Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 16.06.2007

 

Jerzy A. Rzewuski

Zniewalający urok zabójców

 

Seryjni mordercy stali się supergwiazdami masowej kultury. Kino wykorzystuje, a zarazem wzmacnia ich popularność



"Chciałabym, aby mój mąż był taki, jak Hannibal Lecter". Tak odpowiedziała większość ankietowanych w 1998 roku zamężnych kobiet, które miały wskazać ideał życiowego partnera wśród postaci z popkulturowego świata. Niby nic dziwnego, bo przecież sama Jodie Foster nie mogła oprzeć się - w filmie "Milczenie owiec" (1991) - hipnotycznemu urokowi granego przez Anthony'ego Hopkinsa psychiatry uwielbiającego wykwintnie przyrządzone ludzkie mięso z własnego uboju.

Odpowiedź, jakiej udzieliła większość kobiet, nie była przejawem chwilowej utraty zdrowego rozsądku. W postaci seryjnego mordercy, takiego jaki spreparowany został przez Hollywood, spotykają się elementy kluczowe dla sukcesu współczesnej rozrywki: ubóstwiana przez masową widownię serialowa powtarzalność, fascynacja przemocą i obsesja na punkcie celebrities.

Te elementy jeszcze na długo przed pojawieniem się na ekranach Lectera trafnie zidentyfikowała Amy Taubin w rozprawie o horrorach z lat 70. i 80.: "Filmy o seryjnych mordercach traktują samą seryjność już nie tylko jako temat czy strukturę, definiujące charakter filmu, ale także eksploatują ją jako środek do lansowania ekranowych seryjnych morderców jako celebrities. Dzięki temu filmowi psychopaci w rodzaju Freddiego Kruegera z "Koszmaru z ulicy Wiązów", Jasona Voorheesa z "Piątku 13" czy Michaela Myersa z "Halloween" stają się gwiazdami na własny rachunek w ciągnących się całe lata niezwykle dochodowych filmowych serialach".

W latach 90. miejsce tych, wywodzących się z krainy sennych koszmarów, postaci zajęły inne, nie mniej fantastyczne, ale osadzone z większą dbałością w realiach rzeczywistego życia w rodzaju Hannibala Lectera (trylogia "Milczenie owiec", "Hannibal", "Czerwony smok"), Johna Doe z "Siedem" Davida Finchera, Darylla Lee Culluma z "Psychopaty" Jona Amiela, zabójcy z "Kolekcjonera kości" Philipa Noyce'a, a ostatnio Earla Brooksa, przemysłowca z Portland z wchodzącego wkrótce na ekrany filmu "Mr. Brooks" Bruce'a A. Evansa. Tajemną pasją Brooksa - a właściwie nałogiem - jest zabijanie młodych zakochanych.

W tym nowym wydaniu seryjny morderca jest - jak słusznie zauważył krytyk Richard Dyer z "Sight & Sound" - wcieleniem czystego zła, któremu już nie wystarcza satysfakcja czerpana z samego aktu zabijania. W zbrodni szuka on również spełnienia swych intelektualnych i artystycznych ambicji. Czy to poprzez precyzyjną realizację diabolicznego planu opartego na finezyjnym, zaszyfrowanym schemacie, czy też przez staranne, iście teatralne aranżowanie sceny przestępstwa. W efekcie każde ekranowe śledztwo zamienia się w pasjonującą grę między zbrodniarzem a policją, w której stawką jest zwykle życie następnej ofiary.

Jak skuteczna okazała się ta nowa receptura, świadczy fakt, że w ogłoszonym w 2003 roku przez American Film Institute rankingu popularności ekranowych czarnych charakterów wszech czasów pierwsze miejsce zajął Hannibal Lecter. Na drugiej pozycji znalazł się także seryjny morderca, tyle że z innej epoki: zagrany sugestywnie przez Anthony'ego Perkinsa legendarny Norman Bates z "Psychozy" (1960) Alfreda Hitchcocka oraz trzech jej kontynuacji nakręconych z udziałem tegoż Perkinsa w latach 1983 - 1990.

Gwiazdy ze śmietnika

W filmie "Zodiak", który właśnie wszedł na ekrany, David Fincher przywołuje postać z amerykańskiego panteonu przestępców. Zodiak, jak sam się nazwał, siał postrach w San Francisco i okolicach w latach 1968 - 1969 i tak jak nagle się pojawił, równie nagle i bez śladu zniknął. Pozostawił do dziś wszystkich, którzy jego sprawą się zajmowali - tak policjantów, jak i pracowników redakcji "The San Francisco Chronicle" - w domysłach i stanie głębokiej konfuzji wywołanej poczuciem sromotnej porażki. Nie dlatego, że Zodiak był szczególnie wyrafinowanym mordercą czy - przy pięciu przypisywanych mu ofiarach - rekordzistą w swym fachu.

Był jednak pierwszy, którego cała działalność była zorientowana na media. Rozmowy telefoniczne i korespondencja, jakie prowadził z policją i prasą, nie pozostawiają co do tego wątpliwości. W jego listach pełno było szyfrowanych wiadomości, astrologicznych symboli, mylnych tropów, ale nade wszystko obsesyjna dbałość o zapewnienie sobie rozgłosu stosownego do jego zbrodniczych wyczynów.

Zodiak błyskawicznie stał się częścią amerykańskiego folkloru. Już w 1971 roku powstały dwa pierwsze filmy inspirowane jego wyczynami: "Brudny Harry" Dona Siegela i "The Zodiac Killer" Toma Hansona. Co więcej, Zodiak wykreowany został w mediach na rodzimy odpowiednik Kuby Rozpruwacza, który swą ponurą legendę zawdzięcza nie tylko wyjątkowemu bestialstwu, z jakim w 1888 roku zabił i wypatroszył pięć prostytutek z londyńskiego East Endu, ale również pysze i arogancji, jakie kazały mu podjąć zabawę w kotka i myszkę ze Scotland Yardem.

Film "Zodiak" - utrzymany w chłodnej, "śledczej" poetyce nawiązującej do "Wszystkich ludzi prezydenta" - stara się precyzyjnie zdefiniować jeden z dwóch przełomowych momentów w amerykańskiej kulturze, które przerzuciły solidny pomost między światami zbrodni i kultury masowej i przesądziły o błyskotliwym awansie seryjnego mordercy na supergwiazdę. Tym drugim momentem były krwawe rajdy rodziny Mansona w sierpniu 1969 roku na rezydencje Romana Polańskiego i Sharon Tate oraz małżeństwa LaBianca w Beverly Hills. Jedna z teorii głosi, że powodem decyzji Zodiaka o przerwaniu ciągu morderstw po ostatnim zabójstwie taksówkarza w San Francisco 11 października 1969 roku była uzasadniona obawa, iż odtąd - i to na długo - w centrum uwagi będzie nie on, lecz Manson.

Zbrodnie Mansona bowiem - choć nie całkiem pokrywające się z kryminologiczną definicją seryjnych morderstw - w sposób doskonały wpisały się w ducha czasów wolnej miłości, eksperymentów z narkotykami, kultu The Beatles i muzyki rockowej oraz kompletnego rozgardiaszu ideowego lat 60. Uderzając nie w jakieś figlujące w samochodzie czy na kocyku nad wodą nieszczęsne pary, lecz wprost w celebrities i możnych tego świata, Manson z dnia na dzień sam stał się celebrity. Jako grabarz epoki Woodstock, bohater lewackich, radykalnych ugrupowań, idol neonazistów, fetysz satanistów, ikona pewnej części sceny muzycznej, ale - przede wszystkim - idol milionowej rzeszy różnej maści świrów, nieudaczników, frustratów i podobnych mu "białych śmieci". Choćby takich, jak Mickey i Mallory Knox, fikcyjni bohaterowie "Urodzonych morderców" (1994) Olivera Stone'a - satyry na kult seryjnych morderców i sposób relacjonowania ich wyczynów w moralnie wyzerowanych mediach.

Kult zbrodni

Sprawa Zodiaka, ale przede wszystkim podniecenie, które ogarnęło całą Amerykę po zabójstwach bandy Mansona, dały początek ogólnonarodowej obsesji na tle seryjnych morderców. Nagle otworzyła się przed nimi szansa zaistnienia w masowej wyobraźni. Wielu z nich zaś - i to tym najbardziej okrutnym - ów sprzyjający klimat medialno-kulturowy zapewnił trwałą sławę. Miejsca popełnionych przez nich zbrodni przyciągają pielgrzymki z całych Stanów, wywiady z nimi gromadzą przed telewizorami miliony widzów, ich podobizny na T-shirtach stały się częścią scenerii amerykańskich ulic. Pisane za kratami wspomnienia mają wielomilionowe nakłady, a pamiątki osiągają na giełdach kolekcjonerów zawrotne ceny. Oni sami otrzymują wysokie honoraria za prawa autorskie na przykład do ekranizacji ich historii czy wykorzystywania nazwisk i wizerunków w różnych publikacjach i gadżetach. Dostają sterty listów od wielbicieli, bywa, że z czekami na wysokie sumy, oraz niczym gwiazdy kina czy rocka udzielają w więzieniach audiencji fanom ustawiającym się w długich kolejkach.

Im bardziej ohydna zbrodnia, im więcej ofiar, tym wyższe miejsce w notowaniach popularności. Rekordy bije Jeffrey Dahmer, kanibal z Milwaukee, mający na sumieniu 17 młodych ludzi. W pamięci zachował się stracony w 1995 r. przedsiębiorca z Chicago John Wayne Gacy, zabójca 33 osób, głównie chłopców i młodych mężczyzn, których w większości pochował pod fundamentami swego domu.

Fascynacją wciąż otoczony jest Ted Bundy, który w latach 1974 - 1978 zamordował 30 kobiet (przypuszcza się, że było ich znacznie więcej), często gwałcąc je przed i po śmierci, a swoją karierę już jako gwiazda zakończył w 1989 roku na krześle elektrycznym.

Zwyczajni i tragiczni

Prawda o seryjnych mordercach jest jednak o wiele bardziej prozaiczna niż fikcja. Robert Graysmith, były rysownik z "The San Francisco Chronicle", autor dwóch książek o Zodiaku, na których Fincher oparł swój film, mówi wprost: - Seryjni mordercy są nieustającą fascynacją dla filmowców, ale większość ich produkcji ma charakter czysto koniunkturalny lub wprost trąci fałszem. Większość z nich wpada w pułapkę mitologizacji seryjnych morderców bądź prezentuje ich jako bohaterów egzotycznych, jakby nie z tego świata. W rzeczywistości są to postacie raczej zwyczajne i tragiczne.

Słowa Greysmitha pokrywają się z badaniami kryminologów i psychopatologów. Seryjni mordercy - a na to miano można zasłużyć, zabijając co najmniej trzy osoby w podobny sposób i w pewnym odstępie czasu - to po prostu psychopaci doskonale ukryci za maską normalności i często uprzejmości. W modelowych przypadkach spełniają wszystkie trzy punkty tzw. triady MacDonalda: w dzieciństwie przejawiali skłonności do piromanii, znęcali się nad zwierzętami oraz moczyli się w nocy. Zazwyczaj pochodzą z patologicznych lub dysfunkcjonalnych domów, gdzie byli ofiarami przemocy fizycznej lub psychicznej. Mogą być obdarzeni ponadprzeciętną inteligencją, ale to akurat nie jest normą. W tym gronie bowiem równie liczni są debile.

Co ważne, seryjni mordercy zabijają powodowani impulsem zrealizowania swych seksualnych fantazji i zaspokojenia potrzeby dominacji kompensującej ich niską samoocenę. Dlatego na ofiary wybierają osoby słabsze (kobiety, a szczególnie prostytutki z racji ich zawodowej dostępności) bądź w ich mniemaniu niżej usytuowane w społecznej hierarchii (mniejszości rasowe, homoseksualiści, dzieci).

Kino europejskie nigdy nie poddało się tak bezwarunkowo zniewalającemu urokowi seryjnych morderców, jak to uczynił Hollywood, choć ostatnio mocno przereklamowane "Pachnidło" Toma Tykwera zdaje się tej tezie przeczyć. Jednak po tej stronie Atlantyku co ambitniejsi twórcy zwykle starali się seryjnych morderców pokazywać realistycznie jako ludzi upośledzonych psychicznie (choćby głośny "Podglądacz" Michaela Powella z 1960 r. czy "10 Rillington Place" Richarda Fleischera z 1971 r. z Richardem Attenborough w roli autentycznego mordercy Johna Reginalda Christie)

Europejczycy umieszczali także swoje postaci zabójców w jakimś konkrecie historycznym jako objaw choroby czasów. Tak to już w 1926 roku uczynił Alfred Hitchcock w "Lokatorze" luźno nawiązującym do sprawy Kuby Rozpruwacza, Fritz Lang w klasycznym "M - Morderca" (1931) inspirowanym sprawą Petera Kurtena zwanego Wampirem z Düsseldorfu i osadzonym w realiach schyłku Republiki Weimarskiej. Z kolei akcja doskonałego "Śladu krwi" (1963) Francois Letteriera rozgrywa się na prowincji po klęsce wojny francusko-pruskiej.

Proroctwo Hitchcocka

Amerykanom także nie można odmówić kilku rzetelnych produkcji, zwłaszcza kiedy trzymali się faktów i nie popuszczali wodzy fantazji. Tak jak Richard Fleischer w "Dusicielu z Bostonu" (1968), rekonstrukcji przypadku Alberta DeSalvo, który na początku lat 60. zabił 13 kobiet, najpierw je brutalnie gwałcąc, a potem dusząc pończochami lub innymi częściami damskiej bielizny, zawsze na koniec zawiązanymi w fantazyjne kokardy. A dalej - Terence Malick w "Badlands" (1973) przypominającym głośną w latach 50. sprawę pary młodocianych zabójców Starkweather - Fugate czy John McNaughton w "Henrym? Portrecie seryjnego mordercy" (1990) relacjonującym zbrodniczą działalność Henry'ego Lee Lucasa z Blacksbury w Appalachach, który przyznawał się do 3000 zabójstw popełnionych w latach 60. i 70., choć udowodniono mu 11. Czy wreszcie Spike Lee w "Morderczym lecie" (1999) opisującym psychozę, jaką wywołały latem 1977 roku w Nowym Jorku zabójstwa dokonywane na flirtujących w samochodach młodych parach przez Davida Berkovitza nazywającego się Synem Sama, a ostatnio Patty Jenkins w "Monster" (2003) z nagrodzoną Oscarem Charlize Theron w roli Aileen Wuornos, prostytutki z Miami, która zamordowała siedmiu klientów i została stracona w 2002 r.

Jednak są to wyjątki. Dla Hollywood rangę filmowego odpowiednika wzorca metra z Sevres ma "Psychoza" Hitchcocka. Mistrz suspensu - który zawsze podkreślał, iż nie ma innych ambicji poza tą, by po obejrzeniu jego filmów ludzie wychodzili kina z taką samą przyjemnością, "z jaką budzą się z sennego koszmaru" - dobrze wiedział, co mówi, gdy stwierdził: "Kilka całkiem sympatycznych morderstw było dziełem zawodowych zbrodniarzy. Jednakże wszystko to co najciekawsze w tej dziedzinie jest dziełem amatorów. Amatorów wybitnie utalentowanych, ale amatorów. To właśnie ci ludzie wykonują swoją pracę z godnością, smakiem i oryginalnością - zaletami dodatkowo wzbogaconymi poczuciem humoru".

Stary, przewrotny Hitch jakby przeczuwał, że po mocno już przedatowanych westernowych oprychach i odchodzących do historii barwnych gangsterach ery prohibicji nowym czarnym charakterem jak raz skrojonym na nasze współczesne czasy będzie psychopatyczny seryjny morderca.