Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

ZASKAKUJĄCE,

ANORMALNE,

FANTASTYCZNE

 

1999

 

(...)

 

UZDRAWIANIE TORTURAMI

W osiemnastowiecznej Francji zdarzało się, że kobiety były poddawane torturom, których ludzkie ciało nie powinno wytrzymać, a jednak, w tajemniczy sposób, nadal miały się doskonale i w cudowny sposób uzdrawiały chorych i ułomnych.

Na małym cmentarzu przy kościele Św. Medarda w Paryżu między 1727 a 1732 rokiem działy się dziwne rzeczy. Historie te brzmią tak nieprawdopodobnie, że dzisiejszy czytelnik skłonny jest odrzucić je jako czysty wymysł. Byłby to jednak błąd, choćby dlatego, że o ich autentyczności świadczy imponująca liczba dokumentów, łącznie z relacjami lekarzy, sędziów i innych szacownych postaci życia publicznego.

Zaczęło się w maju 1727 roku, od pogrzebu paryskiego diakona, Francoisa de Paris. Miał zaledwie trzydzieści siedem lat, czczono go jednak jako człowieka świętego i uważano, że otrzymał błogosławioną moc uzdrawiania. Był zwolennikiem biskupa Corneliusa Jansena, który nauczał, że człowiek może osiągnąć zbawienie jedynie dzięki łasce boskiej. Diakon nie miał jednak wątpliwości, że jego własny dar uzdrawiania pochodzi od Boga.

Za jego trumną szły tłumy; wielu ludzi płakało. Złożono ją w grobowcu za głównym ołtarzem kościoła św. Medarda. Potem zgromadzeni przeszli obok ciała, składając kwiaty. Nad trumną pochylił się młody kaleki chłopiec, podtrzymywany przez ojca. Nagle ogarnęły go drgawki, jakby zaczynał się atak choroby. Kilka osób pomogło odciągnąć wijącego się chłopca do zacisznego kąta kościoła. Konwulsje ustały. Chłopiec otworzył oczy, powiódł dokoła nieprzytomnym wzrokiem i powoli wstał. Na jego twarzy pojawił się wyraz niewiarygodnej radości; ku zdumieniu obecnych, zaczął podskakiwać, śmiejąc się i śpiewając. Jego ojciec nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdyż chłopiec skakał na prawej nodze, uschniętej i zupełnie pozbawionej mięśni. Później stwierdzono, że chora kończyna stała się tak samo silna i normalna jak druga.

Wiadomość rozeszła się szeroko. W ciągu kilku godzin do kościoła zbiegli się ułomni, trędowaci, garbaci i ślepcy. Początkowo niewiele osób wierzyło w opowieści o cudownych ozdrowieniach. Wkrótce jednak stało się jasne, że wszystkich historii o cudach nie da się wytłumaczyć jedynie naiwnością i ciemnotą. Opowiadano, że zdeformowane kończyny prostują się, ohydne narośla i guzy znikają bez śladu, a wrzody i rany goją się błyskawicznie.

Wśród osób badających zdarzenia w kościele Św. Medarda był prawnik Louis Adrien de Paige. Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł wchodząc na dziedziniec kościoła, była grupa kobiet, które leżały na ziemi, wijąc się, skręcone w najdziwaczniejsze kształty, niektóre wygięte do tyłu tak, że potylicą dotykały swoich pięt. Wszystkie ubrane były w długie płócienne koszule, związane w kostkach. Paige'a poinformowano, że był to wówczas obowiązkowy strój dla wszystkich kobiet, które chciały skorzystać z cudownej mocy diakona. Wcześniej, kiedy kobiety wiły się w konwulsjach, dziedziniec kościoła odwiedzali młodzi mężczyźni, by z niezdrowym podnieceniem oglądać widowisko.

Tajemniczy masochizm

Niektóre kobiety i dziewczęta były też okrutnie bite, tak się przynajmniej wydawało. Mężczyźni bili je ciężkimi drewnianymi i żelaznymi drągami. Inne kobiety leżały na ziemi, jakby przytłoczone ogromnym ciężarem. Pewna dziewczyna stała obnażona do pasa, a mężczyzna ściskał i gwałtownie wykręcał jej sutki żelaznymi szczypcami. Wydawało się jednak, że żadna z kobiet nie czuje bólu; przeciwnie, wiele z nich prosiło o następne ciosy. Trudno uwierzyć, jak wiele z nich to brutalne traktowanie wyleczyło z okaleczeń i chorób.

W innej części dziedzińca, przy stole na krzyżakach, siedziała i jadła atrakcyjna, mniej więcej dziewiętnastoletnia dziewczyna o różowych policzkach. Wyglądało to normalnie, dopóki ktoś nie przyjrzał się dokładniej temu, co było na talerzu i nie poznał po wyglądzie, a także po zapachu, że były to ludzkie odchody.

Pomiędzy jednym i drugim kęsem tego przyprawiającego o mdłości pokarmu, dziewczyna popijała żółty płyn, który okazał się moczem. Dziewczyna zjawiła się na dziedzińcu, by wyleczyć się z tego, co dziś nazwalibyśmy nerwicą: myła ręce kilkaset razy dziennie i była tak wybredna w kwestii jedzenia, że nie brała do ust niczego, co dotknęła ludzka ręka. Diakon rzeczywiście ją uleczył - po kilku dniach, z wszelkimi objawami zadowolenia, jadła odchody i piła mocz.

Tego typu wypadki nie budziłyby sensacji w zakładzie psychiatrycznym; co było jednak zupełnie nadzwyczajne, to fakt, że po jednym z takich posiłków dziewczyna otworzyła usta, jakby chciała zwymiotować i wtedy z jej ust popłynęło zwyczajne krowie mleko.

Przezwyciężanie wstrętu

Tymczasem w innej części dziedzińca kobiety-ochotniczki oczyszczały ropiejące rany i czyraki wysysając je do czysta. Nóżka małej dziewczynki była masą gnijących wrzodów, czasem tak głębokich, że widać było kość. Kobieta, która zgłosiła się, by ją leczyć, była jedną z cudownie uleczonych osób; teraz najwyraźniej Bóg wybrał ją, by pokazać, jak łatwo istota ludzka może przezwyciężyć swój wstręt. Jednak nawet ona wzdrygnęła się, kiedy zobaczyła i poczuła zapach nogi toczonej przez gangrenę. Przez chwilę modliła się w ciszy, potem skłoniła głowę i zaczęła pić i połykać skażoną substancję.

Jeszcze dziwniejsze było jednak zachowanie szesnastoletniej Gabrielle Moler, która zdjąwszy płaszcz leżała na ziemi w spódnicy skromnie związanej wokół kostek nóg. Stali nad nią czterej mężczyźni, a każdy z nich trzymał ostro zakończony żelazny pręt. Kiedy dziewczyna uśmiechnęła się do nich, rzucili się na nią, wbijając pręty w brzuch. Rzecz zdumiewająca, ale nie pojawił się nawet ślad krwi, a dziewczyna nadal spokojnie leżała. Później odciągnięto do tyłu jej głowę i wbijano pręty w podbródek. Wyglądało na to, że nieuchronnie przebiją jej ciało wchodząc aż do ust, gdy jednak usunięto ostrza, okazało się, że nawet skóra była nienaruszona.

Mężczyźni wzięli wtedy ostro zakończone łopaty, oparli je na piersi Gabrielle i z całej siły pchnęli; dziewczyna jednak nadal się uśmiechała. Jej pierś, uwięziona między dwiema łopatami, powinna zostać odcięta, ale zdawało się, że jest niewrażliwa na ciosy. Później jeden z mężczyzn oparł ostrą krawędź łopaty na gardle dziewczyny usiłując odciąć jej głowę; wyglądało jednak na to, że nie jest w stanie nawet przycisnąć łopaty do szyi Gabrielle.

Teraz bito ją potężnymi żelaznymi pałkami w kształcie tłuczka. Z wysokości kilku stóp zrzucano na nią wielokrotnie kamień ważący dwadzieścia pięć kilogramów. Na koniec dziewczyna uklękła i włożyła głowę do płonącego przed nią ognia. Nie osmaliła sobie nawet włosów ani brwi, a potem poszła coś zjeść.

Urzędnik, który oglądał te sceny, powracał tam wielokrotnie, aż zgromadził materiał do pierwszego tomu zdumiewającej książki. Przedstawiono ją królowi Ludwikowi XV, który był tak zaszokowany i oburzony, że kazał wtrącić autora do więzienia.

Zakaz praktyk na dziedzińcu kościoła św. Medarda

Władze Paryża zdecydowały ostatecznie, że skandal staje się nie do zniesienia i zamknęły kościelny dziedziniec. Kobiety, które tam były, odkryły jednak, że mogą swoje cuda prezentować wszędzie, co też czyniły jeszcze przez wiele lat.

La Condamine, naukowiec i zatwardziały sceptyk też był wstrząśnięty, kiedy w 1759 roku zobaczył dziewczynę wiszącą przez wiele godzin na drewnianym krzyżu, do którego przybito gwoździami jej ręce i stopy, a bok przekłuto włócznią. Zauważył, że wszystkie te operacje były dla dziewczyny najwyraźniej bolesne, a gdy usunięto gwoździe, z jej ran płynęła krew. Poza tym wyglądało jednak na to, że nic się jej nie stało, choć to, co przeszła, zabiłoby każdego człowieka.

Cóż więc możemy powiedzieć o tych cudach z perspektywy XX wieku? Niektórzy autorzy uważają, że w grę wchodziła tu autohipnoza. Można w ten sposób wyjaśnić zjadanie odchodów i wysysanie gnijących ran, trudniej jednak zastosować to tłumaczenie do skrajnych przykładów wytrzymałości fizycznej.

Przypomina nam to raczej opisy obrzędów fakirów i derwiszy. W swej autobiografii zatytułowanej Witness [Świadek] J. G. Bennett opisuje oglądany kiedyś rytuał, podczas którego w poprzek brzucha nagiego człowieka układano ostry miecz, po którym skakali dwaj potężni mężczyźni. Na ciele leżącego nie pozostał żaden ślad. Wydaje się, że działa tu pewna władza "umysłu nad materią", głębsza niż zwykła hipnoza, jeszcze do końca nie rozszyfrowana, ale zasługująca na poważne traktowanie.

Trzeba szukać naukowej interpretacji cudów u Św. Medarda. Tymczasem nie dajmy się jednak oszukać powierzchownym wyjaśnieniom sceptyków.

 

SZATAN NA ŚNIEGU

Pewnego zimnego lutowego poranka w śniegu pokrywającym duży obszar południowego Devonu w Wielkiej Brytanii odkryto dziwne ślady stóp. Co mogło lub kto mógł je pozostawić?

Zimą 1855 roku opinia publiczna Wielkiej Brytanii była bardzo zainteresowana pogodą. Na Krymie armia brytyjska powoli umierała z zimna. "The Times" i ilustrowane tygodniki skrupulatnie opisywały jej agonię. W Kingston zamarzła Tamiza, a miłośnicy przygód jeździli na łyżwach po jeziorze w centrum Londynu. W południowo-zachodniej Anglii zaspy śniegu odcięły niektóre wsie od świata. Lokalni piekarze nie mogli dostarczyć żywności do mieszkańców Lustleigh w Devonie. W Torquay setki osób nie poszły do pracy z powodu mrozu. Rzeka Teign zamarzła w wielu miejscach, a w Teignmouth zawalił się falochron wraz z częścią torów kolejowych. Nieostrożni podróżni, których złapała noc, ginęli z powodu zimna.

Początkowo noc ze środy, 7 lutego, na czwartek, 8 lutego, musiała wydać się mieszkańcom miast i wsi leżących wzdłuż ujścia rzeki Exe jak każda inna. Na początku spadł obfity śnieg, a potem zaczął padać deszcz, zerwał się lodowaty wiatr, a nad ranem złapał ostry mróz. I chociaż byli przyzwyczajeni do różnych przykrych niespodzianek związanych z aurą, kiedy następnego ranka obudzili się ze snu, spotkali się z czymś zaskakującym. Jak informował "The Times" w wydaniu z 16 lutego:

"Znaczną sensację wzbudziły odkryte w miastach Topsham, Lympstone, Exmouth, Teignmouth i Dawlish, w południowym Devonie, tajemnicze ślady stóp. Podejrzenia poszły nawet tak daleko, że zamieniły się w przekonanie, że są to ślady samego szatana. O podnieceniu, które ogarnęło wszystkie klasy, świadczy fakt, że nad tematem tym rozwodzono się nawet z ambony.

Okazuje się, że w ostatnią czwartkową noc nastąpiły obfite opady śniegu w okolicy Exeter i na południu Devonu. Następnego ranka mieszkańców wspomnianych miast zaskoczyło odkrycie śladów dziwnego i tajemniczego zwierzęcia, które wydawało się wszechobecne, gdyż ślady widziano w różnych niedostępnych miejscach - na dachach domów i wąskich murach, w ogrodach i na podwórkach otoczonych wysokimi ogrodzeniami, a także na otwartej przestrzeni. Nie było niemal ogrodu w Lympstone, w którym nie zaobserwowano by tych śladów".

Artykuł szczegółowo opisywał wygląd i wielkość śladów: "Ślady bardziej wyglądają na pozostawione przez zwierzę dwunożne niż czteronożne [...] Przypominają odciski kopyt osła [...] Stwór najwyraźniej podszedł pod drzwi wielu domów, a potem musiał się wycofać, lecz nikt nie potrafił odnaleźć miejsca, w którym tajemniczy gość stał lub odpoczywał [...] Do tej pory nie udało się tego wyjaśnić, a wielu przesądnych ludzi w wyżej wzmiankowanych miastach boi się wyjść z domu po zapadnięciu zmroku".

Przerażone psy

Pojawienie się nie zidentyfikowanych śladów stóp na tak dużym obszarze z pewnością wywołało pewne poruszenie. W Dawlish, gdzie ślady biegły przez środek miasteczka, zorganizowano poszukiwania. Kontynuowano je do momentu, gdy - jak mówi jedno z doniesień - "w końcu, koło lasu psy wróciły, ujadając przerażone".

Pojawiły się pogłoski, że wiele śladów wyraźnie wskazuje, iż stopa, która je zostawiła, była rozwidlona; według innych doniesień natomiast miała pazury. W oczach większości wieśniaków te dowody prowadziły do jednego oczywistego wniosku: ślady pozostawił szatan.

Na szczęście wielu obserwatorów podeszło do tego w sposób bardziej naukowy i zostawiło dokładne opisy tego zjawiska. Z Newport House w hrabstwie Wear, w samym centrum nawiedzonego obszaru, niejaki D'Urban, wnuk człowieka, którego nazwisko widnieje w nazwie miasta Durban w Afryce Południowej, informował o tym, co widział:

"Ślady [...] sądząc z pozorów, były dokładnym odbiciem kopyt osła [...] lecz stwór, który je zostawił zamiast chodzić tak, jak robiłoby to zwierzę (czy też ktokolwiek inny), na przemian stawiając prawą i lewą stopę, stawiał nogi stopa za stopą w jednej linii. Odległość między nimi wynosiła 20 centymetrów, a może więcej [...] Tajemniczy gość przeważnie przechodził raz wzdłuż lub po przekątnej przez każdy ogród lub podwórko, i stało się to w wielu częściach kilkunastu miast, [...] a także w rozrzuconych wokół nich farmach. W niektórych wypadkach wyraźne ślady prowadziły przez dachy domów i stogi siana oraz bardzo wysokie mury, przy czym śnieg nie był rozrzucony, a odstęp między stopami nie zmieniał się. Ktoś przechodził tak, jakby mur nie był dla niego żadną przeszkodą".

Informacje te wywołały lawinę korespondencji od ludzi, którzy byli przekonani, że mają klucz do tej tajemnicy. Przypuszczano, że gość był wydrą, żurawiem, łabędziem, kangurem, który uciekł właścicielowi, a nawet szczurem skaczącym na czterech łapkach, dziwny kształt odcisków zaś tłumaczono warunkami atmosferycznymi. Czołowy naturalista ówczesnej epoki, Richard Owen, zbadał rysunki przedstawiające te ślady i uznał je za odciski borsuka.

Inni, pamiętając, że ślad prowadził po dachach i pojawiał się na parapetach wysokich okien, sądzili, że zostawił go ptak, a rzekome wizerunki kopyt spowodował lód na jego pazurkach. Chociaż teoria ta była bardziej prawdopodobna niż inne, ponieważ wielkie stada ptaków gnieździły się u ujścia rzeki, wyjaśnienie to nie przekonało wszystkich. D'Urban spędził nieco wcześniej pięciomiesięczną zimę w lasach Kanady i miał znaczne doświadczenie w tropieniu dzikich zwierząt i ptaków na pokrytych śniegiem terenach. Jak wyraził to jeden z ówczesnych dziennikarzy: "Nigdy nie widział wyraźniej odciśniętych śladów, lub aż tak nie zmienionych przez warunki atmosferyczne, niż te, o które tutaj chodzi. Żadne znane zwierzę nie mogło pokonać takiego obszaru w ciągu jednej nocy, a poza tym musiałoby przemierzyć ujście rzeki liczące 13 kilometrów. [...] Żadne znane zwierzę nie stawia też nóg w jednej linii, nie robi tego nawet człowiek [...] żaden ptak nie pozostawia śladów podobnych do kopyt".

Czy więc po 140 latach możemy stwierdzić, co odwiedziło południowy Devon owej zimowej nocy w 1855 roku?

Uważnie przyglądając się ówczesnym relacjom, możemy przynajmniej uzyskać lepszy obraz tej tajemnicy. Chociaż D'Urban stał się później powszechnie szanowanym antykwariuszem, znanym z dokładnych informacji, w 1855 roku miał zaledwie dziewiętnaście lat i na jego relacji mogą ciążyć nadmierne emocje i pogłoski. Brakuje na przykład dowodu na poparcie jego twierdzenia, że ślad zaczynał się na zachodzie w Totnes. Niezbyt przekonują też dowody weryfikujące obecność śladów w Torquay. Najbardziej wiarygodne relacje wskazują, że ślad zaczynał się na zachód od Teignmouth, przechodził przez Dawlish, podążał na północ po zachodnim brzegu przy ujściu Exe i potem na południe po wschodnim brzegu, a kończył się za Exmouth - daje to w sumie znacznie krótszy odcinek, niż kiedyś twierdzono. Tylko u samego ujścia Exe ma trzy kilometry szerokości. Informacje wskazują, że tajemniczy gość mógł przejść po zamarzniętej rzece w Topsham, gdzie zwęża się ona do kilkuset metrów. Prawdopodobieństwo, że poszedł do północnego brzegu Teign i obu brzegów Exe - jakby starał się uniknąć przechodzenia przez wodę - dyskredytuje dość dziwaczną "teorię o potworze morskim", za którą się niektórzy opowiadali.

Ludzkie działanie?

Theo Brown, niegdyś wykładająca na Uniwersytecie Exeter, zajmująca się folklorem w Stowarzyszeniu Devońskim, zbadała tę sprawę i zebrała dotyczące jej ustne przekazy. Na podstawie zgromadzonego materiału doszła do wniosku, że niektóre doniesienia o śladach można wyeliminować. W Topsham ślady spostrzeżono dopiero w Dniu Świętego Walentego, a więc wiele dni po ich pojawieniu się w innych miejscach, co wskazuje, że nie wszystkie pojawiły się jednocześnie, jak niektórzy utrzymywali. Istnieją także nieznaczne różnice w znanych rysunkach śladów - może więc nie mają one wspólnego pochodzenia. Niektóre tak wyraźnie przypominają kopyta osła, że mogły być nimi w rzeczywistości i w ferworze wzięto je błędnie za ślady czegoś bardziej tajemniczego. Inne wyglądały, jak mówi Ellacombe, "jakby śnieg został naznaczony rozpalonym żelazem lub nożem wycięto taką formę kopyta", co mogło być sprawką dowcipnisiów. Niektóre parafie, w których pojawiły się ślady, flirtowały w owym czasie z ruchem oksfordzkim, powstałym w Kościele anglikańskim, dążącym do odrodzenia doktryny i życia religijnego przez nawiązanie do tradycji wczesnochrześcijańskich; ruch ten został potępiony przez episkopat anglikański. A fakt, że ślady podchodziły do wielu kościołów w tych parafiach wskazuje na to, iż być może trzeba wskazać w tej sprawie na działalność człowieka. Jedna z lokalnych gazet posunęła się nawet do stwierdzenia, że gość był "ostrzeżeniem dla Puseya" *[E. B. Pusey, ang. teolog, ksiądz anglikański, od 1841 roku przywódca ruchu oksfordzkiego].

Choć istnieje wiele teorii, nie da się wyjaśnić istoty tajemnicy. Mówiono o tysiącach śladów, biegnących przez wiele mil. I nawet jeśli pominiemy pewną ich liczbę z przyczyn, o których już mówiliśmy, to i tak znaczna ich większość pojawiła się tamtej nocy i były wystarczająco dziwne, by wśród lokalnej ludności - która na pewno potrafiłaby odróżnić ślad borsuka od śladów szczura czy łabędzia - wywołać panikę. "Wielka tajemnica z Devonu" pozostaje więc nadal nie wyjaśniona.

Podobne ślady zauważono w Szkocji w 1840 roku "w górach, gdzie sąsiadują ze sobą Glenorchy, Glenlyon i Glenochay". Pewien korespondent w czasie owego incydentu w Devon donosił, że na małym wzgórzu w Galicji takie ślady widuje się w śniegu co roku - mieszkańcy przypisują je siłom nadnaturalnym. Odciski stóp pozostawione najwyraźniej przez jednonogiego stwora o rozwidlonym kopycie w części Inverness w tym samym czasie, gdy w Devon pojawiły się "ślady kopyt diabła", również wywołały spekulacje miejscowej ludności; później jednak ich pochodzenie wyjaśnił przejeżdżający tędy przyrodnik, według którego były to ślady zająca lub tchórza. W 1945 roku pisarz science fiction, Erie Frank Russell, który odbywał służbę wojskową w czasie kampanii aliantów w Ardenach, poinformował, że widział na śniegu podobne ślady. Miejscowa ludność nie potrafiła ich wyjaśnić, a na nieszczęście brak filmu nie pozwolił Russellowi na wykonanie zdjęć. Pozostaje więc pytanie: co potrafi w krótkim czasie przebyć olbrzymie pokryte śniegiem obszary, nie zważając na przeszkody, podążając szybkimi, drobnymi krokami i pozostawić ślady w kształcie kopyta? Czy kiedykolwiek dowiemy się tego na pewno?