Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 23-10-2009

 

Piotr Zychowicz 

Zapomniani polscy jeńcy 1920 roku

 

 

Śmierć żołnierzy Armii Czerwonej w polskich obozach jenieckich trzeba zestawiać z tragedią naszych żołnierzy wziętych do niewoli podczas wojny polsko-bolszewickiej, a nie ze zbrodnią katyńską. Jej zapowiedź dał zresztą rok 1920

 

 

"Warunki, w jakich znajdują się jeńcy, są b. ciężkie. Epidemii tyfusowej ulega obecnie 30 - 40 proc. jeńców, z których 20 proc. umiera. (...) Głód i chłód potęgują epidemię do rozmiarów zagrażających całej dywizji, jeżeli nie zostanie udzielona natychmiastowa pomoc" - alarmował polski wywiad w specjalnym raporcie sporządzonym 7 marca 1920 roku dla Ministerstwa Spraw Wojskowych w Warszawie.

Mowa jest w nim o żołnierzach polskiej 5. Dywizji, sformowanej z Polaków znajdujących się na Syberii. Dywizja 10 stycznia 1920 r. skapitulowała przed bolszewikami w pobliżu Krasnojarska.

- Czerwoni obiecali, że będą ich dobrze traktowali i żywili, że żadnemu z polskich żołnierzy nie stanie się krzywda. Gdy jednak Polacy złożyli broń, bolszewicy natychmiast złamali układ. Oficerowie zostali wtrąceni do więzienia i oddani w ręce bezwzględnych śledczych z Czerezwyczajki. Los szeregowych był niewiele lepszy - mówi dr Jan Wiśniewski, historyk zajmujący się dziejami 5. Dywizji.

"Przed wejściem do obozu przeprowadzono (...) po raz czwarty ścisłą rewizję. Tu ogołocono nas kompletnie z posiadanych dotychczas rzeczy (...) Odebrano wszelkie dokumenty osobiste, fotografie, pieniądze (...) pierścionki (nawet ślubne), zegarki, medalioniki, ubranie, bieliznę, brzytwy, scyzoryki, a nawet kawałki mydła, zapałki" - relacjonował zbiegły z obozu w Omsku oficer 5. Dywizji ppor. Antoni Gługiewicz. I dalej: "W salach urządzono piętrowe nary, drewniane, zawszone i brudne. Przepełnienie w salach ogromne, np. w jednej stosunkowo małej sali mieściło się nas 180. Z powodu nieczyszczenia ustępów tak wewnątrz, jak i zewnątrz budynku panuje smród nie do zniesienia. (...) Wysyłano nas codziennie, nie wyłączając niedziel i świąt, do ciężkich robót pod silną eskortą żołnierzy. (...) Pracowaliśmy, czyszcząc ze śmieci i gnoju podwórze, nawet kanały i ustępy".

Sadyzm strażników, katorżnicza praca i epidemie. "Raz na dzień, wrzątek (czasem i tego nie ma) na obiad tak zwana zupa, tj. woda gorąca i trochę ziemniaków, lub kaszy bez okrasy i 3/4 funta chleba na kolację. Przy tym wikcie pracowaliśmy po 9 - 10 godzin dziennie. Głód więc wśród naszych oficerów ogromny. (...) Ludzie często omdlewają przy robotach".

Anty-Katyń 

W 1990 roku, gdy wychodziły na jaw kolejne dokumenty dotyczące sowieckich zbrodni z okresu II wojny światowej dokonywanych na Polakach, ówczesny sowiecki przywódca Michaił Gorbaczow wydał polecenie znalezienia anty-Katynia, czyli wydarzenia z najnowszej historii relacji polsko-sowieckich, które obciążałoby stronę polską. Znaleziono szybko odpowiedni temat: los krasnoarmiejców, którzy w 1920 roku zmarli w polskiej niewoli. Od tego czasu za każdym razem, gdy we wzajemnych relacjach wypływa problem zbrodni katyńskiej, Rosjanie kontrują sprawą 16 - 18 tysięcy zmarłych w polskiej niewoli bolszewickich jeńców. Tak było chociażby podczas ostatniej batalii o historię, która toczyła się przy okazji obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Władimir Putin w tekście opublikowanym na łamach "Gazety Wyborczej" pisał: "Zarówno cmentarze pamięci Katyń i Miednoje, podobnie jak i tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku, powinny się stać symbolem wspólnego żalu i wzajemnego przebaczenia". Mniej więcej to samo powtórzył podczas późniejszego przemówienia wygłoszonego na Westerplatte.

Niestety, odpowiedź Polski na podobne zestawienia na ogół wpisuje się w scenariusz napisany w Moskwie. Nasi politycy starają się co prawda argumentować, że czym innym była śmierć z powodu panujących w obozach jenieckich epidemii, a czym innym zlecone przez władze państwowe wymordowanie elity narodu strzałem w tył czaszki. W gruncie rzeczy jednak się zgadzają, że w obu przypadkach mamy do czynienia z zawinioną, choć w różny sposób, śmiercią tysięcy żołnierzy. Wychodzi na to, że podczas wojny 1920 roku Polacy doprowadzili do śmierci krasnoarmiejców w obozach, a w 1940 roku to samo spotkało polskich jeńców z Ostaszkowa, Kozielska i Starobielska. Może to sprawiać wrażenie, że bilans win i krzywd jest wyrównany. Tymczasem zapomnieliśmy o tym, że podczas wojny 1920 roku w ręce Armii Czerwonej wpadło kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy WP. Los wielu z nich był tragiczny.

"Sami pozdychacie" 

Panujące w brygadzie pracy przymusowej, w tajdze w pobliżu Jeniseju, makabryczne warunki opisał we wspomnieniach były jeniec Stanisław Bohdanowicz, żołnierz 5. Dywizji Syberyjskiej. Polacy, zanim dotarli na miejsce, zostali dotkliwie pobici kolbami.

"Po co was mamy rozstrzeliwać? Tam sami pozdychacie" - powiedział jeden z bolszewików, gdy wśród żołnierzy pojawiła się obawa, że zostaną zgładzeni.

Jak relacjonował Bohdanowicz, warunki w otoczonym drutami kolczastymi łagrze były straszliwe. Polscy żołnierze, podobnie jak oficerowie, zostali ograbieni ze wszystkich cenniejszych rzeczy, głodzono ich (dostawali tylko nędzną zupę gotowaną na mięsie chorych na nosaciznę koni), a w barakach szybko pojawił się tyfus. Chorzy i konający leżeli wśród zdrowych kolegów.

Żołnierze, którzy zachowali siły, zostali zmuszeni do makabrycznej, upokarzającej pracy. Relacjonuje Bohdanowicz: "Poprowadzono nas do magazynu, gdzie składano trupy. Musieliśmy ładować je na sanie. Zwłoki ludzkie leżały rzucone na kupę prawie pod sam dach. (...) Trzeba było po trupach wdrapywać się do góry. (...) Kilku z nas wlazło na górę i zaczęliśmy zrzucać trupy (...) Chwilami robiło się straszno, trupy wyginały się na wszystkie strony i czepiały się nawzajem rękami i nogami, jakby nie chciały z tego składu wychodzić".

W bezimiennych, masowych grobach wylądowali też oficerowie Dywizji, którzy trafili do więzienia Czeka w Krasnojarsku. Zostali uznani za winnych "działalności kontrrewolucyjnej" lub innego "przestępstwa politycznego" i rozstrzelani. - Dla bolszewików z samej definicji oficerowie byli "wrogami ludu" i zasługiwali tylko na kulę w łeb. A jak jeszcze któryś walczył przeciwko nim w wojnie domowej, jego los był przypieczętowany - mówi Jan Wiśniewski.

Ocenia on, że bolszewickiej niewoli nie przeżyło około 4,5 tysiąca spośród około 10 tysięcy żołnierzy 5. Dywizji.

Śmierć za czystą bieliznę 

W równie straszliwych warunkach w kilkudziesięciu obozach na terenie całej sowieckiej Rosji, także w jej europejskiej części, przetrzymywani byli Polacy, którzy dostali się do niewoli podczas wojny w 1920 roku. Oto kilka cytatów z dokumentów polskiego MSZ dotyczących sytuacji panującej w obozie Androniewskim w Moskwie: "Lokal stary, wilgotny, zanieczyszczony", "sienniki stare, zużyte", "pluskwy i zawszenie". "złe odżywianie", "wycieńczenie i szkorbut". A to o obozie Rożdżestwieńskim: "rozmieszczenie strasznie ciasne, śpią na brudnej podłodze na łachmanach. Sienniki posiada niespełna 1/8 część więźniów. Boso chodzi 60 proc., w łapciach 30 proc.".

Podobne relacje sporządzono o innych miejscach, w których przetrzymywano żołnierzy WP. Polscy dyplomaci, którym po zakończeniu działań wojennych pozwolono odwiedzić jeńców, byli zdruzgotani tym, co zobaczyli.

- Według moich obliczeń pobytu w tych obozach nie przeżyło co najmniej trzy tysiące polskich żołnierzy. To liczba znacznie mniejsza niż liczba bolszewików, którzy zmarli w polskich obozach. Trzeba jednak pamiętać, że Polska wzięła do niewoli znacznie więcej jeńców, bo około 85 tysięcy, nie licząc tych, którzy przeszli na naszą stronę, podczas gdy bolszewicy najwyżej trzydzieści parę tysięcy. Występowała tu więc różnica skali - tłumaczy prof. Zbigniew Karpus, który od lat bada losy jeńców wojny 1920 roku.

Dlaczego do bolszewickich obozów trafiło stosunkowo niewielu polskich żołnierzy, mimo że przed sierpniem 1920 roku Armia Czerwona odnosiła wielkie sukcesy? - Odpowiedź jest prosta: bolszewicy w wielu przypadkach natychmiast rąbali żołnierzy, którzy im się poddali. Mordowali ich na miejscu. Tych ludzi nigdy nie zarejestrowano jako jeńców i nie ma ich w żadnych ewidencjach. To były zbrodnie wojenne na masową skalę - podkreśla prof. Karpus.

Schemat był na ogół podobny. Od żołnierzy oddzielano oficerów, podoficerów i co inteligentniej wyglądających szeregowców, a następnie dokonywano egzekucji. Ponieważ oficerowie, wiedząc co ich czeka, często przed poddaniem się zdzierali dystynkcje, bolszewicy odróżniali ich "na oko". Wystarczyło mieć gładkie, niespracowane ręce, okulary czy czystą bieliznę, aby zasłużyć na śmierć.

Mózg obok trupa 

Oprawcy na ogół rozrąbywali schwytanych szablami: puszczali ich w pole i urządzali "polowanie na ludzi". Czasami nabijali oficerów na pal lub, gdy było nieco więcej czasu, stosowali wymyślne tortury. Raport z 8 czerwca 1920 roku spod wsi Zamosze i Zawidno, gdzie walczył 32. Pułk Piechoty: "Po odparciu wroga i przywróceniu starych pozycji znaleziono [jeńców] z rozprutymi brzuchami, powyrywanymi wnętrznościami, porąbanymi czaszkami, pokłutymi pachwinami, poprzestrzeliwanych kulami dum-dum. (...) Mózg porąbany leżał obok trupa".

Porucznik Pasternacki zginął, gdy dostał się do niewoli pod Śniadowem. Przed egzekucją bolszewicy obcięli mu język, uszy i nos. Podobne opisy przypominają to, co bolszewicy robili na frontach rosyjskiej wojny domowej. Okaleczanie genitaliów, ściąganie "rękawiczek" (zdzieranie skóry z dłoni po uprzednim oblaniu ich wrzątkiem), wbijanie gwoździ w ramiona w miejscu pagonów.

- Dla bolszewików konflikt z Polską był kolejnym frontem wojny rewolucyjnej. Oni chcieli zbolszewizować nasze państwo. Wprowadzić tu "komunistyczny raj". Dlatego mordowali "wrogów ludu" i "przedstawicieli klas panujących", tak samo jak u siebie. Nie bez powodu propaganda sowiecka mówiła wówczas o "biało-Polakach" czy "wojnie z pańską Polską". Właśnie tą propagandą przesiąknięci byli żołnierze Armii Czerwonej, którzy dokonywali zbrodni - tłumaczy toruński historyk prof. Waldemar Rezmer.

Ogniomistrz Włodzimierz Garbowiak, który powrócił z sowieckiej niewoli w październiku 1920 roku, zeznawał: "[Z grupy jeńców] wywołali por. Grabowskiego. (...) zapytali się »ej, ty oficer?«. Na co por. Grabowski odpowiedział, że jest studentem (...) Komisarz wydał rozkaz skinieniem głowy, poczem dwaj kozacy stający z tyłu z obnażonymi szablami poczęli rąbać go. Po pierwszym uderzeniu szablami głowa została rozpołowiona na dwie części i po upływie kilku sekund por. Grabowskiego [po]rąbali na drobne części". Tak zginęli niemal wszyscy oficerowie i podoficerowie oddziału ogniomistrza Garbowiaka.

Bolszewicka sztuka wojenna 

Selekcji na oficerów i traktowanych nieco lepiej szeregowców nie zawsze jednak dokonywano. Znanych jest wiele przypadków, w których Sowieci wycinali w pień całe poddające się im oddziały. Szczególnym okrucieństwem wykazał się kawaleryjski korpus Gaj-Chana. Jego żołnierze wymordowali polskich jeńców w Lemanie, Chorzelach, Cichoszkach pod Kolnem i pod Mławą. Masowych zbrodni dokonała także 1. Armia Konna. - W Armii Czerwonej znajdowały się oddziały, które skupiały się głównie na mordowaniu jeńców i grabieżach. Ich członkowie unikali za to otwartej walki. Tak było w korpusie Gaja. Gdy kozacy szli do ataku, ci żołnierze leżeli w krzakach i krzyczeli: "Dawaj, dawaj!". Wkraczali "do akcji" dopiero, gdy na polu bitwy zostali ranni i jeńcy - opowiada prof. Rezmer. Największym okrucieństwem wcale nie wykazywali się "dzicy Kozacy", ale robotnicze oddziały ideowych komunistów.

Generał Lucjan Żeligowski, który przybył do Chorzel dzień po zakończeniu walk, wspominał: "Widok pola walki robił przykre wrażenie. Leżała wielka na nim ilość trupów. Byli to w większości nasi żołnierze, ale nie tyle ranni i zabici w czasie walk, ile pozabijani po walce. Całe długie szeregi trupów, w bieliźnie tylko i bez butów, leżały wzdłuż płotów i w pobliskich krzakach. Byli pokłuci szablami i bagnetami, mieli zmasakrowane twarze i powykłuwane oczy".

Zamordowano tam kilkuset Polaków. Do podobnej zbrodni doszło również w Zadwórzu na przedpolach Lwowa, gdzie wymordowano 400 młodych ochotników broniących miasta, a także w Ostrołęce, Żytomierzu, Bystrykach i w wielu innych miejscowościach. Bolszewicy w bestialski sposób mordowali rannych z polowych szpitali wojskowych, których Polacy nie zdążyli ewakuować. Na przykład w Berdyczowie kawalerzyści Budionnego spalili żywcem 600 rannych Polaków wraz z opiekującymi się nimi siostrami. - Takich wydarzeń były setki. Polskie oddziały, gdy w sierpniu i we wrześniu 1920 roku odbijały tereny z rąk bolszewików, niemal wszędzie znajdowały masowe groby. Mordowanie jeńców było stałym elementem sztuki wojennej Armii Czerwonej. To samo powtórzyło się w 1944 i 1945 roku. Skala zjawiska była olbrzymia. Dziś trudno jest ustalić, ilu polskich żołnierzy w 1920 roku zginęło w tych masakrach. Liczba ta może sięgnąć nawet 20 tysięcy - uważa prof. Karpus.

Musieliśmy zjadać psy 

Nawet jeżeli polscy jeńcy nie zostali zamordowani na polu bitwy, a następnie przetrwali straszliwe warunki panujące w obozach, nie oznaczało to wcale, że byli uratowani. Gdy po podpisaniu pokoju w Rydze bolszewicy zobowiązali się do ich zwolnienia, dla Polaków rozpoczął się kolejny koszmar. Całymi tygodniami, a ci, którzy byli przetrzymywani na Syberii, nawet miesiącami, podróżowali w bydlęcych wagonach do granicy. W wielu przypadkach władze bolszewickie nie przyznały im na cały ten czas żadnego prowiantu i opału. Podróżujący eszelonami, w ekstremalnych rosyjskich warunkach pogodowych, polscy żołnierze marli dziesiątkami. Zamarzali w nieopalanych wagonach, umierali na choroby - znowu zaczęła się epidemia tyfusu - lub po prostu z głodu. Wszystko to działo się już na progu wolności, często przed samą granicą Rzeczypospolitej.

Wspomniany Stanisław Bohdanowicz opisywał, jak doprowadzeni do rozpaczy Polacy pustoszyli stacje kolejowe, na których zatrzymywały się wiozące ich eszelony. Rozbierali na opał całe budynki kolejowe, płoty, a nawet kradli słupy telegraficzne. Polowali na psy, które następnie zarzynali i zjadali w wagonach. Bolszewicka eskorta, gdy złapała ich na kradzieży - stosowała karę śmierci. Wszystko to działo się pod koniec 1922 roku. Również droga do obozu jenieckiego, jaką polscy żołnierze pokonywali dwa lata wcześniej, często była gehenną. Relacjonuje ogniomistrz Garbowiak, który przez wiele dni był pędzony pieszo na wschód. "Nie otrzymując żadnego posiłku, ratowaliśmy się od głodowej śmierci [wyrywając] surowe kartofle, jak również i niedojrzałe owoce". Kilkuset jeńców wojennych z tej grupy bolszewicy umieścili ostatecznie w więzieniu dla kryminalistów w Żytomierzu. Po kilkudziesięciu w niewielkich celach. Tam również nie dawano im jeść. Gdy już byli na krawędzi śmierci głodowej, komendant więzienia dał się przebłagać i zgodził się wreszcie na dostarczenie im jedzenia. Musieli to jednak zrobić we własnym zakresie miejscowi Polacy. Bolszewikom było obojętne, czy przeżyją.

Dlaczego milczą politycy 

Jedynym odpowiednikiem dla śmierci bolszewickich żołnierzy w polskich obozach jenieckich w 1920 roku jest los polskich żołnierzy w niewoli bolszewickiej. I tylko te dwa wydarzenia można do siebie porównywać i je ze sobą zestawiać. Zbrodnia katyńska z 1940 roku, z którą Rosjanie zestawiają śmierć swoich jeńców, nie ma z tym nic wspólnego. 

Szczególnie że w 1920 roku strona sowiecka traktowała jeńców gorzej niż strona polska - uważa prof. Zbigniew Karpus.

To, że Rosjanom jest nie na rękę mówienie o tej sprawie, jest oczywiste. Dlaczego jednak polscy politycy nie przypominają o losie naszych jeńców za każdym razem, gdy Rosjanie zarzucają nam nieludzkie traktowanie ich żołnierzy? - Prawdopodobnie po prostu o tym nie wiedzą. Jest to o tyle dziwne, że wśród polskich przywódców jest wielu historyków. Najwyraźniej wojna 1920 roku nie jest ich specjalizacją - podkreślił historyk.

Według niego milczenie polskich polityków na temat bolszewickich zbrodni wojennych z 1920 roku to poważny błąd. 

- Być może nie wynika to jednak z braku wiedzy, ale po prostu z niechęci do wyciągania kolejnych krzywd. Wiele osób w Polsce uważa, że nie ma sensu prowadzić polityki historycznej. Że może lepiej siedzieć cicho i nie drażnić Rosjan. Problem w tym, że przez wiele lat w stosunkach polsko-rosyjskich siedzieliśmy cicho i wiele nam to nie pomogło. Siła polskiego głosu nie wzrosła, a Rosjanie stawali się coraz bardziej śmiali w wypaczaniu prawdy historycznej - uważa prof. Karpus. Podobnego zdania jest dr Jan Wiśniewski. - Obawiam się, że nasze władze państwowe nie do końca zdają sobie sprawę, że podczas wojny 1920 roku nie tylko my braliśmy jeńców. Że również polscy żołnierze dostawali się do niewoli, w której spotkali się z nieprawdopodobnym okrucieństwem. Niestety, często badania i ustalenia historyków nie wychodzą poza mury instytucji naukowych, nie przebijają się do świata wielkiej polityki. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni i Polska przypomni sobie o swoich zapomnianych jeńcach - podkreślił historyk.





Igor T. Miecik - Piekło za drutami