Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazety Wyborczej - 23/01/1998

 

 

 

Anna Żebrowska

Śmierć Wysockiego

 

 

 

 

 

Za życia wydano mu pół wiersza. Dziś jego imię nosi tankowiec, planeta, niektóre gatunki owoców i warzyw. W samej Moskwie ma trzy pomniki. Władimir Wysocki, rosyjski Hamlet z gitarą, 25 stycznia skończyłby 60 lat. Umarł mając 42, wyniszczony wódką i narkotykami.

 

Na nowy rok dostałam w prezencie kalendarz: "Władimir Wysocki. Prawdziwa historia życia, zrekonstruowana przez grupę >>Mitki<<".

Styczeń 1998. "Od wczesnej młodości aktora Wysockiego pociągała działalność rewolucyjna. Podczas występów w teatrze pozwalał sobie na śmiałe wycieczki pod adresem caratu, za co żandarmi wzywali go do cyrkułu na rozmowy". Dowód: Wysocki w surducie z przełomu wieków słucha umundurowanego czynownika (kadr z filmu "Niebezpieczne tournee").

Luty. "W obawie przed prześladowaniami ze strony rządu carskiego Wysocki wyjechał za granicę, gdzie kontynuował walkę z tamtejszym samodzierżawiem. Wdzięczni Europejczycy nadali mu tytuł księcia duńskiego (fotografia w kostiumie Hamleta) i omal nie zrobili królem. Jednak w Rosji wybuchła rewolucja lutowa i Wysocki pospieszył do Ojczyzny".

Jak wynika z następnych kart, przewrotu październikowego artysta nie zaakceptował. Wstąpił do Armii Ochotniczej, ale z powodu niewczesnych amorów nie sprostał obronie Pierekopu i z resztką białych opuścił Rosję. Wrócił do ojczyzny z wybuchem II wojny światowej i w szeregach Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej był przykładem niesłychanego męstwa (zdjęcia w stosownym umundurowaniu)... Twórcy kalendarza, grupa petersburskich artystów-jajcarzy "Mitki", nadali mu formę kolażu.

- Swego czasu ludzie lepili biografię Wysockiego z jego pieśni: walczył na froncie, był alpinistą, omal nie zatonął w łodzi podwodnej - mówi jeden z "Mitków" Siergiej Łobanow. - My wzbogaciliśmy mit o życiorysy bohaterów, których grał w filmach i teatrze. Wyszedł taki Lenin a rebours.

Dom Władimira

Prezentacja kalendarza odbyła się w instytucji o solidnej nazwie: Państwowe Centrum Kulturalne - Muzeum "Dom Wysockiego". W realnym życiu Wysocki gnieździł się z rodzicami, potem z żoną i dziećmi w komunałkach i klitkach na obrzeżach Moskwy. Własne mieszkanie spółdzielcze dostał na pięć lat przed śmiercią. PCK-M "Dom Wysockiego" mieści się w śródmieściu, parę kroków od Teatru na Tagance, któremu aktor, poeta i bard oddał 16 lat życia. Władze miasta wysiedliły lokatorów pięciu kamieniczek i generalny remont idzie pełną parą. Prócz czterech sal ekspozycji pamiątek po Wysockim są tam biura, biblioteka, księgarnia, galeria malarstwa współczesnego. Do kwietnia zostanie wykończona sala widowiskowa na 150 osób.

Dyrektorem "Domu Wysockiego" jest Nikita Wysocki, młodszy syn Wysockiego i Ludmiły Abramowej.

Nikita Władimirowicz ma 34 lata i wygląda jak skóra zdjęta z ojca, chociaż jest przystojniejszy od oryginału, o dobrą głowę wyższy. A przecież to te same oczy, ten sam ochrypły głos, ten sam styl lekkiego wygłupu w rozmowie.

Podobnie jak ojciec, Nikita ukończył szkołę teatralną, potem grał w eksperymentalnym teatrze Sowriemiennik-2, recytował z estrady wiersze Wysockiego, stworzył Moskiewski Teatr Maleńki, który wszakże rozpadł się. Dwa lata temu został dyrektorem Centrum i ruszył z remontem budynków. Urzędnicy nie mieli sumienia odmawiać człowiekowi o twarzy i głosie idola ich młodości.

- Gdy muzeum stanie na nogach, wrócę na scenę. Może na tę, którą budujemy - zapewnia Nikita. - Na razie szykujemy jubileusz 60-lecia urodzin ojca. Prasa brukowa na pewno spróbuje wylansować z tej okazji jakieś nieznane żony, odszukać nowe dzieci Wysockiego. My organizujemy koncerty i konferencję naukową.

Arkadij, starszy syn Wysockiego, ukończył wydział scenariuszowy Instytutu Kinematografii. Z powodu mizerii w rodzimym przemyśle filmowym pracuje jako dziennikarz telewizyjny. Od lat nie udziela wywiadów. "Prawdy o ojcu trzeba szukać w pieśniach - oznajmił niemieckiemu dokumentaliście Guenterowi Kotte. - Póki żyją świadkowie, należy milczeć, zostawić w spokoju tego człowieka. Najbliżsi przyjaciele Puszkina nie kwapili się do pisania. Jeszcze nie nadszedł czas, żeby powiedzieć całą prawdę o Wysockim".

Kto ją powie, gdy umrą świadkowie wydarzeń - Arkadij nie sprecyzował. Biografia i twórczość Puszkina są pełne białych plam.

Nie pamiętaj zła

Wysocki miał trzy żony i wszystkie wydały wspomnienia. Izolda Wysocka, koleżanka ze szkoły teatralnej, mieszka w Niżnym Tagilu i rada jest każdej wizycie dziennikarzy i filmowców. Chętnie opowiada o spektaklu dyplomowym, w którym wystąpili wspólnie, i o tym, jaką fantazję miał ten niewysoki, niepiękny, o krzywym zgryzie chłopak. Kiedyś podczas sprzeczki zatrzymała taksówkę i odjechała, pozostawiając go na środku ulicy. Wysiadając usłyszała dziwne stukanie, taksówkarz otworzył bagażnik i... wygramolił się Wysocki. Izolda, dziś masywna pani z trwałą ondulacją na głowie, kokieteryjnie uśmiecha się do kamery: "Czułam się przy nim mała i bezbronna, a jednocześnie - zupełnie bezpieczna". O tym, że ją rzucił, ona zaś ukryła się w prowincjonalnym teatrze, nie zostawiając adresu, by opóźnić rozwód - nie wspomina. Kobiety Wysockiego mają świadomość, że otarły się o genialność i nie pamiętają zła.

Matka Arkadego i Nikity - Ludmiła Abramowa - poznała Wysockiego w Leningradzie na zdjęciach do okropnego filmu "713 prosi o pozwolenie lądowania". Grał marynarza piechoty morskiej USA, ona - hollywoodzką gwiazdę. Duże, wyraziste oczy, olśniewający uśmiech, ciemne włosy a la modna ówcześnie "topielica" - tak wyglądała Lusia Abramowa w roku 1961. Rok później urodziła syna, potem drugiego i wtedy się pobrali.

Popijamy w muzeum szampana z okazji premiery filmu Guentera Kotte "Drogi Wołodia..." i Ludmiła opowiada, jak Wysocki mistrzowsko potrafił się bić. Na jej oczach wdał się w drakę w hotelowej restauracji - sam przeciwko wszystkim. Wskakiwał z rozbiegu na stoły, niemal huśtał się na żyrandolu, niczym w filmie kowbojskim. I wszystko z takim wdziękiem, że gdy zwyciężył - zafundowano im kolację. Był już alkoholikiem, mógł na tydzień czy dwa pójść w cug. Dlatego nie pracowała, zostawiała dzieci z nianią i starała się wszędzie mu towarzyszyć. Bała się, że zawali spektakle i zwolnią go z Taganki, jak z poprzednich teatrów. Jeśli pił - był nie do zniesienia, a mimo to nie mogłaby go porzucić. Zabrała dzieci i przeniosła się do matki, gdy nie umiał ukryć nowej miłości. Kiedy zmarł - przez kilka lat nie pozwalała nikomu brać gitary do ręki i śpiewać jego pieśni.

Jednak życie toczy się dalej i obecnie w dniach wolnych od pracy w gimnazjum Ludmiła Abramowa oprowadza wycieczki po muzeum Wysockiego.

- Oto dom Władimira - ostrzyżona na krótko kobieta o twarzy nie tkniętej kosmetykami wskazuje dzieciom kolorową mapę ZSRR. - Dla człowieka, który myślał w kategoriach całego kraju, meblami były Kreml i sobór Wasyla Błogosławionego. A to makieta jego ostatniego mieszkania przy Małej Gruzińskiej: trzy pokoje, kuchnia, łazienka. W gabinecie - biurko antyk, które niegdyś należało do reżysera Tairowa. Wysocki ustawił je tyłem do okna, by nie widzieć zrujnowanego zboru protestanckiego po drugiej stronie ulicy, nie patrzeć na ruiny cudzej wiary. Władimir nie był w tym pięknym mieszkaniu szczęśliwy, bo nieszczęśliwy był jego naród i zniewolony był jego kraj - kończy Ludmiła Abramowa i przechodzi do następnej sali.

Rusałka i książę

W Marinie Vlady kochali się w ZSRR wszyscy mężczyźni, od podrostków do zgrzybiałych starców, jej filmy biły kasowe rekordy. W roku 1967 przyjechała do Moskwy na festiwal filmowy i trafiła na spektakl Taganki "Pugaczow". Wysocki miał w nim pięciominutowy, namiętny monolog - nic więcej o nim nie wiedziała. Podczas wspólnej aktorskiej kolacji natychmiast się oświadczył (tak samo jak poprzednim żonom). Była tą, która pokazała mu świat i uchroniła przed większymi nagonkami ze strony władzy. By ułatwić sobie kontakty z mężem, wstąpiła do Komunistycznej Partii Francji. Każdy atak na Wysockiego groził odporem z jej strony i - międzynarodowym skandalem.

Ich legendarny związek "Mitki" pokazali w kalendarzu zabawnie: "Po wojnie na skutek konfliktów z radzieckim prawodawstwem Wysocki ponownie wyjechał z ojczyzny. Zarabiał na życie śpiewając na ulicach dużych miast. W tej roli zawarł znajomość z zagraniczną aktorką Mariną Vlady, w której zakochał się bez pamięci. Dzięki swoim artystycznym kontaktom Marina Vlady umieściła go w moskiewskim Teatrze na Tagance, który słynął z liberalnych poglądów. Artysta powrócił do ulubionych zajęć" (fotografia: spętany łańcuchami Wysocki w spektaklu "Pugaczow").

Kłopotliwa dla urzędników międzypaństwowa miłość, wśród ludu budziła reakcje patriotyczne: "Za co szanujemy Wołodię Wysockiego? Za piosenki - raz. Za Hamleta - dwa. A najbardziej za to, że rosyjski chłop... samą Marinę Vlady!" - to anegdota z tamtych lat.

Byli najpopularniejszą parą Rosji i "Dom Wysockiego" eksponuje liczne świadectwa ich dwunastu wspólnych lat: zdjęcia z podróży statkiem "Szota Rustaweli", Marina i Wołodia na plaży, za stołem, przy samochodzie. Uśmiechnięci, wpatrzeni w siebie, zakochani. Dopiero książka Vlady "Wołodia, czyli przerwany lot" zburzyła mit o bezchmurnym pożyciu blond rusałki i księcia duńskiego. Jak i rosyjskie żony, Marina Vlady miała z nim krzyż pański, próbowała leczyć w klinikach odwykowych, straszyła rozwodem. Wcześniej nieludzkim wysiłkiem wyciągnęła z narkomanii najstarszego ze swoich trzech synów. Z Wysockim się nie udało.

Dziś Vlady odwiedza Rosję rzadko, choć nadal jest tu kochana. Pamiętają, że podczas choroby Andrieja Tarkowskiego bez namysłu wypełniła czek, którym opłacono drogie badania, a jej obecny mąż, profesor onkologii, podjął się leczenia.

Drogi Mariny z rodziną Wysockiego rozeszły się. Rusałka odmówiła również uczestnictwa w kolejnym chórze piewców jubilata i reżyser Guenter Kotte otrzymał faks: "Nie mam zamiaru wystąpić w tym filmie i nie chcę, by figurowało tam moje imię. Proszę o uszanowanie mojej woli, o której poinformowałam już swego moskiewskiego adwokata. To moje ostatnie słowo. Marina Vlady".

Po zgonie Wysockiego krążyły romantyczne legendy. Jedna z nich dotyczyła wiersza poświęconego Marinie Vlady "I z góry lód, i z dołu" - jakoby powstał w jego ostatnią noc i został znaleziony rano na stoliku obok łóżka. Naprawdę napisał ten utwór kilka miesięcy wcześniej.

Jadowite niezabudki

Rankiem 25 lipca 1980 roku dyrektor Teatru na Tagance Jurij Lubimow zadzwonił do Mossowietu w sprawie pogrzebu Wysockiego. Poprosił o miejsce na cmentarzu Nowodziewiczym, gdzie leżą Gogol i Bułhakow, Majakowski i Szukszyn. "Tam teraz nie każdego marszałka pozwalamy grzebać!" - usłyszał.

Zezwolenie na mniej elitarny cmentarz Wagańkowski uzyskał w KC partii ulubiony przez sekretarzy pieśniarz Josif Kobzon (obecnie także sprawny biznesmen). Kwaterę przy samym wejściu wskazał dyrektor cmentarza, za co Kobzon podał mu plik banknotów. Aktor Wsiewołod Abdułow, który przy tym był, wspomina, że dyrektor na widok pieniędzy odskoczył jak oparzony: "Kochałem go" - powiedział.

O samym pogrzebie zachodnia prasa pisała, że Moskwa nie widziała takich tłumów od pochówku Stalina. Przez dziesięciolecie mogiłę bez przerwy otaczali ludzie, przynosili ze sobą gitary i magnetofony z nagraniami. Rocznice urodzin i śmierci Wysockiego - 25 stycznia i 25 lipca - zamieniały się w demonstracje solidarności z "wszechzwiązkowym Wołodią".

Od sześciu lat nie ma Związku, a gdy na początku stycznia spacerowałam wokół otaczających nagrobek żelaznych barierek - nie stał tam nikt. Kwiatów było sporo: białe kule chryzantem, czerwone róże i goździki, dwubarwne lilie, fiołki alpejskie, jadowicie niebieskie niezabudki, słoneczniki niczym z van Gogha... Wszystkie - sztuczne, z koralikowymi pręcikami, umocowane na drutach lub plastikowych patyczkach. Z odpustową urodą bukietów harmonizował sam pomnik: socrealistyczna głowa naturalnej wielkości, tułów spętany po ramiona całunem, nad czołem gitara - aureola, końskie pyski, anielskie skrzydło. Żółtkowy odcień metalowego stopu zgasiła patyna, jednak kicz pozostał kiczem. Widać to zwłaszcza na tle gustownych mogił nowobogackich, które wyrosły wokół w ostatnich latach. Obecny dyrektor cmentarza już nie jest idealistą. Parę kroków od "sumienia narodu" leżą zastrzeleni w ostatnich latatch gruzińscy mafiosi, bracia Kwantriszwili, bankier Ilja Miedkow i jego ochroniarz. Ze świata kultury w pobliże trafił tylko telewizyjny gwiazdor Wład Listjew, ale i o nim mówi się, że dostał kulę nie za próby zreformowania telewizyjnego molocha, tylko za niejasne interesy na boku.

Bilans na jubileusz

Za życia opublikowano mu dokładnie pół wiersza i kilka tekstów piosenek wraz z nutami. W ciągu ponad 17 lat, które minęły od jego śmierci, w Rosji wyszło 75 tomów utworów Wysockiego w nakładzie ponad siedmiu milionów egzemplarzy. Niektóre książki miały po dziesięć wydań. Książkowe wydania przekładów ukazały się w USA, Francji, Bułgarii, Niemczech, Polsce, Włoszech, Danii, Rumunii, Szwecji, Czechosłowacji (razem 45 tomów). Wysockiego można również przeczytać po fińsku, kirgisku, japońsku, estońsku, ukraińsku, wietnamsku i chińsku. O autorze niespełna sześciuset utworów, głównie wierszowanych (w tym - 430 pieśni), nakręcono kilkanaście filmów oraz napisano 40 książek w Rosji i 20 za granicą. Na świecie kręcą się też krążki około 85 jego płyt analogowych i 45 płyt kompaktowych, których ogólnego nakładu nie podejmuje się policzyć nikt.

W oparciu o utwory "barda z Taganki" powstały dziesiątki kompozycji scenicznych, trzy balety i operetka. Ulica Wysockiego jest w Swierdłowsku, Kijowie, Krasnojarsku, Nabiereżnych Czełnach, Odessie, Samarkandzie. Jego imię nosi tankowiec, planeta, niektóre gatunki owoców i warzyw, górskie przełęcze na Dalekim Wschodzie i w Sajanach. Ma kilka pomników, z czego trzy w Moskwie. Gdy w roku 1987 otrzymał pośmiertnie nagrodę państwową, motywacja była jeszcze ostrożna: za serial "Gdzie jest Czarny Kot" i autorskie wykonanie pieśni. Obecnie jego utwory drukowane są w podręcznikach szkolnych jako część programu obowiązkowego.

Jednak masowe opętanie Wysockim minęło i prasa rosyjska przypomina sobie o nim dwa razy w roku - na urodziny i w rocznicę śmierci. Od pierestrojki ton artykułów pozostaje chwalebny: był głosem narodu. Pracował ponad siły, a prześladowania władzy, milczenie lub ataki usłużnych pismaków zrobiły swoje: ludowy poeta zmarł w wieku niespełna 43 lat.

Wysocki a sprawa polska

Oddzielnie wypada napisać o kontaktach Wysocki-Polska, zwłaszcza że sympatia była wzajemna i można się tu nawet doszukiwać genetycznych uzasadnień. Dziadek Wysockiego (wiem to od jego ojca) pochodził z Brześcia, tam kończył szkołę i choć krew miał żydowską, w domu rodzinnym rozmawiał po polsku. Studia ukończył w Kijowie (trzy fakultety: chemiczny, ekonomiczny i prawa), pracę podjął w Moskwie i tak już utknął w stolicy ZSRR. Wołodia odziedziczył po nim nie tylko imię: dziadek słynął z temperamentu i bliscy nie mogli się doliczyć, ile zmienił żon.

Dla wnuka polska granica była pierwszą, jaką przekroczył, gdy wiosną 1973 roku wyruszył z Mariną Vlady samochodem do Francji. Fragmenty poematu "Z dziennika podróży" z opisem dogorywającego powstania warszawskiego i radzieckich czołgistów zapłakanych w daremnym oczekiwaniu na rozkaz wsparcia Polaków, przełamały tabu milczenia w ZSRR. Mimo że utwór przez dziesięciolecia nie był publikowany (a może właśnie dlatego), znały go miliony i zawarta w nim informacja dla wielu była wstrząsem.

Lata stanu wojennego uczyniły Wysockiego "naszym" autorem kultowym - nie tylko dzięki Jackowi Kaczmarskiemu. Chętnie słuchano Wołodi w oryginale, a że w odróżnieniu od Okudżawy zrozumieć go było trudno - każdy znajdował w pieśniach to, co chciał znaleźć. W rezultacie o Wysockim żarliwie wypowiadali się zarówno dziennikarze ateistycznych "Argumentów", jak i ksiądz, publicysta "Więzi", "Trybuna Ludu" i "Tygodnik Powszechny", "Kobieta i Życie", TPPR-owska "Przyjaźń" i paryska "Kultura". Jedni akcentowali miłość do radzieckiej ojczyzny i gotowość jej obrony, inni - protest przeciwko komunistycznemu zniewoleniu i ochrypły krzyk wolności.

W sumie powodów do chluby mamy sporo. Pierwszy w obozie socjalistycznym program telewizyjny oparty na piosenkach Wysockiego przygotował Wojciech Młynarski. Polska zainaugurowała tzw. Zmagania z Piosenką Znaczącą, gdzie w repertuarze Wysockiego dwukrotnie zwyciężył milicjant, obecnie nadkomisarz policji Wacław Kaleta z Rzeszowa. Jedyne muzeum Wysockiego poza granicami Rosji powstało w Koszalinie dzięki Marlenie Zimnej. Autorką jedynej na świecie habilitacji dotyczącej jego twórczości jest wasza rodaczka (wyżej podpisana, do usług). A uznana dziś sowietolożka Agnieszka Magdziak-Miszewska zaczęła swoją karierę od opisu nieistniejącej siostry Wysockiego i jej stroju na pogrzebie: biedna wiejska kobieta w chustce na głowie. Naród czytał i szlochał.

Nieznośna ciężkość bytu

Niczyja fantazja nie dorównała jednak rzeczywistości - zaświadcza o tym szczegółowe kalendarium ostatniego półrocza życia Wysockiego. Autor kroniki, dziennikarz Walerij Pierewozczikow, po śmierci Wysockiego rozmawiał z każdym, kto go znał i gotów był o tym opowiedzieć. Powstały dwie książki wywiadów i publikacja w miesięczniku "Sowierszenno Sekretno". Straszna to lektura.

Oto przed nami nie bożyszcze mas, nie Hamlet z gitarą i mąż seksownej blondynki, tylko ludzki strzęp, który pił już jako podrostek, a od kilku lat dodatkowo "siedzi na igle". Jakaś współczująca lekarka zastrzykiem morfiny zlikwidowała mu symptomy suchego kaca (epilepsje po wielodniowym piciu, bóle mięśni, zawirowania psychiczne). Po pierwszych ampułkach Wysocki poczuł się innym człowiekiem: odrzuciło go od alkoholu, pisał jak szalony, nawet po nie przespanej nocy czuł się wypoczęty i w formie. Jednak dawki sukcesywnie rosły i na miesiąc przed śmiercią Wysocki jest półprzytomnym, wyjącym zwierzęciem, które wstrzykuje sobie i łyka wszystko, co przyćmiewa ból i strach: morfinę, amfetaminę, heroinę, lekarstwa. Jeśli wpadną mu w ręce proszki przeciwbólowe, zażywa od razu kilkanaście i zapija je wódką, szampanem, spirytusem. Kiedy musi wyjść na scenę, w kulisach dyżuruje ktoś wtajemniczony ze strzykawką. Bez narkotyku nie mógłby ukończyć przedstawienia. Ma zaburzenia pamięci i trzeba mu podpowiadać tekst. Zadziwiające, ale partnerzy z "Hamleta" ani reżyser niczego się nie domyślają.

Nieszczęścia chodzą seriami i w ostatnich miesiącach życia przeciwko Wysockiemu toczą się trzy śledztwa: o spowodowanie wypadku, w którym są ranni (w Nowy Rok, pędząc na głodzie narkotykowym, wjechał mercedesem w tył trolejbusu) i dwa o "przywłaszczenie" państwowych pieniędzy. Dwa śledztwa umorzono, w trzeciej sprawie sąd nakazał mu zwrot nieprawnie zagarniętych honorariów w wysokości dwóch i pół tysiąca rubli (jego oficjalna stawka koncertowa wynosiła 19 rubli za występ). Wysocki pieniądze oddał.

Przed Mariną Vlady ukrywa trwający od dwóch lat romans ze studentką Oksaną. Kupuje obrączki i odwiedza kilka cerkwi, chcąc w którejś z nich zawrzeć związek małżeński (bez rozwodu z Vlady).

W połowie lipca w Moskwie zaczyna się olimpiada, organa wzmagają czujność i są duże problemy ze zdobyciem narkotyków. Wysocki ma halucynacje, panicznie boi się samotności, stale otacza się ludźmi, ale że prawie nie śpi - wszyscy są nim śmiertelnie umęczeni. Najczęściej dyżurują przy nim: administrator teatralny Jankłowicz, lekarz Fiedotow (główni dostarczyciele narkotyków), Oksana, matka, aktorzy Abdułow i Bortnik (obaj pijący), sąsiad - fotograf Nisanow.

21 lipca Oksana - świadek bezsennej, pijackiej nocy z udziałem Bortnika - próbuje odejść. Wysocki szantażuje ją samobójstwem. Wybiegając z bramy dziewczyna widzi go zwisającego na rękach z balkonu na siódmym piętrze. Natychmiast wraca.

22 lipca Wysocki po raz ostatni wychodzi z domu, kupuje bilet do Paryża na 29 lipca.

23 lipca Marina Vlady zapamiętała jako dzień ich ostatniej rozmowy telefonicznej: zapewnił, że skończył z piciem i narkotykami i za tydzień przyleci. Tymczasem wypija dwie, trzy butelki na dobę. Alkohol nie zagłusza głodu narkotykowego, Wysocki na przemian jęczy lub wyje. Fiedotow szpikuje go olbrzymią dawką środków uspokajających. Wieczorem przyjeżdża ekipa znajomych lekarzy ze szpitala im. Skifosowskiego: Wysocki jest w komie po przedawkowaniu lekarstw, sinieje. Stwierdzają zamartwicę. Chcą go zabrać do szpitala, ale urażony Fiedotow sprzeciwia się. Medycy układają nieprzytomnego pacjenta na boku, by nie zadusił się własnym językiem i odjeżdżają.

24 lipca Wysocki co godzina się budzi, miota po mieszkaniu, próbuje wyjść po wódkę. Jankłowicz pilnuje drzwi, Oksana chodzi za Wysockim krok w krok, przygotowuje ciepłe kąpiele. Nalewają mu herbatę do kieliszka, którego brzegi umoczone są w koniaku. O szóstej wieczorem przyjeżdża z dyżuru Fiedotow. Nie przywozi narkotyku, wstrzykuje środki uspokajające. Wysocki szaleje, krzyczy, sąsiedzi kilkakrotnie telefonują i proszą o spokój. O godzinie 23 zostaje przywiązany prześcieradłami do łóżka. Oksana siedzi przy nim i płacze. Wysocki uspokaja się, odwiązują go, prosi o wódkę, pije.

25 lipca o drugiej w nocy każe przynieść od sąsiada butelkę szampana, pije. Oksana kładzie się spać, gdy po zastrzyku nasennym Wysocki przestaje jęczeć. Dyżuruje przy nim Fiedotow, ale zmęczony zasypia. Budzi się o wpół do piątej - w pokoju panuje złowieszcza cisza. Wysocki leży na wznak, zupełnie białe ręce wyciągnięte wzdłuż tułowia. Nie żyje od godziny - półtorej.

Przed przyjazdem milicji Jankłowicz usuwa puste ampułki po morfinie. Sekcji zwłok kategorycznie sprzeciwia się ojciec - rodzina nie jest zainteresowana ujawnieniem prawdy.

Lekarz z pogotowia wypisuje na świadectwie zgonu diagnozę podyktowaną przez Fiedotowa: "Śmierć nastąpiła we śnie na skutek syndromu abstynenckiego i ostrej zapaści serca".

Ostatnia strona kalendarza: "Nie mogąc wytrzymać dusznej atmosfery okresu zastoju, w lipcu 1980 Wysocki zainscenizował swoją śmierć i zniknął. Widywano go w Górach Żygulowskich i ponoć wkrótce znowu się objawi - surowy, ale sprawiedliwy".

Dzisiaj miałby wnuczkę i trzech wnuków. Ale przecież poeta po śmierci należy do wszystkich.