Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

KRZYSZTOF ZANUSSI

O KRYTYCE FILMOWEJ

 

Bardzo poruszająco mówił Pan w wywiadzie dołączonym do zagranicznego wydania "Amatora" ("Camera Buff", wyd. Kino on Video, 2004) o tym, że niewiarygodne jest, jak głupie recenzje pisano o filmach Kieślowskiego w Polsce, zanim osiągnął międzynarodowy sukces. Czy osobiście miał Pan podobne przeżycie w przypadku któregoś z Pana filmów?

Nie. Ja miałem przez długi czas sytuację niesłychanie komfortową z recenzentami i z prasą. To się zepsuło dużo później. W Polsce po pierwszym filmie, po "Strukturze kryształu", osiągnąłem pewien status, byłem też pod pewną ochroną, bo w komunizmie harcownictwo nie było dobrze widziane. Robił to tylko Kałużyński, który zawsze o mnie źle pisał - z wyjątkiem filmu, o którym właściwie, jako krytyk na usługach partii, powinien napisać źle, mianowicie o "Barwach ochronnych". Ale on miał taką osobliwą licencję, że właśnie mógł pisać czasem na przekór. On właśnie konsekwentnie mnie zwalczał, nie robiąc mi zresztą żadnej prawdziwej krzywdy. Miałem do niego stosunek pełen swoistej sympatii. To znaczy, wydawało mi się, że jest człowiekiem wszetecznym i dziennikarzem wszetecznym, ale niesłychanie utalentowanym, interesującym, niezwykłym. Nie mówię o nim z żadną wewnętrzną niechęcią, choć uważam, że był generalnie destruktorem i często mącił ludziom w głowach. Władza dbała o porządek w głowach widzów, a harcownik to ten, który atakuje niepodważalny autorytet. Natomiast po moim "Kontrakcie" pojawił się taki pan, który do tej pory harcuje w dziedzinie dramatu - coś tam podobno nawet cennego stworzył *[Tadeusz Słobodzianek]. Znam jego programowo prostackie teksty publicystyczne, które pisał pod koniec lat siedemdziesiątych pod wyszukanym arystokratycznym pseudonimem *[Jan Koniecpolski]. On pierwszy napisał miażdżącą recenzję z "Kontraktu", który mu się nagle strasznie nie spodobał. Ale to już był czas "Solidarności", kiedy było z jednej strony pewne poluzowanie cenzury, a z drugiej strony władza po cichu popierała walkę z autorytetami, które nie lubiły tej władzy. Zaskoczył mnie wtedy taki napad, czy raczej głos pełen niechęci, i to, że w Polsce pisze się o mnie nagle tak źle i zupełnie nie wiadomo, dlaczego ten film wywołał tyle niechęci. A potem, jak już się ustrój zmienił, to już się stało powszednie. Spotkała mnie masa takich zamierzonych przykrości. I nawet nie można mówić, że to są recenzje niechętne, to są wyrazy pogardy i nienawiści, które oczywiście zostawiają jakieś rany w człowieku. Ale wolna prasa na całym świecie uprawia zwalanie z piedestału, deptanie autorytetów. Tym nieznany dziennikarz może zdobyć rozgłos, a rozgłos dla wielu więcej znaczy niż szacunek dla samego siebie.

Zupełnie inaczej jest być człowiekiem prywatnym, a inaczej osobą publiczną...

To się jednak w jakiś sposób pokrywa. I dlatego ten atak na "Kontrakt" był dla mnie czymś głęboko zastanawiającym. Był sygnałem, że już się jakieś czasy skończyły, czasy pewnego poszanowania dokonań. Bo o pewnym autorytecie można pisać krytycznie, ale wtedy ta krytyka była napisana pogardliwie, nienawistnie, a nie rzeczowo. Z poczuciem bezkarności. Takie było wtedy młode pokolenie, które chciało zaistnieć, a jednocześnie władza już nie chciała bronić pewnej hierarchii w sztuce, której dawniej broniła nawet wtedy, kiedy ta sztuka nie służyła jej bezpośrednio. Korzystali z nadużyć tylko na własny użytek.

Niedawno dostałem wycinek z postpezetpeerowskiego pisma, gdzie w związku z filmem "Persona non grata" zostałem opisany jako zardzewiała żyleta. Rozumiem, że ten film mógł dotknąć środowisko polityczne przez postać graną przez Jerzego Stuhra. Wydaje mi się, że zachowałem się wobec nich dość taktownie, dopuszczając, aby ten człowiek tak na pozór beznadziejny jednak coś dobrego w końcu zrobił. Myślę, że to niewdzięczność, żeby nie zauważyć, że ja ich wcale nie osądzam tak bezlitośnie, jak zapewne oceni ich historia. A w recenzji - tylko pomyje. Jest taka nieudana pani recenzent, która zresztą już wyleciała z "Wprost", a teraz pałęta się po innych pismach, która na łamach tygodnika "Wprost" okrzyknęła mój film "Suplement" najgorszym filmem roku. Trzeba było mieć do tego dużo złej woli, zwłaszcza że film dostał międzynarodową nagrodę krytyki na festiwalu w Moskwie. A ta pani wyraźnie chciała powiedzieć: "Ja ten utwór oceniam na zero". To oczywiście rani. Nie ma co mówić, że to przechodzi obojętnie. Miałem niedawno wywiad w "Polityce", w którym wspominam o pewnym wyizolowaniu. Czuję się teraz w Polsce bardzo wyizolowany, bo z żadną z koterii nie mam bliskiego kontaktu. W latach solidarnościowych wszyscy byliśmy bardzo zjednoczeni i czuliśmy się względem siebie bezpiecznie, nie atakowaliśmy się wzajemnie. Do głowy by mi nie przyszło, żeby coś cierpkiego powiedzieć nawet o ludziach, do których czasami mam jakieś anse. Ale teraz to się rozsypało i trzeba być w jakiejś koterii, czy to jest koteria "Wprost", czy koteria "Tygodnika Powszechnego", czy koteria "Polityki". Mówię o pismach akurat, ale to są wszystko takie salony, które przyjmują samych swoich. Ponieważ ja z żadną z tych grup nie czuję pełnej tożsamości i od każdej się dystansuję, to siłą rzeczy w Polsce jestem jak gdyby obcy i z boku. I to jest mój wybór. Wolę tak, niż dźwigać na sobie fałszywą tożsamość, bo z żadną z tych grup nie umiałbym się utożsamić. Są w "Tygodniku Powszechnym" strony, które czytam z entuzjazmem, ale są też strony, o sztuce na przykład, o których mogę powiedzieć, że to, co się tam wypisuje, to prawdziwe horrendum. To samo powiem o poglądach, o politycznej poprawności innych pism, z którą się nie zgadzam, czy o jaskrawym negatywizmie jeszcze innych pism, które są dla mnie obrzydliwe.

Wracając do krytyki filmowej - krytyczne opinie to coś, z czym spotyka się każdy artysta. Chciałabym Pana zapytać o odporność artysty na krytykę - czy można ją w sobie jakoś wyrobić i czy musi być szczególnie duża, aby w zawodzie artysty coś osiągnąć?

Tak, to jest bardzo przykry temat. Na prawdziwą krytykę nie trzeba mieć odporności, bo prawdziwa krytyka artyście pomaga, tak jak lekarz, który stawia diagnozę i nakazuje leczenie. Na przykład lekarz mówi: "Niech pan czegoś nie robi, bo to panu szkodzi!". I ja to akceptuję. Nie mam o to żalu, że wielu krytyków wytykało mi moje błędy. Bardzo często zarzucano mi w dialogach skłonność do rezonerstwa. Pilnuję, żeby tego nie było, bo widzę, że mam taką skłonność. Za dużo moi bohaterowie chcą powiedzieć w słowach, a nie powinni tego robić. I wiele rzeczy zrozumiałem dzięki surowej krytyce.

Natomiast każdy utwór zawsze jest także odsłonięciem pewnej sfery intymnej i, wystawiając go publicznie, zawsze można spotkać się z czyimś splunięciem, z pogardą. Wczoraj znalazłem właśnie taki artykulik jakiegoś młodego dziennikarza. Teraz wielu młodych dziennikarzy nie istnieje poza swym pisemkiem, nie mają nazwiska. Znaczą tyle, co tytuł, w którym piszą. Tacy ludzie lubią tak między wierszami podrzucić jakieś pogardliwe zdania o mojej pracy dla samej przyjemności, żeby dokopać. A to boli.

Robią to właśnie po to, żeby bolało, i splunięcie takiego szczeniaka, którego wpuścili na jakieś łamy, boli, bo wiem, że on to robi z jakiejś takiej ogólnej niechęci do tych, którzy istnieli wcześniej od niego. Mówi tylko, że moje filmy są nic nie warte. A ja muszę z tym żyć. Czasami się wszystkiego odechciewa, ale nie reaguję na to i to jest moja strategia życia, którą podjąłem już dawno. Żyję w bardzo wielu krajach i jak mi dokopią w jednym, to zawsze liczę na ten drugi. Reżyseruję w teatrze, mam wykłady w innych krajach i zapominam, że tu, w Polsce, zrobiło mi się niedogodnie. Kiedyś tu miałem mocną bazę, wiedziałem, że tu mnie ludzie szanują. I oczywiście jest cała rzesza widzów, którzy naprawdę coś w moich filmach znaleźli - jestem tego pewien, dlatego robię je dalej. Ale to nie oni zwykle piszą, pisze najczęściej jakiś chłopaczek - bo zwykle to są panowie. Nie jestem seksistą, ale o panienkach nie ma co mówić. Było kiedyś takie pokolenie pań krytyczek, które w latach osiemdziesiątych uległy władzy i opluły mnie parę razy na żądanie, co do tej pory noszę w sercu. To była zdrada, tam nikt się nie zastanawiał nad argumentami. Władza kazała napisać źle, to napisały. Są to zresztą bardzo dzielne panie, które do dzisiejszego dnia odgrywają znaczną rolę w kształtowaniu nowo wychowanej kadry piszącej, ale ja noszę w sercu to, co złego pisały o "Roku spokojnego słońca", bo wtedy była to bardzo przykra zdrada.

Rozumiem, że równie przykre było to, iż Zygmunt Kałużyński, czołowy polski krytyk filmowy, znany z ciętego języka i wrogości w stosunku do "kina moralnego niepokoju", dał Panu niepochlebne przezwisko "pan reżyser Zanudzi".

No tak, ale z Kałużyńskim mieliśmy przez całe życie pewien rodzaj konfliktu. On mi próbował przyprawić gębę. Gdyby, proszę Pani, zastanowić się nad naturą nudy, to okaże się, że nudni są ludzie, którzy się nudzą. Jeżeli moje filmy są dla publiczności i Kałużyńskiego zbyt wymagające, to zgadzam się z tym, że jego publiczność się nudzi. Ale to nie jest cała publiczność. Kałużyński miał wielkie pragnienie destrukcji, on chciał świata, w którym wszystko by było rozrywką, w którym nie ma żadnych wartości. Był człowiekiem uwikłanym, mrocznym i wiedział, że ja to wiem. I nawet na swój sposób się lubiliśmy. Zupełnie nie miałem do niego osobistej niechęci, widziałem go jako człowieka wyjątkowego, który miał straszną młodość, straszne dzieciństwo, przeszedł potworne rzeczy w swoim życiu i w jakiś sposób przystał do zła i sprzedał swoją zupełnie oszałamiającą inteligencję celom, których nie nazwałbym chwalebnymi.

Ale o zmarłych nie ma co źle mówić. Mam większy żal do tych, o których sądziłem, że mnie polubią. Bardzo chciałem zdobyć ich sympatię, a oni ciągle mówią o mnie źle i są wobec mnie w tym małostkowi. To są środowiska mi bliskie. W swoim wywiadzie w "Polityce" wymieniłem w tym świetle "Tygodnik Powszechny", bo ludzie nie zdają sobie sprawy, że to jest środowisko, które zrobiło mi wiele drobnych, ale zamierzonych przykrości. Ja w naturalny sposób powinienem być im bliski, natomiast wiem, że jest tam więcej koterii niż przekonań. Po prostu oni nie postrzegają bliskości przekonań, bo nie jestem członkiem ich koterii, moja niezależność ich drażni. Zresztą to jest też zjawisko bardzo polskie, bardzo krakowskie: te małe koteryjki, które się tworzą i nie chcą się otworzyć na zewnętrzny świat. Obserwując "Piwnicę", widziałem ten sam proces - oni dławili każdego, kto chciał się od nich wyrwać, wyjść. To właśnie jest cecha prowincji, cecha polskiego piekła. Patrzę na Rosję i widzę, że oni tej cechy nie mają, są często bardziej wielkoduszni wobec swoich artystów niż Polacy. Może jednak teraz, mówiąc te słowa, jestem trochę niesprawiedliwy. Może tych kilku piszących dzisiaj mądrze i poważnie na mój temat powinno mi wystarczyć. W końcu są to bardzo liczące się pióra, żeby wymienić: Wojciecha Kuczoka, księdza Lutra, Jerzego Sosnowskiego czy też Barbarę Hollender.

Proszę mi powiedzieć, jaki jest Pana stosunek do analizy i do teorii filmowej?

Rozumiem, że pyta Pani o to w odniesieniu do mojej własnej pracy. Nie tak wiele o mnie napisano w Polsce. Jednakże we Włoszech byłem postacią, która mieściła się w grupie klasyków lat siedemdziesiątych. Opisywano mnie, stosując klucz progresizmu, bo to wynikało z prostej rachuby: filmowiec ze wschodniego, postępowego bloku, musiał być takim właśnie artystą. A potem przyszedł smutny finał. Zrobiłem film o papieżu i to było dla moich lewicowych popleczników aktem zdrady.

Wciąż dostaję wycinki z prasy i naprawdę ze zdumieniem spostrzegam, ilu ludziom chce się gdzieś napisać jakiś tekst, felieton, artykuł tylko po to, żeby na mnie splunąć. No i po co oni to robią? Dzisiaj znowu czytałem coś takiego. Ktoś opluł moje felietony w "Polityce", które nie ukazują się już od kilku lat. Trzeba mieć w sobie ogromną zawziętość, żeby w ogóle o nich przypominać. Właściwie powinno mi to pochlebiać. Ale widzę, ile w ludziach jest pragnienia, żeby powiedzieć jeszcze dzisiaj, jak bardzo jestem im wstrętny. I to mnie zdumiewa, bo ja sam nie znajduję w sobie takiej agresji, nigdy nie byłem żarliwym polemistą, który by się komuś rzucał do gardła, i nawet wtedy, kiedy miałem do tego pewne podstawy, to nie miałem ochoty. Nigdy nie miałem ochoty zaatakować Kałużyńskiego i nawet, szczerze mówiąc, krzywiłem się na to, kiedy ludzie, którzy go nie znosili, na co często zasłużył, robili jakieś aluzje do pierwszej sylaby w jego nazwisku. Mówiłem wtedy, że jest to nieeleganckie. Stosunki twórców i tych, którzy piszą o twórczości, nie bywają nigdy symetryczne.

 

 

"Krzysztof Zanussi - sylwetka artysty", 2008