Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 2010-06-04

 

 

Piotr Pacewicz

Nikt nie zawołał: Opamiętajcie się!

 

 

Jak to możliwe, że piloci z prezydentem i prawie setką pasażerów na pokładzie podjęli się lądowania, jakby to była wojenna misja, której cel uzasadniał najwyższe ryzyko? Jak doszło do tak absurdalnej decyzji? 

 

Jarosław Kaczyński wykluczył, by jego brat zachował się "nieracjonalnie lub samobójczo" i by nalegał na lądowanie wbrew ostrzeżeniom wieży kontrolnej. Z pewnością ani prezydent, ani piloci, ani nikt inny na pokładzie nie dążył do samobójstwa ani nawet nie brał pod uwagę katastrofy.

Ale ktoś tę decyzję podjął. Może na pokładzie tupolewa wystąpiło zjawisko grupowego myślenia, które doprowadziło już ludzkość do wielu błędów i nieszczęść?

Prawo

Na gruncie prawa lotniczego winny tragedii jest jednoosobowo pierwszy pilot. Bo to "dowódca statku powietrznego jest obowiązany wykonywać loty zgodnie z przepisami, w szczególności zaś zapewnić bezpieczeństwo statku powietrznego oraz znajdujących się na jego pokładzie osób i rzeczy. Gdy statkowi powietrznemu grozi niebezpieczeństwo, dowódca jest obowiązany zastosować wszelkie niezbędne środki w celu ratowania pasażerów i załogi. Jest też upoważniony do wydawania poleceń wszystkim osobom na pokładzie, a osoby te są zobowiązane do wykonywania poleceń dowódcy".

Jak dodaje regulamin lotów - "niezależnie od ich stopnia wojskowego oraz statusu".

Tak mówi prawo. Ale my chcemy zrozumieć, co się stało. Kto i dlaczego zdecydował, by lądować? I równie ważne: jak zapadła ta decyzja?

Kto?

Zapis ze skrzynek - choć dziurawy - pokazuje, że piloci nie działali w próżni. Gen. Andrzej Błasik, dowódca wojsk lotniczych, człowiek zaufany Lecha Kaczyńskiego, zawdzięczający prezydentowi ocalenie kariery po katastrofie CAS-y, spędził w kokpicie sporo czasu i tam zginął. Do kabiny wchodził też "dyrektor" - zapewne Mariusz Kazana, dyrektor protokołu dyplomatycznego w MSZ. A także anonim, któremu drugi pilot 22 minuty przed katastrofą powiedział: "Da radę". I anonim z 18. minuty, który pytał, co nastąpi po wylądowaniu. A może również inni?

Błasik i Kazana siedzieli w trzecim saloniku, wchodząc do kokpitu, mijali drugi, w którym był m.in. szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak i szef BBN Aleksander Szczygło. A potem salonik samego prezydenta, który od kokpitu oddzielał tylko korytarzyk. Drzwi do kabiny były otwarte, może nawet cały czas, co jest zwyczajem w lotach VIP-ów.

11 minut przed katastrofą dyr. Kazana powiedział pilotom: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić". O czym prezydent miał decydować - czy o lądowaniu, czy o ewentualnym wyborze lotniska zapasowego - nie wiemy, ale Lech Kaczyński został przedstawiony jako główny decydent.

Trudno sobie wyobrazić, by Lech Kaczyński nie rozmawiał o sytuacji ze współpracownikami. I telefonicznie z bratem, bo wszystko z nim omawiał. Pozostaje do ustalenia godzina tej ostatniej rozmowy.

Trudno też sobie wyobrazić, by gen. Błasik nie wymienił opinii z najwyższymi dowódcami wojska, z którymi dzielił ośmioosobowy przedział nr 3.

Nie wyobrażajmy sobie tamtej sytuacji jako gwałtownych narad czy kontrowersji. Wręcz przeciwnie - sadzę, że wymianie informacji, w której uczestniczyło kilka-kilkanaście osób, towarzyszył spokój. Komentowali kolejne komunikaty. Decyzja, by próbować lądować, a nie odlatywać na inne lotnisko, była zapewne przyjmowana przez wszystkich z aprobatą.

Dlaczego?

To był lot prezydenta, jego ekipy, jego gości. To prezydent był centralną postacią. Lech Kaczyński tak zresztą interpretował swoją rolę głowy państwa w powietrzu - w swoim tupolewie chciał być prawdziwym dowódcą, skoro był zwierzchnikiem sił zbrojnych.

Gdy w sierpniu 2008 r. pilot odmówił lądowania w Tbilisi, prezydent zarzucił mu brak odwagi. Pilot - choć odznaczony potem przez ministra obrony "za przestrzeganie procedur i poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo czterech prezydentów na pokładzie" - przeżył to ciężko.

We wrześniu 2008 r. przewodniczący klubu PiS Przemysław Gosiewski w zapytaniu poselskim do ministra obrony wyrażał taki pogląd, pytając: "Czy pilot ma prawo odmówić wykonania rozkazu zwierzchnika Sił Zbrojnych RP?" oraz "Czy minister, podejmując decyzję o odznaczeniu, chciał pokazać, iż będzie premiował w przyszłości przypadki niesubordynacji, tchórzostwa i odmawiania wykonywania rozkazów?". W przyszłości.

Z pewnością wojskowi i politycy z kręgu prezydenta wiedzieli, że głowa państwa tak rozumie swoją rolę. Zapewne wiedział to również "dyrektor", choć to urzędnik z resortu spraw zagranicznych w rządzie Platformy.

Msza katyńska była dla prezydenta i wielu pasażerów czymś więcej niż uroczystością. Wpisywała się w polityczny spór, miała zatrzeć wrażenie, że to Donald Tusk z Władimirem Putinem doprowadzili do postępu w leczeniu narodowej rany, jaką jest zbrodnia katyńska. Ale powody były poważniejsze niż licytacja na patriotyzm, fundamentalne. Msza w Katyniu dotykała symbolu narodowej sprawy, samego serca polityki historycznej braci Kaczyńskich, miała być manifestacją patriotyzmu tak zrośniętego z wizerunkiem prezydenta. Chciał on wystąpić jako dumny przywódca polskiego narodu.

Miałby odlecieć jak niepyszny? Jakież byłoby rozczarowanie! Prezydent odczuwał to zapewne jako groźbę osobistej kompromitacji. Mógł sobie wyobrażać złośliwe żarty politycznych rywali i nieprzychylnej mu części opinii publicznej.

W dodatku ta niezawiniona przez niego wpadka byłaby - symbolicznie - porażką w relacjach z Rosją, które dla prezydenta były sprawą honoru. Swą życiową rolę zagrał wszak dwa lata wcześniej na wiecu w Tbilisi, gdy w imieniu Polski i poniekąd Europy wystąpił w obronie Gruzji. Tłumy wiwatowały, a Lech Kaczyński mówił: "Nasi sąsiedzi pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ten kraj - mówił dalej o Rosji - uważa, że dawne czasy upadłego imperium wracają, że znów dominacja będzie cechą tego regionu. Nie będzie. Te czasy się skończyły raz na zawsze".

To też był kontekst decyzji o lądowaniu. Takie myślenie zaciążyło zapewne także na decyzjach kontrolerów lotów ze Smoleńska, którzy obawiali się skandalu dyplomatycznego i lądowanie jedynie odradzali, ale go nie zabraniali.

Decyzja o lądowaniu była zatem rozpatrywana w kategoriach politycznych, narodowych, historycznych, godnościowych. Czynnik bezpieczeństwa był oczywiście ważny, ale jako jeden z wielu.

Z perspektywy tragedii taka logika wydaje się opętańcza. Ale gdyby piloci bezpiecznie posadzili tupolewa - na co przecież mieli szanse - patrzylibyśmy na to inaczej. Kto wie, czy sam prezydent i jego otoczenie nie odczuwaliby nawet potem dumy, że wykazali się taką determinacją.

Jak?

Psycholog Irving Janis opisał myślenie grupowe jako taki sposób myślenia, w którym zachowanie spójności i solidarności grupy liczy się bardziej niż realistyczne rozważanie faktów. Członkowie grupy unikają nawet wypowiadania poglądów spoza wyłaniającej się zgody, bo nie chcą uchodzić za niemądrych czy tchórzliwych. Nie chcą też wywoływać złości lub zakłopotania ważnych członków grupy.

Klasycznym przykładem jest decyzja grupy doradców prezydenta Johna F. Kennedy'ego o inwazji na Kubę w 1961 r. w celu obalenia dyktatury Castro. Inwazja zakończyła się totalnym fiaskiem, świat się oburzył, a Kuba związała się mocniej z ZSRR. - Jak mogliśmy być tak głupi? - pytał parę lat później sam Kennedy i odpowiadał, że najbardziej im zależało na "podtrzymywania ducha zespołu".

Psychologowie twierdzą, że myślenie grupowe pleni się zwłaszcza w warunkach ograniczonego dostępu do informacji oraz stresu - gdy grupa widzi zagrożenie. Łatwiej o nie w grupach ideowo spójnych, zwłaszcza gdy jest "przywódca, który kieruje przebiegiem dyskusji i daje do zrozumienia, czego sobie życzy".

Myślenie grupowe daje złudne poczucie siły i wiarę w moralną słuszność nawet najgłupszych decyzji.

Sądzę, że otoczenie prezydenta i on sam mogli paść ofiarą tego zjawiska. Czuli się zagrożeni tyleż złą pogodą, co widmem prestiżowej i ideowej porażki, jaką byłoby zepsucie uroczystości w Katyniu. Wielu mogło współtworzyć, a w każdym razie wyrażać punkt widzenia prezydenta, co byłoby o tyle zrozumiale, że byli jego zwolennikami, przyjaciółmi, pracownikami, gośćmi.

Nikt nie potrafił zawołać: - Opamiętajcie się, ryzyko jest zbyt duże!

Nie wiemy, na ile wyraźna była ta grupowa decyzja, by lądować. Mogła przyjąć tylko (i aż!) postać prośby - by zrobić wszystko, co tylko możliwe...

Ta psychologiczna hipoteza może być - paradoksalnie - swego rodzaju pocieszeniem, bo skaza myślenia grupowego jest zjawiskiem uniwersalnym. Winna byłaby nie specyficznie polska "fantazja ułańska", lecz prawidła grupowej komunikacji.

Racjonalizacje

Decyzja, by mimo wszystko lądować, mogła znaleźć dodatkowe argumenty czy raczej racjonalizacje, które zmniejszały obawy, że może być fałszywa.

Przecież Jak-40 z dziennikarzami wylądował bez kłopotów ledwie godzinę wcześniej. A gdzie jakowi do tupolewa! Zresztą komunikaty z jaka nie były jednoznaczne. Piloci ostrzegali, że warunki są złe, ale nie odradzali próby lądowania. Podkreślali, że im się udało.

Pasażerowie i załoga mogli też ulec złudzeniu, że przecież nic złego nie może się zdarzyć, skoro samolotem leci prezydent i całe dowództwo polskiego wojska! Dlaczego akurat tym razem, w dodatku nad Katyniem?

Prawie każdy ma za sobą mniej lub bardziej niebezpieczne doświadczenia z lataniem i zawsze się udawało. Zdaje się, że także piloci o tym rozmawiali: "Miałem tak już, miałem, a jak już wylądowaliśmy..." - opowiada drugi pilot na 22 minuty przed katastrofą.

Sygnały o pogodzie docierały kolejno - coraz gorsze. To też było niefortunne, działała zasada oswajania złych wiadomości.

Kapitan

Czas na najbardziej tragiczną postać - majora Arkadiusza Protasiuka.

Znalazł się w polu sprzecznych norm. Zawodowy etos podpowiadał, że musi wybrać rozwiązanie bezpieczne. Ale do kokpitu docierało myślenie grupowe z pokładu samolotu: zrobić wszystko, by wylądować.

Aż do 15. minuty przed katastrofą kapitan powtarzał jak mantrę swój pomysł na rozwiązanie konfliktu norm: podejdzie do lądowania i na wysokości krytycznej - około 100 m - oceni sytuację, a gdy będzie niebezpiecznie, odleci na zapasowe lotnisko. Gdyby to był zwykły lot cywilny, od razu poleciałby gdzie indziej. Ale to nie był ani cywilny lot, ani cywilny pilot.

W ostatnim kwadransie docierają do kapitana trzy sygnały, które znamy tylko fragmentarycznie. "No to mamy problem" (15. minuta przed katastrofą). "Nie ma jeszcze decyzji prezydenta, co dalej robić" (11. minuta) - obie wypowiedzi przypisywane dyr. Kazanie. I tajemniczy głos na 3,5 minuty przed katastrofą: "Wkurzy się, jeśli jeszcze ".

Najpóźniej 22 sekundy przed katastrofą, na wysokości 100 m, kapitan podejmuje decyzję, że będą lądować. Nie tłumaczy dlaczego. Wziął tę tajemnicę do grobu.

Możemy się tylko domyślać. Może w pewnym momencie i on wpada w pułapkę myślenia grupowego? Wychodzi z roli dowódcy statku powietrznego, staje się członkiem grupy, której ton nadaje prezydent naszego państwa? Tak mogło być, nawet jeżeli - podkreślam - wola prezydenta nie została zamieniona w jednoznaczny rozkaz, ale rodzaj sugestii, życzenia, oczekiwania.

Miał powody, by tak reagować. 36-letni major miał za plecami najwyższego dowódcę wojsk lotniczych. Obecność gen. Błasika mógł, musiał rozumieć jako presję i zarazem wsparcie w trudnej operacji.

Arkadiusz Protasiuk miał też osobiste powody, by liczyć się z życzeniami prezydenta. To on był drugim pilotem lotu do Gruzji, w którym pierwszy pilot nie uległ presji, by lądować w Tbilisi, ale zapłacił za to oskarżeniami o tchórzostwo i przesłuchaniami prokuratorskimi po doniesieniu posła PiS.

Sam Protasiuk też nie był potem w najlepszej formie. Dwa miesiące później, w październiku 2008 r., doszło do "kłótni o krzesło" przy stole unijnego szczytu. Premier Tusk nie chciał wziąć na pokład rządowego Tu-154 prezydenta, który upierał się, że to on będzie reprezentował Polskę w Brukseli.

Prezydent chciał lecieć drugim tupolewem, ale Protasiuk odmówił lotu. Był chory, brał antybiotyki. Tabloidy plotkowały, że to z powodu uniku pilota, głowa państwa musiała wyczarterować samolot.

Może mjr Protasiuk czuł, że nie stać go, by trzeci raz zawieść prezydenta? Może działając pod presją czasu i rosnącego napięcia, we mgle także własnych wątpliwości, przyłączył się do grupy? Postanowił na oczach swego prezydenta i swego dowódcy pokazać, co potrafi polski pilot?





Prezydentura Lecha Kaczyńskiego - podsumowanie mocno tendencyjne