Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Gazeta Wyborcza - 1997/12/24-26

 

Piotr Lipiński

Tajne oblicze: Gwardziści uciekli w zboże

 

"Odżekł mu komendant, tutaj jest fchód lecz wychodu niema".

 

Komunistyczne podziemie liczyło pięć, a nie - jak dawniej pisano - sto tysięcy członków. Legendarna wyprawa pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego, dowodzonego przez "Małego Franka", "po kilku dniach bezowocnego błąkania się gwardzistów po lasach zakończyła się ich powrotem do Warszawy". Gwardia Ludowa kradła, wysługiwała się Niemcom i mordowała Żydów.

Tak przedstawiają dzieje GL historycy Marek J. Chodakiewicz, Piotr Gontarczyk i Leszek Żebrowski w książce "Tajne oblicze GL-AL i PPR".

"Gazeta" poprosiła kilkunastu historyków o ocenę tej książki. Większość odmówiła: jedni twierdzili, że nie znają dobrze komunistycznego podziemia. Inni - że z góry wiedzą, co może napisać jeden z autorów opracowania Leszek Żebrowski, znany z fascynacji Narodowymi Siłami Zbrojnymi.

Zaniedbywane z przyczyn ideologicznych

Dwutomowa praca opiera się głównie na nie publikowanych dokumentach znajdujących się obecnie w Archiwum Akt Nowych, a dawniej w Archiwum KC PZPR. Wydano ją dzięki Fundacji "Niezależny Zespół Badawczy", wspierającej badania "zaniedbywane z przyczyn ideologicznych".

Trzej autorzy do tej pory publikowali głównie w prasie prawicowej. Żebrowski stał się znany w 1993 r., gdy na konferencji dekomunizacyjnej, zorganizowanej przez Antoniego Macierewicza, przedstawił referat (przedrukowany później w "Gazecie Polskiej") "Ludzie UB - trzy pokolenia". Opowiadał w nim o związkach rodzinnych działaczy Unii Demokratycznej z członkami przedwojennej Komunistycznej Partii Polski. Żebrowski przekonywał, że Polsce szkodzili kolejno: w 20-leciu międzywojennym działacze KPP; po drugiej wojnie ich dzieci, które wstąpiły do UB; a teraz wnuki, które trafiły m.in. do "Gazety Wyborczej".

Po opublikowaniu w "Gazecie" tekstu Michała Cichego "Czarne karty Powstania", o Żydach zabitych przez Polaków w czasie Powstania, Leszek Żebrowski napisał książkę "Paszkwil 'Wyborczej'", wydaną przez Burchard Edition. Zarzucił w niej "Gazecie" manipulowanie relacjami świadków, opuszczanie fragmentów relacji, a nawet wykreślenie w czasie redagowania listu czytelnika daty Powstania (1944), co: "nie może być tylko przypadkiem - są już bowiem próby jego całkowitego wyeliminowania ze świadomości".

"Tajne oblicze...": Zamknęli Niemca w chlewie

Kombatanci GL uznają za swój chrzest bojowy walkę oddziału Franciszka Zubrzyckiego - "Małego Franka" - pod Polichnem. W bitwie zginęło trzech gwardzistów, a ranni zostali "Mały Franek" i Józef Mrozek.

Autorzy "Tajnego oblicza..." odnaleźli w archiwum Wojskowego Instytutu Historycznego relację Józefa Mrozka, że w rzeczywistości pierwsza walka wydarzyła się kilka dni przed Polichnem. Wspominał: "Biorąc pod uwagę fakt, że chłopcy nie mieli nigdy do czynienia z bronią i wojaczką oraz słabe uzbrojenie oddziału, pierwsza akcja musiała być łatwa i, jeśli chcieliśmy wpoić wiarę w powodzenie - zwycięska".

W czerwcu 1942 r. oddział "Małego Franka" uderzył na polską leśniczówkę i skonfiskował kasę. Okazało się, że w leśniczówce mieszka podstarzały Niemiec uzbrojony w pistolet. "Zamknęliśmy więc Niemca wraz z żoną w chlewie z jego świniami, zebraliśmy oddział i śpiewając 'Dalej bracia do bułata' pomaszerowaliśmy w las zadowoleni z udanej akcji".

Wieczorem tego samego dnia gwardziści dostrzegli niemiecką obławę. "Byłem i jestem przekonany, że gdyby z naszej strony nie padł strzał, nie zauważyliby nas i poszliby dalej szukać wiatru, tym razem w lesie - relacjonował Józef Mrozek. - Ale któryś z nich nie wytrzymał. Albo Mołojec, albo Franek. Leżeli obok siebie i trudno mi powiedzieć, który z nich wystrzelił. Gdyby chociaż trafił któregoś z tych dwóch oficerów... (...) Niemcy zbliżali się bardzo ostrożnie, zwłaszcza gdy jeden z gwardzistów wyrzucił dwa, jedyne jakie posiadaliśmy, granaty. Nie uczyniły im one wprawdzie żadnej krzywdy, bo to były granaty zaczepne, w dodatku rzucone za wysoko, zaplątały się w gałęzie drzew i tam wybuchły niczym szrapnele".

Gwardziści po chwili uciekli w zboże.

Historycy: Wstydliwe dokumenty

- "Tajne oblicze..." to złośliwa, publicystyczna glosa do PRL-owskiej hagiografii - uważa prof. Paweł Wieczorkiewicz, dyrektor Instytutu Nauk Historycznych Uniwersytetu Warszawskiego. - Pozwala na konfrontowanie legendy białej i czarnej. Autorzy "Tajnego oblicza..." słusznie uważają, że GL, AL, PPR działały na marginesie polskiego podziemia. Podporządkowały się strategii Moskwy, której zależało na rozkręceniu spirali terroru, za co płaciło społeczeństwo.

"Tajne oblicze..." to książka publicystyczna - nie powinna pretendować do miana dzieła historycznego. Powinna się nazywać: "Czarna legenda GL, AL". Przypomina trochę pisanie historyków czasów PRL o AK. Niczego pozytywnego, tylko ciemne strony. Nie dziwię się, że historycy PRL-u wielu dokumentów zawartych w "Tajnym obliczu..." nie publikowali. W przedwojennych, oficjalnych opracowaniach o Piłsudskim też brak wstydliwych informacji o agentach w jego otoczeniu. Londyńscy historycy cenzurowali fakty dotyczące wybuchu Powstania czy infiltracji w AK. Jednak właśnie pokazanie "dorobku" urzędowej historiografii PRL jest w "Tajnym obliczu..." najważniejsze. Książka pokazuje mechanizm fałszerstw.

"Tajne oblicze...": Inaczej wyobrażał sobie partię leśną

"Tajne oblicze..." zawiera list matki Edmunda Dobaja "Mundka" zastrzelonego przez współtowarzyszy z GL. Według PRL-owskiej historiografii miał to być prowokator prawdopodobnie nasłany przez miejscową reakcję. Po jego śmierci w 1943 r. matka napisała list do PPR: "Inaczej wyobrażał sobie partię leśną, a inaczej okazało się.

1) Zabrano mu bieliznę, którą sobie wziął na zmianę, odebrano mu: buty, dogodne jego, a dano stare, które porobiły mu na nogach rany. Lecz wstał rano wcześniej i spowrotem je odmienił (...)

4) Słyszał, gdy sobie rozmawiało dwóch towarzyszy, w nocy podczas snu. Mówił jeden do drógiego, gdyby ci kazali kropnąć go, kropnąłbyś? Drugi odpowiada, sprzyjemnością. Lecz wyczuł, że mówili o nim.

5) A dlatego iż gdy prosił komendanta o pójście do domu choć na jeden dzień zmienić bieliznę, bo 3 tygodnie nie zmieniał. Odżekł mu komendant, tutaj jest fchód lecz wychodu niema".

"Tajne oblicze..." zawiera też wiele innych dokumentów o stosunkach w GL, np. pismo komisarza politycznego Gwardii z marca 1943 r., w którym raportował o jednej z grup GL obwodu lubelskiego: "Dobrze uzbrojona nie robiła do naszego wyjazdu żadnych akcji wojskowych i uległa częściowej demoralizacji. Nie było dowództwa, nie było dyscypliny. Na noc nie wystawili warty, upijali się często, miesiąc czasu siedzieli na jednym miejscu". O innym oddziale GL komisarz pisał: "Powszechne pijaństwo (np. musieliśmy czekać 2 dni aż sztab wytrzeźwieje i będzie zdolny do obrad), nierzadko zdażały się wypadki gwałcenia kobiet na wioskach".

Historia historii: Raz bohater, raz zdrajca

W PRL sposób przedstawiania podziemia komunistycznego wciąż zmieniał się. Jedne postacie pojawiały się na kartach opracowań, inne znikały. Raz ktoś był bohaterem, raz zdrajcą.

W wydanej w 1952 r., w początkach PRL, sygnowanej przez Franciszka Jóźwiaka książce "Polska Partia Robotnicza w walce o wyzwolenie narodowe i społeczne" założyciele PPR trafiają do Polski w tajemniczy sposób: "Na przełomie lat 1941/1942 poprzez fronty wojenne przedostają się do kraju starzy, wypróbowani w bojach rewolucyjnych towarzysze, członkowie KPP, byli więźniowie sanacyjni (...)".

Pod koniec PRL w wydanej w 1986 r. książce "Polska Partia Robotnicza 1942-48" Norbert Kołomejczyk i Marian Malinowski pisali konkretniej: "Udana próba przedostania się inicjatorów partii do kraju przy pomocy radzieckich komunistów nastąpiła z podmoskiewskiego lotniska (...)".

Autorzy wydanego obecnie "Tajnego oblicza..." stwierdzają jednoznacznie: "Sowieci wysłali do okupowanego Generalnego Gubernatorstwa tzw. Grupę Inicjatywną".

Książka Jóźwiaka z 1952 r. pomija udział Władysława Gomułki w tworzeniu PPR. Charakteryzuje go: "Składową częścią polityki pomniejszania roli Partii była walka Gomułki przeciwko rewolucyjnym tradycjom polskiego ruchu robotniczego, w szczególności przeciwko tradycjom KPP. Walka ta miała na celu osłabienie autorytetu wypróbowanych kadr rewolucyjnych, kadr, które wrogo odnosiły się do antyleninowskich i antypartyjnych koncepcyjek gomułkowszczyzny".

W książce Kołomejczyka i Malinowskiego z 1986 r. Gomułka jest już kimś innym: "Pod jego kierownictwem partia przewodziła masom pracującym w walce o wyzwolenie narodowe i władzę ludową oraz wejście Polski na drogę socjalistycznego rozwoju". (Kołomejczyk i Malinowski już we wstępie do swojej książki zauważyli: "W badaniach tych odeszliśmy daleko od znanej książki o PPR, sygnowanej przez Franciszka Jóźwiaka i będącej tendencyjną wykładnią historii tej partii").

W swej książce Jóźwiak opowiada, jak w czasie wojny on i Bierut musieli "prowadzić zdecydowaną walkę przeciwko nacjonalistyczno-oportunistycznej grupie Gomułki, która negując kierowniczą rolę proletariatu na froncie narodowym usiłowała zrezygnować z KRN i podporządkować klasę robotniczą rodzimej reakcji".

Kołomejczyk i Malinowski pisząc o rozmowach Gomułki w KG AK, stwierdzili: "Przedstawił wówczas realistyczną propozycję współdziałania w walce ze wspólnym wrogiem i wyłonienia w kraju demokratycznego rządu tymczasowego zdolnego pokierować dalszą walką wyzwoleńczą narodu".

W "Tajnym obliczu..." Gomułka z oskarżonego, którego jedni autorzy skazują, a inni uniewinniają, staje się już ważnym świadkiem oskarżenia. Autorzy wielokrotnie cytują jego pamiętniki, wydane przez BGW. Jeden z fragmentów uczynili mottem książki, zaczerpnęli z niego również tytuł. Gomułka opowiada o powstawaniu PPR na przełomie 1941 i 1942 r.: "Z mieszanymi uczuciami słuchałem Findera, jego informacji i zarazem instrukcyjnych wskazówek naświetlających rolę, zadania i oblicze PPR. Wynikało z nich, że kierownictwo Kominternu - realizując zawsze dyrektywy WKP(b) - nowo powstałej partii nadało niejako dwa oblicza, jawne i tajne. Na jawne oblicze partii składała się cała jej nie skrywana przed nikim działalność podziemna, tajne zaś, czyli skrywane przed narodem, miały pozostać powiązania kierownictwa partii z Moskwą, z Kominternem, uznawanie ich zwierzchnictwa nad partią mimo formalnego wyrzeczenia się przez nią przynależności do Międzynarodówki Komunistycznej".

Historycy: Za Moczara liczby rosły nieprzytomnie

- "Tajne oblicze..." to jadowita książka - uważa prof. Maria Turlejska, która w czasie wojny należała do GL, a później do 1948 r. pracowała w Zakładzie Historii Partii. - Autorzy chcą upowszechnić w polskiej świadomości przekonanie, że podziemie komunistyczne nie było częścią ruchu wyzwoleńczego, niepodległościowego. Że komuniści to agenci, mordercy Żydów. Gwardzistów przedstawiono złośliwie, a przecież wiemy, że GL była "przaśna", to byli prości ludzie, z tym wiązał się ich sposób życia.

W "Tajnym obliczu..." autorzy zarzucili Marii Turlejskiej manipulowanie historią. Przypomnieli, że tuż po wojnie opublikowała zbiór rozkazów dowództwa GL, w którym znalazło się wiele nominacji i pochwał, ale brakowało m.in. danych o liczebności i zasięgu GL. Przytoczyli fragmenty z jej książek, np.: "Dopiero podziemie komunistyczne rozpoczyna walkę z Niemcami: Utworzenie Gwardii Ludowej stanowi początek ofensywy, ataku na wroga". Albo o AK-owskim podziemiu, które walczyło: "o granice wschodnie, to znaczy o majątki kresowych żubrów, o ucisk ukraińskiego i białoruskiego chłopa (...)".

- Autorzy "Tajnego oblicza..." uważają, że fałszowałam historię, kiedy na przykład myliłam się w jakimś szczególe - mówi prof. Turlejska. - Nie mogę jednak zaprzeczyć, że w czasach PRL manipulowano tym, co napisałam, nie pytając mnie o zdanie.

- Niektórzy moi koledzy zawyżali liczebność GL - przyznaje prof. Turlejska. - Za Moczara, zwłaszcza w publicystyce, liczby rosły nieprzytomnie. Ale czy liczebności AK nie zawyżano? Po wojnie na emigracji pisano, że w AK było 350 tys. członków, a kiedy płk Tatar w czerwcu 1944 r. pojechał do USA prosić o wsparcie dla podziemia, podał tylko 250 tys. Nie znałam dokumentów publikowanych w "Tajnym obliczu...", bo pochodzą z niższych szczebli niż te, którymi się zajmowałam. Autorzy książki manipulują dokumentami, wyrywają z kontekstu pojedyncze akapity. Często brak wyjaśnienia, kto i do kogo kieruje dokument. To, że papier znajduje się dziś w Archiwum Akt Nowych, o niczym jeszcze nie świadczy. Kto był autorem dokumentu? Może AK? Może granatowa policja? To książka napisana w złej wierze.

Historia historii: Pociągi wykolejone czy tylko ostrzelane?

W książce Jóźwiaka z 1952 r. "Polska Partia Robotnicza..." nie podano liczebności GL i PPR. Zamieszczono tylko statystykę akcji zbrojnych. W 1944 r. oddziały AL miały m.in.: zabić 19 450 żołnierzy niemieckich, zniszczyć 24 czołgi, strącić trzy samoloty, wykoleić 322 pociągi.

W 1986 r. Kołomejczyk i Malinowski w "Polskiej Partii Robotniczej 1942-48" obliczają, że podziemie komunistyczne brało udział w akcjach na 280 pociągów. Ale oprócz wykolejeń wliczają w statystykę również ostrzelania. Podają, że latem 1944 r. - w szczytowym okresie rozwoju AL - jej liczebność wynosiła 50 tys. żołnierzy.

Autorzy "Tajnego oblicza..." twierdzą, że AL mogła wówczas mieć najwyżej 5-6 tys. członków.

Historycy: Wojna partyzancka niewielkimi siłami

- Spór o liczebność to propagandowa walka - uważa prof. Jerzy Poksiński, historyk wojskowości, autor książek o wojskowym wymiarze sprawiedliwości w latach stalinizmu. - Wojnę partyzancką skutecznie prowadzi się niewielkimi siłami. Niewątpliwie jednak w PRL liczebność GL zawyżano. Podobno historyk Marian Malinowski w latach 60. na posiedzeniu Biura Politycznego powiedział, że w GL było 50 tys. członków, na co Gomułka zaczął krzyczeć: "Nas było 100 tysięcy!"

Historycy: Kłótnie, bez pocałunków

- W PRL, pisząc o GL, AL, PPR, powiększano nie tylko liczby, ale też sukcesy - mówi Tomasz Strzembosz, profesor historii najnowszej, kierownik Samodzielnej Pracowni Dziejów Ziem Wschodnich II Rzeczypospolitej w Instytucie Studiów Politycznych PAN, wykładowca w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. - Nawet klęski przedstawiano jako zwycięstwa. Nieudaną wyprawę "Małego Franka" przedstawiono jako sukces, że oto powstał pierwszy na okupowanych ziemiach oddział partyzancki, choć prawda jest taka, że Niemcy prawie nie zwrócili na niego uwagi.

W "Tajnym obliczu..." dokumentów nie ufryzowano. Świadczą o realiach życia GL i AL, wiele na ich kartach faktów kompromitujących. Czy podobnych nie ma w życiu innych formacji? Gdybyśmy się zajęli AK, NSZ, BCh, to też byśmy je znaleźli. W AL było jednak coś specjalnego, co "Tajne oblicze..." wydobyło, mianowicie nagromadzenie elementu kryminalnego w całej organizacji. Gdy w organizacji służy 100 tys. ludzi, trudno spodziewać się, że będą same anioły. Ale dlaczego GL-AL zgromadziło tylu kryminalistów? To efekt kilku czynników.

Po pierwsze: GL powstała w 1942 r., a rozwinęła się w 1943 r. Element patriotyczny poszedł do organizacji, które powstały w 1939 i 1940 r. W podziemiu było pół miliona ludzi, dla GL zostały resztki: w tym 14-letnie dzieci, których gdzie indziej nie przyjmowano.

Po drugie: przed wojną Stalin rozbił KPP, więc PPR nie mogła mieć silnych kadr.

Po trzecie: ci z KPP, którzy przeżyli, początkowo nie chcieli wejść do PPR, bo w nazwie brakowało przymiotnika: komunistyczna.

GL, jako zbrojne ramię PPR, z konieczności żywiła się więc często "odpadkami" - podsumowuje prof. Strzembosz. - Mogła wchłonąć każdy element bandycki. A bandytyzm był poważnym problemem w czasie okupacji. W Warszawie na jedną akcję zbrojną przypadało pięć napadów kryminalnych. Już Hubal w 1940 r. rozstrzeliwał za bandytyzm. A w GL obrabowanie dworu było zasługą. Brakowało hamulców, które daje religia. Marksizm, leninizm nie wypracował dekalogu moralnego. Wolno wszystko, co służy rewolucji. Można rozmawiać z gestapo i wydać AK-owca, jeśli to korzystne dla rewolucji.

- "Tajne oblicze..." jest oczywiście wyborem - dodaje prof. Strzembosz. - To jakby opowiadać historię małżeństwa, rejestrując tylko kłótnie, a nie pokazując pocałunków. Historyk, dokonując wyboru, często nie publikuje całych dokumentów. Ważne, że to zawsze zaznacza. Londyńskie wydanie "AK w dokumentach" też ma wiele opustek.

Z całej książki na prof. Strzemboszu największe wrażenie zrobił raport z 9 IV 1943 r., dotyczący tow. "Kazika", czyli Janka Krasickiego ze Związku Walki Młodych, młodzieżowej komunistycznej organizacji bojowej: "meldunki adiutantów donoszą, że tow. "Kazik" i jego łącznicy werbują wśród aktywniejszych członków GL m. Warszawy za wstępowaniem w szeregi organizacji młodzieżowej, motywując, że: GL jest sparszywiała, zdemoralizowana, że jest nawskroś oportunistyczna i wogóle nie przedstawia dziś żadnej wartości".

- Krasicki to nie człowiek z zewnątrz, ale ktoś zaufany, we Lwowie był w Komsomole - mówi prof. Strzembosz. - Może ci młodzi ludzie, bardziej wrażliwi, odczuwali niechęć do starszych współtowarzyszy?

"Tajne oblicze...": GL wspólnie z gestapo

O GL-owskiej akcji na ul. Poznańskiej w Warszawie autorzy "Tajnego oblicza..." napisali: "przeprowadzona została wspólnie z Gestapo, dlatego należy do najbardziej ponurych tajemnic wywiadu komunistycznego z okresu okupacji".

O wydarzeniach z lutego 1944 r. na Poznańskiej kontrwywiad AK meldował: "W związku z przechwyconym anonimem na Poznańskiej 37 w czasie jego rozpracowywania napotkaliśmy na sprawę związaną w tym domu z mieszkaniem Nr. 20. W mieszkaniu tym został dokonany napad przez komunę na Kupeckiego, kryp. 'Kruk', który był kierownikiem komórki Del. Rz. [Delegatury Rządu - przyp. P.L.] do rozprac. komuny. W mieszkaniu tym było archiwum i kartoteka antykomunistyczna. Sprawę rozpracowywaną przekazujemy do wglądu jako klasyczny przykład akcji NKWD na terenie Warszawy".

Po wojnie Bogusław Hrynkiewicz, organizator akcji GL na mieszkanie przy Poznańskiej, zeznawał przed oficerem śledczym MBP, że o napadzie zdecydował Marian Spychalski (w czasie wojny szef Oddziału II Informacji Sztabu Głównego AL, po wojnie wiceminister obrony narodowej, więziony w latach 1950-56). Hrynkiewicz w czasie wojny kierował konspiracyjną organizacją Miecz i Pług. W MiP, początkowo konspiracyjnej organizacji niepodległościowej, kierownictwo przejęli agenci gestapo. Hrynkiewicz prawdopodobnie był jednocześnie agentem gestapo i NKWD.

Hrynkiewicz zeznawał: "Spychalski zadecydował, że mam przekazać Kupeckiego w ręce gestapo, opierając się na posiadaniu przez Kupeckiego materiałów antyniemieckich, dotyczących wykonywania wyroków śmierci na Niemcach przez 'delegaturę'. (...) Spychalski odpowiedział mi, abym robił likwidację Kupeckiego z gestapo. (...) oświadczył mi ponownie, że Kupeckiego wraz z materiałami interesującymi gestapo mam oddać gestapo, zaś materiały antykomunistyczne mam oddać jemu, t.j. Spychalskiemu".

W trakcie akcji AL-owcy otruli Kupeckiego cyjankiem potasu, który jednak był zwietrzały, ofiara więc umierała przez kilka godzin.

Historycy: Gestapo wkroczyło tylko przypadkiem

- Akcja na ulicy Poznańskiej była potrzebna - uważa prof. Ryszard Nazarewicz, w czasie wojny żołnierz AL, w pierwszych powojennych latach funkcjonariusz UB, później historyk. - Należało odebrać kartotekę komunistów, bo groziło niebezpieczeństwo, że wpadnie w ręce Niemców. Zbiegiem okoliczności gestapo wkroczyło do lokalu, kiedy już tam nie było GL-owców. Być może sąsiedzi zawiadomili gestapo, słysząc hałasy.

- "Tajne oblicze..." nie przedstawia niczego tajnego - dodaje prof. Nazarewicz. Twierdzi, że większość opublikowanych w tej książce dokumentów była zawsze dostępna dla historyków archiwum przy KC PZPR.

- Autorzy "Tajnego oblicza..." uważają za dokumenty historyczne materiały wydobyte przez departament X MBP podczas przesłuchań, przy wybitnym udziale Józefa Światło. Zeznań z X Departamentu za wiarygodne nie uzna żaden szanujący się historyk. W "Tajnym obliczu..." za prawdziwe uznano na przykład zeznania związane z Gomułką z okresu po 1948 r., kiedy zarzucano mu odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne i montowano przeciwko niemu dużą sprawę.

Prof. Nazarewicz twierdzi, że autorzy "Tajnego oblicza..." zmanipulowali historię oddziału "Małego Franka". - Pierwsza prawdziwa akcja miała miejsce pod Polichnem, wówczas jednego gestapowca zastrzelono, jednego raniono. A oni uznają za pierwszą akcję niewielką potyczkę, która wydarzyła się w Meszczach.

- Autorzy "Tajnego oblicza..." lubują się w cytowaniu meldunków o nadużyciach, przestępstwach. A przecież te meldunki właśnie świadczą, że organizacja poważnie podchodziła do tych problemów, karała i samooczyszczała się. Dziwią się, że na jakiejś liście rekwizycyjnej wymieniono majtki czy coś takiego. A te spisy właśnie świadczą o poważnym traktowaniu akcji. Złodziej nigdy nie spisuje tego, co ukradł.

"Tajne oblicze...": Zabijał wbrew swemu sumieniu

"Większość zbrodni, popełnionych przez GL-AL na Żydach, przypisano po wojnie niepodległościowcom, głównie Narodowym Siłom Zbrojnym i Armii Krajowej" - napisał Leszek Żebrowski we wstępie do rozdziału "Podziemie komunistyczne wobec Żydów". W książce brak jednak udokumentowanych przykładów. Szerzej przedstawiono w niej tylko historię Grzegorza Korczyńskiego (uczestnik wojny domowej w Hiszpanii, dowódca AL na Lubelszczyźnie, po wojnie aresztowany w związku ze sprawą Gomułki, później wiceminister obrony narodowej).

Oddział Korczyńskiego miał zabić kilkudziesięciu Żydów. W wyroku, wydanym na jednego z członków oddziału Korczyńskiego przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie w styczniu 1955 r., napisano: "Morderstwa, których się dopuszczał, stały w kolizji z sumieniem, jednakowoż do tego stopnia starał się przestrzegać rozkazów, że nie potrafił się oprzeć i wbrew swemu sumieniu zabijał każdego wskazanego przez Korczyńskiego".

W "Tajnym obliczu..." relacje o tych wydarzeniach pochodzą z dokumentów stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości, sporządzonych w związku z aresztowaniem Korczyńskiego, któremu zarzucono kontrrewolucyjny spisek i szpiegostwo.

Historycy: Korczyńskiego zrehabilitowano

Prof. Ryszard Nazarewicz, uważa, że "Tajne oblicze..." stawia GL fałszywy zarzut antysemityzmu. - Autorzy posługują się przykładem Korczyńskiego, którego zrehabilitowano po zarzucie sfabrykowanym przez Józefa Światłę. Oczywiście, Korczyński nie nad wszystkim panował, miały miejsce dramatyczne wydarzenia, ale w żaden sposób nie można GL postawić zarzutu antysemityzmu. Największa liczba Żydów, jaka uratowała się w partyzantce, uratowała się właśnie w GL.

- W zamyśle autorów "Tajnej historii...", sympatyków NSZ, można podejrzewać taką logikę: za antysemityzm do tej pory kopało się NSZ - pokażmy, że to AL była antysemicka - uważa prof. Jerzy Poksiński, historyk wojskowości.

Historia historii: Kto kogo zabijał?

Sygnowana przez Franciszka Jóźwiaka książka "Polska Partia Robotnicza w walce o wyzwolenie narodowe i społeczne" z 1952 r. jednoznacznie stwierdzała: Marcelego Nowotkę, sekretarza PPR, zastrzelono na rozkaz Bolesława Mołojca. Książka dowodziła, że całe życie Mołojca było pasmem zdrady: "W 1936 r. Mołojec bez zezwolenia Partii na własną rękę wyjechał do Hiszpanii. Wiadomo, że polska dwójka wysłała grupę swych agentów z zadaniem wciśnięcia się w szeregi bohaterskiej brygady polskiej im. Jarosława Dąbrowskiego, że ci agenci prowadzili w brygadzie haniebną prowokatorską robotę, usiłując zarazem wkraść się w zaufanie Partii".

Norbert Kołomejczyk i Marian Malinowski pisząc w 1986 r. opracowanie "Polska Partia Robotnicza 1942-48" byli już mniej kategoryczni. Stwierdzili jedynie, że Mołojec "uznany został winnym inspiracji zabójstwa sekretarza PPR Marcelego Nowotki". Także życiorys Mołojca przedstawili inaczej: "znany w kraju działacz KPP i KZMP, następnie oficer Brygady im. J. Dąbrowskiego w Hiszpanii, gdzie zajmował odpowiedzialne stanowisko dowódcze (...)".

Autorzy "Tajnego oblicza" przy okazji śmierci Nowotki zauważają głównie, że komuniści zabijali się nawzajem: "W nowej partii od początku istniały wewnętrzne konflikty, które doprowadziły m.in. do zabójstwa Nowotki przez braci Bolesława i Zygmunta Mołojców, a później także ich likwidacji po wewnętrznym śledztwie w PPR. Te sprawy nie są dostatecznie zbadane i nie jest znany pełny zakres wewnętrznych porachunków".

W "Tajnym obliczu..." Mołojca charakteryzuje cytat z listu W. Jabłońskiego, zamieszczonego w paryskich "Zeszytach Historycznych": "Był znienawidzony przez żołnierzy i oficerów walczących w Hiszpanii z faszyzmem gen. Franco i jego sojusznikami - Hitlerem i Mussolinim. Za sprawą Mołojca ktokolwiek śmiał wyrazić krytykę w stosunku do panoszących się w Hiszpanii sowieckich doradców, był wysyłany do Rosji, gdzie odpowiednio się z nim rozprawiano".

Historia historii: Pod czyją wodzą masy włościańskie?

W książce Jóźwiaka z 1952 r.: "Polska Partia Robotnicza stanęła na czele polskich mas pracujących w chwili, gdy hitlerowska okupacja zagroziła samemu istnieniu narodu (...). Zwycięska walka mas pracujących i całego narodu pod wodzą PPR o wyzwolenie społeczne i narodowe dowiodła w całej pełni, iż jedynie pod wodzą rewolucyjnego proletariatu polskiego, jedynie w oparciu o pierwsze państwo socjalistyczne - Związek Radziecki - kraj nasz mógł zdobyć trwałą niepodległość i uzyskać możliwość wszechstronnego rozwoju i rozkwitu".

W 1986 r. Kołomejczyk i Malinowski zauważyli, że Polacy walczyli z Niemcami, zanim jeszcze powstała PPR: "Odpowiedzią społeczeństwa polskiego na szalejący od pierwszych dni okupacyjny terror stał się żywiołowy antyhitlerowski ruch oporu. Nie znajdując innego oparcia, społeczeństwo polskie orientowało się na powstały we Francji rząd emigracyjny (...)". Jednak "działający na obczyźnie rząd polski, podobnie jak związane z nim siły polityczne krajowego podziemia, niezdolny był do wyciągnięcia właściwych wniosków z nowego układu sił międzynarodowych". Rząd miał kierować się "przede wszystkim dążeniem do zdobycia władzy politycznej w Polsce (...)".

Autorzy "Tajnego oblicza..." twierdzą zaś, że to PPR głównie zależało na zdobyciu władzy. Piszą: "Od 1942 r. antykomunizm objął również doły społeczne, a szczególnie włościan. Stał się synonimem sprzeciwu wobec zalewającej kraj fali bandytyzmu powiązanego z zaczątkami rewolucji komunistycznej".

Historycy: Publicystyka, a nie historia

- Jestem przeciwnikiem publikowania fragmentów dokumentów, tak jak w "Tajnym obliczu...". - mówi prof. Jerzy Poksiński, historyk wojskowości. - Nie twierdzę, że autorzy manipulują dokumentami, ale wybierając ich drobne fragmenty narażają się na taki zarzut. Do nowych, nie publikowanych dokumentów dodali drukowane już fragmenty wspomnień Gomułki i inne też publikowane dokumenty, jak oburzająca listopadowa deklaracja PPR "O co walczymy", w której napisano "Rządy sanacji to polska odmiana faszyzmu". Stworzyli kolaż. Tu nie ma typowej dla historyka metody wyboru, np. publikujemy rozkazy dowództwa albo sprawozdania GL i wtedy w książce pojawiają się wszystkie. Tu jedynym kluczem jest wybór tego, co w historii GL najczarniejsze.

Prof. Eugeniusz Duraczyński, kierownik Pracowni II Wojny Światowej Instytutu Historii PAN, mówi: - Historyk, przeglądając dokumenty w archiwum, posługuje się listą pytań, na które chciałby uzyskać odpowiedź. Jeśli ktoś wcześniej ma tezę, którą koniecznie chce udowodnić, to nie postępuje zgodnie z regułami. Ja z odautorskich wstępów wyczytuję naczelną tezę "Tajnego oblicza...": dołożyć czerwonemu. Teza "dołożyć", wszystko jedno komu: czerwonemu, czarnemu czy białemu, nigdy nie służy dobrze historykowi. Zaletą tej książki jest fakt, że jest pierwszą od wielu lat źródłową publikacją o GL. Nikt się ostatnio historią komunistycznego podziemia nie zajmował. A historii GL na pewno trzeba się przyjrzeć na nowo. Tyle że to nie książka historyczna, ale publicystyczna, posiłkująca się jedynie materiałem historycznym.

 

* PS W cytatach zachowano oryginalną pisownię






Blok tekstów o komunie