Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 30/11/2002

 

KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA

Zawziętus

 

Gdy nie wychodzę z biura sama, wstydzę się zabrać śpiwór. Wtedy przykrywam się na noc gałęziami. Czasem wybieram zarośla, czasem jamę w ziemi. W wyjściowym żakiecie, w butach na obcasie, z teczką dokumentów szykuję się do snu

 

Lato 1996

Teleturniej "Dwunastu sprawiedliwych" emitowany w II Programie TVP. Przed kamerą lider Fundacji Pomocy Wzajemnej "Barka" Tomasz Sadowski:

- Chcemy przekonać wszystkich, że nawet najgorsi ludzie się zmieniają. Pod naszym dachem zgromadziło się niewiarygodnie dużo grzechów. Moja mama pyta mnie, czy my się zamykamy na noc. Ja się śmieję: Po co? Przecież wszystkie łotry są w środku.

Na telebimie pojawiają się zbliżenia twarzy kolejnych osób: - Ten człowiek na zdjęciu to Bogdan, który trzydzieści parę lat mieszkał w śmietnikach i na dworcu. To Zbyszek, alkoholik. Odkąd jest z nami, nie pije, teraz opiekuje się osamotnionym chłopcem. To jest Władzio. Został odtrącony przez rodzinę, która pozbawiła go gospodarstwa. U nas zajmuje się ulami, uczy innych pszczelarstwa. Andrzej wychowywał się w domu dziecka, potem 16 lat mieszkał w bunkrze. Ewa - wychowanka zakładu poprawczego - siedziała w więzieniu, żyła w melinach, piła. To Zuzanna, która siedem lat mieszkała z dwoma psami w lesie. A ta młoda dziewczyna obok mojej żony i córki to Monika, którą zostawiła matka.

Nie jesteśmy schroniskiem dla bezdomnych. Jesteśmy wielopokoleniowym domem, w którym ludzie - różni rozbitkowie życiowi - razem spędzają święta, pracują, wyprawiają wesela, umierają w swoich łóżkach. Wracamy do ważnych rzeczy, jak przyjaźń, miłość, wiara. Ja i moja żona Barbara od kilku lat mieszkamy z nimi na równych prawach. Jest to więc z naszej strony prawdziwy odruch przyjaźni.

Zbliżenie na Barbarę, która siedzi na widowni i pokazuje do kamery drewniany karmnik dla ptaków.

Sadowski: - Oto domek dla bezdomnych ptaków zrobiony przez bezdomnych ludzi.

Mówi ponad siedemnaście minut, dłużej niż pozostali uczestnicy teleturnieju. Program polega na tym, że każdy opowiada o swojej pasji, dopóki słuchający go jurorzy nie zgaszą światełek.

Jurorka Maria Szyszkowska: - Stworzył pan wspaniały świat, daleko lepszy niż ten, w którym my egzystujemy. Leszek Mądzik: - Jestem pod wrażeniem, że udało się panu zaszczepić tę pasję także rodzinie, że mieszka pan tam z żoną, z dziećmi.

Ksiądz Arkadiusz Nowak: - Jedna rzecz mnie zaniepokoiła. To, że pokazuje pan zdjęcia tych osób i wymienia z imienia, opowiadając o ich nie najlepszej przeszłości...

Tomasz Sadowski uśmiecha się. Chyba czekał na ten zarzut: - To jak ze spowiedzią. Gdybyśmy przed sąsiadami chowali się z naszą przeszłością, to tak, jakbyśmy chowali kawałek sumienia i kawałek ludzkiego doświadczenia. Oni opowiadają o swojej przeszłości, bo są już na innym etapie. I się nią dzielą, bo... bo muszą się dzielić.

Jurorzy się śmieją. Tomasz Sadowski zostaje laureatem programu.

1960-89. Życie domne

Nazywam się Anna Łojewska, mam 42 lata. Mam absolutorium z kulturoznawstwa po Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Obecnie studiuję politologię i prowadzę własną firmę fundraisingową. Znam angielski, litewski, rosyjski, biernie francuski, trochę niemiecki. Nie piję, nie palę, nie biorę narkotyków. Niekarana. Od kilku lat leczę się z bezdomności.

Pochodzę z miejscowości Wizna pod Jedwabnem. Tym Jedwabnem. Rodzice mają niewielkie gospodarstwo. Trzej bracia ukończyli technika zawodowe, siostra jest chora na zespół Downa.

Jestem niską blondynką, mam ładne nogi, ładny biust, wadę wymowy.

W dzieciństwie słyszałam, jak dziadkowie opowiadali o bestialstwie wobec Żydów, a ja się zastanawiałam, co to jest Żyd: jakie ma włosy, oczy i czym się różni ode mnie? Tak chyba zaczęła się moja pasja - kultura mniejszości narodowych. Po maturze wyjechałam do Poznania na studia. Pięć lat mieszkałam w akademiku. To był okres "Solidarności", roznosiliśmy ulotki, pisywaliśmy do lokalnych gazetek - że mamy prawo do wyrażania własnych myśli, że zamyka się nam koła naukowe. Taka to była działalność opozycyjna, nic poważnego. Uwielbiałam sympozja z mniejszościami religijnymi w Pieniężnie - z Tatarami, Żydami - na których modliliśmy się wspólnie.

Miałam przyjaciela. W jego domu półki uginały się pod ciężarem książek. Kochałam go, ale nie potrafiliśmy się do siebie naprawdę zbliżyć. Za dużo miałam kompleksów. Najważniejszy z nich to brak inteligenckich korzeni. Moi rodzice pomagali mi finansowo, ale nie było między nami więzi intelektualnej. Koleżanki z akademika na soboty i niedziele jeździły do domu. Ja miałam do rodziców sześćset kilometrów. Czasem przez cały weekend nie wychodziłam z pustego akademika. Od rodziców słyszałam: "Patrz, ta i ta już wyszły za mąż".

Po studiach dostałam bardzo dobrze płatną pracę dyrektorki w bibliotece w jednostce wojskowej. Zarabiałam więcej niż moi znajomi. Wynajmowałam mieszkanie, a jeszcze trochę mogłam odłożyć. Raz wyratowałam kogoś od wojska. Napisałam mu podanie o przyjęcie na studia i rektor go przyjął. W 1989 roku w pracy przyszły redukcje i nie przedłużono mi umowy. Tak się skończyło moje "domne" życie. Miałam 29 lat.

Zima 1989/90

Anna:

Dostaję jeszcze podwójną pensję i miesięczny płatny urlop. Mam dużo czasu i oszczędności. Jeszcze ktoś z wojska zaprasza mnie na wesele, potem kontakty się urywają. Niespiesznie rozglądam się za nową pracą. Tylko że albo znajomość nie tych języków, co trzeba, albo nie jestem przebojowa. Pocieszam się, że jakoś to będzie, zawsze przecież jakoś jest. Moi przyjaciele, Grzegorz, Monika, Krysia, wysłuchują mnie, wyciągają do kina, są ze mną cały czas. Jestem pierwszą z nich, która nie ma pracy. Nic nie znajduję ani jako bibliotekarka, ani jako księgowa, ani nawet jako magazynier. Kończą się pieniądze. A może ta sytuacja jest sygnałem od losu, żeby diametralnie zmienić swoje życie? Zapisuję się na kurs fotomodelek. Jeden z organizatorów kursu zaprasza mnie na kolację. Zwierzam mu się z moich problemów. On na to, że ma znajomą, która prowadzi butik i na pewno chętnie mnie zatrudni. Gawędzimy do późna, randka kończy się w łóżku. Umawiamy się na następny dzień w kawiarni, mamy iść razem do tego butiku. Przez szybę widzę, że czeka w środku. Nie wchodzę, nie mam odwagi, wstydzę się tego, co się stało. Pieniędzy coraz mniej.

Nie rejestruję się jako bezrobotna, bo jestem zameldowana u rodziców, więc musiałabym tam. To nie wchodzi w grę - pojechała do miasta, studiować jej się zachciało, chłopa nie ma, domu nie ma, pracy nie ma. Przelotnie pracuję przy zmywaniu naczyń.

Potem przychodzi najgorsze.

Wiosna, lato, jesień 1990. Nuda

Anna:

- Najgorsza jest nuda. Nuda jest gorsza od braku jedzenia. Myślisz tylko o tym, czym wypełnić czas do obiadu i do kolacji. A jak nie ma co robić, to jeszcze bardziej chce się jeść. Sprzątam mieszkanie trzy razy dziennie. Czytam wszystkie książki moich ulubionych pisarzy z pobliskiej biblioteki. Pójście na pocztę jest wydarzeniem, na które cieszę się dzień wcześniej. Sąsiadom mówię, że mam urlop, albo staram się, żeby mnie nie widzieli w dzień. Strasznie się wstydzę. Nie potrafię się już śmiać. Przestaję przyjmować zaproszenia.

Rodzice likwidują właśnie stado owiec, zabieram ze sobą do miasta kilkadziesiąt kilo jagnięciny, śmietanę, jajka. Rodzice są chyba zadowoleni, że wyjeżdżam. Po co sąsiedzi mają wiedzieć, że córka im się nie udała? Patrzę na torby zamrożonego mięsa - zanim to wszystko zjem, na pewno coś się zmieni. Nic się nie zmienia.

W kuchni mam kilka skibek chleba. Jak to podzielić na śniadanie, obiad i kolację? Zrywam jeżyny z krzaka na podwórku i robię z nich kisiel. Starcza na dwa dni. Wybieram się do lasu na orzechy. Okazuje się, że stanowię konkurencję dla młodych chłopców. Już późna jesień.

Mijając piekarnię, czuję jej zapach i tęsknię za ciepłym, chrupiącym pieczywem. Przede mną starsza pani o inteligenckim wyglądzie sprzedaje skarpetki. Do czapki przyczepiła sobie kartkę z ceną. Obok znajomy inżynier, weteran solidarnościowej konspiry, wykrzykuje cenę proszku do prania. W radiu reklama Elektromisu, że dadzą towary spożywcze w leasing. Waham się, ale nie... Co by było, gdyby zobaczyli mnie znajomi, z którymi godzinami dyskutowałam o Canettim?

Przyjmuję współlokatorkę, co pozwala zaoszczędzić trochę pieniędzy na jedzenie. Częściej wychodzę z domu, intensywniej próbuję znaleźć pracę. Wchodzę agresywnie w przypadkowe romanse. Nic mi z tego nie wychodzi. Nic poważnego. Nie jem już ósmy dzień. Kończą się zapasy herbaty i cukru. Mdleję na ulicy.

Wrzesień 2002. Bez kraty

Tomasz Sadowski ukończył psychologię na Uniwersytecie w Poznaniu. Tym samym, na którym studiowała Anna. Pracował w zakładzie poprawczym, w więzieniu, w klinice psychiatrycznej. Nie był taki jak inni, którzy przychodzili, odbębniali pracę, i do domu. Dzieciaki z zakładów poprawczych zabierał na obozy wędrowne, z chorymi psychicznie wypuszczał się na rejsy żeglarskie, a w więzieniu rozmawiał z najgroźniejszymi przestępcami bez tradycyjnej kraty.

- Moi przyjaciele psychologowie nie pochwalali wchodzenia z podopiecznymi w tak bliskie relacje. Zrozumiałem, że jeśli chcę pomóc tym ludziom, muszę zrezygnować z bycia psychologiem. Oni szukają prawdziwego oparcia. Ja im je mogłem dać, bo w przeciwieństwie do nich miałem silne fundamenty - dobre dzieciństwo. Mój ojciec był dyrektorem pegeeru, więc żyliśmy dostatnio. Były siermiężne lata pięćdziesiąte. Większość moich kolegów chodziła w zimie w butach z filcu. Ledwo wyszli z domu, już mieli przemoczone nogi. Szanowali mnie, bo byłem lepiej ubrany, lepiej odżywiony, miałem książki i lepsze maniery. Ich nauczyciele trochę tępili - ze mną się liczyli, bo tatuś był prominentem. To mnie bulwersowało. Wrażliwości na los człowieka, który dostał od życia mniejszą szansę niż ja, nauczyła mnie babcia. Z nią miałem dużo lepszy kontakt niż z rodzicami. Dzięki niej zrozumiałem, że muszę się podzielić z ludźmi w gorszej sytuacji niż ja. Postanowiłem stworzyć im nie noclegownię czy schronisko, ale prawdziwy rodzinny dom, i zamieszkać w nim z nimi na takich samych warunkach jak oni. Tylko tak mogli uwierzyć, że się z nimi przyjaźnię.

Tak powstała wspólnota Barka, która w 1989 roku otworzyła pierwszy dom w opuszczonej szkole we Władysławowie - 60 km od Poznania. W 1990 roku zarejestrowano Fundację. Sadowscy wynajęli swoje poznańskie M-3 i z tego opłacali dzierżawę za Władysławowo. Kilka lat mieszkali tam jako bezrobotni. W 1994 roku Sadowski mówił "Gazecie Wyborczej": "My się tu nie zajmujemy niczyimi problemami. My tu po prostu żyjemy. Niech moi koledzy psychologowie zarabiają sobie beze mnie na problemach ludzi nieprzystosowanych. Gdybym ja tu miał etat i opuszczał ten dom o godz. 15 lub 16, nic by z tego nie było. Musi być jakaś konfrontacja postaw, jakiś wzór. Ja nie mogę świadczyć tutaj usług, ja muszę tutaj świadczyć swoim życiem".

Dopiero niedawno, gdy Barka już okrzepła, Sadowscy zaczęli wracać na noc do swojego mieszkania w mieście.

Grudzień 1990. W stronę Barki

Krysia, przyjaciółka Anny: - Słuchaj, mam takich znajomych psychologów. Tylko się nie denerwuj. Oni robią coś fajnego, wiesz, to nie jest schronisko dla bezdomnych, to raczej taka alternatywna wspólnota ludzi potrzebujących wsparcia...

Jest grudzień. Na ulicach zapalają się świąteczne światełka.

"Nawet gdyby to miała być wspólnota bezdomnych? Bo co mnie czeka tutaj? Przyjaciele chyba powoli tracą do mnie cierpliwość... Żeby chociaż coś drgnęło, a potem jakoś to będzie. Co ze sobą zabrać? Czy na miesiąc, czy na pół roku...".

Krysia: - Tylko od ciebie będzie zależało, kiedy się stamtąd wydostaniesz. A zresztą, może ci się spodoba i zechcesz tam zostać na stałe?

"Brrr! Na stałe? Nigdy".

Ktoś ze znajomych przynosi jeszcze witaminy. Inny książki i kostium, o którym marzyłam.

"Umieram czy co? Że wszyscy są tacy dobrzy dla mnie".

Pierwsza kolacja

Anna:

Z Krysią, Grzegorzem i Moniką jedziemy do mieszkania Sadowskich. Trwa akurat przyjęcie imieninowe.

- Ja jestem Tomek, a to moja żona Basia - mówi wysoki, tęgi mężczyzna. Przedstawia mi pozostałych i swoje dzieci. Czteroletnia Marysia siada mi na kolanach.

- Ty się nie bój Barki - to Tomek jeszcze. - Poradzisz sobie. Baśka jest w ciąży i też jej się krzywda nie dzieje.

Wsiadamy do żuka i jedziemy do Władysławowa. Dzieci Tomka i Basi zasypiają mi na kolanach. Po drodze śpiewamy kolędy. Boże Narodzenie za tydzień.

Duży dom. Psy ujadają, jacyś ludzie całują mnie, pytają o samopoczucie. Siadamy do kolacji. Proszą, bym opowiedziała o sobie. Później oni. Jestem przerażona. Rysiek niedawno wyszedł po siedmiu latach z więzienia. Andrzeja matka oddała do domu dziecka, gdy miał trzy lata. Po wojsku wrócił do domu. Po pierwszej wypłacie rodzice zażyczyli sobie pieniędzy na wódkę, potem go wyrzucili, odtąd mieszkał w bunkrze. 60-letnia Zuzia przez ponad 20 lat była prostytutką. Gdy musiała odejść z zawodu, zamieszkała w lesie z dwoma psami we własnoręcznie skleconym szałasie.

Rano budzi mnie Rysiek. Przecieram oczy i słyszę niepewne: "Jo chyba żem za wcześnie obudził". Boże!

1991. Na świecie zaczyna się obojętność

Anna:

Ile tu jest jedzenia! I to wszystko za darmo. Nie muszę się martwić o czynsz, o dach nad głową. Może ci ludzie nie są z mojego kręgu kulturowego, ale przynajmniej są. A wieś jest naprawdę cudowna. Uczę się jeździć na nartach. Zakładamy przydomową mleczarnię. Pochodzę ze wsi, więc biorę sprawy w swoje ręce. Dźwigam po 50 litrów mleka dziennie. Śmiechu jest co niemiara, bo ciągle wpadam w zaspę i przy mojej filigranowej sylwetce ledwo się wydostaję. Sprzedajemy masło w pobliskim miasteczku. Odwiedzają nas wiejskie kobiety. A to przyniosą ciasto, a to jajka, posiedzą z nami, pogadają. I nie chodzi tu o żaden akt miłosierdzia, tylko o zwykłą sąsiedzką wizytę. My się rewanżujemy, ja na przykład uczę ich dzieci angielskiego. Zakładamy zespół taneczny.

Ktoś z nas przywozi z Poznania straszne wieści, że dzieci zaczynają żebrać na ulicy, że ludzie walczą o stołki, że zaczyna się obojętność.

- Niczego się nie bój - mówi Tomek, ściskając moją dłoń - jesteśmy razem już na zawsze. Poza Barką czeka cię zagryzanie i niepewność jutra. Bez Barki już byś zginęła.

Nikt nie używa słowa "bezdomność". Mówimy o sobie "ludzie z problemami". Zresztą, czy mnie można nazwać bezdomną? W ostateczności mogę zawsze wyjechać do rodziców. Ale skoro już tu przyjechałam, to trochę zostanę. Odpocznę, nabiorę pewności siebie, znajdę pracę i wyjdę. Dziwię się tylko, że ludzie ze wsi, którzy gawędzą z nami na naszym ganku, przed kościołem ledwo odpowiadają na moje ukłony. Nie pamiętam, z czyich ust, ale słowo "bezdomność" wreszcie pada. Ja nadal nie mam pracy. Na Wielkanoc wyjeżdżam do rodziców. Szczerze mówiąc, wymyślam jakiś fałszywy powód wyjazdu, bo Tomek twierdzi, że rodzina biologiczna do naszego życia niewiele wniosła.

Wrzesień 1991-czerwiec 1992. Próba ucieczki

Anna:

Po wakacjach wreszcie odchodzę z Barki. Znajduję pracę nauczycielki angielskiego w wiejskiej szkole. Mieszkam w klasie, śpię pod tablicą na materacu gimnastycznym. Wszystko wyczyściłam, wstawiłam kuchenkę elektryczną, położyłam dywan, na parapecie ustawiłam kobiece bibeloty. Dwa razy w tygodniu jeżdżę do Poznania na kurs przygotowujący do egzaminu państwowego z angielskiego. Mam silne postanowienie, żeby nie wracać do Barki.

Tylko że w pokoju nauczycielskim zaczynają ginąć pieniądze. "Nigdy przedtem się to nie zdarzało" - mówi ktoś przy mnie. Gdy wchodzę, rozmowy cichną, przestaję być zapraszana do domów. Mnie też giną pieniądze, ale gdy o tym mówię, nikt nie reaguje. "Zagryzanie" - przypominam sobie słowa Tomka. Jestem coraz bardziej samotna. Nie zdaję tego egzaminu z angielskiego. Brakuje mi sił, żeby regularnie jeździć do Poznania.

Wychodzi na jaw, że pieniądze kradła sekretarka. Jestem niewinna, ale mam dość. Tęsknię do ludzi, którzy mi ufają. Bez egzaminu państwowego nie mogę dłużej pracować w szkole. Zaczyna się lato. O tej porze i tak niczego nie znajdę. Nieśmiało przyjeżdżam do Barki, niby na wakacje. Dzieci Sadowskich z piskiem rzucają mi się w ramiona. Pachnie maciejka.

Wrzesień 2002. To nie przystanek autobusowy

Włodek, 40 lat, w Barce od ośmiu: - Nie można Barki traktować jak przystanku autobusowego. Wtedy to tragedia. Człowiekowi nie chce się nic robić, bo wie, że za chwilę odchodzi, nie integruje się, jest samotny, samotny wśród tłumu. Barkę trzeba traktować jak dom.

Barbara Sadowska: - Kiedyś jakaś dziennikarka zapytała któregoś z barkowiczów, czy nie czuje się uzależniony od Barki. On odparł: - A czy pani nie jest uzależniona od swojej rodziny, od ojczyzny?

Siedzę we Władysławowie, w domu, razem z Sadowskimi i członkami wspólnoty, przy stole, przy którym Anna jadła swoją pierwszą bezdomną kolację. Tomasz zarządza, żeby każdy opowiedział mi swoją historię.

Pierwszy zgłasza się Włodek: - Przyszliśmy tu z żoną i ośmioletnią córką Agatą w 1994 roku. Ja jestem kierowcą, Ela technologiem żywności. Handlowaliśmy na granicy ciuchami. Prawie uczciwie zarabialiśmy niezłe pieniądze. Zmienialiśmy samochody na coraz lepsze, coraz droższe. Mieliśmy wygodne mieszkanie. Przyszły długi, ja zacząłem pić, straciliśmy mieszkanie i samochód. Proponowano nam, żeby Ela poszła do domu dla samotnych kobiet, ja do domu samotnych mężczyzn, córka do domu dziecka. Ale nie chcieliśmy się rozstawać. Kilka nocy spędziliśmy w hotelu, z którego uciekliśmy, nie płacąc rachunku. Spacerowaliśmy po moście i myśleliśmy, żeby skoczyć. Zamiast tego poszliśmy do Barki.

Byliśmy zamożnymi ludźmi, a tu nagle do bezdomnych. Wszyscy myśleli, że pobędziemy rok, otrząśniemy się i wyjdziemy. Ale zaczęliśmy się wciągać. Doszliśmy do wniosku, że to też jest sposób na życie, choć nieco skromniejsze. Ja mam etat w Barce - 600 zł - jako kierownik do spraw organizacji pracy, za te pieniądze spłacam raty za samochód należący do Barki. Pieniędzy do ręki nie ma, ale mamy przecież znajomych. Zawsze ktoś coś da, papierosy czy coś. Agatka szkołę podstawową skończyła tu, na wsi. Teraz chodzi do prywatnej szkoły z internatem w Poznaniu, bo dzięki Barce dostała stypendium od duńskiego stowarzyszenia. Podręczniki dostaje od starszych uczennic, ubiera się w to, co w Barce zostanie po kimś, kto umrze albo wyrośnie. Utrzymujemy dziecko niemalże bezgotówkowo. Ale kieszonkowe Agata ma - dostaje miesięcznie 50 złotych, od Barki. Wspólnota przyznała jej to przy tym stole.

Ela, żona Władka: - Dlaczego nie odchodzimy? Bo czujemy, że jesteśmy coś winni. Ktoś mnie obdarował, chcę oddać. Nie wiem, czy mi życia starczy.

Żyć i umrzeć w Barce

W kilkunastu obecnie wspólnotach Barki rozsianych głównie w Poznańskiem mieszka ponad 500 osób, w tym 65 dzieci. Kto ma dochody zewnętrzne (renta, zasiłek, emerytura), oddaje z nich Barce 75 proc. Kto nie ma, nie płaci i nikt nie ma o to pretensji. Gmina dotuje Barkę w kwocie około jednej czwartej potrzeb - pozostałe trzy czwarte barkowicze wypracowują w stolarni, szwalni, introligatorni, barkowych sklepach z używaną odzieżą, prowadząc wypożyczalnię sprzętu wodnego, hodując zwierzęta, uprawiając pola. Korzystają też z pomocy sponsorów.

W dwóch miejscach są przedszkola. Tam małe dzieci spędzają w Barce całe dnie. Barka ma własne ambulatoria medyczne, dentystów, własną szkołę zawodową. Przymierza się do budowy kanadyjskich domków jednorodzinnych dla barkowych par z dziećmi. Niedługo będzie tak, że człowiek będzie mógł się urodzić, nauczyć zawodu, pracować, założyć rodzinę, chorować, mieć normalny dom, dzieci, i umrzeć, prawie nie wychodząc poza teren Barki.

1992-96. Identyfikacja

Anna:

Znowu inaczej patrzę na Barkę. Kręcę się po biurze, umawiam Tomka z kimś, biorę udział w konferencjach, prowadzę księgowość, opracowuję informator na temat wszystkich domów Barki. Telewizja kręci o nas film - "Tomasz i inni". Zaczynam się identyfikować z Fundacją. W wywiadzie dla "Głosu Wielkopolski" mówię: "Gdyby nie los bezdomnej, prowadziłabym nadal normalny, przeciętny żywot. Osiem godzin rutyny i co dalej? Jak to się ma do rozwoju człowieka...".

Inwestuję w siebie. Jeżdżę codziennie rano do Poznania na kurs dla księgowych. Wstaję o czwartej rano, idę w butach pełnych śniegu dwa kilometry do autobusu. Autobus często wypada z trasy, wtedy mam dalszych sześć do kolejki wąskotorowej. Czasem załatwiam w mieście "barkowe" sprawy, zostaję więc na kilka dni, tygodni. Kilkoro kolegów chce mnie jeszcze znać. Znowu wypady do teatru, biblioteki, wystawy. W 1995 roku razem z kolegą Tadeuszem Golenią piszę reportaż o życiu w Barce, za który dostajemy wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie dziennikarskim "Porządnie poza rządem". Jestem bliska uwierzenia w to, że odnalazłam swoje miejsce na ziemi. Tylko że któregoś dnia przyjeżdżają do Barki liderzy różnych organizacji pozarządowych i Tomek przedstawia nas: "To są mordercy, prostytutki, różne takie rozbitki życiowe...". A mnie nogi sztywnieją.

Tomek mówi dalej, że walczymy heroicznie ze swoimi słabościami, swoim losem, budujemy coś nowego dla siebie i innych, którzy siedzą jeszcze w więzieniach, domach dziecka, a przede wszystkim wiążemy się z tym miejscem na stałe. Potem każdy z nas mówi, który rok jest w Barce. Tomek dodaje, że jest to pierwszy, drugi albo trzeci rok naszego prawdziwego życia.

Dlaczego nie odchodzę? Na pewno jednym z powodów są mężczyźni. Pierwszy to znajomy Sadowskich, który przyjeżdża do nich w odwiedziny. Potem już do mnie. Czasem zabiera mnie na tydzień czy dwa do domu swoich rodziców pod Poznaniem. Ma bogaty księgozbiór, zbiór płyt z muzyką klasyczną.

Potem jest chłopak z Barki, górnik po zawodówce - alkoholik, który pięć lat już nie pił. Spokojny, wyważony wobec innych, bardzo mi tym imponował. Po nim zakochuję się platonicznie w człowieku, który 17 lat spędził w więzieniu za kradzieże i rozboje. Kogoś bliskiego warto mieć. Zaczynam się dostosowywać do środowiska, w którym przebywam.

Teleturniej

Anna:

Barka zyskuje wsparcie zagranicznych fundacji - m.in. Fundacji Batorego. Pojawiają się pierwsze etaty. Baśka zostaje dyrektorką barkowej szkoły zawodowej, Tomek dyrektorem generalnym Fundacji, ja ich asystentką. W sprawozdaniach jednak jestem określana nie jako pracownik, ale bezdomna, która pracuje na etacie.

Kiedyś odwiedzają nas Francuzi z organizacji pozarządowych. Siedzimy przy stole, śpiewamy kolędy. W pewnej chwili przychodzi informacja, że jeden z nas, Boguś, jest pretendentem do spadku po rodzinie. Tomek rzuca hasło: "Opowiedzcie, co zrobilibyście, gdybyście otrzymali spadek?". Tylko jedna osoba nie boi się powiedzieć, że przeznaczyłaby go na swoje potrzeby. Reszta z nas marudzi coś o oddaniu Barce. Francuzi patrzą uważnie, ale chyba nie wierzą.

Do dobrego tonu należy czytanie na głos listów, które otrzymujemy z zewnątrz. Istnieje taka presja psychiczna, jesteśmy przecież rodziną.

W 1996 roku Tomasz bierze udział w teleturnieju "Dwunastu sprawiedliwych", gdzie pokazuje nasze zdjęcia i opowiada o naszej przeszłości. Wygrywa za to wycieczkę do Włoch.

Ewa, ta, o której powiedział, że piła i żyła w melinach, oświadcza przy stole, że nie życzy sobie, aby opowiadał o niej publicznie bez porozumienia z nią. Tomek odpiera, że życie w Barce ma swoje prawa, a jednym z nich jest dzielenie się swoimi przeżyciami z wszystkimi, którzy tego zapragną. Ewa pomieszkała jeszcze kilka lat w Barce. Opuszczała ją i wracała. Przed rokiem spotkałam ją przed supermarketem. Uciekła na mój widok. Niedawno słyszałam, że zmarła z przepicia.

1996. Rodzice się dowiadują

Anna:

Zapraszam kilkoro dzieci ze wsi moich rodziców na obóz organizowany przez Barkę. Dzieci wracają do domu i opowiadają, że spędzali wakacje z bezdomnymi. Wtedy rodzice się dowiadują. Wcześniej myśleli, że mieszkam w czymś w rodzaju obozu harcerskiego. Nie przyjeżdżają. Wiedzą, że nie biorę narkotyków, że nie piję, mam co jeść.

Nie wiedzą tylko, że bezdomność jest dużo gorsza psychicznie od alkoholizmu i znacznie ciężej jest z niej wyjść. Alkoholizm, wiadomo, jest zły, każdy ci to powie. A Barka? Sam Jan Nowak-Jeziorański wręczył Tomkowi nagrodę Pro Publico Bono za propagowanie idei wolności. A ja czuję, że w miarę otrzymywania przez Barkę nagród moja wolność topnieje.

Moja nieporadność się pogłębia. Bariery rosną, mam przygnębiające poczucie intelektualnego regresu. Ludzie wokół mnie to nie mój świat. Moje zdolności, pewna kultura osobista, języki, studia są w Barce zupełnie nieprzydatne. Wiem, że intelektualnie nie różnię się od Sadowskich, ale nikt nie chce tego przyznać. Społeczeństwo spoza Barki widzi we mnie bezdomną, taką samą jak Zuzia czy Andrzej.

Wrzesień 2002. W tamtym świecie nie mam czego szukać

- Nie ma możliwości, żeby u nas komuś powiedzieć: "Wynocha". Nie mieści mi się to w głowie. Oni są dla mnie jak rodzeństwo. Czasem nawet mówimy do siebie "braciszku", "siostrzyczko" - zapewnia Sadowski. - Chyba że ktoś sam chce odejść. "Proszę bardzo - mówimy - ale jak ci się nie uda, to wróć". W naszych domach mieszkają wspólnoty po góra 25 osób. Powyżej tej liczby ludzie przestają ze sobą rozmawiać. Powyżej 25 można zrobić mityng, ale nie ma mowy o intymności, zażyłości - tak jak w Markocie, gdzie na kupie siedzi kilkaset osób. U nas, jak ktoś się napije, nie ma wyrzucania, tylko jest gadanie: "Jak mogłeś! Wygłupiłeś się!". Namawiamy go na leczenie. Gadanie, błaganie, zrzędzenie. Tym się załatwia sprawę, jak w zwykłej rodzinie.

Biorę do ręki "Magazyn Gazety Wyborczej" z 1994 roku z reportażem o Barce pt. "Znajduchy". Pytam, co się stało z jego bohaterami, których widać na zdjęciach.

- Jędruś. Ktoś zaprzyjaźniony z Barką załatwił mu mieszkanie przy swojej starej matce w zamian za opiekę i pomoc w prowadzeniu gospodarstwa. Czasem przysyła kartkę na święta.

- Wojtek. Poznał dziewczynę, dostali mieszkanie z kwaterunku. Wyprowadził się, ale pracować przychodził do Barki. Potem miał wypadek i dostał rentę.

- Tadzio. Też odszedł. Ostatnio przyjechał nas odwiedzić, ostro naperfumowany, nie było o czym z nim rozmawiać.

- Stanisław. Ożenił się, odszedł, czasem dzwoni, słychać, że jest pijany.

- Maria. Wyszła za górala, kupiła dom w Wiśniczu.

- Boguś. Przeniósł się do domu pomocy społecznej dla upośledzonych umysłowo. Pił perfumy. Nie kwalifikował się nawet na leczenie.

- Józio. Zmarł na parkinsona.

- Zbyszek. Rzucił żonę dla młodej dziewczyny z Barki. Wybrali picie, wynieśli się.

- Roman. Pogłębiła się u niego choroba psychiczna, przeniósł się do domu dla upośledzonych psychicznie.

- Zuzia. Była prostytutka, która mieszkała w lesie. Nadal w Barce.

Krępuje mnie to gremialne rozmawianie przy stole z wywoływaniem do tablicy. Idę na spacer z 35-letnim Maćkiem. Rozmawiamy, chyba szczerze.

- Ja dopiero w Barce zacząłem żyć - zwierza się. - Wychowałem się w domu dziecka, skończyłem zawodówkę gastronomiczną, ale zamiast pracować, wolałem pić i kraść. Wylądowałem na dworcu. Byłem w Markocie i piłem dalej. Wynosiliśmy żywność, środki czystości i sprzedawaliśmy na stadionie, a za zarobione pieniądze dalej chlaliśmy. Tu jest inaczej. Najpierw wkurzał mnie ten "stół", to opowiadanie o sobie, ten gruby Sadowski. Znowu piłem, namówili mnie na leczenie, wróciłem, znowu piłem, znowu leczenie i teraz już trzy lata nie piję.

Maciek marzy o tym, by założyć rodzinę, mieć dzieci, własny dom. Oczywiście ma na myśli ten domek kanadyjski, który ma być budowany na terenie Barki.

- Ja w tamtym świecie nie mam czego szukać.

1998-2001. Ostatnie lata

Anna:

Zapisuję się na politologię w prywatnej Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu. Bardzo się boję. A jak się tam dowiedzą, że jestem bezdomna? Czy będą doszukiwali się w moim życiu jakichś krwawych epizodów, które zepchnęły mnie na dno ludzkiej nędzy?

Tomek dowiaduje się o moich studiach. Z pomieszczenia obok słyszę jego ryk: "Ona okrada Fundację! Nie wpłaca pełnej kwoty na swoje utrzymanie!". Pada jeszcze uwaga o studiowaniu, gdy się ma 25 lat, a nie...

Wprost nic nie mówi, nie muszę więc reagować.

Ktoś wyciąga z komputera wydruk mojego listu do wykładowcy, w którym dziękuję za unaocznienie nowych szans mojego rozwoju. Tomek zwołuje zebranie pracowników biurowych w pokoju zarządu. Na stole leży list. Mam codziennie pół godziny przed rozpoczęciem pracy meldować się u Basi na pogadanki o godności i sensie pracy w Barce. W przeciwnym wypadku stracę etat.

Wyjścia na uczelnię mają dla mnie też wartość terapeutyczną. Znów dbam o siebie. Posadziłam sobie w doniczce pietruszkę, koperek i szczypior. Jakiś sok też staram się od czasu do czasu kupić. To mnie zbliża do ludzi z lepszego, "domnego" świata.

Na uczelni mówię, że pracuję w Barce, ale nie dodaję, że tam mieszkam. Boję się litościwych spojrzeń, nieodpowiadania na ukłony, przerywania rozmów na mój widok, niepobierania krwi na akcjach PCK... Tak, kiedyś w stacji krwiodawstwa usłyszałam: "Pani jest na pewno zbyt osłabiona". To już chyba obsesja.

Docieram do poradni psychologicznej. Sesje pozwalają mi trochę nabrać wiary we własne siły. Brakuje jeszcze ostatecznego kopniaka od Barki. Nie czekam długo. Dochodzi do wymiany zdań z Basią. Mówi mi w końcu: "Od dziś tutaj nie pracujesz". Ale mogę jeszcze mieszkać. Wykonuję dwa kolejne kroki w leczeniu się z bezdomności: znajduję pracę poza Barką - noszę worki w fabryce cukierków, a do nowych mieszkańców nie zwracam się już przez per "ty", ale "pan", "pani". Po raz pierwszy od dziesięciu lat.

Prezes z krzaków

Anna:

Kolega ze studiów przegląda moje CV: "Skończone studia, praca w organizacji pozarządowej. Nieźle. Dlaczego ty, Anka, nie założysz własnej firmy?".

"Jak ja, bezdomna, mogę mieć coś tak wiarygodnego jak firma? Przecież na wolnym rynku zostanę natychmiast zjedzona z kosteczkami...".

Kolejny krok. W tajemnicy przed Sadowskimi zakładam stowarzyszenie, które ma pomagać w dochodzeniu do społecznej aktywności. Ma dawać to, czego nie daje Barka: pomoc terapeutyczną, doradztwo zawodowe, które pomaga szukać pracy poza Barką.

Pięć osób jest z Barki. Dwie kolejne poleciła nasza wspólna znajoma. Jedna z nich ściąga swoją mamę. I tak zbiera się wymagana ilość. Ja zostaję prezesem.

Opracowuję statut, biegam po sądach. W tym czasie Sadowscy proponują, żebym wróciła do pracy w Barce. Odmawiam. Otrzymuję od nich pismo, że muszę się wyprowadzić. Zwracam się do prezydenta miasta z prośbą o przyspieszenie przydziału mieszkania. Prezydent prosi o kilkuletnią cierpliwość, tymczasem radzi mi zamieszkać... i tu podaje kilka adresów schronisk dla bezdomnych, m.in. Barki. Znajduję pokój w mieście.

Bezdomna naprawdę. Lipiec 2001

Anna:

Dowiaduję się, że muszę natychmiast zwolnić pokój.

Lokum stowarzyszenia wynajmujemy w dni powszednie od 10 do 18. Po pracy mam korepetycje, potem chodzę do znajomych. Bywa, że zaproponują mi, bym została na noc. Bywa, że nie. Raz w drzwiach czeka na mnie kartka: "Proszę nas więcej nie nachodzić", wtedy noc spędzam na dworcu, udając czekanie na pociąg. O dziesiątej rano jestem w biurze, gdzie mogę się odświeżyć.

Przychodzi weekend. Znajomi, na których mogę jeszcze liczyć, powyjeżdżali z Poznania. Na dworzec nie wrócę, tam łatwo spotkać kogoś znajomego. Ostatnim autobusem jadę na pętlę pod miasto. Kładę się pod drzewem, podkładam pod plecy gazety, jakieś dodatkowe swetry, bluzki. Maskuję suchymi gałęziami i zasypiam. Nie przeszkadzają mi nawet odgłosy wiejskiej zabawy. Budzę się rano. Cholera! Nie zauważyłam, że leżę na teczce z dokumentami mojego stowarzyszenia. Były wśród nich i okulary. Szkoda, służyły mi do podkreślenia mojej przynależności do grupy osób mających stały związek ze słowem pisanym. Przemykam do autobusu. Całą niedzielę jeżdżę z jednego końca miasta na drugi. Wpadam do dawnego mieszkania po śpiwór. Owinięta w niego układam się wieczorem pod drzewem. Pada deszcz.

W kalendarzu jakieś spotkania z dyrektorem biura pracy, z burmistrzem gminy. A ja słaniam się ze zmęczenia. Nowe mieszkanie mam umówione za dwa tygodnie. Lepiej schronić się w noclegowni czy walczyć o niezależność, śpiąc pod drzewami? Wybieram to drugie.

Codziennie zmieniam miejsce. Nie chcę, żeby ludzie zwrócili na mnie uwagę. Czasem są to zarośla, czasem jama w ziemi. Gdy z biura nie wychodzę sama, wstydzę się zabrać śpiwór. Kładę się na ziemi w wyjściowym żakiecie, w butach na obcasie, i przykrywam gałęziami.

Kolejnej soboty nie śpieszę się z pobudką. Niestety, zdążył mnie wypatrzyć młody mężczyzna uprawiający jogging. Musiał zadzwonić po policję, bo po jakimś czasie słyszę nad sobą dźwięk krótkofalówek i dialog: "I co, trup?". "Nie. Baba!".

Kilka żartów, chichot, policjanci wracają do radiowozu. Płaczę.

Czuję, że się degeneruję. Tak już zaufałam tej mojej bezdomności, że nawet rozbieram się do snu. Śpię zgodnie z moimi nawykiem - nago. Owinięta w śpiwór.

Wrzesień 2002. Normalnie dostawaliśmy ciarek

- Pamiętasz Annę Łojewską? - pytam Tomasza Sadowskiego.

- Oczywiście. To jedna z trudniejszych osób, jakie przewinęły się przez Barkę. Zawyżone aspiracje, postawa roszczeniowa. Ciągle chce mieć bardziej nobilitującą pracę, co powoduje napięcia w grupie. Odchodzi, nie radzi sobie, wraca...

- A jak było z listem, który podobno przeczytaliście, i kazaliście się jej stawiać na pogadanki umoralniające?

- Ona ciągle wypisywała jakieś bzdurne listy, że Barka ją nauczyła ogromnie dużo, że dzięki Barce zdobyła wysokie kwalifikacje i że w związku z tym jest świetnym kandydatem do pracy. Wykorzystywała autorytet Barki, żeby znaleźć pracę poza nią. A prawda jest taka, że Ania nie jest ani dobrą sekretarką, ani z językiem sobie za bardzo nie radzi. No to sama powiedz, w jakim świetle to by nas postawiło. Więc jak widzieliśmy kolejny taki list, to normalnie dostawaliśmy ciarek. Te spotkania były po to, żeby jej zwrócić uwagę, jak w rodzinie. Jestem przecież jej bratem i jak brat mówiłem: "Ania, co ty wypisujesz?". Ale ona jest strasznie zadziorna. A to nam ściągała na głowę prokuratora, a to jakąś kontrolę warunków pracy, słała pozwy do sądu...

- To prawda, że ją wyrzuciliście?

- Znalazła sobie pracę na zewnątrz, już coś tam zarabiała, no to powinna się była wyprowadzić. Upominaliśmy: "Ania, tu kobieta w ciąży czeka na miejsce". A ona nic. No to daliśmy jej ostateczny termin.

Październik 2002. Kiedy kończy się bezdomność?

Anna:

Nasze stowarzyszenie się rozpadło. Nie potrafiliśmy się dogadać. Przyjaciele natchnęli mnie odwagą do założenia jeszcze jednej firmy.

Moja jednoosobowa firma... biuro obsługi fundraisingowej. Mam lokal w Poznaniu, w kwartale przypominającym "Zakazane piosenki", i dwóch stałych klientów: Teatr Ósmego Dnia oraz Stowarzyszenie Dzieci z Zespołem Downa. Piszę dla nich biznesplany, wnioski o dotacje. Mam zdezelowany komputer i drukarkę, nieregularne dochody na poziomie średniej krajowej i trochę marzeń jeszcze. Wszystko wyszło na dobre, bo już z Barką nic mnie nie łączy. Na politologii, gdzie nadal studiuję, już wiedzą o mojej przeszłości.

Regularnie spotykam się z psychoterapeutą, który pomaga mi się pozbyć tej mentalności, którą tak łatwo uznałam za swoją. Mieszkam u starszej pani w zamian za opiekę. W każdej chwili mogę to stracić. W pokoju nie mam własnych przedmiotów poza kosmetykami i kilkoma zdjęciami. Wciąż nie mam poczucia stabilizacji.

Kiedyś wydawało mi się, że wykształcenie chroni przed degradacją społeczną. Śmieszne. Do mojej obecnej pracy docierają lekarze, naukowcy, biznesmeni, absolwenci uczelni. Często bez woli życia i zorganizowania sobie czegoś samodzielnie. Znajomego docenta długa choroba żony zmusiła do wzięcia urlopu. Po jej śmierci nie miał już czego szukać na uczelni, za długo trwała przerwa. Mieszkaniem zainteresowały się dzieci z pierwszego małżeństwa żony. I tak pan docent trafił do schroniska dla bezdomnych. Już ponad dwa lata.

Socjologowie mówią, że to brak więzi czyni ludzi bezdomnymi. Jak mamy budować te więzi, kiedy ludzie na nasz widok odwracają głowę? Znajomy biznesmen, zaprzyjaźniony z Barką, zapytany przeze mnie, czy zatrudniłby bezdomnych, odpowiedział speszony, że nie.

Kiedy kończy się bezdomność? Gdy otrzymujemy własne mieszkanie z tabliczką, z adresem na wizytówce, czy wtedy, gdy nawet coś wynajmujemy, ale mamy względne poczucie bezpieczeństwa, gdy czujemy się "u siebie". Czy bezdomność jest obiektywną sytuacją, czy stanem naszego umysłu? Czytałam w "Le Figaro", że nie ma zbawienia dla bezdomnych poza społeczeństwem. Chyba się z tym zgadzam. Barka stworzyła inny, sztuczny świat. A dziś rano mój wykładowca z politologii wysiadł przystanek wcześniej z autobusu, żeby uniknąć mojego towarzystwa w drodze na uczelnię. Dzisiaj wiem, że świat jest tylko jeden.

Wyjątkowo trudny przypadek

Tomaszowi Sadowskiemu myśli o Annie Łojewskiej spędzają sen z powiek: - Boże słodki! Ciągle mamy z nią kłopot. Ostatnio znowu słyszałem, że żebrała na dworcu. Ona musi wreszcie zrozumieć, że jej miejsce jest w Barce. Poza Barką będzie sobie radzić najwyżej epizodycznie. Sęk w tym, że Ania jest zawziętus. Powtarzam, to wyjątkowo trudny przypadek.

 

Katarzyna Surmiak-Domańska

Korzystałam z niewydanej książki Anny Łojewskiej "Pamiętnik z dekady bezdomności"

 

 

Kto jest bezdomny?

Doktor habilitowany Andrzej Przymeński,

socjolog z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, autor pracy "Bezdomność jako kwestia społeczna w Polsce"

Za bezdomnego uważam człowieka bez własnego schronienia, które można uznać za pomieszczenie mieszkalne, a także bez możliwości jego zdobycia. To określenie dotyczy więc zarówno bezdomnych ulicznych, jak i korzystających z noclegowni, schronisk czy żyjących w domach wspólnotowych.

W latach 1990-91 liczba bezdomnych w Polsce wzrosła z 3-4 tys. do kilkunastu tysięcy. Odtąd rosła powoli aż do kolejnego wyraźnego skoku pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Dziś szacuję, że mamy w Polsce ponad 30 tys. bezdomnych. Większość to osoby głęboko bezdomne, np. alkoholicy, osoby zniedołężniałe, z zaburzeniami psychicznymi, nieprzystosowane społecznie, w tym po wieloletnich i wielokrotnych odsiadkach, skazane na samotność. Ich problemem nie jest nawet brak mieszkania, tylko niezdolność do samodzielnego życia w formach akceptowanych społecznie. Niektórzy zresztą już wcale tego nie chcą.

Największym zagrożeniem jest jednak coraz większy udział w liczbie polskich bezdomnych osób, które nazywam bezdomnymi płytko. Bezdomny płytko to człowiek zdolny do życia samodzielnego i zgodnego z przyjętymi normami, który po prostu nie ma gdzie mieszkać. Może to być ktoś, kto stracił pracę, ktoś pracujący za tak niskie wynagrodzenie, że nie stać go na wynajęcie mieszkania, kobieta w ciąży czy samotna matka odrzucona przez otoczenie.

Takie osoby bezwzględnie nie powinny trafiać do placówek dla bezdomnych. Gminy powinny zrobić wszystko, by zapewnić im mieszkanie socjalne, ewentualnie o obniżonym czynszu. Im dłużej bowiem płytko bezdomny przebywa w placówce, tym trudniej mu wrócić do społeczeństwa.