Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

POLITYKA - 14 września 1996

 

W bagnie seksu turystyczno-plażowego

 

MARIA DUB

Wybuch bikini

 

Dopiero w 1970 r. zalegalizowano w Hiszpanii dwuczęściowe kostiumy plażowe. Po latach purytańskiej dyktatury nowe obyczaje wymusili turyści.

Dla wielu dziewcząt bikini stało się pretekstem do wyrażenia ogólniejszego buntu wobec zastanych norm obyczajowych, religijnych, politycznych, do upomnienia się o swobodę ekspresji.

 

Hiszpania jest drugim po Francji krajem pod względem liczby turystów. W tym roku spodziewany jest przyjazd około 45 mln gości. Moda na spędzanie tu wakacji wybuchła w Europie już w latach sześćdziesiątych; liczba przyjeżdżających cudzoziemców wzrosła wtedy z niespełna 3 mln w 1959 r. do 24 mln w 1970 r. To oni w dużej mierze przyczynili się do hiszpańskiego "cudu ekonomicznego", turystyka stała się podstawową gałęzią narodowej gospodarki. Mimo to zagraniczni przybysze nie zawsze byli przyjmowani z entuzjazmem.

Zasobni, zachowujący się swobodnie cudzoziemcy wyraźnie odstawali od biednego, smutnego pejzażu kraju wyniszczonego bratobójczą wojną. Jego mieszkańcy chodzili w nicowanych ubraniach, nękał ich świerzb, pluskwy i wszy, a nieodległe były czasy przeraźliwego głodu. Karmiono ich natomiast obficie patriotyczną frazeologią i niechęcią do zagranicy, która potępiając reżim pozostawiała Hiszpanię przez kilka lat w politycznej i gospodarczej izolacji. Chlebem powszednim były także "duchowe wartości", sprowadzające się do mnóstwa purytańskich nakazów, co ułatwiało kontrolę społeczeństwa. Tymczasem turyści, przywożący ze sobą inny styl bycia, nagminnie łamali surowe normy, narzucane w okresie dyktatury zarówno przez władze świeckie, jak religijne.

Generał Franco przywrócił bowiem Kościołowi jego dawne przywileje, w tym kontrolę nad edukacją, informacją i obyczajami. Życie społeczne koncentrowało się wokół praktyk religijnych. Historyk i pisarz Juan Eslava Galan stwierdza z przekąsem, że "nie była to nowa sytuacja w kraju, gdzie nawet czas gotowania jajek i konfitur odmierzało się w »Ojcze nasz« i wyznaniach wiary, ale nawet najstarsi nie pamiętali okresu tak przepełnionego religijnością, tak intensywnie pobożnego, tak rozmodlonego i procesyjnego, jak lata czterdzieste i spora część pięćdziesiątych".

Kościół w walce o moralność skupił swą uwagę m.in. na seksie. Ciało ludzkie podzielono na części przyzwoite - jak ręce... do łokcia, twarz i stopy, mniej przyzwoite - jak ramiona i uda, które winny być wstydliwie zakryte, oraz całkiem nieprzyzwoite, jak piersi, brzuch i okolice, które nie powinny być ukazywane pod żadnym pozorem.

Czy w tych warunkach mógł być obojętnie przyjmowany widok zagranicznych turystek paradujących w kąpielowych kostiumach wykrojonych według najnowszej paryskiej mody, skoro tu na plażach starsze kobiety nie miały odwagi zdjąć sukni?

Normy plażowej przyzwoitości obejmowały krój kostiumów kąpielowych. Mężczyźni mieli nosić sportowe spodenki, kobiety wyłącznie jednoczęściowe stroje, ze spódniczką częściowo zakrywającą uda. Nie było wolno wystawiać na widok publiczny piersi i pleców. Przebywanie w kostiumie poza wodą było zabronione. Nie tylko w barach czy restauracjach, także na samej plaży. Opalać należało się w szlafroku. Upowszechnił się zatem system wzajemnego ostrzegania: - Moralność idzie! - krzyczano na widok zbliżającego się strażnika, co powodowało raptowne wchodzenie do wody, w ucieczce przed karą, którą był zwykle mandat. Łamanie przepisów było nagminne. Toteż Akcja Katolicka oraz inne organizacje na I Krajowym Kongresie Moralności na Plażach i Basenach w 1951 r. domagały się rozdzielenia kobiet i mężczyzn w tych miejscach publicznych. Kościół utworzył kilka kąpielisk wyłącznie dla małżeństw. Kiedy na plaży w Santander pojawiły się uczestniczące w wakacyjnych kursach tamtejszego uniwersytetu młode cudzoziemki w zakazanych strojach dwuczęściowych, wyznaczono osobną plażę dla studentów. Niewiele jednak brakowało, by z powodu tych pierwszych nielegalnych bikini w Hiszpanii doszło do konfrontacji między władzami religijnymi a cywilnymi. Te pierwsze energicznie protestowały przeciwko "anatomicznemu ekshibicjonizmowi", zaś tym drugim nie w smak było jego zabranianie, ze względu na oddźwięk, jaki mogłoby to mieć za granicą. Jeszcze w 1957 r. przypominano w ministerialnym okólniku, że nadal jest zabronione używanie kostiumów dwuczęściowych i obcisłych slipów.

Biskup Pildain z Wysp Kanaryjskich, dla którego przybyszki z obcych krajów były "zepsute i deprawujące", odmawiał rozgrzeszenia korzystającym z koedukacyjnych kąpieli. Biskup Barcelony Modrego Casaus potępiał w 1950 r. tych, którzy "pojawiają się w miejscach publicznych w niekompletnych i bezwstydnych ubiorach", podkreślając, że "nawet w osądach pobłażliwych moralistów ich zachowanie jest grzeszne, stanowiąc zniewagę dla chrześcijańskiej wstydliwości naszego ludu".

Atmosfera lat pięćdziesiątych była duszna. Hiszpanów usiłowano trzymać w ryzach nawet podczas zabaw. W Sewilli miejscowy biskup za przytulanie się w tańcu groził ekskomuniką. Represjonowani seksualnie Hiszpanie szukali intymnych chwil w kinach. Ale i tu byli pilnowani. Raptowne zapalanie światła podczas projekcji służyło przyłapywaniu par na czułych gestach. Zaskoczeni bezwstydnicy z ostatnich rzędów byli usuwani z sali lub doprowadzani na komisariat przez policjanta pełniącego dyżur w kinie. Codziennie w prasie ukazywały się notatki z inicjałami osób ukaranych za wywołanie publicznego zgorszenia na seansach filmowych. Pod szczególnym nadzorem znajdowały się też parki miejskie. Policjantów wspomagały psy wytresowane ponoć w wyczuwaniu zapachu... seksu. Tolerowano jednak domy publiczne.

Zderzenie z falą turystów, poprzedzone purytańskim wychowaniem, przynosiło nieoczekiwane skutki. W połowie lat sześćdziesiątych w szpitalu miejskim w Maladze z powodu wzrostu liczby pacjentów rozbudowano oddział psychiatryczny. Jedna z sal zasłynęła jako sala kelnerów: kierowano bowiem do niej młodych pracowników hotelarstwa i gastronomii, wykazujących stany lękowe, nadpobudliwość, bezsenność. Późniejsze badania wykazały, że 90 proc. przypadków przejściowych zaburzeń w regionie Malagi dotyczyło wówczas chłopców z zapadłych wsi, którzy poszli pracować na wybrzeże, do przeżywającego rozkwit sektora usług turystycznych. Przeniesieni gwałtownie jakby do innej cywilizacji, wpadali w szok.

Podczas gdy niektórzy kontakt z pozbawionymi zahamowań turystami przypłacali psychicznym załamaniem, inni, liczniejsi, skwapliwie wykorzystywali zaistniałą sytuację do zrekompensowania sobie seksualnych represji.

Obok mitu iberyjskiego macho pojawił się nowy - mit Szwedki, którą była dla miejscowych jakakolwiek cudzoziemka o jasnej karnacji: Angielka, Niemka, Holenderka. Kobieta, która w przeciwieństwie do miejscowych paliła, piła i przybierała wyzywające pozy podczas opalania. W nostalgicznych wspomnieniach króluje taki obrazek: dumny śniady samiec wiedzie o zmierzchu oszołomioną sangrią jasnowłosą zdobycz w ustronne miejsce. Joaquin Latorre w książce "Hiszpanie i szóste przykazanie" przytoczył charakterystyczne dla tamtej epoki wyznania pewnego młodzieńca, który "ugrzązł w bagnie seksu turystyczno-plażowego". "Czułem się dziwnie. Świat dla mnie całkiem się zmienił. W rodzinnych stronach nigdy nie widziałem ani ud, ani piersi kobiety; tu widziałem wszystko. Poza tym widziałem, co wyrabiali cudzoziemcy i niektórzy Hiszpanie, widziałem ich podboje, dowiadywałem się o ich przygodach i rozsypywał się świat mojej wioski. Moje życie religijne zanikło."

Niektórzy Hiszpanie licząc na łatwe podboje emigrowali latem do słynnych miejscowości: Torremolinos, Benidormu lub na Ibizę, zrywali na okres wakacji z narzeczoną, by się z nią pogodzić jesienią. Nie pomagały wyrzuty ojca Daniela Vegi, który opisując około trzydziestoletnią Brytyjkę: nie ułożone włosy blond, cienka i długa, koścista twarz bez wyrazu, oczy myszowate, chód bez wdzięku - opiniował zdegustowany: przywożą nam owies i żyto, kiedy w domu mamy pszenicę.

Mimo prób obrzydzania, fascynacja obecnością cudzoziemców jednak trwała. To właśnie od beztroskich przybyszów Hiszpanie dowiadywali się o stylu życia w krajach rozwiniętych, o popularnej tam muzyce, nowinkach mody. Za synonim wolności zaczęło uchodzić zakazane tu bikini. (Nic dziwnego, że przypadające na początek tego lata jego pięćdziesiąte urodziny z takim sentymentem i skrupulatnością odnotowała hiszpańska prasa). Drobiazgowa, wszechobecna cenzura dopiero w 1962 r. dopuściła do ukazania się na ekranie aktorki przyodzianej w dwa według dzisiejszych kryteriów wcale nie miniaturowe kawałki tkaniny. Ta historyczna rola przypadła Ursuli Andress, w jednym z "bondów". Choć od zaprojektowania słynnego kostiumu minęło wówczas już 16 lat, przed kinowymi kasami właśnie z powodu tej sceny ustawiały się olbrzymie kolejki.

Dla wielu dziewcząt bikini stało się bowiem pretekstem do wyrażenia ogólniejszego buntu wobec zastanych norm obyczajowych, religijnych, politycznych, do upomnienia się o swobodę ekspresji. Potrafiły się nawet zjednoczyć, by osiągnąć zamierzony cel. W 1970 r., na drugi dzień po usunięciu dziewczyny w bikini z prowadzonego przez organizację katolicką kąpieliska w Walencji, pojawił się tam tłum solidaryzujących się z nią koleżanek, równie prowokująco ubranych, zmuszając dyrekcję do kapitulacji, co uznano za koniec batalii o noszenie bikini.

Z czasem dobrodziejstwa tej sytuacji spłynęły na krajowców. Znamienne: choć dopiero transformacja ustrojowa, po śmierci dyktatora w 1975 r., przyniosła głębokie zmiany, Hiszpanie wcześniejszą liberalizację przepisów zawdzięczali politykowi, który w 1962 r. objął Ministerstwo Informacji i Turystyki. Manuel Fraga, obecnie szef autonomicznego rządu Galicji, odnosząc się do współczesnych problemów tak mówił o tamtym okresie w jednym z wywiadów sprzed kilku miesięcy: "Pozornie informacja, tak jak to się wówczas rozumiało, i turystyka nie miały wiele wspólnego. (...) Otwarcie na turystykę, poza tym, że było decydującym czynnikiem w gospodarce narodowej, było nim także pod względem socjologicznym. Kiedy słyszę o blokadzie turystycznej Kuby przez Stany Zjednoczone, uznaję to za olbrzymi błąd. Gdyby przez lata przybyły miliony turystów, byłoby mniej argumentów, żeby ignorować potrzebne reformy wewnętrzne, sprzyjałoby to wzajemnemu zrozumieniu, które złagodziłoby wiele trudności między narodami. Niewątpliwie turystyka wywarła bardzo pozytywne działanie na sposób myślenia Hiszpanów (...)."