Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

POLTYKA









*** "Pożegnanie z bronią. Adam Michnik - Czesław Kiszczak"
Gazeta Wyborcza - 03-02-2001

...Dziś Pan to (tragedię Wybrzeża) ocenia inaczej.
Michnik: Dziś próbuję zrozumieć motywy ludzi, którzy wtedy podejmowali decyzje. I, oprócz motywów niskich, takich jak obrona przywilejów nomenklatury, widzę też inne. Nie chcę, uchowaj Boże, bronić ludzi, którzy kazali strzelać do robotników. Ale we Francji nie ma człowieka władzy, który nie wydałby takiego rozkazu w momencie, gdy tłum pali merostwo w Paryżu. Wiem, że we Francji była demokracja, a w PRL dyktatura. Ale generałowie widzieli to inaczej. Dla nich - i nie tylko dla nich - PRL była normalnym państwem. Nie mogę tego ignorować.
Pan to usprawiedliwia?
Michnik: Nie usprawiedliwiam. Nie aprobuję tego ani moralnie, ani politycznie. Ale próbuję zrozumieć.
I rozumie Pan?
Michnik: Rozumiem. Może nie powinienem tego mówić. Ale zastanawiam się, jak ma reagować władza, kiedy - w najsłuszniejszym, najbardziej uzasadnionym proteście - ludzie podpalają budynki administracji publicznej.
Są inne sposoby. Polewanie wodą...
Kiszczak: To w pewnym momencie przestaje być skuteczne. Bo podpalają nadal.
Według Pana są takie momenty, gdy władza zmuszona jest strzelać do obywateli?
Michnik: Tak. Tak uważam.

 

 

 

 

 

Niegdyś młody, niegdyś gniewny...

*** List Adama Michnika do gen. Czesława Kiszczaka z 1983 roku

...Wy nie umiecie o nas myśleć inaczej, bowiem myśląc inaczej, musielibyście - choćby w jednym błysku chwili - odgadnąć prawdę o sobie samych. Tę prawdę, że jesteście mściwymi i pozbawionymi honoru świntuchami. Tę prawdę, że jeśli nawet kiedyś było w waszych sercach troszkę przyzwoitości, to dawno pogrzebaliście te uczucia w brutalnej i brudnej grze o władzę, jaką toczycie między sobą. Dlatego, sami złajdaczeni, chcecie nas ściągnąć do swego poziomu.

 

 

 

 

 




*** BRONISŁAW WILDSTEIN - "Dziejów honoru ciąg dalszy"
"Rzeczpospolita" - 2001.02.13

...Na końcu "Folwarku zwierzęcego" Orwella świnie i ludzie urządzają sobie raut. Zdumione zwierzęta przez okna dostrzegają, że oblicza tych gatunków dziwnie zaczynają się do siebie upodabniać. Scena ta wciąż przychodziła mi do głowy, kiedy czytałem "Pożegnanie z bronią" w wydaniu Michnik - Kiszczak.

 

 

 

 

 



*** Polemiki - "Komu świński ryj"
"Rzeczpospolita" - 2001.02.28

...Ciągłe eksponowanie tych zasług w celu uzasadniania swoich politycznych wyborów (mówię o Michniku) nie tylko nie stanowi argumentu merytorycznego, ale rzuca cień na minione zaangażowanie. Przypomina zachowanie świętobliwego męża, który bez przerwy wszystkim naokoło przypominałby o swoich cnotach i ułomności innych. Czy nie podawałoby to w wątpliwości bezinteresowności jego moralnych czynów? Czy postawa Michnika znaczyć ma, że bohater ten wystawia rachunek za swój heroizm? Czy może uważa, że przysługują mu w demokracji prawa specjalne, co przecież sprzeczne byłoby z samą zasadą tego systemu?

 

 




Mój malutki komentarzyk do sprawy

O rozpaczy środowiska "GW", a może raczej tych kilku dziennikarzy (przymuszonych, jak krytyk muzyczny "GW" Robert Leszczyński?) gorliwie broniących Michnika i wymyślających najdziksze argumenty przedstawiające go jako człowieka szlachetnego, nieskazitelnego i dzięki temu zdolnego mocą prawdziwie chrystusową przebaczyć łotrowi - niech świadczy ta sprawa. Artur Domosławski protestując przeciwko lżeniu swego przełożonego podał w tekście, iż Michnik w czasie podziału akcji "AGORY" zrzekł się sumy 130 mln PLN. No, ciekawa rzecz. W portalu gazeta.pl urządzono potem małe archiwum owego wywiadu i drukowanych w piśmie tekstów. Tekstu Domosławskiego nie ma. Czyżby się jednak zawstydzili tego "dowodu" szlachetności Adasia?

Trzeba też zwrócić uwagę na specyficzną, wręcz karnawałową konwencję, jaką przyjął Michnik w dziele przebaczania. Wyobraźmy sobie w jaki sposób Adaś M. przebacza kapitanowi Piotrowskiemu. W ostatnim dniu odsiadki sprzed bramy więziennej odbiera kapitana elegancka limuzyna. W restauracji Belvedere strzelają korki szampana i kapitan wraz z Michnikiem, Kiszczakiem, Jaruzelem i Urbanem pogrążają się w otchłani wszechogarniającej miłości chrześcijańskiej. Nazajutrz, na pierwszej stronie "Wyborczej" znajdujemy zdjęcie Adasia całującego kapitana i wielki tytuł - WSZYSTKO mu przebaczyłem!



Wszystko to co robił Michnik po roku 1989 rzuca cień na tego dokonania opozycyjne. Niby czemu człowiek rzekomo szlachetny, bezinteresowny miałby nagle zmienić się w swe przeciwieństwo? Michnik nie jest człowiekiem formatu Vaclawa Havla, Mandeli, Gandhiego. To raczej postać formatu Jarosława Kaczyńskiego, oczywiście z inną ideologią.






*** Anita Gargas, Ewa Zarzycka - Kiszczak bez wybielacza
Gazeta Polska - 12 stycznia 2005 r.

...Jeszcze zanim w 1989 roku odbyły się wybory czerwcowe, w resorcie podległym Kiszczakowi pełną parą realizowano polecenie wydane na piśmie przez I zastępcę ministra, gen. Henryka Dankowskiego. Chodziło o weryfikację około dwóch tysięcy kandydatów do parlamentu pod kątem ich współpracy z bezpieką. Dankowski rozkazał, by zaktywizować agenturę i odtworzyć ewentualne zerwane więzi z konfidentami. Sprawę nakazał trzymać w całkowitej dyskrecji ze względu na wyjątkowo delikatną sytuację.- To była normalna rutyna, władze od nas tego żądały - tak obecnie tłumaczy tę akcję Kiszczak. Kto konkretnie? - No, żądały. Dlatego Dankowski zrobił to z rozpędu, sam od siebie.









*** Tak Kaczyński żartował z Kiszczakiem - wywiad
Dziennik - 20 listopada 2009

...CZESŁAW KISZCZAK: Chcę powiedzieć, że służby specjalne w każdym państwie są jednym z filarów władzy. Im ten filar silniejszy, tym państwo mocniejsze. Praca z agenturą z moralnego punktu widzenia może nie zasługiwać na pochwałę, ale bez niej żadne państwo funkcjonować sprawnie nie może. Oficerowie służb, pozyskując współpracowników, gwarantują im utrzymanie tego faktu w tajemnicy. I oficerowie służb specjalnych PRL tej zasady przestrzegają. Dziś Polska ma o wiele szerzej rozbudowane służby, oparte głównie na pracy z tajnymi współpracownikami. To, co się dzieje wokół tych służb przez 20 lat, Polsce nie służy. W 1989 roku przychodzili do mnie, jako do szefa MSW, działacze opozycji, którzy byli tajnymi współpracownikami SB, wywiadu i kontrwywiadu. Naciskałem na guzik. Odbierał szef biura, w skład którego wchodziły archiwa. Prosiłem o przyniesienie teczki. Następnie dawałem ją mojemu gościowi. A on na zapleczu gabinetu wrzucał dokumenty do niszczarki.












*** Fragment z książki Dariusza Ratajczaka "Tematy niebezpeczne"











*** Agnieszka Rybak - Historia doktora Ratajczaka
Rzeczpospolita - 03.07.2010

...Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, do czego potrzebna mu była publikacja "Tematów niebezpiecznych". Małą książeczkę, która - jak się potem okazało - miała siłę rażenia bomby atomowej, wydał w 1999 roku za własne pieniądze w nakładzie 350 egzemplarzy. Zaznacza w niej: "Mnóstwo tu ocen ostrych, prowokacyjnych, mogących wywołać środowiskowe protesty. Wszystko zależy od mocnych nerwów i poczucia humoru". A potem pisze, że cyklon B stosowany był w obozach koncentracyjnych do dezynfekcji, nie do mordowania. "Wniosek ostateczny nasuwa się sam: w obozach ludzie umierali głównie na skutek chorób wynikających z niedożywienia, złych warunków higienicznych, morderczej pracy, a ciała palono w krematoriach, aby zapobiec epidemii". Streszcza opinie zachodnich rewizjonistów, miesza je z własnymi. - Książka była nieszczęśliwa nie tylko z tego powodu - uważa jeden z pracowników Instytutu Historii. Można w niej znaleźć publicystyczny język, passusy o czerwonej profesurze, anonimowe epitety, które pracownicy uczelni odczuli jako skierowane pod ich adresem. Książeczkę można było kupić w uczelnianym kiosku. Autor rozdawał ją kolegom z dedykacją.











*** Paweł Spiewak - Kłopoty z pamięcią - dyskusje prasowe o historii PRL
Res Publica

...Zacznijmy od zasadniczego tekstu pisanego przez wieloletniego wieznia politycznego, czlonka KOR Adama Michnika i Wlodzimierza Cimoszewicza, kandydata do fotela prezydenckiego z ramienia SLD w 1990 roku. Artykul powstal, co nie jest dla jego lektury bez znaczenia, tuz przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, po tym, jak dwie partie wywodzace sie z PRL przejely wladze, a premierem zostal Józef Oleksy, dawny sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR.









*** Jarosław KURSKI - "WÓDZ - PRZEDOSTATNI ROZDZIAŁ"
Gazeta Wyborcza - 1992/04/22

...Wałęsa w Warszawie czuł się jak w kłębowisku żmij. Widział nieprzychylność inteligencji, obawiał się dawnej nomenklatury. Uważał, że najbardziej przydatni będą ludzie bez skrupułów. Inteligent zanim wejdzie, zapuka trzy razy - i nigdy się nie dopcha. Cham najpierw wejdzie, potem zapuka.
Nawet rzecznik prasowy Wałęsy Andrzej Drzycimski powiedział w radiu, że takie przyszły czasy, iż potrzeba polityków chamskich, dosłownie chamskich. Chamstwo podniósł do rangi cnoty. Takich ludzi jak Wachowski i Drzycimski można zawsze wywalić na zbity łeb i nie mieć wobec nich zobowiązań. Ludzie dworu mają świadomość, że każdy dzień może być ostatnim dniem ich kariery. Takie są reguły gry, które oni w pełni akceptują. Drzycimski z pozycji doktora opowiada, że wszystko, co się dzieje w Belwederze, jest racją stanu. Nawet ewidentne gafy.







*** Paweł Rabiej, Inga Rosińska - KIM PAN JEST PANIE WACHOWSKI? - BYŁEM SZOFEREM WAŁĘSY

...Liczba kobiet, które chciały się umawiać z Lechem, była ogromna. Potężna była fala kobiet, które chciały dotknąć Lecha, a najchętniej rzucić się na niego. Na zebraniach i spotkaniach w całej Polsce do stołu prezydialnego docierały niesamowite rzeczy: różne poufne liściki, wyznania miłości, pierścionki, zdjęcia, niedwuznaczne propozycje, oferty. Myślałem, że Lech interesuje te kobiety psychologicznie, a nie fizycznie, ale potem okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. Można było z tego nie skorzystać, ale...

Straszny widok, ta ekstaza kobiet, dzikie oczy, oszalały wzrok. Były niebezpieczne, w czymś w rodzaju transu, jak panienki na koncertach zespołów rockowych. Gotowe nawet zapłacić, żeby spędzić kilka chwil sam na sam z Wałęsą. Nie zauważyłem, żeby te rzeczy interesowały Mietka. On miał swoją stałą znajomą w hotelu "Sołec", była to zresztą milicjantka. W tych emfatyczkach raczej nie gustował, ale one były czasem naprawdę nieatrakcyjne.

Te kobiety były niezwykłym zjawiskiem. Przypuszczam, że Wałęsa bardzo żałuje, że takie sceny nie mają miejsca teraz. Jest to wina mechanizmu, który miał miejsce dziesięć lat temu, a nie ma już miejsca teraz.










*** Nowa Polska czy jeszcze stara? Teresa Torańska - Jarosław Kaczyński, 1990 - 1994 - wywiad

...Kuroń jednak premierem nie mógł być. Bo primo: nie bardzo się nadawał, a secundo: był nie do zaakceptowania przez koalicjantów. Ja zrobiłem próbę. Rozmawiałem o nim z ówczesnym szefem frakcji w ZSL, Aleksandrem Bentkowskim, późniejszym ministrem sprawiedliwości w rządzie Mazowieckiego. Ja z nim metodą perypatetycką dyskutowałem, chodząc ulicami wokół sejmu. Bardzo było zabawnie. Tu, straszne upały, a ja wielki pan senator, prowadzący historyczne rokowania, nie miałem nawet garnituru i dusiłem się w grubej marynarce po moim zmarłym wuju, jedynej eleganckiej, jaką posiadałem. Więc chodziłem z tym Bentkowskim i gdy mu raz wspomniałem o Kuroniu, on rzucił się natychmiast biegiem do przodu i zaczął przede mną uciekać. Ja go dogoniłem, chwyciłem za rękaw (chichot) i on wtedy zaczął się tłumaczyć: no, wie pan, ja mam takich głupich ludzi w swojej grupie. Ale o co właściwie chodzi? - zapytałem. No, wie pan - powiedział mi - no, wie pan, Kuroń jest Żydem i oni się nigdy na niego nie zgodzą. Kuroń akurat Żydem nie jest, ale ja z tej rozmowy zrozumiałem jedno, że jak ja jeszcze raz wrócę do Kuronia, to całe rokowania szlag trafi i do żadnych następnych nie dojdzie. Tym facetom Kuroń kojarzył się z czymś strasznym, oni uważali, że to najgorszy ze wszystkich opozycjonistów. Pozostawał więc Mazowiecki. Pojechałem do Wałęsy, do jego domu na wieś, razem z Leszkiem i Puszem. W Węsiorach kłóciliśmy się z nim parę godzin. Wałęsa nie chciał Mazowieckiego. Powiedziałem mu: to może Olszewski. Nie, nie - zaprotestował - znajdź mi kogoś młodszego.


 






Ośrodek Studiów Wschodnich

 

 




*** A.Szapowałow - "Prezydent Kwaśniewski w typowo polskich warunkach"
Rossijskaja Gazieta (20.05.1998)

Artykuł troszkę szokujący - Ruskie zupełnie poważnie myśleli, że Kwachu jest ich agentem i po objęciu urzędu prezydenckiego zatrzyma integrację Rzplitej z NATO i UE. Ale się zdziwili !!!

 

 




*** Leonid Korniłow - "Lekcje polskiego, dlaczego oni wyrwali się do przodu, a my grzęźniemy w kryzysach?"
Litieraturnaja Gazieta (13.01.1999)

 

 




*** Sytuacja żywnościowa Federacji Rosyjskiej zimą 1998/1999

Co jedzą Ruskie, czyli o urokach smakowych kartoflanki !!! (ależ ja mam te antyrosyjskie kompleksy!)

 

 




*** PRASA ROSYJSKA WOBEC KONFLIKTU NA BAŁKANACH

Ruskie zdumione, że już nie są SUPERMOCARSTWEM

 



 

 

Blok tekstów o komunie

 

 



*** Rozmowa z Andrzejem Namysłowskim, wiceprzewodniczącym okręgu warszawskiego Związku Komunistów Proletariat
Gazeta Wyborcza - 1998/04/03

...Trzeba spojrzeć na Chiny: tam dominuje własność społeczna - państwowa, spółdzielcza, komunalna - ale wykorzystywane są mechanizmy rynkowe. Gdybym mógł za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spowodować zwycięstwo mojej partii w wyborach, to dla współczesnej Polski wybrałbym właśnie rozwiązanie chińskie. Oczywiście bez obozów pracy.

 

 




*** CHINY: Nikt nie jest bezpieczny!
raport Amnesty International

 

 




*** Grzegorz SOŁTYSIAK - ŻOŁNIERZE PARTII
Gazeta Wyborcza - 11/12/1993

...Byli największą i najmniej znaną grupą opozycyjną lat 60. - Ja stworzyłem ten ruch i ja go pogrzebałem - mówi dzisiejszy właściciel koncernu prasowego, wydawca "Kobiety i Mężczyzny" i "Nowego Detektywa" Nazwę "mijalowcy" zawdzięczali członkowi KC w latach 50. - Kazimierzowi Mijalowi. Ich najbardziej spektakularnym wyczynem było wydanie w 1963 r. w 10-tysięcznym nakładzie nielegalnej broszury. Gdy w 1964 r. "wpadli", Służba Bezpieczeństwa aresztowała około 100 osób. 1000 wyrzucono z PZPR.



 

 


*** Piotr Lipiński - "Tajne oblicze: Gwardziści uciekli w zboże"
Gazeta Wyborcza - 1997/12/24-26

...O wydarzeniach z lutego 1944 r. na Poznańskiej kontrwywiad AK meldował: "W związku z przechwyconym anonimem na Poznańskiej 37 w czasie jego rozpracowywania napotkaliśmy na sprawę związaną w tym domu z mieszkaniem Nr. 20. W mieszkaniu tym został dokonany napad przez komunę na Kupeckiego, kryp. 'Kruk', który był kierownikiem komórki Del. Rz. [Delegatury Rządu - przyp. P.L.] do rozprac. komuny. W mieszkaniu tym było archiwum i kartoteka antykomunistyczna. Sprawę rozpracowywaną przekazujemy do wglądu jako klasyczny przykład akcji NKWD na terenie Warszawy".



 

 


*** JACEK HUGO-BADER - Ostatni komuniści
Gazeta Wyborcza - 1995/12/23

...Ludwik Hass. 76 lat. Członek IV Międzynarodówki (trockistowskiej). Więzień łagrów. W Polsce Ludowej półtora roku więzienia. Profesor historii, autor ogromnego dzieła o historii masonów polskich.

Żona Ludwika Hassa stawia przed nami herbatę. Szklanki w metalowych koszyczkach, jak lubią podawać Rosjanie, bo żonę pan Ludwik przywiózł ze zsyłki w Republice Komi na kole polarnym.

- I nawet Sybir nie wyleczył Pana z marksizmu?

- A dlaczego miał wyleczyć, skoro ja mam rację? Oprawcy bijąc mnie potwierdzali moją słuszność, że Rosja radziecka jest zdegenerowanym państwem, w którym panuje dyktatura biurokracji. To nie był komunizm. Stalinizm był formacją rozrastającej się warstwy biurokracji, która doprowadziła do kryzysu i degeneracji rewolucji. Za Lenina w całym KC było 52 etatowych pracowników, za Gorbaczowa - 1800.

 

 




*** ZBIGNIEW ŻBIKOWSKI - Gułag Beauregard
Polityka - nr 30/2003 (2411)

...Ledwo w czerwcu 1944 r. alianci wylądowali w Normandii i wyzwolili kawałek Francji, w Paryżu pojawił się z adiutantami sowiecki generał Wasilij N. Dragun, oficjalnie "przedstawiciel pełnomocny rządu ZSRR do spraw repatriacji obywateli sowieckich", żeby na "zdrajców" sowieckiego państwa rozpocząć wielkie polowanie.
Sowiecka misja wojskowa liczyła do 40 osób i miała na usługach setki członków Francuskiej Partii Komunistycznej. Za przyzwoleniem francuskich władz enkawudziści zaczęli zatrzymywać, aresztować, porywać i osadzać w obozach coraz więcej obywateli sowieckich, przy czym o tym, kto podlega ich władzy, rozstrzygali sami. Na nieliczne protesty, formułowane przez "białych" Rosjan z dawnej emigracji, mogli zupełnie nie zważać.



 

 

 




*** Piotr Gillert - Brat Numer Jeden i inne robaki
Gazeta Wyborcza - 25/04/1998

...Pol Pot i jego "bracia" głosili, że stworzą nowe, lepsze społeczeństwo, oparte na równości i wspólnej własności. W przeciwieństwie do swych europejskich towarzyszy uważali jednak, że aby umożliwić komunistyczny rozwój, trzeba się najpierw cofnąć do poziomu społeczeństwa agrarnego, zburzyć stary, zepsuty porządek, zacząć wszystko od nowa na oczyszczonym gruncie. Stąd Rok Zerowy.






*** Marek Rapacki - Paryskie tropy Pol Pota
Gazeta Wyborcza - 25/04/1998

...Nie miał żadnych przyjacielskich kontaktów poza środowiskami indochińskimi. Zdaje się, że nie pił, nie hulał, dużo się uczył. Dużo też czytał, podobno fascynowały go pisma Jeana Paula Sartre'a, podobno słuchał wykładów Maurice'a Merleau-Ponty'ego. Po dwóch latach dołączył do niego przyjaciel z tej samej szkoły średniej, późniejszy wicepremier rządu Czerwonych Khmerów Ieng Sary. Miał on bardziej humanistyczną od Pol Pota orientację: studiował pedagogikę. Jeszcze trochę później studia w słynnej paryskiej Science-Po, czyli wyższej Szkole Nauk Politycznych, podjął Son Sen - naczelny wódz wojska Czerwonych Khmerów w latach 1975-79.









Nasza słodka komuna

 

 

Przez całe lata 90-te "Wyborcza" serwowała swym nieszczęsnym czytelnikom wielkie porcje tekstów przybliżających komunę, tę prl-owską i tę kpp-owską.

Można to interpretować dwojako:

1.) Michnik i jego ludzie wyraźnie grawitowali w stronę postkomunistów, starając się za wszelką cenę doprowadzić do romansu z UD-UW. By tego dokonać starano się na łamach "Gazety" pokazać komunistów jako kontrowersyjną, ale swojską i "naszą" formację, mającą prawo do swej historii. Postkomuniści mieli być oswojeni, ludzcy.

2.) Trzon środowiska "GW" i UD-UW ukształtował się w latach 60, 70-ych jako formacja właściwie pokomunistyczna, postmarksistowska, złączona więzami rodzinnymi z KPP i PZPR. Dla tych ludzi komunizm był czymś naprawdę bliskim, nawet jeśli opuścili ten świat, był on dla nich normalnym składnikiem historii Polski. I starali się "ciemnemu ludowi" wmówić, że tak właśnie być powinno.

Sławetny tekst Michnika i Cimoszewicza "O prawdę i pojednanie" który miał symbolicznie zakończyć "wojnę polsko-komunistyczną" mógł być więc wyrazem i cynicznej politycznej strategii ale i szczególnego rodzaju sentymentalizmu. Polacy wreszcie mieli się ostatecznie pogodzić z "naszymi komunistami".

Rzecz jasna nie tylko "GW" miała takie dziwne obsesje. W tym samym czasie pisma prawicowe, bynajmniej nie skrajne upajały się wspomnieniami masakrowania komuny w Chile i Hiszpanii, cuda wypisywano o rumuńskiej Żelaznej Gwardii i Świętej Inkwizycji.

 





*** JERZY HOLZER - Romantyczni fanatycy - Komunistyczna Partia Polski
Gazeta Wyborcza - 30/04/1999

...Partia komunistyczna powstała z woli kilku tysięcy fanatyków, głęboko wierzących w słuszność swej sprawy i gotowych do ponoszenia dla niej wszelkich ofiar. Fanatyzm, choćby najbardziej ofiarny, jest jednak złym nauczycielem. Nie skłania ku tolerancji wobec ludzi innych poglądów, narzuca konieczność bezlitosnej i nie ograniczonej regułami moralnymi walki oraz podbudowania jej ideologią, w przypadku komunistów klasową. Polscy komuniści byli przez pierwsze ćwierćwiecze swej działalności prześladowaną i osamotnioną w społeczeństwie niewielką grupą. Ukształtowany i pogłębiający się fanatyzm prowadził ich do traktowania wszystkich przedstawicieli innych poglądów ideowych czy politycznych jako absolutnych wrogów. Ów fanatyzm nie był też pozbawiony swoistego romantyzmu. Komuniści byli buntownikami, spiskowcami. Byli tropieni i prześladowani, skazywani na wieloletnie wyroki więzienia. Mieli przy tym przekonanie, że walczą dla ludu, dla robotników, jeżeli nawet przez ten lud i robotników nie są rozumiani. W społeczeństwie polskim, wychowanym w znacznej mierze na ideach romantyzmu, pociągało to niektórych młodych ludzi.






*** ZBIGNIEW SIEMIĄTKOWSKI - Marzyciele i agenci - Komunistyczna Partia Polski
Gazeta Wyborcza - 30/04/1999

...W maju 1926 r. KPP poparła zamach Józefa Piłsudskiego, wezwała do strajku generalnego robotników Warszawy i wzięła udział w zorganizowaniu strajku kolejarzy, który uniemożliwił dotarcie do stolicy posiłków wojskowych dla rządu Wincentego Witosa. Decyzja o poparciu przewrotu majowego pozwalała komunistom na wyjście z głębokiego podziemia. W tych dniach pierwszy raz uczestniczyli w działaniach akceptowanych przez większość społeczeństwa. Podjęciu tej decyzji sprzyjały liczne związki, jakie istniały pomiędzy ówczesnymi przywódcami KPP a wywodzącymi się z Organizacji Bojowej PPS liderami obozu piłsudczykowskiego. Dla wielu z nich Walecki był towarzyszem wspólnej walki z caratem, z którym przeprowadzili w 1907 r. brawurowe odbicie z Cytadeli oczekujących tam na egzekucję bojowców z PPS-u. Przeszłość peowiacką mieli posłowie komunistyczni Tomasz Dąbal i Sylwester Wojewódzki, a Bolesław Wieniawa-Długoszowski zawdzięczał życie Edwardowi Próchniakowi, który wyciągnął go w 1918 r. z więzienia Czeka w Piotrogrodzie, za co ten odwdzięczył mu się w Warszawie, wydostając go z aresztu Defy.






*** Michał Matys - Potrzebowali bohaterki - Komunistyczna Partia Polski
Gazeta Wyborcza - 24/10/1997

...Spółdzielnia gorseciarska w Głownie pod Łodzią postanowiła po 1990 r. usunąć ze swojej nazwy imię patronki - komunistki Władysławy Bytomskiej. Firmę przemianowano po prostu na Głowno. Bytomska nie była zgodna z wymogami naszych wyrobów - wytłumaczyła w "Gazecie Wyborczej" główna księgowa Elżbieta Bubel. W dodatku co ona ma wspólnego z szytymi w Głownie biustonoszami? Czy w ogóle nosiły je komunistki? Oburzył się na to Ryszard K. Przysłał list do redakcji. Zarzucił nam ignorancję i chamstwo. Napisał: "Bytomska, młoda łódzka szwaczka, komunistka, została zmasakrowana, oblana benzyną i żywcem spalona przez policję w roku 1938. Fakt ten był i jest szeroko znany w Łodzi. Męczeńska śmierć Władysławy Bytomskiej jest nie mniej tragiczna i bezsensowna niż męczeńska śmierć księdza Jerzego Popiełuszki i tak samo zasługuje na potępienie, a przynajmniej na szacunek".






*** Janusz Rolicki - Janusz Wilhelmi
Gazeta Wyborcza - 20-06-2003

..."Człowiek z marmuru", bo dla tego filmu tak przewrotnie zapaliło się wówczas zielone światło, okazał się arcydziełem zupełnie niepasującym jednak do zamówienia. Ministrowi Tejchmie i szefowi kinematografii wiceministrowi Wojtczakowi pomógł też jak umarłemu kadzidło. Po pierwszych kolaudacjach na szczytach partyjnych wybuchła awantura. Gdyby u władzy był Gomułka, film by z pewnością zamknięto w kasie pancernej. Ponieważ rządził dobrotliwy i nolens volens liberalny Gierek, film pokazywano w kinach, a w gazetach zamówiono krytyczne recenzje. W rezultacie Wajda odniósł światowy sukces. Minister Wojtczak, swego czasu marcowy harcownik, jako superliberał został odesłany do Pragi, a minister Tejchma zachwiał się w posadach. Natomiast na horyzoncie jako zbawca partii w dziedzinie produkcji filmowej pojawił się Janusz Wilhelmi. On też w maju 1977 roku przeniósł się do gabinetu na Krakowskim Przedmieściu.









*** URSUS woła: OBUDŹCIE SIĘ, POLACY!

Wrzodak jak zwykle pryncypialny m.in.: "...Czerwona i różowa komuna zaślepiona w swej zoologicznej nienawiści do polskości konsekwentnie wpędza nasz kraj w pułapkę nędzy i beznadziei."








*** Przegląd prasy według Młodzieży Wszechpolskiej

M.in. "My młodzież narodowa opowiadamy się stanowczo przeciw fałszowaniu obrazu młodzieży polskiej poprzez pokazywanie zeuropeizowanej (już nie polskiej), lewackiej, pogańskiej, kosmopolitycznej, zezwierzęconej młodzieży. Chcemy uświadomić wszystkim, że istniejemy i zawsze i wszędzie będziemy tępić te zwierzęta podające się za polską młodzież!!!! Tak nam dopomóż Bóg i Święty Krzyż."








*** Przegląd piosenki skinowskiej

Za błędy ortograficzne nie odpowiadam !!!








*** Sławomir Mrożek - "Charaktery"
"Rzeczpospolita" - 20.09.97

Sławomir Mrożek zmusza swój, lekko wyschnięty w Meksyku mózg do pracy na najwyższych obrotach








*** Rafał A. Ziemkiewicz - "Stosy kłamstw o Inkwizycji"
esej z cyklu "Łomem w ryj"
Gazeta Polska - 26 września 1996

Mój ulubiony tekścik - RAZ demaskuje żydo-masoński spisek, którego celem jest kompromitacja najwspanialszej katolickiej instytucji











*** Piotr Zaremba - W poszukiwaniu smaków i zapachów polityki
Dziennik - 23 grudnia 2006

...Albo znany polityk lewicy, który ledwie trafił w wahadłowe drzwi z kuluarów na salę posiedzeń, a potem kiwał się na swoim fotelu, podczas gdy reporterzy na galerii zakładali się, czy puści pawia. Nie puścił. Nikt o tym nie napisał. Poważni dziennikarze (a wszyscy byli poważni) czymś takim się nie zajmowali. Rekord dyskrecji pobito w przypadku incydentu, który z perspektywy lat można by uznać za nieprawdopodobny. Nieoceniony w takich przypadkach Ryszard Czarnecki zaczął zwoływać kolegów, bo "coś dzieje się w ubikacji". Chodziło o toaletę w sejmowym hotelu, ale taką na dole, dostępną dla wszystkich. Okazało się, że w kabinie zabawiali się: córka jednego z ministrów prezydenta Wałęsy i ochroniarz, który woził jej ojca. Ostatecznie spłoszeni hałasami amatorzy przyjemności uciekli, przebijając się przez tłumek gapiów. Całą historię znali chyba wszyscy sejmowi dziennikarze. Nikt nie puścił pary z ust.







*** Piotr Zaremba - Alkoholowe opary nad Wiejską i okolicami
Dziennik - 25 kwietnia 2009

...Gdy w parlamencie drugiej kadencji (1993 - 1997) mieszkańcy okolicznych domów dotarli do marszałka Józefa Zycha ze skargami na nocne hałasy dobiegające z gmachu Sejmu, ten nie kwapił się do podejmowania śledztwa, będąc przekonanym, że to harcują jego koledzy z PSL. Spróbowali go wyręczyć dziennikarze "Gazety Wyborczej". Śledztwo jednak szybko zamarło, gdy okazało się, że sprawcami są... rozhulani posłowie UW tworzący tak zwaną Frakcję Rozrywkową. To oni, pod dowództwem Zdobysława Milewskiego i profesora Krzysztofa Luksa, potrafili wybiegać nocą do sejmowego ogrodu, chóralnie rycząc najpospolitsze kibolskie pieśni. Doczekali się nawet w końcu skarcenia przez szefa klubu profesora Geremka.







*** Piotr Zaremba - Słowa ostre niczym miecz, czyli o plotkach w polityce
Dziennik - 31 grudnia 2007

...Już w 1995 r. Aleksander Kwaśniewski szczerze wierzył w prezydenckie aspiracje Józefa Oleksego. Wiele jego zachowań wobec marszałka było podyktowanych właśnie pogłoskami przedstawiającymi jowialnego Józia jako potencjalnego prezydenta. Kwaśniewski wspólnie z Wałęsą tak zabiegali, aby Oleksy został szefem rządu, bo miało mu to utrudnić start w wyborach. Co zabawne, Wałęsa wierzył, że osobiście popularny polityk może być dla niego groźniejszym rywalem niż Kwaśniewski. Przed 2000 rokiem nastąpił już wysyp prezydenckich kandydatów wewnątrz AWS, przyprawiając Mariana Krzaklewskiego o nerwowe drgawki. W niektórych przypadkach wieści były prawdziwe, w innych przesadzone. W otoczeniu przewodniczącego na długo przed oficjalnym typowaniem pretendenta łowiono każdą informację mającą demaskować rywali. Z Gdańska dochodziły pogłoski, że żona marszałka Macieja Plażyńskiego zamówiła sobie medialne szkolenia. No tak - widzi się już w roli pierwszej damy! Kłopot polega na tym, że jedni plotki preparują, a inni działają pod ich wpływem. Wrogowie Jerzego Szmajdzińskiego chętnie przedstawiali go jako potencjalnego konkurenta Leszka Millera do urzędu premiera. Koronnym dowodem miała być grzywka upodabniająca ówczesnego ministra obrony do... Johna Fitzgeralda Kennedy'ego.







*** Robert Mazurek - Mazurek - agent wywiadu
Dziennik - 29 grudnia 2006

...Kilka miesięcy temu umówiłem się na wywiad z wicepremierem Romanem Giertychem. Po czterdziestu minutach czekania na bramce w ministerstwie wróciłem do domu. Minister dzwonił z przeprosinami i winę za nieporozumienie zwalił na komunistycznych, a jakżeby inaczej, ochroniarzy w siedzibie resortu edukacji, których nie zdążył jeszcze zwolnić. Umówiliśmy się na dzień następny. Ani ochroniarze, ani sekretariat ministra o żadnym wywiadzie nie wiedzieli. Widocznie Giertych nadal nie zdążył ich zwolnić. Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem. Przez następną godzinę minister wydzwaniał do mnie nieustannie. Dostałem też kilka SMS-ów z przeprosinami. W końcu odebrałem telefon (wicepremier skutecznie blokował mi komórkę) i zapowiedziałem, że teraz to nieprędko dam się zaprosić.








*** Michał Majewski, Paweł Reszka - Jak premier Tusk kiwa kolegów
Dziennik - 2 sierpnia 2008

...Opowiada poseł Platformy, który kiedyś regularnie kopał z Tuskiem: "Ludzie niechętnie występują w jego drużynie, bo się wydziera i ciągle ma pretensje. Wprowadza nerwową atmosferę. Bywa, że jest naprawdę nieprzyjemnie. Kiedyś drużyna Tuska, który nie był wtedy jeszcze premierem, przegrywała jedną bramką. A szef Platformy bardzo nie lubi przegrywać. Tuż przed końcem meczu ówczesny poseł Czesław Fiedorowicz miał piłkę na prawym skrzydle. Znakomicie dośrodkował, ale jedyny napastnik nie sięgnął futbolówki. Ta przeleciała dosłownie kilka centymetrów nad jego głową. "Tusk zaczął tak krzyczeć, że Fiedorowicz miał prawie łzy w oczach" - opowiada polityk PO. Fiedorowicz nie jest już posłem PO. O całej historii mówi dyplomatycznie. "To normalne u strzelających, że zwalają winę na tych, co im podają. Do tego Tusk nie lubi górnych podań. No i kiedy jest na boisku, liczy się dla niego tylko piłka" - tłumaczy.











*** Cezary Gmyz - Na schodach (Bronisław Geremek)
Życie - 2001-01-12

...Uchodzi za polityka gabinetowego. Jako jeden z nielicznych z pierwszej linii prawie nie korzysta z limuzyn z przyciemnianymi szybami. Niemal codziennie można go spotkać na samotnym spacerze po Warszawie. Uchodzi za frankofila, ale podkreśla anglosaskie przywiązanie do procedur demokratycznych, przedkładając nad wino szklaneczkę szkockiej whisky i angielską fajkę. - Zacząłem ją palić we Francji - zastrzega jednak.













*** Władcze telewizory - wywiad ze Zdzisławem Krasnodębskim
Życie - 2001-03-20


...Według badań amerykańskiego socjologa Roberta Putnama istnieje zależność między typem środka przekazu, na podstawie którego ludzie kształtują swój obraz rzeczywistości, a poziomem obywatelskiej świadomości i aktywności. Mówiąc najkrócej, ludzie, którzy czytają prasę, częściej biorą udział w różnych inicjatywach politycznych i społecznych. Słowo pisane skłania do namysłu i przez to wpływa pozytywnie na świadomość i na aktywność obywatelską i społeczną. Niestety, wręcz przeciwnie jest u telewidzów, choć i tu występuje zróżnicowanie w zależności od rodzaju oglądanych programów.

 

 

 



*** Niemcy - naród zorganizowany - wywiad ze Zdzisławem Krasnodębskim
Życie - 2002-06-15


...Zawsze mówiono - po prawej i lewej stronie - że model niemiecki i cała Europa ma być alternatywą dla modelu amerykańskiego. Tutejsze społeczeństwo jest zorganizowane i solidarne. Od chórów, zespołów tanecznych, aż po zrzeszenia religijne czy związki zawodowe. To z jednej strony powoduje, że konflikty są wyrażane mniej radykalnie. Z drugiej jednak strony właśnie dzięki owej sieci instytucjonalnej stale negocjuje się interesy grupowe, różne punkty widzenia.













*** Antoni Dudek - Czas przeszły niedokonany
Życie - 2000-11-23

...Przyczyn wstrzemięźliwości polityki pierwszego rządu III Rzeczypospolitej wobec pogrążonych wówczas w głębokim kryzysie postkomunistów, Wildstein upatruje zarówno w osobie premiera Tadeusza Mazowieckiego, który miał za sobą długoletnią praktykę aktywności w PRL prowadzonej "z pozycji radykalnie słabszego, uzależnionego od woli komunistycznych dyktatorów", jak i w pewnej naiwności jego współpracowników.














*** Agnieszka Sowa - Zejście z bieżni (Leszek Balcerowicz)
Życie - 2000-12-01

...Nawet bliscy współpracownicy wicepremiera i jego zwolennicy przyznają, że nie umie i nie chce szukać kompromisów ani udawać, że zgadza się ze swoim partnerem. Nie zna taktyki słownej gry, wzajemnych uprzejmości, powolnego uzgadniania stanowisk. Zawsze wszystko sprawdza i wie lepiej. Można go szanować, trudno lubić.












*** Rafał Geremek - Oczy szalone (Kampania prezydencka - 1990 r.)
Życie - 2000-09-09

...Terlecki i Purzycki lubią wspominać wybory 1990 roku. Takie czasy nie wrócą już nigdy. O kampanii 1995 roku mówią, że wygraliby ją dla Wałęsy, gdyby to oni ją prowadzili. Dziś nie daliby się wynająć tak od razu.
Purzycki: - Sztuką jest podciąć przeciwnika udając, że nic takiego wielkiego mu się nie robi. Podczas tej kampanii najpierw trzeba by jakoś zrazić do Kwaśniewskiego te miliony wielbicieli, potem mu je odbić. Ale na to potrzeba co najmniej roku. Na miesiąc przed wyborami tylko cud może pomóc. Ale np. na miejscu Olechowskiego zrobiłbym psikusa Kwaśniewskiemu - wydrukowałbym plakat, na którym stoją razem: Olechowski - wysoki i przystojny, a obok niski i pękaty Kwaśniewski. I napis pod spodem: wybór jest prosty! Dobra kampania negatywna musi istnieć, to pewne.












*** Jasio, co poszedł nie na tę wojnę, co trzeba
Życie - 2002-01-05

...Śledztwo prowadzone przez FBI nie wykazało, aby Walker wpadł w Kalifornii w sidła ludzi, rekrutujących przyszłych bojowników "świętej wojny". Nie można jednak wykluczyć, że prowadzona w niektórych ośrodkach islamskich gniewna retoryka o niesprawiedliwości w Ameryce, krzywdzie muzułmanów i knowaniach syjonistów wpłynęła na stan umysłu świeżo nawróconego muzułmanina w jego poszukiwaniu "czystego" islamu.











Adaś i spółka!









*** Paweł Paliwoda - Prywatny obywatel
Życie - 2001-02-20


...Czy publicznie wypowiadane przez Adama Michnika słowa i podejmowane przez niego działania nie są istotnym czynnikiem współkształtującym społeczne kryteria moralnych i politycznych wyborów? Czy ludzie myślący inaczej niż Michnik nie są przez niego i media z nim związane przedstawiani jako osoby ułomne intelektualnie i moralnie? Czy zatem Adam Michnik w istocie nie wybacza w nie swoim imieniu, nie swoim winowajcom?






*** Piotr Semka - I śmieszno, i straszno
Życie - 2001-03-09


...Oto Adam Michnik co rusz dzieli się ze swoimi czytelnikami - wycinkami na swój temat. Autoobsesja Michnika wokół własnej osoby przekracza granice, do których latami zdążył nas już przyzwyczaić. Niczym przeczulona na swoim punkcie gwiazda przekopuje się przez stosy gazet, by z nożycami w ręku wycinać wszelkie opinie na swój temat... W tym tygodniu mistrz nożyc trafił na nowy trop. Na deskę hańby na drugiej stronie "Wyborczej" trafił redaktor naczelny "Znaku" Jarosław Gowin, który pozwolił sobie na niedostatecznie uniżone wobec "Gazety" opinie. Kto będzie następny, skoro już nawet w krakowskim "Znaku" hula demon nonsensu? Czy można sobie wyobrazić naczelnego "Frankfurter Allgemeine Zeitung", który na czołówce swojej gazety cytuje ze świętym oburzeniem w oczach tych niegodziwców z innych gazet, którzy ośmielili się z nim nie zgodzić? Czy miewa takie zachcianki choćby Serge July - bliski druh Michnika z paryskiej "Libération"?






*** Rafał A. Ziemkiewicz - To hipokryzja
Życie - 2001-11-14

...Adam Michnik wmawiał nam uparcie - gdy leżało to w interesie jego formacji - że nic w tym złego, jeśli były konfident SB jest ministrem, dyplomatą lub posłem. Rękami swych podwładnych i sam osobiście wylewał kubły pomyj na zwolenników lustracji. Lżył ich, posługiwał się histeryczną przesadą i świadomą demagogią, usiłując lustracyjne procedury - analogiczne do normalnych w cywilizowanym świecie procedur clearingowych - przedstawić jako "czystki" czy sądy kapturowe.




W międzyczasie rozwścieczony Michnik na łamach "GW" grozi "Życiu" i Ziemkiewiczowi procesem sądowym.




*** Robert Krasowski - Michnikowi w odpowiedzi
Życie - 2001-12-12


...Kolejna wątpliwość dotyczy kwestii jeszcze ważniejszej. Dlaczego Michnik nie odpowiada Ziemkiewiczowi tekstem, ale grozi procesem jemu i gazecie? Publicystyka jest przecież działalnością intelektualną. Tu na argumenty odpowiada się argumentami. Jeśli Michnik nie zgadza się z tezami Ziemkiewicza, czemu tego nie napisze, czemu nie opublikuje polemiki - bądź na łamach "ŻYCIA", bądź swojej gazety? Przecież wolność słowa właśnie na tym polega, że się z kimś polemizuje, a nie grozi mu procesem.


 

Pomijając wszystkie kwestie polityczne i ideologiczne jest coś w Michniku co trochę budzi przerażenie. To jego dziwna, popaprana osobowość, jego wściekłość na najbardziej błahy przejaw krytyki. Słowa skierowane do Tomasza Jastruna: "ty skurwysynu, teraz cię wykończymy!".

 








*** Cezary Michalski - Biesy 2001
Życie - 2001-02-08

...Dzisiejsi polscy liberałowie zbytnio przypominają Karmazinowa - szlachetnego, ale i zanadto poczciwego liberała z "Biesów" (jego pierwowzorem był równie szlachetny, ale i zanadto poczciwy Turgieniew), który do samego końca nie potrafił zrozumieć, że Piotr Wierchowieński (literacki pierwowzór liderów nowej lewicy), jest najgorszym możliwym sprzymierzeńcem w walce o poszerzanie obywatelskich swobód.






*** Robert Krasowski - Politycy naszych czasów
Życie - 2001-06-07


...Nic zatem dziwnego, że zdolny naukowiec z PAN-u lęka się publikować w prawicowej prasie. Albo że wybitny historyk pisze do gazety, którą prywatnie nazywa "najgorszą szmatą". Nic dziwnego, że pewne wydawnictwo wycofuje się z druku książki wybitnego intelektualisty, w której padły słowa krytyczne wobec dyrektora ważnej fundacji, a inne wykreśla tekst autora, który wziął w obronę znajdującego się w niełasce poetę. Kiedy się robi wywiad z polskim intelektualistą, z reguły składa się on z dwóch części - pierwszej przy włączonym magnetofonie i drugiej, prywatnej, w czasie której rozmówca wszystko odwołuje.















Wywiadu z Nikitą Michałkowem i listu Daniela Olbrychskiego nijak nie mogę umieścić w dziale kultura

 




*** Moje ikony - Rozmowa z Nikitą Michałkowem, rosyjskim aktorem i reżyserem
Polityka nr 28/2000

...Jak pan ocenia wojnę w Czeczenii, dlaczego Rosji tak zależy na tej małej republice?

Rosji nie można dzielić. Nie widzę powodów, żeby o tym nawet dyskutować. Po drugie: tu nie chodzi o wojnę z Czeczenią, ale o wojnę z normalnymi bandytami. Jeśli w tych państwach, które występują teraz w obronie Czeczenii, wysadzono by nocą kilka domów w powietrze, z dziećmi i starcami w środku, to myślę, że dyskusja wyglądałaby inaczej. A poza tym te problemy rozwiązujemy sami u siebie, na własnym terytorium. I nie bombardujemy Kosowa i Belgradu.

 

 



*** DANIEL OLBRYCHSKI - Do przyjaciela Moskala
Polityka nr 32/2000

...Martwi mnie, Przyjacielu mój, że zamiast robić wielkie filmy - które robisz cały czas - bierzesz się również za to, na czym się nie znasz. Okudżawa by Cię wyśmiał, a Wysocki dałby Ci po głowie gitarą. Dalej, Twój wywiad może źle tłumaczony? Bo mnie się włosy jeżą. Na konkretne pytanie o stalinizm odpowiadasz, że być może ludzie niekoniecznie lubią towarzysza Stalina (tu ironiu ja poniał), ale tęsknią za dobrym carem. To dlaczego kochają mordercę cara?! Mordercę ich własnego narodu? Więcej Was wymordował, z nami i innymi włącznie, niż Hitler. I o tym oczywiście już dzisiaj powinieneś wiedzieć. I nie pieprz, że 25 milionów ludzi wymordował Hitler. O tym wiedzą wszyscy. Zrób film o 30 milionach wymordowanych przez Stalina.














KWAŚNIESKA JOLA NA PREZESA SPÓŁDZIELNI im. III RP







*** Tera Jola! - Anita Gargas
Gazeta Polska - 3 grudnia 2003 r.

...Jolanta Kwaśniewska lubi obiektywy i kamery, nie znosi za to dziennikarzy, którzy psują jej wizerunek. - Przed zorganizowanym przez prezydentową zjazdem 12 królowych i żon głów państw, które miały debatować o pomocy dzieciom, zapytałam na konferencji prasowej, czy pieniędzy wydanych na podjęcie ich świt nie byłoby lepiej wydać właśnie na potrzebujące dzieci. Pani Kwaśniewska zdenerwowała się. Pierwszy raz widziałam, jak wyszła z roli - opowiada Beata Grabarczyk, wówczas dziennikarka Radia Zet. - Wykrzykiwała, że jeśli nie wiem, co ona robi dla dzieci, to mam sprawdzić u prezesa swojego radia. Parę dni potem napisała skargę do moich przełożonych, że deprecjonuję jej działania na rzecz Polski. Szefowie radia uznali moje racje i zdecydowali, że nie będziemy obsługiwać szczytu.








*** Nie chcę, nie muszę, ale... - Piotr Najsztub rozmawia z Jolantą Kwaśniewską
Przekrój - grudzień 2003 r


PYTANIA np. - Pani prezydentowo, przyszli wyborcy obdarzają panią już teraz wielkim zaufaniem - to pokazują rankingi. Ich nadzieje związane z panią to pewnego rodzaju odpowiedzialność. Z drugiej strony ma pani świadomość, że polskie życie polityczne jest zatrute, że jest nieuczciwe, mętne. Może po prostu uzna pani, że jest zmuszona coś z tym zrobić? Szczególnie przy pani poczuciu odpowiedzialności.

- Pomyślałem sobie właśnie, że gdyby tak się stało, że zdecydowałaby się pani kandydować, a potem została prezydentem, to przy pani empatii często by pani płakała. Może nawet podczas orędzia telewizyjnego zdarzyłoby się pani uronić łzę.

ODPOWIEDZI np. - Więc niech pan sobie odpowie na pytanie, jak ją przeżyje osoba o takim poziomie wrażliwości, jaki ja reprezentuję. Mam w sobie ogromną empatię, nie potrafię działać w oderwaniu od takich myśli, że na przykład jestem w szpitalu na onkologii i myślę: a gdyby na tym łóżku leżało moje dziecko? Jak jestem w hospicjum, to sobie myślę: Boże, tutaj mógłby być mój ojciec!

- Codziennie, kiedy przychodzi mi podejmować różnego rodzaju decyzje w kwestiach, którymi się zajmuję, jestem pragmatykiem. I zawsze mówię prawdę. Czasem to może brzmieć infantylnie, jak mówię na przykład, że mój mąż wycina dla mnie serduszka z rzodkiewki. A mi się wtedy chce rano wstać i iść do zadań! Dlatego o tym mówię. Co nie znaczy, że tylko to mam do powiedzenia.

- Moja empatia jest moją ogromną słabością. Pan nie ma pojęcia, jakie muszę w sobie zmobilizować siły, jeśli biorę udział na przykład w pogrzebie. Na pogrzebie pana Drawicza podeszła do mnie starsza pani i zapytała mnie: "Czy pani jest żoną pana Drawicza?". Ponieważ ja strasznie, strasznie płakałam. Kiedy spotykam się z żonami górników i one mi mówią: "Pani prezydentowo, przecież są takie dni, że nie mamy co do garnka włożyć". To ja już mam łzy w oczach. O hospicjach już nie mówię, bo to jest dla mnie rzecz najbardziej przejmująca, ale staram się być jak skała i dopiero jak wyjdę na korytarz, to wycieram łzę i wchodzę z uśmiechem do kolejnego pokoju. Dla mnie jest straszne to, że media, kamery czekają na taki moment, że to jest najważniejsze, że Kwaśniewska się popłakała. Ja tego nie ukrywam, bo taka jest prawda o mnie, po prostu jestem takim chlipkiem.








*** BRONISŁAW WILDSTEIN - Różne twarze populizmu
Rzeczpospolita - 11.12.03

...Już od kampanii 1995 roku Kwaśniewski i twórcy jego wizerunku niezwykle konsekwentnie go kreują i utrwalają. Jest to wizja prezydenta bezkonfliktowego, który unika jakiejkolwiek deklaracji, nie zajmuje stanowiska w jakimkolwiek sporze, nie reprezentuje żadnych idei. Utrwala on tęsknotę i wyobrażenie współczesnego Polaka, że można uniknąć wszelkich problemów i nie podejmować żadnych ryzykownych decyzji. Wszystko może być proste, łatwe i wygodne. Oto teflonowy prezydent Barbie wywiedziony z marzeń lękających się świata rodaków. Z czasem ów prezydent zaczął nabierać dostojeństwa. Było to jednak operetkowe dostojeństwo kultury masowej. Prezydent stał się dobrotliwym władcą czuwającym nad naszym świętym spokojem.










*** Erotyczne immunitety - Pamiętnik Anastazji P.

...Okazało się, że kiedyś dziewczyny postanowiły posła Jurka upić, potem przetransportować do pokoju, gdzie posłanka Sierakowska miała się przy nim położyć, a ktoś miał wykonać parę zdjęć.
Poseł Marek Jurek ma strasznie słabą głowę, szybko się upił, więc pierwsza część planu świetnie się udała, druga też, bo przeniosły go do pokoju, natomiast trzecia i najważniejsza nie, ponieważ Sierakowska w ostatniej chwili stchórzyła. I nic z tego nie wyszło.
Szkoda, byłoby mnóstwo śmiechu.



Zostało udowodnione, że Marzena Domaros pracowała dla UOP i pułkownika Lesiaka. Być może jej książka była elementem jakiejś "operacji psychologicznej". Być może. Czy była zmyślona? O poziomie ówczesnych elit politycznych (i elektoratu) niech świadczy uwaga Radosława Sikorskiego, który stwierdził, że gdyby Krzysztof Kononowicz pojawił się na scenie publicznej na początku lat 90. bez wątpienia dostałby się do Sejmu. Albo Senatu. Może byłby wtedy bezkompromisowym działaczem KPN-u?













*** Luiza Zalewska, Piotr Zaremba - Pani na Agorze (Helena Łuczywo - legenda "Gazety Wyborczej")
Dziennik - 14 lutego 2009

...Nawet jeżeli prawdziwe są pogłoski, że korupcyjna oferta producenta filmowego, czy raczej to, jak ją postanowiono rozegrać, wprowadziła wielki rozdźwięk między Michnikiem a Łuczywo, faktem jest, że cała trójka tamtego lata w sposób niestandardowy pertraktowała z Leszkiem Millerem i jego ministrami zapisy nowej ustawy medialnej. To Łuczywo jechała wieczorem 22 lipca do kancelarii premiera i to ją Miller (wiedząc już o nagraniu Rywina) pytał, pokazując ostateczny projekt: "Czy to was zadowala?". Może Łuczywo nie miała wyjścia i musiała uczestniczyć w tej historii? Zapewne jak cała redakcja stała na stanowisku, że skoro postkomuniści specjalnie przygotowują prawo, które ma uderzyć w Agorę, to wszelkie formy przeciwdziałania są dopuszczalne. Ale zapewne też nie zachwycała jej arogancja Michnika, który beształ i posłów, i dziennikarzy innych mediów, gdy próbowali rozwikłać tę aferę. Do dziś w pamięci reporterów "Wyborczej" utrwaliła się scena, kiedy Michnik po swych pierwszych, ostrych komentarzach wchodzi do redakcji, a Łuczywo wściekła, nie bacząc na osoby towarzyszące, wita go słowami: "Coś ty, kretynie, narobił?".

 









*** RAFAŁ KASPRÓW, LUIZA ZALEWSKA - Od nędzy do pieniędzy (Dziesiąta rocznica "Gazety Wyborczej")
Rzeczpospolita - 1999.05.08

...Ponad dwadzieścia osób stało się współwłaścicielami gazety jeszcze w 1990 roku. W 1998 r. osoby te zgodziły się na to, aby dodatkowe 75 osób zostało współwłaścicielami spółki. 96 kluczowym pracownikom przypada w udziale od kilku tysięcy do ponad 1,7 mln akcji - w sumie ponad 19 mln akcji o wartości prawie 1 mld zł. Najwięcej otrzymały cztery osoby: Helena Łuczywo (wiceprezes Agory), Piotr Niemczycki (wiceprezes Agory), Wanda Rapaczyńska (prezes Agory), Juliusz Rawicz (wicenaczelny "Gazety"). Niewiele mniej niż milion akcji otrzymali również: Seweryn Blumsztajn (kieruje lokalnymi dodatkami), Ernest Skalski (komentator "Gazety") i Piotr Pacewicz (wicenaczelny "Gazety"). Rekordzistą jest Piotr Niemczycki którego 1,7 mln akcji warte jest ok. 80 mln zł.




Tekst ten został napisany niemal u szczytu potęgi "Wyborczej", za chwilę będzie rok 2002, apogeum potęgi. AGORA będzie ostro działać w sprawie kupna POLSATU i Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych. Michnik będzie się całować z prezydentem Kwaśniewskim i premierem Millerem, tryumfy święcić będzie "ideologia III RP" - teksty drukowane na łamach "Gazety" będą terroryzować elity intelektualne i opinię publiczną.

Za chwilę do Michnika przyjdzie Lew Rywin i złoży propozycję. I cały ten gmach zawali się w gruzy.











Przedwiośnie?







*** Dyskusja redakcyjna - "Nasz postmoralny niepokój"
Res Publika - luty 2001 r.

...Najbardziej istotnym wyróżnikiem języka neoliberalnego jest zawarte w nim przekonanie o absolutnej nieuchronności procesu - na przykład globalizacyjnego. I dlatego jest to język paraliżujący jakąkolwiek wrażliwość. Ten język "konieczności" mówi nam, że procesu zatrzymać się nie da, że żyjemy w niepowstrzymanym potoku, który wyrzuca biednych na brzegi, a istniejące (i stale rozszerzające się) obszary nędzy są czymś "naturalnym", zjawiskiem, z którym nie ma sensu walczyć.






*** "Nie pójdę na barykadę" - z Leszkiem Millerem, przewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej, rozmawiaMarcin Król
Res Publika - luty 2001 r.

...Gdyby Pan należał do dawnej lewicowej tradycji, toby się Pan przejmował tym, na przykład, ile ludzi umiera z głodu w Afryce. Ale przecież Pan się tym tak bardzo nie przejmuje?
Leszek Miller: To prawda. Międzynarodówka socjalistyczna niedawno wyjechała do Afryki, żeby przejmować się tą sprawą, ale nie ma to większych skutków. Dlaczego nie spędza mi to snu z powiek? Przede wszystkim dlatego, że widzimy to samo w Polsce, głód, biedę, a tu nam bliżej i to nam przesłania tamte sprawy.






*** Jerzy Szacki - Nasz Żeromski
Res Publika - luty 2001 r.

...I wciąż zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że pisarz budzący kiedyś tyle najgorętszych namiętności znalazł się oto wśród tych klasyków literatury narodowej, których wciąż nie można wprawdzie pominąć przy układaniu lektur szkolnych, ale którzy poruszają większość z nas nie bardziej niż Mikołaj Rej czy Klemens Janicki.






*** Nina Kraśko, Sergiusz Kowalski - Przegląd liberalny
Res Publika - luty 2001 r.

...Balcerowicz, Lewandowski i Gadomski nie mają co do tego wątpliwości. Ich świat społeczny zbudowany jest z pracodawców i pracobiorców, producentów i konsumentów. Nie ma w tym świecie miejsca dla idei innych niż te, które dotyczą wymienionych, praktycznych stron ludzkiej egzystencji. Nie ma takich rzeczy, jak piękno i współczucie - może są, a nawet na pewno są, tyle że gdzieś poza decydującą o wszystkim ekonomiczną pragmatyką. W jej ramach istnieje tylko surowe piękno dobrze skonstruowanego budżetu i współczucie dla nie dostrzegających tego ignorantów. Ekonomia to nauka ścisła, a liberalizm to w istocie ekonomia.






*** Bronisław Wildstein - Król na barykadzie
"Rzeczpospolita" - 2001.03.05

...Wbrew pozorom wystąpienia takie jak w "Res Publice" mają swoje znaczenie. Są symptomem szerszego zjawiska. Upadek komunizmu wiązał się z ruiną intelektualnych utopii. Świadomość tego przeorała środowiska intelektualne, a zasady zdrowego rozsądku, egzorcyzmowane dziś jako neoliberalna ortodoksja, upowszechniły się na czas jakiś nawet w tym środowisku.
Intelektualiści jednak, którzy czują się znudzeni i niedocenieni poza murami swoich uniwersytetów, ścianami redakcji i wydawnictw, którzy czują, że to oni w swoje ręce winni wziąć losy tego świata, pozbierali się po ranach zadanych im przez doświadczenie i wołają o nową ideę. Ogarnia ich stan, który Georg Simmel określił jako "jałowe podniecenie". W pogotowiu zawsze czeka idea negatywna: nieludzkość ludzkiego świata. Nieludzkość kapitalizmu, trywialność przedsiębiorców, biznesmenów i polityków, którzy nie chcą słuchać intelektualistów ani aplikować ich kolejnych idei.











*** Magazyn OBYWATEL - wybór tekstów, cz.1






*** Magazyn OBYWATEL - wybór tekstów, cz.2













*** Władimir Bukowski - I powraca wiatr... - cz. 1

...Z jednej strony otwarty terror i samowola panujące w szpitalu oraz brak kontroli nad sanitariuszami, z drugiej fakt, że nie mieliśmy żadnych praw, sprawiały, że wszyscy balansowaliśmy dosłownie na skraju przepaści i w każdej chwili mogliśmy się obsunąć. Dwaj chłopcy siedzący w jednej celi zaczęli się z nudów mocować. Jeden z nich nieszczęśliwie rozciął sobie łuk brwiowy o kaloryfer, po czym poprosił siostrę o jodynę. Z miejsca zapisano do dziennika obserwacji, że się wzbudzili, i obu zaaplikowano zastrzyki z siarki. Cały czas trzeba się było mieć na baczności, starać się nawiązać dobre stosunki z obsługą i pielęgniarkami.
Na ostatnim piętrze pierwszego bloku, na piątym oddziale, znajdowały się "gumki" - cele obite miękkim materiałem, żeby furiat nie mógł rozbić sobie głowy o mur. Trzymali ich tam pojedynczo i bili podobno bezlitośnie. Stosunkowo niedawno zatłukli tam jakiegoś psychicznego na śmierć - złamali mu kręgosłup. Inny udusił się w skrętce - nie zdążyli rozluźnić. Winnych oczywiście nie znaleziono, zabitych "spisali na straty" - psychiczni zawsze są winni.








*** Władimir Bukowski - I powraca wiatr... - cz. 2

...Od czasu do czasu ktoś nawijał się po pijanemu przed oczy lekarzowi dyżurnemu i wtedy przenoszono go za karę na oddział furiatów, do ordynatora Pozdniakowa, znanego z sadyzmu. Miał dwie ulubione metody: "trzy na pięć" i "pumpy". "Trzy na pięć" - to trzy zastrzyki sulfazyny po pięć centymetrów sześciennych każdy, dwa w pośladki i jeden pod łopatkę. Po takiej procedurze ukarany czuł się dosłownie jak z krzyża zdjęty - nie sposób ruszyć ręką ani nogą. "Pumpy" polegały na wpompowywaniu w uda płynu fizjologicznego, od czego nabrzmiewały one rzeczywiście jak pumpy. Ból piekielny i nie sposób chodzić. Jaki to miało sens z psychiatrycznego punktu widzenia - nie wiem.












*** Michał Karnowski, Piotr Zaremba - Alfabet Rokity

...Trzecim kluczowym czynnikiem w postawie Michnika było żydowskie pochodzenie. O czym krytycy Michnika boją się mówić otwarcie, a o czym on mówi wprost. Żydowskie pochodzenie Michnika skłaniało go do widzenia prawicy w kategoriach ONR-owskiej bojówki tworzącej ławkowe getta na uniwersytetach. Dla Żyda, romantycznego polskiego patrioty, jakim jest Michnik, odrodzenie antysemityzmu byłoby klęską. Był gotów wejść w pakt z diabłem, żeby odrodzenie polskiej prawicy zahamować. Tę prawicę widział w kategoriach, w jakich widzieli ją socjaliści Polscy na przełomie XIX i XX wieku. Tak jak widzieli ją członkowie organizacji bojowej PPS wyruszający pod przywództwem Piłsudskiego na akcje terrorystyczne. Oni bali się endecji bardziej niż carskiej ochrany i rosyjskich żandarmów. Michnik bał się endecji bardziej niż komunistów. Widział przyszłość w kategoriach przeszłości.












*** Krzysztof Kęciek - Kto wysyłał wąglika? - Wynik śledztwa FBI w sprawie zamachów bioterrorystycznych z 2001 roku budzi poważne wątpliwości
Przegląd - 10/2010

...Zastanawiający jest fakt, że listy z zarazkami zostały wysłane do liberalnych mediów, a także demokratycznych senatorów, ze strony których administracja Busha mogła się spodziewać sprzeciwu. Dziennikarz "Vermont Daily Briefing" w rozmowie z senatorem Patrickiem Leahym powiedział, że zamachów mógł dokonać szaleniec z kręgów skrajnej prawicy. Leahy zgodził się z tym, stwierdził jednak, że terrorysta nie był szalony. Wyraził także przekonanie, że w rządzie są ludzie, którzy wiedzieli, kto jest sprawcą. Senator Leahy jest przekonany, że dr Ivins miał pomocników, którzy mogą zostać oskarżeni o morderstwo. W klimacie paniki i grozy po zamachach 11 września oraz aktach bioterroru administracja Busha z łatwością przeforsowała w Kongresie Patriot Act ograniczający swobody obywatelskie. Tylko jeden senator zagłosował przeciw. Propagandowe i militarne przygotowania do inwazji na Irak ruszyły pełną parą.













*** Jacek Kuroń - "O upadku komunizmu i świecie u progu nowej epoki"
"Gazeta Wyborcza" - 1997-02-01

...Może stoimy przed epoką wielu nieustających wojen...
Zmieniła się epoka. Nie wiemy jeszcze, czy na dobre czy na złe. Ale jedno wiemy na pewno: jaki się stanie świat, zależeć będzie przede wszystkim od tego, jak wychowamy nasze dzieci...
Niespełna jedna trzecia ludzkości żyje w rzucającej się w oczy ekstrawaganckiej konsumpcji. Natomiast ponad dwie trzecie - w nędzy, na granicy głodu i w głodzie, w ciągłym strachu o miejsce pracy, bez nadziei, która nadawałaby jakikolwiek sens ich egzystencji...
Spójrzmy, jak bardzo naładowane jest agresją nasze życie - choćby tylko polityczne, w parlamencie i na ulicach. Myślę, że ludzkości grozi erupcja nienawiści rasowej, religijnej i etnicznej, wielokrotnie silniejszej niż wybuch bomby atomowej...



No tak, szlachetnie, pięknie... ale cóż to za pierdoły! Jeszcze 10 lat temu bym się wzruszył, a dziś nic


 










*** Free State of Danzig


Jakiś facet ogłasza się senatorem Wolnego Miasta Danzig. Mieszka na Filipinach.
Kiedyś stroniczka ta funkcjonowała na jakimś filipińskim serwerze, ale zniknęła. Na szczęście wcześniej zapisałem ją na dysku.


Wieści z ostatniej chwili, bojownik o niepodległy Gdańsk odnaleziony w Australii
http://www.net2000.com.au/customers/danzig/index.html















*** Polska - kalendarium opozycji 1956-89
"Karta"














*** Przedwyborcza wojna na trumny - Jadwiga Staniszkis - Gazeta Wyborcza (2010)

...Gdybym chciała grać tak samo brutalnie jak "GW" mogłabym zapytać, czy zdają sobie sprawę, że w dokumentach katyńskich są też zapewne nazwiska polskich komunistów z Wilna i Lwowa, którzy służyli jako tłumacze i - w pewnym sensie - selekcjonerzy przyszłych ofiar (chodzi o wypełniane przez nich "ankiety"). Wielu z tych ludzi było potem dygnitarzami w PRL. A także ojcami, teściami i przyjaciółmi rodziny. Więc nie zaczynajmy znów wojny na trumny, bo może się okazać obosieczna!














*** MALINA BŁAŃSKA - Wincenty Kadłubek parlamentu
NIE - 10/2012

...Ostatnio pisałem platformersom o Geremku. Nie wiem, po co. Geremka w programie opluł Pospieszalski i ja broniłem Geremka. Pisałem to łagodnie, bo wiedziałem, że Tusk był w konflikcie z Geremkiem, ale oni kazali mi to wyostrzyć, żeby uderzyć w Pospieszalskiego. Nie wiedzieli, że Tusk chronicznie nie znosił Geremka, bo Geremek wygrał z nim rywalizację o fotel przewodniczącego Unii Wolności i go zgnoił. Geremek uważał, że Tusk jest głupkiem i Mazowiecki też tak uważał. Pamiętam taką scenę jak Tusk - marszałek Senatu i wiceprzewodniczący Unii Wolności - siedział w knajpie sejmowej. Byli tam też Geremek i Mazowiecki. Tusk nie mógł się dosiąść, nie dostępował zaszczytu. Traktowali go jak chłopca z podwórka od kopania w piłkę, a oni byli familia. Tusk był marginalizowany.














*** Wojciech Czuchnowski - Aresztować Wałęsę
Gazeta Wyborcza - 03.06.2012

...Gdy 4 czerwca 1992 r. o godz. 10 rano szef MSW Antoni Macierewicz dostarczał do Sejmu "listy agentów", podległe mu jednostki wojskowe rozpoczęły niepokojące przygotowania. Żołnierzy zatrzymano w koszarach i przydzielono im dodatkowe magazynki do pistoletów maszynowych. Oficerowie spędzili noc w sztabie w mundurach polowych. W pogotowiu czekały ciężarówki, śmigłowce, antyterroryści. Ze ściany w dowództwie jednostki ktoś zdjął portret prezydenta Lecha Wałęsy. Takie informacje można znaleźć w aktach tajnego śledztwa Naczelnej Prokuratury Wojskowej, która badała, czy w "dniu teczek" podjęto próbę wyprowadzenia wojska na ulice.














*** RAFAŁ KALUKIN - Pustka po życiu - ROKITA - PREMIER, KTÓREGO NIE BYŁO
Wprost - 19 czerwca 2011

...Jarosław Gowin: - Już nie ma o czym mówić. Był człowiek, głośno się szamotał, aż poszedł na dno. Jakiś czas po powierzchni wody rozchodziły się jeszcze kręgi. W końcu tafla się jednak uspokoiła, a życie poszło dalej.

 

Zmarnowany talent? Przez 20 lat kariery politycznej Rokity właściwie poza epizodem szefowania URM-em w rządzie Suchockiej nie kierował on żadną państwową strukturą. Poza intensywnym intryganctwem (miał do tego wielki talent), błyskotliwymi występami na konferencjach prasowych i w TV wykazywał się wielką zdolnością do analizy politycznej. Czy miał autentyczny talent, czy GDYBY został premierem stałby się wielkim reformatorem państwa? A może rzeczywista nieznajomość mechanizmów państwowych zakończyłaby się kompromitacją, tak jak IV RP? Kariera Jana Rokoity to chyba najbardziej błyskotliwa wirtualna kariera polityczna po roku 1989.

Obecnie Rokita szybkim krokiem zmierza ku statusowi "krakowskiego dziwaka". To miasto potrzebuje takich postaci i pewnie jeszcze za lat 20 odmieńca w eleganckim kapeluszu będą tam witać: "Dzień dobry, panie premierze". Zaś odmieniec łaskawie kiwać będzie głową...














*** MICHAŁ KRZYMOWSKI - Historia pewnej nienawiści
Wprost - 9 października 2011

...Współpracownik premiera: - Donald zawsze miał na Kaczyńskiego dwa określenia: potwór i wariat. Jego stosunek do prezesa PiS najlepiej oddaje często opowiadany przez niego żart. "Kaczyński i Tusk mieli stłuczkę. Wychodzą z samochodów, oglądają straty. - Wiesz, Donald, te nasze kłótnie są bez sensu, pogódźmy się. Mam tu flaszkę, napijmy się - proponuje Kaczyński i polewa po kieliszku. Tusk wypija i spogląda na Kaczyńskiego. - A ty na co czekasz? - Na policję". Kiedyś się z tego śmialiśmy, ale po Smoleńsku Donald zaczął odczuwać fizyczny strach przed Kaczyńskim. On uważa, że jeśli PiS wygra wybory, to ludzie prezesa po niego przyjdą.














*** Maciej Winnicki - "Nazistowska rewolucja społeczna. Jednostka i społeczeństwo w III Rzeszy"
"Arcana"

...Chłopcy w wieku od dziesięciu do czternastu lat poddawani byli przysposobieniu wojskowemu i jeszcze silniejszej propagandzie, wreszcie do ukończenia osiemnastu lat należeli do właściwej HJ. Ta machina organizacyjna zdołała wskrzesić ogromną energię i wzbudzić ofiarny odzew w milionach młodych ludzi. Realizowano w niej zasadę podporządkowania jednostki grupie, zresztą nie tylko w negatywnym sensie, oraz w miarę możliwości dążono do egalitaryzmu, urzeczywistnienia idei jedności narodowej, m.in. zastępując rywalizację klasową - sportową. Hitlerjugend zwiększała w młodych Niemcach poczucie wartości, ukrywając zależność od świata dorosłych pod hasłem "Młodzież kieruje młodzieżą". Przez uniformizację, wyjątkowy kult form i procedur militarnych, ciągły kontakt z bronią i naukę posługiwania się nią organizacja zaszczepiała młodzieży "moralność obozu warownego" (określenie F. Ryszki)...














*** Tadeusz Wójciak - Konflikt poniżanych
"Rzeczpospolita" - 1994.07.23

...Louis Farrakhan kiedy określa Żyda, używa słowa "bloodsucker" (krwiopijca) . Na ogół mianem tym obdarza się każdego Żyda, zwłaszcza właściciela domu w wielkim mieście, który wynajmuje mieszkanie murzyńskiej rodzinie i pobiera od niej czynsz. Nazywa się tak również właściciela sklepu w murzyńskiej czy też etnicznie wymieszanej dzielnicy. Na miano największych "bloodsuckers" zasługują żydowscy właściciele sklepów z alkoholem.

 






*** Wojciech JAGIELSKI - Kongo-Kinszasa. Historia, wojna domowa
Gazeta Wyborcza - 2000-06-10

...Trwająca od 1996 r. wojna w Kongu zabiła niemal 2 mln ludzi, a jednemu z największych krajów Afryki grozi rozbiór. Położone w sercu afrykańskiej dżungli Kisangani od dziesięcioleci jest symbolem największych nieszczęść, jakie spotykają Kongo, jedno z największych afrykańskich państw. Tak wielkie i zasobne w minerały, że mogłoby być jednym z najbogatszych państw świata. Krwawe wojny, dyktatorzy, sprzedajni urzędnicy i zdradzieccy sąsiedzi doprowadzili do tego, że Kongo jest "chorym człowiekiem" Afryki.

Tu trzeba cynicznie zauważyć, że 5 milionów trupów w 12 lat (jak oceniają eksperci w 2008) to nawet na Afrykę niezwykłe osiągnięcie. Zwykle wojna domowa na tym kontynencie kosztuje od 0,5 miliona do miliona zabitych, a i te wojny ciągną się po 30 lat.

 

 






*** Jędrzej Winiecki - Nowe kolory czarnej Afryki
Polityka - 2010-03-27

...Rywalizacja o względy Afryki wychodzi jej na dobre. Bank Światowy przewiduje na ten rok kilkuprocentowy wzrost PKB, wzrost gospodarczy będzie więc wyższy od przyrostu liczby ludności, co oznacza, że Afryka się rozwija. Gospodarka Afryki staje się silniejsza, jeszcze 10 lat temu obecny kryzys rozłożyłby kontynent, jak to się stało w latach 70. Teraz, dzięki azjatyckim funduszom i dekadom zachodnich upomnień, gospodarki wielu afrykańskich krajów są lepiej prowadzone, kroczek po kroczku postępuje demokratyzacja, przychodzą coraz lepiej wykształcone pokolenia, pojawia się silna klasa średnia.













*** ADAM MICHNIK JAKIEGO NIE ZNACIE: ANDRZEJ ZAGOZDA, BIBIANNA ROY-ROKICIŃSKA
Gazeta Wyborcza

..."Spuść spodnie, a obniżą ci cenę". "Życie Warszawy" informuje, że w Galerii Mokotów w sklepie Levi'sa dają 20 proc. rabatu każdemu, kto przymierzy ubranie w świetle kamer, z których obraz oglądany jest przez publiczność.
Jako dama tradycyjnych obyczajów zaniepokoiłam się, któż to zechce ściągać spodnie przy ludziach?
I oto w "Naszym Dzienniku" zadziwił mnie Jan Olszewski, który ochoczo zabrał się do ściągania spodni. Zatroskany b. premier przestrzega otóż przed prywatyzacją Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych: Lista dopuszczonych do rzekomego przetargu jest krótka. Jest na niej "Agora". Przerażony rozmówca Olszewskiego o. Waldemar Gonczaruk CSsR zauważa: Ostatnio po księgozbiorze, który proponuje nam pan Michnik w swojej gazecie, łatwo można się zorientować, jaki kształt pod egidą Agory może przybrać wydawnictwo i rynek księgarski. Zresztą w WSiP był też zaangażowany pan Czarzasty. Na to Olszewski przypomina, że w wyniku afery Rywina pan Czarzasty niejako wypadł z gry. No i teraz wydaje się, że jest to taki kąsek, który Agora już niemal trzyma w ustach.
Zatroskany premier Olszewski patetycznie powtarza za Włodzimierzem Czarzastym przestrogi przed Agorą i bije na alarm. No, ale pomyślałam: skoro Agora już prawie trzyma w ustach, to trzeba spuszczać spodnie, by obniżyli cenę.

 

Andrzej Zagozda to pseudonim Michnika jeszcze z lat 70-ych, używał go drukując eseje w "Więzi". A wtedy Adaś naprawdę miał talent pisarski, wystarczy przeczytać jego polemikę do "Traktatu o gnidach" Wierzbickiego. Talent ten niestety został unicestwiony przez samego Michnika publikacją jego sławnej, więziennej książki "Z dziejów honoru w Polsce". Książki fałszywej, patetycznej, martyrologicznej, sprowadzającej poezję Herberta do poziomu politycznej publicystyki. Od tej pory Michnik stał się klasycznym "autorytetem moralnym" piszącym pretensjonalne, pompatyczne tekścidła, w których zawsze tonem rejtanowskim demaskował wrogów demokracji. Nuda, nuda, jeszcze raz nuda. W dodatku teksty te w 90% składają się z cytatów.

Trochę życia, trochę dawnego Michnika z lat 70-ych, błyskotliwego pyskacza znaleźć można w powyższych tekstach. Rzecz jasna brak w nich jakichkolwiek intelektualnych odkryć, ot Adaś biczem satyry chłoszcze swych licznych przeciwników. No, ale chociaż jest z tego trochę śmiechu.

Czemu Michnik używa dwu pseudonimów w tym samym czasie? Chyba tylko psychoanaliza może dać odpowiedź. Zagozda to poniekąd oficjalny pseudonim, podpisać nim Michnik może teksty wredne, ale wredne w miarę. Jako Bibianna może dać ujście najgorszym cechom swego charakteru (che, che), np. dać wyraz swej fascynacji aferą Anastazji Potockiej albo swobodnie porównywać Jarosława Kaczyńskiego do Edka z "Tanga".












To ja jestem dziewczynką w czerwonym płaszczyku


ale przeżyłam i o tym możecie przeczytać w moich wspomnieniach - takie było motto książki Romy Ligockiej. To oczywiście nawiązanie do znanego filmu Spielberga, który wszak widzieli wszyscy. Taka reklama książki wykonana przez autorkę w wymiarze moralnym sytuuje się na poziomie sławetnej sesji zdjęciowej na cmentarzu w wykonaniu Justyny Steczkowskiej.
No tak, zbierało się, zbierało i oto czas nadszedł na zajęcie się:



the Holocaust Industry






*** Fragmenty książki Normana Finkelsteina "Przedsiębiorstwo holocaust"

...Chociaż twierdzenia o wyjątkowości holokaustu są nieetyczne i jałowe intelektualnie, to jednak ciągle utrzymują się na powierzchni. Pytanie - dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że wyjątkowe cierpienie upoważnia do wyjątkowych uprawnień. Zdaniem Jacoba Neusnera wyjątkowe zło holokaustu nie tylko odróżnia Żydów od innych, lecz daje także Żydom "prawo do roszczeń wobec innych", Według Edwarda Alexandra wyjątkowość holokaustu jest "kapitałem moralnym"; Żydzi muszą "rościć sobie prawo do monopolu" na ten "cenny majątek". W rezultacie, wyjątkowość holokaustu - owo "prawo do roszczeń wobec innych", ów "kapitał moralny" - służy Izraelowi za cenne alibi.

 









*** NORMAN G. FINKELSTEIN - Literatura przedsiębiorstwa holokaust
Rzeczpospolita - 2001.09.08

...Wilkomirski, podobnie jak Kosiński, opisuje siebie jako porzucone dziecko, które zostało niemową, wylądowało w sierocińcu i dopiero później odkrywa swe żydowskie pochodzenie. Na wzór "Malowanego ptaka", głównym narratorem "Fragments" jest prosty, skromny głos naiwnego dziecka, co pozwala również na unikanie konkretnych ram czasowych i przestrzennych nazw miejscowości. Jak w "Malowanym ptaku", apogeum każdego rozdziału "Fragments" to orgia przemocy. Kosiński przedstawiał "Malowanego ptaka" jako "wolne rozmrażanie umysłu", a Wilkomirski przedstawiał "Fragments" jako "odzyskaną pamięć".

 

 








*** Piotr Grochowski - Holocaust, Niemcy, Żydzi...
Nowe Państwo

...Według Petera Novicka z University of Chicago, którego książka The Holocaust in American Life ukazała się w Niemczech równocześnie z pracą Finkelsteina, dopiero po wojnie sześciodniowej w 1967 roku wśród amerykańskich Żydów zakorzeniło się przekonanie, że jako naród są ofiarami największej w dziejach ludzkości zbrodni. Novick uważa, że powodem tego było zagrożenie egzystencji Izraela ze strony państw arabskich i związana z tym obawa przed powtórką holocaustu.











*** BOGDAN MUSIAŁ - Historiografia mityczna

...Dla społeczności żydowskiej w USA zagłada stała się "religią zastępczą" - instrumentem integracji. Dzięki temu znaleziono sposób przeciwdziałania rozluźnieniu się tradycyjnych więzów tej społeczności, która powoli roztapia się w społeczeństwie amerykańskim. Pamięć o holokauście i doznanych krzywdach ma służyć zachowaniu zbiorowej tożsamości. Tak rozpoczął się proces jego instrumentalizacji i sakralizacji.












*** Rafał A. Ziemkiewicz - I ty zostaniesz antysemitą
Rzeczpospolita - 28-02-2009

...Pouczająca jest lektura wywiadu, jakiego udzielił ostatnio tygodnikowi "Przekrój" Elie Wiesel, laureat Nagrody Nobla i ponad 130 doktoratów honoris causa, uważany za twórcę samego pojęcia "Holokaust", niestrudzony strażnik pamięci jego ofiar i tropiciel przejawów antysemityzmu. Elie Wiesel, jeden z ocalonych, były więzień Auschwitz, korzysta w swej działalności publicznej ze szczególnego immunitetu, jaki zwykliśmy przyznawać ludziom tkniętym szczególną tragedią. Komuś, kto np. utracił najbliższą osobę (a Wiesel stracił w Auschwitz całą rodzinę), pozwalamy rzucać najbardziej nawet niesprawiedliwe oskarżenia i obelgi, za które każdego innego znieważony podałby do sądu. We wspomnianej rozmowie Wiesel formułuje zwięźle i wyraźnie sposób myślenia, który od pewnego czasu nazywany jest "religią Holokaustu". Rzecz w założeniu, że Holokaust był w dziejach zbrodnią tak wyjątkową i jedyną, iż niedopuszczalne są nie tylko "jakiekolwiek formy jego negowania", ale nawet wszelkie porównywanie z innymi znanymi z historii aktami ludobójstwa. Holokaust tak traktowany w istocie nie jest już wydarzeniem historycznym, ale dogmatem religijnym, i, jak to przy naruszaniu dogmatu religijnego, nie ma żadnej gradacji winy: czy ktoś twierdzi, że zbrodni w ogóle nie było, czy próbuje zweryfikować liczbę ofiar albo w świetle nieznanych wcześniej dokumentów ustalić, w jaki sposób one ginęły, czy próbuje na przykład analizy sytuacji socjologicznej, w jakiej narodziły się plany zbrodni (co przez fanatyków "religii Holokaustu" natychmiast uznawane jest za "próbę udowadniania, że Żydzi sami byli sobie winni") - popełnia zbrodnię najwyższą i musi być całkowicie wyeliminowany z życia publicznego, a jego środowisko zmuszone do oczyszczenia się i publicznego ukorzenia.












*** Grzegorz Górny - Auschwitz zamiast Synaju
Rzeczpospolita - 18-07-2009

...Dla bardzo wielu Żydów Holokaust stał się - jak pisze Jeffrey Hart - "ekwiwalentem Ukrzyżowania, Izrael stał się ekwiwalentem Odkupienia". Günther Ginzler dowodzi, że naród żydowski "sam stał się swoim własnym Mesjaszem", a George Steiner uważa, że "w Szoah naród żydowski umarł za Boga, że wziął na siebie niewyobrażalną winę obojętności lub nieobecności lub bezsilności Boga". Nic więc dziwnego, że Michael A. Hoffman nazywa Holokaust dwudziestowiecznym artykułem żydowskiej wiary, a Michael Wolffsohn ersatzem Boga.












*** Emmanuel Droit - Gułag kontra Szoah. Podzielona pamięć rozszerzonej Europy
Gazeta Wyborcza - 2010-08-23

...W marcu 2004 r. ostrą dyskusję wywołała w Niemczech mowa wygłoszona przez szefową łotewskiego MSZ Sandrę Kalniete podczas otwarcia targów książki w Lipsku: "Oba reżimy totalitarne - nazizm i komunizm - były zbrodnicze. Nie powinno się robić między nimi różnicy pod pretekstem, że jeden z nich stał po stronie zwycięzców". Jej słowa zostały uznane za skandaliczne, bo zwróciła uwagę na cierpienia zadane jej rodakom przez Sowietów, nie stawiając pytania o uczestnictwo setek Łotyszy w eksterminacji Żydów w latach 1941-44.

Mamy tu niezwykły dowód manipulowania pojęciem antysemityzmu. Autor twierdzi, iż na Zachodzie oczywistością jest piętnowanie jako antysemityzm relatywizowania Holocaustu, czyli zaprzeczanie wyjątkowości tego ludobójstwa. Samo porównywanie Holocaustu do Gułagu albo rzezi Ormian jest żydożercze. Nie ma chyba bardziej szokującego symptomu absurdalności "religii Holocaustu".












*** ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI - Jak i komu wymierzyć sprawiedliwość
Rzeczpospolita - 03.06.2000

...Często zadaje się nam (w Niemczech) pełne zdziwienia pytanie, czy rzeczywiście w Oświęcimiu ginęli jacyś Polacy. Można czasami odnieść wrażenie, że II wojna światowa rozpoczęła się dopiero w roku 1941, a kampania 1939 r. to tylko jeden z wielu konfliktów polsko-niemieckich, zawiniony zresztą przez Polaków, uciskających mniejszości narodowe. Istnieje tendencja, aby niemieckie poczynania wobec Polaków wpisywać już nie w historię totalitaryzmu, rasizmu i ludobójstwa, lecz w historię nacjonalistycznych konfliktów, godnych pożałowania, ale "normalnych". Niemcy popełniali wprawdzie zbrodnie wobec Polaków, ale i Polacy mają wiele na sumieniu, najpierw sprawiali wiele problemów, a potem, wypędzając Niemców z ziem zachodnich, w dużej mierze wyrównali rachunki.

 

 








*** URI AVNERY - Bez taryfy ulgowej
Der Spiegel - 03.06.2002

...O tym, kto jest Żydem, decyduję ja - mawiał przed stu laty antysemicki burmistrz Wiednia, Karl Lueger. Teraz ostrze obróciło się w drugą stronę: O tym, kto jest antysemitą, decydujemy my. Dla rządu izraelskiego bardzo wygodne jest piętnowanie każdej krytyki, jaka pojawia się za granicą - nawet jeśli krytycy mówią to samo, co wielu Izraelczyków. Czy 100 tys. ludzi, którzy przed kilkoma tygodniami protestowali przeciwko Szaronowi na ulicach Tel Awiwu i krzyczeli "precz z okupowanych terenów" - to sami antysemici?










*** NORMAN BIRNBAUM - Oni niszczą Izrael
El Pais - 21.02.2002

...Utożsamianie Palestyńczyków z europejskimi antysemitami jest absurdem. Ale dla niejednego Żyda amerykańskiego ten absurd jest artykułem wiary. Wielu osadników na Zachodnim Brzegu pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. A Żydzi amerykańscy, którym ani w głowie opuszczać USA, popierają innych Żydów, którzy porzucili rodzinne strony ze strachu przed pogromami. A ci, którzy mają pełne prawa obywatelskie dzięki uniwersalnym normom demokracji, ignorują te wartości i popierają państwo etniczne, ciemiężące inny naród.













Manipulacje z Holocaustem nie dotyczą rzecz jasna samego historycznego faktu - 5 milionów Żydów oczywiście zostało przez Niemców unicestwionych. Manipulacje odbywają się na poziomie polityki historycznej, zwykłej polityki, kultury, a wręcz nawet pop-kultury. Tworzy się i manipuluje mitologią Holocaustu. 

Najbardziej niepokojący w tym zjawisku jest aspekt historyczno-kulturowy. Na naszych oczach powstał mit jedynego ludobójstwa w dziejach. Niewygodne fakty zostają albo unieważnione, albo zepchnięte na margines. Czemu na amerykańskich uniwersytetach nie tworzy się katedr nauczających o zagładzie miliona Ormian, tak jak to dzieje się w przypadku Shoah? Kto w ogóle wie, że Cyganie na równi z Żydami byli ofiarami ludobójstwa w czasie II wojny św. - ten drobny szczegół stał się zbędnym balastem dla mitologii Holocaustu. Czy teza o wyjątkowości Shoah wymagała zatarcia ludobójstwa Cyganów w świadomości świata? Konsekwencją jest brak filmów, naukowych monografii dotyczących Zagłady Cyganów. Kiedy w Waszyngtonie powstawało Muzeum Holocaustu zamierzano stworzyć w nim ekspozycję poświęconą eksterminacji Cyganów. W jakimś momencie to zamierzenie upadło. Pozostali tylko Żydzi-ofiary ludobójstwa. Czyż nie można nazwać tego jawną manipulacją?

Cała zbrodniczość nazizmu i II wojny światowej sprowadzona została do Holocaustu - iluż francuskich intelektualistów wie o zredukowaniu ludności Białorusi w czasie niemieckiej okupacji o 30%? Ilu pamięta o 3,5 mln eksterminowanych jeńców sowieckich w niewoli niemieckiej, z czego dokładnie dwa miliony wyginęły w ciągu kilku miesięcy na przełomie 1941 i 1942 roku? Ile osób na tak zwanym Zachodzie wie, że w czasie 8 lat wojny japońsko-chińskiej zginęło, wedle najnowszych wyliczeń 20 milionów Chińczyków, w ogromnej większości cywilów?

Mitologia Holocaustu prowadzi czasem do niesamowitych "skrótów myślowych". Kiedy kilka lat temu estońska polityk proponowała w parlamencie europejskim podjęcie uchwały o potępieniu zbrodni nazizmu i komunizmu została oskarżona o ...antysemityzm. Czemu? Zbrodnie nazizmu zostały bowiem zredukowane do Holocaustu, który jest, rzecz jasna wyjątkowym wydarzeniem w skali świata. A więc teza o symetrii zbrodni komunizmu i nazizmu oznaczałaby pomniejszanie Holocaustu. Krytyk "Le Monde" oskarżył "Katyń" Wajdy o fałsz historyczny, bo zamiast podjąć temat Zagłady ograniczył się do sowieckiej zbrodni eksterminacji 20 tysięcy Polaków. Padają w recenzji słowa: Żydów w tym filmie nie ma. Ofiarą drugiej wojny światowej jest Polak. Dlaczego to przemilczenie? Nie da się chyba w bardziej absurdalny sposób zaprezentować myślowego redukcjonizmu religii Holocaustu, ale tak właśnie myśli spora część elit intelektualnych Zachodu.

Manipulacje dotyczą także kwestii nazistowskiej motywacji Holocaustu, tu mocno promowane jest przeświadczenie, o tym, że naziści postrzegali Żydów jako zagrożenie biologiczne czy też jako odwiecznych spiskowców rodem z Protokołów mędrców Syjonu. Ale już zwalczana jest teza o pewnej racjonalności (oczywiście nie w sensie dosłownym) myślenia Hitlera i jego ludzi - Holocaust miał być reakcją na komunizm i realny udział wielu Żydów sowieckich w reżimie ZSRR.

Religia Holocaustu jest także narzędziem powstrzymania utraty tożsamości Żydów - ani syjonizm, ani judaizm nie są już czynnikami integrującymi. Holocaust nie jest więc tylko zdarzeniem historycznym, ale sztandarem pod którym Żydzi, żyjący dziś w pokoju i dobrobycie mogą znowu zintegrować się narodowo. Wiadomo wszak, że narody najlepiej zmobilizować poczuciem zagrożenia.  

Funkcją polityczną mitologii Holocaustu jest powiązanie mitu Zagłady z państwem Izrael, co ma uzasadniać represje i zbrodnie dokonywane na Palestyńczykach jako "trudna, ale konieczna" obrona państwa "ofiar shoah". W tym kontekście powstała całkiem nowa definicja antysemityzmu rozumianego jako krytyka Izraela. Rozpoczęto piętnowanie krytyków Izraela jako pogrobowców Hitlera, co jest znakomitym i nośnym argumentem.

Wreszcie kwestia niebagatelnych, miliardowych sum, jakie udało się pozyskać w ramach odszkodowań. Co się z nimi stało? Zostały przejęte przez organizacje żydowskie, które miały je "dystrybuować" żyjącym ofiarom Holocaustu. Ostatnio, przy okazji wyborów do parlamentu izraelskiego powstała partia wzywająca ichni rząd do wsparcia owych ofiar. Żyją oni w zupełnej nędzy i zapomnieniu. Przedsiębiorstwo Holocaust ma się świetnie.

Na naszych oczach powstał osobny gatunek literacki - "wspomnienia ocalonych z Holocaustu". Wartość naukowa tych dzieł jest zerowa, jakąż bowiem wartość merytoryczną może mieć spisanie wspomnień 60 lat po faktach? Wielokrotnie już dowodzono, że wspomnienia ocalonych pełne są konfabulacji (Polański nazwał książkę Ligockiej stekiem bzdur). Żebyż tylko szło o luki w pamięci, ale skoro Holocaust stał się niemal gałęzią show-biznesu "wspomnienia" są wyraźnie pisane w oczekiwaniu na komercyjny sukces. A sukces wymaga efektów specjalnych. Prawda o ocaleniu Kosińskiego i Polańskiego jest dość nudna, zaś najlepiej sprzedające się wspomnienia ocalonych pełne są ekstremalnych wydarzeń, zadziwiających zwrotów akcji, jak w "Malowanym ptaku". Ekstremalnym przykładem są ostatnie zdemaskowane "wspomnienia" Mishy Defonseca, która w dziele przetłumaczonym na 18 języków opisywała ukrywanie się w lesie i przyjacielski związek z wilkami, traktującymi ją jak własne dziecię. Jest to tylko jedna z wielu zdemaskowanych fałszywek. A jako że bez wątpienia show-biznesowy aspekt Holocaustu przynosi rocznie grube miliony, przyszłość przyniesie następne kuriozalne dzieła.  

Holocaust stał się tak nośny, że pod Zagładę podczepiają się dzieci, wnuki i prawnuki ofiar i ocalałych. Prawnuki rozpisują się, jakąż to traumą jest dla nich pamięć o tragicznej śmierci pradziadków. Piją rano kawę i cierpią, idą na party i widzą oczyma duszy druty kolczaste. I tak się kręci ten biznes. 

Twórczość holocaustowa stała się elementem pop-kultury, musi więc być kiczowata. Ligocka reklamująca się jako "ta sama dziewczynka, ale uratowana" wpisuje się doskonale w klimat kiczu totalnego. Happy end jest przecież obowiązkowym elementem łzawych melodramatów dla kucharek. Reprezentantem tej shoahowej pop-kultury będzie Ligocka, ale nie opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego - okazuje się, że w Niemczech, najlepszym rynku dla holocaustowej pop-kultury nikt nie wie o jego twórczości. Ważnym bowiem składnikiem holocaustowego kiczu jest motyw "dobrego Niemca", o czym wiedział doskonale Andrzej Szczypiorski, specjalista w dziele żerowania na Zagładzie w Niemczech. W opowiadaniach Borowskiego nie ma dobrych Niemców, twórczość ta skazana jest więc na marginalizację. Motyw dobrego Niemca pojawia się, rzecz zastanawiająca coraz częściej i towarzyszy coraz częściej równolegle motywowi złego Polaka, czy szerzej złego mieszkańca Europy Wschodniej. Ten szczegół jest kolejnym symptomem manipulacji sztuki Holocaustu, która na przestrzeni lat uwypukla różne motywy na skutek zmieniających się uwarunkowań politycznych. 30 lat temu częściej piętnowano Niemców (czyli nazistów, jak to teraz przyjęto pisać), dziś jakby mniej. Może za kolejne 30 lat w ogóle źli Niemcy znikną z ekranów i książek? Kto ich zmieni? 

Istotnym elementem "przedsiębiorstwa Holocaust" jest szantaż emocjonalny - artyści produkujący taśmowo utwory szoahowe, tacy jak Hanna Krall korzystają chętnie ze specyficznego szantażu. Nikt nie ośmiela się napisać krytycznej recenzji tych produkcji - bo jakże, taki temat i krytykanctwo? I autorzy i recenzenci i zwykli odbiorcy odczuwają wiszący w powietrzu strach przed oskarżeniem o antysemityzm. W takiej sytuacji jakikolwiek produkt filmowy czy literacki związany z Zagładą musi być skazany na sukces, o co zadbają "Gazeta Wyborcza" i "NYT". 

Ostatnimi laty rokrocznie przyznaje się Oscara za film dotyczący Holocaustu. Do tej pory zaś nie powstał żaden film fabularny przedstawiający ludobójstwo Ormian. 












*** RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ - Krzesło Kuronia

...Jest rok 1977, Jarosław Kaczyński zostaje po raz pierwszy zaproszony na duże spotkanie KOR, z którym od niedawna współpracuje. "Przyszedłem, usiadłem przy stole. Otwierają się drzwi i wkracza czołówka opozycji: Kuroń, Macierewicz, Jan Józef Lipski itp. Patrzę ze zdumieniem, a tu wszyscy, którzy siedzieli przy stole, wstają i przenoszą się pod ściany. Podniosłem się także, ale by ustąpić miejsca Lipskiemu, który był starszym panem, kolegą mojej mamy i człowiekiem chorym. On jednak usiadł obok, a Kuroń, wykorzystując ten moment, już wieszał swoją skórzaną marynarkę na MOIM [podkreślenie - RAZ] krześle. Ja jednak spokojnie na nim usiadłem i miejsca Kuroniowi nie ustąpiłem".













*** RONALD KESSLER - W TAJNYCH SŁUŻBACH PREZYDENTA

...- Mieszkanie w Białym Domu to próba charakteru - mówi Bertram S. Brown, psychiatra, który stał na czele Państwowego Instytutu Zdrowia Psychicznego i był doradcą prezydenta Johna F. Kennedy'ego, a także leczył wielu czołowych polityków Waszyngtonu i doradców Białego Domu - albo buduje, albo wypacza charakter. Niewielu uczciwych ludzi ma ochotę wdawać się w wyczerpujące kampanie prezydenckie, polegające głownie na obrzucaniu się błotem. Wielu z tych, którzy startują, pragnie tylko sławy. To płytcy ludzie pozbawieni zasad, którzy po prostu chcą zostać wybrani. Nawet jeśli ktoś jest zrównoważony, to kiedy zostaje prezydentem musi rozwiązać poważny problem: jak pozostać skromnym, uczciwym człowiekiem, sprawując najwyższy urząd w kraju i będąc otoczonym przez patologiczne otoczenie, które traktuje cię jak cesarza. To prawdziwa siła charakteru człowieka, a nie jego przeszłe dokonania, decyduje czy prezydentura zakończy się sukcesem czy klęską. Stąd, jeśli prezydent nie ma z natury dobrego charakteru, niszcząca moc urzędu i ciągłych pochlebstw w sposób nieunikniony prowadzi do katastrofy. Z tego powodu wyborcy powinni mieć prawo wiedzieć, jacy naprawdę są ich przywódcy.













*** Eliza Michalik - Seksafera
Wprost - 50/2006

...W czerwcu 2003 r. policja w Kętach zaczęła dochodzenie w sprawie "produkcji przez Jana Muchę pornografii z udziałem małoletnich" (przestępstwo ścigane z art. 202 ¤ 3 kk). Ponad miesiąc później zostało w tej sprawie wszczęte śledztwo, nad którym nadzór przejęła Prokuratura Rejonowa w Oświęcimiu. Smolana opowiedział Lepperowi o seksualnych poczynaniach Jana Muchy, ale na szefie Samoobrony ani na Januszu Maksymiuku te rewelacje nie zrobiły wrażenia. Seksafery na Podbeskidziu nie skończyły się wraz z wyrzuceniem przez Smolanę Muchy z pracy. Kiedy on sam odszedł z Samoobrony, dawni koledzy z klubu próbowali go zdyskredytować, oskarżając o... współżycie ze świnią. Smolana zawiadomił nawet prokuraturę o tym, że nakłaniali jednego z mieszkańców Bielska-Białej, by zeznał, że on współżył z maciorą w chlewie.












Prezydentura Lecha Kaczyńskiego - podsumowanie mocno tendencyjne









*** Michał Majewski, Paweł Reszka - Straszny dwór Lecha Kaczyńskiego
Dziennik - 16 maja 2008

...Doradca prezydenta: "Lech broni Fotygę, chociaż niczego dobrego nie wniosła do pracy kancelarii. Jest za to przewrażliwiona na swoim punkcie, małostkowa i wprowadza nerwową atmosferę w pałacu. Pewnego wieczoru wezwała dyrektora jednego z departamentów. Człowiek stawił się karnie, choć obchodził własne imieniny. Zadała mu jakieś pytanie. On na to, że nie wie, bo to nie kompetencje jego departamentu. Pani minister była zaskoczona, nie bardzo wiedziała, co powiedzieć, więc tylko rzuciła zimno: »Dziękuję«. Dyrektor został w sekretariacie i pytał zdezorientowanych sekretarek: »To co ja mam robić, stać tu, czy mogę wracać na imprezę?«".
Były minister prezydenta: "Anna Fotyga, zamiast pomagać, sama zarzuca szefa swoimi kuriozalnymi problemami. Legenda mówi, że zdenerwowana Fotyga zadzwoniła na prywatną komórkę prezydenta. Skarżyła się, że nie może pracować, bo robotnik pod jej oknami strzyże trawę spalinową kosiarką. Prezydent interweniował osobiście, by przerwać koszenie. W pałacu nie ma żadnej hierarchii. Głowa państwa zmuszona jest do zajmowania się najróżniejszymi błahostkami".









*** Michał Majewski, Paweł Reszka - Daleko od Wawelu. O Lechu Kaczyńskim

...Mały piesek rasy terier szkocki wabił się Tytus.

Gdy Tupolew rozpędzał się po pasie startowym, prezydent albo prezydentowa trzymali go na smyczy. Kiedy maszyna osiągała wysokość przelotową, biegał po pokładzie, a czasem wchodził do kabiny pilotów. Bywało, że - gdy para prezydencka nie widziała - lotnicy musieli Tytusa poczęstować lekkim kopniakiem. Wtedy pies stawał przy drzwiach do salonki. Najpierw patrzył na swoje odbicie, a potem zaczynał ujadać. Potrafił tak przez 15 albo 20 minut. Pasażerom pękały głowy. Byli bezradni. Pan prezydent, widząc na sobie błagalne spojrzenia współpracowników, tylko rozkładał ręce: "No co mam zrobić? Przecież go nie oddam!". Tytus był kompletnie niewychowany. Kiedy wychodził na przechadzkę z Pałacu, prezydenccy urzędnicy informowali się nawzajem: "Bestia w ogrodzie!".

Tytus był łącznikiem z dawnym normalnym życiem, które zmieniło się w sprawowanie urzędu. Był więc nietykalny, cieszył się absolutną wolnością. Łapał za nogawki, kąsał nieważne, czy ministra, czy oficera BOR-u. Nie przepuszczał nawet właścicielowi. Kaczyńskiemu głupio się było przyznać, że szarpie go własny pies. Opowiadał więc lekarzowi bajki. Na przykład, że zaczepił nogawką o ogrodzenie.

Choć domowe zwierzę zawsze "dobrze robi" politykowi (jak mówią fachowcy od PR-u, "ociepla wizerunek"), ludzie bliscy Kaczyńskiemu niechętnie rozmawiali o Tytusie: "Co mam wam powiedzieć? Że prezydent nie radzi sobie z terierem? Zaraz zapytalibyście: »A z Polską sobie radzi?«" - mówił jeden z jego współpracowników.
 

Rozpoczęcie książki o Lechu Kaczyńskim od opisu pieska Tytusa to oczywiste nawiązanie do "Cesarza" Kapuścińskiego. Mechanizm funkcjonowania dworu i problem wyizolowania władcy jest uniwersalny.






 

*** Michał Majewski, Paweł Reszka - Nieudana gruzińska misja Kaczyńskiego
Dziennik - 8 sierpnia 2009

...Po zakończeniu wiecu Kaczyński i reszta delegacji zostali zaprowadzeni do budynku parlamentu. Doszło tam do kolejnej niecodziennej sytuacji. Trzej prezydenci i premier oraz ich dyplomatyczne otoczenie stali przez blisko pół godziny w dużej sali. Prowadzili z dziennikarzami luźne rozmowy, czekali na to, co będzie dalej. Jednak organizatorzy byli tak samo zdezorientowani. "Gdzie jest Saakaszwili? Co my tu robimy?" - szeptali między sobą członkowie delegacji. W końcu prezydenci i ich najbliżsi współpracownicy zostali zaproszeni do innego, mniejszego pomieszczenia, ale niewiele się zmieniło. "Niewielka sala, bez klimatyzacji, na stole woda. Przywódcy zostali pozostawieni sami sobie. Nie było żadnych informacji. Czekali na Saakaszwielego, który nie nadchodził" - opowiada współpracownik prezydenta. Kaczyński albo wiedział, albo się domyślał, że Saakaszwili ulegał namowom Sarkozy'ego. Kiedy gruziński prezydent przeszedł w końcu do przywódców z Europy Środkowej i Wschodniej, Kaczyński poprosił go na stronę. "Wyglądało to nieco komicznie, bo niewielki wzrostem Kaczyński rugał ogromnego jak niedźwiedź Saakaszwilego. Musiały paść ostre słowa, bo Kaczyński nie chciał przy rozmowie tłumaczki. O pomoc poprosił Kownackiego" - mówi urzędnik pałacu.

A co by było, gdyby jakimś cudem Lech przekonał Gruzinów by byli twardzi, bezkompromisowi w rozmowach z Rosjanami? Tanki rosyjskie zdobyłyby Tibilisi? Jak na to zareagowałby Lech? Wypowiedziałby wojnę Federacji Rosyjskiej? Miałby wreszcie satysfakcję, że rozpoczyna się jego własne, prywatne Powstanie Warszawskie? Jak na wojnę z Rosją zareagowałby Jarosław? Może schowałby się do szafy, jak po ogłoszeniu stanu wojennego?  








*** Wojciech Czuchnowski, Renata Grochal - Incydent gruziński
Gazeta Wyborcza - 2010-04-24

...Prowadzący sprawę prokurator rozmawiał (nie były to przesłuchania, lecz tzw. rozpytanie) z pilotami, dowódcami i osobami z ekipy prezydenta. Z notatek po tych rozmowach wynika, że konflikt między załogą a pasażerami był dramatyczny. Po pierwszej odmowie urzędnicy prezydenccy i sam prezydent przeprowadzają kilkanaście rozmów telefonicznych - m.in. z dowódcą 36. Pułku Lotniczego płk. Tomaszem Pietrzakiem (rozmowa obok), z gen. Załęskim i z dowódcą sił powietrznych gen. Andrzejem Błasikiem (zginął pod Smoleńskiem). Dowódca samolotu kpt. Pietruczuk jest na "gorącej linii" z płk. Pietrzakiem. Gdy mówi, że nie wykona rozkazu lotu do Tbilisi, do kabiny wchodzi prezydent Kaczyński, zadając cytowane już pytanie: "Kto jest zwierzchnikiem sił zbrojnych?". Drugi pilot kpt. Protasiuk opowiedział prokuratorowi, że po wyjściu prezydenta z kokpitu wszedł tam minister Stasiak, "który jednak nie wymuszał na załodze konkretnych działań. Stwierdził tylko, że należy wszystko dokładnie rozważyć i dopiero podjąć decyzję".







*** Paweł Wroński - Wiatr wiał mu w oczy. Polityka zagraniczna prezydenta Lecha Kaczyńskiego
Gazeta Wyborcza - 2010-05-11

...Podpisanie traktatu lizbońskiego, wsparte taktycznym sojuszem z prezydentem Sarkozym, było największym sukcesem Lecha Kaczyńskiego w polityce unijnej. Jednak okazało się, że prezydent Kaczyński chce nadal odgrywać rolę języczka u wagi europejskiej polityki. Chciał, aby Europa zabiegała teraz o to, by traktat podpisał. Ale wielkim tego świata nie uśmiechała się rola petentów. Szybko zraził do siebie prezydenta Sarkozy'ego, który ratyfikacją traktatu chciał uświetnić francuską prezydencję UE. Gdy Kaczyński stwierdził, że po odrzuceniu traktatu w irlandzkim referendum traktat jest "bezprzedmiotowy", Sarkozy replikował, że wierzy, iż Kaczyński wypełni swoje honorowe zobowiązanie i traktat podpisze. Efektem było zmarginalizowanie Polski. Jej smutnym i bolesnym dla Kaczyńskiego następstwem było wyeliminowanie go z relacji z najważniejszymi państwami Unii. Ustały bilateralne wizyty w najważniejszych krajach Unii, stałym kierunkiem podróży głowy państwa stały się Litwa, Gruzja i Ukraina. Szczyty Unii Europejskiej stały się praktycznie jedyną płaszczyzną, gdzie prezydent Kaczyński mógł spotykać się z wielkimi UE.







*** Wacław Radziwinowicz, Bogdan Wróblewski - Smoleńskie domino
Gazeta Wyborcza - 2010-10-10

...Pasażerowie Tu-154 spieszyli się, nie mieli żadnej rezerwy czasowej. Wylot z Warszawy początkowo planowano na 6.30, potem przesunięto o pół godziny. Prezydent jednak się spóźnił i samolot w końcu wystartował o 7.27 (według czasu warszawskiego, w Smoleńsku była już 9.27). Na cmentarzu wojskowym w Katyniu na prezydenta czekały ekipy telewizyjne. Uroczystości 10 kwietnia miały być tego dnia transmitowane bezpośrednio przez podporządkowane PiS-owi TVP 1 i TVP Info przez 3,5 godziny. Relacja powinna się była rozpocząć o 9.10. czasu warszawskiego. Kiedy więc kpt. Protasiuk decydował, że mimo fatalnych warunków spróbuje wylądować, do rozpoczęcia transmisji zostało już tylko 40 min. Wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu miała przyćmić spotkanie premierów Tuska i Putina na cmentarzu oficerów polskich z 7 kwietnia - także jako spektakl telewizyjny. Dziennikarze kanałów publicznych dostali od swoich przełożonych zadania specjalne. Mieli zrobić wszystko, by relacje z cmentarza ofiar NKWD pokazały, że obecność prezydenta, otoczonego dziesiątkami ważnych urzędników oraz członkami rodzin ofiar zbrodni katyńskiej, jest ważniejsza niż wspólna wizyta szefów rządów Polski i Rosji.







*** Piotr Pacewicz - Nikt nie zawołał: Opamiętajcie się!
Gazeta Wyborcza - 2010-06-04

...Msza katyńska była dla prezydenta i wielu pasażerów czymś więcej niż uroczystością. Wpisywała się w polityczny spór, miała zatrzeć wrażenie, że to Donald Tusk z Władimirem Putinem doprowadzili do postępu w leczeniu narodowej rany, jaką jest zbrodnia katyńska. Ale powody były poważniejsze niż licytacja na patriotyzm, fundamentalne. Msza w Katyniu dotykała symbolu narodowej sprawy, samego serca polityki historycznej braci Kaczyńskich, miała być manifestacją patriotyzmu tak zrośniętego z wizerunkiem prezydenta. Chciał on wystąpić jako dumny przywódca polskiego narodu.
Miałby odlecieć jak niepyszny? Jakież byłoby rozczarowanie! Prezydent odczuwał to zapewne jako groźbę osobistej kompromitacji. Mógł sobie wyobrażać złośliwe żarty politycznych rywali i nieprzychylnej mu części opinii publicznej.
W dodatku ta niezawiniona przez niego wpadka byłaby - symbolicznie - porażką w relacjach z Rosją, które dla prezydenta były sprawą honoru. Swą życiową rolę zagrał wszak dwa lata wcześniej na wiecu w Tbilisi, gdy w imieniu Polski i poniekąd Europy wystąpił w obronie Gruzji. Tłumy wiwatowały, a Lech Kaczyński mówił: "Nasi sąsiedzi pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ten kraj - mówił dalej o Rosji - uważa, że dawne czasy upadłego imperium wracają, że znów dominacja będzie cechą tego regionu. Nie będzie. Te czasy się skończyły raz na zawsze".
To też był kontekst decyzji o lądowaniu. Takie myślenie zaciążyło zapewne także na decyzjach kontrolerów lotów ze Smoleńska, którzy obawiali się skandalu dyplomatycznego i lądowanie jedynie odradzali, ale go nie zabraniali.
Decyzja o lądowaniu była zatem rozpatrywana w kategoriach politycznych, narodowych, historycznych, godnościowych. Czynnik bezpieczeństwa był oczywiście ważny, ale jako jeden z wielu.

 

 

 

Jakiż to obraz prezydenta Kaczyńskiego wyłania się z tych tekstów? Duży chłopiec - głuptas żyjący w świecie fantazji. Żyjący legendą Powstania Warszawskiego, przekonany, że i on musi kontynuować narodowo-rodzinną tradycję. Tyle, że jako duży głuptas robił nieustannie głupstwa. Nie sposób zapomnieć jego wyraz twarzy po "incydencie granicznym" w Gruzji, kiedy wywieziono go nocą pod granicę z Osetią; strzały, do dziś nie wiadomo przez kogo oddane - jego dziecięcy zachwyt, radość, że i on może doświadczyć ekstazy powstańczej. Będąc głuptasem nawet nie myślał, że może wpakować siebie - prezydenta i całą Polskę w potężną kabałę o nieobliczalnych skutkach. Głuptas widzący się w wyobraźni w powstańczej panterce nie myśli o takich bzdurach.

Wroński opisuję absurdalną sytuację: Chciał opowiedzieć światu o Polsce, przenośnie i dosłownie. Gdy podczas pierwszego spotkania na dziedzińcu zamku Charlottenburg prezydent Niemiec Horst Köhler zwrócił się do niego grzecznościowo na powitanie kilkoma zdaniami po polsku, dziennikarze usłyszeli, jak na trasie przejścia do kompanii reprezentacyjnej Lech Kaczyński opowiadał mu o Kresach i Kijowie, dokąd sięgała Rzeczpospolita. Prezydent Köhler słuchał tej niezrozumiałej dla niego opowieści z niepewnym wyrazem twarzy. Czyż nie jest to piękny dowód życia w świecie fantazji?

Zapewne katastrofa w Smoleńsku jest logiczną konsekwencją prezydentury Kaczyńskiego. On, przywódca narodu skazanego na wielkość miałby się poddać, tchórzliwie "zdezerterować" z uroczystości katyńskich? Lądować! Trzeba pokazać Rosji, światu całemu, że prezydent się nigdy nie cofa. 

I lądowali.

I dzięki temu teraz ten głuptas awansowany został przez brata na "ostatniego męczennika katyńskiego", cwany bliźniak załatwił nawet grób na Wawelu. Ideologowie PiS już tworzą mit narodowy, wszak naród nie może zostać bez mitów. Kościuszko, Piłsudski, Sikorski, Lech Kaczyński...

Pocieszyć się można tylko tym, że lansowana niegdyś w Argentynie na narodową świętą Evita Peron była przypadkiem o wiele bardziej kabaretowym.

 






 

 

Prawdziwe perełki! Ostatnie podrygi konającego prl-u!!!

Dwie propagandowe powieści Romana Bratnego, w tym kultowa pozycja - "Rok w trumnie". Rzecz tak obleśna i chamska, że Bratny po dziś dzień objęty jest nieoficjalnym bojkotem (!!!) ze strony mediów i świata kultury. Podobno coś tam publikuje, ale recenzji jakoś nikt nie drukuje.

 

 

*** Roman Bratny - ROK W TRUMNIE

...Właśnie cicho, żeby Krystyny, żony mojej, nie obudzić, wkładam klucz w zamek. Wróciłem o dwa dni wcześniej z festiwalowego spektaklu. Już wiem, że mam nagrodę za najwybitniejszą rolę męską, ale nie będę jej odbierał. Ona mi da zaraz to, na co zasłużyłem swoją rolą męską. Idę cicho przez korytarz, widzę delikatną smugę światła pod drzwiami sypialni. Drzwi są uchylone. Jestem w progu i widzę rytmicznie poruszający się zad. Patrzy na mnie, osłupiałego, ślepe oko odbytnicy. Słyszę sapanie. Widzę od tyłu unoszącą się głowę mężczyzny. Kark. Szlachetna siwizna. Już wiem. Na wyciągnięcie ręki mam ciężki brązowy świecznik. Czuję chłodny dotyk metalu...








*** ROMAN BRATNY - cdn

...Mijając pierwsze drzwi, zdziwił się. Dziewczyna w ciemnym sari, trzymając ręce na drewnianej kratownicy, patrzyła na niego ogromnymi ślepiami. Następna, w mini tak krótkiej, jakby przegonić chciała europejską modę, powiedziała coś szeptem i nagle pojął, gdzie się znajduje. Spojrzał na drugą stronę ulicy: ogromnym rzędem ciągnęła się wystawa. Dom obok domu, niczym w staromiejskich dzielnicach dalekiej Europy, okna, a za tymi oknami, niedbale zasłoniętymi, kręcili się, ruszali i nieruchomieli ludzie. Walczyński pchnął go do przodu.
- Idź, wybieraj, bo jak staniesz, wepchną cię do środka. Rupia, najwyżej dwie - poinformował sardonicznie. - Zastanów się, to nie więcej niż dziesięć, dwadzieścia centów.
Artek szedł, czując, że trzeźwieje z każdą sekundą. Już chciał, wspinając się na palce, zobaczyć koniec tej ulicy, ale końca nie było.
- Po co te kraty? - zająknął się pytaniem.
- Kraty wszędzie znaczą to samo - poinformował uspokajająco Walczyński.
Rozległ się okropny krzyk. Krzyczała czy może coś wołała cierpiąca kobieta.
- Co się stało? - Artek chwycił towarzysza za rękę, zawstydził się, puścił.
- To kosztuje drożej. Nawet pięć rupii - uśmiechnął się jego przewodnik. - Kraty są po prostu po to, żeby móc obejrzeć, ale i żeby one stąd nie uciekły. Często są młode, kupione od rodziny, mogłaby któraś mieć ochotę zwiać... A tu rotacja jest duża. Po dzieciństwie od razu starość.












11 Września 2001
















*** Samuel P. Huntington - Zderzenie cywilizacji
"Rzeczpospolita" - 2001.09.15

...To nie islamski fundamentalizm stanowi problem dla Zachodu, lecz islam, odmienna cywilizacja, której przedstawiciele są przekonani o wyższości swojej kultury i mają obsesję na punkcie własnej słabości. Dla islamu problemem nie jest CIA ani amerykański Departament Obrony, lecz Zachód, odmienna cywilizacja, przekonana o wyższości swojej kultury i o tym, że jej przeważająca, choć słabnąca potęga zobowiązuje ją do szerzenia tej kultury na całym świecie. To właśnie te czynniki podsycają konflikt między islamem a Zachodem.








*** ZYGMUNT BAUMAN - Imiona cierpienia, imiona wstydu
Tygodnik Powszechny - wrzesień 2001

...Ameryka... niechętnie podejmuje się ochrony słabych przed zakusami ich sąsiadów czy obłąkanymi ambicjami ich samozwańczych wodzów, jeśli ta ochrona zażądać może ofiar z jej strony, a nie służy powiększaniu jej potęgi handlowej czy finansowej.
Nie dziw, że dla milionów ludzi zagrożonych utratą środków do życia, pogrążonych w nędzy i pozbawionych perspektywy godnego życia Ameryka stać się może symbolem wszystkiego, co w globalizującym się świecie odczuwają jako niecne, nikczemne, niegodne i nieludzkie; a globalizacja sama zdać się może szatańskim pomysłem na bezkarność silnych i bezradność skrzywdzonych.








*** AGNIESZKA KOŁAKOWSKA - Przeciw rozmazywaniu winy
"Rzeczpospolita" - 2001.10.04

...Niedługo trzeba było czekać, aby modni zachodni intelektualiści odrzucili pozory przyzwoitości i odzyskali pełnię swojej zwykłej formy. Zaledwie dwa, trzy dni po ataku na Amerykę byli już z powrotem na posterunku, dzielnie propagując relatywizm i antyamerykanizm. Z zapałem rzucili się do pisania artykułów o tym, jak to wcale nie terroryści, lecz - co było do przewidzenia - Ameryka przez swoją kapitalistyczną dekadencję, arogancję, imperialistyczną żądzę władzy nad światem i tym podobne zbrodnie ponosi odpowiedzialność za atak terrorystyczny 11 września. Wypowiedzi takie są na szczęście w ogromnej mniejszości, ale z upływem czasu zaczynają się mnożyć.








*** JAROSŁAW MAKOWSKI - Pokusa nienawiści
"Rzeczpospolita" - 2001.10.11

...Dziękuję Bogu, że Agnieszka Kołakowska nie ma do dyspozycji ani licznej armii, ani nowoczesnej broni. Jeśliby bowiem taką posiadała, zapewne nie tylko bin Ladena i jego islamskich bojowników wśród żywych by już nie było, ale także tych myślicieli, którzy świat po ataku na Word Trade Centre widzą nie tylko - jak chce tego znana eseistka - w biało-czarnych barwach.








*** BRONISŁAW WILDSTEIN - Przeciw wyrozumiałości
"Rzeczpospolita" - 2001.10.13

...Jarosław Makowski należy do - licznej dziś - grupy humanitarystów, którzy tak kochają człowieka i tak pełni są wyrozumiałości dla wszelkich jego odmian i postaw, że gotowi są unicestwić każdego, kto uczuć tych i poglądów nie podziela. Tak nienawidzą nienawiści, że namiętnie tropią ją u wszystkich, którzy mają pecha się z nimi nie zgadzać i zrobiliby wszystko, aby zetrzeć ich z powierzchni ziemi.








*** ROBERT FISK - Teraz juz wszyscy jestesmy winni
"The Independent" - 29.11.2001

...Prezydent Bush podpisal dekret o utworzeniu tajnych trybunalów wojskowych do sadzenia, a nastepnie likwidowania kazdego, kto w oczach amerykanskich sluzb specjalnych uchodzi za "terrorystycznego morderce". Nie ulega watpliwosci, ze mamy do czynienia z usankcjonowanymi prawnie przez wladze amerykanskie szwadronami smierci.








*** REMI BRAGUE - Sila slabych, czy slabosc dobrych
"Le Figaro" - 22.10.2001

...Czym w istocie sa nasze wartosci? Nasuwa sie tu wiele odpowiedzi. Pierwsza jaka przychodzi do glowy to, ze owe wartosci nie odgrywaja w swiecie wiekszej roli, choc powinny.
Czy islamisci tak calkiem sie myla, nie darzac ich zaufaniem? Pod praworzadnoscia i temu podobnymi haslami czesto wszak rozumiemy, ze to MY mamy prawo robic, co nam sie podoba, nie ponoszac zadnej odpowiedzialnosci. A wolnosc osobista to przeciez takze swoboda, na jaka powoluja sie przestepcy seksualni badz ekonomiczni. Prawo do antykoncepcji to równiez dezynwoltura, z jaka obecne pokolenie moze traktowac potencjalnych potomków: w najlepszym razie jako surowiec, pobierany zgodnie z zapotrzebowaniem, w najgorszym - jako uprzykrzonych rywali, których sie pozbywamy.


 

 






WOJNA ŚWIATÓW?

chrześcijaństwo kontra islam?

USA kontra Europa?








*** ORIANA FALLACI - WŚCIEKŁOŚĆ I DUMA
Gazeta Wyborcza - 06-07.10.2001

...Ameryka to my. My, Włosi, my, Francuzi, my, Anglicy, my, Niemcy, my, Austriacy, my, Węgrzy, my, Słowacy, my, Polacy, my, Skandynawowie, my, Belgowie, my, Hiszpanie, my, Grecy, my, Portugalczycy. Jeśli runie Ameryka, runie Europa. Kiedy runie Zachód, runiemy my. I to nie tylko w znaczeniu finansowym, czyli w tym, który chyba najbardziej was martwi. Upadniemy we wszystkich znaczeniach, mój drogi. I na miejscu dzwonów zobaczymy muezinów, zamiast minispódniczek będziemy nosili czarczafy, zamiast koniaku będziemy pili wielbłądzie mleko.












*** Francis Fukuyama - Nowoczesny Świat na celowniku
Newsweek Polska, nr 16-17/ 2001

...Świat islamu różni się od innych kultur pod jednym istotnym względem. Od pewnego czasu tylko tam cyklicznie pojawiają się radykalne ruchy odrzucające nie tylko politykę Zachodu, ale również najbardziej podstawową zasadę współczesności, jaką jest tolerancja religijna. Te grupy świętowały 11 września, bo wtedy upokorzone zostało społeczeństwo - według nich - do cna zepsute. Dla fundamentalistów owo zepsucie to nie tylko kwestia charakterystycznej dla Zachodu swobody seksualnej, homoseksualizmu i praw kobiet, ale przede wszystkim sama świeckość. Pałają nienawiścią do Zachodu, bo tamtejsze społeczeństwa, zamiast służyć prawdzie religijnej, promują pluralizm i tolerancję religijną.








*** Samuel P. Huntington - Era wojen muzułmańskich
Newsweek Polska, nr 16-17/ 2001

...Najnowsza historia świata to czas wojen muzułmańskich. Muzułmanie walczą ze sobą i przeciw niewiernym znacznie częściej niż przedstawiciele innych kultur. Walki przez nich toczone stały się po zimnej wojnie główną formą konfliktu międzynarodowego. Muzułmańskie wojny obejmują akty terroru, wojny partyzanckie, domowe i konflikty między państwami. Wszystkie te formy przemocy mogą połączyć się w jedno i doprowadzić do decydującego zderzenia cywilizacji islamu i Zachodu czy też do konfliktu islamu z resztą świata.








*** Nieświęty zachód i święta wojna - Ian Buruma i Avishai Margalit
"Gazeta Wyborcza" - 15-03-2002

...Ben Laden ma tę samą obsesję na punkcie męskości i kwestii kobiecej. Jest to, w rzeczy samej, jeden z jego ulubionych artykułów "okcydentalistycznej" wiary. "Władcy tego regionu [krajów Zatoki Perskiej] - powiedział w 1998 r. - zostali wyzuci z męskości. I myślą, że lud to kobiety. Na Boga, muzułmańskie kobiety nie chcą, żeby ich broniły te amerykańskie i żydowskie dziwki". Zachód - twierdził - pragnie "pozbawić nas męskości. A my wierzymy, że jesteśmy mężczyznami".









***O iluzji wartości uniwersalnych - PIOTR KŁODKOWSKI
Znak

...Iluzja "misji białego człowieka" trwa więc nadal, tyle że zamieniła się teraz w ideę szerzenia na wszystkie kontynenty demokracji, rządów prawa, wolności jednostki bądź praw człowieka. Dla większości osób wywodzących się z kultury Zachodu są to wartości jak najbardziej uniwersalne, służące wręcz jako kamienie probiercze do oceny jakości funkcjonowania państw czy, szerzej, obszarów cywilizacyjnych. Zastrzeżenia mówiące, że ów uniwersalizm wcale nie jest tak bardzo "uniwersalny" dla państw leżących chociażby w całkowicie odmiennej kulturowo Azji, uznawane są najczęściej za przebiegłe maskowanie brzydkich skłonności dyktatorskich czy fundamentalistycznych.








*** ROBERT KAGAN - KOWBOJE I BARMANI
Gazeta Wyborcza - 2002/08/17-18

...W odniesieniu do najważniejszych strategicznych i międzynarodowych problemów współczesności Amerykanie są jakby spod znaku Marsa, a Europejczycy - Wenus. W niewielu sprawach zgadzają się i coraz mniej rozumieją się nawzajem. I nie jest to przejściowy efekt jednych wyborów w USA albo jednego tragicznego zamachu. Przyczyny transatlantyckiego podziału są głębokie, zadawnione i zapewne trwałe. Kiedy trzeba określić narodowe priorytety, rozpoznać zagrożenia, kształtować i wprowadzać w życie politykę zagraniczną i obronną, drogi Stanów Zjednoczonych i Europy rozchodzą się.








*** JAN SKÓRZYŃSKI - Amerykańska potęga i europejski raj
Rzeczpospolita - 24.05.03

...Świat Europejczyków to królestwo Kantowskiego wiecznego pokoju, w którym obowiązują reguły negocjacji, kooperacji i prawa międzynarodowego. Świat Amerykanów to Hobbesowska kraina, gdzie rządzą prawa dżungli, a bezpieczeństwo liberalnego porządku zależy od siły militarnej. Amerykanie zatem są z Marsa, a Europejczycy z Wenus - już pierwsze zdania najnowszej książki Roberta Kagana "Of Paradise and Power" dają zarys odpowiedzi na pytanie o źródła transatlantyckich podziałów, które z taką siłą ujawniły się w ostatnich miesiącach.








*** STEPHEN G. BROOKS, WILLIAM C. WOHLFORTH - Mocarstwo na wieki
Foreign Affairs - lipiec/sierpień 2002

...Aby zrozumieć do jakiego stopnia dominującą pozycję Stany Zjednoczone mają teraz, należy się przyjrzeć kolejno każdemu ze standardowych składników ich narodowej potęgi. W 2003 r. USA są gotowe przeznaczyć na obronę kwotę większą niż 15-20 krajów, które łącznie ponoszą największe wydatki na zbrojenia łącznie. Stany Zjednoczone mają druzgocącą przewagę w broni nuklearnej, lotnictwie wojskowym, marynarce wojennej, a także dysponują możliwością wykorzystywania swojego potencjału na całym globie. 









*** DANIEL KRUGER - Kolonializm oświecony
The Spectator - 15.03.2003

...Z wolna, niepostrzeżenie, nabiera kształtów nowa doktryna międzynarodowa, wypowiadana zrazu nieśmiało z teksańskim akcentem. To doktryna interwencji humanitarnej albo - by użyć właściwszego określenia - neokolonializmu. Tę doktrynę przenika niezachwiana wiara w uniwersalność zasad wolności i sprawiedliwości. Jest ona wyrazem naszego poczucia, że każdy - a nie tylko ludzie Zachodu - ma prawo do życia w przyzwoitym państwie, a Zachód musi każdemu pomóc ten stan osiągnąć. W szczególności zaś owa doktryna wypełnia treścią dotychczasowe pustosłowie tak zwanej etycznej polityki zagranicznej.











*** ADAM SZOSTKIEWICZ - Wojna już trwa
POLITYKA - nr 12/2003

...To Perle uchodzi za ojca chrzestnego obecnej polityki Ameryki wobec reżimu Husajna. "Małym Perlem" jest Frank Gaffney, szef fabryki mózgów Center for Security Policy (Centrum Polityki Bezpieczeństwa) - autor "doktryny Busha", wedle której Ameryka ma prawo i obowiązek interweniować, nawet prewencyjnie, w obliczu zagrożeń ze strony reżimów autokratycznych, od Iraku przez Libię po Kubę. A Robert Kagan z fundacji Carnegie dołożył do tych idei swoją teorię o "Amerykanach z Marsa" i "Europejczykach z Wenus", czyli o fundamentalnej sprzeczności amerykańskiej i europejskiej wizji polityki międzynarodowej. Kagan uważa, że tylko siła jest skuteczną gwarancją demokracji i ładu w świecie.








*** CHARLES A. KUPCHAN - Koniec Zachodu?
The Atlantic - listopad 2002

...Nadchodzące starcie USA i UE nie będzie w niczym istotnym przypominało wyniszczającej zimnej wojny. Nie dojdzie wprawdzie do żadnej konfrontacji militarnej, ale amerykańsko-europejski wyścig rozciągnie się daleko poza granice sfery handlu. Europejski Bank Centralny i Fed będą skazane na walkę o kontrolę międzynarodowych rynków finansowych. Waszyngton i Bruksela niemal na pewno zetrą się, szukając wpływów na Bliskim Wschodzie. Opierając się amerykańskim odruchom przywódczym, Europa sparaliżuje Bank Światowy, ONZ i inne instytucje powstałe po II wojnie w klimacie transatlantyckiej kooperacji. Niegdyś spójny i jednolity Zachód jest dzisiaj na najlepszej drodze do rozpadu na dwie połowy.










*** IRENA GRUDZIŃSKA-GROSS - Anty-Europa w Ameryce
Tygodnik Powszechny - 2003-02-25

...Prawicowy periodyk "The American Heritage" nie wyśmiewa już (na razie?) byłego prezydenta Billa Clintona czy lewicowych kręgów intelektualnych z Nowego Jorku, ale Francuzów. Dziennikarz piszący w tym piśmie nazywa ich, cytując Barta Simpsona z telewizyjnej kreskówki "The Simpsons", "sero-żernymi, skorymi do poddawania się małpami" (cheese-eating surrender monkeys). W ferworze nawoływania do wojny były liberał Christopher Hitchens nazwał prezydenta Francji Jacquesa Chiraca "szczurem, który ryknął" (w również prestiżowym "Financial Times"). Obraz jest następujący: Francuzi handlują z Irakiem, popierają Palestyńczyków, zazdroszczą Ameryce. Więcej: są też zwykłymi antysemitami. Ostatni "The New Yorker" podsumowuje tę sytuację rysunkiem, na którym George W. Bush, Colin Powell i Condoleezza Rice pochylają się nad mapą z Paryżem w centrum i planują le changement de régime we Francji.










*** ARUNDHATI ROY - Rozwalmy ten wehikuł
The Guardian - 4.04.2003

...Po skorzystaniu z usług ONZ-owskiej dyplomacji (sankcje i inspekcje) aby rzucić Irak na kolana, wygłodzić jego ludność, zabić pół miliona dzieci, nadwerężyć infrastrukturę i zniszczyć większość irackiego uzbrojenia, tak zwana Koalicja Chętnych (szerzej znana jako Koalicja Zastraszonych i Przekupionych) najechała ten kraj. To akt niezrównanego w dziejach tchórzostwa. Operacja Iracka Wolność? Bynajmniej. Bardziej pasuje formuła: "Pościgajmy się, ale najpierw przetrącę ci nogi".









*** Aleksander Smolar - Stary Kontynent i nowe kłopoty - wywiad
Gazeta Wyborcza - 28-02-2003

...Ktoś powiedział, że Francja to Republika plus polityka zagraniczna. Problem obecności i roli Francji w świecie, jej wielkości, odgrywa w zbiorowej wyobraźni Francuzów niesłychanie ważną rolę. Niemcy, gdy chcą coś ironicznie powiedzieć o nich, mówią: la Grande République - Wielka Republika. Strategii wielkości służyła decyzja o budowie własnej bomby atomowej. Z pełną świadomością, że może ona odegrać wobec arsenału dwóch mocarstw co najwyżej rolę zapłonu, ale zapłonu, który mógłby wywołać wielki pożar!








*** PAUL JOHNSON - Panują, bo muszą
"The New Criterion" - 2003

...W rzeczywistości Amerykanie byli nastawieni bardziej imperialistycznie niż Anglicy. Wszystkie stany na południe od Nowej Anglii uznawały swe zachodnie granice za niezdefiniowane i przyjmowały, że przebiegające równoleżnikowo linie podziału między poszczególnymi koloniami ciągną się przez cały kontynent aż do Pacyfiku. Kiedy powstały Stany Zjednoczone, a ogrom ich obszaru stał się dla wszystkich widoczny, praktyczne potrzeby administracyjne spowodowały utworzenie nowych stanów. Jasne jest jednak, że idea "oczywistego przeznaczenia" - czyli quasi-religijnego prawa angielskojęzycznych osadników do zajęcia całego kontynentu - istniała w zarodku o całe stulecie wcześniej, nim określenie to zostało ukute. I musiało upłynąć dużo czasu, nim wszyscy Amerykanie uznali prawo Kanady i Meksyku do współistnienia z ich unią, uświęconą jakoby przez czynniki historyczne, polityczne, ekonomiczne, religijne i geograficzne.








*** PIOTR GILLERT - Koniec pewnej historii
Rzeczpospolita - 29.04.2006

...Głównie za sprawą publicystyki Williama Kristola i Roberta Kagana, którzy od połowy lat 90. zaczęli promować znacznie bardziej agresywną niż poprzednicy wersję neokonserwatyzmu, zwaną przez niektórych krytyków wilsonizmem na sterydach. Kreśląc zarys twardej polityki zagranicznej nawiązującej do czasów Reagana, Kristol i Kagan twierdzili, że Ameryka powinna stać się "dobroczynnym hegemonem" - aktywnie promować rozwój demokracji na świecie, stawiać czoło dyktatorom, a gdzie nadarza się okazja, obalać reżimy, by otwierać drogę demokratycznym przemianom. Ich wiara w moc sprawczą międzynarodowych traktatów i organizacji była niewielka. Ameryka miała polegać przede wszystkim na sobie samej i nieodwracalnych procesach historycznych. Neokonserwatyści zaczęli wierzyć, że demokrację da się ożywić, usuwając siłą tłumiące ją bariery. Że amerykańskie ideały nie muszą być wcale sprzeczne z amerykańskim interesem narodowym. Po 11 września 2001 r. ich poglądy zyskały w Białym Domu i Pentagonie wielu nowych zwolenników.


 

 

 





POLSKA?





*** Czy Polska jest już mocarstwem? - przegląd prasy
FORUM - maj 2003 r.


...Jedni nam kadzą, drudzy z nas szydzą Polska - najemnikiem na żołdzie USA, warszawski szpagat, bezczelny przyjaciel, osioł trojański, spekulanci, byli grzeczni, to dostaną cukierka. Dawno w prasie zagranicznej nie było tylu inwektyw pod adresem Polski. Nasz udział w wojnie w Iraku u boku Ameryki wywołał we Francji i w Niemczech irytację. Z innej jednak strony - Polska od dawna nie miała takiej widoczności politycznej na scenie międzynarodowej jak dziś.







*** MACIEJ ŁĘTOWSKI - Unijna w formie, jagiellońska w treści
Gazeta Wyborcza - 2002-10-12/13


...Za pieniądze Ameryki i Brukseli, po części także w ich interesie, uboga Polska może zapewnić sobie status ponad obecną miarę - status potęgi regionalnej. Co więcej, nasze otoczenie oczekuje tego od Polski. Oczekuje misji cywilizacyjnej i stabilizacyjnej, pod jednym wszakże warunkiem - że będzie ona prowadzona nie pod sztandarami polskimi, lecz unijnymi. Unia jest wędzidłem nałożonym na Niemcy. Takim samym wędzidłem będzie dla Polski. Będzie chronić naszych wschodnich sąsiadów i przyjaciół przed arogancją i ekspansją "polskich panów".






*** ALEKSANDER HALL - Wspólne interesy i własne zdanie
Rzeczpospolita - 24.05.2003


...Polska musi uważnie przyglądać się nowym tendencjom w polityce zagranicznej Ameryki. Pozostawanie lojalnym sojusznikiem nie musi oznaczać bezrefleksyjnego podążania za każdym pomysłem potężnego partnera. Z pewnością nie leży w polskim interesie narodowym, by USA zdecydowały się na zbyt rozciągliwe traktowanie doktryny Busha. Groziłoby to uwikłaniem Polski w konflikty rozgrywające się w odległych od nas częściach świata i zapewne prowadzące do eskalacji napięcia między cywilizacjami.






*** ANDRZEJ STASIUK - Król Ubu idzie na wojnę
Frankfurter Allgemeine Zeitung - 8.05.2003


...Łatwiej jest wygrać wojnę niż myć się regularnie, nie kłamać, nie kraść, być uczciwym w interesach, powściągać zawiść i nienawiść i ciszej przeklinać na ulicach.







*** JACEK ŻAKOWSKI - Minister spraw słusznych i przegranych
Polityka - 07/2004

...Amerykanie nigdy takiego celu oficjalnie nie sformułowali, ale zwolennicy integracji mogli z wypowiedzi Haassa zrozumieć, iż niejawny cel jest realizowany z obawy, że zintegrowana Europa będzie na tyle silna, by wymknąć się spod kontroli, efektywnie konkurować z globalnym mocarstwem (przedsmak daje konkurencja dolara i euro oraz wygrany przez Unię spór o handel stalą), a kiedyś może nawet stać się konkurencyjnym mocarstwem. Dążąca do integracji Europa jest więc podejrzliwa i czujna. Nasłuchuje i wypatruje. Szuka objawów inspirowanej z Waszyngtonu kampanii "dezintegracyjnej". A w świetle naszych deklaracji o specjalnych stosunkach polsko-amerykańskich polska polityka analizowana jest szczególnie uważnie.






*** ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI - Zmiana klimatu - POLSKA, NIEMCY, EUROPA
Rzeczpospolita - 13.03.2004

...W stosunkach z Niemcami przez wiele lat robiliśmy wrażenie, że gotowi jesteśmy do okazania bez zastrzeżeń skruchy, że wstydzimy się zajęcia "ziem uzyskanych", jak lubiła je kiedyś nazywać "demokratyczna opozycja", i wypędzenia z nich niewinnej ludności. Nikt nie chciał także być podobny do Mrożkowego bohatera i ośmieszać się niesalonowym przypominaniem, ilu nas wybito, co nam spalono, zniszczono, zrabowano. To, że na przykład kwestia własności nie jest do końca załatwiona, uchodziło za wymysł Radia Maryja. Dopiero sprawa Centrum przeciw Wypędzeniom sprawiła, że uświadomiliśmy sobie, iż polsko-niemiecka wspólnota wartości i interesów jest nader wątła i oparta na niedopowiedzeniach. Obraz Niemiec przedstawiany w polskich mediach zmienił się gwałtownie - tak jakby chodziło o rozbieżności, które pojawiły się wczoraj. Zdumieni i oburzeni są także Niemcy, zdezorientowani tą nagłą zmianą tonu tak dotąd otwartych, pojednawczych i zdolnych do empatii Polaków.












AFERA RYWINA

czyli

MIĘDZY ŚWINIAMI

albo też

PRZEPUSTKA DO IV RP

 

 







*** Paweł Smoleński - Ustawa za łapówkę czyli przychodzi Rywin do Michnika
Gazeta Wyborcza - 26-12-2002

Rapaczyńska: - Trzęsło mną z obrzydzenia. Przecież Rywin musi wiedzieć, że taka propozycja jest dla mnie i dla Agory po prostu uwłaczająca. Jak ktoś odważył się przyjść do nas z czymś tak odrażającym! Myślałam: jeśli tak ma wyglądać świat polskiego biznesu, jeśli z propozycją łapówki można przyjść do firmy, która zawsze była poza podejrzeniem, jeśli w korupcję angażują się ludzie na takich stanowiskach, to finis Poloniae.

Adam Michnik: - Jakby strzelił we mnie piorun. Pierwszy raz w życiu zaproponowano mi coś takiego. Nie rozumiałem, że można złożyć taką ofertę, że robi to Rywin, którego przelotnie znałem i wiedziałem, że jest człowiekiem, by tak rzec, z towarzystwa, że powołuje się na nazwisko Millera. Słowem - nie rozumiałem nic.



 

 





*** Przychodzi Rywin do Michnika - pełny zapis rozmowy
Rzeczpospolita - 2003.01.18

Lektura tej rozmowy wymaga wielkiej cierpliwości, tak jak i powieści Masłowskiej, z powodu mało zrozumiałego knajackiego stylu. Ale wysiłek zostaje nagrodzony - choćby to familiarne zakończenie - tak mi przykro Adasiu, że przyniosłem ci taki mesedż...


 

 






*** Kuroń o sprawie Rywina
Gazeta Wyborcza - 12-01-2003

...Z całą stanowczością trzeba teraz zabrać się za wyjaśnienie wszystkich okoliczności sprawy, za znalezienie rzeczywistych mocodawców Rywina. Wszystkie inne wątki, które można tu wysnuwać, siłą rzeczy schodzą na drugi, jeśli nie na ostatni plan. Każde inne podejście jest bowiem robieniem szumu wedle zasady "łapaj złodzieja" preferowanej przez weterana lwowskiej szkoły doliniarzy Józefa Kalinkę.


 

 








*** Wojciech Maziarski, Michał Karnowski - Polityka sięgnęła bruku
Newsweek POLSKA - 02/2003

...Ci ludzie nie boją się kompromitacji i społecznego potępienia. I słusznie - bo jak wykazała praktyka, od sankcji społecznej groźniejsza jest dla nich zemsta ze strony partnerów ze świata przestępczego. W końcu to nie społeczny ostracyzm przerwał polityczno-finansową karierę Jacka Dębskiego, lecz strzały oddane przez wynajętego bandziora. Opinia publiczna nie była nawet specjalnie zdziwiona, że w chwili zabójstwa były minister i biznesowy partner gangsterów jadł kolację w knajpie z luksusową dziwką i znanym dziennikarzem. To w końcu normalne. Taki jest skład społeczny elit III Rzeczypospolitej.

 

 








*** MACIEJ RYBIŃSKI - Przychodzi Lew do Adama
Rzeczpospolita - 2002.12.30

...Sfrustrowałem się tak, bo przecież cała afera, ujawniona przez "GW", ma charakter towarzyski. Do Adama przyszedł Lew i się ucałowali. Potem Adam nagrał Lwa na taśmę i poszedł z tym do Leszka. Ucałowali się. Leszek posłuchał, co na taśmie Adama mówi Lew i stwierdził, że Lew zwariował i nie będą się więcej całować. W całej sprawie uczestniczyli jeszcze: Wanda, Piotrek, Robert i Włodek, którzy - niewykluczone - też się ucałowali.

 

 









*** Ryszard Bugaj - Narodziny oligarchii
Rzeczpospolita - 6 stycznia 2003

...Cała ta sprawa stanowi jeszcze jeden powód, by zastanowić się nad naturą systemu, w którym żyjemy. Formalnie mamy demokrację parlamentarną, ale wielu ludzi uważa, że to tylko parawan, za którym pociągają za sznurki wpływowi i uprzywilejowani. Szlachetni inteligenci ciągle jednak ostrzegają, by nie poddawać się spiskowej wersji historii. Rzeczywiście trzeba uważać, ale też niewiele z naszej historii można zrozumieć, jeżeli lekceważy się konszachty ludzi wpływowych.

 

 

 

 




*** ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI - System Rywina - z socjologii III Rzeczypospolitej
Rzeczpospolita - 2003.01.22

...Nie wiemy jeszcze, jak się cała sprawa zakończy, nie znamy wszystkich okoliczności. Na tyle jednak jesteśmy doświadczonymi obywatelami III RP, by zdawać sobie sprawę, iż za rok czy dwa też nie będziemy wiedzieli więcej. Może ktoś powiesi się w celi, kogoś wyłowią z Wisły, może kogoś zastrzelą, gdy będzie wchodził do samochodu, może zostanie opublikowana "biała księga", z której nic nie wyniknie. Najpewniej jednak unikniemy takich dramatów i wszystko okaże się tylko towarzyskim nieporozumieniem, spowodowanym krótkotrwałą niedyspozycją psychiczną.

 

 






*** Paweł Śpiewak - Koniec złudzeń
Rzeczpospolita - 2003.01.23

...Język Rywina i Michnika jest jędrny, rzeczowy. Nie ma tu dwuznaczności, duserów, którymi karmi się obcych. Mowa jest pozbawiona wszelkich naleciałości języka oficjalnego i politycznie poprawnego. Od początku do końca intencje obu rozmówców są jasne. Nie tylko przejrzysty jest sens wypowiedzi, ale również klarowny jest sposób myślenia. Wszystko jawi się jako gra, w której chodzi o wpływy i pieniądze. Żadnej taniej moralistyki, wynoszenia się ponad przeciętność. Gra wymaga pieniędzy, znajomości (Robert, Andrzej, Leszek i wiele innych postaci) i chodzi w niej tylko o jedno: o skuteczność. Nie wolno dać się wykuglować. Wszystko ma być czyste dla maluczkich.

 

 

 




*** IRENEUSZ KRZEMIŃSKI - Kryzys państwa - kryzys społeczeństwa
Rzeczpospolita - 2003.03.17

...Milczą kręgi uniwersyteckie. Milczą intelektualiści różnego kalibru, chociaż ta naukowo-intelektualna czołówka inteligencji była niedawno jeszcze zaczynem społecznego, obywatelskiego przebudzenia. Milczą zresztą środowiska inteligenckie i rozmaite towarzystwa, od zawodowych po regionalne, które tak często organizowały opinię publiczną i były jej wyrazicielem w ważnych kwestiach. Trwają teraz w letargu, choć ich działaniu nie zagrażają ani cenzura, ani tajna policja. Co najwyżej garstka działaczy stara się podtrzymać trwanie stowarzyszeń, jak jest choćby w przypadku Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Unia Wolności, partia, która wyrosła z owego obywatelskiego potencjału, jest w stanie rozkładu i zaniku.

 

 

 







*** JACEK ŻAKOWSKI - Afera towarzystwa
POLITYKA - 05/2003

I już wiadomo czemu Żakowski odszedł z "GW"

Swoją drogą wezwanie do ascezy formułowane przez prezydenta Kwaśniewskiego jest raczej z pogranicza kabaretu, i tak właśnie zostało przez prasę skomentowane.

 

 








*** Paweł Śpiewak - Dlaczego IV Rzeczpospolita?
Res Publica - kwiecień 2003


...Dominanta czynnika korupcyjnego w polityce i głębokie skażenie nieefektywnością instytucji państwa połączone z zapaścią gospodarczą, rosnącym bezrobociem prowadzi ku próżni władzy. Okazuje się, śmiem sądzić, że partie i politycy zarówno obozu rządzącego, jak i opozycji, choć dysponują formalnymi uprawnieniami, tracą możliwość rządzenia i decydowania o sprawach istotnych.

 

 








*** Zdzisław Krasnodębski - Pożegnanie z III Rzeczpospolitą
Rzeczpospolita - 10.09.2005


...Razem z sekretarzami odchodzą także postsolidarnościowi twórcy III RP. Na listach wyborczych PD można znaleźć nazwiska uosabiające jej historię. Śladowe poparcie dla tej partii zmienia te listy w polityczne nekrologi. To, że Unia Wolności zakończy swoją trajektorię, rozpoczętą ROAD-em i Unią Demokratyczną jako demokraci.pl z Hausnerem i Belką, jest szokujące nawet dla tych ludzi "Solidarności", którzy dawno wybrali inne polityczne drogi. Któż byłby w stanie przewidzieć tak żałosny koniec legend naszej młodości?

 

 










*** SŁAWOMIR MIZERSKI - Towarzystwo spółka akcyjna
Polityka - nr 15/2003

...W Towarzystwo nie wystarczy wejść, trzeba się w nim także umieć poruszać. Istnieje cały konglomerat znaków, gestów i słów pokazujący pozycję różnych osób w hierarchii Towarzystwa. Ta pozycja bywa płynna, zmienia się, dlatego ruch na scenie towarzyskiej należy umieć obserwować. Każde kolejne przesilenie rządowe jest jak włożenie kija w mrowisko. Powstaje chaos, w Towarzystwie robi się nerwówka, dzwonią telefony, wszyscy chcą ustalić, kto spada, a kto teraz będzie ważny.



 

 






*** PIOTR PYTLAKOWSKI - Prześwietlanie kliszy
Polityka - 10/2003

...Niedawno tygodnik "Wprost" napisał o najdroższym w dziejach polskiej kinematografii filmie, za pomocą którego miano sfinansować kampanię wyborczą 2001 r. (nie podano partii, na którą film miał zarobić, ale z kontekstu wynikało, że to SLD). Przytoczono opinię, że ową kampanię "sfinansowali pierwsi chrześcijanie". Podano też przykład możliwości tworzenia lewej kasy na politykę - jeżeli spłoną dekoracje, w protokole zniszczenia można wpisać dowolną sumę: milion złotych, półtora.
Najdroższą produkcją był film "Quo vadis" - kosztował ponad 17 mln dol. W trakcie realizacji doszczętnie spłonęło wybudowane w podwarszawskim Piasecznie Forum Romanum. Pożar, początkowo inscenizowany, wymknął się spod kontroli. Producent podawał, że koszt budowy tej dekoracji wynosił ponad 1 mln dol. Chełpił się, że za takie pieniądze powstają w Polsce całe filmy.

 

 








*** JOANNA SOLSKA, ADAM GRZESZAK - Państwo to Jan
Polityka - 17/2003

...Michel Bon, były prezes France Telecom, opowiadał kilku osobom na nieoficjalnej kolacji o spotkaniu w gabinecie ówczesnego ministra łączności Tomasza Szyszki. Oprócz ministra był tam Kulczyk i Bon. Kiedy pojawiły się jakieś nieprzewidziane problemy, Jan Kulczyk ostro zrugał Szyszkę, po czym zadzwonił do ówczesnego premiera Jerzego Buzka i wezwał go na spotkanie. Premier stawił się niezwłocznie. Prezes France Telecom był pod wrażeniem i nie miał już wątpliwości co do hierarchii ważności wszystkich obecnych.



Sytuacja, kiedy Kulczyk opieprzał ministra skarbu Kaczmarka w obecności premiera Millera nie jest wcale wyjątkiem. Tak samo postąpił Adam Michnik w listopadzie 2002 r., tym razem była to interwencja w sprawie sprzedaży (nie temu co trzeba) Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych.

O rozległych wpływach Doktora świadczy fakt, że po publikacji "Polityki" tygodnik "Wprost" replikował tekstem, w którym chwalił poparcie państwa dla biznesu.

 

 







*** Bolesław Sulik

Kilka tekstów o człowieku, który według barwnego określenia Adama Michnika "przez całe życie był przyzwoitym człowiekiem, a na starość dał dupy". Postać ta to dowód, że "system Rywina" zasadniczo tworzą ludzie SLD, ale i dla osób z kręgów opozycji coś skapnie.

 

 










*** JERZY PILCH - Saddam Husajn i dr Zbrojewska
POLITYKA - 12/2003

...Poseł numer jeden: - Dziękuję panie przewodniczący. Panie krwawy dyktatorze szanowny, mam przed sobą billingi pańskich rozmów telefonicznych za miesiąc wrzesień i z tych billingów wynika, że z panem Osamą ibn Ladenem 11 września rozmawiał pan siedemdziesięciosiedmiokrotnie, ostatnia z tych rozmów miała miejsce o godzinie dziewiątej czterdzieści, czy pan pamięta, o czym panowie rozmawiali tego dnia i o tej godzinie?

Wprost arcydzieło. Pilch załatwia się tu i z pacyfistami i z Czarzastym, i Nałęczem i tymi bidnymi kobiecinami z Komisji.

 

 

 

 

 


*** Jarosław Marek Rymkiewicz - "Warszawa Śródmieście - Milanówek godzina 23.42"

Artysta (nagroda "Nike" z 2003 r.) wypowiada się z niechęcią o trywialnej jego zdaniem rzeczywistości. Elementem tej doczesności jest afera Rywina ("we krwi trup Michnika"), ale nie jest to Boże broń wiersz polityczny.

 

 











*** NAGŁY UPADEK ADAMA M. - antologia tekstów

Paradoksalnie, po ujawnieniu afery Rywina nastąpiła dyskredytacja i "Gazety" i Michnika i AGORY. Najmocniej stracił na tym sam Michnik, najwyraźniej przygotowany na zupełnie inny scenariusz - dzielny moralista demaskuje układy. Naraz Michnik, jako symbol powiązań polityczno-finansowych stał się poważnym obciążeniem dla "Gazety Wyborczej".

Impertynencki tekst Krzysztofa Kłopotowskiego wydrukowany na łamach poważnej "Rzepy" uzmysławia, jak bardzo wszyscy mają dość obywatela M. No, może z wyjątkiem Pawła Smoleńskiego i Lesława Maleszki.

 

 

 

 

 





ZBLATOWANI - POLITYCY, BIZNESMENI

DZIENNIKARZE ?

***Adam Michnik - Janina Paradowska

Rzeczywiście przebąkuje się co jakiś czas o korupcji wśród dziennikarzy zajmujących się farmaceutykami, motoryzacją czy ekonomią. Ale wyższa półka? Wielką "zaletą" Rywingate jest ukazania na światło dzienne owej socjologii III RP, która już teraz (1 III 2003) wygląda makabrycznie. Oto redaktor naczelny największego dziennika idzie, na zlecenie premiera cenzurować wywiad przeprowadzony przez Dziennikarza Roku 2002. Oto Dziennikarz Roku poprzedniej edycji Kamil Durczok staje się drobnym fagasem TVP, osobiście odbierającym polecenia od prezesa Kwiatkowskiego. Oto wspomniany redaktor naczelny, wielki moralista idzie z interwencją do "najwyższych czynników państwowych" w sprawie "niesprawiedliwego potraktowania" Agory S.A. w przetargu na prywatyzację WSiP. 

Białoruś? Gwatemala?

 

 










"System Rywina" w aspekcie wymiaru sprawiedliwości

 

 




*** Jak się łapie biznesmena - Michał Matys, Ewa Milewicz
Gazeta Wyborcza - 11.03.2003

- Gdy przebywałem w areszcie, 22 maja 2002 r. moja żona została napadnięta przez brygadę antyterrorystyczną. Wyrzucono ją z samochodu i skuto. Do skroni przystawiono jej nabitą broń. Wypuszczono po kilku godzinach. Zanim to nastąpiło, była inwigilowana - opowiadał. - Użyto wobec niej podobnej liczby policjantów jak podczas głośnej akcji w Magdalence. To wszystko odbiło się na jej zdrowiu, bo trzy miesiące wcześniej urodziła dziecko. Ówczesny rzecznik prasowy policji tłumaczył, że żadne zatrzymanie nie jest przyjemne i jeśli policja nas dotąd nie przeprosiła, to on może to zrobić.

 

 




*** Edward Mazur a zabójstwo generała Papały

- Tu chodzi po prostu o to, by ochronić jednego z potencjalnych podejrzanych, Edwarda M., bliskiego znajomego Papały i ludzi z kierownictwa SLD - powiedział nam urzędnik resortu sprawiedliwości.
Inny rozmówca, poseł interesujący się tą sprawą, dodaje nieoficjalnie, że z ministerstwa płyną intensywne naciski, by zatuszować wątek zleceniodawcy zabójstwa Papały. - Chcą zastraszyć wykonawcę zlecenia, by wycofał się z zeznań obciążających biznesmena - mówi poseł. - Edwarda M. chroniły układy - uważa nasz rozmówca z resortu sprawiedliwości.










ZAGADKA DZIAŁAŃ "GAZETY WYBORCZEJ"


Niepublikowanie afery przez pół roku, milczenie w sprawie efektów śledztwa i to intensywnego, według słów samego Michnika, wreszcie ten okropny klimat "moralnego potępienia krytykantów" spowodował lawinę podejrzliwości. Jak wytłumaczyć decyzję o publikacji sprawy Rywingate - wszakże bardzo kompromitującą samą "GW" i Michnika? Bezgraniczna megalomania i narcyzm środowiska "GW" i samego Michnika - wyobrażenie, powstałe pewnie wskutek różnych skutecznych akcji w przeszłości (wywiad Kiszczak-Michnik, Maleszka-Ketman niby usunięty z redakcji a decyzją Michnika piszący teksty pod pseudonimem itp. itd.), że uda się narzucić ogółowi dziewiczy wizerunek "Agory" w całej sprawie? Potwierdzałoby to zachowanie "GW" już na początku stycznia 2003 r. - objawianie na łamach pisma "bezgranicznego oburzenia i niesmaku" na reakcję mediów wątpiących w sprezentowaną wersję. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale chyba naprawdę "GW" tak skutecznie narzucała wcześniej metody potępienia "lustratorów, troglodytów i oszołomów", że efektem tego była zupełna alienacja - redakcja najwyraźniej uwierzyła, że zmobilizowany Dżeki Kuroń ze swym krytycznym wystąpieniem wobec "niemoralności" krytykantów całkowicie wystarczy.

Można przedstawić dwie wersje działań AGORY, a może raczej Michnika.

Wersja "zblatowani" - tu za dowody mamy rzeczywiście przygnębiający fakt towarzyskiego zblatowania Michnika "ze wszystkimi" - chlanie wódy z Urbanem, chęć stania się guru obozu SLD, wreszcie te porażające słowa z wywiady dla Vivy - "mój przyjaciel Jurek Starak". Mamy także spółkę AGORA SA grającą ostro na rynku mediów, spółkę świadomą, że kupno ogólnopolskiej TV będzie dla niej historycznym przełomem. Wszystkie te fakty mogą tłumaczyć tę zadziwiającą presję - w sprawie Rywina istotni są Kwiatkowski i Czarzasty, ale nie Nikolski i Miller. Dać kopa SLD, ale lekkiego, żeby się całkiem nie obrazili, tylko nabrali szacunku.

Wersja "propaństwowi (prounijni)" - może i umoczeni w jakieś układy ludzie "GW" naraz rozumieją jaka jest cena spoufalenia się z władzą - dokładnie 17,5 mln $. Śledztwo reporterskie dowodzi, że Rywingate sięga szczytów władzy (Miller - Nikolski). A zegar unijny cyka... Jak zaprezentować aferę tak, by nie szukano sprawców zbyt głęboko? Efekty śledztwa do szuflady i "moralne oburzenie", które przecież jest ulubionym narzędziem "GW" na jakiekolwiek obiekcje. I to powtarzanie w każdym artykule - Miller niewinny, Miller szlachetny. Zapłacono ogromną cenę - wiarygodnością pisma. A i tak wszystko niepotrzebnie - i dowody bezpośrednie - śledztwo Komisji Sejmowej i dziennikarzy i pośrednie - działania prokuratury i "Trybuny" wskazują na tandem Miller-Nikolski.

W 2002 r. AGORA miała szansę przekształcić się z wielkiego, jak na polską skalę koncernu medialnego w giganta decydującego nie tylko na rynku medialnym, ale co ważniejsze kreującego świadomość społeczną. Tak by się stało po zakupie Polsatu i Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych. Taka perspektywa mogła zdemoralizować "szlachetnych". I tak, w świetle znanych faktów i poszlak się stało. Czy efekty "dziennikarskiego śledztwa" były hakiem na grupę trzymającą władzę, tak by komplikacje z ustawą medialną i zakupem WSiP rozwiązały się na korzyść AGORY? Tekst Smoleńskiego został opublikowany zaraz po decyzji (później odwołanej) o sprzedaży WSiP Muzie, firmie Czarzastego. Tak więc tylko wola SLD stworzenia własnego, konkurencyjnego koncernu medialnego uratowała AGORĘ od ostatecznej prostytucji, czyli wmontowania w strukturę oligarchiczną.

Czy Lew Rywin uratował duszę Adama Michnika?










Co zostało po IV RP









*** Jarosław Marek Rymkiewicz - Kaczyński ugryzł żubra - wywiad
Rzeczpospolita - 25.08.2007

...Przychodzi mi do głowy jeszcze takie porównanie. Polska to był taki wielki ospały żubr śpiący pod drzewem w Puszczy Białowieskiej. Zresztą Polska drzemiąca lub zabawiająca się pod drzewem, najlepiej pod lipą, to jest stary archetyp polskiej poezji - wymyślił go Kochanowski, pojawia się w "Epilogu", którym miał kończyć się "Pan Tadeusz", mamy go też w ostatnim przedwrześniowym wierszu Władysława Sebyły, w którym Polska zwraca w cztery strony świata swoje cztery posępne twarze Światowida i oczekuje nadejścia swoich dwóch wielkich wrogów. Słychać już "tupot nóg sołdackich", a Polsce marzy się "pod gałęziami lip biesiada". Piękny wiersz. Ale do rzeczy. Otóż ten wielki białowieski żubr spał sobie słodko (lub spał dręczony okropnymi snami) gdzieś na polanie w głębi puszczy i sen jego, podobny śmierci, mógłby trwać jeszcze wiele lat - gdyby Jarosław Kaczyński nagle nie ugryzł go w dupę. Żubr, ugryziony przez pana premiera, podniósł głowę, potrząsnął rogami, ryknął i popędził. Dokąd, tego nikt nie wie. Ale galopuje, pędzi ku swoim nieznanym, dzikim przeznaczeniom. Polska poruszyła się, została poruszona - jest coraz inna i będzie jeszcze inna. To już nie jest sen pod lipą, to już nie jest podobny śmierci sen stanu wojennego, to już nie jest omdlenie lat dziewięćdziesiątych. Właśnie dlatego wszystko, co zrobił i co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre. Ugryzł żubra w dupę i to czyni go postacią historyczną.

 

Niesłychanie złośliwie tę "metaforę" rozwinął Jerzy Pilch, w jego felietonie: Kaczyński skrada się do żubra, który leży, popierduje z zadowolenia, naraz Jarek gryzie go w dupę, przerażony żubr z rykiem pędzi przez knieje tratując co popadnie, pędzi ku swym nieznanym dzikim przeznaczeniom.

Polska w roli oszalałego żubra to IV RP, Kaczyński jako Piłsudski - akurat sam Jarosław był bardzo zadowolony z tej metafory.

 

Jarosław Kaczyńki jako Piłsudski? Zadziwiające porównanie, kiedy uwzględni się rolę Piłsudskiego w historii Polski jeszcze przed 1918 r. W przypadku Kaczyńskiego trwają intensywne badania nad zagadnieniem co robił przez kilka lat po 13 grudnia 1981, jak na razie niestety nie zostały uwieńczone sukcesem. Wspomnieć też należy o groteskowych cechach osobowości Kaczyńskiego jakoś nijak się mających do wielkości Józefa P. Mściwość i pamiętliwość - upokorzeń, nawet błahych Jarosław nigdy nie zapomina. Potrafił wypomnieć "Polityce" po kilkunastu latach, że swego czasu Passent uznał go za najbardziej chamskiego polskiego polityka. Podobno Jerzy Marek Nowakowski został wymieniony w sławetnym raporcie nt. WSI jako konfident tylko dlatego, że wyraził opinię, iż do koalicji PO-PiS nie dojdzie, bo bracia Kaczyńscy to psychopaci. Oczywiście musiał za to zapłacić. 

Jarosław K. bez żenady obnosił się w czasie swego premierowania z zachowaniami na miarę afrykańskich kacyków - zawsze eskortowany był przez kilka limuzyn i tłum goryli, takiej intensyfikacji ochrony po 1989 r. nie notowano. 

Czy Kaczyński to współczesny Piłsudski? Tylko jajogłowi mogli serio postawić taki problem. Ciekawsze jest pytanie, czym różni się Jarosław Kaczyński od Leppera? Uwzględniając wszelkie mentalne zmiany jakie zaszły u Jarosława od roku 1989 (znawcy twierdzą, że kolosalne) można zaryzykować tezę, że obecnie Kaczyński to Lepper, który naczytał się Carla Schmitta. 

 

 






*** Rymkiewicz: Męczeństwo krzepi - rozmawiał Mariusz Cieślik
Newsweek - 09 czerwca 2009

...Solidarność to była rzecz wielka. Ale dla naszego samopoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie są znaki hańby, lecz pomniki chwały. Przecież jesteśmy dumni z przywódców powstania styczniowego powieszonych na cytadeli. Przecież Romuald Traugutt to wielki bohater narodowy. Jaka szkoda, że ktoś taki nie pojawił się na początku lat 80. zeszłego stulecia i nie stanął na czele podziemnej Solidarności. Cała nasza przyszłość wyglądałaby wtedy inaczej.

 

 






*** Marek Nowakowski - Trzeba mówić, bo zakrzyczą - rozmowa
Rzeczpospolita - 08.09.2007

...Bo może to być ostatnia batalia. Jeśli wygrają te siły sprzymierzone dawnej Polski, i ci cwaniacy, i karierowicze polityczni, te ochłapy polityczne, które tu się wylęgły i które musiał użyć do sojuszu Kaczyński, i te mające interesy z tamtą "małą Polską", i ci wszyscy pragmatycy-wykształciuchy, to Polska będzie przegrana na dobre 20 lat. To znaczy, że znów będą tu dzikie pola, że nie ma w tej "małej Polsce", Polski jako racji nadrzędnej. Dlatego uznałem, że trzeba dać głos, bo inaczej nas zakrzyczą.

 

 






*** Sławomir Sierakowski - Zemsta radykała - Dlaczego Jarosław Kaczyński stał się populistą
Dziennik - Europa - 22 września 2007

...Kaczyński odepchnięty przez swoje pokolenie marcowo-korowskie skazany był na klęskę. Zarazem podobne doświadczenie spotkało niemal całe kolejne wstępujące pokolenie, które aspirowało do podmiotowego udziału w życiu publicznym - pokolenie stanu wojennego, dojrzewające w nihilizmie lat 80., odnajdujące się w konserwatyzmie lat 90. i reaktywnie sytuujące się na prawo od ojców założycieli III RP. Kaczyński mógł wrócić dopiero i zwyciężyć, stając na czele tego pokolenia, gdy dorobiło się ono silnego głosu w sferze publicznej. Kaczyński traci dziś poparcie tej generacji. Nie umiał bowiem zrealizować jej marzeń o Polsce, zrealizował tylko te dotyczące zemsty. Jest to już inny Kaczyński niż ten ambitny polityk prawicowy, którego poznać można w rozmowach z Teresą Bochwic, Teresą Torańską, wielu innych wywiadach i tekstach. Dzisiejszy Kaczyński jest mściwym populistą, który przewodzi pełzającemu buntowi społecznemu, przed którym kiedyś sam ostrzegał. Znane słowo "układ", w tym czasie straciło desygnat, a raczej zmieniło znaczenie i funkcję. Kaczyński używał go zawsze po '89 roku, ale kiedyś odnosiło się ono do rzeczywistych zjawisk uwłaszczenia nomenklatury, a dziś służy raczej za populistyczny wytrych mający tłumaczyć ludzkie problemy... Kiedyś Kaczyński chciał budować prawicę w Polsce, dziś potrafi się jedynie mścić na tych, którzy go kiedyś upokorzyli. Michnik wolał wówczas Kwaśniewskiego, dziś Kaczyński woli Rydzyka. Wygląda na to, że dopiero pozbycie się hipoteki III i IV RP, pozwoli zbudować w Polsce demokratyczną, pluralistyczną i cywilizowaną klasę polityczną.

 

Sierakowski zwraca uwagę na kwestię motywacji, jaka kierowała środowiskiem braci Kaczyńskich i samym Jarosławem. Czy kierowali się spójnym, pozytywnym programem politycznym, czy raczej resentymentem zrodzonym z osobistych upokorzeń? Wygląda na to, że IV RP była swego rodzaju wspólnotą poniżonych. Ostatnich kilkanaście lat było dla środowiska PiS (ale też licznej grupy intelektualistów i dziennikarzy) okresem krzywdy i poniżenia, w każdym razie oni tak to odebrali. Czasem nie tylko marginalizacji politycznej, ale prestiżowo-symbolicznej. IV RP miała być tryumfem, ale paradoksalnie, kompleks urażonej dumy jeszcze bardziej się utrwalił. Czym innym bowiem było to ciągłe wypominanie przeciwnikom przysłowiowego "Żoliborza" i "lepszego podwórka", ta niesłychana wrażliwość na dowcipy, na programy kabaretowe (Jarosław K. uznał, że przegrana Marcinkiewicza w Warszawie spowodowana była żartami "Szkła kontaktowego", zaś Adam Bielan uznał za współwinnych parlamentarnej klęski z 2007 r. Szymona Majewskiego i Kubę Wojewódzkiego)? Ziobro nie ukrywał swych kompleksów wobec środowiska prawniczego, szczególnie zaś prawników krakowskich. Chyba uroił sobie, że jako prawnik był nikim przed rokiem 2005 z racji zablokowania kariery przez krakowskich profesorów? Jarosław K. wielokrotnie wypominał upokorzenia jakich doznał od "łże-elity". Wiele wskazuje, że Ludwik Dorn też traumatycznie przeżywał niedocenienie jego intelektualnych aspiracji przez establiszment. Podobne żale wyrażali wielokrotnie Legutko, Ziemkiewicz, Wildstein, Michalski... Prościej byłoby wymienić ludzi utożsamiających się z IV RP, którzy nie cierpieli na kompleks poniżenia przez mityczny Salon i łże-elitę, lecz na tej liście znalazłby się chyba tylko jeden bezpretensjonalny Tadzio Cymański. 

Ale czy tylko kompleksy, czy już zaburzenia osobowości? Czołowi politycy IV RP to ludzie z zaburzeniami paranoidalnymi - Wassermann w TV Puls opowiadał, że wadliwą instalację elektryczną w jego wannie wykonano na zlecenie mafii paliwowej albo układu wiedeńskiego. Przypadku Macierewicza chyba nie trzeba komentować. I wreszcie Jarosław K. - jego specyficzne, dla osób postronnych zupełnie niezrozumiałe polityczne "chamstwo", opisane przez Rafała Matyję rządzenie jako "zarządzanie kryzysem". Trudno to interpretować w kategoriach politycznych, to raczej konsekwencja jakichś cech socjopatycznych Jarosława Kaczyńskiego. 

 






*** Michał Karnowski - Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kanclerzem IV RP
DZIENNIK - 2007-01-19

...Krótkie, ale twarde przemówienie. Wyraźny polityczny komunikat. I charakterystyczna reakcja sali, artystów i menedżerów kultury: postawa stojąca, gdy premier wchodzi, mocne oklaski, absolutna cisza i bezruch w czasie 10-minutowego wystąpienia. Dająca się wyczuć, tu i na innych spotkaniach, świadomość spotkania z politykiem, który jest w stanie narzucić innym swoją wolę. I nie ma w tym żadnej wielkiej sympatii, uczucia, zachwytu z widoku na żywo celebrities z telewizji. Nie ma też chyba, tu akurat, politycznej miłości.
To nowy ton w polskiej polityce. Wyraźnie różny od emocji, jakie budzili Aleksander Kwaśniewski czy Kazimierz Marcinkiewicz. Różny od miękkiej charyzmy Jerzego Buzka czy Józefa Oleksego. Jeśli już szukać podobieństw, to w intencjach podobny jest on do wrażenia, jakie chcieli wywoływać Leszek Miller czy Włodzimierz Cimoszewicz. Ale od Kaczyńskiego różniła ich ociekająca pompą oprawa.

 






*** WITOLD GADOMSKI - KONIEC REWOLUCJI MORALNEJ
Gazeta Wyborcza - 22/12/2007

...Wydana w 2007 r. książka Jarosława Marka Rymkiewicza "Wieszanie" trafiła na właściwy moment. Rymkiewicz twierdził, że gdyby Polacy ośmielili się w 1794 r. powiesić króla, staliby się nowoczesnym narodem, lepiej rozumiejącym politykę. Teza ta - absurdalna z historycznego punktu widzenia - spotkała się z żywym zainteresowaniem środowisk rewolucyjnej prawicy. Aż nadto widoczna była zawarta w niej aluzja do rozliczeń z dawnymi komunistami: zdrajców i łapówkarzy trzeba wieszać, choćby po to, by Polacy pozostali świadomym narodem. Rymkiewicz raz jeszcze stał się idolem rewolucjonistów, gdy w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" stwierdził: "Polska to był taki wielki ospały żubr śpiący pod drzewem w Puszczy Białowieskiej. Otóż ten wielki białowieski żubr (...) mógłby trwać jeszcze wiele lat - gdyby Jarosław Kaczyński nagle nie ugryzł go w dupę. Żubr ugryziony przez pana premiera podniósł głowę, potrząsnął rogami, ryknął i popędził. Dokąd, tego nikt nie wie. Ale galopuje, pędzi ku swoim nieznanym, dzikim przeznaczeniom". A zatem - mniej jest ważne, w którą stronę Polska zmierza, ważne, by rząd zmuszał ją do zmian. Oto kwintesencja rewolucji dla rewolucji.

 

Poparcie grupy intelektualistów dla IV RP to może zasługa programu politycznego PiS (lustracja, dekomunizacja, umocnienie struktur państwa) ale być może to także kwestia pewnych subtelnych paradygmatów zniewalających intelektualistów wszystkich czasów. Platońskich paradygmatów. Mocna władza, autorytarny przywódca, rewolucyjny projekt transformacji chorego społeczeństwa. Zapewne wierzyli w to i Sartre i Heidegger, pomijając różnice polityczne. Czy Ryszard Legutko chciał zostać Martinem Heideggerem braci Kaczyńskich?

Problem poparcia intelektualistów dla IV RP to uniwersalny problem intelektualistów tworzących uzasadnienia dla utopii lewicowych i prawicowych w wieku XX. Jak to się dzieje, że subtelne konstrukcje filozoficzne mogą tak znakomicie przesłonić skrzeczącą polityczną rzeczywistość czyli osobników z ponurymi mordami czających się w półmroku? Jak wielka musi być alienacja intelektualna ludzi wierzących, że rewolucja moralna dokona się z pomocą ludzi Samoobrony i Młodzieży Wszechpolskiej, czy zdolnych do tego, by ujrzeć w zakompleksionym pokurczu chodzącym z pistoletem po Sejmie nowego Piłsudskiego? Co może najbardziej kompromitujące dla, było nie było intelektualistów - poparcie dla IV RP było zupełnie bezkrytyczne. Ewolucja Rafała Matyji była absolutnym wyjątkiem, reszta "filozofów" wielbiła "republikę" do końca. Czyżby kolejna "hańba domowa"?

 

 






*** Zdzisław Najder - Manicheizm groźniejszy niż obłuda - rozmowa
DZIENNIK - "EUROPA" - 2007.30.06

...Jestem przerażony polityką zagraniczną IV RP. Odzyskanie MSZ oznaczało zdemolowanie polskiego aparatu dyplomatycznego. W tej chwili brakuje około 20 ambasadorów i to w ważnych państwach. A poza tym zastanawiam się, czy rzeczywiście Polska jest dziś bezpieczniejsza niż 2 lata temu. Nie, jest o wiele słabsza i bardziej zagrożona. Jest skonfliktowana prawie ze wszystkimi. Jeżeli rząd twierdzi, że wspierają nas w Europie Czesi, to trzeba przecież powiedzieć, że nawet Czesi na prawie żadnym polu - a zwłaszcza w dziedzinie polityki wschodniej - z nami dzisiaj nie współpracują. Mieliśmy przykład romansu z Anglią, jednak już pan premier Marcinkiewicz się przekonał, że Anglicy mogą powtarzać hasła podobne do naszych, ale to nie znaczy, że mają wspólne interesy i cokolwiek dla nas zrobią. To pani Merkel wyjęła z kieszeni niemieckich podatników dodatkowe 100 milionów euro i dała nam, bo ma z nami wspólne interesy. I Polska - w sytuacji, kiedy tu wystarczy wejść na drzewo, żeby zobaczyć, co się dzieje na Wschodzie - powinna działać na rzecz przyspieszenia i wzmocnienia integracji Unii Europejskiej, powinna występować z inicjatywami jednoczącymi i proponować na tym samym oddechu, w tym samym zdaniu działania zmierzające do dynamizacji wspólnej polityki zagranicznej zwłaszcza wobec Wschodu. To się bez Niemiec nie uda, Niemcy są tu potrzebne, a my konfliktujemy się z państwem, które nas pierwsze promowało w NATO, silnie nas popierało na drodze do Unii Europejskiej i daje nam najwięcej pieniędzy.

 

 






*** Rafał Matyja - Ujarzmianie Sytuacji - Przełom na niby
DZIENNIK - EUROPA - 22 września 2007

...Pozornie anachroniczny Kaczyński stał się politykiem doskonale współpracującym ze "spin-doktorami", surfującym na falach wzbudzanych przez niechętne mu media. Pod pewnymi względami osiągnął niemożliwe - utrzymał wysokie notowania partii, zbudował siłę z własnej słabości, wykorzystując rezonans skrajnych przeciwników. Ta władza nie przyniosła jednak trwałych skutków. Nie zbudowała trwałych instytucji. Stanowiła kontrapunkt ideowy i "narracyjny" do wszystkiego, co było przed nią. Nic więcej. W swym postmodernistycznym zamiłowaniu do trafnie opisanego przez Czesława Bieleckiego "słowoczynu" zostawiła puste, niezagospodarowane pole reform ustrojowych i instytucjonalnych. Tęskniąc za silną i aktywną władzą, za zdolną do wywiązywania się ze swych zobowiązań polityką, za sprawnym i sprawiedliwie urządzonym państwem pogubiła się w taktycznej walce z wpływem. Uczyniła z tej walki ideologię i cel, uczyniła z niej zasługę i tytuł do sprawowania władzy w przyszłości.

 

 






*** Dominika Wielowieyska - Co zostało po IV RP i PIS. Stronniczy przegląd prasy
Gazeta Wyborcza - 2008-10-07

...Zdaniem Krasowskiego nawet "Rzeczpospolita" i "Wprost", niesłusznie - jak pisze - uważane za propisowskie, nie bronią wcale tej formacji. "W obiegu inteligenckim ta partia przestała być punktem odniesienia. Kaczyński jest dziś królem półświatka, pasterzem sierot po Giertychu, Lepperze i Rydzyku... Dużo się mówi o jego zdolności do politycznego przetrwania. Mam odwrotny pogląd. Jest on typowym produktem politycznej koniunktury - wyniosła go w górę tyleż osobista wartość, co obecny popyt. Który minął. (...) PiS jest już tylko wydmuszką, wirtualnym bytem politycznym, który udaje życie dzięki budżetowej dotacji i talentom dwóch spin doktorów. Najbardziej uderzający w agonii tej partii jest jej styl i sens, a dokładniej mówiąc - brak tego sensu. PiS porażkę ponosi nie w starciu z przeciwnikiem, z lewicą, z układem, z SLD. Kaczyński umiera we własnym łóżku, nie tocząc żadnej wojny, upada, bo pod jego komendą nie chcą już służyć dawni żołnierze".

 

 






*** Andrzej Nowak - Dlaczego młodzi odrzucili Kaczyńskich - Lekcja Czwartej RP - wywiad
DZIENNIK - EUROPA - 5 stycznia 2008

...Młodzi są głupi i łatwo dają się ogłupić. Znaczna część tego miliona to bezwolna masa reagująca na impulsy elektroniczne, te rozsyłane SMS-y, zachęty do głosowania w wyborach, żeby "zmienić Polskę", nadawane nawet w telewizji publicznej. To masa reagująca na najbardziej skrótowe sygnały z kampanii negatywnej prowadzonej przez dwa lata przeciwko PiS. Zadziałały najprostsze mechanizmy socjotechniki połączone z niesłychanie płytkim rozumieniem życia publicznego, z płytkim zakorzenieniem w polskiej wspólnocie tej nowej "kohorty" wyborców. Jej mobilizacja była w istocie podobna do tej, jaka występuje w akcjach pokazywanych czasem w telewizji, kiedy na określoną minutę tysiące ludzi rzucają się do kupowania jakiegoś nowego gadżetu albo godzą się wystąpić nago w jakimś "ekscytującym" happeningu. To jedna hipoteza. "Wściekły starzec" kwituje ją tak: "J...ł was pies. Polska was nie potrzebuje. My będziemy z Polską umierać - powoli i z godnością". Ta hipoteza jest mi tak bliska, że aż kusi, by ją przyjąć.

Andrzej Nowak mówi o klęsce wyborczej PiS jak o masakrze w Katyniu, jak o klęsce Powstania Warszawskiego. Michalski mówi na to: "Otóż jestem skrajnym pesymistą, jeśli chodzi o obecny stan polskości. Nie tylko ten milion młodych, którzy po raz pierwszy poszli głosować, ale większość z nas jest kompletnie wyczerpana polskością, taką jaką znaliśmy dotychczas. Słabą, gwarantującą cierpienie, uniemożliwiającą życie.

Tak, właśnie tak, wszyscy jesteśmy udręczeni modelem polskości IV RP.

Pięknie jest uczcić ofiary Wołynia, które "Gazeta Wyborcza" z obawy o stosunki polsko-ukraińskie chciała zapomnieć. Pięknie jest odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego. Tyle, że modelem polskości codziennej w IV RP miała być martyrologia. Polskość jak z opowiadania Mrożka, kiedy bohater na eleganckim przyjęciu otwiera paszczęka, prezentuje braki w uzębieniu i mówi: za wolność wybili. Polskość jak z "Życia wewnętrznego" Koterskiego, w którym małżeństwo codziennie przy kolacji ogląda w tv dokument o zbrodniach w Oświęcimiu. IV RP zafundowała swym nieszczęsnym obywatelom cykl spektakli w TVP, w których oprawcy znęcali się nad kolejnym narodowym bohaterem. Męka, tortury, patetyczne deklaracje dręczonych herosów, odrażające, spocone mordy ubeckich katów. I tak co tydzień, w poniedziałki. Czy aby nie według podobnego schematu socrealiści ukazywali mękę przodowników pracy mordowanych zdradziecko przez agentów imperializmu?

Jednym z wielu dziwactw IV RP było przywrócenie w debacie publicznej pojęcia "inteligenckości". Nieoceniony Ludwik Dorn w jednym z wywiadów zdefiniował pojęcie "wykształciuchy" w sposób nader abstrakcyjny, mętny, posługując się wywodami Sołżenicyna. Ale w innym wywiadzie wyraźnie stwierdził, że PiS dzieli inteligencję na humanistyczną - nieprzychylną PiS i techniczną - przychylną (?). Inżynierowie jakoby nie mają intelektualnych fanaberii i dlatego PiS dla zdobycia ich poparcia będzie budował elektrownię atomową. Było to jedno z bardziej absurdalnych oświadczeń Dorna.

Ataki Dorna i samego Jarosława K. spowodowały w szeregach humanistów-wykształciuchów odruch samoobrony, inteligenckość stała się znowu synonimem arystokratyzmu duchowego. IV RP odhibernowała różne pojęcia, kody, czasami rodem z lat 90-ych, czasami dosłownie z wieku XIX. Tak też było z inteligenckością. W pewnym momencie rozpoczęła się absurdalna w Europie XXI wieku rywalizacja, czy PO czy raczej PiS jest partią bardziej inteligencką.

Anachronizm warstwy społecznej i samego pojęcia inteligencji w 2007 r. - ilu dzisiejszych 20-latków uznałoby model inteligenta za atrakcyjny?

Dodatkowo przezabawna była definicja inteligenckości wedle Jarosław Kaczyńskiego - erudycja i dobre maniery. Czyżby wedle takich kryteriów można było oprzeć społeczeństwo XXI wieku? Korzystanie z internetu rozumie Kaczyński najwyraźniej jako symptom plebejskości. Czy niemożność podania z pamięci daty urodzenia Ryszarda Wagnera jest aby na pewno dowodem schamienia?

 

 

 






*** Juliusz Ćwieluch - Jarosław Pierwszy
Przekrój - 45/2005

...Jeśli Jarosław Kaczyński ma jakąś słabość, to są nią zwierzęta. Ze zwierzętami bywa też kojarzony. Najczęściej z pitt bullem. - Mały, krępy, zacięty. Jak dopadnie, to zagryzie i nawet okiem nie mrugnie - mówi człowiek, który od lat zna go dobrze. Lechowi Wałęsie kojarzy się z hipopotamem. Innym - z pająkiem. Lubi siedzieć w cieniu. Spokojnie snuje swoją nić. Atakuje znienacka. Czasem jednak przesadza, bo poluje na zbyt dużą zwierzynę i role się odwracają. Pierwszą poważną pajęczyną były zakulisowe negocjacje z politycznymi satelitami dogorywającej w 1989 roku PZPR. Kiedy udało mu się ich przekabacić na stronę opozycji, Jarek został głównym rozgrywającym polskiej sceny politycznej. - Co prawda to Leszek szeptał do ucha Wałęsy, ale Jarek szeptał do ucha Leszka - tłumaczy zawiłości jeden z byłych opozycjonistów. Kiedy potrzebny był premier, który byłby do zaakceptowania przez Wałęsę, nowych koalicjantów i Kościół, znów zadziałał Jarek. - To on sprawił, że pierwszym premierem nie został szykowany na to stanowisko Geremek, i padło na Mazowieckiego - wspomina Waldemar Kuczyński, były szef doradców premiera Tadeusza Mazowieckiego, a później Jerzego Buzka. Zwierzyna okazała się krnąbrna. Już w sejmowym exposé Mazowiecki zapowiedział, że nie ma zamiaru być malowanym premierem. - Jarosław Kaczyński zażyczył sobie, żeby odciętą linię z gabinetu premiera do I sekretarza KC PZPR przepiąć do jego gabinetu. Mazowiecki się nie zgodził - wspomina bliski współpracownik byłego premiera.

Tekst ładnie przybliża trudną, popapraną osobowość Jarosława K.

 

 






*** Bronisław Wildstein - Koniec warszawki?
Wprost - 5 lutego 2006

...Technice promocji towarzyszy technika przemilczenia. Rok temu Krzysztof Kozłowski, zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego", zagadnięty na towarzyskim spotkaniu o "Demokrację peryferii", książkę autorstwa znaczącego polskiego filozofa i socjologa, profesora uniwersytetu w Bremie, żachnął się. "Krasnodębski? Jego się nie czyta!" - ogłosił. I rzeczywiście, oryginalna, ale krytyczna wobec III RP książka Krasnodębskiego została przemilczana przez jej środowisko opiniotwórcze. Jest to zresztą szczególna charakterystyka tej formacji kulturowej, która przejęła z czasów komunistycznych technikę "zapisu", czyli eliminacji niewygodnych dzieł i autorów, technikę nieznaną tam, gdzie pisma czują się w obowiązku omawiać znaczące, nawet wrogie sobie zjawiska kulturowe.

 

Cóż można rzec o aspekcie antysalonowym IV RP? Jedynym plusem jest upadek "ośrodka kierowniczego" salonu warszawsko-krakowskiego, który całkowicie i bezapelacyjnie zdominował życie medialne i intelektualne w latach 90-tych i III RP. Ośrodek ten zasadniczo tworzyła "Gazeta Wyborcza" plus "Tygodnik Powszechny" i "Polityka". Afera Rywina i ogólne przesunięcie się opinii publicznej w stronę prawicowości doprowadziły do "dywersyfikacji" medialnej. Na szczęście czas ciągłych pouczeń moralnych w wykonaniu redaktor Ziuty Hennelowej czy Haliny "Ali" Bortnowskiej (ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski: ...pewna intelektualistka, zarejestrowana jako kontakt operacyjny "Ala". Donosiła ona na swoich kolegów ze "Znaku" i "Tygodnika Powszechnego", a także na ks. Józefa Gorzelanego z Nowej Huty. Przyjaciół sprzedawała tak jak Maleszka, z tym że nie za pieniądze, ale za... kawę i ciastka, fundowane przez młodego i przystojnego esbeka. Dziś osoba ta za grosz nie ma ani wstydu, ani wyrzutów sumienia, pisząc kąśliwe teksty przeciw lustracji.) zakończył się definitywnie.

Ale czy IV RP była zdolna wykreować własny salon? Wildstein, Ziemkiewicz, Karnowski, Zybertowicz, Krasnodębski, Legutko i inni wypadali świetnie w roli kontestatorów salonu III RP, ale jako twórcy salonu IV RP zupełnie się zbłaźnili. Jako szef telewizji Wildstein zachowywał się jak "pan kerownik", decydujący wedle własnego widzimisię jakie programy mogą być produkowane, jakie nie. Odwołał transmisję wręczenia nagrody "Nike", bo przez lata jego twórczość prozatorska była ignorowana przez "salon". Nadszedł tryumf zwykłego resentymentu. Rycerze IV RP mieli możność odegrać się na "elycie". To właśnie przypadek kariery niejakiego Targalskiego, który w Polskim Radiu po prostu wykańczał ludzi, którzy w przeciwieństwie do niego coś osiągnęli w życiu. Każda rewolucja niesie do władzy ludzi wcześniej odrzuconych, napiętnowanych społeczną drugorzędnością, tak było i w czasie IV RP. Obok ludzi o niekwestionowanym dorobku, ale niedopieszczonych przez III RP, pojawili się znikąd osobnicy łapiący Pana Boga za nogi. Ni z tego, ni z owego niejaki Jacek Sobala awansował na czołową postać świata dziennikarskiego IV RP, a jeszcze kilka lat temu tenże Sobala dość nieudolnie odgrywał w TOK FM rolę postępowca i libertyna. Pojawiła się jak Filip z Konopi doktor Fedyszak-Radziejowska, oficjalnie socjolog wsi polskiej, naraz mianowana medialnie na pierwszorzędny intelektualny autorytet. Kto przed epoką IV RP wiedział o istnieniu trzeciorzędnej żurnalistki Lichockiej Joanny?

 Ciekawą kwestią jest projekt masowej lustracji środowiska naukowo-dziennikarskiego, która miała obejmować nawet kilkaset tysięcy osób. Czy aby jej celem nie była likwidacja dotychczasowej elity, znienawidzonego salonu?

Jednym z celów IV RP miało być eliminacja Adama Michnika jako "moralnego autorytetu". Ale nie oznaczałoby to wcale wyrugowania chorych układów salonowo-medialnych. Nowym Michnikiem miał zostać Bronisław Wildstein. 

W tej chwili istnieją dwa "salony", lewicowy i prawicowy, które stosują niestety te same chamskie metody dyscyplinowania opinii publicznej i narzucania swoich standardów. Obie grupy wierzą w ideę kulturowego przeobrażenia społeczeństwa, co skutkuje pasją cenzorską. W obu grupach działają samozwańcze autorytety moralne z lubością wymierzające kopniaki oponentom. To sytuacja trochę jakby z teorii Pareto - konkurencyjne elity wymieniają się na szczycie społeczeństwa i narzucają mu swą polityczno-kulturową dominację.

 I żyją teraz nasi nieszczęśni obywatele między młotem a kowadłem. 






*** Tomasz Butkiewicz, Luiza Zalewska - Imperium Krauzego - czy to początek końca?
DZIENNIK - 13 października 2007

...Do Biotonu (jako prokurent) trafił nawet Mohhamed Al-Khaffagi, przyjaciel i wspólnik w interesach Jacka Merkla, współzałożyciela Platformy Obywatelskiej, a wcześniej ministra w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy. W raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych Al-Khaffagiego potraktowano jako postać, która może mieć powiązania z irackimi specsłużbami. Do niedawna w radzie nadzorczej Biotonu zasiadał generał Sławomir Petelicki (były oficer polskiego wywiadu oraz twórca grupy szturmowej Grom). Teraz ma na głowie inne rzeczy - ochronę pól naftowych w Kazachstanie. Założyciel Prokomu zawsze miał słabość do tej formacji. Już wcześniej zatrudniał byłych funkcjonariuszy GROM, dotował ich fundację, a wiosną tego roku wykupił jedną trzecią udziałów w Grupie Grom - spółce, jaką byli funkcjonariusze założyli (w gronie założycieli są też: mecenas Robert Smoktunowicz, były senator, a w tych wyborach kandydat LiD, oraz Janusz Luks, były oficer wywiadu PRL, a potem RP).

Jednym z bardzo niewielu pozytywów IV RP było namierzenie najbardziej wpływowego polskiego oligarchy Ryszarda Krauzego. Dwa inni - Gudzowaty i Kulczyk wypadli z gry wcześniej, Krauze był tak cwany, że zaprzyjaźnił się z Lechem Kaczyńskim i stał się niemal oligarchą IV RP. 

Taka to już specyfika Europy Wschodniej - dojść do miliardów niezależnie od talentów biznesowych a zależnie od politycznego układu.

 Podstawowym zadaniem IV RP miało być zniszczenie "układu" czyli wedle definicji Jarosława Kaczyńskiego patologicznej, przestępczej struktury w ramach której miały ściśle współpracować 4 elementy: wielki biznes, politycy, służby specjalne i mafia. Takie rozpoznanie jest słuszne w odniesieniu do sytuacji Włoch z lat 80-ych albo współczesnej Rosji. Dwuletnie istnienie IV RP w praktyce realnie ujawniło istnienie jednego układu (układziku?) przestępczego - skorumpowanie przez producenta kiełbas Stokłosę kilku urzędników Ministerstwa Finansów. Poza paranoicznymi wymysłami nie znaleziono dowodów na istnienie wielkiego, centralnego układu. Skala patologii życia publicznego okazała się nie być aż tak wielka, jak sugerowały komisje śledcze. Istnieje zapewne wiele regionalnych układów, które jednak rozpadają się dość łatwo, jak "układ warszawski". Popularne już w czasach tryumfu komisji śledczych stało się pojęcie oligarchii. W Polsce, tak jak w Rosji i Ukrainie dominować mieli potężni miliarderzy kierujący polską polityką i duszący całą gospodarkę w mafijnym uścisku. Któż jednak w Polsce mógłby się równać choćby z rosyjskim magnatem aluminium Potaninem, podejrzewanym o zlecenie kilkudziesięciu zabójstw? Czy wielka trójka - Gudzowaty, Kulczyk, Krauze to oligarchowie czy raczej przedstawiciele kapitalizmu politycznego, wrażliwego na ledwie podmuch politycznego wiatru? Cała trójka stara się za wszelką cenę nie rzucać w oczy, zaś wedle urojeń spaczonego umysłu Jarosława K. po upadku IV RP powinni żyć jak pączki w maśle pod ochroną Tuska. Poza paranoidalnymi urojeniami prawicowych polityków i dziennikarzy brak dowodów na kierowanie przez ubecki układ mafią paliwową i mafią pruszkowską.

 

 

 

********************************

 

 

Bracia Kaczyńscy postrzegają świat cały z perspektywy manichejskiej. Światło, ciemność, nasi, wrogowie, nasze państwo, ich państwo. "Nasi ludzie" to rycerze światłości, "ich ludzie" to najmici ciemności. Bez wyjątku. "Nasi", sprawdzeni, lojalni, bezwzględnie oddani sprawie. Nie ma znaczenia, że często to troglodyci jak Gosiewski, Karski, Suski. Nieważne, że "nasi" w kontrwywiadzie wojskowym to niegdysiejsi harcerze z ZHR, ludzie ze straży miejskiej (!) z Warszawy albo dziennikarze "Głosu", żałosnej gazetki Antoniego Macierewicza. Brak kompetencji jest bez znaczenia. Z drugiej strony sam fakt, że przyzwoici ludzie z korzyścią dla państwa polskiego pisali analizy dla WSI kwalifikuje ich jak "ich", bo pracowali dla najgorszej mafii III RP, czyli WSI. Jarosław Kaczyński nie miał pojęcia o pracy w strukturach państwa, za to przez ostatnich kilkanaście lat funkcjonował w strukturze partyjnej. Promowanie partyjniaków było dla niego oczywistością. Najgorsze kreatury pisowskie miały przewagę nad kompetentnymi urzędnikami państwowymi. Bo ci drudzy należeli do świata ciemności. 

Przeciwstawienie się rozkładowi instytucji, umocnienie struktur państwa - jedno z naczelnych haseł IV RP okazało się werbalną fikcją. W praktyce oznaczało obsadzanie swoimi ludźmi wszelkich możliwych stanowisk. Likwidacja WSI i powołanie przez Macierewicza i jego popapranych współpracowników wojskowego kontrwywiadu doprowadziło do paraliżu ważnej instytucji państwowej. Przekonanie, że całe państwo osaczone jest przez układ doprowadziło do konkluzji - lepiej zlikwidować pewne struktury, tak jak likwiduje się struktury mafijne. Manicheizm czy raczej paranoja? Jako symbol traktowania struktur państwa przez braci K. uznać można niewyznaczenie w czasie istnienia IV RP kilkunastu ambasadorów. Bracia K. przekonani, że służba zagraniczna składa się w całości z agentów, komunistów i ludzi Geremka woleli sparaliżować zagraniczne przedstawicielstwa polskiego państwa. Tak samo ocenić należy wymianę Stefana Mellera na stanowisku ministra SZ na panią o nazwisku Fotyga. Choć przecież mogło być gorzej, ministrem mógł zostać np. Gosiewski. 

Poza powołaniem CBA, które być może na trwałe wpisze się w strukturę państwa żadnych innych instytucjonalnych tryumfów Jarosław K. nie odniósł. Poza masowym upartyjnianiem wszelkich instytucji nie miał żadnego pomysłu na jakąkolwiek sensowną reformę państwa. Można odnieść wrażenie, że bardziej zajmowała go idea, iżby IV RP stała się tryumfem ideologicznym, symbolicznym, by przyniosła zwycięstwo prestiżowe sposobowi myślenia prawicy radykalnej (Kaczyński, Macierewicz, Olszewski). Chyba tak tylko można zinterpretować codzienne, obsesyjne ataki na niesłuszne media, kuriozalny pomysł powołania nowego uniwersytetu na którym wykładać mieli naukowcy prześladowani przez układowy, główny nurt polskiej nauki. 

Doszukując się racjonalności w programie PiS dojść można do wniosku, iż formacja ta kierowała się czymś na kształt "narodowego socjalizmu". Swego czasu elementy socjalistyczne w planach PiSu budziły u przedstawicieli naszej lewicowej warszawki wyraźne rozczulenie. Nie tylko Ryszard Bugaj, ale i Jacek Żakowski i pewne osoby z grona "Krytyki Politycznej" wyrażały nieśmiało poparcie. Dzisiaj nikt już o tym nie chce pamiętać. W przypadku pisowskiego modelu nacjonalizmu wyraźnie trzeba stwierdzić, że podnoszone niegdyś zarzuty antysemityzmu są nieprawdziwe, prawdziwy jest za to obłędny wręcz antygermanizm, chwilami rodem chyba z "Czterech pancernych". Bracia K. żyjący we własnym zamkniętym świecie, wręcz autystyczni niestety nie zadawali sobie pytań, jak z tak dalece posuniętą obsesją antyniemiecką mają prowadzić politykę w ramach UE. 

Na co się składają rojenia Jarosława K.? Warto poczytać nadwornego dziennikarzynę PiSu - Michała Karnowskiego: Kaczyński powtarza, że spełnienie lewicowego projektu modernizacyjnego, niosącego rozbicie starych struktur, oznacza dla doświadczonego komunizmem kraju utratę resztek wspólnoty i w efekcie dalszą patologizację życia społecznego. Prezes PiS nie wierzy, że Polacy pozbawieni spoiwa, jakim jest Kościół, historia, tradycyjna chrześcijańska moralność, są w stanie wytworzyć nowe mechanizmy obronne i kontrolne. Nie ufa już istniejącym, używając w stosunku do niektórych głośnych ruchów społecznych określenia "imitacja". Kaczyński odrzuca też liberalną tezę, że "uwolnienie energii Polaków" poprzez zniesienie garbu biurokracji i pozostawienie tylko minimalnych instytucji regulacyjnych da skokowy wzrost gospodarczy - jest lekiem na całe zło. Oczywiście, jest w projektach PiS program "Tanie państwo", ale to raczej argument propagandowy niż realna wiara w potrzebę odchudzania. Dla Kaczyńskiego państwo nie jest wrogiem, instytucją opresyjną, ale nadrzędnym dobrem wspólnym. Potrzebuje zmiany, ale nie poprzez odchudzanie, a doinwestowanie. Wycięcie tkanek chorych, a w wielu miejscach wyhodowanie nowych. Koszty nie są problemem, bo zysk ma być niewspółmiernie większy.

Nie jest to żaden konserwatyzm, ale w coś w rodzaju nacjonalistycznego autorytaryzmu. Wzorem jest program przedwojennej mocarstwowej sanacji. Wizja zatomizowanego, zdemoralizowanego społeczeństwa i wielkiego człowieka, który swym geniuszem potrafi narzucić masom dyscyplinę. Faktem jest, że Piłsudski wielokrotnie wyrażał swą pogardę dla Polaków. Czy Kaczyński też sobie uroił, że Polakom potrzeba bata? Cóż to właściwie znaczy "Polacy"? W latach 90-ych, po licznych klęskach wyborczych niektórzy przedstawiciele prawicy uznali, że tylko 30% ludności polskojęzycznej w Polsce można uznać za Polaków, reszta to postkomunistyczna hołota. Może Kaczyński też tak myśli? Jaki byłby losy tego współczesnego modelu sanacyjnego, gdyby IV RP trwała dłużej a PiS mógł o wiele bardziej liczyć na lojalność koalicjantów? Czy tak jak w międzywojennym dwudziestoleciu - fasadowa demokracja, kontrolowane wybory, represje względem opozycji?

Po ostatnich ekscesach braci K. chyba inaczej można ocenić postępowanie Michnika i całego środowiska "udeckiego" po roku 1989. Ich konsekwentne dążenie do pacyfikacji prawicy i "endeckości" polskiego społeczeństwa być może miało w sobie pewną dozę słuszności. Może rzeczywiście my Polacy mamy w duszy zbyt dużo elementu "katolicko-endecko-autorytarnego"? Jak po IV RP patrzeć na "sprawę inwigilacji prawicy", kiedy to grupa płk. Lesiaka dezorganizowała prawicę? Może rzeczywiście po "epizodzie IV RP" należy spojrzeć na te działania życzliwszym okiem? Może rzeczywiście radykalna prawica była i jest zagrożeniem dla porządku demokratycznego?

W kategoriach estetycznych IV RP była chlewem, w rolach wysokich urzędników państwowych występowali ludzie ze świńskimi ryjami. Może właśnie estetyka była decydującym powodem powszechnej wśród wykształciuchów pogardy dla IV RP. Rzeczywiście, piorunujące wrażenie robił całkowity kontrast między zachwytami grupy wyrafinowanych intelektualistów nad IV RP, nad Jarosławem K. jako współczesnym Piłsudskim a codziennym spektaklem taplania się w gównie. 

IV RP trwała tylko dwa lata i przegrała, a upływ czasu jeszcze bardziej pogłębia ideową klęskę. PiS jest środowiskiem zupełnie nieprzystającym do rzeczywistości Polski za lat dajmy na to 10, 15. Wtedy Polska będzie odgrywać naprawdę poważną rolę w realiach Unii Europejskiej i globalnej gospodarki. Ani PiS ani IV RP nie przystają do tego świata, to absolutna bariera kulturowo-cywilizacyjna. Ludzie noszący prasłowiańskie kalesony, pijący kawę parzoną po turecku, jak Jarosław K. nigdy nawet nie jeżdżący poza Polskę po prostu muszą przegrać wyścig z PO. 











*** Michał Cichy w rozmowie z Cezarym Michalskim - Wojna pokoleń przy użyciu "cyngli"
DZIENNIK - EUROPA - 21 lutego 2009

...Ale w "Gazecie Wyborczej" miałem zupełnie innego mistrza, płci żeńskiej, czyli Helenę Łuczywo. Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem.

 

 

Paweł Dunin-Wąsowicz w "Lampie" określił ten tekst jako historyczny. Zasługuje on na chwilę refleksji, ale pod warunkiem zapoznania się z pewnymi, cokolwiek szokującymi faktami.

Rzecz podstawowa. Michał Cichy to znany autor "GW", wsławiony tekstem "POLACY - ŻYDZI: CZARNE KARTY POWSTANIA" , którym uczczono 50 rocznicę Powstania Warszawskiego. Po roku 2000 autor jakoś zniknął z życia publicznego i nagle powrócił udzielając szokującego wywiadu "Dziennikowi". Tekst tak poraził środowisko "GW", że publicznie ujawniono stan chorobowy Cichego - schizofrenię. "PRESS" komentując całe zamieszanie wyraźnie stwierdził, że redakcja "Dziennika" była świadoma choroby Cichego i odradzano Michalskiemu przeprowadzenie tego wywiadu. Zasadnicze pytanie brzmi - czy Michalski chciał wykorzystać chorobę do ataku na AGORĘ, a jeśli tak, to czemu?

Cezary Michalski nienawidzi Michnika i "Wyborczej" z banalnego powodu. Tak jak wielu polskich medialnych intelektualistów tak i on uważał i uważa się za proroka i pasterza ludu. W latach 90-ych został jednak publicznie potraktowany jak drobny kanciarz. Najpierw Michnik (jako Zagozda) porównał go smacznie do Leszka Bubla, potem nagłośnił w półmilionowym nakładzie, na drugiej stronie "GW" atak Wojciecha Wencla na Michalskiego z powodu jego niemoralnego prowadzenia. Atak Wencla drukowany był w niszowym "bruLionie", zaś dzięki Michnikowi pół Polski mogło poczytać o Michalskim porzucającym żonę i tarzającym się w barłogu z Agatą Bielik-Robson. Takich chwil nie zapomina się nigdy... 

Michalski to postać interesująca ale też niepokojąca. Tak bardzo chciał być "prorokiem", że w latach 90-ych udawał żarliwego katolika. Potem udawał żarliwego obrońcę idei IV RP. Teraz udaje lewicowego liberała. Erudyta, człek prawdziwie wyrafinowany, ale też chorobliwie ambitny narcyz, jak każdy polski medialny intelektualista. 

Wywiad wywołał burzę komentarzy w internecie, tym cudownym demokratycznym instrumencie bezpośredniej społecznej wypowiedzi. W większości były to komentarze jawnie antysemickie. Czy jednak cały problem da się sprowadzić do żydożerstwa? Czy wywiad Cichego to "bełkot szaleńca" czy raczej wypowiedź człowieka zupełnie wyzbytego samokontroli? MC właściwie w dalszym ciągu mentalnie tkwi w redakcji "GW" lat 90-ych, tyle tylko, że osobiście popsztykał się z Michnikiem, który zastosował wobec niego zbyt chamską presję.

Nie da się ukryć, że najbardziej interesującą tezą Cichego i najbardziej kontrowersyjną jest twierdzenie, że ludzie Agory cierpią na "żydowską traumę" po Marcu '68 i w latach 90-ych tę traumę odreagowywali. O wyborach politycznych Adama Michnika powodowanych jego żydowskim pochodzeniem pisali już Jan Rokita i Krzysztof Kłopotowski, niekoniecznie szeroko znani z wściekłego antysemityzmu. Czy polscy Żydzi czują lęk z powodu polskiego antysemityzmu? Jak silny jest to lęk, do jakich kroków może on prowadzić? Nie można zaprzeczyć, że głównym motywem akcesu polskich Żydów do komunizmu był lęk i wiara w utopię świata bez lęku. Na ogólną liczbę 3 milionów przedwojennych Żydów kilka tysięcy wybrało Komunistyczną Partię Polski. Na 200 tysięcy Żydów powojennych większość wolało opuścić nasz kraj. Może 10, może 20 tysięcy z nich wybrało komunizm, stając się fanatycznymi ubekami, cenzorami, aparatczykami. Nie ma sensu ukrywać, że komuniści żydowskiego pochodzenia tworzyli rdzeń władzy w stalinowskiej Polsce, ZSRR i innych krajach.

Środowisko tworzące Agorę i "Wyborczą" w dużym stopniu składa się z Polaków żydowskiego pochodzenia rodzinnie powiązanych z członkami KPP i reżimu komunistycznego. Rzecz jasna Michnik i Łuczywo zbuntowali się przeciw swym ojcom i w efekcie przyczynili się poważnie do upadku PRL. Ale czy w jakimś stopniu przejęli po swych ojcach żydowski lęk przed antysemityzmem i pogromami? Sami też przeżyli traumę Marca '68. Czy trauma i lęk nie prowadzą do zachowań irracjonalnych, do chęci "wychowania" Polaków, do marzenia o ostatecznym wytępieniu nacjonalizmu? Czy trauma i lęk mogą doprowadzić do przekonania, że samo pojęcie narodu implikuje antysemityzm, nacjonalizm, faszyzm?

W jaki sposób przejawiał się ów syndrom żydowskiej traumy? Na najbardziej podstawowym poziomie zupełnie obsesyjną ilością materiałów w "GW" poświęconych walce z polskim nacjonalizmem, faszyzmem, antysemityzmem. Tematami obsesyjnymi był i jest Holocaust i Izrael. W latach 90-ych można było czasem odnieść wrażenie, że połowa głównego grzbietu "Gazety" wraz z dodatkami poświęcona była tym obsesyjnym tematom. Nawet "Tygodnik Powszechny", który jest i był pismem "postępowym" nigdy nawet w części nie zbliżył się do ilości "żydowskiej tematyki" drukowanej w "Wyborczej". 

Żydowska trauma skłoniła środowisko AGORY do wypromowania do niewiarygodnej rangi Marca '68. Miał on być najważniejszym zdarzeniem historycznym po 1945. Epoka opozycji przeciw PRL miała się rzekomo zacząć właśnie po 1968, dopiero wtedy. Zakwestionowanie wcześniej systemu było mało uzasadnione, stalinizm na łamach "GW" nie był jakoś szczególnie eksponowany a jego ofiary opłakiwane. Albowiem trudno obiektywnie opisać stalinowskie represje i zignorować problem sprawców, a tak się jakoś nieszczęśliwie złożyło, że prawie wszyscy z czołówki AGORY mieli w familii jakiegoś UB-eka, a wręcz agenta NKWD. Szczególnie ciekawym przypadkiem w tym kontekście jest tatuś Konstantego Geberta - w latach 30-40 wieku XX w USA aktywista miejscowej partii komunistycznej i agent NKWD.  

Kampania walki z antysemityzmem podjęta na łamach "GW" nader intensywnie na początku lat 90-ych zaowocowała eliminacją antysemityzmu z języka debaty polityczno-publicznej. Jest to niebagatelna zasługa "GW", albowiem po 1989 wcale nie było oczywiste, że antysemityzm zostanie wyrugowany, a może nawet, jak w latach międzywojnia będzie językiem akceptowanym. To niewątpliwy sukces środowiska Agory, że nawet jaskiniowiec Lepper strzegł się jakichkolwiek antyżydowskich aluzji. Jednak rozpędzona machina eliminacji antysemityzmu i nacjonalizmu nie mogła się zatrzymać. Środowisko Agory rozpoczęło kampanie "moralnej paniki" wymierzone w zjawiska zupełnie nie zasługujące na taką uwagę. Naraz na celowniku znalazł się Wojciech Cejrowski, który ówcześnie w okienku telewizyjnym walił kubkiem w stół i robił z siebie idiotę. "Wyborcza" piórem Anny Bikont mianowała WC czołowym faszystą polskim, brunatnym kowbojem i ciągała go przez lata po sądach za "propagowanie nienawiści rasowej". Innym zagrożeniem dla polskiej demokracji stał się niejaki Leszek Bubel, drobny cwaniaczek wydający broszurki pt. "Poznaj Żyda". Polska poznała Bubla z łamów "GW", poza nimi osobnik ten był zupełnie nieznany. Czym innym niż obsesją można tłumaczyć regularnie zamieszczane przeglądy prasy nacjonalistycznej, której krąg odbiorców ogranicza się zapewne do kilkuset czytelników? Czy istnieją jakiekolwiek dowody istnienia poza stronicami "Wyborczej" Bolesława Tejkowskiego, rzekomego führera polskich faszystów? Najgorsze, że w pewnym momencie środowisko AGORY uświadomiło sobie, że argument żydożerstwa może być wygodną metodą dyskredytacji przeciwnika. I tak właśnie stało się, kiedy Marek Beylin w trakcie jakiejś publicystycznej kontrowersji pomówił Marcina Króla, redaktora naczelnego "Res Publiki" o antysemityzm. Logika, która kazała nazwać antysemitą kogoś tylko za to, że polemizuje z osobą o nazwisku Beylin zaowocowała takimż atakiem (nie na łamach "GW") na Ryszarda Legutkę za polemikę z Zygmuntem Baumanem. Kazimierz Kutz bez żenady mówił o krytykach Michnika (po aferze Rywina), że są antysemitami a sam Michnik to współczesny polski Dreyfus. Także Joanna Siedlecka po opublikowaniu książki o Jerzym Kosińskim dostąpiła zaszczytu posądzenia o nienawiść rasową wobec narodu żydowskiego... Takich przykładów było naprawdę wiele, w latach 90-ych na łamach "Gazety" odbył się festiwal pomówień o antysemityzm. Rzec by można, że w myśl znanego powiedzenia, nie tak dawno o tym kto jest w Polsce antysemitą decydowało środowisko Agory i salon intelektualny afiliowany przy redakcji "GW". Szczęśliwie, ostatnimi laty ten festiwal jakby trochę się wyciszył. 

W tym podszytym histerią klimacie "walki a antysemityzmem" cokolwiek stawiającego w niekoniecznie pozytywnym świetle jakiegokolwiek Żyda wywoływało histeryczną reakcję obronną. Poruszanie kwestii zaangażowania Żydów w system komunistyczny miało być jawnym antysemityzmem. Nawet podawanie w publikacjach naukowych prawdziwych nazwisk komunistów obok ich partyjnych pseudonimów (Trocki Bronstein) określane było przez "GW" jako akt żydożerstwa. Jawnym antysemityzmem było ściganie za zbrodnie komunistyczne brata Adama Michnika, Stefana. Krytyka zbrodni Izraela to też oczywisty antysemityzm.  

Za walkę z antysemityzmem i okropieństwami polskiego ciemnogrodu zabrali się ludzie o dość podejrzanej przeszłości - Szczypiorski, Bortnowska, Życiński, Czajkowski. Zapewne u ludzi tych chęć odegrania roli moralnego autorytetu była podszyta strachem o możliwość oświetlenia mroków własnego życiorysu. Ktoś wyciąga brudy? Pewnie antysemita... Poza tą możliwą pragmatyczną motywacją "walki z antysemityzmem" większą rolę odgrywa chyba motywacja psychologiczna. Strasznie fajnie być w Polsce moralistą piętnującym ciemny naród. Pierwszy odkrył to Andrzej Szczypiorski, który zaraz po 1989 roku rozpoczął efektowny, kabotyński, narcystyczny spektakl pt. "autorytet moralny stanowczo piętnuje zdziczały naród polski". Nie było w tym teatrze nawet grama szczerości. To kabotyństwo powielane jest po dziś dzień, biskup Życiński potrafi nawet w moralistycznej ekstazie odpowiednio modulować głos. Wyścig o status moralnego celebryty medialnego ciągle trwa. Ciekawe, że nie wziął w nim udziału Jan Błoński, autor sławnego tekstu "Biedny Polak patrzy na getto". Na szczęście, nie każdy aspekt "walki z antysemityzmem" jest podszyty fałszem i kabotyństwem. 

Reakcje lękowe środowiska Agory wyraźne w latach 90-ych, ostatnio jakby trochę zelżały. Najwyraźniej uznano, że jednak noc długich noży na razie nie zagraża. 

Konflikt polsko-ukraiński po 1989, w przeciwieństwie do dość abstrakcyjnych konfliktów polsko-niemieckiego i polsko-rosyjskiego miał w sobie coś z namiętności "sąsiedzkiej masakry". Środowisko Agory i "GW" starała się za wszelką cenę wyeliminować pamięć o Wołyniu, a nawet dokonać reinterpretacji historycznej tamtej eksterminacji - winni mieli być sami Polacy! Jest to interesująca kwestia, czy gdyby ów konflikt nie był świadomie wyciszany to w latach 90-ych mógł się rozpalić na nowo? Może tak, może nie. Środowisko Agory było pewne, że grozi nam masakra. I by wojny uniknąć, należy ofiary nazwać oprawcami, a pamięć o Wołyniu traktować jak dziki przejaw nacjonalizmu. To interesujący i typowy dla tego środowiska przykład diagnozy społecznej i makiawelicznych metod, które mają zapobiec społecznemu wybuchowi. 

Czy namiętny romans Michnika z postkomunistami można interpretować li tylko jako przejaw cynizmu, wyrachowania, żądzy władzy? Gdyby Michnik powodowany był tylko cynizmem, nie robiłby aż tak wiele. Stanowczo zbyt wiele gestów, ostentacji w tym romansie miało charakter histeryczny, wręcz straceńczy. Przecież Michnik obściskiwał się nie tylko z Millerem ale i Kiszczakiem. Czy robił to, jak sugerował Jan Rokita powodowany żydowskim lękiem przed polskim antysemityzmem, przed polską prawicą, która za chwilę ujawni swój faszystowski rodowód? Czy wierzył, że główną zaletą postkomunistów jest ich nie-prawicowość?  

Innym dowodem zaburzenia postrzegania rzeczywistości przez środowisko Agory jest absolutnie histeryczna, maniakalna kampania antylustracyjna. Przeróżni mędrcy próbowali interpretować tę histerię jako próbę ochrony kolesiów. Rzecz w tym, że materiały lustracyjne ujawnione na temat osób związanych z Agorą i dawną Unią Wolności są niezbyt liczne. Mimo uporczywych sugestii publicystów prawiczkowych takich jak Wildstein i Ziemkiewicz brak jakichkolwiek realnych dowodów na współpracę Geremka z SB. Trudno wyjaśnić długoletnią ochronę Maleszki jego szczególną pozycją w redakcji, bo takiej TW Return nie miał. O co więc idzie, skąd ta obłąkana histeria przeciw IPN i lustracji? Kiedy dokładnie wczytać się w antylustracyjną argumentację wierchuszki Agory i jej nadwornych intelektualistów (Jerzy Jedlicki) wychodzi ni mniej ni więcej, że lustracja to najnowsza forma... antysemityzmu. Takie rozumienie demaskowania agentury wydaje się całkowicie absurdalne i chorobliwe, ale wiele wskazuje na to, że środowisko Agory, jego szefostwo przyjęło taką interpretację za oczywistą. I nie jest to jakaś banalna manipulacja semantyczna. Syndrom żydowskiego lęku, fobii, traumy powoduje w konsekwencji nie tylko histerię i kreowanie zwolenników lustracji jako kanibali pozbawionych ludzkich uczuć. Konsekwencją jest traktowanie "ofiar lustracji" jako ludzi nieszczęsnych, atakowanych niewinnie, ofiary pogromów lustracyjnych. I tak Maleszka dotrwał w redakcji "GW" do roku 2008, kiedy ni z tego, ni z owego okazał się być nie ofiarą nowoczesnego antysemityzmu, lecz osobnikiem zamieszanym w zabójstwo Stanisława Pyjasa.

Program negatywny nie wyczerpuje idei "Nowego Jeruzalem", "nowego nieba i nowej ziemi", która w latach 90-ych wyraźnie przebijała z łamów "GW". Dzięki ogromnemu wpływowi na inne media i opinię publiczną, a także na postkomunistów i prezydenturę Kwaśniewskiego środowisko Agory było w stanie kreować pozytywny program swoistej "inżynierii społecznej". Sprowadzało się to do chęci przekształcenia Polaków w "Szwedów", kosmopolitycznych obywateli świata, obojętnych wobec własnej historii, traktujących przeszłość jak zbędne obciążenie. Elementem nowego świata miał być kapitalizm propagowany w stylistyce polskiego pozytywizmu, bez wyzysku, bez afer. Wizja kapitalizmu bezkonfliktowego prowadziła do wielokrotnie powtarzanego w "Gazecie" przekonania, iż bezrobocie to problem polskiego nieudacznictwa, objaw polskiej choroby narodowej czyli lenistwa. Wizji landrynkowego kapitalizmu towarzyszyła specjalna nazwa "gospodarka rynkowa", drukowano teksty reportażowe i publicystyczne dotyczącego "nowego polskiego przedsiębiorcy", wedle schematu znanego z socrealizmu walczącego na ugorze z kułakiem-związkowcem. Zapewne promowanie kapitalizmu w polskim wydaniu było, tak jak w czasach pozytywizmu reakcją na stan cywilizacyjnej zapaści ale też wyraźna było przekonanie, że bezrobotni, proletariat wielkoprzemysłowy czy wreszcie PGR-owcy to nawóz historii niewart współczucia.

Program narodowego konstruktywizmu nie był bynajmniej specyfiką środowiska Agory. Chcieli stosować go m.in. ludzie polskiego oświecenia i pozytywizmu, stańczycy i endecja. Nawet skromny redaktor Ziemkiewicz ma swoje refleksje w tym temacie. Sama idea jest odwiecznie polska, każda z grup nadawała jej własną specyfikę. Tak więc chęć "wychowania Polaków" przez środowisko Agory nie jest żadnym przejawem "antypolskości", albowiem Polaków chcieli i chcą wychowywać właściwie wszyscy intelektualiści i z lewa i z prawa. Wizja "Nowego Jeruzalem" propagowana przez środowisko AGORY była bez wątpienia atrakcyjna po 1989, do jej realizacji wzięli się dziennikarze nazwani złośliwie przez Cichego "cynglami". W "Gazecie" najciekawszymi egzemplarzami są Paweł Smoleński i Paweł Wroński, zawsze chętni do wykonania mokrej roboty, rzecz jasna dla urzeczywistnienia celu wyższego.









*** Piotr Zaremba - KPP wiecznie żywa
Rzeczpospolita - 23-10-2010

...Już w roku 1992, polemizując z gazetą Michnika na temat relacji polsko-rosyjskich, lider Porozumienia Centrum porównał środowisko "Wyborczej" do SDKPL oraz KPP. W roku 1993, udzielając wywiadu rzeki Michałowi Bichniewiczowi i Piotrowi Rudnickiemu, poszedł najdalej w wyjaśnieniach. "Jest to problem formacji politycznej, którą ja nazywam formacją KPP. Powojenny komunizm za sprawą sowieckiej okupacji Polski wprowadził tę formację w centrum życia kulturalnego i społecznego lat 50. Ludzie do niej należący byli w przeważającej mierze pochodzenia żydowskiego. Skądinąd była to resztówka Komunistycznej Partii Polski, a wszystko wskazuje na to, że to formacja czysto enkawudystowska. (...) Tamten układ można nazwać kluczem z alei Przyjaciół czy alei Róż. Przecież jak Michnik szedł ze mną tamtędy, to co drugiemu człowiekowi podawał rękę, a potem mnie pytał: Wiesz, kto to jest? I wymieniał nazwiska, które się jednoznacznie kojarzyły. Z tego pokolenia wywodzili się rodzice wielu obecnych czołowych działaczy Unii Demokratycznej i »Gazety Wyborczej« oraz wielu czołowych dziennikarzy prasy i telewizji".