobnienie polityczne w parlamencie, częste zmiany rządów, a wraz z tym pewna niejasność perspektyw, do tego zaś chroniczne przyzwyczajenie do poszukiwania zbiorowych zabezpieczeń zawsze niemal z obowiązkowym uczestnictwem Rosji, musiało budzić zrozumiałą wstrzemięźliwość Polski i nie tylko zresztą jej.

Wprawdzie Polska w ważnych momentach podkreślała swą wierność istniejącym zobowiązaniom sojuszniczym wobec Francji *[Wyrazem tego stanowiska były dwie inicjatywy pozostające w bezpośrednim związku z niemiecką akcją w Nadrenii i wypowiedzeniem przez nie Traktatu Wzajemnej Gwarancji z Locarno z 1925 roku. 10 marca 1936 roku min. Beck w odpowiedzi na zapytanie rządu francuskiego "co do naszego stanowiska w sprawie wkroczenia wojsk niemieckich do Nadrenii" odpowiedział, "że w razie agresji na terytorium francuskie Polska będzie respektować wszystkie zobowiązania wynikające z sojuszu". Stanowisko to nie zadowalało Francji, która deklarowała gotowość wysłania swych wojsk do Nadrenii. Beck, słusznie dostrzegając jednak niezdolność Francji do działania, nie chciał ryzykować utraty dobrej pozycji wobec Niemiec. Uznał zatem, iż nie ma powodu czynić pustych demonstracji na jej rzecz. Oczywiste jest, że to nie jego stanowisko rozstrzygnęło o bierności Francji, ale było wygodnym uzasadnieniem tragicznej nieudolności Paryża do prowadzenia jakiejkolwiek aktywnej polityki wobec Hitlera. Jednocześnie ponownie dał wyraz polskiego stanowiska w sprawie układów locarneńskich, o których mówił iż "jako takie nie cieszą, się sympatią opinii polskiej (...)". Wskazywał jednak, że "powodowani niezmiennie przyjaznym stosunkiem do Francji, proponujemy ścisły kontakt pomiędzy naszymi rządami dla przedyskutowania spraw wspólnie je interesujących".
Niemal miesiąc później, 6 kwietnia 1936 roku, ambasadorowi francuskiemu w Polsce L. Noelowi wręczone zostało memorandum w sprawie zobowiązań wynikających z sojuszu polsko-francuskiego. W jego punkcie trzecim stwierdzano: "Zobowiązanie do bezzwłocznego wsparcia w wypadku niesprowokowanej agresji winno być rozumiane w sposób, który zapewni w każdych okolicznościach wzajemność, która winna zawierać dla obu stron takie samo ryzyko i korzyści. Gdy zaistnieje casus foederis każda z Wysokich Umawiających się Stron winna być pewna, że druga strona nie będzie skrępowana przez żadne inne zobowiązania i będzie mogła natychmiast, bezzwłocznie przyjść z pomocą zaatakowanemu sojusznikowi".]
i usiłowała przy jej pomocy wzmacniać swój potencjał militarny *[Wyrazem tego był francusko-polski układ z Rambouillet z 17 września 1936 roku, na mocy którego Polska uzyskała pożyczkę w wysokości 2 mld. franków na zakup uzbrojenia. Dokumenty z dziejów polskiej polityki zagranicznej 1918-1939, Tom II, Warszawa 1996, s. 125-129. Warto na tym miejscu wskazać na pewien alternatywny ośrodek kształtowania polityki zagranicznej Rzeczypospolitej, jakim było wojsko i jego placówki w polskich misjach dyplomatycznych. Zwłaszcza właśnie na odcinku francuskim ten swoisty kanał był wyjątkowo często wykorzystywany przez marsz. Śmigłego-Rydza i gen. Kasprzyckiego. Wskazują na to autorzy Historii dyplomacji polskiej. Tom IV, Warszawa 1995, s. 573-574.], lecz coraz wyraźniej było widać rosnący wobec niej dystans.

Na tym tle opinia europejska widziała jednocześnie rosnące zbliżenie polsko-niemieckie. Szczególne znaczenie miały tu dwa wystąpienia min. Becka na forum Ligi Narodów. Widzieć je należy wyraźnie nie tylko w kontekście francuskiej bierności w stosunku do poczynań Niemiec, ale, może przede wszystkim, jako reakcję na brak zainteresowania współpracą z Polską w ewentualnym powstrzymywaniu ekspansji niemieckiej. 16 kwietnia 1935 roku, przemawiając w związku ze zgłoszonym przez rząd francuski projektem potępienia decyzji Niemiec o wprowadzeniu powszechnej służby wojskowej i wypowiedzeniu przez nie części postanowień wersalskich, min. Beck w istocie otwarcie dał wyraz głębokiej rezerwie wobec Francji, a przemilczając posunięcia niemieckie, stworzył wrażenie ich poparcia *[J. Beck, Przemówienia... s. 158-160. Beck mówił: "Czy można dziwić się temu, że polska opinia publiczna była niezmiernie zdziwiona poczynaniami i natarczywymi nawoływaniami do zapewnienia pokoju na wschodzie Europy, które rozbrzmiewały właśnie w chwili, kiedy powyższe dwa doniosłe akty przyczyniły się w sposób tak istotny i znamienny do stabilizacji stosunków miedzy Polską a dwoma mocarstwami sąsiednimi? Nie będę ukrywał przed moimi szanownymi kolegami, że ten fakt wzbudził poważne podejrzenia polskiej opinii publicznej, która zadawała sobie pytanie, czy pewne zamierzone układy nie mogły naruszyć, jeżeli nie z punktu widzenia intencji, to z punktu widzenia możliwych skutków, stan pokoju, wytworzonego szczerym i lojalnym wysiłkiem politycznym".]. Niespełna rok później, 18 marca 1936 roku, podobny ton miała jego wypowiedź w dyskusji związanej z wypowiedzeniem przez Niemcy układów zawartych w Locarno *[Min. Beck kończył swe przemówienie słowami, które nie pozostawiały wątpliwości co do tego kto był ich adresatem i stąd były swoistym podsumowaniem francuskiej polityki symbolizowanej układem locarneńskim: "Rząd polski i opinia publiczna w Polsce przywiązują największą wagę do konsolidacji normalnych stosunków między krajami europejskimi, co stanowi istotny warunek bezpieczeństwa w Europie. Temu warunkowi nie może stać się zadość, o ile nie będzie przestrzegana ściśle zasada, której rząd polski zawsze bronił, a mianowicie, że interesy jakiegokolwiek kraju, niezależnie od jego znaczenia, nie mogą stanowić obiektu negocjacji międzynarodowej bez udziału i zgody zainteresowanego. Jedynie zastosowanie tej zasady przyczynić się może do przywrócenia i konsolidowania międzynarodowego zaufania, które jest podstawą bezpieczeństwa." J. B e c k, Przemówienia S. 222-224.]. Warto tu nadmienić, iż min. Beck nie ukrywał skądinąd swej niechęci czy wręcz lekceważenia wobec Francji, co zapewne uwarunkowane było jego osobistymi przeżyciami *[J. Beck na początku lal dwudziestych przebywał we Francji jako polski attache wojskowy i na żądanie strony francuskiej został odwołany. Zarzucano mu popełnienie szeregu nietaktów wobec osobistości francuskich. Faktycznie jednak, w przeciwieństwie do innych polskich oficerów, Beck nie chciał dać się sprowadzić do roli francuskiego agenta i to bardzo złościło Paryż. Wyniósł zatem Beck w związku z tym głęboki uraz do Francuzów.]. Podobnie zresztą rzecz się miała we Francji, gdzie był on osobistością bardzo nielubianą. To wszystko, nolens volens, przekładało się na wzajemne relacje, co w interesującym nas kontekście miało skutki jak najbardziej fatalne.

Równolegle, niezależnie od zewnętrznego odbioru tych wystąpień, następowało wyraźne podniesienie dotychczasowych, w istocie ledwie poprawnych, relacji polsko-niemieckich na poziom, który uznać by można za co najmniej przyjacielski. Znajdowało to wyraz w pierwszym rzędzie w sposobie traktowania polskiego ambasadora w Berlinie, Józefa Lipskiego, co nie uchodziło oczywiście uwadze tamtejszych kół dyplomatycznych. Także atmosfera towarzysząca odbywającym się coraz częściej spotkaniom polskich i niemieckich decydentów potwierdzała tę niezwykłą ewolucję. Przykładem są bardzo ważne w ówczesnej sytuacji konferencje, jakie odbyły się wkrótce po śmierci marsz. Piłsudskiego.

23 maja 1935 roku amb. Lipski spotkał się z Hitlerem, podobne spotkanie 3 lipca 1935 roku odbył min. Beck. Podczas obu tych konferencji Hitler nie krył swego, jak się zdaje autentycznego, podziwu dla marsz. Piłsudskiego, a jednocześnie dawał wyraz wielkiemu zadowoleniu z korzystnej ewolucji stosunków polsko-niemieckich. Zwłaszcza w rozmowie z min. Beckiem podkreślał wielką wagę, jaką przywiązywał do stosunków z Polską, do której deklarował jak największe zaufanie. Mówił w tej rozmowie, iż "od chwili kiedy uzyskał wpływ na rządy w Niemczech, od razu (...) [wysunął] jako najważniejsze, a w dawnych Niemczech tak niepopularne dwa punkty: ułożenie stosunków z Anglią i Polską. Reszta jest (...) kwestią drugorzędną". Pozostaje pytanie, jak dalece był szczery w swoich wyznaniach. Wydaje się jednak, że nie było to jedynie kurtuazyjne stwierdzenie. Hitler i w rozmowie z Beckiem, i publicznie podkreślał, że jego głównym wrogiem była komunistyczna Rosja. Z tego punktu widzenia przychylność Polski była dlań bezcenna. Ale nie tylko dlatego.

Trudno oczywiście określić jednoznacznie, czy już w 1935 roku miał on sprecyzowaną wizję przeprowadzenia niemieckich rewindykacji wobec, jak to określał, szkód wyrządzonych jego krajowi w traktacie wersalskim, a następnie realizacji planów ekspansji określonych w ideologicznych rozważaniach. Jeśli jednak taki schemat istniał i obejmował to, co wkrótce miało nastąpić - objęcie Nadrenii, przyłączenie Austrii i rozbicie Czechosłowacji, to jego podejście do Polski było logiczne. Aby taki plan przeprowadzić, konieczna była życzliwość Polski.

Nie ma zatem specjalnego znaczenia, czy jego komplementowanie Polski w tym momencie było szczere czy nieszczere. Ważne są efekty tej polityki - i dla Niemiec, i dla Polski.

Sam min. Beck nie dostrzegał, jak się zdaje, niebezpieczeństw tkwiących w zewnętrznym okazywaniu swej sympatii wobec hitlerowskich Niemiec, ale też nie zauważał poważniejszych zagrożeń wynikających z kierunku ewolucji stosunków z Niemcami. Jest charakterystyczne, że w swej notatce z rozmowy nie skomentował fragmentu wypowiedzi kanclerza Rzeszy: "miałby on myśl, o której dzisiaj mówić nie można, ale która za jakieś 15 lat może by dała się zrealizować, mianowicie stworzenia specjalnej drogi kolejowej i autostrady przez Pomorze, dla celów transportowych". Trzy lata później podobna propozycja, wraz z sugestiami dotyczącymi Gdańska, doprowadzi do gwałtownego zwrotu w stosunkach polsko-niemieckich. Tu jakby jej w ogóle nie dostrzeżono.

W każdym razie, w postępującym zbliżeniu polsko-niemieckim min. Beck nie widział żadnych zagrożeń. Wyrazem tego jest jego wypowiedź na naradzie, jaką odbył ze swymi najbliższymi współpracownikami w dniu 15 czerwca 1936 roku, a która poświęcona była polskiej polityce zagranicznej. Wskazywał on tam, iż "momentem zasadniczym obecnej sytuacji w Europie jest z jednej strony montowanie "wojny religijnej", z drugiej zaś wzajemne krzyżowanie się wpływów wielkich mocarstw. Polska w sytuacji tej zajmuje pozycją kluczową, szczególnie jeśli chodzi o moment "wojny religijnej". Zmusza to polityką polską do nieangażowania się w żadnym kierunku, gdyż tylko w ten sposób uniknie się niebezpieczeństwa rozegrania na terytorium Polski konfliktu między przedstawicielami obu "wyznań". W razie przechylenia się Polski na stroną Sowietów doprowadzilibyśmy do zbrojnego konfliktu na naszej granicy zachodniej i odwrotnie, w razie przechylenia na stroną Niemiec wywołalibyśmy starcie na naszej granicy wschodniej". Stanowisko to dowodzi, iż polski minister nie do końca chyba miał świadomość, jak odbierano jego wystąpienia w Lidze Narodów. Nie dostrzegał też niebezpieczeństwa w zbliżeniu z Niemcami, przed którym przestrzegał Piłsudski, mówiąc o "równym dystansie". Natomiast widać wyraźnie rosnące przeświadczenie o "kluczowej pozycji Polski". Stąd był już tylko krok do przeświadczenia, że Polska stała się europejskim mocarstwem. Wkrótce przeświadczenie to przekształci się w pełną wiarę i udzieli się całej ekipie rządzącej, a wraz z nią, dzięki skutecznej propagandzie, znaczącej części społeczeństwa polskiego.

Zwieńczeniem tej polityki stało się podpisanie 5 listopada 1937 roku polsko-niemieckiej deklaracji w sprawie mniejszości narodowych.

Dokument ten, będący niezaprzeczalnym sukcesem min. Becka *[Beck, słusznie antycypując że Niemcy zwrócą się przeciw Czechosłowacji wykorzystując problem mniejszości niemieckiej w Sudetach, chciał uniknąć możliwych w tym kontekście implikacji dla Polski. Nalegał zatem bardzo na pilne uregulowanie wzajemnych uwarunkowań polityki wobec mniejszości niemieckiej w Polsce i polskiej w Niemczech.], był podsumowaniem z górą trzech lat trwania stosunków między obu krajami na bazie traktatu z 1934 roku. Opinia zewnętrzna uznała jednak ten właśnie akt za bardzo mocne potwierdzenie bliskich stosunków polsko-niemieckich *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 24.01.38. Rząd angielski w tym dniu analizował inicjatywę prezydenta Stanów Zjednoczonych F.D. Roosvelta, który proponował, by zwołać międzynarodową konferencję w Waszyngtonie. Celem tej konferencji miało być nadanie pokojowego kierunku ewolucji sytuacji międzynarodowej. Według planów RooseveIta w konferencji tej, obok głównych mocarstw, uczestniczyć mieli też przedstawiciele: Szwecji, Holandii, Belgii, Szwajcarii, Węgier, Jugosławii, Turcji i trzech krajów latynoamerykańskich. Jest charakterystyczne, że w ramach tego przedsięwzięcia w amerykańskich planach nie było miejsca dla Polski. Z perspektywy amerykańskiej Polska uchodziła bowiem za ścisłego alianta Niemiec.]. Polska dyplomacja nie potrafiła bowiem osiągnąć w tym czasie podobnych sukcesów na kierunku wschodnim, a relacje z Francją znalazły się w stanie niemal zupełnego impasu.

Elementem dodatkowym był tu fakt, iż Polska miała bardzo dobre stosunki z Włochami, które, jak wspominałem, w tym okresie były zaangażowane w akcjach przeciw Francji i Anglii. Jednocześnie następowało stopniowe przełamywanie chłodnych dotąd relacji Mussoliniego z Hitlerem. Na tym tle widzieć trzeba otwarte poparcie dla Włoch, jakiego udzieliła im polska dyplomacja *[W liście min. J. Becka do przewodniczącego Rady Ligi Narodów z 26 czerwca 1936 roku, wypowiadając się przeciwko projektowi zastosowania sankcji wobec Włoch, jednocześnie ponownie dawał wyraz niechęci wobec Francji, która była jednym z krajów najostrzej występujących przeciw Mussoliniemu.] podczas kryzysu abisyńskiego. Stwarzało to kolejną przesłankę do widzenia Polski jako bliskiego sojusznika Niemiec i Włoch.

Niezależnie zatem od intencji min. Becka, u schyłku 1937 roku Polska postrzegana była jako kraj blisko związany z Niemcami. Jakkolwiek dla bieżącej sytuacji nie miało to poważniejszych konsekwencji, to jednak w perspektywie nieodległych już wydarzeń miało mieć znaczenie zasadnicze. Rok 1938 niósł bowiem wyzwania, które miały w praktyce zweryfikować umiejętność prowadzenia polityki "prostej", której "punktem wyjścia jak też i celem ostatecznym musi być oczywiście interes Polski".

 

Rozdział 2

Kanclerz wyraża... jak największe zaufanie

 

Pod koniec 1937 roku Hitler uznał, iż rozwój sytuacji wewnętrznej w Niemczech uzasadnia podjęcie na arenie międzynarodowej bardziej zdecydowanych kroków zmierzających do osiągnięcia podstawowych celów politycznych. Warto na tym miejscu zastanowić się, czy istniało coś, co można byłoby określić jako pewne minimum stałych poglądów Fuhrera na cele polityki niemieckiej. Patrząc bowiem z perspektywy historycznej można odnieść wrażenie, że takich elementów nie było, albo w zasadzie nie było *[O tym, jak różne Hitler miewał koncepcje i pomysły świadczy jego wypowiedź z czerwca 1936 roku (streszczona w dzienniku Goebbelsa) w związku z napięciem w stosunkach sowiecko-japońskich: "Japonia przetrzepie skórę Rosji. Kolos ten zachwieje się. A później wybije nasza godzina. Przez następne 100 lat będziemy musieli zająć się lądem". Takich "ostatecznych planów" Hitlera możemy w różnych okresach rozpoznać niezliczoną wręcz ilość i nie należy w związku z tym przywiązywać specjalnej wagi do jego deklaracji, składanych często pod wpływem wielkich emocji.].

Wystarczy wskazać na fakt. iż Hitler, uchodzący za zaciekłego wroga komunizmu, bez najmniejszych problemów porozumiał się ze Stalinem. Co więcej, nie tylko z nim współpracował przez pewien czas, ale nawet zaczął tolerować swych największych przeciwników wewnętrznych - niemieckich komunistów.

Jego stosunek do Anglii czy USA był pełen wahań i zmian - od entuzjastycznego akceptowania do okazywania ekstremalnej pogardy i wrogości.

To tylko dwa przykłady pokazujące, iż trudno byłoby wskazać w jego postępowaniu elementy stałe, nie ulegające zmianie. Właśnie taki obraz Hitlera zdaje się wynikać z niezliczonych biografii, jakie ukazały się na jego temat w latach powojennych. I właściwie wszyscy biografowie Hitlera mają ten sam problem - mimo największych wysiłków nie są w stanie zbudować jakiegoś spójnego obrazu jego poglądów. Ale cóż, skoro nam, patrzącym z perspektywy wielu lat, przychodzi to z takim trudem, to co mówić o współczesnych Hitlerowi. W epoce, w której dyplomacja nawiązywała jeszcze do starych wzorców, uwzględniających okazywanie sobie przez obie strony choćby minimum wzajemnego szacunku, przestrzeganie i poszanowanie własnych zobowiązań, słowem: nastawienie na pewną obliczalność partnerów, polityka w wydaniu Hitlera była swoistym szokiem. Dziś zapominamy o tym, ponieważ minione półwiecze przyniosło tyle doświadczeń, iż oczywiste wydaje nam się, że współcześni Hitlerowi czy Stalinowi powinni byli mieć świadomość z kim prowadzą rokowania i jak będą oni traktowali własne słowa czy zobowiązania. Niestety, świadomość ta przychodziła stopniowo, a ów "niekonwencjonalny" sposób prowadzenia polityki, zanim został rozpoznany, doprowadził do wielu błędów i porażek, które rozzuchwalały obu cynicznych dyktatorów. W okresie szczytowego niemal napięcia w trakcie kryzysu sudeckiego, ambasador brytyjski w Berlinie sir N. Henderson próbował na posiedzeniu gabinetu scharakteryzować swym kolegom Hitlera. Można powiedzieć, że pobyt w Berlinie, wiele okazji do bezpośredniego obserwowania czy rozmawiania z Hitlerem, powinny czynić z niego swego rodzaju eksperta. Henderson tymczasem powiedział: "Nikt nie może mieć pewnej wiedzy na temat tego, co zadecydował Hitler". Jest to, jak sądzę, ocena, która najkrócej, ale i najpełniej chyba charakteryzuje całą działalność Hitlera. Nikt nigdy nie potrafił przewidzieć, co zrobi Fuhrer. Jego otoczenie ciągle zaskakiwane było niespodziewanymi decyzjami, nieoczekiwanymi zwrotami, nagłymi pomysłami i inicjatywami. Często ich nie rozumiało, wiele razy nie akceptowało. Cóż zatem mówić o obserwatorach zewnętrznych - czyż można się dziwić ich zakłopotaniu i niemożności zrozumienia różnych poczynań wodza III Rzeszy.

Sam Hitler miał zapewne także bardzo mglistą wizję "Tysiącletniej Rzeszy", zbudowanej dla narodu "Panów". Dlatego też chyba, by cel ten osiągnąć, gotów był na wszelkie kompromisy, choćby ze znienawidzonymi komunistami, pogardzanymi "burżujami z nad Tamizy", czy wreszcie z różnymi "gatunkami podludzi". Wszystko, co zbliżało do ostatecznego celu, było dopuszczalne. Stąd też w jego polityce znaleźć można co najwyżej pewne etapy na drodze do celu, a nie stałe, konsekwentnie realizowane działania programowe.

Z tego punktu widzenia można przyjąć, iż na przełomie 1937 i 1938 roku głównym celem na ówczesnym etapie było dla Hitlera rozbicie Francji. Wyrazem tego są jego wypowiedzi podczas spotkania, które odbył w dniu 5 listopada 1937 roku ze swymi najbliższymi współpracownikami. Wypowiedzi te, nazywane od nazwiska oficera, który sporządził notatkę z tych obrad, jako konferencja Hosbach *[Konferencja z 5 listopada 1937 roku była przesądzająca podjęcie decyzji o kolejnych agresjach. Nie ma tu jednak mowy o Polsce, jako choćby hipotetycznym celu jakiejkolwiek zbrojnej rozgrywki niemieckiej. Biorąc pod uwagę fakt, że była to narada w bardzo wąskim gronie i otoczona była najwyższą tajemnicą, uznać można prezentowane podczas niej plany jako w najwyższym stopniu wiarygodne.], są bardzo ważnym elementem ilustrującym ówczesne koncepcje Hitlera. Jego myślenie skoncentrowane było w tym momencie przede wszystkim wokół konieczności złamania pozycji Francji. Można tu skądinąd zauważyć, iż do tego właśnie kraju jego stosunek był najbardziej chyba konsekwentny. Była to mieszanina kompleksu wyniesionego z przegranej wojny, ale i pogardy dla postrzeganej na bieżąco słabości wewnętrznej przeciwnika. Późniejsze, symboliczne gesty *[Okoliczności kapitulacji Francji w 1940 roku wskazują wyraźnie na chęć wymazania hańby z 1918 roku.] pokazują, jak głęboko tkwiła w nim pamięć upokorzenia rezultatem Wielkiej Wojny i, co ciągle podkreślał, hańby traktatu wersalskiego. Tak czy inaczej, jego stosunek do Francji praktycznie nie ewoluował i od początku do końca był skrajnie negatywny. Doprowadziło go to nie tylko do pokonania Francji, ale i wielkiego jej upokorzenia latem 1940 roku.

Aby ten cel zrealizować, Hitler przyjął określoną strategię. Konsekwentne dążenie do zbliżenia z Włochami, w połączeniu z zaangażowaniem obu państw w Hiszpanii, dawało znakomitą pozycję wyjściową do rozprawy z Francją. By cel ten zrealizować, konieczne jednak było - tu kłaniały się doświadczenia Wielkiej Wojny - zapewnienie Niemcom spokoju na tyłach, na wschodzie. Tu Francja posiadała dwóch sojuszników, z którymi wiązały ją wymierzone przeciw ewentualnej niemieckiej agresji umowy wojskowe - Czechosłowację i Polskę. Hitler wskazywał zatem na konieczność neutralizacji obu elementów i wiedział, że nie może przystąpić do rozgrywki z Francją, jeśli właśnie tego problemu w sposób trwały nie rozwiąże. Był też, jak się zdaje, przekonany, że w rozgrywce na wschodzie będzie miał stosunkowo większą swobodę. Obserwując bowiem wewnętrzne problemy Francji, miał coraz większą pewność, że jest ona niezdolna do zdecydowanego przeciwstawienia się jego poczynaniom. Zresztą praktycznym testem owej niezdolności Francji do czynnego działania była jego akcja w Nadrenii.

W takiej sytuacji wybór pierwszej ofiary wydawał się zupełnie oczywisty. Ponieważ stosunki z Polską układały się jak najlepiej, zainteresowanie Niemiec w sposób naturalny kierowało się w stronę Czechosłowacji. Nie rozstrzygniemy na tym miejscu, jakie były w tym momencie ostateczne plany Hitlera wobec Polski. Zaryzykuję jednak twierdzenie, że licząc na przychylność Polski w dłuższym okresie, chciał w niej widzieć nie tylko potrzebnego sojusznika w perspektywie rozprawy z Czechosłowacją i Francją, ale, może przede wszystkim, w obliczu przygotowywanej rozprawy z komunizmem sowieckim. Hitler doceniał też siłę i doświadczenie bojowe armii polskiej i tym bardziej nie był skłonny do prowokowania konfliktu z Rzeczpospolitą *[Nie ulega wątpliwości, że długofalowym celem Niemiec było takie uwikłanie Polski, w następstwie którego stałaby się ona faktycznie elementem w pełni podporządkowanym polityce niemieckiej. W Niemczech istniały ciągle obawy, że Polska może powrócić do swych związków z Francją, które przecież dla Niemiec oznaczały wielkie niebezpieczeństwo.].

Z tego punktu widzenia eliminacja Czechosłowacji wydawała się zadaniem o wiele łatwiejszym. Poprzedzić jednak należało ją zlikwidowaniem Austrii, co dawało wobec Czechosłowacji znakomitą pozycję strategiczną. Ponadto w Czechach, wzdłuż granicy z Niemcami, zamieszkiwało mniej więcej cztery miliony Niemców. Był to potężny czynnik, który Hitler mógł wykorzystać do zdobycia międzynarodowej akceptacji czy choćby usprawiedliwienia dla swej akcji. Mógł bowiem wskazać, że jego dążeniem jest ochrona praw rodaków tym bardziej, że kierowana przez Benesa Czechosłowacja dostarczała codziennie argumentów uzasadniających potrzebę takiej opieki. Podobnie zresztą jak w wypadku blisko miliona Węgrów na Słowacji i kilkudziesięciu tysięcy Polaków na, stanowiącym przedmiot polskich pretensji, Śląsku Cieszyńskim. W tej zatem rozgrywce, Hitler mógł liczyć na korzystne dla siebie elementy propagandowe, co miało wielkie znaczenie zwłaszcza wobec zachodniej opinii publicznej *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 17 września 1938 roku. Premier Chamberlain po powrocie ze spotkania z Bertechsgaden, zrelacjonował swe spotkanie z Hitlerem. Na przedstawioną przez lorda Halifaxa informację o wielkim niezadowoleniu Francji z inicjatywy brytyjskiej i wyrażanej przez sojusznika determinacji do walki w obronie Czechosłowacji jeden z członków gabinetu stwierdził, że nic wyobraża sobie jak w demokratycznym kraju wykaże się. że idzie się na wojnę z Niemcami, by pozostawić 3.5 miliona Niemców pod panowaniem czeskim.] oraz na mniejsze lub większe zainteresowanie Polski i Węgier rozwiązaniem "problemu czechosłowackiego". Mimo wielu wątpliwości ówczesnych polityków *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 30 sierpnia 1938 roku. Posiedzenie, podczas którego amb. brytyjski w Berlinie dzielił się swoimi ocenami dotyczącymi sylwetki Hitlera, świadczy o tym, jak bardzo niezrozumiała była polityka Niemiec i ich cele, jak trudno politykom brytyjskim było pogodzić się z myślą, że dążeniem Rzeszy może być chęć całkowitego przebudowania, czy wręcz zburzenia istniejącego porządku światowego.] i opinii europejskiej, celem Hitlera było od początku rozmontowanie państwa czechosłowackiego, problem zaś niemieckiej mniejszości był tylko bardzo wygodnym pretekstem. Dążąc do tego, by przyłączyć do Rzeszy tereny zamieszkałe przez Niemców - a taki był oficjalny cel nacisków na Austrię i na Czechosłowację w sprawie Sudetów - miał przecież świadomość, że pozbawia ten kraj podstaw systemu obronnego i głównych obszarów przemysłowych. Podsycając jednocześnie separatyzm słowacki, prowadził do faktycznego demontażu tego państwa. Łup, który wchodził w grę, był w ówczesnej sytuacji wprost bezcenny. Chodziło bowiem o przejęcie jednego z najbardziej gospodarczo rozwiniętych obszarów Europy, z silnymi zakładami zbrojeniowymi, a do tego, przy korzystnym rozwoju wypadków, i znakomitego wyposażenia armii czechosłowackiej. Ta zdobycz miała zatem podwójną wartość i w sposób zasadniczy wzmacniała potencjał wojenny Niemiec, w tym zwłaszcza wojsk pancernych i zmechanizowanych armii niemieckiej.

Rozgrywkę taką bardzo ułatwiali Hitlerowi sami przywódcy Czechosłowacji. Prezydent Benes był przeświadczony o skuteczności sojuszu swego kraju z Francją, a także o tym, że może liczyć na wydatną pomoc Związku Sowieckiego, z którym utrzymywał bardzo dobre stosunki. Miał zatem skłonność do lekceważenia zagrożenia niemieckiego, co wyrażało się w bagatelizowaniu postulatów Niemców sudeckich. Pozwolił w ten sposób w krótkim czasie wpędzić tę bardzo liczną grupę obywateli czechosłowackich w ramiona Hitlera, który dzięki niemu stał się jedynym protektorem tej ludności. Jednocześnie czechosłowacki przywódca miał jak najgorsze mniemanie o Polakach i właśnie Polskę traktował niezmiennie jako najsłabsze ogniwo ładu w powersalskiej Europie. Stąd też prowokował Polskę, wprowadzając coraz to nowe rodzaje szykan wobec Polaków na Zaolziu, jednocześnie zaś unikał jakichkolwiek form współpracy z Rzeczpospolitą. Wreszcie podobną politykę stosował, przy poparciu Słowaków, wobec mniejszości węgierskiej. Jeśli dodać do tego, że i z Austrią relacje Czechosłowacji pozostawiały wiele do życzenia, to widać wyraźnie, iż polityka Benesa wprowadziła ten kraj w bardzo trudne położenie. Wskazać tu też trzeba na jeszcze jeden, ważny element. Czechosłowacja i Benes uchodzili w Europie nie tylko za bliskich Związkowi Sowieckiemu. Uważano wręcz ich za sowiecki przyczółek w tej części Europy, na co wpływała nie tylko zażyłość wzajemnych relacji, ale i wyjątkowo otwarty jak na owe czasy (na tle sytuacji na kontynencie) stosunek władz czechosłowackich do ruchu komunistycznego, nie tylko zresztą własnego, ale i obcego.

Jednak aby plan Hitlera mógł się powieść, konieczne było uzyskanie pewności co do przychylnej neutralności Polski tak wobec anschlussu Austrii, jak i wobec demontażu Czechosłowacji. To właśnie stanowisko Polski miało dla powodzenia tego przedsięwzięcia znaczenie rozstrzygające. Zachód bowiem, chcąc wesprzeć w sposób realny Czechosłowację, musiał uzyskać co najmniej przychylne stanowisko Polski. Hitler miał świadomość istnienia łączących Polskę i Francję, z jednej strony, z drugiej zaś - Czechosłowację i Francję umów wojskowych, które mogły przekształcić się w czynne wsparcie Polski dla Czechosłowacji. Polska wprawdzie miała i historyczne, i bieżące powody, by do Czechosłowacji odnosić się wrogo, ale jednocześnie było oczywiste, że likwidacja tego kraju nie wpłynie korzystnie na jej pozycję. Z tego punktu widzenia trudno dziwić się, że to właśnie Polakom w pierwszym rzędzie Hitler i jego współpracownicy ogłosili swe plany i sondowali ich stanowisko, szukając upragnionej neutralności w konflikcie.

Najpierw, uznając wrażliwość strony polskiej na punkcie Gdańska, Hitler podczas swej rozmowy z amb. Lipskim w dniu 5 listopada 1937 roku z całą mocą podkreślił swój pozytywny stosunek do poszanowania praw Rzeczypospolitej w Wolnym Mieście *[Lipski kończył swe sprawozdanie stwierdzeniem. "Pragnę zaznaczyć, iż cała rozmowa prowadzona była w tonie bardzo przyjaznym, przy czym kanclerz wydawał się być wysoce zadowolony z osiągniętego z Polską porozumienia". W sprawie gdańskiej, która była właściwie głównym przedmiotem rozmowy. Hitler stwierdzał: "1) że w prawnopolitycznej sytuacji Gdańska nie będzie żadnych zmian. 2) prawa ludności polskiej w Gdańsku mają być poszanowane, 3) prawa Polski w Gdańsku nie będą naruszane".]. W ślad za tą deklaracją doszło bardzo szybko do uspokojenia napiętej dotąd sytuacji na tym obszarze i do całkowitej zmiany nastawienia władz gdańskich wobec Polski *[Wyrazem zmiany sytuacji w Gdańsku są dwa meldunki gen. W. Bortnowskiego, odpowiedzialnego za prace sztabowe z ramienia Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych, dla marsz. Śmigłego-Rydza - pierwszy z 10 grudnia 1937 roku, a drugi z 25 lutego 1938 roku. W pierwszym meldunku pisał on: "Melduję Panu Marszałkowi, że zagadnienie Gdańska wymaga śmiałego męskiego stwierdzenia i odsłonięcia rzeczywistości. O ile na niwie oficjalnych rozgrywek między Warszawą a Berlinem sprawa Gdańska jest jeszcze wygrywana, o tyle w organicznej walce wewnętrznej - w walce o faktyczny stan posiadania na terenie Wolnego Miasta jesteśmy stroną całkowicie przegraną". Po niespełna trzech miesiącach pisał on: "stosunek obecny władz gdańskich do Polski zmienił się tak raptownie na naszą korzyść, że nie ośmieliłem się przedstawić Panu Marszałkowi mego raportu wysłanego dnia 10 grudnia (...) do czasu wyjaśnienia przyczyn tak gwałtownej zmiany".].

Równocześnie podczas tej rozmowy Hitler starał się delikatnie wysondować stosunek Polski do Czechosłowacji i polityki Benesa. Lipski uchylił się jednak od rozwijania zagadnienia.

Do zasadniczych rozmów doszło po dwóch miesiącach. Bawiący w połowie stycznia z wizytą w Berlinie min. Beck odbył rozmowy z H. Goringiem (13 stycznia) i z Hitlerem (14 stycznia). Można przypuszczać - wynika to też z zapisów i notatek dotyczących tych rozmów - że taki układ spotkań był zamierzony i to Goring, który był osobą numer dwa w Rzeszy, a jednocześnie tym, który właśnie za stosunki z Polską ponosił szczególną odpowiedzialność, miał przygotować grunt pod zasadnicze ustalenia.

Wskazać trzeba, iż zapis z pierwszej z tych rozmów jest co najmniej zastanawiający. Oddaje on wiernie niemiecki plan rozwiązania "problemu austriackiego" nawet z ewentualnością użycia siły. Goring nie krył też podczas spotkania zamiarów niemieckich wobec Czechosłowacji. Ze strony polskiego ministra spraw zagranicznych znajdujemy natomiast pełne przyzwolenie na przeprowadzenie tych działań. Charakterystyczny jest następujący zapis: "Min. Beck zaznacza, że (...) Polska posiada tamże [tj. w Austrii - wyjaśnienie moje - G.G.] jedynie interesy gospodarcze". Polski sprawozdawca tej rozmowy nie omieszkał zauważyć dalej: "Goring, który całkowicie zrozumiał tę odpowiedź zaznaczył, że na tle gospodarczym znajdzie się zawsze porozumienie" [podkreślenie moje - G.G.]. Jednocześnie, jak wynika z dalszej części relacji, Goring, nie kryjąc się "z tym, że uważa istnienie państwa czeskiego w formie dzisiejszej za niemożliwe", pytał o mniejszość polską na Zaolziu. Nie znajdujemy informacji o reakcji na tę wypowiedź polskiego ministra. Można wszakże przyjąć, iż polskie interesy w tej rozgrywce zostały zaznaczone, a brak reakcji na supozycje dotyczące ocen trwałości państwa czechosłowackiego był swoistą deklaracją neutralności wobec niemieckich zamierzeń.

Następnego dnia min. Beck konferował z Hitlerem. Zdumiewać może zakres spraw poruszonych podczas tego spotkania. Hitler rozwodził się na temat stosunku Niemiec do Francji i sytuacji wewnętrznej francuskiej, stosunku niemiecko-angielskiego przy specjalnym uwzględnieniu zagadnienia kolonialnego, nastawienia do bolszewizmu i stosunków niemiecko-rosyjskich, stosunku do Austrii i Czechosłowacji, sytuacji na Dalekim Wschodzie, stosunku rządu niemieckiego do Ligi Narodów. Podczas długich (...) wywodów powracał kilka razy kanclerz do spraw niemiecko-polskich".

Celowo przytoczyłem tu pełen zakres omawianych tematów. Obszar poruszonych zagadnień wydaje się czymś niezwykłym. Trudno oprzeć się wrażeniu, że kanclerz wylewnie informujący min. Becka o zamiarach polityki niemieckiej wobec Francji, Anglii czy Rosji, poświęcający więcej uwagi sprawom Dalekiego Wschodu czy wewnętrznym sprawom Niemiec niż sytuacji w Austrii czy w Czechosłowacji dawał wyraz temu, iż w sprawie kluczowej obie strony mają już stanowisko w pełni uzgodnione. Widać też wyraźnie, że owa szczerość i wylewność, i Hitlera, i Goringa, miały zrobić na Becku wrażenie, iż jest darzony najwyższym zaufaniem. Beck zaś odbierał te swoiste niemieckie "zaloty" jako potwierdzenie znaczenia Polski jako kluczowego ogniwa w szykującej się rozgrywce.

Niemcy, posiadając polską deklarację neutralności w sprawie austriackiej, chcieli jednak potwierdzić stanowisko Polski w o wiele poważniejszej rozgrywce czechosłowackiej. Temu służyła w pierwszym rzędzie wizyta Goringa w Warszawie. Bez wątpienia swoistym przygotowaniem do tej wizyty była niezwykła deklaracja Hitlera poczyniona 20 lutego podczas przemówienia w Reichstagu. Zwracając uwagę na "przyjacielskie zbliżenie" z Polską oświadczył on, że Niemcy respektują polskie prawa na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Było to najdalej idące uznanie interesów Polski w Gdańsku dokonane przez Niemcy w okresie międzywojennym. I wskazać tu trzeba, że o publiczne wyrażenie przez Niemcy takiego stanowiska polska dyplomacja walczyła przez cały czas.

23 lutego Goring odbył kolejne spotkanie z min. Beckiem, podczas którego usłyszał od polskiego ministra, iż "w przeciwieństwie do Austrii mamy zainteresowania poważne w problemie czeskim. Zainteresowania zdefiniował minister w sposób dwojaki: 1) w pewnym rejonie Czechosłowacji, 2) w sposobie ewentualnego załatwienia zagadnień czeskich"

Po tak zapalonym zielonym świetle Niemcy mogli spokojnie rozpocząć realizację swych planów wobec Austrii i Czechosłowacji. Goring mógł zaś z zadowoleniem podsumować ten etap stosunków polsko-niemieckich stwierdzając, iż "kanclerz wyraża do polityki polskiej prowadzonej przez p. ministra Becka jak najwyższe zaufanie" [podkreślenie moje - G.G.] By nie było już żadnych wątpliwości, min. Beck "odparł, że Polska na zasadzie wzajemności swą linię kontynuować będzie". Mylił się jednak Beck w jednym. Proponując "by ewentualnie przy rewizycie Ribbentropa w Warszawie przedłużyć akt z 1934 roku" chciał, by w ten sposób dać wyraz trwałości więzów polsko-niemieckich. Sądził bowiem, że "świat zewnętrzny ocenia nasz wzajemny stosunek jako pewne prowizorium". Pomyłka była zasadnicza - ów "świat zewnętrzny" oceniał już Polskę jako najlepszego i jedynego bodaj tak oddanego w tym momencie sojusznika Hitlera *[Pojęcie "najlepszy sojusznik Hitlera" zostało sformułowane przez A. Bregmana, który jako pierwszy spośród polskich badaczy opisał współpracę niemiecko-sowiecką w latach 1939-1941 w książce pod takimż tytułem.].

Stwierdzenie to być może jest szokujące. Przyzwyczajeni jesteśmy przecież do traktowania Stalina jako najlepszego sojusznika Hitlera. On bowiem swoją polityką w latach 1939-1941 istotnie wspomógł ekspansję niemiecką. Chcemy też widzieć we współpracy niemiecko-sowieckiej w tym okresie źródło wszelkiego zła w Europie, bo to Polska padła jako pierwsza ofiarą tej zmowy. Nasze postępowanie w 1938 roku staramy się sprowadzić jedynie do zrealizowania, słusznego skądinąd, postulatu odzyskania zabranego podstępnie w 1920 roku Zaolzia. W istocie jednak to ten, bez cienia wątpliwości, sojusz polsko-niemiecki w 1938 roku przyczynił się do rozzuchwalenia Hitlera i tak zasadniczej zmiany układu sił w Europie, że wkrótce sama Polska stała się ofiarą tej zmiany. Hitler zaś, zachęcony łatwymi sukcesami, mógł bez przeszkód prowadzić politykę dalszej ekspansji i agresji.

Jest jednak oczywiście zasadnicza różnica pomiędzy tym sojuszem, jaki z Hitlerem zawarł faktycznie min. Beck, a sojuszem, który w sierpniu 1939 roku zawarł z nim Stalin. Stalin bowiem dzięki temu sojuszowi istotnie się wzmocnił, zagarnął kluczowe z punktu widzenia strategicznego pozycje nad Bałtykiem, Bukowinę, Mołdawię, stworzył też sobie dogodną sytuację na przyszłość w Europie centralnej. Min. Beck tymczasem nie tylko Polski nie wzmocnił, ale jeszcze zgodził się na takie działania niemieckie, które pozycję Polski skrajnie osłabiały *[Na tym tle warto zauważyć, że był to może jedyny moment, by rzeczywiście przeprowadzić jakieś dogodne dla Polski rozwiązanie sytuacji w Gdańsku. Wspomniana deklaracja Hitlera z 20 lutego świadczy o tym, że Niemcy byli skłonni do daleko idących ustępstw w tym zakresie. Ale do tego konieczne było posiadanie przez stronę polską jakiejkolwiek, racjonalnej koncepcji dotyczącej rozwiązania problemu Gdańska. Ale takiej po prostu nie było!].

Trzeba mieć świadomość, że w rzeczywistości istnienie Czechosłowacji miało z punktu widzenia strategicznej pozycji Polski wobec Niemiec i bezpieczeństwa narodowego znaczenie zupełnie zasadnicze. Przy i tak skrajnie niekorzystnym kształcie granicy z Niemcami, istnienie, choćby nawet neutralnej w ewentualnym konflikcie z Rzeszą Czechosłowacji, bardzo wydatnie ograniczało zdolności ofensywne Niemiec z obszaru Dolnego Śląska. Już wkrótce właśnie nieskrępowana możliwość prowadzenia operacji wojennych z tego obszaru będzie miała rozstrzygające znaczenie w toczonej we wrześniu 1939 roku kampanii. To właśnie działanie stamtąd godziło bezpośrednio w centrum gospodarcze kraju - okręg górnośląski i praktycznie odcinało go od zasilania gospodarki wojennej, groziło też wyjściem na tyły i odcięciem wojsk broniących najlepiej rozwiniętych i najbogatszych polskich prowincji - Wielkopolski i Pomorza. Istnienie Czechosłowacji w każdych warunkach czyniło wykorzystanie tego kierunku działań przez Niemców bardzo problematycznym, a tym samym zasadniczo zwiększało możliwości obronne Polski. Min. Beck - jako wysoki stopniem oficer dyplomowany - musiał mieć przecież pełną tego świadomość.

Wspominałem już, co poza powyższym elementem oznaczało dla Niemiec przejęcie potencjału przemysłowego i militarnego Czechosłowacji. Automatycznie rzutowało to na pogorszenie i tak już bardzo niekorzystnego stosunku sił Polski i Niemiec.

W każdych zatem warunkach zniszczenie Czechosłowacji było dla Polski niekorzystne. Chyba, że min. Beck był przekonany, iż ze strony Niemiec nic Polsce nie grozi.

Jest to dziwne dlatego, że w sprawie Gdańska, który min. Beck traktował ze szczególną wrażliwością, i z powodu którego miał już wkrótce dokonać oszałamiającej wolty, nie zostały ze stroną niemiecką poczynione żadne definitywne ustalenia. We wszystkich trzech wzmiankowanych wyżej rozmowach problem Gdańska został poruszony jako przedmiot koniecznych ustaleń w przyszłości. Skoro więc w tak według min. Becka żywotnej dla Polski sprawie ("barometr") nic nie zostało "przy okazji" spraw austriackich i czechosłowackich załatwione, skoro w Austrii, wbrew zadeklarowanej przez Niemców gotowości cesji na rzecz Polski, żadnych interesów nie mieliśmy i skoro z upadku Czechosłowacji tak czy inaczej pożytku żadnego, prócz odreagowania upokorzenia, nie mieliśmy, to jaki był istotny sens poparcia niemieckiej ekspansji w 1938 roku? Jakie realne korzyści odnosiła Polska, która w tym momencie w przekonaniu opinii międzynarodowej uchodziła za ścisłego alianta antywersalskiej, agresywnej polityki Niemiec? Takie postępowanie nie mogło mieć nic wspólnego z linią marsz. Piłsudskiego. Efektem bowiem poparcia celów niemieckich stało się już wkrótce wystawienie Polski wyłącznie na dobrą wolę Niemiec, do których dystans został niebezpiecznie skrócony. Min. Beck zrozumiał tę nową sytuację bardzo szybko, już bowiem pod koniec 1938 roku błahe w istocie preteksty przywiodły go do całkowitej reorientacji linii politycznej wobec Niemiec. W efekcie doprowadził on kraj do wojny i to w skrajnie niekorzystnych warunkach.

Pozostaje oczywiście zasadnicze pytanie, czy Polska miała inne możliwości polityczne w tym krytycznym momencie. Twierdzę z całkowitym przekonaniem że tak, pamiętając o tym, iż nie było zapewne możliwości bezpośredniego zbliżenia pomiędzy Polską a Czechosłowacją. Był to, z jednej strony, efekt wspomnianej już polityki czeskiej, a ściślej Benesa, powtórzmy - gardzącego Polską i Polakami, podzielającego opinię sformułowaną w Niemczech Weimarskich, że jest to "państwo sezonowe". Trzeba jednak też sprawiedliwie przyznać, iż podobne opinie na temat Czechosłowacji jako "wyrostka robaczkowego" panowały wśród elity rządzącej w Polsce. Większość Polaków pałała żądzą rewanżu za nikczemną postawę Czechów na Zaolziu w lecie 1920 roku i złamanie wcześniejszych, sprawiedliwych dla obu stron, porozumień. Opinie zaś samego Becka o Czechosłowacji i Czechach były podobne do opinii Benesa o Polsce. W tych zatem warunkach współpraca obu stron była rzeczywiście skrajnie utrudniona, jeśli nie niemożliwa.

Pozycja Polski w tym konflikcie była rzeczywiście kluczowa i tak ją postrzegały obie strony. Wydaje się, że właściwe zrozumienie własnej pozycji mogło dać Polsce zdecydowanie większe realne korzyści, z min. Becka zaś uczynić autentycznego lidera politycznego w tej części Europy. Tym bardziej, że na korzyść Polski działała Wielka Brytania, której postawa była, z jednej strony, podstawowym wyróżnikiem polityki Czechosłowacji, z drugiej zaś - min. Beck traktował ją z najwyższym szacunkiem. To właśnie postawa Wielkiej Brytanii mogła doprowadzić do kompromisu polsko-czechosłowackiego i uzyskania owych realnych korzyści oraz realnego zagwarantowania naszego bezpieczeństwa na granicy zachodniej.

Jak potężny był jej wpływ na oba kraje, dowodzą wydarzenia z 1938 i 1939 roku. To w istocie rząd brytyjski doprowadził Czechosłowację do przyjęcia ugody monachijskiej i oddania, przy znikomym sprzeciwie terenów sudeckich, a wkrótce - do zniszczenia państwa. I to w istocie propozycje angielskie z końca marca 1939 roku doprowadziły zapewne min. Becka do ostatecznej decyzji o zerwaniu dotychczasowej współpracy z Niemcami i gotowości podjęcia z nimi wojny.

Rząd brytyjski z wielką bezradnością przyglądał się sytuacji na wschodnich granicach Niemiec od początków 1938 roku. Posiedzenia gabinetu w tym czasie były świadectwem poczucia własnej, niemal zupełnej niemocy. Brytyjczycy liczyli, że w sprawie austriackiej uda im się znaleźć możliwość współdziałania z Włochami. Mussolini bowiem początkowo zdecydowanie wrogo odnosił się do niemieckich planów włączenia Austrii do Rzeszy. Pojawiła się nadzieja odbudowania sojuszu angielsko-francusko-włoskiego, zdolnego, tak jak w latach Wielkiej Wojny do powstrzymania Niemców *[Protokoły posiedzeń gabinetu w dniach 19 i 20 lutego 1938. Anglia w tym dążeniu gotowa była nawet uznać dotychczasowe zdobycze włoskie w Afryce.]. Rząd brytyjski gotów był płacić w tym momencie niemal każdą cenę za współdziałanie Włoch. Jak dalece sięgała zdolność kompromisu Anglików, gotowych uznać wszystkie dotychczasowe poczynania włoskie, świadczy wewnętrzny kryzys gabinetu, związany z rezygnacją ministra spraw zagranicznych A. Edena i zastąpienie go przez całkowicie oddanego premierowi Chamberlainowi, Lorda Halifaxa. Szybkość działań niemieckich, ale i skuteczność perswazyjna Hitlera podczas jego wizyty w Rzymie, uczyniły sprawę nieaktualną.

Tu jedynie można zauważyć, że min. Beck zupełnie nie interesując się sprawami austriackimi, zaprzepaścił też możliwość wzmocnienia swojej pozycji poprzez wyzyskanie początkowego oporu Włoch wobec Niemiec. Postawa Goringa we wspomnianej rozmowie z Beckiem wskazuje, że Niemcy gotowi byli za poparcie Polski (i Włoch) zapłacić niemal każdą cenę. Wydaje się więc, że zdecydowana postawa Becka mogłaby doprowadzić na tym etapie do zasadniczych rozstrzygnięć w sprawie Gdańska i Pomorza i to rozstrzygnięć zabezpieczających dobrze polskie interesy.

Po upadku Austrii widać wyraźnie w polityce brytyjskiej poszukiwanie jakichkolwiek możliwości ograniczenia ekspansji Niemiec. Brytyjczycy mieli bowiem w tym momencie świadomość, że zamiary Niemiec nie tylko prowadzą do zburzenia i tak bardzo mało stabilnej sytuacji w Europie, ale również stanowią zagrożenie dla ich pozycji imperialnej. Jednocześnie rząd brytyjski konstatował swoją własną niemoc i niemożność podjęcia działań zbrojnych w Europie w jakiejkolwiek formie *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 22 marca 1938 roku. Na tym posiedzeniu szef sztabu brytyjskich sił zbrojnych zaprezentował raport, w myśl którego nie było żadnych możliwości wywarcia presji tak przez Brytyjczyków, jak i przez ich aliantów na lądzie, na morzu i w powietrzu, w wyniku której można byłoby powstrzymać Niemców przed atakiem na Czechy i rozbiciem armii czechosłowackiej. Ta niewiara w możliwości - własne i aliantów - powstrzymania Hitlera będzie dominować nad wszystkimi poczynaniami Anglików w najbliższej przyszłości.]. Powstawały zatem pomysły zmontowania szerokiego bloku antyniemieckiego, obejmującego Rumunię, Jugosławię, Węgry, Grecję i Turcję. Jest charakterystyczne, że Polska w tych kalkulacjach się nie pojawiała. Z perspektywy bowiem brytyjskiej czy francuskiej Polska w tym momencie była traktowana jako sojusznik Niemiec w ich austriacko-czechosłowackiej kombinacji. Z całą ostrością będzie to widać w okresie największej eskalacji konfliktu sudeckiego w sierpniu i wrześniu 1938 roku, kiedy to Brytyjczycy i Francuzi będą traktowali Polskę jak alianta Niemiec.

Ale trzeba powiedzieć, że nawet w takiej sytuacji dyplomacja brytyjska nie rezygnowała z prób dotarcia do polskich decydentów i wybadania możliwości zmiany ich nastawienia w konflikcie czechosłowackim. Stało się tak w początkach sierpnia 1938 roku, jednak powodzenie przyniosła dopiero druga próba w podobnie, z punktu widzenia Brytyjczyków, dramatycznym momencie, w końcu marca 1939 roku.

W początkach sierpnia 1938 roku przybył do Gdyni Pierwszy Lord Admiralicji, jeden z najbardziej znaczących i wpływowych ówcześnie polityków brytyjskich, A. Duff-Cooper, który podczas tej wizyty rozmawiał z min. Beckiem. Mamy relacje obu stron z tej rozmowy. Przyznać trzeba, iż są to relacje jakby z dwóch różnych rozmów. Według polskiej relacji min. Beck rozmawiał z nim "wyłącznie około spraw bałtyckich, które uważa za ważniejsze dla nas od spraw związanych z terenem południowym". Na wzmiankę Anglika "o potrzebie utrzymania status quo, co mogło być w czasie całej rozmowy jedyną jego aluzją do sprawy Czechosłowacji, (...) minister [Beck] nie zareagował". Zanim przejdę do relacji angielskiego ministra, nie mogę nie poczynić jednej uwagi. Wydaje się czymś niepojętym, że w momencie rozgrywania się najdramatyczniejszej, bez wątpienia, rozgrywki dyplomatycznej po zakończeniu wojny, polski minister, rozmawiając z przedstawicielem największego ówcześnie imperium światowego, bagatelizował konflikt, mający tak ścisły przecież związek z jego krajem. Jak się przekonamy, zapis w tej notatce był raczej próbą ukrycia rzeczywistego przebiegu rozmowy i możliwości, które się podczas niej pojawiły. Ich przyjęcie oznaczałoby bowiem już w tym momencie szansę na całkowitą zmianę przebiegu wydarzeń.

Duff-Cooper relacjonował, że po rozmowie na tematy bałtyckie przeszedł do omówienia swego punktu widzenia na możliwy rozwój najbliższych wydarzeń. Wskazał na duże zagrożenie wybuchem nowej wojny światowej, jeśli obecnie nie powstrzyma się Niemiec. Wyraził przekonanie, że jeśli do takiego konfliktu dojdzie, to Stany Zjednoczone przystąpią do wojny szybciej, a to doprowadzi Niemcy do większej klęski niż w 1918 roku. Zachęcał zatem, by kraje bałtyckie, do których zaliczał Polskę, uczyniły wszystko, aby powstrzymać katastrofę. Okazało się, że na te wyznania Duff-Coopera min. Beck zareagował długimi wywodami zbieżnymi z opiniami ministra angielskiego i deklarował duży szacunek dla polityki brytyjskiej. Lord Admiralicji wyraźnie zachęcony stanowiskiem Becka zapytał wprost: "Jeśli po mojej relacji na temat pańskich opinii złożonej Lordowi Halifaxowi, ten całkowicie zgodzi się z Panem i przyjmie z zadowoleniem wyrażone stanowisko - co Pan wyobrażałby sobie jako następny krok? Wymianę poglądów? Porozumienie?" Na tę otwartą propozycję podjęcia bardzo poważnej współpracy płk Beck zareagował gwałtowną ucieczką od kontynuowania tematu do ogólników ("he wandered off into generalieties and has obviously unwilling to commit himself'). Co ciekawe, notatka z rozmowy, która odbyła się 8 sierpnia, dotarła do Foreign Office dopiero w ostatniej dekadzie miesiąca. Jak widać, okres wakacyjny, mimo napięcia międzynarodowego, nie zmącił specjalnie spokoju urzędników. Notatka dotarła już z opiniami urzędników ministerstwa oraz ambasadora brytyjskiego w Warszawie Kennarda. którzy zgodnie uważali za nieprawdopodobne, by deklaracje Becka złożone Duff-Cooperowi traktować poważnie. Dopiero w początkach września próbowano, jak się zdaje, rozważyć możliwość podjęcia stosownych inicjatyw. Ale w tym momencie było już na to za po/no. a wydarzenia toczyły się właśnie od początku września z olbrzymią dynamiką.

Wydaje się, że obie strony straciły niepowtarzalną okazję odwrócenia sytuacji w tzw. kryzysie czechosłowackim. Anglicy wyraźnie zlekceważyli pojawiającą się szansę, choć na ich usprawiedliwienie dodać trzeba, że rzeczywiście trudno było im ówcześnie uwierzyć w możliwość rozerwania aliansu polsko-niemieckiego. Dowodzi to skądinąd, jak głębokie było przeświadczenie o sile tego porozumienia na Zachodzie. Niezrozumiała jednak pozostaje postawa Becka. Jego odważnie wyrażone stanowisko sytuowało go już, powiedzmy, po drugiej stronie. Czy zabrakło mu w tym momencie odwagi, by podjąć inicjatywę, czy uważał, że jest już na to za późno, czy może był jednak ciągle przekonany o słuszności zapalonego Niemcom "zielonego światła"? Dlaczego też zataił rzeczywisty przebieg rozmowy i nie próbował nawet w ramach wąskiego kierownictwa państwowego poddać pod rozwagę możliwej inicjatywy? Tym bardziej, że wizytę Duff-Coopera starał się przedstawiać jako wyraz uznania pozycji Polski przez Wielką Brytanię. Nie zachodzi więc obawa, że traktował swego rozmówcę za zbyt mało reprezentatywnego.

Patrząc na to wydarzenie przez pryzmat rozwoju sytuacji na przełomie marca i kwietnia 1939 roku, nie sposób nie zauważyć, że minimalne choćby otwarcie na brytyjskie propozycje, mogło już w sierpniu lub wrześniu doprowadzić do istotnego zbliżenia polsko-brytyjskiego. Anglicy właśnie latem 1938 roku byli nim zainteresowani tak samo, a może nawet bardziej niż to miało miejsce w marcu 1939 roku. Dla Polski zaś przejście do obozu alianckiego właśnie latem 1938 roku mogło oznaczać nie tylko uzyskanie kluczowej w nim pozycji na wschodzie Europy, ale także spełnienie tych samych oczekiwań, jakie miała wiążąc się w Niemcami. Polska dysponowała tu bowiem jeszcze dwoma bardzo ważnymi argumentami. Po pierwsze, pozostawała w bardzo dobrych stosunkach z Węgrami, które pilnie przyglądały się postawie Polski wobec Czechosłowacji i jej aliantów. Jest wysoce prawdopodobne, że polska dyplomacja była w tym momencie w stanie wpływać na to, w jakim kierunku będą szły zachowania Węgrów. Po drugie, Polska miała bardzo dobre kontakty z liderami ruchu niepodległościowego na Słowacji i cieszyła się wśród nich w tym czasie bardzo dużym szacunkiem.

Dysponując zatem takimi argumentami i możliwościami, Beck mógł być dla dyplomacji brytyjskiej rzeczywistym wybawieniem z beznadziejnej sytuacji. Jednocześnie nie ulega kwestii, że bez pozytywnego stosunku Polski Niemcy nigdy nie odważyliby się na podjęcie - i tak ryzykownej - gry sudeckiej. Wydaje się też, że w takiej sytuacji strona polska mogła także uzyskać oczekiwane rozwiązania na Śląsku Cieszyńskim. Jej poparcie nie musiało być bowiem, tak jak w wypadku poparcia dla Niemiec, bezwarunkowe. Skoro Anglicy byli w stanie zmusić Czechów do przyjęcia upokarzających i faktycznie niszczących państwo warunków niemieckich, to o ileż bardziej byliby w stanie nakłonić ich do przywrócenia na Śląsku Cieszyńskim sytuacji sprzed czeskiej agresji latem 1920 roku, czy unormowania sytuacji mniejszości węgierskiej. Polska z takiej kombinacji wyszłaby w o wiele lepszym towarzystwie, w o wiele lepszej sytuacji strategicznej, autentycznie wzmocniona i zdolna wraz z sojusznikami do powstrzymania ekspansji Niemiec.

Warto tu jeszcze zwrócić uwagę na ważny element sytuacji. Właśnie w okresie kryzysu czechosłowackiego dużą determinacją i nieustępliwością wobec Niemiec wykazywała się Francja. Nowy ówcześnie rząd z Daladierem i Bonnetem od początku konfliktu zachowywał niespotykaną dotąd twardość. Wbrew opiniom Becka i kalkulacjom niemiecko-włoskim, to właśnie Francja była o wiele bardziej zdecydowana na działanie niż Brytyjczycy *[Protokoły posiedzeń gabinetu w dniach 19 i 25 września 1938 roku. Brytyjczycy, konsultujący się bez przerwy w czasie kryzysu czechosłowackiego z Francuzami, ciągle z obawami obserwowali gotowość swych aliantów do przyjmowania jak najtwardszej linii, nie wykluczającej wręcz możliwości wystąpienia zbrojnego. Anglia, powiązana sojuszem obronnym z Francją, obawiała się takiej reakcji francuskiej, która mogłaby doprowadzić ją do konfliktu zbrojnego z Niemcami w momencie, który uważali za zbyt szybki.]. I nie ulega wątpliwości, że bardzo duży wpływ na osłabienie tej determinacji miała fatalna postawa min. Becka i polskiego ambasadora w Paryżu J. Łukaszewicza. Trzeba o tym pamiętać, patrząc na wydarzenia o rok późniejsze. Wtedy Francuzi nie będą przejawiali żadnej ochoty do wspierania Polski i skończy się to dla nas tragicznie.

Polska w czasie kryzysu czechosłowackiego była w istocie krajem o znaczeniu kluczowym. Płk Beck wykazał się tu wyczuciem sytuacji. Tej pozycji nie potrafił jednak wykorzystać w interesie zabezpieczenia najbardziej żywotnych interesów polskich *[Beck podjął spóźnioną próbę wyzyskania sytuacji Niemców nakazując Lipskiemu, by wymógł od Goringa oświadczenie niemieckie potwierdzające granicę jak również polskie prawa do Gdańska i status polskiej ludności w tym mieście. Lipski rozmawiał o tym z Goringiem 16 września, ale ten, choć w życzliwym tonie, starał się wyraźnie odsunąć konkretne rozwiązania.]. Wybrany wariant faktycznego wsparcia Niemców w ich poczynaniach nie dał Polsce z ich strony żadnych realnych korzyści, w opinii zaś międzynarodowej - uczestniczenie w dobijaniu południowego sąsiada bardzo nam zaszkodziło. Fatalnym błędem było też niepodjęcie możliwego wariantu brytyjskiego i zasadnicze odwrócenie sytuacji w Europie.

W tej perspektywie polityka prowadzona przez polskiego ministra na tym etapie okazała się kompletną negacją wskazań, które pozostawił Beckowi jego mistrz - Piłsudski. Jak bardzo poważny błąd popełnił, przekonał się bardzo szybko. To właśnie monachijskie rozwiązanie uzmysłowiło mu, w jak beznadziejną sytuację pchnął Polskę swym, nie do końca chyba przemyślanym, zbliżeniem z Niemcami.

 

Rozdział 3

Sugestie w sprawie Gdańska

 

Układ monachijski oznaczał w istocie rzeczy zasadniczą zmianę układu sił w Europie. Hitler, faktycznie likwidując Czechosłowację jako bardzo ważny element istniejącego dotąd układu, wychodził solidnie wzmocniony wobec dwóch swych najważniejszych przeciwników - Anglii i Francji. Jednocześnie udało mu się pogłębić sojusz z Włochami i ostatecznie wyrwać je z orbity zabiegów obu tych państw. Francja i Anglia, oprócz poważnego nadszarpnięcia swego autorytetu, udowodniły niezdolność do czynnego przeciwstawienia się agresywnym poczynaniom niemieckim, a dodatkowo utraciły na ich zapleczu jakże cennego sojusznika.

Jednak sam konflikt, trwający przez pół roku, tak wyczerpał wszystkich jego uczestników, że na kilkanaście kolejnych tygodni zapanował w Europie względny spokój.

Wewnętrzne problemy gospodarcze Niemiec sprawiły, że Hitler musiał na pewien czas skupić się na zagadnieniach krajowych. Jednocześnie jednak zastanawiał się nad swymi dalszymi posunięciami. Wydaje się. że w tym okresie rozważał dwie, podstawowe możliwości.

W pierwszym rzędzie myślał on o zaatakowaniu Belgii i Holandii. Liczył bowiem, że nie napotka tu poważnego oporu. Ale nawet gdyby oba kraje objawiły wolę przeciwstawienia się jego agresji, sądził, iż bez trudu doprowadzi do ich wyizolowania i każde z nich łatwo pokona. Po doświadczeniach czeskich był przekonany, że Francja, a zwłaszcza Anglia, nie znajdą ani dość sił, ani dość czasu, ani wreszcie woli, by efektywnie przeciwstawić się jego poczynaniom. Podbicie zaś Belgii i Holandii dawało bardzo wiele różnych korzyści. Przede wszystkim oskrzydlało Francję i pozwalało uzyskać pozycje omijające fortyfikacje Linii Maginota, która kończyła się właśnie na wysokości granicy belgijsko-francuskiej. Po drugie, znacząco przybliżało niemieckie bazy morskie, a przede wszystkim lotnicze, do wysp brytyjskich, co dawało znakomite możliwości w razie ewentualnego konfliktu. Po trzecie wreszcie, zbliżało Hitlera do jego upragnionych kolonii, oba kraje posiadały bowiem dość ważne posiadłości zamorskie.

Równolegle rozważany był przez niego wariant przejęcia kontroli nad Rumunią. Kraj ten był zasobny w dwa bogactwa, których Niemcom bardzo brakowało - ropę naftową i pszenicę. Zwłaszcza rumuńska ropa, w perspektywie działań wojennych Niemiec, była surowcem o zasadniczym znaczeniu dla wszelkich planów ich ekspansji. Rumunia dawała też bezpośredni dostęp do Związku Sowieckiego, a zwłaszcza Ukrainy, gdzie Niemcy ciągle planowali utworzyć związane ze sobą państwo. Wreszcie obecność w Rumunii dawała znakomitą możliwość penetracji Bałkanów, co także było niezmiennym celem polityki niemieckiej. Ograniczeniem niemieckich możliwości w tym kierunku był jednak brak bezpośredniego dostępu do Rumunii. A zatem chcąc nie chcąc, Niemcy musieli swe plany w tym zakresie uzależnić od przychylności i współpracy Węgier. Poza tym musieli pamiętać o wielostronnych więzach łączących Rumunię z Polską.

Niejako "po drodze" pragnął Hitler załatwić dwie inne sprawy. Po pierwsze chciał dokończyć rozprawę z Czechosłowacją, doprowadzając do ostatecznego unicestwienia tego państwa, oraz wykorzystać słabość Litwy, by odebrać im sporną Kłajpedę (Memel).

Aby plany te zrealizować, konieczne było jednak znowu przychylne nastawienie ze strony Polski. Tu jednak doszło do zadrażnienia, którego, jak się zdaje, Niemcy nie mogli zrozumieć, ale które trzeba było z ich punktu widzenia jak najszybciej wyjaśnić. Wkraczając na Zaolzie, Polacy zajęli również niewielkie miasteczko Bogumin. Było ono zamieszkałe w większości przez ludność pochodzenia niemieckiego, a ponadto miało wielkie znaczenie właśnie dla Niemców jako ważny węzeł komunikacyjny. Liczyli oni zatem na to, że Polacy pozostawią Bogumin w spokoju, to znaczy do ich dyspozycji. Tak się jednak nie stało. Min. Beck uznał bowiem, że właśnie Bogumin uczyni symbolem samodzielności polityki polskiej wobec Niemiec. To właśnie ta swoista prowokacja wobec Niemców wykazać miała Europie, że Polska nie idzie z Hitlerem "ręka w rękę".

Jednak tej dość skomplikowanej gry nie zauważył praktycznie nikt poza Niemcami. Ci zatem, chcąc mieć jasność co do polskich pozycji, co warunkowało w istocie powodzenie kolejnych planów Hitlera, postanowili kwestię tę wyjaśnić. W tym więc kontekście należy, w moim przekonaniu, widzieć rozmowę, jaką 25 października 1938 roku odbyli min. von Ribbentrop i ambasador Lipski. Podczas tego spotkania niemiecki minister wystąpił z propozycją ogólnego rozwiązania problemów istniejących pomiędzy obydwoma krajami. Poruszył przy okazji problem włączenia Gdańska do Rzeszy, przy czym Polsce zapewniono by tam utrzymanie połączeń kolejowych i ułatwień gospodarczych. Polska miałaby zgodzić się także na zbudowanie eksterytorialnych połączeń drogowych i kolejowych poprzez Pomorze do Prus Wschodnich. Pozytywne załatwienie tych postulatów stworzyłoby warunki do przedłużenia traktatu z 1934 roku na dwadzieścia pięć lat, a także do uznania przez Niemcy ich granicy z Polską za ostateczną. Ribbentrop wskazywał również na możliwość współpracy "w sprawach kolonialnych", emigracji Żydów do Palestyny, prowadzenia wspólnej polityki wobec Rosji, czy wspólne rozwiązanie sprawy Rusi Zakarpackiej.

Panuje ogólne przekonanie, że rozmowa ta i niemieckie sugestie były punktem wyjścia gry, której celem była likwidacja Polski. Interpretację tę przyjmuje się dlatego, że tak właśnie rozmowę tę odebrał min. Beck i jego współpracownicy *[S. Żerko, op. cit., s. 116-118 - sugeruje, ze min. Beck w przeciwieństwie do amb. Lipskiego był "w znacznie mniejszym stopniu pesymistą". Uważa, iż dowodzi tego przemilczenie treści rozmowy z Ribbentropem podczas narady w MSZ w dniu 4 listopada 1938 roku. Wydaje się jednak, ze owo zatajenie sprawy, jeśli tak to można określić w kontekście wielu innych rysujących się problemów i coraz gorszego położenia Polski wobec Niemiec dowodzi, iż płk Beck miał pełną świadomość tego, co jest dalszym celem Hitlera. Chodziło o wmontowanie Polski w układ uzależniający ją całkowicie od polityki niemieckiej. Odbierał zatem te propozycje jako uwerturę do późniejszych problemów. Nawet jeśli Niemcy nie mieli w tym momencie bezpośrednio takich intencji, Beck wiedział że brak zgody na zaakceptowanie dominacji niemieckiej musi prowadzić prędzej czy później do konfliktu.]. Tym, co uznał za decydujące, była sugestia włączenia Gdańska do Rzeszy. Pamiętając wskazówkę Piłsudskiego, iż sprawa Gdańska jest barometrem niemieckiego stosunku do Polski uznał, że właśnie nasz kraj ma być kolejną ofiarą ich ekspansji. Uważał bowiem, iż Gdańsk - podobnie jak sprawa sudecka - będzie jedynie pretekstem do generalnej rozprawy z Polską, w której w grę wchodzić będzie także Pomorze, Śląsk, a może i Wielkopolska.

Jednak nie ulega wątpliwości, że tak odczucia Becka, jak i, sformułowane na tej podstawie w polskiej historiografii jako pewnik, przekonanie, iż w taki oto sposób Niemcy rozpoczynały grę, której finałem miał być wrzesień 1939 roku, nie znajduje żadnych podstaw. Postępowanie Niemiec w ciągu kilku kolejnych miesięcy dowodzi bowiem w sposób nie budzący wątpliwości czegoś zupełnie innego. Nie podejmowali oni w tym okresie żadnych kroków, które mogłyby być uznane za konsekwentne realizowanie antypolskiej linii. Przeciwnie, z poprzednich "rozgrywek" niemieckich i innych, toczonych na bieżąco, widać wyraźnie, że przynajmniej do końca kwietnia 1939 roku dążyli do załatwienia interesujących ich kwestii, nie prowadząc równolegle nie tylko żadnych przygotowań wojennych, ale nawet choćby elementarnej akcji propagandowej. Było to skądinąd zachowanie logiczne. Polskę, mimo incydentu w Boguminie, traktowali jak dobrego i sprawdzonego w trudnych okolicznościach sojusznika. To uzasadniało takie właśnie, spokojne podejście i przedłożone propozycje, które z punktu widzenia niemieckiego, uwzględniając gotowość uznania nienaruszalności granic Polski, były z pewnością bardzo poważną ofertą. Porównując zresztą ton i sposób przedstawienia sprawy przez Ribbentropa z innymi zachowaniami Niemców przy okazji załatwiania ich "życiowych problemów", można stwierdzić, że różnica ta jest aż nadto widoczna. Można przyjąć, że swój dalekosiężny cel - politycznego zdominowania Polski, ale nie jej zniszczenia - chcieli realizować o wiele później.

Nerwowa reakcja min. Becka wynikała zapewne z tego, o czym wzmiankowałem już wyżej. Wbrew bowiem ogólnie przyjętemu przekonaniu problemy poruszone przez niemieckiego ministra nie były czymś nowym czy zgoła nieoczekiwanym. Przeciwnie. Pojawiały się przy różnych okazjach niejednokrotnie już wcześniej4. Min. Beck zrozumiał oto, że w nowym, pomonachijskim układzie sił w Europie Polska z dnia na dzień znalazła się w sytuacji, w której jej los stał się w dużej mierze zależny od stosunku do niej strony niemieckiej. Właśnie bogumińska kombinacja dowodziła, jak szybko tę zmianę sytuacji zrozumiał, ale efekty tej demonstracji były zupełnie znikome.

W istocie położenie Polski na wypadek załamania się stosunków z Niemcami było w tym momencie zupełnie beznadziejne. Lekceważeni przez min. Becka Francuzi nie mieli po czechosłowackich doświadczeniach żadnej ochoty na współpracę z Polską. Anglicy nawet w teoretycznych rozważaniach nie widzieli Polski wśród swych aliantów. Zbliżenie z Sowietami w ogóle nie wchodziło w grę.

Kiedy więc, jeszcze w Monachium, Anglicy podpisali z Niemcami deklarację o nieagresji, a już wkrótce, bo na początku grudnia, uczynili to także Francuzi, w końcu 1938 roku sytuacja Polski wyglądała rzeczywiście fatalnie. Min. Beck mógł mieć zatem uzasadnione obawy, że sugestie Ribbentropa pozostają w związku z uspokojeniem sytuacji na zachodzie i że oto Niemcy kontynuować będą swe rewindykacje na wschodzie. To właśnie obawa przed powrotem do polityki symbolizowanej układami locarneńskimi determinowała zapewne polskie reakcje na rozmowę Lipskiego i Ribbentropa.

W tej sytuacji płk Beck uznał, że, z jednej strony, trzeba z Niemcami poruszone kwestie podjąć, ale, z drugiej strony, wykazać się zdecydowaniem, aby słabość reakcji nie zachęciła ich do silniejszych nacisków na stronę polską. Przesłane zatem kilka dni później, 31 października 1938 roku, instrukcje *[Instrukcja min. Becka dla ambasadora Lipskiego w sprawie żądań niemieckich. Polska w polityce międzynarodowej (1939-1945). Zbiór dokumentów. Warszawa 1989, s. 21-24. W punkcie siódmym Beck pisał: "Biorąc pod uwagę powyższe czynniki i pragnąc osiągnąć stabilizację stosunków przez przyjazne porozumienie z Rządem Rzeszy Niemieckiej, Rząd Polski proponuje zastąpienie gwarancji Ligi Narodów i jej prerogatyw przez obustronne polsko-niemieckie porozumienie. Porozumienie powinno gwarantować istnienie Wolnego Miasta Gdańska dla zapewnienia swobody życia narodowego i kulturalnego jego niemieckiej większości, a także powinno gwarantować wszelkie polskie prawa. Pomimo komplikacji wiążących się z takim układem Rząd Polski musi oświadczyć, że także inne rozwiązanie, a szczególnie każda próba włączenia Wolnego Miasta do Rzeszy, musi nieuchronnie prowadzić do konfliktu, to zaś przybrałoby postać nie tylko lokalnych trudności, lecz zawiesiłoby wszelką możliwość polsko-niemieckiego porozumienia we wszystkich jego aspektach". O propozycji nowej formy protektoratu nad Gdańskiem jeszcze będę pisał. Stanowisko polskie amb. Lipski zaprezentował Ribbentropowi podczas spotkania w dniu 19 listopada 1938 roku. Jest charakterystyczne, że niemiecki minister nie naciskał zbytnio na pozytywne przyjęcie przedstawionych sugestii.] dla ambasadora Lipskiego, wskazując na konieczność podejścia do problemu Gdańska "w duchu szczerości", silnie jednocześnie podkreślały, że "każda próba włączenia Wolnego Miasta do Rzeszy, musi nieuchronnie prowadzić do konfliktu".

Jeśli jednak min. Beck rzeczywiście sądził, że Niemcy są zdecydowani na konfrontację z Polską, to kolejne spotkania powinny to przeświadczenie poddać zasadniczej weryfikacji.

22 listopada 1938 roku, amb. Moltke zapewniał min. Becka, iż w opinii Ribbentropa stosunki polsko-niemieckie (...) to kapitał, który zdał egzamin i uratował pokój (...). Minister przywiązuje nadal największą wagą do dobrych stosunków polsko-niemieckich". Podkreślił też, że w opinii Ribbentropa, "Gdańsk jest zagadnieniem, w którym stanowisko Polski jest zdecydowane i że Polska nigdy nie zgodzi się na radykalne jego załatwienie. Ambasador cieszy się, że po rozmowie z Lipskim jego Minister należycie to zrozumiał".

15 grudnia 1938 roku von Ribbentrop przyjął amb. Lipskiego i podczas tej rozmowy zapytał jedynie o stosunek Polski do ewentualnej kwestii autostrady *[Raport ambasadora Lipskiego z rozmowy z min. von Ribbentropem, odbytej w dniu 15 grudnia 1938 roku. Tu warto zauważyć, iż ponowne propozycje niemieckie Ribbentrop prezentował wraz z wizją wspólnej akcji przeciw Związkowi Sowieckiemu i perspektywami łupów na Ukrainie. Można uznać, że była to swoista odpowiedź na nie do końca jasną inicjatywę jednego z bliższych współpracowników Becka - dyrektora departamentu w MSZ Kobylańskiego, który w połowie listopada 1938 roku w rozmowie z urzędnikami ambasady niemieckiej w Warszawie sugerował możliwość wspólnej akcji polsko-niemieckiej przeciw Sowietom. Być może zatem Niemcy uznali to za zachętę dla siebie, a znając wyczulenie strony polskiej na swe zaangażowanie w sprawy ukraińskie przyjęli, że porzucenie tego kierunku i wspólna akcja przeciw Rosji, zachęci Becka do cesji na ich rzecz w Gdańsku. W tej perspektywie propozycje Ribbentropa nabierają zupełnie nowego wyrazu.]. Będąc jednak zapewne pod silnym wrażeniem stanowczości strony polskiej w traktowaniu sprawy Gdańska ("musi nieuchronnie prowadzić do konfliktu"), nie wrócił do swych poprzednich sugestii.

Na początku nowego 1939 roku min. Beck spotkał się w Bertechsgaden z Hitlerem *[W sporządzonej przez wiceministra Szembeka notatce na podstawie relacji ambasadora Lipskiego z rozmowy min. Becka z kanclerzem Hitlerem odbytej w dniu 8 stycznia 1939 roku, zapisano: "Przechodząc (...) do spraw gdańskich, kanclerz podkreślił, że cała trudność polega na rym, że jest to miasto niemieckie. I tu rzucił dość wyraźną aluzję, że kiedyś Gdańsk powróci do Rzeszy. Twierdził, że to jednak w niczym nie ścieśni wszelkich uprawnień Polski w Gdańsku i zapewnił, że w żadnym razie Rzesza nie zaskoczy nigdy Polski faktami dokonanymi. Zaznaczył, że - jego zdaniem - można by na drodze wspólnego porozumienia znaleźć jakieś wyjście z sytuacji i osiągnąć jakąś formę zabezpieczenia słusznych interesów tak Polski, jak i Niemiec. Gdyby udało się w tej sprawie dojść do porozumienia, to można by zupełnie i definitywnie wyczyścić i usunąć wszelkie trudności między obu państwami (...). Na to dictum [stanowczą odpowiedź Becka - wyj. moje - G.G.] Hitler nieco się cofnął ze swego stanowiska i zaczął mówić o możliwości znalezienia takich rozwiązań, które mogły zabezpieczyć słuszne interesy tak Niemiec, jak i Polski".]. Jest charakterystyczne, że wobec zademonstrowanej przez polskiego ministra zdecydowanej niezgody na pomysł włączenia Gdańska do Rzeszy kanclerz podczas tej rozmowy "cofnął się ze swego stanowiska i zaczął mówić o możliwości znalezienia takich rozwiązań, które mogłyby zabezpieczyć słuszne interesy tak Niemiec, jak i Polski".

Wreszcie w końcu stycznia 1939 roku, podczas wizyty von Ribbentropa w Warszawie, niemiecki minister ponownie podjął kwestię próby znalezienia rozwiązania sprawy Gdańska i autostrady, ale i tym razem min. Beck "odrzucił w sposób kategoryczny postulat autostrady eksterytorialnej" oraz oświadczył, że "na ustępstwa co do Gdańska iść nie możemy".

Warto jednak nadmienić, że w relacji niemieckiej nie odnotowano aż takiej twardości strony polskiej - przeciwnie, von Ribbentrop sprawiał wrażenie zadowolonego z przebiegu rozmów. Taki też był ton relacji prasy niemieckiej, co świadczy jak daleko było w tym momencie od nastrojów wojennych po tamtej stronie.

Jednak w końcu stycznia 1939 roku dla min. Becka stało się jasne, że Polsce grozi konfrontacja z Niemcami. Dał temu wyraz natychmiast po swym powrocie ze spotkania z Hitlerem, kiedy podczas zwyczajowej narady na Zamku z udziałem Prezydenta Mościckiego, Premiera Sławoja-Składkowskiego i Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych marsz. Śmigłego-Rydza przedstawił swój pogląd na ewolucję stanowiska Niemiec *[W swych późniejszych wspomnieniach min. Beck napisał, że poinformował prezydenta i marszałka "o niepokojących zjawiskach mogących prowadzić do wojny" (J. Beck. Ostatni raport. Warszawa 1987, s. 162). S. Żerko (s. 189) sugeruje, że była to ocena sformułowana ex post. Nie podzielam tej opinii. Sądzę, że taki właśnie możliwy kierunek rozwoju wydarzeń mógł on już w tym momencie rzeczywiście zakładać. Podkreślić też należy, że całkowicie fałszywie brzmi teza H. Batowskiego ("Europa zmierza ku przepaści, Poznań 1977, s. 264), iż Beck "nie potraktował dosyć poważnie" zagrożenia. Było wręcz odwrotnie - potraktował je z nieproporcjonalną powagą.]. Zebrani ustalili wtedy, że konieczne jest przyjęcie twardej linii wobec Niemiec, bo tylko w ten sposób, w ich opinii, można było powstrzymać presję Hitlera na Polskę. Co interesujące, rozmówcy min. Becka bez żadnych wątpliwości przyjęli jego nagłą zmianę stanowiska i nie mamy żadnych świadectw, które mogłyby wskazywać, że któryś z polskich przywódców miał jakiekolwiek wątpliwości co do prezentowanych przez swego kolegę opinii i poglądów. Można by nawet wskazać, że koła wojskowe, tradycyjnie antyniemieckie i profrancuskie, z pewnością przyjęły tę woltę z wielkim zadowoleniem. W takiej sytuacji podstawowym zadaniem i wyzwaniem, któremu musiała stawić czoła polska dyplomacja, było wydobycie kraju z izolacji, w jakiej znalazła się w następstwie postawy przyjętej podczas kryzysu czechosłowackiego. Rozwój wydarzeń w ciągu najbliższych tygodni był z tego punktu widzenia swoistym darem niebios.

Powtórzyć jednak trzeba raz jeszcze, że wrażenia min. Becka co do możliwych bezpośrednich następstw inicjatyw niemieckich były błędne.

Niemcy zapewne liczyli się z tym, że ich "sugestie" nie zostaną przyjęte z entuzjazmem, ale reakcja Polaków była dla nich, jak się zdaje, kompletnym zaskoczeniem. Ukazała też im niemal zupełną bezradność wobec zaistniałej sytuacji. Polska była im bowiem bardzo potrzebna jako sojusznik, bez którego życzliwości realizacja dalszych planów stała pod wielkim znakiem zapytania. Stąd nie mogli bardziej naciskać strony polskiej, bo mogło to prowadzić do niebezpiecznej dla Niemiec reorientacji jej stanowiska.

Z drugiej strony ostrość reakcji na ich "sugestie" potwierdzała niepewność co do rzeczywistych intencji Warszawy i jej możliwych zachowań. Jednak ewentualność utraty przychylności Polski była zbyt duża, aby na tym etapie ryzykować tak cenną i owocną dotąd współpracę.

Wskazać tu należy, że równolegle, od stycznia do końca marca 1939 roku, narastało po obu stronach napięcie w kwestiach położenia mniejszości narodowych. Jest charakterystyczne, że właśnie w tym czasie władze polskie poprzez używanie bardzo silnej presji administracyjnej reagują na wszelkie poczynania mniejszości niemieckiej w Polsce. Mniejszość niemiecka zaś, sądząc że jest ofiarą płaconą "na ołtarzu" dobrych stosunków z Polską, próbowała wszelkimi sposobami zwrócić na siebie uwagę. Tymczasem polskie władze administracyjne, mimo różnych interwencji MSZ, nie przebierały w środkach, uderzając w akcje niemieckie. Mimo tego, Hitler w rozmowie z Lipskim w dniu 1 marca 1939 roku "przeszedł do porządku dziennego" nad tymi sprawami, komplementował Becka jako "mądrego i szlachetnego człowieka" oraz zapewniał, że nie dopuści do konfliktu polsko-niemieckiego.

Na razie zatem Niemcy uznali, jak się zdaje, że trzeba - nie wycofując się już choćby ze względów prestiżowych ze zgłoszonych propozycji - odczekać pewien czas i zorientować się co do rzeczywistych intencji Polski. Do sprawy powrócić mieli w końcu marca. Wtedy też doszło do wydarzeń, które w sposób gwałtowny zmieniły układ sił na kontynencie i doprowadziły do zasadniczej reorientacji polityki polskiej, a w ślad za tym i niemieckiej.

Tymczasem rządy angielski i francuski, nie mając żadnej świadomości rodzących się komplikacji w stosunkach polsko-niemieckich, rozpaczliwie poszukiwały prób wyjścia z pozycji, na które zepchnęły je układy monachijskie. Niezależnie od podpisanych z Niemcami po Monachium porozumień, niezdolni byli w dalszym ciągu do aktywnego powstrzymywania mającej coraz większy impet Rzeszy. Z wielkim też niepokojem oczekiwali kolejnych posunięć Hitlera. Antycypując je na podstawie różnych informacji "z poufnych źródeł" w Berlinie, próbowali ad hoc montować układy obronne. Wskazać tu trzeba na istotne obawy i cele polityki francuskiej i angielskiej w tym okresie.

We Francji, mimo problemów wewnętrznych, trafnie na ogół rozumiano, że to właśnie ten kraj jest traktowany przez Hitlera jako pierwsza przeszkoda na drodze do budowy pozycji imperialnej potęgi. Francuzi dostrzegli też, jak w krótkim czasie Niemcy zdystansowali ich pod względem rozwoju nowoczesnego potencjału militarnego. Szczególne obawy budziła rosnąca przewaga niemiecka w broni pancernej i lotnictwie oraz niemal wyrównane siły morskie. Z powodu permanentnych problemów wewnętrznych nadrobienie tych zaległości musiało zająć bardzo wiele lat. To wszystko determinowało zatem wybitnie defensywną postawę Francji i, zwłaszcza, dowództwa jej sił zbrojnych, co zresztą miało silne tradycje w doświadczeniach przebiegu Wielkiej Wojny. Linia Maginota dawała poczucie względnego bezpieczeństwa, coraz bardziej zaś mitologizowana niemiecka Linia Zygfryda była usprawiedliwieniem braku chęci do działań zaczepnych. Dla Francji zatem najważniejszym zadaniem było oddalenie konfliktu od swych granic i montowanie szerszych układów, które skupiałyby uwagę Niemiec na likwidowaniu w pierwszym rzędzie najsłabszych ogniw.

Podobnie rzecz się miała z Anglią. Jej niezdolność do czynnego występowania była porażająca i to wymuszało określoną taktykę polityczną. Ścisły sojusz z Francją był oczywisty, dawał bowiem pewną szansę opierania polityki na znacznym, mimo wszystko, potencjale francuskich sił lądowych, a więc formacji, które Anglia mogła wystawić tylko w niewielkiej ilości. Oznaczało to jednak ograniczenie w postaci uwzględniania w istotnym zakresie priorytetów polityki francuskiej. Oba kraje, choć bez wątpienia z o wiele większym naciskiem ze strony Francji, ciągle próbowały doprowadzić do zmontowania układu antyniemieckiego z udziałem Rosji. Było to w tym wypadku oczywiste nawiązanie do sprawdzonych w latach Wielkiej Wojny koncepcji. Jednak na początku 1939 roku możliwość stworzenia takiego aliansu była bardzo odległa. Rosja nie wyrażała bowiem żadnej chęci do zawarcia takiego sojuszu, miała bowiem świadomość, iż oznacza to powiększenie szans Hitlera na zmontowanie szerokiego bloku antykomunistycznego w centralnej Europie. Bloku, któremu Rosja musiałaby stawić czoła w zupełnym osamotnieniu.

W połowie stycznia 1939 roku na rząd angielski paraliżująco wpłynęły informacje, wedle których w ciągu najbliższych tygodni Niemcy mieli podjąć działania w celu zajęcia Holandii. Oznaczało to spełnienie najgorszego z ich punktu widzenia scenariusza. To właśnie w takim kontekście widziano wizytę Becka w Bertechsgaden. Docierały informacje, że Hitler podejmuje starania na rzecz uzyskania polskiej neutralności dla swej akcji na zachodzie, w zamian za obietnice jej udziału w niemieckich zdobyczach kolonialnych *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 25 stycznia 1939. Na posiedzeniu tym Lord Halifax informował swych kolegów, powołując się na źródło z bezpośredniego otoczenia Hitlera, iż ten jeszcze w listopadzie 1938 roku miał wyjawić swym najbliższym współpracownikom, że jego największym pragnieniem jest uzyskanie kolonii, dlatego najpierw musi zająć Belgię i Holandię, "a wkrótce potem Anglię". Wprawdzie cały czas Anglicy mieli nadzieję, że Hitler bardziej będzie zainteresowany dalszymi zdobyczami na Wschodzie, ale jak zauważał, "ostatnio otrzymaliśmy raporty, że myślenie przywódców niemieckich zwróciło się w bardziej złowrogim kierunku". Według źródeł określanych jako pewne, Hitler chciał uderzyć na wiosnę na Zachodzie (przygotowywano według tych źródeł plany ataków lotniczych na Londyn) i w tym kontekście Poszukiwać miał w spotkaniach z płk. Beckiem przyjaznej neutralności Polski w zamian za odstąpienie części zdobytych kolonii.]. Pamiętając o intensywnych konsultacjach polsko-niemieckich sprzed niemal roku i ich austriackich i czechosłowackich następstwach, kontakty polsko-niemieckie (także zapowiedź wizyty Ribbentropa w Warszawie) traktowano jako uwerturę do kolejnej fazy niemieckich operacji.

Tu dotykamy być może najistotniejszego problemu. Dla Anglii, tak naprawdę, od początku najgroźniejszym postulatem Hitlera pozostawało powtarzane przez niego od lat pragnienie zdobycia kolonii i związany z tym bezpośrednio postulat rozbudowy floty wojennej. W tym zakresie Niemcy na różne sposoby obchodzili ograniczenia nałożone na nie najpierw w Wersalu, potem zaś w traktacie morskim, ustalającym maksymalny pułap tonażu sił morskich Rzeszy *[Podpisany 18 czerwca 1935 roku tzw. traktat morski zezwalał Niemcom na budowę floty, której tonaż maksymalnie mógł wynosić jedną trzecią tonażu floty brytyjskiej. Niemcy jednak i te ograniczenia skutecznie obchodzili, choć nie ustawali w dążeniu do podniesienia parytetu tak, by akceptowali to też Brytyjczycy.]. W tym też kontekście należy widzieć zabiegi brytyjskie na rzecz zmontowania antyniemieckiego układu na kontynencie. Chodziło po prostu o to, aby tak uwikłać Hitlera w konflikty w Europie, najlepiej wschodniej lub południowej, aby maksymalnie odsunąć w czasie bądź w ogóle wykluczyć możliwość jego zaangażowania w demontaż istniejącego systemu kolonialnego. Jeśli zważyć, iż w tym czasie Brytyjczycy mieli olbrzymie problemy z opanowaniem sytuacji w Palestynie i w Indiach, niepokój panował w niektórych koloniach afrykańskich, zaś na Dalekim Wschodzie coraz groźniejsza była ekspansja japońska, to widać skalę możliwych komplikacji w sytuacji, gdyby Niemcy bardziej aktywnie włączyli się w te rozgrywki. Możliwość demontażu brytyjskiego imperium pod wpływem niemieckiego nacisku była zatem bardzo realna i świadomość tej tragicznej perspektywy była bardzo silna w poczynaniach gabinetu angielskiego w 1938 i 1939 roku.

Kiedy zatem uzyskano informacje o możliwej niemieckiej inwazji na Holandię, a Francuzi alarmowali o podobnych planach w odniesieniu do Szwajcarii, sytuacja jawiła się jako niemal beznadziejna. Sztaby angielski i francuski nie widziały żadnej szansy obrony Holandii, choć władze tego kraju deklarowały gotowość obrony "do ostatniego rowu" (to the last ditch). Utrata Holandii oznaczała także duże prawdopodobieństwo utraty Belgii, a wraz z nimi nie tylko oskrzydlenie Francji, ale i możliwość objęcia kilku znaczących posiadłości zamorskich (belgijskie Kongo w Afryce czy holenderskie posiadłości w Azji Południowo-Wschodniej oraz Antyle). Ta perspektywa była już wyzwaniem najwyższego kalibru i zmuszała do zdecydowanych działań.

25 stycznia 1939 roku gabinet brytyjski sformułował zasadnicze cele swego działania na płaszczyźnie międzynarodowej na następne miesiące. Stwierdzono, że "wszystko co możemy powiedzieć z praktyczną pewnością to to, że "eksplozja" Niemiec może nastąpić w bardzo bliskiej przyszłości i że jest dla nas koniecznością podjecie bezpośrednich środków, aby obronić się przeciwko możliwości bezpośredniego skierowania jej wobec nas". Brytyjczycy w tej sytuacji mieli tylko jedną możliwość odwrócenia uwagi Niemców od kierunku zachodniego - znaleźć aliantów na wschodzie lub południu Europy. Było bowiem oczywiste, że Hitler uczyni wszystko by właśnie takich aliantów w pierwszym rzędzie zlikwidować. To musiało zabrać mu jednak czas, na którym tak bardzo zależało Brytyjczykom.

W świetle wcześniejszych uwag można przyjąć, że docierające do Anglii "przecieki" nie były tylko próbą zasłony dymnej. Wiele wskazuje na to, że Hitler rzeczywiście przygotowywał się w tym czasie do akcji na zachodzie Europy. Zatem rozmowy z Polakami były próbą uzyskania ich neutralności w przygotowywanych tu przedsięwzięciach. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że w tym momencie Niemcy nie przywiązywali przesadnej wagi do sprawy Gdańska czy tranzytu do Prus Wschodnich. Hitler miał przecież świadomość, jak wrażliwa jest polska opinia na te właśnie sprawy. I miał także świadomość, że ze względów ekonomicznych nie jest w stanie Polsce nic w tej sprawie narzucić. To Polska bowiem dysponowała całą gamą instrumentów, które mogły w wypadku próby narzucenia jej siłą takich rozwiązań, doprowadzić do kompletnego upadku ekonomicznego Gdańska, a także istotnie sparaliżować funkcjonowanie enklawy pruskowschodniej. W tej materii doświadczenia minionych lat, kiedy to w napiętych sytuacjach właśnie jako odpowiedź na agresywniejsze poczynania niemieckie, Polska stosowała taką broń, były bardzo żywe. Jedynym rozwiązaniem nie rzutującym negatywnie na sytuację wewnętrzną Niemiec byłoby więc przejęcie przynajmniej całego Pomorza Gdańskiego. Ale to wymagało wojny z Polską, a tego wariantu Hitler oczywiście nie brał ówcześnie w ogóle pod uwagę.

Tymczasem postanowił doprowadzić do końca sprawę Czechosłowacji oraz rewindykować Kłajpedę. Były to przedsięwzięcia stosunkowo łatwe do realizacji i mogące dać konieczne, z punktu widzenia sytuacji wewnętrznej, istotne atuty propagandowe. Po przeprowadzeniu rozwiązań uwzględniających oczekiwania węgierskie *[Tzw. arbitraż wiedeński z 2 listopada 1938 roku. którego postanowienia pozwoliły Węgrom objąć cześć obszaru południowej i wschodniej Słowacji.], Niemcy doprowadziły do secesji Słowacji, która 14 marca 1939 roku ogłosiła się niepodległym państwem. Dwa dni później wojska niemieckie praktycznie bez oporu wkroczyły do Pragi i zajęły całe Czechy, a Hitler ogłosił powstanie tzw. Protektoratu Czech i Moraw, poddanego całkowitej kontroli niemieckiej. Po kilku dniach, 23 marca 1939 roku, wojska niemieckie zajęły podobnie, bez oporu, Kłajpedę.

Akcja marcowa, poza oczywistymi korzyściami gospodarczymi i militarnymi, jakie wiązały się z całkowitym podporządkowaniem sobie terenów Czechosłowacji, miała oczywiście dodatkowy wymiar. Przede wszystkim, uderzając w postanowienia monachijskie, Hitler raz jeszcze chciał praktycznie przekonać się, na ile gotowi do działania są i Anglicy, i Francuzi. Miało to olbrzymie znaczenie bez względu na to, w którym kierunku chciał podjąć następne działania. Ale był też i element drugi. Tym razem akcja niemiecka nie była w ogóle konsultowana z Polską i dla naszej strony była kompletnym zaskoczeniem. Ugodzenie w Litwę, oraz gwarancje bezpieczeństwa udzielone Słowacji, w tych okolicznościach wskazywały też wyraźnie, że niekorzystne położenie wobec Niemiec jeszcze bardziej się pogłębiło. Wydaje się, że owo zaskoczenie Polaków i faktyczne okrążenie Polski miało być dodatkowym argumentem skłaniającym Polaków do pogłębienia współpracy i przyjęcia niemieckich propozycji.

W tym zatem kontekście widzieć należy z całą pewnością rozmowę von Ribbentropa z amb. Lipskim, odbytą w dniu 21 marca 1939 roku. Ten dzień można skądinąd uznać za moment zwrotny w dziejach Europy i Polski w pełnym tego słowa znaczeniu. W tym też bowiem dniu rząd brytyjski przesłał do Warszawy telegram, w którym proponował Polsce wspólną z Francją i Związkiem Sowieckim akcję na rzecz powstrzymania dalszej agresji niemieckiej *[Protokoły posiedzeń gabinetu w dniach 18 i 20 marca 1939 roku. 18 marca premier Chamberlain powiedział, że "Polska jest kluczem do sytuacji" stąd konieczne jest znalezienie dróg do porozumiewania się z Polską bardziej niż z innymi krajami. Wskazywał na konieczność zorientowania się w nastawieniu Polski i jej sposobie widzenia aktualnej sytuacji, zwłaszcza zaś pozycji krajów zagrożonych agresją niemiecką, To wychodząc z takich przesłanek, postanowiono skierować ofertę pod adresem Polski.]. Dla min. Becka angielski telegram był swoistym darem niebios.

Jak doszło do tego, że Brytyjczycy wystosowali tę propozycję? Wielkie podniecenie, związane ze spodziewanym atakiem na Zachodzie, ustąpiło w początkach lutego, kiedy wywiady brytyjski i francuski ustaliły, iż po stronie niemieckiej brak jest wyraźnych oznak świadczących o przygotowywanym ataku na Holandię. Anglicy i Francuzi spodziewali się jednak, że to nie koniec ich obaw, równolegle bowiem pojawiły się pogłoski o niemieckich planach zajęcia Danii i Szwajcarii. Być może nie miały one takiej wagi jak zagrożenie Holandii i Belgii, ale skupiały cały czas uwagę na zachodnim teatrze działań.

Kiedy zatem Niemcy dobijali Czechosłowację i cieszyli się bezczynnością Anglii i Francji, nie mieli chyba świadomości, jak wielką sprawili im radość i ulgę. Ten brak reakcji był bowiem swoistym sygnałem zachęty do kontynuowania poczynań Hitlera w tamtym rejonie Europy. Na posiedzeniu gabinetu w dniu 15 marca 1939 roku wyraził to najpełniej angielski minister wojny L. Hore-Belisha uznając, iż zajęcie przez Hitlera po raz pierwszy terytorium nie niemieckiego to początkowy krok w realizacji jego zamierzeń wyrażonych w haśle "Drang nach Osten". Jednocześnie stwierdził, że "musimy zachęcić do nawiązania najściślejszych stosunków z nami Rumunię, Turcją i jeśli to możliwe Węgry". Trudno o precyzyjniejsze ujęcie zainteresowań Brytyjczyków w tym czasie.

Uruchomieniu dyplomacji angielskiej, i podążającej za nią jak cień francuskiej, na tym właśnie kierunku miała służyć wspomniana już inicjatywa - deklaracji Anglii, Francji, Polski i Związku Sowieckiego, która miałaby wyrazić wspólną wolę powstrzymania niemieckiej agresji. Przedsięwzięcie to w sposób oczywisty miało wzmocnić tendencję zmierzającą do odwrócenia zainteresowania niemieckiego od zachodniej części Europy. Już bowiem kilka dni wcześniej Anglicy otrzymali kolejne wiadomości, tym razem o naciskach niemieckich na rząd rumuński. Okazało się, że Niemcy chcieli zmusić Rumunię do sprzedawania im całej produkcji ropy naftowej oraz nadwyżek pszenicy.

Dla Anglików wszystko to oznaczało niezwykle korzystny, choć zupełnie nieoczekiwany, zwrot. Trzeba tu wskazać, że kiedy w połowie stycznia 1939 roku Węgry ogłosiły przystąpienie do Paktu Antykominternowskiego, nie wywołało to poważniejszej reakcji i komentarzy Anglii i Francji. A fakt ten, w powiązaniu ze współdziałaniem Węgier przy likwidacji Czechosłowacji w kontekście możliwego oddziaływania także i na Rumunię, powinien już wtedy stanowić przedmiot niepokoju. Ale dopiero po kilku tygodniach uświadomiono sobie z całą mocą powagę sytuacji. Poza bowiem pewnym zadowoleniem z racji odwrócenia uwagi Niemiec od państw zachodnich była i konstatacja, że Rumunia ma duże znaczenie jako źródło ważnych surowców, ale także jako istotny obiekt dalszej agresji na Bałkanach. Jednocześnie jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że ów wcześniejszy brak reakcji czy zainteresowania należy widzieć łącznie ze sprawą braku reakcji na rozbicie Czechosłowacji. Przecież Rumunia nie nabrała dla Anglików znaczenia tak nagle i to tylko wskutek przecieków czy donosów wywiadowczych. Wydaje się, że był to element wspomnianej już gry na odwrócenie uwagi Hitlera, wręcz zachęcenie go do poszukiwania nowych zdobyczy w tej części Europy. Z tego punktu widzenia owo nagłe zainteresowanie obroną Rumunii nabiera zupełnie innego wyrazu. Oto bowiem pojawiła się koncepcja sojuszu wspierającego Rumunię, z udziałem Turcji, a może i Grecji24. Wystarczy spojrzeć na mapę, by dostrzec nierealność tego pomysłu i brak jakiegokolwiek praktycznego znaczenia. Ale przecież nie o to tu chodziło. Chodziło o to, by Hitlera skierować na Bałkany, gdzie musiałby ugrzęznąć na dłuższy czas.

W tym też kontekście widzieć trzeba inicjatywę wspólnej deklaracji czterech mocarstw. Takie właśnie ujęcie tej propozycji, było, jak się zdaje, obliczone na pozyskanie minimalnej choćby przychylności Polski. Właśnie dlatego postawiono ją w gronie najważniejszych państw europejskich, znane bowiem było wyczulenie min. Becka na punkcie takiego właśnie traktowania Polski. Wiedziano też, jak boleśnie odczuł on swe pominięcie przy ustaleniach monachijskich.

Nie ulega jednak wątpliwości, że w tym momencie nie tylko dla Niemców, ale może przede wszystkim właśnie dla Anglików, Polska była rzeczywistym "kluczem do sytuacji". Jednak i Anglicy, a jeszcze bardziej Francuzi, nie wierzyli zanadto w szanse tego manewru i możliwość wyciągnięcia Polski z sojuszu z Niemcami. Sam Chamberlain tłumaczył swym kolegom z gabinetu, że w inicjatywie tej chodzi tylko o to, "by dowiedzieć się jak daleko Polska gotowa jest iść wzdłuż linii" sprzeciwu wobec dalszej agresji niemieckiej. Francuzi twierdzili, że Polacy nie udzielą pozytywnej odpowiedzi na ich propozycję. Dobrze, w opinii Brytyjczyków, zorientowany w sprawach Polski ambasador Egiptu w Londynie twierdził, że "Polska nie opuści swej centralnej pozycji" *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 22 marca 1939 roku. Ambasador francuski w Londynie wyraził Lordowi Halifaxowi opinię, że odmowa pozytywnej odpowiedzi na propozycję anglo-francuską ze strony min. Becka motywowana będzie brakiem ewentualnej "materialnej pomocy ze strony Zachodnich Mocarstw" w przypadku konfliktu. Ciekawe, ze to czego obawiali się zachodni politycy, w ogóle nie przyszło do głowy min. Beckowi.]. Powyższe dowodzi, jak silne było przekonanie o solidności związków polsko-niemieckich i to w okresie, kiedy od kilku miesięcy zaznaczał się istotny impas w tych relacjach *[Świadczy to skądinąd o wyjątkowej "szczelności" dyplomacji i polskiej, i niemieckiej, bowiem praktycznie nikt w Europie nie wiedział o pojawiających się między obu państwami problemach. Co więcej, uważano mające w tym czasie miejsce kontakty polsko-niemieckie za kontynuację dotychczasowych konsultacji, których rezultaty były aż nadto oczywiste. Z drugiej strony dowodzi to także nietrafności poglądów, że Niemcy realizowali od października scenariusz konfrontacji z Polską. Gdyby tak było. to przecież oczywiste jest, iż uczyniliby wszystko, aby poinformować Europę o swych postulatach i absurdalności stanowiska Polski. Tak stało się dopiero w końcu kwietnia, kiedy Hitler ujawnił swe żądania i to bez wątpienia rozpoczynało, wtedy jeszcze stonowaną, kampanię antypolską. Ta jednak tak naprawdę ruszyła w drugiej połowie maja.].

Można tu dostrzec jeszcze jeden charakterystyczny element. We wszystkich, ponadrocznych staraniach angielskich o zmontowanie bloku antyniemieckiego pojawiły się właściwie wszystkie kraje europejskie, nie wyłączając Włoch czy Hiszpanii rządzonej przez gen. Franco. Nie pojawiały się konsekwentnie tylko dwa kraje - uchodząca za ścisłego sojusznika Niemiec Bułgaria i... Polska. I jest charakterystyczne, że tuż po propozycjach wobec Polski podjęto też próby pozyskania Bułgarii. Potwierdza to angielską determinację w chęci odwrócenia uwagi Niemców, ale i fatalny odbiór dotychczasowej polityki Polski w tym momencie. Pokazuje też determinację w działaniach na rzecz stworzenia układu, który w przeciwieństwie do kryzysu czechosłowackiego na długo zaangażowałby Niemców. Stąd też zwrócenie się do Polski było, z punktu widzenia Brytyjczyków, swego rodzaju "rzutem na taśmę" czy zupełnie "ostatnią deską ratunku". Liczyli tu też i na to, że Polska powiązana była istotnie z Rumunią. I choć związek ten był zorientowany na wspólną obronę przed Sowietami, to mieli nadzieję że uda się go poszerzyć i włączyć Polskę do tej kombinacji. Tylko bowiem z udziałem Polski planowany blok mógł mieć jakikolwiek sens militarny - bez jej pomocy nie była możliwa żadna efektywna pomoc w obronie Rumunii.

Co tymczasem działo się w Warszawie, gdzie min. Beck odczytał żądania niemieckie jako uwerturę możliwego konfliktu. Wydawać by się mogło, że w obliczu tak rozpoznanego zagrożenia dyplomacja polska powinna podjąć intensywne wysiłki na rzecz wydobycia kraju z izolacji. Ale właściwie, poza podpisanym 19 lutego 1939 roku układem handlowym ze Związkiem Sowieckim *[W "gęstniejącej" sytuacji fakt uregulowania polsko-sowieckich relacji handlowych nie został dostrzeżony jako istotny czynnik zbliżający oba kraje. Dowodzą tego późniejsze naciski francuskie i angielskie, uznawano bowiem, że stosunki polsko-sowieckie znajdują się w głębokim impasie, co było w ich opinii logiczną konsekwencją zbliżenia do Niemiec.], nie znajdziemy jakichś poważniejszych inicjatyw polskich. Można wręcz powiedzieć, że jak na taką skalę zagrożenia, jaką widziano w niemieckich postulatach, faktyczna reakcja polska była wyjątkowo i zastanawiająco bierna. Nagłe ożywienie nastąpiło tak naprawdę w drugiej połowie marca i to po kolejnej rozmowie Ribbentropa z Lipskim, w kontekście likwidacji Czechosłowacji.

Nie sposób oprzeć się z tego punktu widzenia wrażeniu, że wokół opisanych wcześniej rozmów polsko-niemieckich i zgłoszonych podczas nich, rzekomo kategorycznych, żądań zbudowana została ex post cała otoczka mająca udowodnić jednoznaczne dążenie Niemiec. Jeśli tak byłoby w istocie, to owe niemal trzy miesiące od spotkania na Zamku w następstwie wizyty Becka w Bertechsgaden, do spotkania Ribbentropa z Lipskim 21 marca, stanowiłyby dowód swoistego sabotażu. Czyżby zatem, wbrew głoszonym przez siebie opiniom, min. Beck nie traktował poważnie niemieckiego zagrożenia? A jeśli tak, to jak rzeczywiście traktował sprawę Gdańska i czego Gdańsk miał być właściwie "barometrem"? Trudno, niestety, na pytania te znaleźć dziś odpowiedź nie budzącą wątpliwości.

 

Rozdział 4

To proste: BĘDZIEMY SIĘ BIĆ

 

Jak wspominałem, rozmowa von Ribbentropa z Lipskim, która odbyła się w kilka dni po unicestwieniu Czechosłowacji, miała, jak się zdaje, Niemcom dać odpowiedź na pytanie, czy dalej mogą liczyć na przychylność Polski w realizacji swych planów. W szczególności chodziło o to, czy istnieją szanse na włączenie Polski do projektowanego ściślejszego bloku. To co z całą pewnością uderza przy spokojnej analizie przesłanego przez polskiego ambasadora raportu z tej rozmowy, to zupełna niewspółmierność treści i tonacji wystąpienia niemieckiego ministra i reakcji na to strony polskiej. Ribbentrop przypomniał styczniowe propozycje złożone przez Hitlera min. Beckowi, podkreślając intencję ostatecznego zagwarantowania granicy polsko-niemieckiej. Wskazał na chęć utrzymania dobrych stosunków z Polską i zauważył, że "powstające między nami trudności wynikają także z braku całkowitego zrozumienia rzeczywistych zamiarów Rzeszy". Zaproponował rozważenie interesujących oba państwa spraw "na wyższym szczeblu".

Jeżeli zapis Lipskiego jest wiernym oddaniem przebiegu rozmowy, a nie ma podstaw, by podawać to w wątpliwość, to bez przesady można stwierdzić, iż to jego wypowiedzi i ton polemik były zdecydowanie twardsze i bardziej stanowcze. Być może jednak Niemcy, zajęci jeszcze sprawami czechosłowackimi i Kłajpedą, fakt ten przeoczyli. Sam Lipski - to szczególnie ważne spostrzeżenie - formułując wnioski z tej rozmowy wskazał na dwa elementy: "rozmowa (...) ma być może na celu zapewnienie naszej neutralności podczas kryzysu na tle Kłajpedy" oraz "że Niemcy zdecydowały się szybko zrealizować swój program wschodni, stąd pragną mieć jasno określone stanowisko Polski".

Trudno byłoby, jak sądzę, wśród polskich polityków znaleźć ówcześnie osobę, która miałaby lepszą znajomość realiów niemieckiej polityki i strategii niż ambasador Lipski. Zauważyć jednak należy, że ten niewątpliwie wyczulony na niemiecki sposób uprawiania polityki dyplomata, nie wyniósł z tej rozmowy wrażenia, iż Niemcy chcą "uczynić pierwszy krok w dążeniu (...) do opanowania Polski tak pod wzglądem gospodarczym, jak i politycznym i uczynienie z niej biernego narzędzia dla swych zaborczych planów". Owszem, dostrzegł on powagę sytuacji, widział możliwość wzmożenia nacisków w ramach realizacji celów polityki wschodniej Niemiec, ale z pewnością daleki był od kategorycznych sądów, a już tym bardziej od tworzenia obrazu stanu bezpośredniego zagrożenia bezpieczeństwa państwa. Takiego wniosku nikt na podstawie tej rozmowy wyciągnąć nie miał prawa.

Ale wniosek taki został wyciągnięty przez polskiego ministra spraw zagranicznych. Była to, jak się zdaje, indywidualna decyzja min. Becka, tak jak wszystko co działo się w polskiej polityce zagranicznej od wiosny 1935 roku. Płk Beck zatem i tym razem nikogo nie pytał, z nikim się nie konsultował. Po prostu uznał w pewnym momencie, że Niemcy chcą sobie Polskę podporządkować i wobec tego należy im się zdecydowanie przeciwstawić. Nie rozstrzygniemy na tym miejscu, czy jego zamiarem było udzielenie Hitlerowi twardej nauczki po to tylko, by wzajemne relacje wróciły do stanu poprzedniej harmonii. Wiele wydarzeń kolejnych tygodni wskazuje niestety na to, iż w poczynaniach min. Becka brakowało jasnej i jednoznacznej koncepcji wyprowadzenia kraju z sytuacji kryzysowej. Wiele natomiast było niezdecydowania i prób balansowania po coraz mniejszej przestrzeni. Tak czy inaczej, skutki takiej postawy były jak najbardziej fatalne.

Trzeba zatem zastanowić się, skąd wynikała ta wyjątkowa wrażliwość min. Becka na sprawę Gdańska. Przede wszystkim odrzucić należy, moim zdaniem, argument, którym posługiwał się on zawsze wtedy, gdy problem ten podnosiła strona niemiecka. Chodzi mianowicie o jakieś szczególne wyczulenie polskiej opinii publicznej w tej materii. Po pierwsze dlatego, że tak min. Beck, jak i ekipa polityczna, z którą był związany, w o wiele bardziej zasadniczych kwestiach, delikatnie rzecz ujmując, niespecjalnie opinią tą się przejmowali. Po drugie dlatego, że ówczesna ekipa rządząca dysponowała bardzo wieloma możliwościami kształtowania tejże opinii. Wreszcie, po trzecie, dlatego, że problem ten pojawiał się jako ważny w kontekście polityki min. Becka, ocenianej przez antysanacyjną opozycję jako nazbyt proniemiecka. Zatem z pewnością nie obawa przed Narodem kierowała polskim ministrem, gdy każdą wzmiankę Niemiec o uregulowaniu sprawy Gdańska traktował jako "barometr" ich stosunku do Polski. Jest oczywiste, że Beck odnosił się tu do opinii sformułowanej w swoim czasie przez marsz. Piłsudskiego. Piłsudski pogląd ten wyraził jednak w zupełnie odmiennej epoce i wobec zupełnie innych Niemiec. Niemiec skrajnie agresywnych wobec Polski i nie kryjących swych rewizjonistycznych postulatów wobec wszystkich właściwie ziem byłego zaboru pruskiego, nie kryjących także swej niechęci do istnienia Polski w jakiejkolwiek postaci. Niemiec ściśle powiązanych ze Związkiem Sowieckim także, a może przede wszystkim, właśnie na odcinku antypolskim. Niemiec wreszcie, które miały w zasadzie przyzwolenie Anglii i Francji na swobodne kształtowanie swej polityki na wschodnich rubieżach. W takiej zatem sytuacji, na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych każda niemal antypolska akcja Niemiec Weimarskich miała początek właśnie w Gdańsku.

Działo się tak, bo rozwiązania wersalskie dotyczące Wolnego Miasta - tu Hitler miał niestety stuprocentową rację - były jedną z najniebezpieczniejszych bomb podłożonych pod ówczesny porządek międzynarodowy. Rozwiązanie to drażniło bowiem i Niemcy, i Polskę, i było przedmiotem stałej kontestacji. Trzeba jednak w tej perspektywie uczciwie stwierdzić, że sytuacja w Gdańsku od początków 1938 roku, w kontekście doświadczeń historycznych, była po prostu sielanką. Gdyby ktoś chciał być skrajnie złośliwy, mógłby w związku z tym zauważyć, że polityka min. Becka wobec Niemiec w tym właśnie okresie była proporcjonalna do wskazań owego "barometru". Nie ulega bowiem wątpliwości, iż znając polskie wyczulenie w tej sprawie, Niemcy dokładali maksimum starań, aby nie dochodziło do zadrażnień związanych z Gdańskiem, co spowodowało, odnotowywaną i przez stronę polską, zmianę nastawienia tradycyjnie prowokujących Polskę władz Wolnego Miasta.

Biorąc powyższe pod uwagę, należałoby uznać, że inicjatywa na rzecz uregulowania sytuacji Wolnego Miasta była nie tylko racjonalna, ale i potrzebna. I trudno się dziwić, że powstała w momencie, gdy stosunki polsko-niemieckie, znowu z perspektywy historycznej patrząc, były w stanie niemal idealnym. Tę bombę trzeba było przecież rozbroić, bo nie można było utrzymywać stanu, który bez końca determinowałby te stosunki, mające przecież wiele, bez wątpienia, ważniejszych aspektów.

Tu zwróciłbym uwagę na fakt, iż jeśli strona polska mogła mieć jakieś rzeczywiste podstawy do niepokoju, to powinny one być związane przede wszystkim ze sprawą proponowanych eksterytorialnych linii komunikacyjnych do Prus Wschodnich poprzez Pomorze. Choć i w tym wypadku problem ten, moim zdaniem, wyolbrzymiono, uznając go jako przejaw dążenia do "odepchnięcia Polski od Bałtyku". Traktowanie postawienia tej kwestii przez Niemców jako swoistej prowokacji, w sytuacji gdy projekt tego połączenia Polska prezentowała jeszcze w końcu lat dwudziestych, nie wytrzymuje po prostu krytyki.

Bardzo ważnym elementem oceny sytuacji w interesującym nas okresie jest, moim zdaniem, spojrzenie na poczynania niemieckie bez emocjonalnych uwarunkowań wynikających ze znanych nam wydarzeń późniejszych. Porównując je do sposobów, w jaki Hitler przedtem i potem załatwiał różne "życiowe postulaty", nie sposób nie zauważyć zasadniczych różnic w jego postępowaniu wobec Polski i odmienności stosowanych metod. Wystarczy choćby wskazać na olbrzymią rolę, jaką we wszystkich tych rozgrywkach pełniła niemiecka propaganda, zawsze wyprzedzająca faktyczne posunięcia. Była ona nie tylko bardzo skutecznym narzędziem z punktu widzenia polityki wewnętrznej Rzeszy. Także umiejętnie wpływała na nastroje opinii publicznej na zachodzie Europy. Wskazać tu można na łatwość, z jaką udało się jej przekonać Europejczyków, że w sprawie sudeckiej chodzi jedynie o ochronę poszkodowanej niemieckiej mniejszości, czy w nieodległej przyszłości wywołać niechęć do "umierania za Gdańsk". I właśnie w tym kontekście można zauważyć, że w sprawie Gdańska i Polski niemiecka propaganda zaczęła swą swoistą aktywność dopiero w maju.

Trzeba też wskazać, iż porównując metody niemieckie stosowane przy załatwianiu spraw Nadrenii, Austrii, Sudetów czy Kłajpedy z zachowaniem wobec Polski w okresie od października 1938 do marca 1939 roku, możemy stwierdzić bez cienia wątpliwości, że uznanie tego postępowania za przejaw dążenia do bezpośredniej konfrontacji jest, delikatnie mówiąc, grubą przesadą.

W tym miejscu nasuwa się pytanie o kluczowym, jak się zdaje, znaczeniu. Chodzi mianowicie o to, czy wiadomo, jak min. Beck czy, szerzej, polskie władze i opinia publiczna wyobrażały sobie na dłuższą metę załatwienie sprawy Gdańska. Czy uważały istniejący stan za idealny i warty utrzymania nawet za cenę wojny? Czy sądziły, że Niemcy bez końca będą uważali, że miasto z osiemdziesięcioprocentową populacją pochodzenia niemieckiego, połączone bezpośrednią granicą z ich obszarem państwowym, będzie mogło funkcjonować jako fikcyjny twór, pod fikcyjną kontrolą fikcyjnej organizacji? Czy może sądziły, że Niemcy wspaniałomyślnie zrezygnują ze swych aspiracji i zgodzą się na przyłączenie Gdańska do Polski? Na pytania te, niestety ani min. Beck, ani właściwie cała polska elita rządząca czy opozycyjna odpowiedzieć nie potrafiła. Jednak dokonany wybór wskazuje na to, iż przyjmowano konieczność utrzymania nieracjonalnego pod każdym względem status quo nie tylko za cenę poświęcenia odbudowanych z trudem stosunków z Niemcami, ale nawet za cenę wojny.

Tymczasem o tym, że utrzymanie dotychczasowego stanu rzeczy było po prostu niemożliwe, świadczą wydarzenia następnych tygodni. Co ważne, było to przekonanie nie tylko strony niemieckiej, ale także, a może przede wszystkim, zachodnich sojuszników Polski. To oni już wkrótce skupią niemal całą swoją aktywność na poszukiwaniu dróg kompromisu w sprawie Gdańska. I w tym tkwił podstawowy problem strony polskiej. Jednocześnie, wskutek niezrozumiałej bierności w tym względzie, brakowało jej własnych argumentów w sprawie Gdańska. Trudno było przecież, najpierw samemu kontestując istniejący stan, nagle zacząć przekonywać, że trzeba go bronić za wszelką cenę.

Natomiast siła argumentów niemieckich była wielka. To właśnie Niemcy reprezentowali koncepcję rozwiązania sprawy, Polacy zaś takowej nie potrafili zaprezentować *[W odpowiedzi na ujawnienie przez Hitlera swych propozycji, o czym szerzej piszę dalej, Beck ponowił złożoną już wcześniej propozycję, aby w sprawie Gdańska zastąpić zwierzchnictwo Ligi Narodów wspólnym patronatem Niemiec i Polski. Była to jedyna Polska propozycja - fatalna z dwóch względów. Trzeba było bowiem wykazać zbędność Ligi Narodów, a choć może pogląd taki był szerzej podzielany, to był mimo wszystko "niepoprawny" i trudny do forsowania. Po drugie, nowe rozwiązanie zupełnie przecież uzależniało Polskę w sprawie Gdańska od dobrej woli Niemiec, eliminując jakiekolwiek elementy neutralne.], nie mówiąc już choćby o przekonaniu do niej swych aliantów. To Niemcy zatem już wkrótce przekonają Europę, że ich słusznemu postulatowi uregulowania sprawy Gdańska z uwzględnieniem interesów Polski, ta przeciwstawia koncepcję wojny o miasto, w którym nawet nie potrafi swoich interesów zdefiniować.

Min. Beck twierdził wprawdzie przez cały czas, że Polska ma interesy gospodarcze w Gdańsku, jednak swym postępowaniem strona polska temu przeczyła. Rozbudowując Gdynię, która stała się największym portem Bałtyku, i przenosząc tam (bez wątpienia słusznie) ciężar swych interesów morskich, pozbawiała się przecież sama najważniejszego argumentu, że Gdańsk jest polskim "oknem na świat". Odwrotnie - to właśnie Gdańsk miał całość swych interesów gospodarczych w Polsce, tyle tylko, że min. Beck nie potrafił tego skutecznie przedstawić, zinterpretować i, przede wszystkim, wykorzystać na forum międzynarodowym.

Wydaje się, że nie sposób w tym momencie nie poczynić uwagi, która zabrzmi być może brutalnie i boleśnie. Z dzisiejszej perspektywy zapewne jeszcze bardziej bolesnej niż ówcześnie. Po pierwsze dlatego, że dziś Gdańsk, jak zapewne nigdy w swej historii jest miastem polskim. Miastem, które stało się symbolem upadku zbrodniczego systemu. Po drugie dlatego, że do dziś też traktujemy niechęć naszych aliantów do umierania za Gdańsk w 1939 roku za przejaw największej wiarołomności. Ale trzeba tę prawdę w moim przekonaniu wypowiedzieć. Gdańsk bowiem w 1939 roku, z punktu widzenia szeroko pojętych interesów Polski, nie był wart postawy, która doprowadziła do wybuchu wojny. Nie był wart tego, by zginęło ponad sześć milionów polskich obywateli, by miliony Polaków nie wróciły do Kraju, by utracić niemal całą elitę intelektualną Narodu, by utracić ponad połowę terytorium Kraju, by wreszcie, na sześćdziesiąt lat utracić niepodległy byt. Ponieważ nie mamy przekonywających dowodów na to, iż Niemcom na przełomie 1938 i 1939 roku chodziło rzeczywiście o zniszczenie Polski, a nie o Gdańsk, to uznać należy, że decyzje podjęte przez polskich przywódców w następstwie niemieckich inicjatyw, były jak najbardziej fatalne.

Zdumiewa łatwość, z jaką min. Beckowi udało się przekonać do swego zwrotu kierownictwo państwowe Rzeczypospolitej. I jest nie mniej zastanawiające, z jaką łatwością on sam podjął decyzję, którą w każdym kraju waży się z najwyższą starannością i pieczołowitością.

24 marca 1939 roku, na naradzie ze swymi najbliższymi współpracownikami w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, min. Beck powiedział: sytuacja jest poważna i nie można na to zamykać oczu. Poważna dlatego, że jeden z tych dwóch elementów, które zawsze określały sytuacją państwa, tj. Niemcy, stracił cechy obliczalności, które posiadał dotychczas nawet w trudnych sprawach. Dzięki temu szereg nowych elementów zjawia się w naszej polityce i szereg nowych zagadnień w państwie. Jeśli chodzi o zasadniczą linią postępowania, to została ona ustalona z najwyższymi czynnikami w państwie - linia prosta i jasna. Określiliśmy dokładnie, gdzie są granice naszych bezpośrednich interesów i poza tą linią prowadzimy normalną politykę i podejmujemy akcje, traktując to jako nasze normalne, bieżące prace. Poniżej tej linii przychodzi nasze polskie non possumus. To proste: będziemy się bić [podkreślenie moje - G.G.] Z chwilą postawienia sprawy w ten sposób, w chaos wkracza duża doza spokoju, a w myślenie wchodzi porządek" *[Notatka wiceministra J. Szembeka z konferencji u min. Becka, odbytej w dniu 24 marca 1939 roku. Wskazać tu trzeba, że często podkreślano, iż jakoby wbrew min. Beckowi marsz. Śmigły i koła wojskowe forsowały aktywizację przygotowań do wojny z Niemcami. Myślę, że była to jednak swoista gra obliczona na odbiorcę zewnętrznego. Beck był jednak, bez cienia wątpliwości, także zdecydowany na ewentualna konfrontację zbrojną i w tym zakresie nie było specjalnych różnic między nim a marsz. Śmigłym.].

Można byłoby zadać w tym miejscu pytanie, na jakiej podstawie min. Beck twierdził, że jego dotąd "obliczalny" partner przestał nagle takim być. Przecież przed 21 marca już mało kto w Europie uważał Hitlera za partnera obliczalnego. Tymczasem sam płk Beck jeszcze kilka tygodni przedtem takiej opinii z pewnością by nie sformułował. Skoro zatem wzmiankowana wcześniej rozmowa Ribbentropa z Lipskim z 21 marca podstaw do takiej konstatacji z całą pewnością nie dawała, to co takiego zadecydowało o gotowości do pójścia na wojnę. Przecież ostatnia rozmowa Lipskiego nie dawała powodów do uważania Hitlera za nieobliczalnego w większym stopniu niż na przykład rozmowa z końca października 1938 roku. Jednak wtedy płk Beck nie uznał, że partner stracił cechy obliczalności. A może chodziło o to, że ani w wypadku likwidacji Czechosłowacji, ani Kłajpedy, Niemcy nie radzili się Becka tak, jak robili to rok wcześniej?

Zdumiewa wszakże ów spokój i prostota, z którymi minister decyduje, że "będziemy się bić". Jest coś chorego w takim podejściu i to tym bardziej, że dalej płk Beck mówił, że bić się zamierza w istocie o symbol. A może rzeczywiście sądził, że twardy odpór dany Hitlerowi powstrzyma jego plany? Bo chyba miał świadomość, jak bardzo się mylił gdy mówił, że Niemcy "za pomocą 9 dywizji (...) promenują dziś po całej Europie, z tą siłą nikt Polski nie weźmie". A może miał już przekonanie, że szykuje się zwrot w stosunkach Polski z Anglią? Nie wiemy, ale to w tym momencie nie jest najważniejsze.

Zauważmy, że nikt w Europie i poza nią, ani prędzej ani później, nie podjął tak łatwo jak min. Beck takiej decyzji. Wszyscy starali się, aby wojna ich albo ominęła, albo przyszła jak najpóźniej. Wszyscy chcieli zyskać czas, aby przygotować się do niej jak najlepiej i zacząć w najdogodniejszym momencie. Wszyscy starali się robić to z myślą o tym, by ich kraje poniosły jak najmniejsze straty.

Min. Beck był jednak na tym tle wyjątkiem. Nie widział większego problemu w rzuceniu wyzwania największej już ówcześnie potędze militarnej świata. Potędze, przed którą autentycznie przecież drżały połączone siły ówczesnych superimperiów brytyjskiego i francuskiego.

Tymczasem min. Beckowi nie przyszło do głowy, że Polsce przydałoby się jednak trochę czasu, by, na przykład, łączność jej armii oprzeć nie na gołębiach pocztowych, lecz na trochę nowocześniejszych metodach.

Polska wyszła z tej wojny z największymi proporcjonalnie stratami ludzkimi, ze stratami materialnymi, które odrabiać musiała przez dziesiątki lat. Polska straciła w wyniku tej wojny niepodległość na lat sześćdziesiąt - połowę okresu przez który trwały zabory. Dlatego że min. Beck miał zbyt dobrą pamięć do powiedzonek marsz. Piłsudskiego, a zapomniał o istocie prowadzonej przez niego polityki.

Warto na tym miejscu poczynić jednak jeszcze jedną, zasadniczą uwagę. Min. Beck był oczywiście głównym architektem polskiej polityki zagranicznej i owego marcowego przełomu. Ponosi zatem główną odpowiedzialność za kształt tej polityki i podejmowane decyzje. Zadziwia jednak swoboda, z jaką przyszło mu działać, a jeszcze bardziej łatwość, z jaką ówczesna elita rządząca te wszystkie poczynania niemal bezkrytycznie przyjmowała. A gdzie Prezydent RP, a gdzie druga osoba w państwie, czyli Generalny Inspektor Sił Zbrojnych, czy choćby bezpośredni przełożony ministra - Premier. Nie dość, że przez wiele tygodni w ogóle nie mieli świadomości, że w stosunkach polsko-niemieckich "coś się dzieje" *[Choć podobno sygnałem zmiany nastawienia Niemiec była wspomniana rozmowa Ribbentropa z Lipskim w końcu października, to dopiero po powrocie z Bertechsgaden Beck, na naradzie na Zamku, zasygnalizował powstające problemy w stosunkach z Niemcami. Czy zatem interpretacja rozmowy październikowej zrodziła się ex post, czy to co stanowiło jej przedmiot, to było zbyt mało, by zajmować czas Prezydenta czy marsz. Śmigłego-Rydza.], to później z niezmąconym spokojem przyjmowali wszystkie decyzje ministra i... zaczęli szykować się do wojny. To fakt, że Prezydent RP był osobą poczciwą i dystyngowaną, ale był raczej na swym stanowisku figurantem. Być może osobę Premiera, mimo wszystko sprawnego administratora i dbałego o higienę Narodu lekarza, lepiej w tym kontekście zmilczeć. To także w końcu prawda, że marsz. Śmigły-Rydz do polityki smykałki nie miał, co już w listopadzie 1918 roku, niestety bezskutecznie, próbował mu wytłumaczyć sam Piłsudski. Ale nawet biorąc to wszystko pod uwagę, nikt i nic nie może zdjąć z tych osób: Prezydenta RP, I. Mościckiego, Premiera F. Sławoja-Składkowskiego oraz Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, marsz. E. Śmigłego-Rydza wspólnej odpowiedzialności za wpędzenie Polski w wir wydarzeń, które doprowadzić miały bardzo szybko do wojny i jej wspomnianych, straszliwych następstw.

W istocie bowiem polskie decyzje podjęte w ciągu kilku kolejnych tygodni prowadziły właśnie do szybkiego wybuchu wojny. Ale nawet gdyby przyjąć, że wojna ta była tylko kwestią czasu, to przecież nie musiał to być konflikt dotykający Polskę jako pierwszą, jako jedyną, jako wyizolowaną i jako nieprzygotowaną. Nie musiał doprowadzić do tak szybkiego unicestwienia z takim trudem odzyskanego i z mozołem odbudowywanego państwa.

Ambasador Lipski po rozmowie z Ribbentropem udał się natychmiast do Warszawy. Jego przybycie nastąpiło praktycznie równocześnie z otrzymaniem w Warszawie wspomnianej brytyjskiej propozycji w sprawie wspólnej deklaracji czterech państw o ich chęci powstrzymania niemieckiej agresji. Jak się okazało, rację mieli Francuzi, którzy twierdzili że odpowiedź min. Becka na tę inicjatywę będzie odmowna. Rzeczywiście, deklaracja taka nie mogła mieć istotnego znaczenia praktycznego, mogła natomiast rozdrażnić Niemców. A to, jak słusznie uważał min. Beck, nie leżało w tym momencie w polskim interesie.

Była to jednak znakomita okazja, by spróbować wykorzystać inicjatywę angielską do wzmocnienia pozycji wobec Hitlera. Była to gra ryzykowna, ponieważ zbyt otwarte zbliżenie z Anglikami, a co za tym idzie i z Francją, musiało doprowadzić do odwrócenia całości uwagi Niemiec od przygotowań do rozgrywki na Zachodzie. Konsekwencją tego musiało być znalezienie się Polski w sytuacji Czechosłowacji sprzed roku. Z jedną zasadniczą różnicą. Polacy byli bowiem absolutnie zdeterminowani, by się bronić, gdyby doszło do konfliktu.

Nie mamy ostatecznej pewności, czy w ostatnich dniach marca min. Beck był ostatecznie przekonany do gwałtownego zwrotu przeciw Niemcom, czy chciał traktować pojawiającą się szansę ściślejszej współpracy z Brytyjczykami jedynie jako środek do odbudowania poprzednich relacji z Niemcami. Wiele wskazuje na to, iż albo, jak wspominałem, nie był on zdecydowany wyraźnie na któryś z tych wariantów, albo postanowił kluczyć jak długo się da, nie decydując się na definitywny wybór. Sytuacja była jednak taka, iż na kluczenie nie zostawiała już właściwie miejsca, a znakomitej koniunktury, jaka powstała na przełomie marca i kwietnia, dla lepszego zabezpieczenia interesów Polski miało już później nie być.

23 marca 1939 roku min. Beck polecił polskiemu ambasadorowi w Londynie, E. Raczyńskiemu formalnie zapytać rząd brytyjski, czy wobec szybkiej ewolucji sytuacji międzynarodowej i w tej perspektywie nieskuteczności "multilateralnych negocjacji, (...) nie byłby gotów [rząd brytyjski] rozpatrzyć możności zawarcia z nami natychmiast bilateralnej umowy w duchu proponowanej deklaracji".

Jakkolwiek rząd brytyjski uznał stanowisko Polski za "niezdecydowane", to jednocześnie, podkreślając kluczowość stanowiska Polski i mimo wszystko do pewnego stopnia zachęcającą odpowiedź Becka, postanowił podjąć zdecydowaną inicjatywę na rzecz przeorientowania dotychczasowego stanowiska.

Jeszcze 27 marca 1939 roku, o godzinie 11.30, został wysłany z Londynu telegram do ambasadora brytyjskiego w Warszawie H. Kennarda, w którym zawarte były angielskie propozycje pod adresem Polski.

Tymczasem jednak miały miejsce dwa bardzo ważne fakty. 23 marca 1939 roku, zapewne pod wpływem sugestii min. Becka, władze Rzeczypospolitej zarządziły mobilizację alarmową części oddziałów wojskowych armii polskiej. W następstwie tej operacji zostały wzmocnione stany wszystkich wielkich jednostek w graniczących z Niemcami Okręgach Korpusów. Dotyczyło to łącznie około dwudziestu dywizji piechoty i brygad kawalerii, a więc prawie połowy wszystkich polskich jednostek. Jednocześnie pełne stany wojenne osiągnęły trzy dywizje piechoty i brygada kawalerii z Okręgu w Brześciu nad Bugiem i jednostki te przesunięto w rejony nadgraniczne. Już następnego dnia, 24 marca, informacja o częściowej mobilizacji armii polskiej została przekazana do Berlina przez niemieckiego ambasadora w Warszawie von Moltkego *[Szef polskiego Sztabu Głównego cieszył się wprawdzie, że rozpoznanie niemieckie nie było precyzyjne, ale nie ulega wątpliwości, iż fakt powyższy świadczy jednak o dużej orientacji Niemców w poczynaniach polskich władz wojskowych. W każdym razie wywiad niemiecki już 24 marca dysponował informacjami o trwających w polskim Sztabie Głównym przygotowaniach do wojny z Rzeszą i że przygotowania te mają charakter bardzo intensywny.].

Dla Niemców rozwój wydarzeń od rozmowy Ribbentropa z Lipskim 21 marca musiał stanowić nie lada zaskoczenie. Mobilizacja poważnych sił polskich i to w sytuacji, gdy sztab niemiecki nie prowadził - podkreślmy to z całą mocą - żadnych przygotowań do akcji zaczepnej przeciw Polsce, w połączeniu z informacjami o gwałtownych zabiegach dyplomatów brytyjskich na rzecz pozyskania sympatii Polski, stanowiły bez mała szok *[Dowodzi tego wstrzymanie przez Hitlera w ostatniej chwili instrukcji von Ribbentropa dla von Moltkego z 23 marca 1939 roku. W instrukcji tej niemiecki minister bardzo stanowczo podkreślał, iż Gdańsk i autostrada są postulatami, które i tak zostaną zrealizowane i w tym kontekście straszył też możliwą zmianą stosunku Niemiec do Polski.]. Obawy Niemców potęgowała także wiedza o intensywnych pracach polskiego Sztabu Głównego na odcinku przeciwniemieckim. Z ich punktu widzenia mogło w tej sytuacji wydawać się logiczne, że jeśli takie prace są prowadzone, wobec zupełnej bierności Niemiec, muszą one po stronie polskiej mieć charakter zaczepny. Świadczyć o tym mogły choćby trzy elementy.

Po pierwsze, być może najważniejsze, to fakt, iż kształt granicy polsko-niemieckiej zmuszał niejako do inicjatywy ofensywnej. Obrona tej granicy, nie tylko jak ogólnie się przyjmuje dla strony polskiej, ale w takim samym stopniu dla strony niemieckiej, była niemal niemożliwa. Dla Niemców skrajnie niebezpieczne były możliwości niemal nieskrępowanego działania wojsk polskich przeciw Prusom Wschodnim, Gdańskowi czy nawet ich części Górnego Śląska. Dużym zagrożeniem była też mała odległość między granicą Polski a Berlinem. Możliwości przeciwdziałania takim akcjom prewencyjnym Polski, były zatem bardzo ograniczone. Obie strony były, jak się zatem zdaje, skazane na uderzenia wyprzedzające. Podjęcie w tym kontekście zarządzeń mobilizacyjnych, zwłaszcza zaś natychmiastowy transfer w pełni sformowanych jednostek - 20 Dywizji Piechoty (DP) i Nowogródzkiej Brygady Kawalerii (BK) w okolice Modlina, mógł być przecież traktowany jako wstęp do podjęcia polskiej akcji w Prusach Wschodnich lub w Gdańsku.

Wrażenie to, po drugie, mogło być potęgowane faktem, iż dowódcami armii na dwóch kluczowych, z punktu widzenia możliwych zagrożeń, kierunkach zostali powszechnie uważani za najwybitniejszych polskich dowódców liniowych generałowie Kutrzeba i Bortnowski. Obaj znani byli ze swych nieprzeciętnych umiejętności w prowadzeniu działań o charakterze ofensywnym, co zresztą potwierdzić mieli już wkrótce, dowodząc w skrajnie niekorzystnych warunkach w największej bitwie kampanii wrześniowej - bitwie nad Bzurą. Bortnowski opromieniony był też świeżo błyskotliwą akcją na Śląsku Cieszyńskim, nieprzypadkowo zatem objął dowództwo armii pomorskiej. Stąd było przecież najbliżej do Gdańska, stąd też najłatwiej było ugodzić w serce prowincji prusko-wschodniej. Kutrzeba zaś, jako dowódca Wyższej Szkoły Wojennej, słynął z przykładania, w prowadzonych w niej szkoleniach oficerów, największej wagi właśnie do wpajania swym wychowankom doktryny działań ofensywnych.

Po trzecie wreszcie, Niemcom znany był od dawna fakt, iż armia polska od lat dwudziestych na wypadek konfliktu z Niemcami zawsze ustawiona była w kierunku zdecydowanych działań zaczepnych. Do połowy lat trzydziestych było to oczywiste, ze względu na słabość armii niemieckiej, funkcjonującej w warunkach ograniczeń powersalskich. Ale później nie było danych, by zaobserwować zdecydowaną zmianę polskiej doktryny. Wynikało to oczywiście głównie z faktu, iż wobec bardzo pozytywnej ewolucji stosunków polsko-niemieckich niemal całość uwagi polskiego Sztabu Głównego od roku 1935 do wiosny 1939 roku była skoncentrowana na przygotowaniach do wojny ze Związkiem Sowieckim. Do tego problemu jeszcze wrócę.

Biorąc to pod uwagę, pamiętając o swoistej obsesji Hitlera na punkcie anglo-francuskiej polityki, jak to określał, "okrążenia" Niemiec, widzieć należy reakcję niemiecką. 26 marca 1939 roku von Ribbentrop rozmawiał przez półtorej godziny z ambasadorem Lipskim. Lipski po powrocie z Warszawy starał się o spotkanie z Hitlerem, ale ten opuścił Berlin, chcąc uniknąć tego spotkania i pragnąc pozostawić sobie możliwość manewru w zależności od przebiegu rozmowy prowadzonej przez Ribbentropa.

Wydaje się, że intencje Hitlera w tym momencie najlepiej oddaje treść jego spotkania odbytego dzień wcześniej, 25 marca, z głównodowodzącym niemieckich wojsk lądowych gen. von Brauchittschem. Trzeba tu zauważyć, że rozmowa ta odbywała się zapewne w ścisłym związku z informacjami o polskich zarządzeniach mobilizacyjnych. Jak na te informacje zareagował Hitler? Wskazuje swemu rozmówcy, że nie należy dążyć do siłowego rozwiązania sprawy Gdańska, bo to może popchnąć Polskę do zbliżenia z Anglią. Możliwość taką przewiduje jedynie w sytuacji, gdyby miało to służyć rządowi polskiemu jako uzasadnienie przed własną opinią publiczną. Rozwiązanie zaś sprawy polskiej może być jedynie kwestią przyszłości, pod warunkiem wszakże zaistnienia specjalnych okoliczności. Jeśli takowe zaistnieją, będzie trzeba Polskę pobić tak, aby przestała się liczyć jako czynnik polityczny.

Treść tej rozmowy dowodzi dwóch rzeczy. Po pierwsze, w sposób nie budzący wątpliwości wykazuje, że przynajmniej do 25 marca 1939 roku Hitler nie zamierzał podejmować przeciw Polsce, w dającej się przewidzieć przyszłości, żadnych działań wojennych. Tej intencji nie zmienił nawet fakt, odbieranych w Niemczech jako groźne, polskich zarządzeń mobilizacyjnych i przygotowań wojennych sztabu, a także ruch wojsk polskich w kierunku granicy niemieckiej. W dalszym ciągu obowiązywały armię niemiecką tylko ogólne dyrektywy do przygotowań obronnych, wydane jeszcze w grudniu 1938 roku.

Po drugie, być może jeszcze ważniejsze, objawiona polska stanowczość rzeczywiście zrobiła na Hitlerze bez wątpienia silne wrażenie. Gotów on był w tym momencie nawet zrezygnować z dalszych nacisków w sprawie Gdańska, a tym bardziej w sprawie autostrady, o której w ogóle nie wspomina. Wskazuje to skądinąd, że problem autostrady był traktowany raczej jako element przetargowy.

Tak zatem Niemcy, którzy być może w grudniu i styczniu liczyli rzeczywiście, że wystarczy solidniej przycisnąć Becka, by ten uznał nowe realia, musieli z dużym zdziwieniem obserwować reakcje Polaków.

Przyznać trzeba, że uzgodnione jeszcze 7 stycznia 1939 roku na naradzie na Zamku twarde stanowisko polskie okazało się skutecznie, na ówczesnym etapie, pacyfikujące niemiecką presję w sprawie Gdańska. Dowodzi tego też wspomniana rozmowa Lipskiego z Ribbentropem w dniu 26 marca.

Niemiecki minister "przyjął [ambasadora] wyraźnie chłodno", ale jego wypowiedzi zanotowane przez Lipskiego są raczej świadectwem bezsilnej złości. "Pod koniec rozmowy von Ribbentrop usiłował uzyskać wyjaśnienie, czy w wypadku uspokojenia opinii publicznej istniałaby jakakolwiek szansa, że propozycje eksterytorialnej autostrady i niemieckiej suwerenności nad Gdańskiem mogłyby być podjęte przez rząd polski w niedalekiej przyszłości". Postawił też "pytanie, dlaczego w Polsce panuje taka nieufność" wobec polityki Hitlera i Rzeszy. Ambasador Lipski przekazał polskie memorandum odrzucające niemieckie sugestie w sprawie Gdańska i autostrady z 21 marca i zawierające jednocześnie propozycję zastąpienia protektoratu Ligi Narodów nad Wolnym Miastem wspólnym protektoratem i gwarancjami polsko-niemieckimi. Jak już wspominałem, była to koncepcja najwyraźniej nieprzemyślana, ponieważ wobec rysujących się problemów we wzajemnych relacjach, rezygnacja z międzynarodowych gwarancji była co najmniej ryzykowna.

Niemniej i twarda postawa Lipskiego, i treść memorandum dopełniły wrażenia. Następnego dnia, 27 marca, min. Beck wezwał ambasadora von Moltkego, któremu oświadczył, że jakakolwiek akcja niemiecka w Gdańsku oznaczać będzie casus belli, choć jednocześnie zadeklarował gotowość dalszych rozmów w kwestiach spornych.

Jak silne to musiało zrobić wrażenie na Niemcach, świadczy jeszcze jeden fakt. 29 marca wiceminister spraw zagranicznych Rzeszy von Weizsacker, będący reprezentantem bardzo silnie antypolskiego lobby we władzach niemieckich, spotkał się z prezydentem gdańskiego Senatu A. Greiserem. Greiser, oczekujący instrukcji w sprawie dalszych kroków w Gdańsku, usłyszał mianowicie, że nie należy tam organizować antypolskich demonstracji.

Jak już wspominałem, wystarczy porównać przebieg wydarzeń związanych z konfliktem austriackim czy czechosłowackim, aby dostrzec, że zachowanie niemieckie pomiędzy październikiem 1938 a końcem marca 1939 roku wobec Polski nie dawało żadnych podstaw do przyjęcia wniosku, ze chodziło im o unicestwienie Rzeczypospolitej. Można dostrzec, że nawet załatwienie jednego z, jak to określał Hitler, "życiowych postulatów", a więc sprawy Gdańska, widziane było jedynie w kontekście szukania takich rozwiązań, które pozwoliłyby właśnie konfliktu z Polską uniknąć. Nie można oczywiście wykluczyć, że okazanie przez Polaków chwiejności mogłoby zachęcić Niemców do bardziej zdecydowanych nacisków, ale i to nie jest do końca pewne. Przecież Czechosłowacja, w początkowej fazie konfliktu sudeckiego, zajmowała bardzo zdecydowaną postawę, a nie wpłynęło to w żaden sposób na osłabienie determinacji Hitlera. Można zatem przyjąć, iż reakcje niemieckie na zdecydowaną postawę strony polskiej dowodzą jedynie, że z punktu widzenia planów Hitlera nie były to cele o zasadniczym znaczeniu - przynajmniej w tym momencie.

Tak zatem ostatnie dni marca ukazały, iż jakkolwiek polskie stanowisko było nieproporcjonalne do skali ujawnionego zagrożenia, to jednak stanowczość rzeczywiście wpłynęła na postawę Hitlera. Jednak wydarzenia następnych kilku dni spowodowały raptowną zmianę sytuacji. Wydaje się, że wpływ na to miały dwa czynniki.

Po pierwsze, strona polska nie dostrzegła chyba w zachowaniu Ribbentropa korzystnych dla siebie zmian. Min. Beck sądził zapewne, że trzeba jeszcze Niemców "docisnąć", aby pozbawili się ostatecznie złudzeń co do perspektyw załatwienia swych "sugestii".

Po drugie, Brytyjczycy nie będąc zupełnie zorientowani co do kierunku rozwoju stosunków polsko-niemieckich, ciągle oczekując na kolejne ruchy Niemiec *[Ciągle obawiano się uderzenia na Holandię lub Szwajcarię, ale też jakichś akcji na Bałkanach, gdzie ambicje podbojów przejawiali też Włosi.], za wszelką cenę chcieli pozyskać dla swych kombinacji Polskę. W tym właśnie momencie oczekiwania min. Becka spotykały się z nadziejami Brytyjczyków i obie strony miały chyba pełną świadomość takiego zbliżenia.

Brytyjczycy wiedzieli, że pozyskując Polskę, prędzej czy później właśnie na nią skierują uwagę Niemiec. W taktyce odwracania uwagi Hitlera i angażowania go w czasochłonne konflikty, Polska jawiła się jako jeden z najatrakcyjniejszych elementów.

Jednocześnie jednak, przyjęte zwłaszcza w polskiej historiografii, przekonanie, że ze strony Anglii była to obliczona cynicznie gra na upadek Polski i powstanie w jego następstwie frontu niemiecko-sowieckiego, nie znajduje podstaw. Wprawdzie rzeczywiście nie było w Londynie złudzeń co do tego, jaki może być wynik ewentualnego polsko-niemieckiego konfliktu, liczono jednak, że rozprawa z Polską zabierze Niemcom wiele sił i czasu, a następnie bardzo zaangażuje ich potencjał w utrzymanie ewentualnych zdobyczy *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 30 marca 1939 roku. Wypowiedź ministra obrony, który na podstawie danych sztabu brytyjskiego oceniał, że Niemcom zdławienie oporu Polski powinno zająć 2-3 miesiące.]. Sądzono też, że rozszerzenie układów na Rumunię, Węgry, Grecję, Jugosławię czy Turcję, na trwałe ukierunkuje Hitlera i tak go uwikła, że po upływie pewnego czasu Niemcy stracą możliwość prowadzenia wojny. Oczywiście doświadczenia lat Wielkiej Wojny odgrywały w planach angielskich olbrzymią rolę i zakładano, że jeśli dojdzie do konfliktu, to będzie on miał podobny przebieg. Stąd próbowano w tych kalkulacjach także uwzględniać Rosję, ale nie ulega wątpliwości że gabinet Chamberlaina był o wiele bardziej niż rządy francuskie sceptyczny co do możliwości wykorzystania Sowietów do czegoś więcej niż tylko werbalnego poparcia. Jednocześnie zaś robił wiele, by później nie nadawać ustaleniom formy układów obronnych.

27 marca 1939 roku w południe wysłano z Londynu do ambasadorów brytyjskich w Warszawie i Bukareszcie telegramy o tej samej treści. Zawierały one instrukcje do prowadzenia przez nich poufnych rokowań. Potwierdzając w nich zainteresowanie rządu angielskiego współpracą w próbie powstrzymywania ekspansji niemieckiej, wobec podobnie negatywnego stosunku i Polaków, i Rumunów do wciągania do szerszego bloku antyniemieckiego Rosji, już niemal we wstępie wskazywano, iż Londyn takie stanowisko przyjmuje i akceptuje. Podkreślono, iż pozyskanie Polski do planowanego bloku jest konieczne, bowiem jest ona jedynym silnym państwem graniczącym z Niemcami na wschodzie, a jednocześnie graniczącym z Rumunią, która może być następnym celem ataku. Obaj ambasadorowie mieli zatem ustalić, czy Polacy i Rumuni są gotowi bronić się w razie agresji niemieckiej; jeżeli tak, to Anglia i Francja przyjdą im z pomocą.

Najważniejszym elementem instrukcji było związanie powyższego zobowiązania z wzajemnym zobowiązaniem obu tych państw do pomocy Angin i Francji, gdy te zostaną zaatakowane przez Niemcy albo "gdy znajdą się w wojnie z Niemcami broniąc się przed ich agresją gdziekolwiek w Europie Zachodniej lub Jugosławii". Zakładano też dołączenie do tworzonego układu Turcji i Grecji.

W ostatnim punkcie wskazywano, iż rząd brytyjski, przy zachowaniu poufności toczących się negocjacji, chciałby jednak uczynić publicznym fakt dania swych gwarancji obu krajom. Jakkolwiek wskazywano tu na konieczności konstytucyjne, to oczywiste było, że deklaracja ta pełnić miała zupełnie inną funkcję. Przeświadczona o istnieniu ścisłego sojuszu polsko-niemieckiego Europa miała tą drogą dowiedzieć się, że Anglia zdołała dokonać zasadniczego przegrupowania sił na kontynencie.

31 marca 1939 roku premier brytyjski Chamberlain oświadczył w parlamencie, "że na wypadek jakichkolwiek działań wojennych, mogących wyraźnie zagrozić niepodległości Polski i które by rząd polski uznał zatem za konieczne odeprzeć przy użyciu swych narodowych sił zbrojnych, rząd Jego Królewskiej Mości będzie się czuł zobowiązany do udzielenia rządowi polskiemu natychmiastowego poparcia będącego w jego mocy". Dodał też, że rząd francuski upoważnił go, "do wyjaśnienia, że jego stanowisko w tej sprawie jest takie samo".

W zasadzie bezwarunkowy i bardzo szeroko zarysowany zakres pomocy zawarty w tej deklaracji, był czymś niezwykłym w polityce brytyjskiej. Nigdy właściwie dotąd Londyn nie składał tak daleko idących, jednostronnych zobowiązań, jednocześnie uzależniając się w sprawie decyzji wojennych praktycznie od decyzji innego państwa, które do tego w tym momencie nie było przecież nawet jego sojusznikiem. Jeśli zważyć, że w trwających równolegle od wielu miesięcy rozmowach międzysztabowych angielsko-francuskich (a od kilku tygodni poszerzonych o przedstawicieli armii belgijskiej), ci sami Anglicy tygodniami rozważali niuanse semantyczne na temat możliwych sytuacji uzasadniających użycie ich sił zbrojnych, to interesująca nas deklaracja pokazuje, jak daleko sięgał poziom determinacji brytyjskiej.

Wynikało to jednak z pełnego zrozumienia istoty ówczesnej sytuacji. Dotychczasowa współpraca polsko-niemiecka była kluczem do sukcesów Hitlera - tych już osiągniętych i tych, które antycypowano, znając własną słabość. I Anglicy, i Francuzi nie mieli żadnej świadomości tego, że relacje polsko-niemieckie znalazły się w tym momencie w stanie krytycznym. Przeciwnie, zauważalna intensywność tych kontaktów na przełomie 1938 i 1939 roku mogła niezorientowanym sugerować bliskość kolejnych, niewykluczone że wspólnych posunięć, np. wobec Rumunii. Zresztą bliskie związki Polski i z Niemcami, i z Rumunią mogły być swoistym ogniwem pośrednim, prowadzącym do uzyskania celu, na którym zależało Niemcom - gospodarczego wyzyskania Rumunii. Wspólnym elementem łączącym te trzy kraje był poza tym niemal podobny stopień niechęci wobec Związku Sowieckiego. Taki solidny układ trójstronny dałby Niemcom zupełną swobodę działania na Bałkanach i w Europie Zachodniej. Z tego punktu widzenia szansa storpedowania takiego scenariusza zdawała się po prostu nie mieć ceny i stąd też niespotykana oferta brytyjska.

Na tym też tle widać wyraźnie, że Brytyjczycy nie prowadzili polityki obliczonej na rozbicie Polski i na przyszłe starcie niemiecko-sowieckie. Z pewnością nie byli bowiem w stanie wyobrazić sobie w tym momencie takiej kombinacji, która mogłaby doprowadzić do wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej w dniu 22 czerwca 1941 roku, a zwłaszcza poprzedzających ją miesięcy współpracy Stalina i Hitlera.

Wskazać tu można na dwa niezwykłej wagi dokumenty, które potwierdzają takie stanowisko. Podczas bardzo długiej dyskusji na posiedzeniu gabinetu w przeddzień złożenia w parlamencie deklaracji, czyli 30 marca, podnoszono szereg obiekcji wobec proponowanego, praktycznie bezwarunkowego złożenia swego losu w ręce nielubianego, delikatnie rzecz ujmując, min. Becka. Wskazywano na brak jakichkolwiek wzajemnych gwarancji ze strony polskiej i na toczące się równolegle rozmowy polsko-niemieckie. których rezultat mógł przecież nie tylko ostatecznie przekreślić plany brytyjskie, ale wręcz je ośmieszyć wobec opinii światowej. Z drugiej strony podkreślano, że sformułowana w taki sposób deklaracja, może być odczytana przez Niemców jako prowokacyjna wobec nich. Mogło to skutkować skrajnym utrudnieniem dalszych kontaktów angielsko-niemieckich. Wreszcie deklaracja ta, pozostawiając na uboczu sprawę Rumunii, nie załatwiała głównych w tym momencie obaw polityki brytyjskiej. Obawy co do kierunku ewolucji negocjacji polsko-niemieckich zgłaszał w szczególności premier, wskazując, że od ich wyniku zależą losy brytyjskiej inicjatywy.

Bardzo ważnym i interesującym momentem dyskusji, zwłaszcza w perspektywie nieodległych już wydarzeń, było postawienie podczas tych obrad istotnego pytania dotyczącego Gdańska. Kwestia została wywołana wprost - jak odróżnić problem możliwego przejęcia przez Niemcy Gdańska od ataku na Polskę. Według min. Halifaxa, trudno byłoby znaleźć w tej sprawie lepszy test niż decyzje Polski uznające, że atak godzi w jej niepodległość i musi go ona odeprzeć zbrojnie. Wobec wątpliwości wyrażonych przez niektórych ministrów, jednoznaczne i nie pozostawiające żadnych wątpliwości stanowisko w tej sprawie zajął sam premier Chamberlain. Stwierdził mianowicie, że jeśli Polska uzna sprawę Gdańska za zamach na swą niepodległość i za powód do walki, to Anglia powinna jej przyjść z pomocą. Dowodzi to, moim zdaniem, jednoznacznie, jak wielka była determinacja brytyjska w dążeniu do pozyskania nowego sojusznika.

Warto też wskazać, że punktem wyjścia tej decyzji był przygotowany w Foreign Office i przekazany członkom gabinetu 29 marca raport "o sytuacji europejskiej i polityce rządu Jego Królewskiej Mości". W części poświęconej Polsce uznawano, że głównym celem jej polityki było utrzymywanie równowagi w relacjach z Niemcami i z Rosją, starania o uzyskanie statusu Wielkiego Mocarstwa oraz próba zmontowania bloku państw bałtyckich i śródziemnomorskich dla zapobieżenia dominacji Niemiec i Rosji w tym obszarze.

Jednak, jak zauważano, unicestwienie Czechosłowacji i zajęcie Kłajpedy "podminowało" tę politykę i Polska w opinii Foreign Office, musi obecnie "szybko wybrać" między stawieniem, wraz z innymi krajami, oporu Niemcom a porozumieniem z Niemcami bez gwarancji, że w przyszłości nie stanie się ofiarą ich ekspansji.

Pełne obaw i niepewności stanowisko brytyjskie potwierdza nierealność, wzmiankowanych już przeze mnie wyżej, opinii czy zarzutów o cynicznej kalkulacji Brytyjczyków, obliczonej na upadek Polski, a zawartej w deklaracji z 31 marca. Jest to stworzona wyraźnie ex post, wzmocniona goryczą późniejszych zawodów i pretensji, interpretacja, nie mająca realnych podstaw w ówczesnych wydarzeniach. Wymyślenie takiej kombinacji w marcu 1939 roku wymagałoby nie lada geniusza u steru polityki brytyjskiej. A takiego Anglia, i nie tylko zresztą ona, po prostu nie miała.

Trzeba zauważyć, że gdyby to twierdzenie miało być prawdziwe, to Anglicy powinni zaprzestać w tym momencie wszelkich innych prób rozszerzenia koalicji antyniemieckiej. Jednocześnie, to logiczne, nie powinni podejmować żadnych starań na rzecz uniknięcia ewentualnego konfliktu wojennego, ponieważ to właśnie taki konflikt i nieunikniony upadek Polski w starciu z Niemcami otwierałyby tę rzekomo upragnioną perspektywę starcia niemiecko-sowieckiego. Skoro jednak przez następne miesiące gotowi byli szukać wszelkich możliwości uniknięcia wojny polsko-niemieckiej, ba! byli stroną starającą się powstrzymywać Polskę w jej determinacji do walki, to zarzuty o ich cynicznej kalkulacji są po prostu niezrozumiałe.

1 kwietnia 1939 roku niepokój Anglików musiał wzrosnąć jeszcze bardziej. W tym dniu, niewątpliwie pozostając pod silnym wrażeniem brytyjskiej deklaracji, Hitler wygłosił ważne przemówienie w bazie morskiej w Wilhelmshaven. W informacji przesłanej do Londynu z ambasady brytyjskiej z Berlina wskazywano na wyraźnie defensywne nastawienie Hitlera. Jednocześnie odnotowano bardzo silny antyangielski ton wypowiedzi Hitlera. Kanclerz nie ukrywał, że angielska próba okrążenia Niemiec doprowadzi do wojny. Znamienne było zauważenie przez Anglików tego, że w przemówieniu nie było właściwie mowy o Polsce, nie było też antypolskich wątków.

Reakcja Hitlera nie dziwi. Nie był on w tym momencie w stanie ustalić, czy inicjatywa angielska jest tylko rozpaczliwą próbą pozyskania sojusznika, który był dotąd jego bliskim aliantem, czy był to już wyraz ściślejszego porozumienia. Na atak na Anglię mógł sobie zatem pozwolić, na Polskę zaś nie. Oznaczałoby to bowiem przyzwolenie na jej przejście na pozycje antyniemieckie, a co za tym idzie zakwestionowanie możliwości realizacji założonych na najbliższy czas celów. Byłoby to także ostateczne przekreślenie ostatnich sześciu lat jego polityki polskiej, która dała mu przecież tyle korzyści. Chcąc nie chcąc, musiał zatem czekać na wyjaśnienie sytuacji.

W tym dniu najsilniejsze karty w ręku trzymał min. Beck. Za trzy dni miał on rozpocząć rozmowy w Londynie, pod drodze zaś mógł "zahaczyć" o Berlin. I Niemcy, i Anglicy czekali na jego decyzje.

Anglicy byli w tym momencie gotowi do najdalej idących zobowiązań na rzecz Polski i do pełnego zaangażowania się w tworzenie szerokiej, antyniemieckiej koalicji, w której obok nich fundamentem miała być właśnie Polska.

Niemcy, będąc pod wrażeniem inicjatywy brytyjskiej i twardej dotąd linii polskiej, gotowi byli zapewne do gruntownego przemyślenia swej dotychczasowej taktyki. Jest charakterystyczne, że w obliczu polskiej mobilizacji wojskowej z 23 marca, w obliczu trwających od tygodni intensywnych prac polskiego Sztabu Głównego nad planem wojny, wreszcie wobec anglo-francuskiej deklaracji, 3 kwietnia 1939 roku dowództwo niemieckich sił lądowych wydało wytyczne dotyczące planowania wojennego. W dokumencie tym pojawia się po raz pierwszy pojęcie "Fall Weiss". Kryptonim ten będzie oznaczał plan ataku na Polskę. Ale w tych wytycznych nie było żadnych instrukcji dotyczących akcji zaczepnych wobec Polski. Pojawiły się tam jedynie wskazówki co do harmonogramu prac nad tym planem, bez określania jeszcze jego charakteru.

Warto na tym miejscu zatem zauważyć, że polski Sztab Główny kilka tygodni pracował intensywnie nad planem obrony przed agresją, której nikt nawet jeszcze nie był w stanie po stronie niemieckiej przewidzieć. Porównując zaawansowanie polskich przygotowań wojennych z postawą niemiecką w tym okresie, nie możemy nie zauważyć zupełnej nieproporcjonalności podjętych po obu stronach działań.

Napisałem, że w tym momencie wszystkie niemal atuty w ręku miał min. Beck. Mimo fatalnej w skutkach postawy w okresie kryzysu czechosłowackiego, stał się on nagle osobą, której decyzje mogły istotnie zaważyć na losach Polski i Europy. Był to jednak czas, w którym potrzebne były szybkie i jednoznaczne decyzje.

Postawienie na Anglię oznaczało, prędzej czy później, wojnę z Niemcami. Ale było szansą przekształcenia wojny w konflikt ogólnoeuropejski, z zaangażowaniem weń wielu podmiotów w koalicji antyniemieckiej. Ta decyzja wymagała szybkiego, pełnego skoordynowania polityki polskiej z polityką brytyjską i przejęcia wręcz inicjatywy, zwłaszcza w montowaniu bloku antyniemieckiego w Europie Środkowo-Wschodniej.

Był też możliwy powrót do polityki współpracy z Niemcami. Oznaczało to zgodę na ich niemal nieograniczoną ekspansję w Europie, a i zapewne konieczność rezygnacji z pełnej samodzielności polityki polskiej. Mogło też oznaczać utratę pewnych terytoriów na rzecz Niemiec i konieczność wspólnej z nimi krucjaty antykomunistycznej.

Min. Beck wybrał jednak możliwość trzecią - najgorszą. Postanowił grać na czas i kluczyć, trzymając w szachu obie strony. Nie rozumiał, niestety, że na taką grę ani czasu, ani miejsca już nie było.

 

Rozdział 5

Czy warto umierać za Gdańsk?

 

Brytyjczycy wiązali z wizytą min. Becka wielkie nadzieje na zasadniczą zmianę sytuacji w Europie. Ale, mając świadomość ryzyka podjętej gry, żywili też głębokie obawy w związku z możliwym niepowodzeniem swojej inicjatywy. Ich dążenie do uczynienia z Polski swego głównego, obok Francji, sojusznika na kontynencie było ewidentne. I to sojusznika, który nie ograniczy się tylko do werbalnej solidarności, ale podejmie, wykorzystując swe dotychczasowe osiągnięcia, intensywne działania na rzecz koalicji antyniemieckiej. To Polska bowiem mogła być spoiwem dużego bloku państw tzw. międzymorza, obejmującego Rumunię, Węgry, Bułgarię, Grecję, Jugosławię i Turcję. Stworzenie takiego układu, ze wsparciem Anglii i Francji i z udziałem Belgii i Holandii, było marzeniem Brytyjczyków. Taki szeroki blok antyniemiecki, ale w istocie swej i antysowiecki, mógł w ich opinii być bardzo skuteczną przeszkodą w dalszej ekspansji Hitlera. Musiałby też, co oczywiste, działać uspokajająco na Mussoliniego, przejawiającego coraz większą agresywność w basenie Morza Śródziemnego. Warunkiem powodzenia tego planu, do którego przekonani byli już chyba wszyscy łącznie z Bułgarią, było nakłonienie do niego także polskiego ministra.

Jednak wyniki rozmów z płk. Beckiem przyniosły im bardzo głębokie rozczarowanie i zawód *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 5 kwietnia 1939 roku. Premier Chamberlain "prosił gabinet o zrozumienie, że rozmowy z płk. Beckiem były bez wątpienia niesatysfakcjonujące i nie okazały się tak spokojne jak tego oczekiwano".]. Czytając przedłożoną gabinetowi relację z tych rozmów, przygotowaną przez Lorda Halifaxa, nie sposób wyjść ze zdumienia - odnosi się wrażenie, że do Londynu zawitał omalże przedstawiciel supermocarstwa, o którego względy zabiegał jakiś trzeciorzędny kraj. To Brytyjczycy prosili Becka, by ten w imieniu Polski oświadczył, że zgadza się na podobne, jak zadeklarowane przez Chamberlaina 31 marca, gwarancje Polski dla Anglii. Obie strony, deklarując w tym punkcie wolę zawarcia trwałego traktatu regulującego ich stosunki, uznały wzajemność swych zobowiązań do pomocy w wypadku zagrożenia *[Polsko-brytyjski komunikat o wizycie min. Becka w Londynie ukazał się z dalą 6 kwietnia 1939 roku. 7 kwietnia został spisany protokół zawierający konkluzje z rozmów londyńskich min. Becka, podpisany przez amb. Raczyńskiego i wiceministra A. Cadogana z Foreign Office.].

Na tym jednak lista uzgodnień się wyczerpała. Sprawy rozciągnięcia tych gwarancji i wynikających z nich następstw na wypadek niemieckiego ataku na Belgię, Holandię, Danię lub Szwajcarię, min. Beck "nie podjął". Oświadczył jedynie, że podda tę kwestię pod decyzję Rządu Polskiego. Problemu reakcji na zagrożenie Jugosławii, co było częścią problemu bałkańskiego, w ogóle nie rozwinął. W najbardziej natomiast istotnym dla Anglików punkcie, w sprawie Rumunii, min. Beck uznał gwarancje "za niepożądane" oraz "że musi radzić sobie sama".

Polski minister ponownie też odrzucił wszelkie możliwości uwzględnienia w angielskich kombinacjach Rosji, choćby "jako dostawcy sprzętu wojennego". W jego opinii doprowadziłoby to Niemców do eksplozji.

Rezultatem głębokiego niezadowolenia strony angielskiej z przebiegu tych rozmów, wyrażonego przez premiera Chamberlaina, była decyzja o kontynuowaniu starań na rzecz zmontowania szerokiej koalicji antyniemieckiej z krajami bałkańskimi, bałtyckimi i... Rosją.

Min. Beck, a w ślad za nim duża część polskiej historiografii, uważał swój pobyt w Londynie za wielki sukces swój i Polski. Miało to być potwierdzenie pozycji Polski jako europejskiego mocarstwa. Rezultat był, niestety, wręcz odwrotny. Min. Beck negując praktycznie wszystkie propozycje angielskie, utwierdzał Brytyjczyków w przekonaniu, że prowadzi z nimi jedynie jakąś, niezrozumiałą jeszcze w tym momencie, grę. Czegoś się już jednak chyba domyślali, bo postawili wprost pytanie o sprawy Gdańska, do czego za chwilę wrócę.

Widoczna niechęć Becka do wsparcia angielskich wysiłków mogła być oczywiście z ich punktu widzenia do pewnego stopnia zrozumiała w świetle dobrych, jak oceniali, stosunków polsko-niemieckich. Jak jednak ocenić postawę polskiego ministra, który ledwie kilka dni wcześniej uznał, że niemiecki sąsiad "stracił cechy obliczalności"? Jeśli tak wtedy oceniał, jeśli bez wątpienia wskutek tych ocen Polska uruchomiła cały swój potencjał, aby przygotować się do wojny z Niemcami, to jaki sens miało to kunktatorstwo wobec Brytyjczyków i ich propozycji. Czyżby min. Beck, szykujący swój kraj do wojny, uważał się za tak silnego, że pomoc kilku krajów europejskich związanych węzłem koalicyjnym była mu całkowicie zbędna? Mamy tu zresztą jeszcze jeden dowód absurdalności zarzutów pod adresem Brytyjczyków, że ich gwarancje były obliczone na zniszczenie Polski i przyszły konflikt sowiecko-niemiecki. Gdyby tak było, przyklasnęliby przecież postawie Becka w tych rozmowach, ten bowiem robił wszystko, by ograniczyć konflikt tylko do Polski.

Niechęć min. Becka do szerokiej koalicji wynikała z jego opacznego rozumienia koncepcji bezpieczeństwa zbiorowego i wielostronnych układów. W takim kontekście postrzegał on propozycje angielskie. Ale te przecież nie miały nic wspólnego z takimi pomysłami. Przeciwnie, podobnie jak w przypadku doświadczeń sprzed Wielkiej Wojny, ich intencją było stworzenie szerokiej sieci umów dwustronnych, które jak w zasadzie domina, w przypadku agresji choćby na jeden z krajów będących w tej sieci, groziłoby uruchomieniem całego łańcucha reakcji i wybuchem konfliktu ogólnoeuropejskiego. Anglicy liczyli, że takie rozwiązanie będzie skutecznie wpływać na Niemców, gdzie nawiązywanie do analogii sprzed ćwierćwiecza było ciągle bardzo żywą przestrogą. O tym, że takich koncepcji bał się sam Hitler świadczą jego impulsywne reakcje na wszelkie przejawy angielskiej polityki "okrążania" Niemiec. Dowodzi to zatem tego, że Hitler, który był swoistym mistrzem doprowadzania do lokalizowania konfliktów i wyizolowywania swoich ofiar, jak ognia bał się właśnie koncepcji, którą próbowali zrealizować Anglicy.

Polski minister reprezentował tu zupełnie inną linię. Zastanawiać musi w pierwszym rzędzie jego zdecydowana niechęć do poszerzenia dotychczasowego związku z Rumunią. Tu przecież ryzyko drażnienia Niemców było najmniejsze, nie musiało być zresztą propagandowo nagłaśniane. Korzyści wzajemnych gwarancji z Rumunią, w razie konfliktu z Niemcami, były dla Polski aż nadto oczywiste. Było to przede wszystkim znakomite zaplecze dla potrzebnych Polsce środków zaopatrzenia wojennego... Zresztą, mając dziś wiedzę i konkretne doświadczenia z września 1939 roku tłumaczenie tych korzyści wydaje się zbędne. Tym bardziej, że nie są one znane ex post - były oczywiste i w 1939 roku. W każdym razie, na progu spodziewanego konfliktu z Niemcami - takie były przecież decyzje władz RP - sojusznik rumuński był jak najbardziej pożądany. Ryzyko zaś uwikłania Polski w konflikt, z powodu agresji Niemiec na Rumunię, nawet w opinii płka Becka było więcej niż znikome. Nie można też przyjąć jako poważnego zastrzeżenia, że wzmocnienie naszych związków z Rumunią mogłoby odbić się negatywnie na stosunkach z Węgrami. W obliczu coraz mocniejszych nacisków Niemiec na Węgry, właśnie układ Polski z Rumunią, wsparty gwarancjami angielskimi i francuskimi, tworzył przecież i dla Węgrów atrakcyjną alternatywę. Co więcej, kiedy już po kilku tygodniach Beck zdecydował się częściowo odpowiedzieć na brytyjskie oczekiwania, to uznał że Polska jest skłonna udzielić gwarancji jedynie Belgii i Holandii oraz Danii.

Trudno doprawdy zrozumieć to nastawienie do Rumunii. Z drugiej strony łatwiej też zrozumieć nastawienie Rumunów do sanacyjnej elity we wrześniu - była to jakby częściowa odpłata za znany im stosunek Becka do ich kraju.

W tym momencie praktycznym skutkiem tej postawy min. Becka było to, iż Anglicy nie mogli traktować Polski jako swego pierwszoplanowego sojusznika. Jest to wyraźnie widoczne w wydarzeniach kolejnych tygodni. Anglikom trudno bowiem było zrozumieć i akceptować postawę, która skoncentrowana była tylko na przyjęciu określonych korzyści dla swego kraju, natomiast nie oferowała nic więcej z punktu widzenia szerszego bezpieczeństwa europejskiego. Uważali, że jeżeli ktoś aspiruje do pozycji europejskiego mocarstwa, to ciąży na nim też odpowiedzialność za coś więcej niż tylko własne granice. Co więcej, trudno im było w tym kontekście zrozumieć dotychczasową politykę Becka w obszarze międzymorza. Skoro dążył on do zorganizowania tych państw dla przeciwstawienia się presji niemieckiej i sowieckiej, to dlaczego w momencie gdy zagrożenie taką presją stawało się więcej niż realne, zapominał o swych przyjaciołach.

Ale podczas tych rozmów stała się rzecz jeszcze gorsza. Rzecz, która zaważyć miała w sposób decydujący na tym, że już wkrótce Polska z kraju kluczowego dla polityki angielskiej stanie się dla niej po prostu dolegliwym petentem. Podczas rozmów w Londynie Beck, jak wspominałem, został zapytany przez Halifaxa o problem Gdańska. W odpowiedzi polski minister oświadczył, że jakkolwiek były na ten temat prowadzone rozmowy, to nie były to negocjacje formalne i żadnych formalnych żądań Niemcy nie wysunęły. W opinii brytyjskiego premiera, która powstała na podstawie rozmowy z min. Beckiem, ten nie przewidywał żadnych poważnych problemów w sprawie Gdańska - ani w najbliższej przyszłości, ani później! Min. Beck miał też uznać, że w opinii Niemiec wojna z Polską to poważna sprawa i jedynym co mogłoby ich do tego skłonić, to ewentualna współpraca Polski z Rosją.

Czytając te zapisy, można by się zastanowić, czy możliwe jest, aby min. Beck wypowiedział takie zdania. Nie ma jednak podstaw, by wątpić w prawdziwość tej relacji. Dlatego też nie sposób przejść obojętnie wobec tego fragmentu negocjacji. Powstaje pytanie, czy płk. Beck uważał, że ujawniając Brytyjczykom rzeczywisty stan negocjacji toczonych z Niemcami od października 1938 roku, w tym momencie faktycznie już zerwanych, osłabi ich gotowość występowania jako sojusznika Polski. Jeśli tak było, to mylił się w swych założeniach bardzo. Był to właśnie ten moment, może jedyny, w którym Anglicy przyjęliby każde jego żądanie gwarantowania nienaruszalności polskich interesów w Gdańsku. Nawet jeśli nigdy dotąd nie chcieli tego zrobić. Co więcej, min. Beck który, powtórzmy to, kilkanaście dni wcześniej nie miał żadnych wątpliwości, że Niemcy przestali być obliczalni i w związku z tym uruchomił całą machinę wojenną Rzeczypospolitej, wobec potencjalnego sojusznika był nie tylko nieszczery, ale do tego kompletnie bagatelizował zagadnienie. Jest to zupełnie nie do pojęcia.

Nawet jeśli przyjąć, iż intencją polskiego ministra nie było ostateczne występowanie przeciw Niemcom, to mimo wszystko taka postawa w poufnych przecież negocjacjach jest niezrozumiała. I właśnie ta postawa miała zaważyć fatalnie na dalszych relacjach polsko-angielskich. Anglicy bowiem, generalnie zawiedzeni rezultatami toczonych rozmów, już za kilka dni doznali niemałego szoku. Ujawnienie przez Hitlera (o czym szerzej za chwilę) jego żądań wobec Polski ukazało im rzeczywiste motywy zwrotu dokonanego przez płka Becka. W tym kontekście zrozumieli, jak pochopnie udzielili Polsce nazbyt daleko idących gwarancji. Odtąd więc ich uwaga skupić się miała na szukaniu sposobów wycofania się z poczynionych zobowiązań. I będzie się to działo w okresie, gdy Polsce właśnie owa pierwotna treść gwarancji będzie niezwykle potrzebna.

Ale jednocześnie nastąpiła rzecz jeszcze gorsza. Wydaje się, że ten niewątpliwy incydent, bo trudno to inaczej określić, spowodował utwierdzenie bardzo negatywnego wizerunku Becka wśród decydentów angielskich. Z tym zaś wiązał się też niestety stosunek do Polski, który w tym momencie stał się nad Tamizą (podobnie jak nad Sekwaną) negatywny.

Był wreszcie jeszcze jeden, wielce negatywny skutek wizyty Becka. Odrzucenie angielskich propozycji zmuszało ich do podjęcia rozmów z Rosją. Musieli tu przyjąć stanowisko francuskie, od dawna sugerujące taki kierunek dalszych poszukiwań. Nie ulega jednak wątpliwości, że podjęcie przez min. Becka angielskiej inicjatywy wykluczyłoby istotny udział Sowietów w rozgrywkach dyplomatycznych następnych miesięcy.

Powrócić tu jednak trzeba do wątku, który min. Beck uczynił w swej polityce tak istotnym. Mowa tu oczywiście o owym "barometrze" - Gdańsku. Jest charakterystyczne, że minister, który twierdził, że jest to problem wielkiej wagi dla Polski, zupełnie nie potrafił znaleźć argumentów, by przekonać sojuszników do przelewania zań krwi swoich żołnierzy. Nie było argumentów, które udowodniłyby im, że Gdańsk jest sprawą "życiową" dla Polski, nie było żadnych propozycji rozwiązania niewątpliwego problemu, jakim był Gdańsk. To niestety argumenty i racje Hitlera będą jedynym punktem odniesienia już za kilka tygodni. To Hitler, ponownie po mistrzowsku, utwierdzi Zachód w przekonaniu, że chodzi mu tylko o sprawy Gdańska i, nie mając żadnej kontrargumentacji, poprowadzi rozgrywkę izolującą Polskę i powodującą jej kompletne osamotnienie. Tak zatem wizyta min. Becka była w istocie punktem zwrotnym dla polityki polskiej, ale punktem, za którym znaleźliśmy się na równi pochyłej prowadzącej do klęski.

Tymczasem jednak oficjalny komunikat po rozmowach londyńskich zdawał się sugerować daleko idące porozumienie angielsko-polskie. Stwierdzono w nim, "że oba kraje gotowe są zawrzeć układ o charakterze trwałym i wzajemnym, który by zastąpił obowiązujące obecnie, tymczasowe i jednostronne gwarancje udzielone przez rząd Jego Królewskiej Mości. P. Beck dał rządowi Jego Królewskiej Mości zapewnienie, że w toku zawierania trwałego układu rząd polski będzie się uważał za zobowiązany do udzielenia pomocy rządowi Jego Królewskiej Mości na tych samych warunkach, jakie są zawarte w czasowej gwarancji udzielonej już Polsce (...) gwarancja (...) i układ trwały nie będzie skierowana przeciw żadnemu innemu krajowi, lecz będzie miał wyłącznie zapewnienie Wielkiej Brytanii i Polsce wzajemnej pomocy w wypadku, gdyby niepodległość tych krajów została bezpośrednio lub pośrednio zagrożona".

Jakkolwiek komunikat starał się podkreślać wybitnie defensywny charakter porozumienia, to jednocześnie zawarcie w nim zapisu o pośrednim zagrożeniu niepodległości obu krajów musiało tworzyć na zewnątrz wrażenie, że Polska wpisywała się oto w brytyjską politykę w całej pełni. Zakres pośredniego zagrożenia niepodległości Wielkiej Brytanii obejmować mógł bowiem potencjalnie każdą akcję, nie tylko zresztą Niemiec, w całym obszarze imperium brytyjskiego.

Taka też formuła komunikatu przekreślała praktycznie możliwość dalszego negocjowania z Niemcami. Ci bowiem, o ile dotychczas nie musieli mieć ostatecznej pewności co do postawy Polski po jednostronnej deklaracji brytyjskiej, o tyle w tym momencie pozbywali się ostatecznych złudzeń. Polska przechodziła do obozu wroga, a w tej sytuacji innego wyrazu nabierały też dotychczasowe polskie przygotowania wojskowe. Być może gdyby znali dokładnie treść rozmów Becka w Londynie, ich wrażenie byłoby inne. To jeszcze jeden przyczynek do postawy Becka w Londynie. Jego ostrożność, której celem było niedrażnienie Niemców, spowodowała nie tylko brak ustaleń z Anglikami, ale i przywiodła Hitlera do zmiany planów, w efekcie czego jego kolejną ofiarą stać się miała Polska!

Ale nie doszło do tego od razu. Co więcej pierwsze reakcje Niemców wobec Polski były bardzo powściągliwe i dalekie od przesądzenia o wojnie. Kilka dni później, 11 kwietnia, Hitler wydał zapowiedziane wcześniej przez Keitla dyrektywy związane z "Fall Weiss". Pisał w nich: "stosunek Niemiec do Polski polega na unikaniu napiąć, jeśli jednak Polska zechce swą opartą na podobnych założeniach polityką zmienić i zajmie wobec Rzeszy groźne stanowisko, wówczas musi dojść do ostatecznego rozrachunku". Gdyby do takiej sytuacji miało dojść, to zadaniem Niemiec będzie wyizolowanie Polski, przy założeniu wystąpienia wewnętrznych problemów we Francji, powściągliwości Anglii i neutralności Rosji.

Czyż nie jest zastanawiające, że w tak ważnym dokumencie, w tak poważnej sytuacji, nie ma żadnych sugestii czy dążenia do wywołania konfliktu z Polską? Wojna z Polską może nastąpić tylko wtedy, gdy to ona zajmie "groźne stanowisko" wobec Rzeszy. Nawet bardzo zatem pojemna formuła wspólnej akcji Polski, Anglii i Francji na wypadek ich pośredniego zagrożenia, wyrażona w komunikacie z rozmów londyńskich, nie została jeszcze uznana za przejaw owego groźnego stanowiska. Warto nadmienić, że uzupełnienia do tych dyrektyw opracowywane były aż do 10 maja i dopiero praktycznie od tej chwili możliwe było rozpoczęcie planowania operacji przeciw Polsce. Także od drugiej połowy maja rozpoczyna się swoisty festiwal niemieckiej propagandy, co jest widomym znakiem nowego stanowiska wobec Polski. Jak nietrudno zauważyć, daty te pozostają w ścisłym związku z nagłaśnianymi skutecznie spotkaniami międzysztabowymi polsko-francuskimi w Paryżu i polsko-angielskimi w Warszawie *[Rozmowy w Paryżu odbyły się w dniach 14-19 maja, w Warszawie zaś w dniach 23-30 maja. Zwłaszcza podpisanie protokołu w Paryżu, choć formalnie nie przesądzało w tym momencie niczego, to przecież mogło oznaczać dla każdej inicjatywy niemieckiej wielkie niebezpieczeństwo. Niemcy zapewne dość szybko zorientowali się przynajmniej ogólnie o treści ustaleń i w związku z tym musieli podjąć działania zabezpieczające własne interesy. Nie mogli przecież zakładać, że strona polska przez następne trzy i pół miesiąca nie doprowadzi do uściślenia zobowiązań francuskich.]. Wydaje się zatem, że to właśnie te fakty przesądziły ostatecznie o zmianie niemieckiego stosunku do Polski w myśl dyrektyw Hitlera, choć decyzja o rozpoczęciu wojny zapadnie dopiero po porozumieniu ze Stalinem.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden element. Wspomniana dyrektywa powstała na cztery miesiące przed wybuchem wojny. Ale termin 1 września podany tam został jako początkowy dla możliwej akcji przeciw Polsce. Trzeba było dużego wysiłku ze strony polskiej dyplomacji, aby wojna wybuchła w pierwszym, przewidywanym przez Niemców jako możliwy, terminie.

W świetle powyższego kluczowe znaczenie miało wystąpienie Hitlera z dnia 28 kwietnia 1939 roku. Wystąpienie to, będące, wbrew dotychczasowej tradycji, całkowicie pozbawione antysowieckich akcentów, było poważnym ukłonem w stronę Stalina. Było też pierwszą próbą przywrócenia stosunkom niemiecko-sowieckim takiego charakteru, jaki miały przed dojściem Hitlera do władzy. Była to zatem prawdziwa odpowiedź Hitlera na zagrożenie, jakie, jego zdaniem, wynikało ze zbliżenia polsko-angielskiego. Jego flirt z Sowietami prowadzić miał do celu podstawowego - na wypadek konieczności rozprawy z Polską - jej izolacji. Dlatego też, obok tego wątku, Hitler wiele uwagi poświęcił zrelacjonowaniu swych dotychczasowych negocjacji z Polską w sprawie Gdańska i tranzytu do Prus Wschodnich.

Nagłaśniając sprawę Gdańska liczył on oczywiście na to, że zdoła choćby częściowo przekonać opinię zachodnią do swego stanowiska i uzyska kolejny sukces bez konieczności sięgania do rozwiązań wojennych. Nie mógł bowiem w tym momencie liczyć na to, że tak szybko uda mu się osiągnąć porozumienie ze Stalinem. I to mimo tego, że jego oferta była, jak się zdaje, odpowiedzią na ukłon ze strony sowieckiego przywódcy. Ten bowiem, jeszcze 10 marca na zjeździe WKP(b), nie tylko ostro skrytykował państwa zachodnie, ale sugerował wręcz że to przeciw nim skierowany był w istocie pakt antykominternowski! Jednocześnie wskazywał, że "zachodni podżegacze wojenni" dążą do wciągnięcia Związku Sowieckiego do wojny przeciw Niemcom, ale on do tego nie dopuści.

Rosjanie, podobnie jak Anglicy, byli bardzo zaniepokojeni intensywnością kontaktów polsko-niemieckich w początkach 1939 roku, których treści zupełnie nie znali. Kiedy jednak w styczniu 1939 roku Ribbentrop zawiesił wszelkie kontakty niemiecko-sowieckie i głośno mówił o chęci zerwania stosunków dyplomatycznych z Sowietami, Rosjanie mogli obawiać się jakiejś wspólnej akcji Polski, Niemiec, a może i Rumunii wobec nich. Stąd zapewne wynikła wspomniana inicjatywa Stalina. Na jego odpowiedź Hitler nie musiał czekać zbyt długo. Już 3 maja sowiecki przywódca odwołał z funkcji komisarza do spraw zagranicznych znanego z antyniemieckiego nastawienia Litvinova (co także ważne, był on pochodzenia żydowskiego), a zastąpił go znanym z kolei z proniemieckich sympatii Mołotovem. Już w dwa dni później urzędnicy sowieckiej ambasady w Berlinie sondowali, czy zmiana ta wpłynie korzystnie na stosunki sowiecko-niemieckie. W następnych dniach sowieccy dyplomaci w Berlinie, a Mołotov wobec niemieckiego ambasadora w Moskwie von Schullenburga, podkreślali konieczność poprawienia stosunków między obydwoma krajami.

Hitler, zapewne zdumiony ową szybkością i wręcz nachalnością Rosjan, zalecał swym dyplomatom ostrożność w tych kontaktach. Do przełomu doszło w momencie, gdy Stalinowi udało się zwabić Anglików i Francuzów możliwością sojuszu antyniemieckiego. To podziałało mobilizująco na Hitlera i od czerwca podjął on grę. która doprowadziła do traktatu niemiecko-sowieckiego z 23 sierpnia 1939 roku. W ten sposób osiągnął on swój cel - wyizolowanie Polski i to nie przy neutralności Sowietów, ale ich pełnym zaangażowaniu w akcję przeciw Polsce.

Potwierdza to zatem przypuszczenie, że decyzje o wyeliminowaniu Polski, jako czynnika rzutującego na sytuację Niemiec, Hitler podjął zapewne w drugiej połowie maja, określenie zaś momentu tej rozprawy nastąpiło dopiero po sfinalizowaniu porozumienia z Sowietami.

Tymczasem w kwietniu 1939 roku min. Beck stracił jeszcze jedną okazję, bodaj już ostatnią, aby wzmocnić pozycję Polski i zabezpieczyć ją solidniejszym, szerszym układem.

6 kwietnia Włochy napadły na Albanię i szybko ją sobie podporządkowały. W opinii angielskiej i francuskiej stanowiło to dowód przygotowań do niemiecko-włoskiej inwazji na Jugosławię, w ślad za tym na Rumunię i dalej na kolejne państwa bałkańskie. Oznaczało to, iż uwaga polityki angielskiej znowu skupiła się na tym obszarze, a co za tym idzie znowu wzmogły się oczekiwania wobec Polski. Reagując na posiedzeniu gabinetu na akcję włoską w dniu 8 kwietnia, Lord Halifax ubolewał, że płk Beck ciągle opierał się koncepcji rozciągnięcia wspólnych gwarancji na Rumunię, a blok obronny państw bałkańskich z udziałem Rumunii, Turcji, Grecji i Jugosławii uważał za zbyt drażniący Węgrów. Podobnie dwa dni później. 10 kwietnia, konstatowano z niepokojem brak polskiej reakcji na propozycje angielskie. a poirytowany premier Chamberlain polecił Komitetowi Spraw Zagranicznych gabinetu szukanie wszelkich możliwości zasekurowania państw bałkańskich przed dalszymi krokami niemieckimi. Jednak ponownie stwierdzono, że bez pozytywnej postawy Polski znalezienie innych efektywnych form pomocy dla Rumunii i innych państw bałkańskich jest praktycznie niemożliwe.

Z kolei 13 kwietnia Lord Halifax informował gabinet, iż mimo jego osobistych ponagleń z 11 kwietnia wobec ambasadora w Warszawie celem wyjaśnienia polskich pozycji, oraz jego osobistej rozmowy z ambasadorem Raczyńskim w Londynie w dniu 12 kwietnia, ani w sprawie Rumunii, ani w sprawie gwarancji dla małych państw zachodnich w razie agresji na nie ze strony Niemiec, polskiej odpowiedzi ciągle nie było.

Tymczasem do udzielenia Rumunii bezwarunkowych gwarancji gotowa była Francja, zgłosiła takąż chęć i Turcja, równocześnie deklarując chęć znalezienia się w szerszym bloku sojuszniczym obejmującym państwa bałkańskie. Wreszcie niemal codziennie swe usługi oferował poprzez swego ambasadora w Londynie Majskiego, Związek Sowiecki *[Protokół posiedzenia gabinetu w dniu 13 kwietnia 1939 roku. Ambasador ZSRS w Londynie deklarował wobec Lorda Halifaxa, że jego kraj gotowy jest udzielić pomocy każdemu państwu, które będzie sobie tego życzyć.]. Tylko odpowiedzi Polski ciągle nie było.

Postawa Becka musiała być mocno irytująca, stąd też i reakcja na wystąpienie Hitlera w dniu 28 kwietnia była w tej sytuacji jednoznaczna. 19 kwietnia Lord Halifax poinformował wreszcie gabinet o zgodzie Polski na pomoc Anglii, gdyby ta znalazła się w stanie wojny z Niemcami wskutek ich agresji na małe państwa na zachodzie Europy *[14 kwietnia Warszawa poinformowała oficjalnie Londyn, że zgadza się na udzielenie gwarancji Belgii, Holandii i Danii.]. Jednocześnie przekazał informację o spotkaniu min. Becka z rumuńskim ministrem spraw zagranicznych Gafencu, który udawał się przez Polskę na rozmowy w Berlinie. Gafencu wskazywał w swej informacji dla Brytyjczyków, że proponował Beckowi rozszerzenie sojuszu polsko-rumuńskiego na wypadek agresji niemieckiej, ale polski minister nie udzielił na tę sugestię jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje się, że okoliczności tego wydarzenia musiały w szczególny sposób dotknąć i Rumunów, i Anglików. Dla Gafencu, który jechał do Berlina na rozmowy, po których mógł przecież spodziewać się najgorszego, ewentualne wsparcie Polski mogło mieć kluczowe znaczenie. Rezerwa, z jaką się spotkał, musiała rzutować na przyszłe relacje.

Warto skądinąd na tym miejscu wskazać, jak daleko sięgała gotowość do współpracy wśród państw bałkańskich, zagrożonych agresją niemiecką.

Turcja, mimo wielu różnic i zatargów - w tym także terytorialnych, czyniła wszystko, aby montowany blok objął także Bułgarię. Sama Rumunia, za cenę udziału w tym bloku tejże Bułgarii, gotowa była nawet do cesji na jej rzecz spornych terytoriów. Wydaje się też, że w istniejącej sytuacji Rumunia chętnie współpracowałaby także z Węgrami, a i te nie zaprzepaściłyby okazji do znalezienia się w takim bloku.

Natomiast dla płka Becka, który z Polski chciał uczynić filar pomiędzy krajami bałkańskimi i bałtyckimi, który chciał zbudować w oparciu o Polskę blok międzymorski, w chwili gdy nadarzała się do tego najlepsza okazja *[Nawet wroga przez cały okres międzywojenny Litwa, w reakcji na aneksję Kłajpedy gotowa była zmienić swój stosunek do Polski.], ważniejsze było udzielenie gwarancji dla Belgii czy Holandii niż dla Rumunii! Jaki był zatem istotny sens tej polityki?

Dzień 19 kwietnia był także znamienny z jeszcze jednego powodu. W tym dniu rząd angielski otrzymał bowiem nieoficjalne informacje o tym, że uwaga Hitlera skupiona jest od pewnego czasu na Gdańsku, gdzie Niemcy planują stworzenie faktów dokonanych poprzez włączenie Wolnego Miasta do Rzeszy. Halifax informował gabinet, że Polacy i Niemcy od dłuższego czasu toczyli w sprawie Gdańska negocjacje, ale nie było w nich postępu. Uzyskanie zaś brytyjskich gwarancji wyraźnie usztywniło stanowisko Polski w tych rokowaniach.

Przekaz tej treści musiał być ewidentnym "przeciekiem kontrolowanym" ze strony niemieckiej. Świadczy o tym wskazanie roli brytyjskich gwarancji na stanowisko Polski w interesującej oba kraje kwestii. Faktycznie bowiem zerwanie rozmów nastąpiło 23 marca, a więc przed decyzją rządu angielskiego. Niemcy rozpoczynali zatem swe manewry, których celem było wykazanie, że chodzi im jedynie o uregulowanie oczywistych problemów i spraw spornych w Wolnym Mieście. A że Anglicy żadnych innych naświetleń i argumentacji nie posiadali, bo min. Beck nic im w tej kwestii nie miał do powiedzenia, przyjęli od razu tak narzucony tok rozumowania. Lord Halifax stwierdził mianowicie, że należy wpłynąć na rząd polski tak, aby w sprawach gdańskich wykazał wobec Niemiec swą dyspozycję do prowadzenia negocjacji. Było to zatem stanowisko diametralnie odmienne od tego, które reprezentował i on i premier Chamberlain jeszcze 30 marca. Było to znowu wyłączną zasługą min. Becka.

Niemcy bardzo szybko zatem osiągnęli oczekiwany przez siebie efekt. Wizyta Gafencu w Berlinie nie przyniosła jakichś dramatycznych symptomów i wykazała, że Niemcy nie mają w tym momencie planów zaatakowania czy zwasalizowania Rumunii. Rumuński minister udał się też do Londynu, gdzie podzielił się swym przekonaniem, że uwaga Hitlera jest skupiona na sprawie Gdańska i kolonii.

Był to dla Anglików drugi, poważny sygnał świadczący o tym, że tak naprawdę grozi im uwikłanie się w konflikt polsko-niemiecki powstały na tle sytuacji w Gdańsku.

Potwierdzenie, które spowodowało ciężki szok, przyszło, gdy oficjalnie ujawnił to Hitler we wspomnianym przemówieniu 28 kwietnia.

Zanim jednak do tego przejdę, jeszcze jedna uwaga. To właśnie fiasko ustaleń z Beckiem co do reakcji na następstwa akcji włoskiej w Albanii pchnęło Anglików do rozmów z Sowietami. 14 kwietnia, pod wyraźnym naciskiem Francji, wysłano do Moskwy propozycję trójstronnych negocjacji. Tydzień później, 21 kwietnia, Stalin zaproponował negocjacje na rzecz zawarcia trójstronnego porozumienia na rzecz wzajemnej pomocy. Uruchomiło to kilkumiesięczne negocjacje, które fatalnie zaciążyły na pozycji Polski wobec aliantów i skrajnie osłabiły jej znaczenie w ich planach. Miało to fundamentalne znaczenie dla efektywności ich realnej pomocy na wypadek wojny. Co więcej dało też Stalinowi znakomitą sposobność do wykorzystania tych negocjacji do osiągnięcia upragnionego porozumienia z Hitlerem. Oczywisty zaś opór Polski wobec sowieckiej "pomocy" pozostał w świadomości aliantów i tak główną przyczyną niepowodzeń negocjacji moskiewskich. To zaś musiało rzutować także na przyszłość w ocenie polskiego alianta już w czasie wojny.

Powtórzyć zatem należy w tym momencie, że w pierwszej połowie kwietnia min. Beck nie wykorzystał niezwykłej koniunktury, w efekcie której mógł stać się rzeczywistym liderem i współtwórcą dużej koalicji antyniemieckiej i wyłączyć ze wszelkich rachub i kalkulacji Sowietów.

Powróćmy do reakcji angielskich na wystąpienie Hitlera. Określiłem, że był to dla nich szok. Było tak w istocie, w kontekście zapewnień Becka, iż żadnych istotnych kwestii wokół Gdańska w stosunkach polsko-niemieckich nie przewiduje. Tymczasem Hitler w sposób mistrzowski zaprezentował się jako strona dążąca do cywilizowanego rozwiązania sprawy gdańskiej, przy całkowicie niezrozumiałym oporze Polaków, nie mających żadnych poważnych w tej sprawie propozycji.

Warto tu nadmienić, że Lord Halifax był osobą dobrze w kwestii gdańskiej zorientowaną. Jeszcze bowiem w ramach swej misji w Lidze Narodów niejednokrotnie był referentem tej problematyki. Zatem na tle swych angielskich, ale i francuskich, kolegów był z pewnością bardzo dobrze poinformowany w kwestiach dotyczących Gdańska. Mógł zatem niemieckie propozycje, w których deklarowano całkowite poszanowanie polskich interesów gospodarczych w Gdańsku, traktować jako pozytywny sposób rozwiązania drażliwej kwestii.

Tymczasem kształt przyjętych zobowiązań spowodował, że sytuacja Anglików była niemal beznadziejna, Polska bowiem, uznając niemieckie dążenia w Gdańsku za zagrożenie - choćby pośrednie - swej niepodległości, mogła doprowadzić do ich zaangażowania wojennego na tym tle. W tym kontekście wypowiedzenie przez Hitlera traktatu morskiego było zupełnie niemal nieznaczącym epizodem. Tym bardziej, że w jego wystąpieniu dostrzegli oni dwa elementy. Po pierwsze, również zauważyli brak ataków na Sowietów i zorientowali się, że jest to próba odbudowy dawnych relacji niemiecko-sowieckich. Po drugie, zauważyli dość wyraźną zachętę ze strony Hitlera do powrotu do stołu negocjacyjnego. Były to znakomite pociągnięcia.

Halifax dał wyraz swej irytacji z powodu zaistniałej sytuacji na posiedzeniu gabinetu 3 maja. Podkreślił, iż jest "raczej zaniepokojony, że płk Beck będąc z wizytą w tym kraju [Anglii], nie przekazał nam szczegółów niemieckiej oferty w sprawie Gdańska". Podkreślił, że "byłoby niebezpieczne", gdyby Anglia znalazła się w sytuacji "gdzie zagadnienie pokoju łub wojny zależałoby wyłącznie od uznania Rządu Polskiego". Anglicy uświadomili sobie, że swe gwarancje skierowali do kraju, który prawdopodobnie był kolejną ofiarą na szlaku niemieckich podbojów i sądzili, że zostali sprytnie wmanewrowani przez Becka w taką sytuację. Można przyjąć, że z ich punktu widzenia nie było problemem to, że mogą znaleźć się w stanie wojny z Niemcami - to właściwie przyjęli już do wiadomości i się z tym pogodzili. Problemem było jednak to, że powstała sytuacja, w której to nie oni mieli decydować kiedy i na jakich zasadach do tej wojny wejdą. Co więcej, to co jeszcze do niedawna traktowali zapewne jako nierealną hipotezę - a więc wojnę na tle polsko-niemieckiego zatargu o Gdańsk - stawało się po prostu możliwe.

Halifax, widząc grożące następstwa tej sytuacji, wskazywał swym kolegom drogę do odwrócenia pozycji, w której całość decyzji wojennych zależałaby wyłącznie od uznania rządu polskiego. Przypominając dwa uwarunkowania brytyjskich gwarancji - rzeczywiste zagrożenie polskiej niepodległości i chęć Polski jej zbrojnego odparcia, widział możliwość zachowania "własnej oceny takiej sytuacji". Stojąc zatem na stanowisku utrzymania gwarancji dla Polski, uważał, że należy poprzez brytyjskiego ambasadora w Warszawie uświadomić rządowi polskiemu, że rząd angielski w istniejącej sytuacji oczekuje, iż będzie odtąd w pełni informowany o rozwoju stosunków polsko-niemieckich i sam również będzie przekazywał informacje o swoich posunięciach odnośnie Niemiec. Jednocześnie sugerował, aby wpłynąć na płka Becka, by ten, w swym planowanym na 5 maja wystąpieniu sejmowym odnoszącym się do przemówienia Hitlera, "nie zawarł żadnych nieodwołalnych decyzji przed skonsultowaniem ich z nami".

Charakterystyczna była reakcja premiera Chamberlaina, który jeszcze kilka tygodni temu nie miał żadnych wątpliwości co do tego, jak traktować niemiecką presję w sprawie gdańskiej. Tu, stwierdzając, że ujawnienie przez Hitlera propozycji pod adresem Polski było szokiem dla angielskiej opinii publicznej w kontekście udzielonych jej brytyjskich gwarancji, podkreślał, że "byłoby niepokojące gdybyśmy pozostawili stronie polskiej decyzje, o zaangażowaniu nas w wielką europejską wojną". Jednocześnie wskazywał na trudności [sic!] w ocenie, "czy włączenie Gdańska do Rzeszy stwarza zagrożenie polskiej niepodległości".

Warto wskazać jeszcze, że tydzień później, na posiedzeniu gabinetu 10 maja 1939 roku, Lord Halifax wyraził przekonanie, iż może wkrótce, wzorem scenariusza czechosłowackiego, dojść do gwałtownej eskalacji nacisków niemieckich w sprawie gdańskiej. W związku z tym informował, że zalecił ambasadorowi w Warszawie wpłynąć na płka Becka, by Polska w razie stworzenia przez Niemców faktów dokonanych w Gdańsku starała się odpowiedzieć przede wszystkim bronią ekonomiczną, przenosząc swój handel do Gdyni. Sądził bowiem, że w ten sposób uzyskałoby się czas na rozważenie podjęcia nieodwołalnej akcji"'. Zauważył jednak, że jeśli zdecydują się wysłać do Gdańska swoje wojska, powstanie bardzo poważna sytuacja.

Myślę, że opis powyższych reakcji angielskich oddaje, jak bardzo wielki błąd popełnił min. Beck podczas swych rozmów w Londynie.

Próbując przemilczeć rzeczywiste problemy - tak jak je oceniał przecież na użytek krajowy - zaprzepaścił wielką szansę na uzyskanie od Anglików już wtedy deklaracji, że sprawę gdańską będą traktowali w taki sam sposób jak on sam ją traktował. Oczywiście mógł obawiać się, że Anglicy nie podzielą jego punktu widzenia i zaważy to na kształcie gwarancji. Ale, czy spodziewając się problemów z Niemcami, nie powinien był jednak zaryzykować postawienia tej sprawy? A może liczył na to, że Hitler nie ujawni swych inicjatyw, poruszony angielskim poparciem dla Polski, a sprawy wrócą do normy. Powtórzyć wypada, że jego postępowanie na przełomie marca i kwietnia jest niezrozumiałe i niewytłumaczalne. Sprawia on wrażenie człowieka, który w swych działaniach kompletnie nie mógł się w tym momencie zdecydować, kogo traktować jak wroga, a kogo jak sojusznika.

Konsekwencje osobiste dla niego, ale przede wszystkim dla Polski, były jak najbardziej fatalne. Oceniono go jako człowieka, który, z jednej strony, storpedował plan zbudowania szerokiej koalicji antyniemieckiej, z drugiej zaś - usiłował nadużyć brytyjskiej gotowości do współpracy. Najbliższe miesiące przyniosły realne skutki tej sytuacji. Anglicy, którzy dostrzegli zmianę relacji niemiecko-sowieckich, zrozumieli, że muszą podjąć działania w celu niedopuszczenia do poważniejszego porozumienia Hitlera ze Stalinem. Jednocześnie przyjęli postawę pełnego dystansu wobec Polski, czego wyrazem był ich stosunek w sprawie naszej prośby o kredyt na zakup wyposażenia wojskowego oraz zupełna niemal blokada możliwości konkretnych ustaleń sztabowych podczas dwóch spotkań z przedstawicielami ich dowództwa wojskowego, gen. Claytonem i gen Ironsidem.

Zamiast tego nasiliły się, wspólne z Francuzami, naciski na podjęcie negocjacji z Niemcami w sprawie Gdańska. Było to coś niezwykłego. Min. Beck, jeszcze dwa - trzy miesiące wcześniej uznawany za najbliższego obok Mussoliniego alianta Hitlera, był teraz zmuszany do negocjacji z nim przez jego największych wrogów. Była to całkowita klęska dotychczasowej polityki polskiego ministra spraw zagranicznych.

Min. Beck popełnił jednak jeszcze jeden - niewybaczalny błąd. Nie dostrzegł, czy raczej zbagatelizował to, co dostrzegli i bardzo poważnie potraktowali Anglicy. Nie zareagował mianowicie na groźbę zwrotu w stosunkach niemiecko-sowieckich. Jest to zdumiewające tym bardziej, że to właśnie on, tak wyczulony na tę kwestię, nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. O tym, że Niemcy i Rosja intensyfikowały w kolejnych tygodniach swe kontakty wiedzieli nie tylko Anglicy - obserwowała to z niepokojem cała Europa. Niemal wszyscy próbowali wyciągać z tego praktyczne wnioski. Nie mamy natomiast choćby śladu jakiejś polskiej inicjatywy, koncepcji, która mogłaby choć minimalnie wpłynąć na rozwój wydarzeń. I nie chodzi tu oczywiście o podjęcie słanych za pośrednictwem Anglików i Francuzów w maju i czerwcu pseudopropozycji sowieckich. Jest jednak zastanawiające, że w chwili rosnącego zagrożenia i ze wschodu, i z zachodu min. Beck tak łatwo zrezygnował choćby z próby samodzielnych działań zarówno wobec Niemiec, jak i Rosji. Czy sądził że oddając całkowicie inicjatywę w ręce Anglii i Francji i nie reagując na postęp w stosunkach niemiecko-sowieckich, wzmocni polskie pozycje? W tej perspektywie trudno zatem dziwić się, że 17 września 1939 roku władze polskie, z Beckiem na czele, były zupełnie zaskoczone inwazją sowiecką i musiały słać parlamentariuszy, by dowiedzieć się, po co Rosjanie wkroczyli do Polski.

Czy zatem min. Beck był do końca przekonany, iż Hitler nie zdecyduje się na wojnę? Czy wierzył, że polska determinacja i sojusznicze kontakty odstraszą go skutecznie od ataku na Polskę i cała sprawa skończy się szukaniem jakiegoś modus vivendi w sprawie Gdańska? Tylko w takiej perspektywie można by dopatrywać się jakiejś próby usprawiedliwienia jego oczywistych błędów. Tyle tylko, że dowodziłoby to jego naiwności i czyniło kompletnie niezrozumiałym, dlaczego nie próbował szukać koncyliacyjnych rozwiązań z Niemcami jeszcze wtedy, gdy stosunki nie zostały faktycznie zerwane.

Zdumiewająca jest też niemal zupełna bezczynność polskiej dyplomacji pomiędzy majem a wrześniem 1939 roku. Brak tu jakichkolwiek bezpośrednich inicjatyw, prób szukania bądź osłabienia bezpośrednio czy pośrednio presji niemieckiej, niewyciąganie wniosków z objawionej w rozmowach sztabowych wyraźnej niechęci Anglików i Francuzów do czynnego wystąpienia po stronie Polski, brak starań o pozyskanie innych sojuszników. Jeśli zważyć, że Hitler długo zwlekał z ostateczną decyzją o wojnie z Polską, a dopiero gdy podpisał pakt w Moskwie, niesłychanie zaostrzył swe stanowisko, to ten brak działań strony polskiej, to zdanie się na pośrednictwo aliantów w każdej niemal sprawie, było po prostu niezrozumiałe. Można przecież sobie wyobrazić, że podjęcie jakichś działań polskich mogło przynajmniej skomplikować względną łatwość, z jaką doszło do porozumienia Hitlera ze Stalinem, a tym samym oddalić wybuch wojny.

Tu jednak pojawia się pytanie zasadnicze. Czy stronie polskiej zależało na odwlekaniu wojny, czy raczej przeciwnie, dążyła do tej wojny jak najszybciej? Jest niezwykle charakterystyczne, że jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli polskiej generalicji, wspomniany wcześniej gen. T. Kutrzeba, na przełomie 1937 i 1938 roku sformułował w obszernym studium na temat ewentualnego przyszłego konfliktu polsko-niemieckiego opinię, iż biorąc pod uwagę tempo rozwoju niemieckich sił zbrojnych, im później nastąpi wojna, tym większą będą oni posiadali przewagę nad Polską *[Gen. Kutrzeba wykazywał, że stosunek sil na korzyść Niemiec w 1939 roku będzie wynosił jak 2 do 1, zaś w 1940 jak 3 do 1.]. Stąd twierdził, że odwlekanie konfliktu działa na korzyść Niemiec.

Trudno precyzyjnie ocenić, w jakim stopniu opinie Kutrzeby wpłynęły na realne działania polskich władz politycznych i wojskowych w 1938 i 1939 roku. Wbrew jednak opinii autorów londyńskiego opracowania wydaje się, że wpływ ten był bardzo duży. Jeśli bowiem w tej właśnie perspektywie spojrzeć na postępowanie polskiej dyplomacji, a ściślej min. Becka, od zakończenia kryzysu czechosłowackiego, to jego działania nabierają dziwnego sensu. Owa twardość wobec Niemiec, tworzenie sytuacji, w której ewentualne wycofanie się Hitlera z zajętych pozycji byłoby dla niego ciężką prestiżową klęską, nieuzasadnione rozwojem wydarzeń przygotowania wojenne, ów zastanawiający brak inicjatywy pomiędzy majem a wrześniem 1939 roku, to wszystko tworzyło jakby przymus doprowadzenia do wojny. To tłumaczy jednak tylko część zachowań Becka - tych, które związane były z nagłą, nieuzasadnioną woltą w stosunkach polsko-niemieckich. I w tej perspektywie można je ewentualnie rozumieć. Ale nie tłumaczy to postawy wobec Anglii i jej inicjatyw na przełomie marca i kwietnia. Przeciwnie, decydując się na wojnę z Niemcami, powinien on przecież dążyć do maksymalnego zabezpieczenia Polski. Jego polityka w tym okresie była tego kompletnym zaprzeczeniem. Tym bardziej, że dla polskiej elity wynik samodzielnego starcia z Niemcami nie pozostawiał żadnych złudzeń, nawet jeśli propaganda głosiła szybkie zdobycie... Berlina. Dlaczego tak się stało, pozostaje to do dziś jedną z największych zagadek.

 

Rozdział 6

Zkrwawić... nieprzyjaciela, zyskać czas...

 

Wiele kwestii związanych z działaniami polskiej dyplomacji w interesującym nas okresie, jak starałem się to ukazać w poprzednich rozdziałach, pozostaje niejasnych czy wręcz niewytłumaczalnych. Podobnie rzecz się ma z próbą naświetlenia prac podejmowanych w polskim Sztabie Głównym w związku ze spodziewanym konfliktem z Niemcami. Jest w dalszym ciągu wiele niewyjaśnionych, zagadkowych wręcz elementów, na które po latach trudno znaleźć odpowiedź. Problemy pojawiają się w tym wypadku już na etapie próby zrekonstruowania podstawowej chronologii wydarzeń związanych z powyższym zagadnieniem. Wynika to ze znikomej ilości zachowanej dokumentacji polskiego Sztabu w interesujących nas obszarach, zwłaszcza zaś archiwaliów ilustrujących prace podejmowane w czasie pierwszych trzech miesięcy 1939 roku.

Rozważania niniejsze należałoby rozpocząć od uwagi o charakterze zupełnie ogólnym. Obowiązkiem wszystkich ośrodków dowodzenia w każdym państwie jest systematyczne prowadzenie prac przygotowawczych do konfliktów, które nawet w wypadku najlepszych stosunków z jakimś państwem w danym momencie, mogą w nieoczekiwany sposób się pojawić. Nikt i nic nie może z wojskowych zdjąć odpowiedzialności za zaniedbania w tej dziedzinie. Z tego wynika w pierwszym rzędzie permanentna aktywność wojskowych komórek planistycznych, które siedząc na bieżąco poczynania potencjalnych agresorów, muszą być w elementarnym zakresie przygotowane do stawiania czoła zagrożeniom. Jeśli spojrzeć w tej perspektywie na prace polskiego Sztabu Głównego w latach poprzedzających wojnę, to muszą rodzić się istotne wątpliwości. W stosunku do Niemiec, przejawiających permanentną wrogość i wolę działań ofensywnych na kierunkach: Prus Wschodnich, niemieckiej części Górnego Śląska i Śląska Opolskiego oraz na niemieckie Pomorze Szczecińskie. Trzy warianty obejmowały albo łączne działanie na wszystkich kierunkach, albo początkowo akcję przeciw Prusom Wsch. i Śląskowi, a później przeciw Pomorzu, i wreszcie działanie tylko przeciw Prusom Wsch. Przygotowane zostały także "trzy studia o zamierzeniach skromniejszych": plan BAŁTYK, którego celem było poszerzenie dostępu do morza na obszarze Pomorza niemieckiego, plan PRUSY WSCHODNIE, który zakładał opanowanie Gdańska, ujścia Wisły i zachodniej części Prus Wsch., wreszcie plan ŚLĄSK, którego celem było przejęcie obszaru przemysłowego w niemieckiej części Górnego Śląska. Wspólnym założeniem wszystkich tych opracowań było skoordynowanie ich z ofensywą francuską na froncie zachodnim, a także przyjęcie, iż Niemcy nie będą w żadnym razie zdolne do działań zaczepnych. Wynikało to z faktu, iż na Niemcach ciążyły ograniczenia będące następstwem postanowień wersalskich.

Przyjmując zatem, że Niemcy nie będą zdolne do wojny ofensywnej przeciw Polsce, nie prowadzono po naszej stronie żadnych przygotowań o charakterze obronnym. Dowodzi to skądinąd jak silna była wiara w to, że Niemcy będą przestrzegać owych ograniczeń. Nie skłaniały do takich przygotowań nawet rozpoznawane, różnorodne formy omijania tych traktatowych ograniczeń, w szczególności poprzez doskonalenie systemu mobilizacyjnego oraz ukrytych form szkolenia wojskowego, czy wreszcie rozwijanie - we współpracy ze Związkiem Sowieckim - broni pancernej i lotnictwa.

Trzeba tu zwrócić uwagę, że po wojnie słusznie podkreślano, iż polski potencjał gospodarczy w porównaniu z Niemcami był bardzo mały i, mimo olbrzymich nakładów na potrzeby wojskowe z budżetu państwa *[W ciągu ostatnich lat przedwojennych Polska przeznaczała na swe potrzeby wojskowe gigantyczne kwoty, sięgające nawet 50% wydatków budżetowych. Mimo tego olbrzymiego wysiłku, nie mogła sprostać dynamice zbrojeń niemieckich i sowieckich.], uniemożliwiał sprostanie ówczesnemu "wyścigowi zbrojeń". To fakt poza dyskusją. Czy jednak usprawiedliwia, czy może obciąża, jeśli zważyć, iż przy pełnej tego świadomości już ówcześnie, zaniedbano prace planistyczne w latach trzydziestych?

Polskie kierownictwo państwowe na początku lat trzydziestych założyło, że kraj nasz będzie musiał w pierwszej kolejności stawić czoła agresji sowieckiej. Był to błąd, ale sądzę, iż podnoszenie tego do rangi "grzechu głównego", co z uporem godnym lepszej sprawy czyniła historiografia PRL-owska, jest zupełnie bezzasadne. Po upływie pierwszych miesięcy rządów Hitlera, co najmniej aż po schyłek 1938 roku, to właśnie Związek Sowiecki mógł być uważany za źródło głównego zagrożenia Rzeczypospolitej. To stalinowska Rosja reprezentowała agresywną ideologię walki o "wyzwolenie światowego proletariatu", forsowała niezwykły na owe czasy program zbrojeń, nie ukrywała też kompleksu i chęci rewanżu za 1920 rok. Pakt Ribbentrop-Mołotov i agresja z 17 września dowodzą tego, iż zagrożenie to nie było zatem tylko hipotetyczne.

Z tego więc punktu widzenia, próba dyskwalifikowania podjętych przez Sztab Główny prac planistycznych na wypadek wojny ze Związkiem Sowieckim, co było podstawowym zajęciem tej komórki w okresie od 1936 roku, przynajmniej do końca lutego 1939 roku, jest po prostu nieuczciwa. Twierdzenie to jednak nie może jednocześnie usprawiedliwiać zupełnego poniechania w tym czasie niemal wszystkich prac na odcinku niemieckim. W moim przekonaniu bowiem czynnikiem, który w olbrzymim stopniu determinował przebieg działań wojennych we wrześniu 1939 roku, był fakt kompletnego rozkładu aparatu państwowego i związana z tym zupełna dezorganizacja zaplecza walczących wojsk polskich. Destrukcja systemu łączności, słabość aparatu komunikacyjnego, niewydolność zaopatrzenia, brak elementarnego zabezpieczenia porządku publicznego (zwłaszcza na szlakach komunikacyjnych) przez policję, bezładna, a często i paniczna ewakuacja czy wręcz ucieczka urzędów administracji rządowej i samorządowej, to najpoważniejsze przejawy owego rozkładu aparatu państwowego. To wszystko składa się właśnie na ów czynnik, który miał na przebieg działań wojennych we wrześniu 1939 roku wpływ porównywalny, w mojej ocenie, z niemiecką przewagą w broni pancernej czy lotnictwie.

Fundamentalny zaś wpływ na tę sytuację miało zupełne zaniechanie przygotowań na wypadek wojny z Niemcami. To właśnie na tym polu - dowodzi tego przebieg kampanii wrześniowej - porażka przekształciła się w klęskę. A przecież to w tych obszarach, wykorzystując własne terytorium, można było niwelować przewagę w nowoczesnym uzbrojeniu, której w żadnej mierze zniwelować nie mogła wątła, w porównaniu z niemiecką, polska gospodarka.

Warto na tym miejscu przypomnieć, jak podczas bitwy pod Marną w 1914 roku Francuzi wykorzystali paryskie taksówki do przerzucenia swych wojsk i dzięki temu niekonwencjonalnemu manewrowi i szybkości jego wykonania, osiągnęli sukces. Tymczasem strona polska nie była we wrześniu zdolna nie tylko do działań niekonwencjonalnych we wskazanych obszarach. Nie była w stanie podjąć nawet działań zabezpieczających elementarne potrzeby walczących z determinacją wojsk.

To na tej płaszczyźnie brak planu wojny okazał się rozstrzygający. Jest oczywiste, że plany ściśle operacyjne nigdy nie mogą być przygotowywane z nadmiernym wyprzedzeniem, są one bowiem zawsze uwarunkowane choćby rozpoznawanym, a zmiennym przecież ustawieniem przeciwnika. Dla odmiany plany funkcjonowania zaplecza nie tylko mogą, ale wręcz muszą być opracowane z bardzo dużym wyprzedzeniem. Ich brak w kampaniach ofensywnych może być na różne sposoby niwelowany. W kampaniach defensywnych, zwłaszcza z silniejszym przeciwnikiem, musi skrajnie zmniejszać własne możliwości.

Tak zatem dla oceny polskiego kierownictwa państwowego w 1939 roku fakt nieprzygotowania tej sfery funkcjonowania kraju na wypadek wojny ma znaczenie zasadnicze. Tym bardziej, że w interesującym nas okresie podobne prace były prowadzone z myślą o konflikcie ze Związkiem Sowieckim. Jeśli więc możemy mówić o nieprzygotowaniu do wojny z Niemcami, o tym, że decydowano się na nią w warunkach zupełnie improwizowanych, to właśnie na wskazany wyżej obszar trzeba zwrócić uwagę w pierwszym rzędzie.

Na przełomie 1935 i 1936 roku podjęte zostały w Sztabie Głównym prace, których celem było przeanalizowanie możliwych wariantów obrony państwa na wypadek agresji niemieckiej *[W niniejszych rozważaniach pomijam tu problem planu tzw. wojny prewencyjnej, czyli projektu Piłsudskiego, którego celem było uderzenie na Niemcy zanim osiągną one niebezpieczny i dla Polski, i dla Zachodu poziom rozwoju sił zbrojnych. Plan ten bowiem był, jak się zdaje, bardziej ideą polityczną niż operacyjną. Głosy kwestionujące ten projekt, opierające się właśnie na braku planów opracowywanych przez polski Sztab Główny, nie znajdują tu krytyki. Dla przeprowadzenia wojny prewencyjnej w zupełności wystarczające były wspomniane wyżej opracowania z lat dwudziestych, nie było zatem specjalnej potrzeby przygotowywania nowych.]. Dokument ten pod nazwą "Studium Niemcy", zachowany we fragmentach, ma podwójne znaczenie. Po pierwsze dlatego, że w przeciwieństwie do opracowań i planów z początków lat dwudziestych nie miał on charakteru ofensywnego. Zawarte w nim rozważania skoncentrowane są na analizie prowadzenia działań obronnych wobec możliwych przedsięwzięć agresywnych ze strony niemieckiej. Pokazują zatem pewien sposób rozumowania polskich sztabowców na tym etapie, co może być pomocne w spojrzeniu na prace podjęte w 1939 roku. Po drugie dlatego, że choć sytuacja wyjściowa wskutek upadku Czechosłowacji w marcu 1939 roku była zupełnie inna niż na przełomie 1935 i 1936 roku, to widać jednak wyraźnie pewne kalkulacje i rozwiązania, które wykorzystano w pracach późniejszych.

Zasadniczą różnicą było przyjęcie w 1936 roku założenia, iż ciężar głównego zagrożenia skoncentrowany będzie w północnej części frontu - a więc na Pomorzu i w Prusach Wsch. Tymczasem, skutkiem zajęcia Czechosłowacji, ciężar frontu przesunął się na południe, na Śląsk.

Dostrzegając słabość pozycji obronnych autorzy Studium wskazywali, iż dążeniem niemieckim będzie zamknięcie wojskom polskim możliwości schronienia się za linię Wisły i podejmowania stamtąd ewentualnych działań zaczepnych. Wskazywano też, "że siłą położenia jest obszar kujawsko-wielkopolski, dzielący zasadniczo zgrupowanie niemieckie", co stwarzało szansę na osłabienie presji przeciwnika z Pomorza, jak i - zwłaszcza - ze Śląska. Fundamentalnym ograniczeniem w prowadzeniu przez stronę polską działań po zachodniej stronie Wisły było istnienie w centralnej części kraju tylko dwóch przepraw kolejowych przez rzekę - w Warszawie i w Dęblinie. Co ważne, do 1939 roku stan w tym względzie się nie poprawił. Utrudniało to skrajnie przerzut sformowanych we wschodniej i centralnej części Polski wojsk, jak również dostarczanie zaopatrzenia jednostkom walczącym na zachodnim brzegu Wisły.

Polscy sztabowcy spodziewali się zatem głównego uderzenia z Prus Wschodnich na Warszawę w celu wyizolowania jej jako centrum politycznego kraju, ale jednocześnie kluczowego ośrodka komunikacyjnego dla całego obszaru państwa. Przewidywano dalej, że wraz z uderzeniami z Pomorza i Śląska stworzy to możliwość zamknięcia kleszczy okrążenia na tyłach wojsk polskich pomiędzy Warszawą a Łodzią. Przewidywano też atak na Górny Śląsk w celu odcięcia go od reszty kraju i uniemożliwienia zasilania przezeń polskiej gospodarki, zwłaszcza zaś zaspokajania potrzeb wojennych kraju i walczącego wojska.

W rozdziale czwartym sformułowane zostały uwagi co do możliwych działań polskich. Znalazły się tam bardzo ważne spostrzeżenia. Wskazywano, że "ostatecznym celem działań polskich wspólnie z Francją będzie ofensywa dla zniszczenia Niemiec. Musiałaby ona doprowadzić do zajęcia Berlina i mogłaby być prowadzona tylko równocześnie z decydującą ofensywą Francji". Powodzenie tego planu warunkowane było zdolnością do podtrzymania rozdziału sił niemieckich na wysokości klina wielkopolskiego, zdolnością do uderzenia na Prusy Wschodnie nawet "przez uprzedzenie ich [tj. Niemców] ofensywy", wstrzymania sił niemieckich działających z Dolnego Śląska oraz zdolnością do utrzymania Górnego Śląska.

Jak już wskazywałem, rozbicie Czechosłowacji przez Niemców nie tylko fatalnie pogorszyło i tak skrajnie trudne do obrony położenie. Pozwoliło też znacząco zwiększyć siłę armii niemieckiej, zwłaszcza zaś jej jednostki szybkie oraz artylerię. Czyniło to pozycję Polski w spodziewanym już wtedy konflikcie bez porównania trudniejszą niż w początkach 1936 roku. Warto jednak powtórzyć, iż bardzo źle się stało, że zapoczątkowane powyższym studium prace nad możliwościami odparcia zagrożenia niemieckiego zostały zaniechane.

Tymczasem jednak, w związku z kryzysem monachijskim, latem 1938 roku szef Sztabu Głównego gen. Stachiewicz polecił referatowi .Zachód" w Oddziale III "przestudiować na nowo i opracować aktualną ocenę niemieckich sił zbrojnych". Autorzy londyńskiego opracowania poświęconego kampanii wrześniowej uznali to działanie "jako wstępną pracę do planu zachodniego". Wydaje się jednak, że prace te, choć, co oczywiste, w dalszych przygotowaniach zostały wykorzystane, nie były z pewnością wstępem do prac nad takim planem, a interpretacja powyższa skonstruowana została ex post. Nic nie wskazuje na to, iż pracom tym przyświecała idea przygotowywania się na wypadek wojny z Niemcami.

Prace nad planem prowadzenia działań wojennych przeciw Niemcom w 1939 roku rozpoczęto prawdopodobnie na przełomie lutego i marca, choć i w tym wypadku autorzy Polskich Sił Zbrojnych wskazują, że "późną jesienią 1938 roku prace nad planem operacyjnym "Z" zostały podjęte na nowo przy uwzględnieniu nowej sytuacji" .

Natomiast w drugiej połowie lutego 1939 roku. Generalny Inspektor Sił Zbrojnych podał szefowi Sztabu do rozpracowania zasadnicze wytyczne dotyczące planu operacyjnego, które uwzględniały różne warianty rozmieszczenia sił własnych. W związku z tym 4 marca odbyła się odprawa w Sztabie Głównym, podczas której gen. Stachiewicz poinformował o rozpoczęciu prac na tym odcinku, a jednocześnie powołał trzy grupy robocze: pierwszą, zajmującą się zagadnieniami mobilizacyjnymi zaplecza cywilnego, kierował gen. T. Malinowski, drugą, zajmującą się problematyką operacyjną, kierował płk J. Jaklicz, a współpracowali z nim płk S. Kopański i ppłk A. Marecki, oraz trzecią, zajmującą się sprawami mobilizacyjnymi armii i kwatermistrzowskimi, którą kierował płk J. Wiatr.

Wskazane wyżej niejasności dotyczące prac podjętych latem i jesienią 1938 roku powodują, iż użyłem określenia "prawdopodobnie" w odniesieniu do działań rozpoczętych na przełomie lutego i marca. Problem tkwi w tym, że generalnie przyjmuje się jako powód zapoczątkowania tych prac treść rozmowy, jaką w dniu 21 marca odbyli w Berlinie min. Ribbentrop i amb. Lipski. Tych kilka tygodni różnicy nie jest, jakby się mogło wydawać, sprawą bez znaczenia. Do kwestii tej za chwilę powrócę. Na tym miejscu konieczne wydaje się bowiem poczynienie jeszcze jednej uwagi o charakterze generalnym. Mówiąc o pracach polskiego sztabu głównego i ich efektach, używając określenia "plan wojny", popełniamy pewną zasadniczą pomyłkę. Trzeba mieć świadomość, że nic takiego jak plan wojny, w rozumieniu wojskowym tego terminu, po prostu nie powstało, działania zaś podejmowane we wrześniu 1939 roku przez stronę polską miały charakter w pełni improwizowany niemal w każdym wymiarze.

W niezwykłe cennym, powojennym opracowaniu dotyczącym interesującej nas kwestii, wykonanym bardzo rzetelnie dla Biura Historycznego Sztabu Głównego w Londynie przez mjr. E. Migulę, znajdujemy bardzo interesujące uwagi: "Sam plan, który był podstawą kampanii wrześniowej, nastręcza duże trudności w odtworzeniu go, bowiem różni się od tego co normalnie rozumiemy przez pojęcie planu. Został on mianowicie przygotowany w ostatecznej formie, równocześnie opracowany i wykonywany, narastając i przekształcając się częściowo przed i w samej kampanii. Nie ma on formy wykończonego elaboratu sztabowego, rozbudowanego systematycznie przez dłuższy okres czasu przed wykonaniem, w którym siłą rzeczy zawarta byłaby całość zagadnienia. Takiego opracowanego planu wojny "Zachód" według wszelkich danych nie było. Według przyjętych poglądów, plan taki, zawierający we wstępie opis zasadniczych elementów położenia polityczno-wojskowego, ocenę tego położenia, winien był sformułować zasadniczy cel, który zamierzano osiągnąć i sam sposób przeprowadzenia działań. [Na tej podstawie powinny powstać] opracowania obejmujące: + przygotowania, które musiały być wykonane konkretnie od razu, + gotowe na papierze w sztabie i u wykonawcy, + nastawienie myślowe czyli pomysły, których realizacja byłaby uwarunkowana zależnie od narastającego położenia. Tak przyjęty plan w technicznym opracowaniu wymagający zazwyczaj długich lat pracy na wszystkich szczeblach hierarchii wojskowej i państwowej, różni się wyraźnie od pomysłu ." [podkreślenia moje - G.G.]

I dalej: "Nie wykorzystane od razu części planu zostają wpisane i podane do wiadomości tym wszystkim spośród wykonawców, którzy z racji swego udziału w realizacji muszą być zabezpieczeni przed wszelkiego rodzaju niespodziankami. Nie jest zatem istotą planu tylko przewidywanie nawet, jeśli jest oparte na trzeźwym rachunku. Tych samych cech można żądać i od pomysłu. Istotą planu jest opracowanie na zapas tego wszystkiego, co tylko da się wykonać, a następnie stałe jego sprawdzanie i kontrolowanie. Tak pojęty plan może być wykonywany nawet gdyby autorzy, bez wzglądu na stanowisko śmiertelni, nie mogli wziąć udziału w jego realizacji. W tym świetle brak spisanych istotnych elementów naszego planu wojny z 1939 roku uzależniał całe kierownictwo działaniami od kilku osób, a może nawet tylko jednej osoby Naczelnego Wodza, co pomijając wszelkie inne wzglądy (...) uzależniało los wojny i narodu od jednej lub kilku osób. Gdyby ich zabrakło, pozostawałyby tylko domysły." [podkreślenie moje - G.G.]

Myślę, że te dwa dłuższe cytaty oddają istotę problemu. Skupiają się w nich jak w soczewce wszystkie zasadnicze problemy, jakie towarzyszyły przygotowaniom do wojny po stronie polskiej. Tu jeszcze jedna uwaga.

Polski sztab nie zdołał wypracować solidnego planu obrony w ciągu przynajmniej siedmiu miesięcy intensywnych prac. W tym czasie, w o połowę krótszym okresie, Niemcy przygotowali kompletny plan ataku na Polskę.

Wróćmy w tym momencie do kwestii niejasnej i, jak się zdaje, dość zasadniczej. Wskazywałem, że w ślad za wspomnieniami szefa Sztabu Głównego początki prac planistycznych w tej komórce na odcinku niemieckim wiązane są z następstwami zajęcia przez Niemców Pragi, a w ślad za tym rozmową odbytą przez ministra von Ribbentropa z amb. Lipskim w dn. 21 marca 1939 roku. W efekcie nastąpić miały zarządzenia mobilizacyjne i podjęte zostały prace sztabowe. Dlaczego jednak we wspomnieniach Stachiewicza i gen. Kopańskiego czy nieopublikowanej relacji ppłka Jareckiego z 1942 roku nie zostały wspomniane bliższe szczegóły dotyczące podjętych wcześniej prac?

Gen. Stachiewicz wspomina, że "w trakcie opracowywania przez sztab wytycznych generalnego inspektora sił zbrojnych z lutego nastąpiło zajęcie Czechosłowacji (15 III), postawienie przez Niemców znanych żądań Polsce (21 III) oraz operacja niemiecka na Bałtyku, połączona z zajęciem Kłajpedy (23 III), a grożąca równoczesnym zamachem na Gdańsk. Wypadki te z jednej strony zmieniały w znacznym stopniu założenia, na których oparł generalny inspektor swe wytyczne z lutego, Z drugiej zaś zmuszały, z powodu bezpośredniego zagrożenia, do przyjęcia z miejsca gwałtownego tempa w konkretnych pracach i przygotowaniach wojennych tak sztabu jak i inspektorów armii" [podkreślenie moje - G.G.]. Czy doprawdy zajęcie Czech czy Kłajpedy było tak ważnym wydarzeniem, że musiało w "znacznym stopniu" zmieniać wcześniejsze założenia? Były to bez wątpienia niezmiernie ważne fakty polityczne, ale z punktu widzenia wojskowego położenia Polski wobec Niemiec, wskazane wydarzenia żadnych, podkreślam to z całą mocą, żadnych zmian nie wnosiły. Jeśli w położeniu tym zaszły istotne zmiany, to stało się to niewątpliwie po Monachium i po zajęciu przez Niemców sudeckiej części Czech i przejęciu ich potencjału wojskowego. Ale wtedy żadne "znaczne zmiany" założeń, w, nieznanych zresztą, pracach sztabu nie nastąpiły.

Trzeba tu wskazać na jeszcze jeden, istotny w moim przekonaniu, element. Z całą pewnością do początków marca, a może aż do kwietnia 1939 roku, główne prace komórek sztabowych skoncentrowane były na wykańczaniu planu "W", czyli planu obrony przed agresją sowiecką. Stąd komórki sztabowe, rozpracowujące szczegółowe zagadnienia dotyczące planu "Z", mogły przystąpić w pełni do pracy w tym zakresie zapewne dopiero w początkach kwietnia 1939 roku.

Jak zatem rozstrzygnąć te niejasności i kiedy rozpoczęto prace nad planem obrony przeciw Niemcom? Dlaczego tak silnie utkwił w pamięci relacjonujących przełom związany z wkroczeniem Niemców do Pragi i rozmową Ribbentropa z Lipskim? Dlaczego nie wiemy kompletnie nic o pracach wcześniejszych - jakie były ich założenia i cele? Z przełomu 1938 i 1939 roku zachowała się duża cześć dokumentacji b. Sztabu Głównego, m.in. podstawowe dokumenty dotyczące planu "W", ale nie ma niemal żadnych dokumentów dotyczących prac na odcinku zachodnim. Z czym wiązać fakt wydania w drugiej połowie lutego 1939 roku przez marsz. Śmigłego wytycznych do planu "Z". Jeśli było to następstwem wizyty, jaką w końcu stycznia 1939 roku złożył w Warszawie min. von Ribbentrop, to dlaczego tak ważne i znaczące wydarzenie jak zapoczątkowanie w związku z tym prac nad planem obrony nie zostało wyartykułowane z całą mocą przez wszystkich wspominających interesujący nas problem? Przecież świadczyłoby to bardzo dobrze o zdolności przewidywania ówczesnych decydentów cywilnych i wojskowych. Jednak żaden z nich nie podkreślał później tego faktu. Co więcej, wszyscy jakby solidarnie zapomnieli, czym zajmowali się przed wkroczeniem Niemców do Pragi, choć wydaje się logiczne, że powinni to właśnie wyraźnie eksponować.

Chciałbym tu zwrócić uwagę na pewien bardzo, moim zdaniem interesujący, dokument. W Instytucie Sikorskiego zachowały się notatki jednego z głównych autorów podstawowych założeń operacyjnych planu "Z", ppłka A. Mareckiego. Rozpoczyna on swe notatki zapisem z dnia 6 marca, ale tak naprawdę wykazuje on intensywne prace sztabowe od 21 marca. Pod datą 6 marca znajdujemy zapisy informujące o istnieniu wariantu I i II, pod datą 14 marca pojawia się zapis o zmodyfikowanych wariantach I i II oraz o wariancie III, zaś 22 marca znajdujemy zapis pt. "Projekty zadań dla Armii" oraz wariant IIIa. Czy można więc przyjąć, iż przez ponad miesiąc (od drugiej połowy lutego do 21 marca), w obliczu zagrożenia wojennego, prace kluczowej komórki sztabowej polegały jedynie na obmyślaniu wariantów ustawienia wielkich jednostek w ramach armii, które nie zostały jeszcze powołane? A później z dnia na dzień pojawił się wariant ostateczny i zadania dla armii, a tempo z ospałego przeistoczyło się w ekspresowe. Co więcej, trudno uwierzyć w to, że informacje o rozmowie berlińskiej dotarły do Warszawy tak szybko i tak szybko zostały przetworzone na decyzje władz państwowych, że jeszcze tego samego dnia i następnego przygotowano zmienione "w znacznym stopniu" założenia planu, a co więcej zarządzono i rozpoczęto mobilizację alarmową.

Powraca jednak znowu pytanie - dlaczego skoro prace sztabowe były prowadzone wcześniej, najważniejsze zaangażowane w nie osoby nie ujawniły ich treści i przebiegu i uparcie twierdziły, iż tak naprawdę zasadnicze prace rozpoczęto po 21 marca? Jaki charakter miały działania sztabu przed 21 marca i dlaczego nie pozostał po nich niemal żaden ślad, a spowija je swoista zasłona milczenia? Czy w końcu wierzyć mamy w to, że przynajmniej przez kilka tygodni grupa najważniejszych oficerów operacyjnych polskiego Sztabu Głównego, w sytuacji zagrożenia wojennego, zajmowała się rozważaniem tego, czy dywizje piechoty z Kowla bądź Stanisławowa ustawić pod Mławą czy pod Rawiczem?

Jest wreszcie ciekawe to, że nie wiemy właściwie nic na temat tego, jaka koncepcja marsz. Rydza-Śmigłego stanowiła podstawę prac prowadzonych w obydwu okresach, tak wyraźnie określonych przez gen. Stachiewicza. Co do pierwszego okresu, a więc do 21 marca, jak już to wskazałem, nie dysponujemy właściwie żadnymi danymi. Co do okresu późniejszego, także zdani jesteśmy jednak na domysły. Zarys owego konceptu odczytać możemy w zachowanych, wspomnianych wytycznych dla armii, powstałych w dniach 21-23 marca oraz w wytycznych dla gen. Kasprzyckiego z początków maja. Minister Spraw Wojskowych, gen. T. Kasprzycki, udając się na czele delegacji sztabowej na rozmowy z francuskim dowództwem wojskowym, otrzymał instrukcje marsz. Śmigłego, ujawniające Francuzom zarys jego koncepcji wojennej. Można się domyślać, że wytyczne te były zasadniczo odmienne od lutowych dyspozycji przekazanych gen. Stachiewiczowi, skoro ten podkreślał, iż po 21 marca zmieniły się one w "znacznym stopniu". Jest charakterystyczne, że w wytycznych majowych marsz. Śmigły podkreślał ze szczególną mocą, iż jego plan ma charakter defensywny. Czyżby sądził, że Francuzi oczekiwali zaatakowania Polski przez Niemców? A skąd pewność, że Hitler chce zaatakować właśnie Polskę jako pierwszą i to w sytuacji, gdy sztab niemiecki - jak to wskazałem - w tym momencie nie prowadził jeszcze prac nad uderzeniem na nasz kraj? Tymczasem generalny inspektor już wiedział, że plan będzie defensywny. A może chciał zdezawuować, obowiązujące w tym momencie strony rozmów paryskich, ustalenia, w myśl których Polska miała atakować Niemcy, gdy te uderzą na Francję? To oczywisty absurd.

A może marsz. Śmigły chciał podkreślić istotną zmianę kierunku prac polskiego sztabu i to bardziej wobec polskich odbiorców jego dyspozycji niż wobec Francuzów? Może właśnie dlatego to podkreślenie tak mocno utkwiło w pamięci osób relacjonujących tamtą odprawę dla ekipy gen. Kasprzyckiego. Bo być może do tej pory opracowywano założenia operacyjne planu, który nie miał mieć charakteru defensywnego? Czy nie stoimy tu u źródeł zrozumienia tych wszystkich niejasności?

Chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden, jak sądzę znamienny, fakt. Powszechna opinia w Polsce roku 1939 głosiła pełne przekonanie, iż jeśli dojdzie do wojny z Niemcami, to zakończy się ona bardzo szybko wkroczeniem wojsk polskich do... Berlina. Działo się tak nie tylko na poziomie, stymulowanej skuteczną skądinąd propagandą obozu rządzącego, opinii tzw. przeciętnego obywatela. Niemal każdy polski wojskowy miał głębokie przekonanie, iż ta wojna zakończy się właśnie w Berlinie. Polscy żołnierze i polscy sztabowcy w grach wojennych i hipotetycznych planach przez całe lata ćwiczyli zapamiętale warianty ofensywne. Taka też była polska doktryna wojenna. Zakładała ona tylko obronę wymuszoną, zawsze z celem jak najszybszego przejścia do kontrnatarcia.

Przez cały okres międzywojenny, jak już wskazywałem, w odniesieniu do Niemiec obowiązywały koncepcje działań o wyłącznie ofensywnym charakterze. Obrony, poza ogólnym Studium NIEMCY, po prostu nie przewidywano. Zresztą nawet we wspomnianym Studium jako ostateczny cel wskazywano szybkie przejście od ewentualnej obrony do ataku, celem zniszczenia Niemiec.

Może zatem, mając powyższe na uwadze, uprawnione jest twierdzenie, że do 21 marca w polskim sztabie rozpracowywano jakiś zmodernizowany wariant wyprzedzającej akcji o charakterze zbliżonym do tzw. wojny prewencyjnej, którą w swoim czasie lansował marsz. Piłsudski? Przyjęcie tej tezy tłumaczyłoby wszystkie zawiłości, dotyczące interesującej nas kwestii, w pracach polskiego sztabu do owego 21 marca i rozstrzygałoby istniejące wątpliwości.

Nie jest moim celem charakteryzowanie dalszych, trwających aż do dnia wybuchu wojny rzeczywiście intensywnych prac planistycznych polskiego sztabu. Chciałbym natomiast zatrzymać się nad kwestiami zasadniczymi, które opracowywane z dużym wysiłkiem założenia operacyjne czyniły bezwartościowymi już w momencie ich powstania.

Kwestią podstawową jest oczywiście przyjęcie założenia, iż polski wysiłek obronny zostanie wsparty poczynaniami sojuszniczych armii: francuskiej i angielskiej i konstruowaniem ustawienia obronnego pod przyszłe współdziałanie z nimi. O tym, że takie założenie zostało przyjęte, świadczą relacje i wspomnienia czołowych postaci polskiego życia politycznego oraz wojskowego, na czele z cytowanym wielokrotnie szefem Sztabu Głównego gen. Stachiewiczem, podkreślającym przeświadczenie o rozstrzygającym znaczeniu działania na Zachodzie.

Tu zatem pojawia się nowy problem. Rozmowy sztabowe polsko-francuskie były prowadzone w Paryżu w dniach 14-19 maja, zaś polsko-angielskie w Warszawie w dniach 23-30 maja. Jest zatem oczywiste, że nawet zmodyfikowane po 21 marca założenia operacyjne sformułowane przez Generalnego Inspektora musiały być w tym kontekście czystą hipotezą. Obowiązujące bowiem dotąd konwencje polsko-francuskie w nowych warunkach były zupełnie nieaktualne, z Anglią zaś żadnych porozumień nie było.

Czy zatem marsz. Śmigły, prezentując swą wizję obrony Polski w końcu marca 1939 roku, opierał ją wyłącznie na samodzielnym polskim wysiłku, czy uwzględniał już jakieś wsparcie sojusznicze? Czy zaproponowane i dyskutowane do końca maja z dowódcami armii założenia obronne były skonstruowane pod kątem współdziałania z aliantami?

Skądinąd wiadomo, iż po wzmiankowanych rozmowach sztabowych polskie przygotowania operacyjne przebiegały praktycznie bez żadnych zmian. Wskazywałoby to zatem, że albo jeszcze przed tymi rozmowami zakładano już określone zachowanie wojsk sojuszniczych, albo polskie ustawienie obronne i założenia walki z Niemcami abstrahowały zupełnie od możliwej współpracy z sojusznikami.

Jest to o tyle ciekawe, że rozmowy te z punktu widzenia polskich oczekiwań zakończyły się albo kompletnym fiaskiem, jak w przypadku Anglików, albo bardzo połowicznym sukcesem, jak z Francuzami, z którego niekoniecznie wiele musiało wynikać (o czym za chwilę).

Należy zatem przyjąć, iż dopiero ex post stworzono presję na uznanie, iż cały plan skonstruowany był głównie z myślą o wytrwaniu niemieckiego naporu do momentu, w którym nastąpi uderzenie aliantów na Zachodzie. W rzeczywistości nic takiego nie miało jednak miejsca, a powyższe twierdzenie dopiero później uznano za zasadnicze.

Dotykamy tu kolejnego problemu. Wedle zgodnych, powojennych opinii, polscy sztabowcy mieli pełną świadomość niemożności skutecznego, samodzielnego przeciwstawienia się atakowi niemieckiemu. Stąd szukano współdziałania z aliantami i pod tym kątem konstruowano plany obrony tak, aby przetrwać pierwsze tygodnie wojny. Dopiero bowiem po upływie około trzech tygodni można było liczyć na działanie aliantów na taką skalę, która pozwoliłaby istotnie odciążyć stronę polską.

Ten logiczny wywód nie ma niestety żadnego oparcia w rzeczywistych wydarzeniach ostatniego półrocza przed wybuchem wojny. Ani bowiem koła wojskowe, ani kierownictwo państwowe nie dołożyły należytych starań, aby doprowadzić do podpisania dokumentów, które formalnie obligowałyby sojuszników do czynnego wykonania przyjętych zobowiązań. Stąd założenia obrony, skonstruowane rzekomo z uwzględnieniem spodziewanego współdziałania sojuszników, musiały być czystą iluzją, choć, jak wskazują fakty, nie na nich się opierano przygotowując plany działania. Przeciwnie, przygotowane plany odparcia agresji były oderwane od ewentualnego wsparcia sojuszników, a z tego punktu widzenia były skazane na niepowodzenie.

Szczególne znaczenie miały tu oczywiście rozmowy paryskie. Było bowiem jasne, że realne wsparcie polskiego wysiłku obronnego nastąpić może tylko ze strony Francji, dysponującej potężnymi siłami lądowymi. Z tego punktu widzenia Anglia pozostawała sojusznikiem raczej symbolicznym i uwidoczniło się to z całą ostrością podczas toczonych w Warszawie rozmów z obydwoma misjami brytyjskimi *[Misja z gen. Claytonem na czele przebywała w Warszawie, o czym wspominałem, w maju, misja zaś z gen. Ironside'em w dniach 17-21 lipca.].

Przebieg rozmów paryskich, a zwłaszcza ich atmosfera, nie mogły w moim przekonaniu uważnemu uczestnikowi pozostawiać wątpliwości co do rzeczywistego nastawienia strony francuskiej do współpracy z armią polską. W szczególności postawa głównego francuskiego rozmówcy, gen. Gamelain, była wyraźnym świadectwem niechęci do czynnego współdziałania ze stroną polską. Efektem tych rozmów było podpisanie konwencji wojskowej polsko-francuskiej, którą potraktowano w Warszawie jako wielki sukces. Stało się tak, bowiem otrzymana została zgoda na traktowanie niemieckiej akcji wobec Gdańska jako faktu o charakterze casus foederis. Oznaczało to, iż w konwencji tej Francuzi przyjmowali stanowisko strony polskiej, w myśl którego każde niemieckie działanie zmieniające przemocą status Wolnego Miasta Gdańska, miało być traktowane tak jak agresja bezpośrednio na Polskę.

Był to bez wątpienia negocjacyjny sukces, tym bardziej że przyjęcie takiego stanowiska przez Francję musiało oznaczać jego automatyczną akceptację przez Brytyjczyków. Być może to osiągnięcie ucieszyło polskich decydentów do tego stopnia, że zapomnieli dopilnować kwestii podstawowej. Warunkiem bowiem tego, by postanowienia konwencji mogły mieć skutek realny, czyli w istocie obligować armię francuską do działania przeciw Niemcom, było podpisanie specjalnego porozumienia politycznego przez rządy polski i francuski. I protokół taki został podpisany, tyle tylko że stało się to... 4 września. Pojawiają się tu zatem dwie, zupełnie zasadnicze kwestie.

Po pierwsze, nasuwa się pytanie, czym zajmowała się przez trzy miesiące polska dyplomacja, która nie doprowadziła do sfinalizowania tej, podstawowej - w aspekcie wojny, do której się przygotowywano - kwestii. Dlaczego min. Beck, w sytuacji gdy znany był z paryskich rozmów sceptycyzm francuskich wojskowych do akcji wspierającej Polskę, nie uczynił praktycznie nic, by sprawę doprowadzić do końca? Czyżby uważał, że konkretne porozumienia są mniej wartościowe niż spis intencji, których wyrazem była konwencja paryska?

I kwestia druga. Czy wobec powyższego stanu faktycznego uprawnione było po stronie polskiej oczekiwanie na francuskie współdziałanie. Wydaje się, że taka postawa, jeśli występowała, to graniczyłaby po prostu z naiwnością. Przede wszystkim dlatego, że rozmowy paryskie ustaliły jedynie ramowe zasady francuskiego działania. Najważniejszym, z punktu widzenia polskich potrzeb obronnych, ustaleniem było przyjęcie, iż działania zaczepne głównych sił francuskiej armii lądowej przeciw Niemcom rozpoczną się w piętnastym dniu od daty ogłoszenia mobilizacji powszechnej. Zgoda na uzależnienie akcji ofensywnej na froncie zachodnim od czynnika, na który strona polska nie miała żadnego wpływu i którego żadną miarą nawet w przybliżeniu nie można było określić, a takim czynnikiem był moment ogłoszenia mobilizacji powszechnej, była wyrazem wielkiej nieroztropności. Tym bardziej, że nie było żadnych uzgodnień co do tego, iż ewentualny wybuch wojny polsko-niemieckiej musiał skutkować automatycznie stanem wojny pomiędzy Niemcami a Francją, co mogłoby też ewentualnie spowodować szybko ogłoszoną mobilizację powszechną.

A zatem na podstawie tak skonstruowanego zapisu, nawet gdyby został on odpowiednio wcześnie sformalizowany, strona polska nie mogła planować, z minimalną choćby gwarancją pewności, jakiegokolwiek, hipotetycznego momentu rozpoczęcia akcji francuskiej.

Ani zatem na etapie planowania działań obronnych, ani w momencie wybuchu konfliktu, polski Sztab Główny nie miał żadnych podstaw do tego, by oczekiwać, że w konkretnym momencie spodziewanego konfliktu nastąpi odciążenie na froncie zachodnim. Co więcej, podczas rozmów paryskich poprzestano jedynie na bardzo ogólnikowych uzgodnieniach ewentualnego współdziałania. Zastanawiać zatem musi, że polskie dowództwo wojskowe, znając niechętne nastawienie Francuzów do akcji zaczepnej wspierającej front polski, nie spróbowało w ciągu kolejnych trzech miesięcy podjąć działań, które doprowadziłyby do uzgodnienia precyzyjnych zasad współpracy z armią francuską. Czy można wnosić z tego, że takie uzgodnienie uważali oni za zbędne?

Powyższe konstatacje dowodzą jednak z całą mocą, że polski plan obronny przygotowany z myślą o wojnie z Niemcami nie uwzględniał jakiegokolwiek precyzyjnego założenia, do którego momentu nasze wojska będą musiały samodzielnie stawiać czoła agresorowi. Jest rzeczą zdumiewającą, że mają świadomość fatalnego położenia wyjściowego, głębokiej dysproporcji sił w stosunku do Niemiec, zakładając niemożność samodzielnego stawienia najeźdźcy skutecznego i rozstrzygającego oporu, wiedząc wreszcie, że tylko przy solidnym wsparciu zwłaszcza ze strony Francji, będzie jakakolwiek szansa, by tej wojny nie przegrać, postępowano i planowano w sposób zupełnie oderwany od tych oczywistości.

W tej perspektywie oskarżenia sojuszników o bierność, próby obciążenia ich odpowiedzialnością za przebieg kampanii wrześniowej, brzmią po prostu fałszywie. Nawet jeśli jest prawdą, że zdecydowane działanie Francji i Anglii we wrześniu 1939 roku mogło doprowadzić może nie tyle do całkowitej klęski Niemiec, ale zapewne przynajmniej do utrzymania status quo ante, to przecież to strona polska w pierwszym rzędzie zaniedbała dopilnowania tego, by tę oczywistość przekształcić w fakty.

Jakimi zatem założeniami kierował się ów prowizoryczny plan obrony przed Niemcami? Już pobieżna jego analiza potwierdza, iż z całą pewnością nie został on skonstruowany z myślą o współdziałaniu z aliantami.

Wydaje się, że najwięcej o interesującym nas zagadnieniu mówią nam wspomnienia gen. Stachiewicza, bez wątpienia jednego z głównych twórców założeń obronnych w 1939 roku. Pisze on następujące słowa: "Generalny Inspektor wychodził z założenia, że wobec przygniatającej przewagi sił i położenia, jaką nieprzyjaciel będzie miał nad nami, nie będziemy mieli żadnych szans załamania ofensywy jego głównych sił s a m o d z i e l n i e ani obroną stałą, ani manewrem prowadzącym do bitwy decydującej. Dążenie do tego mogłoby doprowadzić do natychmiastowej klęski. Zatrzymać ofensywą niemiecką będziemy mogli dopiero, gdy nastąpi zmiana niekorzystnego stosunku sił, związana z odciążeniem naszego frontu na Zachodzie. Działania nasze do tej chwili miały więc mieć charakter walki  o  c z a s, walki o przetrwanie". I dalej: "Walka o czas mogła być, w naszych warunkach tylko strategicznym opóźnianiem, w którym tak opory frontalne jak i przeciwuderzenia nie miałyby na celu załamania ofensywy nieprzyjaciela, a jedynie hamowanie jego posuwania się tak, by zachowując zdolność do dalszych działań i zapewniając sobie połączenia z sojusznikami przez Rumunią, dotrwać do czasu odciążenia naszego frontu. R o z s t r z y g n i ę c i e mogło zapaść tylko na froncie z a c h o d n i m. Działania na terenie Polski mogły mieć w stosunku do niego znaczenie pomocnicze."

Nie ma powodów, by traktować powyższe wypowiedzi gen. Stachiewicza jako skonstruowane ex post dla np. poprawienia wizerunku ekipy, do której przynależał. Zresztą b. Szef Sztabu Głównego z podziwu godną lojalnością w stosunku do swego przełożonego, marsz. Śmigłego-Rydza, ale i z zachowaniem elementarnej wierności historycznym faktom, relacjonuje, nierzadko w wyczuwalny sposób bolesne dla siebie, wydarzenia. Trzeba zatem przyjąć, że usiłował on oddać w tym passusie istotę założeń obronnych.

W tej perspektywie powtórzyć trzeba najpierw zatem dwie kwestie już wspominane. Skoro, jak twierdzi gen. Stachiewicz, uznawano za oczywiste, iż rozstrzygnięcie wojny może nastąpić tylko na Zachodzie, to dlaczego nie znalazło to wyrazu w dyplomatycznym dopilnowaniu porozumień z aliantami w taki sposób, by nie było żadnych wątpliwości co do ich postawy w razie konfliktu? I dlaczego polski sztab nie podjął żadnej próby skoordynowania swych planów obronnych z przygotowaniami francuskimi? Pojawił się tu także wątek rumuński, jako istotny dla utrzymania zdolności obronnych z uwagi na konieczność dostarczania do Polski zaopatrzenia wojennego spoza kraju. Wspominałem już i o tym, jak zupełnie niezrozumiały opór min. Becka w tej kwestii, pozbawił Polskę możliwości rozszerzenia zobowiązań rumuńskich na wypadek konfliktu z Niemcami, przez co we wrześniu 1939 roku doszło do bardzo wielu niekorzystnych dla Rzeczypospolitej komplikacji.

Ale bez wątpienia najbardziej interesujący na tym miejscu wątek, to wskazywane przez gen. Stachiewicza założenie, iż starcie z Niemcami miało być "walką o czas". Odwołuje się on, dla wyjaśnienia istoty tego pojęcia, do opracowania gen. Kutrzeby, analizującego w swej pracy o wyprawie kijowskiej to właśnie zagadnienie. Cytuje on następujące spostrzeżenia gen. Kutrzeby: "Walka o czas musi być prowadzona oględnie, spokojnie, z ideą przewodnią opóźniania marszu przeciwnika, robienia mu wszelkich trudności w pochodzie. Operacja ta może i powinna korzystać ze wszystkich nadarzających się okazji, aby spowodować częściowe klęski nieprzyjaciela przez uderzenia skierowane na poszczególne części przeciwnika, które na skutek trudności terenowych, czy zawsze zdarzających się błędów taktycznych, znajdą się w sytuacji narażającej na uderzenie. Lecz nie musi się szukać pełnego zwycięstwa, gdyż wystarczy zupełne powstrzymywanie nieprzyjaciela, powodujące stałe niszczenie jego sił... jest to walka o czas, a nie walka o teren lub zwycięstwo. Można i trzeba umieć walczyć o czas, tak samo, jak trzeba umieć walczyć o zwycięstwo".

Jeśli spojrzeć w tej perspektywie na ustawienie obronne przyjęte przez marsz. Śmigłego-Rydza we wrześniu 1939 roku, to zauważymy że było ono w istocie zupełnym zaprzeczeniem powyższych założeń. Polski sztab założył, iż tzw. główna pozycja obronna znajdować się będzie na linii: od Puszczy Augustowskiej wzdłuż Biebrzy, Narwi i Wisły do ujścia Brdy, dalej od tzw. przedmościa bydgoskiego, wzdłuż jezior żnińskich, górnej Noteci, górnej Warty, przez Śląsk do Bielska i Żywca, a następnie wzdłuż Karpat. Choć ta linia była znacznie krótsza niż linia graniczna, faktycznie także przy istniejącej proporcji sił i ukształtowaniu terenu, w praktyce była nie do utrzymania. Oczywiście problem tkwił w tym, iż ze względów gospodarczych, ale i politycznych, możliwie długie utrzymywanie Pomorza, Wielkopolski czy Śląska było sprawą fundamentalną. Marsz. Śmigły-Rydz miał tu niewątpliwy dylemat: czy próbować utrzymywać te ziemie, co groziło w razie miejscowych niepowodzeń załamaniem frontu i w efekcie klęską, czy skrócić front, pozostawić dużą część ważnych obszarów, ale zachować zdolność do dalszej walki. Przyjęcie drugiego wariantu było wykonalne jedynie w sytuacji, gdyby szybko zdecydowano się schronić większością sił za linią Narwi i Wisły z oparciem o Karpaty i z pozostawieniem istotnych sił w izolowanych ośrodkach oporu na zachodzie, co podkreślałoby polityczne prawa Polski do tych terenów, ale i wiązałoby znaczące siły nieprzyjaciela. Polskie przywództwo wojskowe i polityczne wybrało jednak wariant pierwszy. Co więcej, siły polskie w praktyce zajęły pozycje wyjściowe daleko poza wspomnianą główną pozycją obronną. Stało się tak w szczególności na najbardziej newralgicznych odcinkach frontu, a więc na północ od Warszawy, na Pomorzu i na wprost głównego kierunku natarcia niemieckiego z obszaru śląskiego. To właśnie na tych pozycjach przez pierwsze trzy dni wojny oddziały polskie stawiły Niemcom gigantyczny opór. Był on na ogół skuteczny, ale wobec niemożności utrzymania tak rozciągniętego frontu, zwłaszcza przeciw tak silnym jednostkom szybkim wroga, także wskutek poniesionych strat, tzw. bitwa graniczna skrajnie osłabiła zdolności bojowe wojsk polskich na kluczowych obszarach. W efekcie tego doszło w ciągu następnych kilku dni do ogólnego załamania frontu i przejęcia całkowitej inicjatywy przez przeciwnika, a tylko momentami, jak w przypadku bitwy pod Bzurą, strona polska odzyskiwała pewne możliwości przeciwstawienia się niemal nieskrępowanym poczynaniom wroga.

Z tego punktu widzenia przyjęte ustawienie było dokładnym zaprzeczeniem założeń przedstawionych w wypowiedzi gen. Stachiewicza i nie dawało żadnych szans skutecznej "walki o czas".

W polskim ustawieniu obronnym musi zastanawiać jeszcze jedna rzecz. Oto bowiem na dwóch najważniejszych odcinkach frontu, tam gdzie spodziewano się najmocniejszych działań niemieckich - a więc z Prus Wsch. na Warszawę, oraz ze Śląska Opolskiego poprzez Łódź na Warszawę oraz dla odcięcia od północy obszaru górnośląskiego, marsz. Śmigły-Rydz wystawił stosunkowo skromne siły. Na odcinku północnym kluczowego kierunku broniły tylko dwie dywizje piechoty (8 i 20 DP), na odcinku zachodnim były to natomiast właściwie trzy dywizje piechoty i brygada kawalerii (10, 28 i 30 DP oraz Wołyńska BK). Na obu odcinkach nieprzyjaciel dysponował druzgocącą przewagą, koncentrując m.in. gros swych jednostek szybkich *[Było to widoczne zwłaszcza na odcinku centralnym, naprzeciw Armii "Łódź", gdzie nacierały trzy dywizje lekkie, jedna zmotoryzowana i jedna pancerna, dysponujące łącznie 1215 czołgami, a więc praktycznie połową sprzętu użytego w tej kampanii.], i tam też osiągnąć miał rozstrzygające sukcesy. Tymczasem po stronie polskiej, na tak rozciągniętym froncie, w niewielkiej odległości znajdowały się liczne jednostki, które przez wiele dni praktycznie nie podejmowały walki, a wskutek załamania frontu traciły zdolności bojowe w skomplikowanych manewrach odwrotowych.

Nie jest moim celem analizowanie szczegółowych założeń planu, a już zwłaszcza jego praktycznej realizacji. Nie sposób jednak nie wskazać, że to właśnie skrajnie ryzykowne ustawienie wyjściowe, w powiązaniu z brakiem precyzyjnego określenia momentu, do którego wojska polskie stawiać miały samodzielny opór, czyniły przyjęte założenia niewykonalnymi już w punkcie wyjścia. Stąd, słuszne wskazania podnoszone przez gen. Stachiewicza po latach, nie znalazły żadnego niemal odzwierciedlenia w przygotowanych pracach *[Z tego punktu widzenia także przekazane 21 marca dowódcom armii podstawy planowania i działania były w wielu miejscach sprzeczne z przyjętymi założeniami - jak choćby zalecenie dla Armii "Łódź" maksymalnego wysunięcia swych jednostek przednich nad granicę.].

Warto tu powrócić też do zasygnalizowanego już wcześniej problemu kompletnego nieprzygotowania zaplecza walczących wojsk do walki. Jak wskazywałem, na tym obszarze skutki niepowodzeń frontowych, zamiast być przynajmniej niwelowane, były generalnie potęgowane. Działo się to na niemal wszystkich obszarach życia państwowego, tu jednak zilustruję tylko moim zdaniem najważniejsze.

Bardzo poważne następstwa miał ogólny paraliż komunikacyjny państwa. Dotknął on przede wszystkim podstawy tego systemu, a więc komunikacji kolejowej, co było następstwem niemieckiej przewagi w powietrzu i niszczenia tą drogą linii kolejowych. Mimo nadludzkich wysiłków większości pracowników kolei, przewóz wojsk na front, a zwłaszcza ich ewakuacja czy dowóz zaopatrzenia, stały się po kilku dniach wojny niemal niewykonalne. Jako tako funkcjonowały koleje w głębi kraju, ale nie miało to wielkiego wpływu na sytuację na froncie. Do tego dochodził powszechny niemal paraliż dróg w obszarze przyfrontowym, co było efektem panicznej ucieczki dużych grup ludności. Uniemożliwiało to alternatywne wykorzystanie transportu drogowego do przerzutów wojsk czy dowozu zaopatrzenia.

Stan ten był efektem zupełnego nieprzygotowania ewakuacji ani urzędów i instytucji publicznych, ani ludności cywilnej. Skutkowało to niekontrolowaną niemal ucieczką urzędników i paniką ludności, której żadną miarą nie były w stanie opanować zdezorganizowane siły policyjne i żandarmeria wojskowa. Jest niepojęte, że zjawisko to występowało na niemal całym obszarze przyfrontowym i wpływało nie tylko na zdolności przemieszczania się wojsk polskich, ale także na ich morale.

Efektem powyższego były także problemy z zaopatrzeniem w żywność i amunicję dla walczących wojsk. Kłopoty aprowizacyjne usuwane były dzięki działaniu na własnym terytorium i przychylności ludności. Jednak w wypadku zaopatrzenia w amunicję, po wyczerpaniu normalnych zapasów (obliczonych mniej więcej na dwa tygodnie walki), niemal wszystkie oddziały kończyły swe zmagania właśnie z powodu niemożności uzupełnienia braków w tej dziedzinie.

Wreszcie, last but non least, dezorganizacja systemu łączności już w pierwszych dniach wojny maksymalnie utrudniła Naczelnemu Wodzowi kierowanie walczącymi armiami. Po pochopnej, w moim przekonaniu absolutnie nieprzemyślanej, decyzji przeniesienia się Naczelnego Wodza z Warszawy do Brześcia n. Bugiem, dowodzenie ze szczebla centralnego stało się praktycznie iluzją. To właśnie ta decyzja była jedną z najfatalniejszych w swych konsekwencjach, dezorganizując kompletnie niemal wszelki kontakt Naczelnego Wodza z walczącymi armiami.

Nie ulega wątpliwości, że każde z tych zagadnień w ciągu siedmiu miesięcy przygotowań do wojny nie tylko mogło, ale wręcz musiało zostać rozpracowane przez odpowiednie ośrodki państwowe. Tak się jednak nie stało, a skutki okazały się jak najbardziej tragiczne.

 

Zakończenie

 

Minister Józef Beck, podobnie jak Józef Piłsudski, nie miał złudzeń co do tego, że położona między dwoma nie kryjącymi aspiracji do przewodzenia światu imperializmami - niemieckim i sowieckim - Polska, prędzej niż później skazana jest na starcie z nimi *[K. Świtalski, Diariusz 1919-1935, Warszawa 1992 wspomina, jak w marcu 1934 roku J. Piłsudski twierdził, iż uregulowanie stosunków z głównymi sąsiadami nie ma szans "trwać wiecznie". Pisał: "Komendant oblicza, że dobre stosunki między Polską a Niemcami mogą trwać może jeszcze cztery lata ze względu właśnie na przemiany psychiczne, które dokonują się w narodzie niemieckim, za więcej lat Komendant jednak nie ręczy" (s. 660 i 661).]. Chcąc temu spodziewanemu nieszczęściu zapobiec, przez wiele lat usiłował montować blok państw położonych w Europie Środkowej i w basenie Bałtyku. Sądził, nie bez racji, że zorganizowane w ten sposób tzw. Międzymorze, będzie stanowić skuteczną przeciwwagę dla niemieckich planów ponownego podporządkowania sobie krajów Europy Środkowej. Jednocześnie miała to być także skuteczna zapora przeciw sowieckim planom eksportu rewolucji na zachód Europy.

Realizacji tego planu przeszkadzało jednak wiele problemów. Przede wszystkim głębokie różnice między Polską a Czechosłowacją. Oba kraje uważały się wzajemnie za najsłabsze ogniwo porządku powersalskiego w Europie i za niezdolne w dłuższej perspektywie do przetrwania. Nienawidzili się i pogardzali sobą wzajemnie ich przywódcy. Dzielił też je stosunek do komunistycznej Rosji i fakt, że Czechosłowacja uchodziła za swoisty przyczółek sowiecki w Europie Środkowej. Kolejnym problemem była niemożność przełamania animozji przede wszystkim pomiędzy Węgrami a Rumunią i Jugosławią. Mimo że Polska akurat ze wszystkimi tymi krajami miała relacje bardzo dobre, nie była w stanie tych barier przełamać. Tu także natrafiała na dość skuteczną antywęgierską alternatywę forsowaną przez Czechosłowację, która z sukcesem montowała "Małą Ententę" wraz z Jugosławią i Rumunią.

W basenie Bałtyku zaś największą przeszkodą w realizacji zamierzeń Becka była niemożność przezwyciężenia olbrzymich różnic pomiędzy Polską a Litwą, co stawiało starania polityki polskiej w tym obszarze pod znakiem zapytania.

Kryzys czechosłowacki roku 1938, a następnie wydarzenia z marca i kwietnia 1939 roku dały min. Beckowi dwukrotnie wielką możliwość - wymarzoną wręcz koniunkturę - by te zamierzenia zrealizować. Czynnikiem, który w tym momencie działał też zdecydowanie na korzyść Polski, było zaangażowanie Anglii w skonstruowanie w Europie Środkowej szerokiego bloku antyniemieckiego. Miało to wielkie znaczenie, wspomniane dążenia Polski odbierane były przez sąsiadów z pewną obawą jako wyraz chęci ich zdominowania czy wręcz podporządkowania sobie. Działanie czynnika angielskiego jako w pewnym sensie inicjatora tej konstrukcji, ale też swoistego ich gwaranta, zdejmowało z Polski ciężar takich podejrzeń.

W tym kontekście postawa min. Becka w tych dwóch okresach musi budzić najwyższe zdumienie. Wydaje się niepojęte, że tej tak oczywistej koniunktury on, jakże wytrawny polityk, nie potrafił wykorzystać dla trwałego wzmocnienia Polski i uczynienia olbrzymiego kroku w kierunku zrealizowania swych zamierzeń. Tymczasem w istocie antyczechosłowacka polityka jesienią 1938 roku, brak jakichkolwiek usiłowań w kierunku nawiązania realnego kontaktu z Brytyjczykami w tym czasie, przekreśliły pierwszą, znakomitą sposobność powstania sojuszu. Później błędne stanowisko wobec propozycji angielskich z początku kwietnia, niechęć do angażowania się w szersze konstrukcje obronne doprowadziły nie tylko do zburzenia dotychczasowej polityki polskiej, ale i do jej pełnego wyizolowania od partnerów, na których tak bardzo przecież liczono. Jest do dziś niezrozumiałe, dlaczego tak się stało.

Te zabiegi polskiej polityki były z najwyższym niepokojem obserwowane i w Berlinie, i w Moskwie. Dla Niemiec zorganizowanie krajów Europy Środkowej, i to przez Anglików, mogło oznaczać praktycznie przekreślenie wszelkich planów ekspansji w Europie. Stawały się one bowiem krajem okrążonym przez współpracujących ze sobą ściśle sojuszników, gotowych do zdecydowanej rozprawy z ich wszelkimi agresywnymi poczynaniami. Dla Związku Sowieckiego stanowiło zaś stworzenie skutecznej bariery odgraniczającej od Europy i uniemożliwiającej "rewolucyjny pochód". Stąd oba kraje na różne sposoby dążyły do storpedowania tych planów. Niestety, to postawa min. Becka we wskazanych dwu krytycznych momentach zadecydowała o niepowodzeniu tej wielkiej idei.

Jednak obecne i przed wojną i po wojnie przeświadczenie, że stało się tak dlatego, iż min. Beck reprezentował stanowisko proniemieckie czy był wręcz niemieckim agentem, jest po prostu absurdem. Polityka niemiecka min. Becka, a wcześniej Piłsudskiego, nie wynikała z sympatii do Niemiec czy Hitlera, a była jedynie logiczną odpowiedzią na zupełne porzucenie Polski przez jej zachodnich sojuszników, zwłaszcza Francję. Kiedy polityka ta zaczęła z punktu widzenia polskich interesów przynosić niespodziewanie pozytywne rezultaty, było oczywiste, iż starano się te korzyści systematycznie powiększać. Punktem krytycznym był kryzys austriacki. Poparcie Polski dla akcji niemieckiej i brak zainteresowania jej rezultatami okazały się fatalnym błędem. Doprowadziło to bowiem do gwałtownej zmiany strategicznego położenia Niemiec (zwłaszcza wobec Czechosłowacji) i do wzmocnienia aliansu Hitlera z Mussolinim. W tym momencie polityka polska przekroczyła pewien punkt krytyczny, poza którym rozzuchwalone sukcesami Niemcy musiały prędzej czy później zwrócić swą uwagę na Polskę.

Niemcy w 1938 i niemal do maja 1939 roku nie zakładały w swych planach wojny z Polską. Przeciwnie, Polska była im potrzebna dla realizacji najważniejszych zamiarów Hitlera. Jego podstawowym celem w tym czasie było doprowadzenie do rozprawy z Francją i z Anglią. Chodziło nie tylko o wyeliminowanie głównych konkurentów w Europie, ale przede wszystkim o przejęcie ich imperiów kolonialnych. Kolonie i ich zasoby surowcowe były bowiem Niemcom bezwzględnie potrzebne do dalszego rozwoju ich przemysłowej machiny, a w ślad za tym ich potęgi wojskowej. Bez dostępu do źródeł surowcowych nie było możliwe utrzymanie dynamiki ekonomicznej państwa niemieckiego. Rozprawa na Zachodzie miała też przygotować Niemcy do rozbicia Związku Sowieckiego, który był celem kolejnym. Pobicie Rosji było nie tylko wyzwaniem ideologicznym, związanym z chęcią zniszczenia komunizmu, ale także sposobnością do zdobycia upragnionej przestrzeni życiowej.

Cele te mogły być zrealizowane tylko przy założeniu pozytywnej postawy Polski. Hitler pamiętał ciągle o doświadczeniach Wielkiej Wojny i miał świadomość, że Francja i Anglia w obliczu zagrożenia będą szukać współpracy ze Związkiem Sowieckim, nie bacząc na żadne różnice ideologiczne. Takiemu sojuszowi Niemcy nie były w stanie sprostać. Stąd Polska miała pełnić rolę bariery przed sowieckim zaangażowaniem na rzecz Zachodu w pierwszej fazie, w drugiej zaś - stać się cennym sojusznikiem w rozprawie z Rosją. Po sukcesie odniesionym kosztem Czechosłowacji, Niemcy uznali, że konieczne jest ściślejsze podporządkowanie sobie Polski, co wykluczać miało jej jakiekolwiek związki z państwami zachodnimi, zwłaszcza z Francją. Z tego punktu widzenia należy oceniać niemieckie inicjatywy wobec Polski na przełomie 1938 i 1939 roku.

W tym też kontekście brytyjska inicjatywa z końca marca i podjęcie jej przez Polskę, ale zwłaszcza rozmowy sztabowe, które czyniły realną groźbę wojny na dwa fronty, spowodowały zmianę nastawienia Hitlera. Na przełomie kwietnia i maja uznał on, iż Polskę trzeba będzie w bliżej nieokreślonej przyszłości po prostu wyeliminować. Termin uzależniał od maksymalnie dla Niemiec pozytywnej koniunktury, a że takiej wydawało się nie być w dającej się przewidzieć przyszłości, przeto i czas rozprawy z Polską nie był określony. Dopiero inicjatywa sowiecka, poparta sprytnym szantażem w postaci rozmów w Moskwie z udziałem przedstawicieli Anglii i Francji, popchnęły Hitlera do sojuszu ze Związkiem Sowieckim.

Ale zanim się to stało, polityka polska straciła, jak się zdaje jeszcze wiele możliwości uniknięcia konfliktu. Można chyba bez błędu przyjąć, że do końca lipca 1939 roku istniały jeszcze szanse odsunięcia widma wojny z Niemcami. Tyle tylko, że w tym okresie trzeba byłoby zapłacić za to znacznie już wyższą cenę.

Warto jednak na tym miejscu zastanowić się, czy rację miał min. Beck, gdy w swym słynnym - bez wątpienia najlepszym w karierze przemówieniu - mówił: "Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją ceną wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką ceną. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor".

Czy patrząc na tę wypowiedź z perspektywy polskich doświadczeń następnych lat uznać ją można za słuszną? Przypomnę tu wcześniejsze stwierdzenie. Polska straciła w latach wojny ponad 6 milionów obywateli i takich strat nie poniósł żaden inny kraj w Europie. Miliony Polaków znalazły się po wojnie poza granicami Polski. Polska straciła ponad połowę swego terytorium państwowego, a rządy okupacyjne doprowadziły kraj do ekonomicznej ruiny. Zbrodnicze reżimy okupacyjne doprowadziły do likwidacji niemal całej polskiej elity intelektualnej. Polska utraciła na sześćdziesiąt lat niepodległy byt. Tyle, w dużym skrócie, kosztowało Polskę zachowanie honoru.

Wspomniany we wstępie J. Łojek był bodaj jedynym polskim historykiem, który odważył się postawić problem ewentualnego przyjęcia przez Polskę opcji proniemieckiej, czy wręcz nawet czasowego uzależnienia Polski od Niemiec. Pisał on:

"Po Monachium było zapewne jedno tylko wyjście, mogące zapewnić Polsce lepszy los niż ten, jaki ją spotkał w latach 1939-1945: natychmiastowe przystąpienie do Paktu Antykominternowskiego i powolne, jak najbardziej opóźniane, ale realne wejście w przejściowy alians z Hitlerem, nawet za ceną korektur granicznych i pewnego ograniczenia na jakiś czas samodzielności polskiej polityki zagranicznej, przy jednoczesnym znacznym rozluźnieniu stosunków z Francją a w sferze ideowej przy bardzo znacznym wzmocnieniu roli doktryny "prometejskiej". Jest oczywiste, że jeszcze przez pewien czas można było ustępować Hitlerowi stosunkowo tanim kosztem. Gdańsk mógł przestać być "wolnym miastem", a euforia z powodu włączenia tego miasta i portu do Rzeszy dałaby co najmniej kilka miesięcy, jeżeli nie rok pokoju, przy czym Polska, poza porażką prestiżową nie poniosłaby żadnej istotnej straty. Można było ustąpić potem w kwestii eksterytorialnej autostrady przez "korytarz", który to projekt był przecież początkowo pomysłem polskim z końca lat dwudziestych, gdy mnożące się konflikty graniczne zaczęty skłaniać Warszawę do jakiegoś wyjścia z sytuacji. (...). Oczywiście, trzeba było się liczyć z dalszymi jeszcze ustępstwami, może na Górnym Śląsku, może na Pomorzu... najlepiej rozkładając ustępstwa na małe raty. (...). Chodziłoby o doczekanie chwili, gdy Alianci staliby się stroną konfliktu silniejszą od Niemiec, przy jednoczesnym przetrwaniu najniebezpieczniejszego okresu u boku Niemiec i przy wspólnym z Niemcami unicestwieniu stalinowskiej Rosji, aby Alianci stracili na długo wszelką możliwość szukania kiedykolwiek w Moskwie liczącego się sprzymierzeńca."

Tezy J. Łojka stoją w wyraźnej sprzeczności w stosunku do dominującej w Polsce tendencji prezentowania dramatycznych wydarzeń 1939 roku. Widać tu jak wielkim obciążeniem były i są wydarzenia lat 1939-1945 - niemiecka polityka wobec Polski i Polaków w tym okresie i, przede wszystkim, "dokonania" Hitlera w tym czasie. To wszystko narzucało i ciągle narzuca wykluczanie wszelkich spekulacji na temat możliwości podjęcia w 1939 roku niemieckich sugestii oraz ewentualnych następstw przyjęcia takiej postawy. Zaprezentowany przez J. Łojka hipotetyczny rozwój wydarzeń został w ogóle przemilczany. A szkoda. Wydaje się, że mamy prawo, właśnie z perspektywy tych gigantycznych strat, jakie w następstwie dokonanego w 1939 roku wyboru poniósł Naród Polski, takie rozważania podjąć.

Podzielając w dużej mierze wywody J. Łojka, chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze kilka elementów.

Państwa, które przez niemal cały okres wojny były sojusznikami Rzeszy - Włochy, Rumunia, Węgry, Bułgaria czy Finlandia - uniknęły poważnych strat ludnościowych i materialnych. Ich powojenny los, był w najgorszym zaś razie porównywalny z Polską, by wskazać tu Węgry, Rumunię czy Bułgarię. Jak na aliantów Hitlera, przyznać trzeba, że wynik wojny był dla nich wyjątkowo łaskawy. A pamiętać trzeba, że gdyby rzeczywiście w 1939 roku, nawet za cenę bolesnych koncesji, Polska znalazła się w sojuszu z Niemcami, losy Europy i Świata z pewnością potoczyłyby się inaczej. Nie miejsce tu też, by toczyć rozważania, czy status sojusznika Hitlera, dawał mimo wszystko więcej swobody, zwłaszcza wewnętrznej, niż pozostawanie przez blisko pół wieku pod dominacją sowiecką. Wydaje się jednak - a dowodzą tego losy trzech wspomnianych państw Europy Środkowej - że o wiele lepsza była ich sytuacja w ramach sojuszu antykominternowskiego niż w ramach bloku sowieckiego. Pojawiają się też spekulacje, że wejście do bloku hitlerowskiego, wobec nieuchronnej jego klęski w starciu z Rosją wspartą przez Zachód, nieuchronnie prowadziłoby do włączenia Polski jako republiki w skład Związku Sowieckiego, a więc oznaczałoby likwidację nawet formalnej niepodległości państwowej. I tu jednak nie sposób nie zauważyć, że państwa bałtyckie włączone przez Sowietów w 1940 roku, czy nawet nie mająca tradycji niepodległości Ukraina, uzyskały niepodległość ledwie kilkanaście miesięcy po Polsce w 1990 i 1991 roku.

Trzeba więc powrócić do kwestii postawionej przez min. Becka. Kwestii honoru. Wydaje się, że płk Beck traktował tę kwestię nie jako zgrabny i chwytający serca slogan propagandowy, który miał mu zapewnić upragnione zaufanie społeczne, ale jako fundament swej polityki. Był zatem w ówczesnej Europie swoistym Don Kichotem walczącym z wiatrakami, czyli z politykami, którzy w sposób cyniczny, nie cofający się przed żadnym kłamstwem czy intrygą, dążyli do najlepszego zabezpieczenia interesów swych krajów.

Była zatem postawa min. Becka z pewnością szlachetna - ale czy mądra? Czyż mając świadomość z kim ma do czynienia, jak "partnerzy" w ówczesnych grach dyplomatycznych realizowali swe interesy, miał on prawo przyjmować postawę, która mogła, a w konsekwencji sprowadziła na Polskę i Polaków niewyobrażalne nieszczęścia? I czy w tym kontekście mamy dziś prawo ciągle twierdzić, że ówczesna polityka polska skazana była jedynie na te manewry które podejmował min. Beck? Z pewnością nie!

Wojny z Niemcami, a wojny na dwa fronty już z całą pewnością, można było uniknąć, choćby za cenę pewnych ustępstw. Bez żadnych nawet ustępstw można było wybuch wojny odłożyć w czasie na wiele miesięcy, a może i lat. Tak się jednak nie stało, bo polska elita rządząca - zwłaszcza koła wojskowe - była przekonana, moim zdaniem absolutnie błędnie, że czas działa na korzyść Niemiec. Jestem też przekonany, że mimo powojennych twierdzeń elity wojskowej, o jej przekonaniu, iż starcia z Niemcami nie można było wygrać, dominowały jednak ówcześnie zupełnie inne nastroje. Dowodzi tego fakt, iż w 1939 roku armia polska nie została nastawiona na prowadzenie długotrwałej obrony. Przeciwnie - jej ustawienie miało zapewnić zdolność do szybkiego podjęcia działań zaczepnych. Dopiero po klęsce w kampanii wrześniowej stworzono obraz, z którego miało wynikać owo przeświadczenie o niemożności stawienia skutecznego oporu Niemcom. Akcja sowiecka zaś okazała się dodatkowym usprawiedliwieniem fatalnych błędów popełnionych i przed wybuchem wojny, i w trakcie tragicznego września.

Podsumowując, raz jeszcze odwołam się do słów J. Łojka: "W Polsce przełomu 1938/1939 roku nie było ani w sferach rządowych, ani w obrąbie opozycji żadnego autorytetu politycznego, który - świadom powagi sytuacji i rzeczywistej groźby w najbliższej przyszłości - mógłby spowodować (...) radykalną reorientacją polskiej polityki zagranicznej. (...). Marszałek [J. Piłsudski] nie żył już od czterech lat, a wśród jego następców i politycznych spadkobierców żaden nie dysponował ani talentem politycznym, orientacją i przenikliwością ani też autorytetem - mówiąc po prostu: charyzmatem - niezbędnym dla podjęcia tego rodzaju próby ocalenia Rzeczypospolitej w chwili zbliżającej się katastrofy".

Odzyskana z takim wielkim trudem, wysiłkiem tylu pokoleń Polaków, niepodległa Rzeczpospolita została lekkomyślnie wystawiona na próbę, której nie mogła stawić czoła.