Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Przegląd - 10/2009

 

Krzysztof Kęciek

Zagadka zagłady mamutów

 

Czy ludzie Clovis dokonali masakry wielkich ssaków w Ameryce?

 

To jedna z największych tajemnic w dziejach archeologii. Pod koniec plejstocenu, czyli epoki lodowcowej, w Ameryce Północnej wyginęły niemal wszystkie wielkie ssaki. Stało się to bezpośrednio po ustąpieniu ostatniego lądolodu, wtedy, gdy do Nowego Świata przybyli z Syberii sprawni łowcy kultury Clovis.

Naukowcy do dziś toczą spór, co było przyczyną tego wymierania. W 1963 r. Paul Martin, młody ekolog z uniwersytetu stanu Arizona, wystąpił z hipotezą overkill, co tłumaczone jest jako "wielkie zabijanie". Martin, już profesor w stanie spoczynku, twierdzi, że to ludzie Clovis, wędrujący rozległymi terenami niedawno uwolnionymi od lodu na wschód od Gór Skalistych, wybili ogromne i przedziwne zwierzęta Ameryki. Stworzenia te nigdy przedtem nie widziały człowieka, toteż nie potrafiły się przed nim bronić. Obfitość pokarmu sprawiła, że ludzie Clovis szybko się rozmnażali - myśliwych było coraz więcej.

"Wielkie ssaki wymarły nie dlatego, że zabrakło im pożywienia, lecz z tego powodu, że same stały się pożywieniem", napisał Martin, który swoje stanowisko podtrzymuje do dziś. Ale wielu ekspertów zdecydowanie się temu sprzeciwia. Twierdzą oni, że do zguby 35 rodzajów (i znacznie liczniejszych gatunków) zwierząt o masie powyżej 50 kg doprowadziły burzliwe zmiany klimatyczne po ustąpieniu lodowca. Ostatnio modna jest hipoteza impaktowa, zgodnie z którą to uderzenie roju chondrytów (meteorytów węglowych) lub komety wznieciło gigantyczne pożary, które unicestwiły zwierzęcy świat Ameryki.

Nie trzeba być bystrym obserwatorem, aby zauważyć ubóstwo amerykańskiej fauny w porównaniu z przepyszną przyrodą Czarnego Lądu. Już Karol Darwin napisał: "Nie można rozmyślać o dzisiejszym kontynencie amerykańskim, nie popadając w zdumienie. Niegdyś musiały go zamieszkiwać niezliczone rzesze gigantów; dziś - w porównaniu z ich niedawnymi kuzynami - spotykamy tu jedynie karzełki".

Twórca teorii ewolucji miał słuszność. 15 tys. lat temu w północnoamerykańskiej tundrze wędrowały nieprzeliczone stada włochatych mamutów. Wśród położonych bardziej na południe lasów, porośniętych sosną limbowatą, jałowcem i dębiną pasły się ogromne mastodonty, rodzime konie, czwororożne antylopy, wielbłądy, woły piżmowe i liczne ssaki zbliżone do lam. W rzekach pluskały się bobry wielkości niedźwiedzi, na brzegach krążyły kapibary o rozmiarach cielaka. Bardziej na południowy wschód szukały pożywienia ociężałe leniwce, nieustępujące wielkością żyrafom. Na tych roślinożerców polowały równie zdumiewające drapieżniki - dwa rodzaje tygrysów szablozębych, lwy, gepardy i gigantyczne niedźwiedzie wąskopyskie.

Ta fascynująca megafauna zniknęła w krótkim w skali ewolucyjnej okresie, w ciągu tysiąca, najwyżej dwóch tysięcy lat. Ekolog Martin argumentuje, że wielkie zwierzęta nie mogły wyginąć na skutek zmian klimatycznych, ponieważ te zaburzenia musiałyby czynić spustoszenia także wśród mniejszych ssaków oraz płazów i gadów. Te jednak przetrwały, natomiast zagładzie uległy olbrzymy, na które polowanie było najbardziej "opłacalne". Ponadto w przeszłości nastąpiło 10, nawet 15 zlodowaceń i żadne nie doprowadziło do takiej masakry. Zwolennicy hipotezy klimatycznej, na których czele stoi prof. Donald Grayson, podkreślają jednak, że znaleziono bardzo niewiele tzw. miejsc zabijania, stanowisk, w których znajdowały się kamienne narzędzia, groty, ostrza wykonane przez Paleoindian z kultury Clovis oraz kości ubitych zwierząt. Dowody archeologiczne świadczą, że łowcy z Clovis polowali tylko na mamuty i mastodonty, sporadycznie także na niedźwiedzie. Zmiany klimatyczne były zaś bardzo gwałtowne. Ogromny lodowiec osłaniał kontynent przed napływem zimnego powietrza z Arktyki, czego konsekwencją były łagodne pory roku. Kiedy zniknął, zaczęły się pogodowe turbulencje, zimy stały się zimne, a lata gorące. Doszło do zasadniczych przemian w szacie roślinnej kontynentu. Wielkie gatunki nie zdołały się przystosować i wymarły - uważają reprezentanci klimatycznej teorii wymierania.

Dyskusja ta ma poważne implikacje, także natury ideologicznej. Współcześni Indianie głoszą, że ich przodkowie żyli zgodnie z naturą i w żadnym razie nie można ich oskarżać o dokonanie rzezi wielkich ssaków. Idealistycznie nastawieni przyjaciele Indian twierdzą to samo. Jeśli mamuty, mastodonty i inne giganty wymarły w wyniku zmian klimatycznych, to pozostające jeszcze przy życiu gatunki znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie, zważywszy na to, co ludzie wyczyniają obecnie z atmosferą Ziemi. W dziejach naszej planety zawartość dwutlenku węgla w atmosferze nigdy nie wzrastała tak szybko, jak obecnie. Wielu naukowców, takich jak amerykański paleontolog Peter Ward, autor bestsellera "Kres ewolucji", ostrzega, że obecne tysiąclecie przyniesie przerażające widmo masowej zagłady roślin i zwierząt.

W ostatnich latach amerykańscy przedsiębiorcy rozważają koncepcję wprowadzenia słoni, wielbłądów, a może także antylop na prerie południowego zachodu Ameryki. Dzięki temu rozwinie się turystyka, a jeśli słonie i wielbłądy rozmnożą się, będzie można na nie polować - przewidują autorzy tych niezwykłych pomysłów.

Prof. Donald Grayson stanowczo się temu sprzeciwia: "Ci ludzie twierdzą, że te zwierzęta już tu były i zostały wybite przez łowców Clovis, można więc mieć pewność, że znajdą wystarczającą ilość pożywienia. Ale megafauna wymarła na skutek zmian klimatycznych i środowiskowych. W Ameryce pokarmu dla słoni i wielbłądów nie ma!".

Ostatnio zwolennicy teorii wielkiego zabijania zyskali poważny argument. W maju ubiegłego roku na terenie posiadłości Patricka Mahaffy'ego w Boulder w stanie Kolorado podczas kopania oczka wodnego robotnicy odsłonili skrytkę pozostawioną przez ludzi Clovis. Znajdowały się w niej 83 narzędzia i kamienne artefakty, w tym piękne obosieczne noże, przedmiot przypominający siekierkę z podwójnym ostrzem, małe ostrza oraz kamienne wióry. Przedmioty te zostały przebadane w Laboratorium Nauk Archeologicznych w Bakersfield (Kalifornia). W lutym bieżącego roku poinformowano, że na ostrzach z Boulder zachowały się proteiny, pochodzące z krwi wielbłądów, koni, dzikich owiec oraz niedźwiedzi, ubitych przez koczowników Clovis. Tak więc ci prehistoryczni łowcy zajadali się pieczystym nie tylko z mamutów! Prof. Martin i jego zwolennicy promienieją z zadowolenia. Reprezentanci teorii overkill twierdzą też, że mogą wytłumaczyć fakt, że dowody archeologiczne wielkiego zabijania są tak skąpe. Miało ono charakter "wojny błyskawicznej". Myśliwi z Clovis przemieszczali się szybko, nie przebywali długo w jednym miejscu, dlatego pozostawili tak niewiele śladów.

Niektórzy naukowcy uważają, że wielkie wymieranie u schyłku plejstocenu nastąpiło na skutek wielu przyczyn - zaburzeń klimatycznych, zmian w środowisku naturalnym oraz dosłownie zabójczych poczynań człowieka.

W 2007 r. podczas spotkania Towarzystwa Archeologicznego w kanadyjskim Vancouver przedstawiono nową teorię zagłady megafauny. Geofizyk Allen West podkreśla: "W miejscach rozciągających się od Kalifornii po Saskatchewan badacze zwrócili uwagę na zagadkową warstwę bogatego w węgiel osadu. Poniżej tej warstwy odkryto wiele artefaktów kultury Clovis oraz skamieniałych kości mamutów. Powyżej węglowej warstwy o miąższości kilku milimetrów nie znaleziono ich w ogóle.

Ponadto w warstwie tej w ponad 30 różnych miejscach od Kalifornii po Niemcy odkryto charakterystyczne nanodiamenty o strukturze heksagonalnej, a nie sześciennej. Świadczy to, że nanodiamenty powstały w warunkach ekstremalnie wysokiej temperatury i ciśnienia. Takie warunki mogły powstać w wyniku uderzenia w Ziemię obiektu kosmicznego, np. chondrytowych meteorów lub komety. Kometa mogła eksplodować w atmosferze, a potworna siła eksplozji i spadające odłamki wywołały liczne pożary, które nie tylko wybiły wielkie ssaki, lecz także położyły kres cywilizacji Clovis. Przeciwko teorii impaktowej wysunięto jednak liczne argumenty. Zacięte debaty naukowców trwają, a przyczyny wielkiego wymierania u schyłku plejstocenu wciąż pozostają tajemnicą.

 

Lud dziwnych ostrzy

Nazwa Clovis pochodzi od miejscowości o tej nazwie w stanie Nowy Meksyk, w której w 1937 r. znaleziono pierwsze kamienne ostrza. Kultura Clovis wykształciła charakterystyczne ostrza typu fluted, które nie mają odpowiedników w kulturach azjatyckich. Są to smukłe, starannie retuszowane po obu stronach ostrza liściowate, dwustronnie kanelowane, co ułatwiało ich mocowanie na drewnianym trzpieniu. Ludzie Clovis przybyli do Nowego Świata przez Beringię - istniejący wtedy lądowy pomost między Ameryką Północną a Azją (obecnie kontynenty są rozdzielone Cieśniną Beringa).

Jak wykazały ostatnio badania radiowęglowe, kultura Clovis trwała tylko pięć stuleci (rozpoczęła się mniej więcej przed 11500 laty, skończyła 500 lat później), jednak od niej wywodzą się późniejsze kultury Ameryki. Przypuszczano, że łowcy i zbieracze Clovis byli pierwszymi ludźmi, którzy zasiedlili Amerykę, wykopaliska z Meadowcroft w Pensylwanii, Monte Verde, w Chile i na wzgórzach Paisley w Oregonie dowiodły jednak, że pierwsi ludzie dotarli do Ameryki kilka tysięcy lat wcześniej. Wędrowali oni zapewne wolnym od lodów wybrzeżem Oceanu Spokojnego. Ale, jak świadczą badania genetyczne, od ludzi Clovis wywodzą się właściwie wszyscy Indianie.