Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Polska.pl - 2006

 

Bartłomiej Kozłowski

Zbrodnia pod Połańcem - 25 grudnia 1976

 

To jakiś totalny absurd! To w ogóle niemożliwe! Takiej zbrodni nie było w całej historii kryminalistyki - tak, mniej więcej, argumentowali przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu obrońcy czterech mieszkańców wsi Zrębin, oskarżonych o brutalne, potrójne morderstwo w noc wigilijną 1976 r.

A jednak nie mieli oni racji. Przestępstwo, o którym mowa - choć na zdrowy rozum nieprawdopodobne (do tego stopnia - co również podnosili adwokaci oskarżonych - że nic podobnego nie wymyślił żaden autor kryminałów) rzeczywiście zostało popełnione. Potwierdził to 17 lutego  1993 r. Sąd Najwyższy, jednogłośnie oddalając - jako oczywiście bezzasadną - rewizję nadzwyczajną złożoną przez ówczesnego ministra sprawiedliwości, Zbigniewa Dykę (tego samego, który kilka miesięcy później nieumyślnie zapewne przyczynił się do odwołania przez Sejm rządu Hanny Suchockiej), który swego czasu występował w tej sprawie jako adwokat. Ale dojście do prawdy i udowodnienie, że mieszkańcy Zrębina popełnili jedną z najbardziej okrutnych zbrodni, jakich dokonano w ostatnich dziesięcioleciach w Polsce, faktycznie nie było łatwe. Organy ścigania początkowo nie podejrzewały nawet, że mogą mieć do czynienia z morderstwem. Przypuszczano, że wydarzył się zwykły wypadek. Później milczeli albo kłamali świadkowie. W końcu jednak wyrok zapadł - i był naprawdę surowy.

A było to tak:

W położonej wówczas w województwie Tarnobrzeskim - a obecnie Świętokrzyskim - przy drodze z Połańca do Staszowa wsi Zrębin żyły (i żyją nadal) rodziny Sojdów, Adasiów i Kalitów. Dwie pierwsze z nich nienawidziły tej trzeciej serdecznie - rzecz jasna, z wzajemnością. Przyczyna owej wrogości miała swe źródło w historii naszego kraju - we wczesnych latach powojennych niektórzy ludzie z tej ostatniej rodziny skumali się z tzw. władzą ludową, wstąpili do PPR i - wykorzystując służbowe możliwości - prześladowali członków pozostałych rodzin. Zmusili ich do głosowania "3 razy tak" w referendum na temat przemian politycznych i gospodarczych w 1946 r., w roku 1947 doprowadzali do ich aresztowania, a później zapędzali ich na pochody pierwszomajowe.

Przez całe lata wyrazem owej nienawiści były wyłącznie wzajemne docinki i groźby. W końcu jednak doszło do przerażających swym okrucieństwem czynów. Przyczyna zaś, z powodu której popełniono morderstwo, była przy tym przerażająco banalna.

Poszlo o kradzież kiełbasy

Poszło po prostu o kradzież kiełbasy na weselu, jakiej dokonała rzekomo osoba należąca do którejś z dwóch pierwszych rodzin. Bogaty gospodarz Jan Sojda - zwany we wsi królem - poczuł się do głębi urażony wysuniętemu przeciwko jego rodzinie zarzutowi złodziejstwa, tym bardziej, że padł ona ze strony stosunkowo biednych i mało znaczących we wsi osób. W jego umyśle narodził się zbrodniczy plan, w który wtajemniczeni zostali jego zięciowie - Józef Adaś, Jerzy Socha i Stanisław Kulpiński.

Podstępnie wywabieni

25 grudnia 1976 r. o północy w kościele w Połańcu odbywała się uroczysta pasterka. Oprócz mieszkańców tego kilkutysięcznego miasteczka przybyli na nią ludzie z okolicznych wsi - w tym również ze Zrębina. Większość z nich przyjechała na mszę św. autobusem PKS. Byli wśród nich również Jan Sojda i jego zięciowie. Do kościoła przybyło także młode małżeństwo - Krystyna i Stanisław Łukaszkowie oraz dwunastoletni kuzyn dziewiętnastoletniej Krystyny - Mieczysław Kalita. Ci ostatni jednak nie dotrwali do końca nabożeństwa - Jan Sojda dyskretnie poinformował ich, że w ich rodzinnym domu toczy się awantura i z tego powodu muszą oni natychmiast wrócić do wsi.

Wywabieni z kościoła Łukaszkowie i Mietek Kalita poszli pieszo do odległego o kilka kilometrów Zrębina. Jakiś czas później - gdy msza św. się już skończyła - ruszyli w tamtą stronę także pozostali mieszkańcy wsi. Większość z nich pojechała autobusem PKS marki "San". Jan Sojda, Józef Adaś i Jan Socha wsiedli do kierowanego przez tego ostatniego Fiata 125 p.

Zamordowani przy drodze

Łukaszkowie i Mietek Kalita z pewnością nie przypuszczali, że wyruszają w ostatnią drogę w swoim krótkim życiu. Jednak tak właśnie było. Dwa kilometry przed Zrębinem kierowany przez Jana Sochę samochód osobowy potrącił idącego poboczem drogi Mieczysława Kalitę. Jan Sojda i Józef Adaś chwycili przygotowane wcześniej klucze do kół autobusowych i w sposób bestialski zatłukli będącą w piątym miesiącu Krystynę i jej męża Stanisława. Stwierdziwszy, że Mietek Kalita jeszcze żyje, mordercy najechali kołami samochodu na jego głowę.

Przysięga krwią

Wszystko to działo się na oczach ponad 30 oniemiałych ze zgrozy pasażerów "Sana" - wśród których byli ormowcy, aktywiści partyjni i sołtys. Jednak żaden z nich nie wysiadł i nie próbował udzielić pomocy ofiarom dokonanej w ich obecności zbrodni. Uniemożliwił im to Stanisław Kulpiński, który blokował drzwi i sterroryzował pasażerów. Na samym zastraszeniu świadków zbrodni jednak się nie skończyło. Mordercy, nakłuwając każdemu z nich palec szpilką, zmusili ich do złożenia przysięgi krwią, że nikomu nie pisną ani słowa o tym, co widzieli.

Wiedzieli, co się stało

Mimo upozorowania zbrodni na wypadek, nikt w Zrębinie nie miał wątpliwości co do tego, że w nocy z 24 na 25 grudnia 1976 r. w pobliżu ich wsi popełniono brutalne morderstwo. "Zabójcy!" - krzyczano przed domami Józefa Adasia i Jana Sojdy. Tak było jednak tylko przez trzy dni. Później cała wieś solidarnie zamilkła.

To był "wypadek"

Prokuratura Rejonowa w Staszowie wszczęła postępowanie w sprawie o spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. Było ono prowadzone w sposób zagadkowo wręcz nieudolny. Sekcja zwłok ofiar została dokonana przez lekarza bez uprawnień, całkiem sprawny autobus oddano do kasacji przed zabezpieczeniem śladów zdarzenia, nie zabezpieczono też żadnych śladów na miejscu rzekomego "wypadku".

Tragiczny los odważnego

Jedynym świadkiem, który zeznał, że Jan Sojda, Józef Adaś i Jan Socha rozmyślnie zabili trzy osoby, był Leszek Brzdękiewicz. Zeznania te skończyły się jednak dla niego fatalnie - niedługo później znaleziono go w przepływającej przez Zrębin rzece Czarnej. Według oficjalnej wersji - utopił się.

Świece, krzyż i... łapówki

Sprawcy wspomnianej zbrodni robili bardzo wiele, by prawda o tym, co wydarzyło się w noc wigilijną 1976 r. na drodze z Połańca do Zrębina, nie wyszła na jaw. W sąsiedniej wsi Wolica odbyło się potajemne zebranie, na którym wszyscy świadkowie morderstwa - przed ołtarzykiem z zapalonymi świecami, krucyfiksem i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej - ponownie podpisali przysięgę krwią, że nie pisną w sądzie ani słowa. Nie obyło się przy tym bez bardziej przyziemnych argumentów - każdy z potencjalnych świadków otrzymał za swe milczenie od 2 do 10 tysięcy złotych. Lączna suma wydana przez rodziny morderców na łapówki przekraczała 200 000 złotych.

Mordercy jeździli też do Częstochowy, by przed obrazem Matki Boskiej modlić się o uniknięcie kary.

W końcu jednak rodziny zamordowanych przekonały prokuraturę, że to, co w noc wigilijną 1976 r. wydarzyło się na drodze z Połańca do Zrębina, nie było wypadkiem, lecz popełnioną z premedytacją zbrodnią. Obudziły się też sumienia świadków. Zaczęli się wzajemnie oskarżać o udział w potwornym morderstwie.

Oskarżam!

Prokurator wydał nakaz aresztowania Jana Sojdy, Józefa Adasia, Jana Sochy i Stanisława Kulpińskiego. Ich proces rozpoczął się 7 listopada 1978 r. przed tarnobrzeskim Sądem Wojewódzkim, który wówczas miał siedzibę w Sandomierzu.

Aresztowani na sali rozpraw

W czasie procesu rodziny oskarżonych w dalszym ciągu przekupywały i zastraszały świadków morderstwa. W rezultacie kilkadziesiąt osób, wezwanych w charakterze świadków, solidarnie milczało. Dopiero zarządzone przez sąd na wniosek prokuratora aresztowania za składanie fałszywych zeznań skłoniły mieszkańców Zrębina do powiedzenia o tym, co widzieli.

Wszystkich powiesić!

10 listopada 1979 r., po ponadrocznym procesie, Sąd Wojewódzki w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu skazał Jana Sojdę, Józefa Adasia, Jerzego Sochę i Stanisława Kulpińskiego na karę śmierci.

Adwokaci skazanych, wśród których oprócz wspomnianego mec. Zbigniewa Dyki był słynny obrońca w procesach politycznych mec. Władysław Siła-Nowicki, złożyli wniosek o rewizję wyroku do Sądu Najwyższego. Postawione przez nich zarzuty były - trzeba przyznać - poważne: wymuszanie od świadków zeznań siłą i groźbą natychmiastowego aresztowania, niedopuszczanie przed oblicze sądu świadków mogących wskazać nowe okoliczności, prowadzenie wizji lokalnej tak długo, że jeden z obrońców zasłabł.

Wina była różna

Sukces, jaki obrońcom skazanych przez sąd I instancji udało się odnieść w Sądzie Najwyższym, był tylko częściowy. W lutym 1982 r. Sąd Najwyższy PRL uznał, że nie wszyscy skazani przez sąd wojewódzki byli w równym stopniu winni popełnionej przeszło pięć lat wcześniej zbrodni. Jerzemu Sosze i Stanisławowi Kulpińskiemu zamieniono wyroki śmierci na kary po odpowiednio 25 i 15 lat więzienia. W przypadku dwóch pozostałych sprawców morderstwa wyrok został utrzymany w mocy.

Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i Jan Sojda i Józef Adaś zostali wydani katu. Ich egzekucja odbyła się w krakowskim Areszcie Śledczym przy ul. Montelupich.

Byli to - jak się zdaje - jedyni w Polsce ludzie straceni w okresie stanu wojennego.

Bezprecedensowa zbrodnia

Tak zakończyła się sprawa jednej z najbardziej makabrycznych, a zarazem niezwykłych, zbrodni w najnowszej historii Polski. Jak zgodnie stwierdzili zarówno badający sprawę milicjanci, jak i prokurator oraz sąd, podobnego przestępstwa nie odnotowano we wcześniejszej historii kryminalistyki.

Zwolennikom kary śmierci pod rozwagę

Warto zauważyć, że ta okrutna, zaplanowana z zimną krwią i dokonana w obecności kilkudziesięciu świadków zbrodnia została popełniona w czasach, w których kara śmierci stosowana była w Polsce całkiem często. Według danych, przedstawionych w książce Jerzego Andrzejczaka "Spowiedź polskiego kata", w roku 1976 - tym, w którym doszło do popełnienia wspomnianego morderstwa - stracono w Polsce 16 osób. Rekordowy pod tym względem był rok 1973, w którym wykonano prawdopodobnie aż 27 wyroków śmierci. W latach 70-tych Polska znajdowała się w pierwszej dziesiątce krajów najczęściej zabijających przestępców w majestacie prawa.

Jak jednak widać, nawet całkiem realna groźba szubienicy nie odstraszała wystarczająco zdeterminowanych i bezwzględnych ludzi od popełniania przerażających zbrodni - takich choćby, jak ta, do której doszło w noc wigilijną 1976 r. między Połańcem a Zrębinem.

 

 

 

 

Echo Dnia - 29 grudnia 2006

 

Marcin Radzimowski

Gdy się Chrystus rodził...

 

Zrębin. Niewielka wieś pod Połańcem, w byłym województwie tarnobrzeskim, obecnie świętokrzyskim. Kilkadziesiąt domów, asfaltowa droga, jakiś sklep, remiza. Wieś jak każda inna, ale tylko na pozór. Jej mieszkańcy wciąż noszą piętno zbrodni, która wydarzyła się tutaj równo trzydzieści lat temu, w wigilię Bożego Narodzenia 1976 roku.

WYBACZYĆ? NIGDY!

- Herbatę zaparzę. Rzadko ktoś obcy tu zagląda, czasem sąsiadki odwiedzą. Teraz już nie mam nikogo, mąż zmarł osiem wiosen temu - mówi kobieta, zapraszając do swojego domu pod adresem Zrębin 25.

Zdzisława Kalita bez trudu odgaduje przyczynę mojej wizyty. W tym roku miną dokładnie trzy dekady od pamiętnej wigilii Bożego Narodzenia. Wtedy to z rąk zbrodniarzy zginęła jej 18-letnia córka Krysia wraz z mężem Stanisławem, oraz ukochany syn Miecio, który miał ledwie skończone 12 lat. Zginęło też dziecko w łonie Krysi, wnuczek, którego pani Zdzisławie nie było dane zobaczyć.

- Od tamtej pory nie mam świąt. Tylko łzy i rozpacz. O tym nie można zapomnieć, takie rany się nie zabliźniają - mówi Kalitowa. - Niektórzy zabójcy żyją, mają dzieci, wnuki. Mnie tego wszystkiego pozbawili.

Na pytanie, czy kiedyś będzie w stanie wybaczyć, marszczy brwi. Oczy zaczynają się szklić od łez. - A pan by wybaczył? Do końca swoich dni nie wybaczę. Nie potrafię. Moje dzieci leżą w grobie - mówi. Pokazuje dwa portrety. Na jednym jest Miecio, drugi to zdjęcie ślubne Krysi i Staszka.

KRÓL ZRĘBINA

Rodzina Sojdów miała we wsi poważanie. Niespełna 50-letni Jan był największym gospodarzem w okolicy. Miał traktor, co w tamtych czasach było bardzo rzadkie. Wszyscy wiedzieli, że to bardzo zamożna rodzina. Sojda był przed laty ławnikiem w sądzie, znał się też na wyrywaniu zębów, miał znajomości w urzędach i instytucjach.
- To był taki samozwańczy król Zrębina. Oj, wiele ludzi się go bało - macha ręką starsza kobieta, mieszkająca nieopodal domu "króla".

Sojda miał szwagra Józefa Adasia, który pobudował się po sąsiedzku. Miał też dwóch zięciów - Stanisława Kulpińskiego i Jerzego Sochę. Ten pierwszy mieszkał w jego domu.

Z rodziną Kalitów Sojdowie żyli jak pies z kotem. Przyczyną cichego konfliktu były zaszłości sprzed lat. Według ustaleń, dziadek zamordowanych później ludzi, udzielił kiedyś pomocy organom ścigania w zatrzymaniu Jana Sojdy, podejrzanego o dokonanie gwałtu. Jakiś czas później na podwórku Sojdy wskutek "wypadku" z bronią palną, zginął syn owego dziadka Kalitów. Wkrótce później w niejasnych okolicznościach zginął sprawca tego zabójstwa.

KTOŚ PODNIÓSŁ RĘKĘ

- Ta nienawiść narastała stopniowo. Momentem przełomowym była kradzież kiełbasy w czasie wesela u Kalitów - wspomina Janusz Ragan, emerytowany policjant z Nowej Dęby.

W 1976 roku Ragan był młodym, 26-letnim sierżantem Milicji Obywatelskiej. Pracował w wydziale kryminalnym Komendy Wojewódzkiej MO w Tarnobrzegu. Był jednym z dwóch głównych śledczych prowadzących "sprawę połaniecką".

Wróćmy jednak do wspomnianego wesela Krysi i Staszka. Jako że Kalitowie i Sojdowie byli spokrewnieni, rodzice Krysi zaprosili całą tamtą rodzinę na wesele. Żona Józefa Adasia (siostra Sojdy) piekła ciasto weselne. - Ktoś przyuważył, że Adasiowa podkrada kiełbasę. Na dodatek po weselu zabrała zastawę stołową przyniesioną z wypożyczalni - dodaje oficer policji. - To były czasy, gdy nie było w można w sklepie kupić nawet zwykłych talerzy. Przykazała Kalitowej, żeby w wypożyczalni skłamać, iż naczynia się rozbiły.

O kradzieży kiełbasy zrobiło się we wsi dość głośno. Jan Sojda poczuł się bardzo urażony wysuwanym wobec jego rodzinie zarzutom złodziejstwa. Żeby podnosić rękę na króla Zrębina? Tak być nie mogło. Właśnie wtedy w jego głowie zrodził się okrutny plan, aby w akcie zemsty wymordować "Kalitowe dzieci".

WIGILIJNA ZBRODNIA

Nadkomisarz Janusz Ragan otwiera grubą tekę. To prawie całe śledztwo. Setki kartek, kopii protokołów przesłuchań, dokumentów, pokwitowań. Gromadził to wszystko rozpracowując zbrodnię, która na początku była zwykłym wypadkiem samochodowym. - Zabójcy planując zbrodnię, działają zazwyczaj w ukryciu, samotnie, bez świadków. W tym przypadku było inaczej. Aby to zrozumieć, trzeba poznać tamtych ludzi, panujące w tej wsi zwyczaje i autorytety - mówi Ragan. Odpala papierosa, pochylając się nad swoimi zapiskami. Wraca myślami trzydzieści lat wstecz.

W zbrodniczy plan Sojda wtajemniczył szwagra Józefa Adasia oraz obu zięciów - Kulpińskiego i Sochę. Wybrał datę - wigilijną noc 1976 roku. Z sądowych akt sprawy dowiaduję się, że dzień zaplanowanego zabójstwa nie był przypadkowy. Sojda chciał tego dokonać na oczach świadków, aby w ten sposób przekonać ich, że sam jest bezkarny, a okrutny los spotka każdego, kto ośmieli się z nim zadrzeć.

WYWABIENI Z KOŚCIOŁA

W wieczór wigilijny obok rynku w Połańcu zaparkowały dwa autobusy - san i autosan. Przywiozły ludzi ze Zrębina na pasterkę. Około trzydziestu osób zostało w sanie i zamiast iść na mszę, piło wódkę. Pijaństwo w czasie pasterki to był w pewnym sensie niepisany zwyczaj zrębinian. W sanie był między innymi Sojda, jego szwagier i zięciowie, którzy przyjechali pod kościół swoim fiatem. W kościele była Krysia Kalitowa z mężem i bratem.

- Sojda poprosił cioteczną kuzynkę Kalitów, aby ta dyskretnie wywabiła Krystynę. Powiedział, że ojciec robi matce w domu awanturę i żeby wracali - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner z Tarnobrzega, w czasie procesu będący pełnomocnikiem pokrzywdzonych.

Krystyna, Stanisław i Miecio wyszli z kościoła i ruszyli pieszo w stronę odległego o pięć kilometrów domu. Przechodzili obok sana, w którym trwała libacja. Myśleli, że może autobus zaraz pojedzie w stronę Zrębina. Adaś i Sojda nie wpuścili ich jednak do środka. Poszli dalej, po zaśnieżonej drodze, przy padającym śniegu i wiejącym wietrze.

Upłynęło kilka minut. Biesiadnikom z sana skończyła się wódka. Padło hasło: jedziemy na melinę do Zrębina po alkohol. Sojda jednak wiedział, że nie o wódkę tu idzie.

MAKABRA NA DRODZE

Fiatem 125 w kierunku Zrębina wyruszył zięć Sojdy - Socha, za nim san z podpitymi pasażerami, za kierownicą którego usiadł Józef Adaś. A potem drugi autobus - autosan prowadzony przez Macieja Wysockiego. Sojda groźbami zmusił go do jazdy. Z wyjątkiem rodziny króla Zrębina nikt nie był świadom wydarzeń, jakie wkrótce nastąpią. - Jakieś dwa kilometry dalej jadący "dużym fiatem" Socha dostrzegł Kalitów. Potrącił idącego poboczem od strony jezdni 12-letniego Mieczysława - mówi prokurator Jacek Świercz z Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu. To drugi śledczy, który obok ówczesnego wiceprokuratora wojewódzkiego Franciszka Bełczowskiego, prowadził tę sprawę.

Autobusy zatrzymały się za fiatem. Z sana wyskoczyli Adaś i Sojda, zaczęli bić Stanisława, męża Krysi. Katowali go metalową korbą - kluczem do odkręcania kół i metalowym prętem. Oprawcy z zimną krwią roztrzaskali mu głowę. Gdy upadł martwy, zbrodniarze rzucili się w pogoń za uciekającą w pola Krystyną. "Wujku, nie zabijaj mnie. Zabiliście mi męża, zostawcie chociaż mnie matce" - błagała Sojdę 18-letnia dziewczyna. Ale bestie nie znały litości. Używając klucza szwagrowie bestialsko zatłukli dziewczynę.

To nie był jednak koniec makabry. Na drodze ze złamaną nogą leżał i jęczał potrącony 12-latek. Sprawcy wyciągnęli go na środek jezdni. Sojda stanął z przodu i pokazując rękami, naprowadził na rannego chłopaka fiata kierowanego przez Sochę. Jak ustalono w czasie procesu, W aucie siedziały też żony Kulpińskiego i Sochy. Koło samochodu zmiażdżyło głowę dziecka!

ŚWIADKOWIE PATRZYLI

Cała ta makabra rozgrywała się na oczach około 30 osób siedzących w sanie. Jak potem ustalono w śledztwie, pośród nich byli partyjni aktywiści, sołtys, a nawet członek ORMO (Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej). Początkowo niektórzy próbowali wybiec z autobusu, ale w drzwiach stanął zięć Sojdy - Stanisław Kulpiński. Groził, że jeśli ktoś wyjdzie to spotka go los "Kalitowych dzieci".

Z sana wydostało się jednak trzech mężczyzn, między innymi Henryk Witek. To on półtora roku później jako piąty zasiadł na ławie oskarżonych. Według ustaleń, gdy Adaś i Sojda mordowali w polach Krystynę, Witek podbiegł zaciekawiony i zaświecił latarką. Widział bestialską zbrodnię, ale nie zareagował. Bał się sprzeciwić Sojdzie.

- Operacyjnie ustaliłem, że w autobusie ludziom grożono pistoletem. Niestety nie udało się tego przełożyć na dowód procesowy - mówi nadkomisarz Janusz Ragan. - Jakiś czas później ten ORMO-wiec z autobusu przyniósł mi pistolet, który rzekomo ktoś mu podrzucił na podwórze.

PODPISALI WŁASNĄ KRWIĄ

Po zamordowaniu trzech osób, sprawcy nakazali wszystkim osobom z sana przejść do autosana. Przerażeni i pijani ludzie posłusznie wykonali rozkaz. Sami oprawcy natomiast wciągnęli martwe ciała do sana. Do pomocy zmusili też Henryka Witka. Autokary ruszyły w stronę Zrębina. Zatrzymały się dwieście metrów przed pierwszymi zabudowaniami.

- Ciała Stanisława i Mieczysława sprawcy położyli w rowie. Józef Adaś najechał sanem na te ciała, pozorując wypadek drogowy. Tego sana tam zostawili - mówi prokurator Jacek Świercz. - Zwłoki Krystyny obnażyli i położyli za autobusem, dla upozorowania gwałtu.

Aby świadkom zamknąć usta, Sojda naprędce zorganizował w autosanie przysięgę. Najpierw kazał wszystkim uklęknąć i przyrzekać, że nikomu nie powiedzą o tym, co widzieli. Potem każdemu dawał krzyżyk do całowania, potem nakłuwał palec agrafką, aby każdy świadek zostawił ślad własną krwią na kartce papieru. - Dzisiaj to brzmi jak scenariusz filmu, ale wówczas taka była ludzka mentalność, że dali się zastraszyć. Sam nie potrafię tego zrozumieć - mówi były milicjant.

Dopełnieniem tych groteskowych wręcz obrzędów było przekupywanie. Każdemu ze świadków zbrodni Sojda wręczył plik banknotów.

KAŻDY SZUKA ALIBI

Aby świadkowie bestialskiego mordu mieli alibi, autosan zawiózł ich z powrotem do Połańca. Każdy miał wejść do kościoła tak, aby inni ludzie go widzieli. Henryka Witka i jeszcze jednego świadka fiatem odwieziono pod kościół w sąsiedniej Beszowej, aby tam szukali sobie alibi. Jakby co - w Połańcu nawet tego wieczora nawet nie byli. - Po zakończeniu pasterki, ludzie wsiedli do autosana i wymieszali się świadkowie zbrodni z tymi, którzy byli na mszy w kościele - wyjaśnia prokurator.

W tym czasie pod kościołem rabanu narobił kierowca sana twierdząc, że ktoś ukradł mu autobus. Nie zgłosił tego jednak na milicję. Wsiadł do drugiego autobusu. Potem ustalono, że był jednym ze świadków zbrodni i doskonale wiedział, iż za kierownicą jego autobusu siedział Adaś.

Gdy w czasie drogi powrotnej z pasterki autosan kierowany przez Macieja Wysockiego zatrzymał się przy sanie stojącym w rowie, zaciekawieni ludzie wybiegli na zewnątrz. Ktoś dostrzegł nogi wystające spod samochodu. Wezwano milicję...

MILICJA KAZAŁA MÓWIĆ

- Przepraszam pana, Henryka Witka szukam. Gdzie można go znaleźć? - pytam mężczyzny napotkanego obok przystanku autobusowego w Zrębinie. Wygląd jegomościa sugeruje, że jest on lekko "zawiany" albo na kacu. Zniszczona twarz zdradza, że za kołnierz nie wylewa.

- Henryk Witek? To ja - oświadcza, ku mojemu zaskoczeniu. - A o co chodzi?

Wyjaśniam, że o sprawę "Kalitowych dzieci". On był oskarżony o współudział i fałszywe zeznania. W kryminale przesiedział pięć i pół roku. Na początku milicjantom i prokuratorowi opowiedział o tym, co działo się w autobusie, przed sądem pamięć go już zawodziła i zupełnie zmienił zdanie. Teraz twierdzi, że siedział niewinnie.

- To był wypadek, a nie zabójstwo - mówi Witek, ale mało przekonująco. - Panie, było minęło. Milicjanci bili świadków, kazali mówić, tak jak oni chcieli. No to mówiłem bzdury. A jak w sądzie człowiek prawdę powiedział, to zamknęli do aresztu, że niby fałszywie się świadczy. Siedziałem niewinnie.

NIE WIDZIAŁEM, NIE WIEM

Podobnie twierdzi Maciej Wysocki, który w wigilijną noc siedział za kierownicą autosana. Przekonuje, że zbrodni nie widział choć przyznaje, że nie wie, czy jej nie było. - Po prostu nie widziałem. Gdy dojechałem autobusem na miejsce, w rowie stał "san". Dopiero potem ktoś zobaczył nogi wystające spod auta - wspomina. - Śledczy bili, zmuszali świadków do potwierdzenia zeznań takich, jakie oni sobie wymyślili. Były oficer MO wspomina, że gdy Wysocki został przesłuchany w prokuraturze, nie wrócił od razu do domu. Wcześniej poszedł do knajpy, pił alkohol.

- Do domu wrócił pod wieczór, trochę poobdzierany. Nie wiem, pewnie się przewrócił - mówi Janusz Ragan. - Następnego dnia zrobił u lekarza obdukcję, ze niby został pobity. Złożył skargę. Zostało wszczęte postępowanie i ustalono, że to nie są ślady pobicia, a lekarz sfałszował zaświadczenie.

Wysocki jednak trzyma się swojej wersji. W zakładzie karnym za zatajanie zbrodni i fałszywe zeznania spędził pięć lat.

CO WIDZIAŁ STASIU?

Kilka dni po zabójstwie "Kalitowych dzieci", 14-letni wtedy Stasiu Strzępek przechodząc obok domów Sojdy i Adasia, wykrzyknął: "Zabójcy. Zabiliście mojego kolegę Miecia". - To był pierwszy trop mówiący o tym, że to nie był wypadek drogowy. Zanim jednak przesłuchaliśmy tego chłopca trzeba było ustalić, co to za chłopak i czy jest wiarygodny - wspomina nadkomisarz Ragan. - Później okazało się, że gdy Stasiu Strzępek szedł razem z dwoma kolegami i minęły ich owe dwa autobusy. A potem, gdy doszedł do miejsca znalezienia ciał, widział Adasia kręcącego się przy stojącym w rowie sanie.

Z pasterki chłopak wrócił przerażony. Matka wspominała w sadzie, że płakał i wyraźnie gnębiło go coś, co widział. Dopiero kilka tygodni później podczas formalnego przesłuchania wyjawił, że widział Adasia na miejscu zdarzenia.

PRZED MATKĄ BOSKĄ

Skończyły się święta Bożego Narodzenia, przyszedł Nowy Rok 1977. Przez blisko pięć miesięcy milicja prowadziła śledztwo pod kątem wypadku drogowego. Sprawą zajęła się powołana grupa z komendy wojewódzkiej w Tarnobrzegu. Dzięki zeznaniom Stasia Strzępka milicja wiedziała, że rzekomo "kradzionym sanem kierował Adaś.

- Został zatrzymany w połowie lutego pod zarzutem spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym - mówi emerytowany policjant. - Wciąż jednak nie dawały mi spokoju obrażenia stwierdzone na ciałach ofiar. Byłem prawie przekonany, że to nie był wypadek.

Adaś siedział w areszcie, trwało śledztwo, pojawiały się coraz to nowe fakty. Rodzinie Sojdów zaczął się palić grunt pod nogami. Któregoś wieczora w sąsiadującej ze Zrębinem Wolicy zorganizowano potajemnie spotkanie świadków zbrodni. Przy ołtarzyku z Matką Boską Częstochowską, zapalonych świecach i krucyfiksie, ludzie ponownie złożyli przysięgę. Mieli milczeć.

- Oprócz tego członkowie rodziny Sojdów zastraszali świadków. Wręczali im pieniądze i medaliki przywiezione z Częstochowy - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner. - Jeden z takich medalików dostała ta cioteczna kuzynka Kalitów, która wywołała Krysię z kościoła.

A JEDNAK ZABÓJSTWO

Wkrótce okazało się, że biegły dokonujący sekcji zwłok nie wykonał podstawowych badań. Nie miał zresztą uprawnień. Był przekonany, że to ofiary wypadku drogowego. A może chciał, aby tak było? W każdym razie po kilku miesiącach, na wniosek prokuratora zarządzono ekshumację ciał i dokonanie ponownej sekcji. Jej wyniki nie pozostawiały złudzeń - to były ofiary potwornej zbrodni.

Przeglądam przyniesiony z sądowego archiwum trzeci tom akt sprawy. Są w nim zdjęcia i wyniki drugiej sekcji zwłok. Dziura w czaszce jednej z zamordowanych osób idealnie wręcz pasuje kształtem do korby - klucza do kół. To było narzędzie zbrodni. - Trzy miesiące po Adasiu aresztowany został Sojda, pod zarzutem mataczenia w śledztwie i nakłaniania świadków do fałszywych zeznań - kontynuuje Ragan. - Za kolejne dwa lub trzy miesiące w areszcie znaleźli się Kulpiński i Socha.

Część świadków przestała się bać, na przesłuchaniach wychodziły fakty, która składały się w logiczną całość. Na tej podstawie odtworzono przebieg tragicznych zdarzeń. Prokuratorzy zaczęli pisać akt oskarżenia.

JEDYNY, KTÓRY MÓWIŁ

Warto w tym miejscu wspomnieć, że jedynym świadkiem, który od samego początku zeznał, iż Sojda, jego szwagier i zięciowie z zimną krwią zamordowali rodzinę Kalitów, był Leszek Brzdękiewicz. Ten świadek nie dożył jednak procesu. W okresie Wielkanocy 1978 roku nagle zaginął. Jego ciało znaleziono w przepływającej przez Połaniec rzece Czarnej. Leżał twarzą do dołu w kilkucentymetrowej głębokości wodzie.

- Było przypuszczenie, że ktoś mu "pomógł" umrzeć - mówi Janusz Ragan, były milicjant. - Miałem nawet pewne ustalenia operacyjne wskazujące, że w sprawę mogą być zamieszani dalsi krewni Sojdy. Niestety, nie udało się tego przełożyć na materiał dowodowy. Została wersja przypadkowego utonięcia.

Pozostałych kilkudziesięciu świadków co rusz to zmieniało swoje zeznania. Ale największy wysyp "fałszywek", miał dopiero nastąpić w sądzie. Według śledczego Janusza Ragana, to był efekt błędu taktycznego zastosowanego przez kierownictwo milicji.

- Po zakończeniu śledztwa, a przed rozpoczęciem procesu, ci świadkowie zostali pozostawieni sami sobie - mówi emerytowany policjant. - Skończyły się w Zrębinie wizyty milicji, skończyły się wezwania do prokuratury. Ten czas wykorzystała rodzina oskarżonych która rozpowiadała po wsi, że sprawa jest załatwiona i lada dzień "chłopy wyjdą z aresztu". Ludzie postanowili nie obciążać w sądzie Sojdy, z obawy przed zemstą.

ZMOWA MILCZENIA

W listopadzie 1978 roku przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu (z siedzibą w Sandomierzu), ruszył proces. Sala rozpraw zapełniała się niemal dzień w dzień, co przy dzisiejszych przepisach prawnych, jest praktycznie niemożliwe. Ba, niektóre posiedzenia odbywały się nawet w wolne (kiedyś były też robocze) soboty.

- Część zastraszonych świadków całkowicie zmieniła zeznania złożone w śledztwie. Oskarżeni nie przyznawali się do winy. Odmawiali składania wyjaśnień. Nie oświadczali się - mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner, pełnomocnik rodziny zamordowanych.
Pięcioosobowy skład orzekający z przewodniczącym sędzią Markiem Maciągiem, nie miał jednak zamiaru biernie patrzeć na jawne kłamstwa. Na pewien czas wyłączono nawet jawność posiedzeń, aby rodziny oskarżonych nie słyszały, co zeznają świadkowie.

To także nie pomagało, dlatego sąd zaczął nakładać kary na świadków. Najpierw pieniężne, a gdy i te nie skutkowały - zaczęto stosować areszty.

MÓWIĆ, CZY SIEDZIEĆ?

- Niektórzy świadkowie zaraz po wyjściu z sali rozpraw zakuwani byli w kajdanki i trafiali do aresztu. Dla niektórych jednak strach przed Sojdą był większy, niż groźba kilkuletniej odsiadki - mówi sędzia Edward Loryś, prezes Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu.

To właśnie sędzia Loryś przed laty, jako sędzia Sądu Wojewódzkiego w Tarnobrzegu, rozpoznawał sprawy świadków "sprawy połanieckiej" oskarżonych o fałszywe zeznania i zatajanie zbrodni. - Z tego, co pamiętam, zapadały wtedy kary nawet siedmiu, ośmiu lat pozbawienia wolności - wspomina prezes tarnobrzeskiej "okręgówki".

W sumie za złożenie fałszywych zeznań przed sądem, ukaranych zostało 18 świadków. Większość z nich spędziła za kratkami kilka lat, jak choćby wspomniany wcześniej Maciej Wysocki czy Henryk Witek. Ale byli też tacy, którzy po odsiedzeniu kilku dni przychodzili po rozum do głowy i składali wniosek o ponowne przesłuchanie. Powiedzieli prawdę i wrócili do domów. Zmowa milczenia została przerwana.

CZTERY RAZY ŚMIERĆ

Po trwającym dokładnie rok procesie, 10 listopada 1979 roku Sąd Wojewódzki w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu wydał wyrok: 51-letni Jan Sojda - kara śmierci, 37-letni Józef Adaś - kara śmierci, 30-letni Jerzy Socha - kara śmierci, 31-letni Stanisław Kulpiński - kara śmierci. Henryk Witek skazany został na pięć lat więzienia.

Wyrok nie był jednak prawomocny, a obrońcy oskarżonych nie mieli zamiaru pozwolić na wysłanie ich klientów na szubienicę. Jak się wkrótce okazało, ich starania częściowo przyniosły korzystny dla dwóch oskarżonych skutek.

Warto nadmienić, że obrońcami Sojdy, Adasia, Sochy i Kulpińskiego byli już wówczas bardzo znani adwokaci, między innymi Zbigniew Dyka (późniejszy minister sprawiedliwości), czy nieżyjący dziś znany obrońca w procesach politycznych, mecenas Władysław Siła - Nowicki.

Niedawno na tym ostatnim cieniem położyły się podejrzenia rzucane przez niektórych Zaporczyków (członków oddziału partyzanckiego pochodzącego z Tarnobrzega Hieronima Dekutowskiego). Według nich to właśnie Siła - Nowicki miał wydać "ubekom" Dekutowskiego, pseudonim Zapora.

SKORO NIEWINNI, TO...

Gdy obrońcy skazanych na karę śmierci mieli w rękach pisemne uzasadnienie wyroku, liczące bagatela 646 stron maszynopisu, złożyli rewizję do Izby Karnej Sądu Najwyższego. To była wówczas druga instancja, rolę której spełniają obecnie Sądy Apelacyjne.

Adwokaci w stustronicowej apelacji wytknęli prokuratorom, milicjantom i wreszcie sędziom szereg błędów. Główne zarzuty przez nich wysuwane to wymuszanie od świadków zeznań siłą i pod groźbą aresztowania, niedopuszczanie przed oblicze sądu świadków mogących wskazać nowe okoliczności, prowadzenie wizji lokalnej tak długo, że aż zasłabł jeden z obrońców. - Skoro adwokaci twierdzili, że oskarżeni byli niewinni, to kto zabił? No kto? - pyta retorycznie Zdzisława Kalita, matka i teściowa pomordowanych ludzi. - Gdyby naprawdę byli bez winy, to nie musieliby pieniędzmi zamykać ust ludziom.

Na niekorzyść Sojdy przemawia też między innymi przechwycony gryps, który pisał do żony. "(...) Niech w sądzie zmieni zeznania i podtrzyma to, że byłem podczas pasterki w domu i to koniecznie (...)".

PRZEKAZANI KATU

5 lutego 1982 roku w Sądzie Najwyższym zapadł wyrok. Wobec Jana Sojdy i Józefa Adasia utrzymane zostały kary śmierci, skazanym Jerzemu Sosze i Stanisławowi Kulpińskiemu sąd zamienił "kaesy" (tak w nomenklaturze sądowej określana jest kara śmierci) na odpowiednio 25 i 15 lat pozbawienia wolności. Wyrok dla Henryka Witka został utrzymany.

Z prawa łaski nie skorzystała Rada Państwa. 23 listopada tego samego roku, w Areszcie Śledczym przy ulicy Montelupich w Krakowie, dwaj skazańcy zostali przekazani katu. Wyrok wykonano poprzez powieszenie, w obecności lekarza, naczelnika więzienia i prokuratora Franciszka Bełczowskiego. Podobno przed egzekucją miało też miejsce coś dziwnego, ale nikt otwarcie o tym mówić dziś nie chce. - Powiem tylko tyle, że to, co się tam wydarzyło, bezspornie świadczyło o tym, że obaj skazani byli winni - mówi anonimowo jeden z naszych rozmówców.

Wątpliwości co do winy oskarżonych wciąż ma ich obrońca, mecenas Zbigniew Dyka:
- Często wracam myślami do tej sprawy, bo choć robiłem wszystko, nie udało mi się ocalić dwóch głów. I żałuję, że sądowi nie udało się wyjaśnić wielu wątpliwości - mówi mecenas Dyka z Krakowa. - Ten proces, co by o nie mówić, nie był uczciwy, bo pozbawiono świadków ich świętego prawa do swobodnego składania zeznań.

W 1992 roku Dyka, już jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny wystąpił do Sądu Najwyższego o rewizję nadzwyczajną wyroku w "sprawie połanieckiej". W sprawę rodziny skazanych angażowały też Episkopat Polski. To też nie pomogło. W lutym 1993 roku Sąd Najwyższy odrzucił wniosek o rewizję, jako "oczywiście bezzasadny".
Kilka miesięcy później o ministrze zrobiło się głośno, gdy spóźnił się na głosowanie w sprawie wotum nieufności dla premier Hanny Suchockiej. Jej rząd przepadł większością jednego głosu.

STRACENI ZA NIEWINNOŚĆ?

Wchodząc na podwórze rodziny Sojdów, czuję się jakoś dziwnie. Nie wiem czego się spodziewać. Przy budzie ujada pies. Z dużego, ładnie tynkowanego domu wychodzi około 60-letni mężczyzna. To Stanisław Kulpiński. - Nie chcę o tym rozmawiać. Dziennikarze wysłuchają, przytakną, a potem napiszą te bzdury, które są w aktach. Ja za niewinność siedziałem w więzieniu jedenaście i pół roku - mówi zięć "króla" Zrębina. - A szwagier Socha siedział trzy lata dłużej. Teraz w Krakowie mieszka.

Nawet się nie dziwię, że próbuje mnie odprawić z kwitkiem. Dotychczas nie rozmawiał z żadnym dziennikarzem. Nagle jednak otwierają się drzwi wejściowe do domu i wygląda przez nie kobieta. Gdy dowiaduje się, o co chodzi, ku mojemu zaskoczeniu zaprasza do środka. Tam jestem jeszcze bardziej zdziwiony. Przy stole w kuchni siedzi żona Sojdy, żona Adasia, Kulpińska, Kulpińskich córka z dzieckiem...

- Mój Boże, chłopy zostały stracone za niewinność. Mojego powiesili za to, że w wigilię spał ze mną pod pierzyną - mówi prawie płacząc Sojdowa.

DZIADZIUŚ BYŁ W DOMU

Następne dwadzieścia minut to przeplatające się monologi. Najwięcej głosu zabiera Anna Kulpińska, która w czasie wigilii 1976 roku miała niespełna rok. Przebieg zdarzeń zna z opowiadań rodziny. A może powiedzieli jej to, w co sami chcieliby wierzyć? - Dziadziuś i tatuś tego nie zrobili. Dziadziuś był w domu, nie był w żadnym Połańcu, mną się opiekował. A tatuś był z mamusią w kościele - mówi wnuczka Sojdy.

Podobnie mówią pozostałe kobiety. Mówią o dramacie ich rodzin, o dzieciach wychowywanych bez ojców, o nieprzespanych nocach, niesprawiedliwości sądu, milicjantach i prokuratorach biciem zmuszających świadków do zeznań. - Napisz pan, panie drogi, że niewinnych ludzi skazali na śmierć - mówi Adasiowa. - Czy gdyby to wszystko była prawda, to mieszkalibyśmy w Zrębinie? Z ludźmi się odzywamy, bo wiedzą, że nasze chłopy niewinne były. Niech pan ich zapyta.

Podają nazwiska, adresy. Na bieżąco weryfikuję te dane. To świadkowie, którzy trafili do aresztu za fałszywe zeznania w sądzie. - Oni właśnie w sądzie prawdę mówili, a wcześniej zeznawali tak, jak im kazali śledczy - mówi Kulpińska.

Słucham, siedzą przy stole naprzeciw Kulpińskiego. Patrzę w oczy człowiekowi, który w ocenie wielu osób nie powinien już żyć. Po głowie kołacze się myśl: a może jest niewinny? Bo czy można tak dobrze kłamać patrząc prosto w oczy?

CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

"Sprawa połaniecka" wciąż kryje sporo tajemnic, odpowiedzi na większość z nich już nie uda się znaleźć. Dlaczego nowy i nie zniszczony autobus san przeznaczono na kasację już dwa tygodnie po "wypadku"? Dlaczego pierwszą sekcję zwłok wykonał lekarz bez uprawnień? Dlaczego milicja dopuściła się kilku innych zaniedbań? Czy zbadano wszelkie wątki, jakie pojawiły się przy okazji sprawy głównej?

Ciekawi mnie, jak po trzydziestu latach uczestnicy procesu oceniają wyrok. Czy cztery kary śmierci były słuszne? Zdzisława Kalita: - A jakaż może być inna sprawiedliwa kara, gdy ktoś odbiera życie innemu człowiekowi?

Mecenas Rajmund Aschenbrenner: - Sędzia Marek Maciąg był bardzo dobrym prawnikiem. Nie mam żadnych wątpliwości, że wyrok był sprawiedliwy. Nadkomisarz Janusz Ragan: - Kara była sprawiedliwa. Moim zdaniem powinny zostać wykonane wszystkie cztery "kaesy"...

Wyjeżdżając ze Zrębina nie mogę się oprzeć wrażeniu, że trzydzieści lat temu zatrzymał się tutaj czas. Wsiadając do samochodu czuję na plecach wzrok ludzi. Jakby wciąż bali się, że za chwilę ujrzą "króla" Zrębina...

 

 

Zbrodnia wciąż fascynuje

"Sprawa połaniecka" od samego początku budziła ogromne zainteresowanie. Na jej podstawie książki napisali między innymi Hanna Krall, Roman Bratny ("Wśród nocnej ciszy", Wiesław Łuka ("Nie oświadczam się"). Postała też sztuka teatralna i film "Zmowa", kilkanaście prac magisterskich, dziesiątki publikacji prasowych, audycji radiowych i telewizyjnych. Wciąż sprawa ta jest analizowana przez naukowców i adeptów zawodów prawniczych.

 

Sprawa w liczbach

W śledztwie przesłuchano 232 świadków, jednego z nich aż czternaście razy. Trzydziestu ośmiu świadków odwołało pierwotne obciążające zeznania, osiemnastu z nich zostało aresztowanych. W czasie procesu przez sądem przesłuchano ponad 220 osób, najstarszy świadek miał ponad sto lat.

 

Rzeźnik bez litości

W pewnym momencie Jan Sojda, próbując ratować własną skórę, napisał do żony gryps. Karteczka została przechwycona. Niektórzy zarzucają, że gryps został spreparowany przez milicjantów: "(...) nie lituj się nad szwagrem Adasiem, jak rzeźnik nie lituje się nad świnią, gdy ją przerabia na kiełbasy".

 

Od autora

Serdecznie dziękuję wszystkim osobom, które pomogły mi podczas zbierania materiałów do niniejszej publikacji, a które nie zostały w niej wymienione.