Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 12-04-2008

 

Agnieszka Rybak

Zamordowane śledztwo

 

W cieniu skandalicznych zaniedbań popełnionych podczas śledztwa w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika w mediach znalazła się wiadomość, że ślady odnalezione w trakcie badania zabójstwa Jaroszewiczów bezpowrotnie zaginęły.

 

Technicy kryminalni pracujący 2 września 1992 r. w willi w Aninie utrwalili na czterech foliach odciski linii papilarnych. Nie należały do ofiar zbrodni: Piotra Jaroszewicza i Alicji Solskiej. Ani do nikogo z ich rodziny, przyjaciół oraz tłumnie stawiających się na miejscu zbrodni policjantów. Kto więc pozostawił odcisk palca na głowicy ciupagi, która posłużyła do zadzierzgnięcia pętli na szyi byłego premiera? Kto pozostawił odcisk w jego gabinecie, ślady w łazience i na piętrze w pokoju? Czy byli to mordercy? W śledztwie prowadzonym przez ponad dwa lata nie udało się tego ustalić.

Znikające dowody

Folie zostały dołączone do akt sprawy, gdy prokurator skierował akt oskarżenia przeciw czterem drobnym kryminalistom z Mińska Mazowieckiego. Były tam jeszcze w 2000 r., gdy proces zakończył się spektakularnym uniewinnieniem. Potem akta trafiły do sądowego archiwum. Wiosną 2005 r. dostali je ponownie śledczy z tzw. policyjnego archiwum X badający dawne niewyjaśnione zbrodnie. Szef MSWiA Ryszard Kalisz ogłosił wtedy, że przy zastosowaniu nowych technik oraz doświadczeniu prowadzącej sprawę grupy są duże szanse na ujęcie zabójców byłego premiera i jego żony. Jednak gdy policjanci otrzymali akta, odkryli ze zdumieniem, że biologicznych dowodów w tej sprawie już nie ma.

Wewnętrzne dochodzenie nakazał były komendant główny policji Marek Bieńkowski. Wyniki kontroli przesłano do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która na ich podstawie w październiku ub.r. wszczęła śledztwo. Katarzyna Szeska, rzecznik prasowy, mówi: - Nadal trwa postępowanie w sprawie i będą przesłuchiwani nowi świadkowie. Jednak Paweł Biedziak, kiedyś rzecznik policji, dziś redaktor w "Super Expressie", doniósł właśnie, że dwa lata poszukiwań zaginionych folii zakończyły się niepowodzeniem.

- To brzmi jak ogłoszona ostatecznie kapitulacja śledczych - kwituje mecenas Marian Hilarowicz, który reprezentował Andrzeja Jaroszewicza, oskarżyciela posiłkowego w procesie o zabójstwo Jaroszewiczów. Do przedawnienia się tej zbrodni pozostało 14 lat. Trudno się oprzeć wrażeniu, że sprawcy odliczają ten czas już coraz spokojniej. Dzieje się tak, bo sprawę zaginionych dowodów można dopisać do długiej listy tajemniczych zaniechań popełnionych przez organy ścigania. Zaniedbań nasuwających na myśl skojarzenia z innymi prestiżowymi dla nich ścigania sprawami.

Ciała 83-letniego Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji Solskiej-Jaroszewicz znalazł syn Jan, kiedy 1 września 1992 r. ok. godziny 23 przyjechał do willi rodziców w Aninie przy ul. Zorzy 19. Zaniepokoiło go, że od kilkunastu godzin nie odbierali telefonu. Drzwi do willi były zamknięte tylko na klamkę. Jan Jaroszewicz po tym, co zobaczył, wybiegł zawiadomić policję.

Zadeptane ślady

To, co się działo potem, sędzia z Sądu Wojewódzkiego w Warszawie określił mianem zadeptywania śladów po sprawcach. Od razu nasuwają się też skojarzenia z tym, co działo się na miejscu zabójstwa Marka Papały. W willi Jaroszewiczów pojawiło się mnóstwo ludzi: funkcjonariusze lokalnego komisariatu, Komendy Stołecznej Policji, MSW, Komendy Głównej i prawdopodobnie UOP. Nie było tylko osoby najbardziej potrzebnej, czyli prokuratora, która wyrzuciłaby większość ludzi z terenu, na którym popełniono zbrodnię. Nigdy nie ustalono dokładnej listy funkcjonariuszy, którzy "służbowo" przewinęli się wtedy przez willę.

Zidentyfikowano tych, którzy zostawili po sobie peta, ślady odbitego na rozsypanych przyprawach w kuchni adidasa, odciski na blacie stołu. Wszystkie te ślady starannie zabezpieczyli potem i zbadali technicy kryminalni. Niestety, nie wiadomo dlaczego, nie zrobili tego z innymi tropami.

Drzwi do willi nie były zamknięte, więc badanie mechanoskopijne zamka mogłoby wyjaśnić, jak doszło do ich otwarcia. Nie wykonano go jednak. Klucz miały tylko trzy osoby: małżeństwo Jaroszewiczów oraz ich syn Jan. Andrzej, syn Jaroszewicza z pierwszego małżeństwa, dysponował tylko kluczem do furtki i garażu. Jaroszewiczowie wychodzili po gości, a Alicja Solska sama wprowadzała na posesję nawet przychodzącą raz na tydzień sprzątaczkę. Być może zatem sprawcy weszli za pomocą dorobionego klucza, a może gospodarze otworzyli im drzwi sami? Choć prawdopodobieństwo, że dobrowolnie wpuściliby kogoś do domu, do tego w nocy, graniczyło z cudem. Jaroszewiczowie bowiem nie przyjmowali nieproszonych gości nawet w dzień. Alicja Solska zapisywała terminy wizyt. Dzieci także musiały się wcześniej zapowiadać. Willę chroniła niewidoczna, choć wyczuwalna nieufność gospodarzy do otoczenia.

Śledczy przyjęli, że sprawcy weszli do domu przez okno na piętrze. Dlaczego? Pozostaje to zagadką. Nie zbadano zabrudzeń na drzwiach i futrynach willi opisanych jako "ślady koloru brunatnego". Co prawda je zabezpieczono, jednak jeden z funkcjonariuszy stwierdził, że to politura. I nigdy się już nie dowiemy, czy mógł się mylić. A może były śladami krwi? Natomiast ani na murze, ani na roślinach (willa opleciona była bujną winoroślą) nie stwierdzono śladów wdrapywania się na piętro.

Zdobyta twierdza

Pozostanie także tajemnicą, co włamywacze zrobili z psem, olbrzymim czarnym sznaucerem Remusem, który przecież powinien przynajmniej szczekać. Remus był ostry, bywał agresywny - także wobec domowników. Za przewodnika uznawał jedynie Solską. Innym nie pozwalał wejść do jej gabinetu. Po wejściu do willi policja znalazła Remusa zamkniętego w pokoju Solskiej. Miał problem z chodzeniem. A jednak go nie zbadano. Wkrótce potem zdechł.

W śledztwie ustalono, że Jaroszewiczów zamordowano w nocy z 31 sierpnia na 1 września. W poniedziałek, 31 sierpnia, do Stanów Zjednoczonych odlatywała Hanna P., córka Alicji Solskiej z pierwszego małżeństwa. To ona później zeznała, że pewnego razu zaniepokoiło ją, gdy w oknie sąsiedniej pustej willi zobaczyła obserwującego posesję Jaroszewiczów mężczyznę.

Dziwny to był dom przy Zorzy 19 w Aninie. I dziwne panowały w nim zwyczaje. Sterylną czystość i obsesyjny wręcz porządek lubili zarówno pan, jak i pani domu. Na poręczach fotela trzymali ręczniki chroniące przed zabrudzeniem. Jaroszewicz miał swoje utarte zwyczaje. Jednym z nich był spacer z psem, zawsze ok. godziny 22, "gdyż wtedy już nie ma ludzi na ulicach" - tłumaczył syn Jan. Jednak wędrował z bronią, z pistoletem Walter model PK 38, jeszcze z czasów wojny. Nigdy się z nim nie rozstawał. Gdy czytał w bujanym fotelu, pistolet leżał na stole na tacy. Obok słodyczy, które uwielbiała Solska.

Jak Jaroszewiczowie spędzili ostatni w życiu wieczór? Gdy napastnicy znaleźli się w willi, ona była już w nocnej koszuli, on prawdopodobnie oglądał telewizję w salonie. Świadkowie - ochroniarz pilnujący znajdującej się w pobliżu willi biznesmena i jedna z sąsiadek - około pierwszej w nocy usłyszeli dwa strzały. Zlekceważyli je, przypuszczając, że to młodzież bawi się petardami. Mecenas Hilarowicz przypuszcza, że jeden ze strzałów mógł oddać Jaroszewicz. I mógł napastnika zranić. Niestety - to, że jeden z napastników krwawił, także pozostanie już tylko hipotezą. W sypialni Alicji Solskiej - chociaż nie była ona torturowana - ujawniono ślady koloru jasnobrunatnego. Nikt ich jednak nie zabezpieczył. Nie zabezpieczono także śladów "wyglądem przypominających krew", które znaleziono na wewnętrznej powierzchni drzwi otwartej kasy pancernej.

Piotr Jaroszewicz prawdopodobnie został zaatakowany od tyłu, we wnętrzu domu. Z parteru sprawcy przenieśli go do gabinetu, na piętro. Jaroszewicza, siedzącego na fotelu, torturowali. I charakteryzowali się przy tym niezwykłym okrucieństwem. Ale robili przerwy. Jakby chcieli uszanować zamiłowanie pana domu do czystości - założyli mu na głowę opatrunek i zmienili zabrudzoną krwią koszulę. Alicji Solskiej nie dręczyli. Skrępowanej "w kołyskę", leżącej w łazience kobiecie podsunęli nawet pod głowę psią kołdrę. Podawali leki. I wyraźnie się nie spieszyli. Po przeprowadzeniu sekcji biegli stwierdzili, że torturowanie byłego premiera mogło trwać nawet kilka godzin. Wyrok wykonali nad ranem. Na szyi ofiary zadzierzgnęli ciupagą pasek. Jego żonę zabili strzałem w tył głowy z należącego do Jaroszewicza sztucera.

Niewyjaśnione tajemnice

Ale sztucer także kryje niewyjaśnione w śledztwie tajemnice. W opisie z miejsca zdarzenia odnotowano, że łuska po naboju tkwiła w środku broni. Podczas odtwarzania filmu z wizji lokalnej okazało się, że leży obok. Nigdy nie udało się też wyjaśnić, kim byli kobieta i dwóch mężczyzn wychodzący rankiem 1 września z willi Jaroszewiczów. Widziała ich jedna z sąsiadek, która szła na pocztę dokonywać opłat. Policja nigdy jednak nie podjęła tego wątku.

Dziwne zachowanie morderców nie było zaskoczeniem dla biegłego psychologa. Wyjaśnił, że tak właśnie zachowują się sprawcy seryjnych napadów rabunkowych. Najpierw torturują, by wymusić oddanie cennych przedmiotów. - Kiedy ofiara myśli, że najgorsze ma już za sobą, następuje zabójstwo - twierdził.

Ale z willi prawdopodobnie zginęły tylko dwie sztuki broni i zegarek. Zresztą nie najcenniejszy. Bardziej wartościowy gospodarz miał na ręku, w gabinecie zaś zostały jeszcze cztery inne - ekskluzywne.

Wiadomo, że sprawcy w salonie przeszukali tylko dwie szuflady. Za to dość dokładnie spenetrowali gabinet byłego premiera. Zostawili w spokoju obrazy Kossaka, Picassa, bezcenną kolekcję numizmatów premiera i kosztowności premierowej zamknięte w stojącej na wierzchu szkatule. W metalowej szafie w gabinecie premiera znaleziono dokumenty. Nikt jednak nie postarał się zrobić ich opisu. Była tam też schowana skórzana teczka - aktówka, w niej zaś kartki, na których Jaroszewicz robił odręczne zapiski, a także fotografie.

Na zdjęciach ze wstępnych oględzin sejfu na parterze willi w Aninie widać stojącą na górnej półce wiśniową kasetkę zamkniętą na klucz. Podczas wizji lokalnej przeprowadzonej dziesięć dni później kasetka jest otwarta i stoi na półce środkowej. Mecenas Hilarowicz zwracał uwagę, że klucz do niej miał tylko Jan Jaroszewicz, a sejf przez cały czas był zaplombowany. Niezależnie od błędów, jakie popełniono przy zbieraniu dowodów, śledczy przyznawali, że trudno cokolwiek ustalić na pewno, gdy członkowie rodziny tak niewiele o sobie wiedzą. Ta wzajemna nieufność była zadawniona.

Andrzej był synem Piotra Jaroszewicza z pierwszego małżeństwa. Alicja Solska z poprzedniego związku miała dwoje dzieci. Po ślubie z Jaroszewiczem jej syn wychowywał się przy ojcu, córka Hanna opiekowała się rodzicami Solskiej. Z zeznań składanych przez świadków wynika, że Alicja Solska robiła wszystko, by się pozbyć pasierba Andrzeja. Gdy małżeństwo Jaroszewiczów zawisło na włosku, premier zdecydował się 12-letniego Andrzeja oddać na wychowanie przyjacielowi - nauczycielowi z Pruszcza Gdańskiego. Jedynym dzieckiem wychowującym się w rodzinie Jaroszewiczów był Jan, syn z ich wspólnego związku. Gospodyni pomagająca w domu Jaroszewiczów opowiadała, że w byłym premierze "w miarę upływu lat narastało poczucie winy w stosunku do Andrzeja". Ponoć publicznie opowiadał, że "Andrzej w testamencie nie będzie pokrzywdzony".

Jednak nie wiadomo, co się stało z tym dokumentem. Jeśli istniał, w sejfach go nie znaleziono. Sprawdzany był też wątek problemów finansowych Andrzeja. Chodziło o zaliczkę, którą miał odebrać od wydawnictwa za książkę ojca "Przerywam milczenie", z której się rzekomo nie rozliczył. Andrzej Jaroszewicz wydał nawet specjalne oświadczenie: "Nie mam żadnych zobowiązań materialnych. Nigdy i przez nikogo nie byłem ścigany. (...) nie mam żadnych kłopotów finansowych, które mogłyby posłużyć jako tło zabójstwa".

Jak domek z kart

W sprawie Jaroszewiczów do zbrodniarzy nie prowadzą ani ślady, ani motyw. Rabunkowy - wysuwany wstępnie podczas trwającego sześć lat procesu - jest trudny do udowodnienia. Bo dlaczego sprawcy mieliby wynieść z naszpikowanego cennymi przedmiotami domu jedynie zegarek i fiński nóż? Gdy prokuratorzy stawiali przed sądem, w procesie poszlakowym, Krzysztofa R. "Faszystę", Wacława K. "Niuńka", Henryka S. "Sztywnego" i Jana K. "Krzaczka" - recydywistów z okolic Mińska Mazowieckiego - mieli zeznania konkubiny jednego z nich o skoku w Aninie, w wyniku którego "stary pryk się przekręcił", dowód rzeczowy w postaci fińskiego noża skradzionego na miejscu zdarzenia i badania wariografem, które potwierdziły u dwóch oskarżonych silny związek ze sprawą, u dwóch innych zaś z zabójstwem. Akt oskarżenia runął jednak jak domek z kart po wycofaniu zeznań konkubiny i wobec braku pewności co do pochodzenia noża. Nie było dowodów, że oskarżeni w ogóle byli w willi. W końcowych przemówieniach obrońcy twierdzili, że prawdziwi mordercy Jaroszewiczów pozostają na wolności. Padały wręcz sugestie, by - jak dziś przy okazji sprawy Olewnika - okoliczności śledztwa zbadać pod kątem ukrywania przez organy ścigania faktycznych sprawców.

Po spektakularnym uniewinnieniu oskarżonych znaczenia nabrał wątek polityczny. Od początku sugerował go Andrzej Jaroszewicz. "Uważam, że nie jest jeszcze pora, by mówić o tych sprawach, o których dowiedziałem się od ojca. Głównie dlatego, że nie mam możliwości zweryfikowania zasłyszanych informacji, były przeznaczone wyłącznie dla mnie" - zeznawał. I dodawał, że do milczenia skłaniają go również względy bezpieczeństwa. Podobne sugestie przedstawiali współpracujący z byłym premierem dziennikarze, w tym współautor wspomnieniowej książki Jaroszewicza "Przerywam milczenie" Bohdan Roliński. Sama książka była rozczarowaniem, autor twierdził jednak, że Jaroszewiczowie dbali, by za dużo nie powiedzieć. Świadkowie twierdzą jednak, że były premier przygotowywał poprawione wydanie książki. Inni widzieli u niego 1800 stron pamiętników.

Mówiono także o tajnym archiwum Jaroszewicza. Roliński jednak powątpiewał: "Przynajmniej nie w Aninie, choć możliwe, że gdzieś mógł przechowywać jakieś dokumenty" - mówił prasie. W "Przerywam milczenie" największą opowiedzianą przez Jaroszewicza sensacją była sprawa "matrioszek" - agentów radzieckich skierowanych do Polski na kierownicze stanowiska w rządzie, partii i wojsku. Rosjanie ponoć szukali sobowtórów Polaków wywiezionych do ZSRR i po szkoleniu dokonywali podmiany.

Jaroszewicz miał powziąć na ten temat wiedzę od Karola Świerczewskiego. Historycy do tych rewelacji podchodzili sceptycznie. Zdaniem wielu Jaroszewicz nie miał żadnej wiedzy, która mogłaby zagrozić jego życiu. Pojawiają się jednak pewne sensacyjne spekulacje. Jedna z teorii wiąże zabójstwo Jaroszewicza z zeznaniami, jakie miał złożyć w Moskwie na procesie KPZR. Świadkiem w tej sprawie miał być także Aleksander Dubczek, który zginął w tajemniczym wypadku samochodowym.

W ub.r. tygodnik "Wprost" opublikował artykuł, w którym spekuluje, że były premier mógł zostać zabity z powodu tajemnic, jakie poznał w 1945 r., przeglądając niemieckie archiwum zdeponowane w pałacu w Radomierzycach. Dwaj inni wojskowi, którzy wtedy do archiwum weszli, także zginęli w latach 90. - Tadeusz Steć w styczniu 1993 r., a Jerzy Fonkowicz w 1997 r. Obu przed śmiercią torturowano.

Być może jednak w grę wchodziła osobista zemsta. Dla wszystkich, którzy znali małżeństwo Jaroszewiczów, nie ulegało wątpliwości, że się bali. Były premier był przekonany o istnieniu w swoim domu podsłuchu. Drażliwe sprawy poruszał z gośćmi w ogrodzie. "Żyli w stanie niepokoju" - zeznawał Stanisław Kociołek, były I sekretarz PZPR w Warszawie - "mieli poczucie, że są inwigilowani".

Dlatego coraz częściej słychać głosy: tej sprawie może pomóc jedynie przypadek. Być może przy okazji innego śledztwa wyjdą na jaw powiązania z zabójstwem w Aninie. Na profesjonalne działania organów ścigania - nawet metodami z archiwum X - jest już najpewniej za późno.