Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 2001.09.08

 

 

Binjamin Wilkomirski, podobnie jak Jerzy Kosiński, opisuje siebie jako porzucone dziecko, które odkryło swoje żydowskie pochodzenie

 

 

NORMAN G. FINKELSTEIN

Literatura przedsiębiorstwa holokaust

 

 

Większość literatury poświęconej hitlerowskiemu "ostatecznemu rozwiązaniu", która wymienia kluczowe dogmaty holokaustu, nie ma żadnej wartości naukowej. Co więcej, na polu badań problematyki holokaustu plenią się nonsensy, a nawet jawne fałszerstwa. Szczególnym na to dowodem jest środowisko kulturalne, które płodzi taką literaturę.

Pierwszą główną mistyfikacją holokaustu był "Malowany ptak" autorstwa polskiego emigranta Jerzego Kosińskiego.

Kosiński wyjaśnia, że "napisał tę książkę po angielsku, żeby móc pisać beznamiętnie, bez emocjonalnego zabarwienia, które zawsze zawiera ojczysty język". W rzeczywistości jednak wszystko, co napisał sam Kosiński - kwestia ta dotąd nie jest wyjaśniona - zostało napisane po polsku. Książka ta jest jakoby autobiograficzną relacją Kosińskiego o jego przeżyciach jako samotnego dziecka na polskiej wsi podczas II wojny światowej. W rzeczywistości, Kosiński mieszkał podczas wojny z rodzicami. Przewodnim motywem książki są sadystyczne seksualne tortury, którym poddawali go polscy chłopi. Recenzenci książki, którzy przeczytali ją przed wydaniem, wyśmiali ją jako "pornografię przemocy" i "wytwór umysłu opętanego sadomasochistyczną przemocą". Kosiński zmyślił niemal wszystkie patologiczne epizody, które opisuje. Jego książka przedstawia polskich chłopów jako zapiekłych antysemitów. "Bić Żydów", wrzeszczą. "Bić skurwysynów". Tymczasem polscy chłopi przechowywali rodzinę Kosińskiego, choć doskonale wiedzieli, że są to Żydzi i że grożą za to straszne konsekwencje.

Na łamach "New York Times Book Review" Elie Wiesel uznał "Malowanego ptaka" za "jedno z najlepszych" oskarżeń ery hitlerowskiej, "napisane z wielką szczerością i wrażliwością". Poźniej Cynthia Ozick wyznała, że "natychmiast" rozpoznała autentyzm Kosińskiego jako "ocalałego Żyda i świadka holokaustu". I jeszcze długo po tym, gdy Kosiński okazał się skończonym mistyfikatorem, Wiesel nie przestał wychwalać jego "wspaniałego dzieła".

"Malowany ptak" stał się podstawowym tekstem literatury holokaustu. Był bestsellerem, obsypano go nagrodami, przetłumaczono na wiele języków oraz wprowadzono na listę obowiązkowych lektur w szkołach średnich i wyższych. Dostawszy się do holokaustowego kręgu, Kosiński obwieścił się "tańszym Elie Wieselem" (ci, których nie stać było na zapłacenie Wieselowi honorarium za przemówienie - "milczenie" nie jest przecież tanie - zwracali się do Kosińskiego). Ostatecznie, zdemaskowanego przez jeden z dociekliwych tygodników Kosińskiego nadal zawzięcie bronił "The New York Times", który twierdził, że padł on ofiarą komunistycznego spisku. Trzeba przyznać, że Kosiński przeszedł rodzaj nawrócenia na łożu śmierci. W okresie kilku lat dzielących zdemaskowanie go od jego samobójstwa, Kosiński potępił "przedsiębiorstwo holokaust" za pomijanie nieżydowskich ofiar. "Wielu amerykańskich Żydów woli postrzegać to jako 'shoah', czyli wyłącznie żydowskie nieszczęście. (...) Ale ofiarą tego ludobójstwa była także co najmniej połowa światowej populacji Romów (niesprawiedliwie nazywanych Cyganami), ok. 2,5 miliona polskich katolików, miliony obywateli sowieckich i innych narodowości...". Kosiński oddał również hołd "odwadze Polaków", którzy "ukrywali" go "podczas holokaustu" mimo jego "semickiego wyglądu" (Jerzy Kosiński "Passing By", Nowy Jork 1992, s. 165-166, 178-179). Złośliwie zapytany przez kogoś na konferencji poświęconej holokaustowi, co Polacy zrobili, żeby ocalić Żydów, Kosiński wypalił: "A co zrobili Żydzi, żeby ocalić Polaków?"

Młodsze oszustwo, "Fragments" Binjamina Wilkomirskiego, czerpie na łapu-capu z holokaustowego kiczu "Malowany ptak". Wilkomirski, podobnie jak Kosiński, opisuje siebie jako porzucone dziecko, które zostało niemową, wylądowało w sierocińcu i dopiero później odkrywa swe żydowskie pochodzenie. Na wzór "Malowanego ptaka", głównym narratorem "Fragments" jest prosty, skromny głos naiwnego dziecka, co pozwala również na unikanie konkretnych ram czasowych i przestrzennych nazw miejscowości. Jak w "Malowanym ptaku", apogeum każdego rozdziału "Fragments" to orgia przemocy. Kosiński przedstawiał "Malowanego ptaka" jako "wolne rozmrażanie umysłu", a Wilkomirski przedstawiał "Fragments" jako "odzyskaną pamięć".

Choć są szytym grubymi nićmi oszustwem, "Fragments" to jednak archetyp pamiętników o holokauście. Opisują one najpierw obozy koncentracyjne, gdzie każdy strażnik to oszalały, sadystyczny potwór z lubością roztrzaskujący czaszki żydowskich niemowląt. Tymczasem pamiętniki z hitlerowskich obozów koncentracyjnych dają obraz bliższy temu, co odnotowała była więźniarka Auschwitz dr Ella Lingens-Reiner: "Nie było tam wielu sadystów. Nie więcej niż pięć czy dziesięć procent". Jednak w literaturze holokaustu wszechobecny niemiecki sadyzm zajmuje pierwszoplanową pozycję. Wypełniając podwójną rolę, "dowodzi" on wyjątkowej irracjonalności holokaustu oraz fanatycznego antysemityzmu oprawców.

Osobliwość "Fragments" polega na zawartym w nich opisie życia nie w czasie holokaustu, lecz po nim. Mały Binjamin, którego zaadoptowała szwajcarska rodzina, ciągle przeżywa nowe katusze. Zostaje uwięziony w świecie negujących holokaust. "Zapomnij o tym - to jest zły sen", krzyczy jego matka. "To był tylko zły sen... Nie wolno ci więcej o tym myśleć". "Tu, w tym kraju", irytuje się bohater-autor, "wszyscy mi powtarzają, że muszę zapomnieć, że to się nigdy nie zdarzyło, że to tylko mi się śniło. Ale przecież oni o tym wszystko wiedzą!".

Nawet w szkole "chłopcy wytykali mnie, zaciskali pięści i darli się: 'On bredzi, nie było czegoś takiego. Kłamca! Głupek, wariat, idiota' ". Okładając go pięściami, podśpiewując antysemickie piosenki, te wszystkie gojowskie dzieci sprzysięgły się przeciwko biednemu Binjaminowi, a dorośli ubliżali mu: "Zmyślasz!"

Doprowadzony do skrajnej rozpaczy, Binjamin doznaje holokaustowego objawienia: "Ten obóz ciągle tu jest - jedynie ukryty i dobrze zamaskowany. Oni zdjęli mundury i przebrali się w ładne ubrania, żeby nikt ich nie rozpoznał. (...) Zasugeruj im tylko w najdelikatniejszy sposób, że może, prawdopodobnie, jesteś Żydem - a zaraz to odczujesz: to są ci sami ludzie, jestem tego pewien. Oni ciągle potrafią zabijać, nawet bez mundurów".

Stanowiąc nawet coś więcej niż hołd dla dogmatyki holokaustu, "Fragments" są ciosem prosto między oczy: nawet w Szwajcarii - neutralnej Szwajcarii - wszyscy goje chcą zamordować Żydów. "Fragments" zostały powszechnie uznane za klasykę literatury holokaustu. Doczekały się przekładów na wiele języków, wyróżniono je też takimi nagrodami, jak Jewish National Book Award, "Jewish Quarterly" Prize i Prix de Memoire de la Shoah. Wilkomirski - gwiazda filmów dokumentalnych, czołowy mówca na konferencjach i seminariach o holokauście, zbieracz funduszy na waszyngtońskie Muzeum Holokaustu - szybko stał się chłopcem z plakatu "przedsiębiorstwa holokaust".

Daniel Goldhagen, który wychwalał "Fragments" jako "małe arcydzieło", był głównym naukowym orędownikiem Wilkomirskiego. Jednak wielu wykształconych historyków, jak Raul Hilberg, szybko rozszyfrowało "Fragments" jako oszustwo. Już po ujawnieniu tego faktu Hilberg słusznie pytał: "Jak tego rodzaju książka mogła zostać uznana przez wiele wydawnictw za pamiętnik? Jak mogło dojść do tego, że Wilkomirski był zapraszany przez Muzeum Holokaustu i prestiżowe uniwersytety? Dlaczego nie mamy jakiejś porządnej kontroli jakości w przypadku oceny wydawniczej materiałów dotyczących holokaustu?".

Po części szaleniec, po części hochsztapler, Wilkomirski, jak się okazało, spędził całą wojnę w Szwajcarii. Nie jest on nawet Żydem. Ale posłuchajmy, jakie "nekrologi" wystawiło mu "przedsiębiorstwo holokaust":

" 'Fragments' to bardzo dobra książka. (...) Oszustwem jest tylko wtedy, gdy zaliczyć ją do gatunku literatury faktu. Ale wówczas wydałbym ją ponownie jako fikcję literacką. Bo jeśli nawet to nieprawda - wówczas Wilkomirski staje się jeszcze lepszym pisarzem" - Arthur Samuelson, wydawca.

"Jeśli te oskarżenia (...) okażą się zasadne, wówczas problem sprowadza się nie do weryfikacji empirycznych faktów, lecz do przemyślenia faktów duchowych. Wymagałoby to weryfikacji duszy, a to jest niemożliwością" - Carol Brown Janeway, redaktor i tłumacz.

Na tym nie koniec. Israel Gutman jest dyrektorem jerozolimskiego instytutu Yad Vashem i wykładowcą historii holokaustu na Hebrew University. Jest także byłym więźniem Auschwitz. Według Gutmana, "nie ma większego znaczenia", czy "Fragments" to oszustwo. "Wilkomirski napisał opowieść, którą sam głęboko przeżył; co do tego nie ma wątpliwości (...). On nie jest fałszerzem. Jest kimś, kto żyje tą historią głęboko w swej duszy. Jego ból jest autentyczny".

Tak więc nie ma znaczenia, czy spędził on wojnę w obozie koncentracyjnym, czy w szwajcarskiej willi; Wilkomirski nie jest fałszerzem, jeśli jego "ból jest autentyczny". Tak oto mówi były więzień Auschwitz, który stał się ekspertem od spraw holokaustu. O ile inni zasługują na pogardę, o tyle Gutman prosi się o litość.

"The New Yorker" zatytułował swoją demaskację oszustwa Wilkomirskiego "Stealing the Holocaust" (Kradzież holokaustu). Wczoraj Wilkomirskiego celebrowano za opowieści o złu gojów, dzisiaj chłoszcze się go jako jeszcze jednego złego goja. Wina gojów jest zawsze. To prawda, że Wilkomirski sfabrykował swą przeszłość z okresu holokaustu, ale tym bardziej prawdą jest to, że to "przedsiębiorstwo holokaust", zbudowane na oszukańczym sprzeniewierzaniu się historii w imię celów ideologicznych, przodowało w celebrowaniu fabrykacji Wilkomirskiego. Był on "ocalałym" z holokaustu, czekającym na odkrycie.

Wycofując w październiku 1999 r. "Fragments" Wilkomirskiego z księgarń, ich niemiecki wydawca ostatecznie przyznał publicznie, że nie był on żydowskim sierotą, lecz urodzonym w Szwajcarii człowiekiem o nazwisku Bruno Doessekker. Na wiadomość, że prawda wyszła na jaw, Wilkomirski butnie zagrzmiał: "Jestem Binjamin Wilkomirski!" Miesiąc później amerykański wydawca, Schocken, wycofał "Fragments" ze swej oferty. (...)

Najnowszym popisowym numerem z branży holokaustu jest książka Daniela Jonaha Goldhagena "Hitler's Willing Executioners" ("Gorliwi kaci Hitlera. Zwyczajni Niemcy i holokaust", Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1999 - przyp. red.). W ciągu kilku tygodni od jej wydania zamieściło jej recenzję każde liczące się czasopismo. "The New York Times" opublikował kilka omówień, uznając książkę Goldhagena za "jedno z tych nielicznych nowych dzieł, które zasługują na miano przełomowych" (Richard Bernstein). Wydanych w nakładzie pół miliona egzemplarzy i przetłumaczonych na trzynaście języków "Hitler's Willing Executioners" tygodnik "Time" okrzyknął "najbardziej wziętą" i drugą najlepszą w kategorii literatury faktu książką roku. Wskazując na "wspaniałą analizę" i "bogactwo dowodów (...) przytłaczająco popartych dokumentami i faktami", Elie Wiesel obwieścił książkę Goldhagena jako "ogromny wkład w zrozumienie i nauczanie o holokauście". Israel Gutman wychwalał ją za "podniesienie na nowo w jasny sposób głównych kwestii", które ignorowane były przez "trzon badaczy holokaustu". Mianowany na szefa katedry studiów nad holokaustem Uniwersytetu Harvarda, stawiany przez media na równi z Wieselem, Goldhagen szybko stał się postacią wszechobecną w kręgach ideologów holokaustu.

Przewodnią tezą książki Goldhagena jest sztandarowy dogmat holokaustu: wiedzeni patologiczną nienawiścią Niemcy ochoczo skorzystali ze stworzonej im przez Hitlera okazji, by wymordować Żydów. Nawet Yehuda Bauer, czołowy pisarz zajmujący się holokaustem, wykładowca Hebrew University i dyrektor Yad Vashem, też czasem podpisywał się pod tym dogmatem. Zastanawiając się kilka lat temu nad umysłowością prześladowców, Bauer pisał: "Żydów mordowali ludzie, którzy, w dużym stopniu, wcale nie kierowali się nienawiścią. (...) Niemcy nie musieli nienawidzić Żydów, żeby ich zabijać".

Jednak w recenzji książki Goldhagena Bauer wystąpił z zupełnie odwrotnym twierdzeniem: "Najbardziej radykalny rodzaj morderczych postaw dominował od końca lat 30. (...) Do czasu wybuchu II wojny światowej ogromna większość Niemców do tego stopnia utożsamiła się z reżimem i jego antysemicką polityką, że rekrutacja morderców była prostym zadaniem". Pytany o tą niekonsekwencję, Bauer odpowiedział: "Nie widzę w tych twierdzeniach żadnej sprzeczności".

"Hitler's Willing Executioners", choć posługujący się instrumentarium właściwym dla pracy naukowej, są jednak tylko odrobinę czymś więcej niż kompendium sadystycznej przemocy. Nic też dziwnego, że Goldhagen był zażartym orędownikiem Wilkomirskiego: "Hitler's Willing Executioners" to "Fragments" plus przypisy. Książka Goldhagena, pełna wewnętrznych sprzeczności i jaskrawo fałszywych interpretacji materiału źródłowego, nie ma żadnej wartości naukowej. Mierność przedsięwzięcia Goldhagena udokumentowałem wraz z Ruth Bettiną Birn w książce "A Nation on Trial". Wynikłe z niej kontrowersje obrazowo ilustrują mechanizmy działania "przedsiębiorstwa holokaust".

Birn, która jest czołowym na świecie autorytetem w sprawach dokumentacji wykorzystanej przez Goldhagena, opublikowała najpierw wyniki swych krytycznych ustaleń w "Historical Journal" (Cambridge). Goldhagen odrzucił złożoną przez pismo propozycję zamieszczenia jego wyczerpującej repliki i wynajął prestiżową londyńską kancelarię adwokacką, by pozwać do sądu Birn i Cambridge University Press za "poważne oszczerstwa". Domagając się przeprosin, wycofania publikacji i obietnicy, że Birn nie będzie powtarzała swej krytyki, adwokaci Goldhagena zagrozili jednocześnie, że "publiczne ujawnienie" tych żądań "spowoduje obciążenie dodatkowymi odszkodowaniami".

Wkrótce po opublikowaniu przeze mnie równie krytycznych opinii w "New Left Review", należące do grupy Henry'ego Holta wydawnictwo Metropolitan zgodziło się wydać oba artykuły w formie książki. W artykule zamieszczonym na pierwszej stronie, pismo "Forward" przestrzegło, że Metropolitan "przygotowuje do wydania książkę autorstwa Normana Finkelsteina, znanego ideologicznego przeciwnika państwa Izrael". "Forward" bowiem pełni rolę głównego strażnika "poprawności interpretacji holokaustu" w Stanach Zjednoczonych.

Twierdząc, że "jaskrawe uprzedzenia i zuchwałe wypowiedzi Finkelsteina (...) są nieodwracalnie skażone jego antysyjonistycznym nastawieniem", szef ADL Abraham Foxman zażądał od Holta wycofania się z publikacji książki: "Problem (...) nie polega na tym, czy teza Goldhagena jest słuszna czy nie, ale na tym, co jest 'uzasadnioną krytyką', a co wykracza poza granice przyzwoitości". Zastępca szefa wydawnictwa Metropolitan, Sara Bershtel, odpowiedziała na to: "Problem polega właśnie na tym, czy teza Goldhagena jest słuszna czy nie".

U prezesa Holta, Michela Naumanna, osobiście interweniował Leon Wieseltier, redaktor literacki proizraelskiego pisma "New Republic". "Zupełnie nie zdajecie sobie sprawy z tego, kim jest Finkelstein. To trucizna, to wstrętny nienawidzący żydostwa Żyd, to najgorsze plugastwo". Uznając decyzję Holta za "hańbę", dyrektor wykonawczy światowego Kongresu Żydów Elan Steinberg orzekł: "Jeśli chcą się trudnić zbieraniem śmieci, to powinni nosić kombinezony przedsiębiorstwa oczyszczania miasta".

"Nigdy nie spotkałem się ze strony zainteresowanych tematem z podobną próbą publicznego zniesławienia przygotowywanej do wydania publikacji", przyznał później Naumann. Z kolei znany izraelski historyk i publicysta Tom Segev zauważył w dzienniku "Haaretz", że kampania ta zbliżyła się do "kulturalnego terroryzmu".

Birn, która jest naczelnym historykiem Wydziału Zbrodni Wojennych i Zbrodni Przeciwko Ludzkości w kanadyjskim Ministerstwie Sprawiedliwości, stała się następnie obiektem ataków ze strony kanadyjskich organizacji żydowskich. Twierdząc, że ja jestem "przekleństwem dla ogromnej większości Żydów na tym kontynencie", Kongres Żydów Kanadyjskich (CJC) potępił Birn za współautorstwo książki. By wywrzeć na nią nacisk u pracodawcy, CJC złożył protest do Ministerstwa Sprawiedliwości. Z powodu tego zażalenia, uzupełnionego przygotowanym na zlecenie CJC raportem, w którym nazwano Birn "członkiem rasy prześladowców" (jest ona z pochodzenia Niemką), wszczęto wobec niej oficjalne dochodzenie.

Osobiste ataki nie ustały nawet po ukazaniu się książki. Goldhagen twierdził, że Birn, która poświęciła zawodowe życie ściganiu hitlerowskich zbrodniarzy wojennych, jest głosicielką antysemityzmu. Mnie z kolei zarzucił, że jakoby uznałem, iż ofiary nazizmu, w tym członkowie mojej własnej rodziny, zasługiwały na śmierć. Stanley Hoffman i Charles Maier, koledzy Goldhagena z Harvard Center for European Studies, publicznie go w tym poparli.

Nazywając zarzuty o cenzurze "kaczką dziennikarską", "New Republic" utrzymywało, że "istnieje różnica między cenzurą a zachowaniem stosownego poziomu". Tymczasem "A Nation on Trial" została pozytywnie przyjęta przez czołowych historyków, zajmujących się hitlerowskim holokaustem, w tym Raula Hilberga, Christophera Browninga i Iana Kershawa. Naukowcy ci jednomyślnie również skrytykowali książkę Goldhagena. Hilberg uznał ją za "bezwartościową". O jakim więc poziomie mówimy.

Na koniec, przyjrzyjmy się następującej prawidłowości: Wiesel i Gutman poparli Goldhagena; Wiesel poparł Kosińskiego; Gutman i Goldhagen poparli Wilkomirskiego. Jak się to połączy, to otrzymamy literaturę holokaustu.

Pomijając cały ten zgiełk, nie ma żadnego dowodu na to, że negujący holokaust cieszą się w Stanach Zjednoczonych większym wpływem niż szeregowi obywatele. Obserwując wszystkie nonsensy produkowane codziennie przez "przedsiębiorstwo holokaust", aż dziw bierze, że sceptyków jest tak niewielu. Nietrudno jednak ustalić przyczynę kryjącą się za twierdzeniami o szerzącej się negacji holokaustu. Jak bowiem, w społeczeństwie nasyconym ideologią holokaustu, lepiej uzasadnić potrzebę budowy kolejnych muzeów, publikacji kolejnych książek czy produkcji kolejnych filmów i programów niż poprzez straszenie widmem negacji holokaustu? Nic więc dziwnego, że głośna książka Debory Lipstadt "Denying the Holocaust" oraz rezultaty niedorzecznie sformułowanego i przeprowadzonego przez AJC sondażu na temat rzekomo szerzącej się negacji holokaustu pojawiły się równolegle z otwarciem waszyngtońskiego Muzeum Holokaustu.

"Denying the Holocaust" to zaktualizowana wersja rozpraw o "nowym antysemityzmie". By udowodnić szerzenie się negacji holokaustu, Lipstadt cytuje kilka dziwacznych publikacji. Jej koronnym argumentem jest Arthur Butz, bliżej nieznany wykładowca inżynierii elektrycznej na Northwestern University, którego książkę "The Hoax of the Twentieh Century" opublikowało jakieś podrzędne wydawnictwo. Lipstadt zatytułowała rozdział o Butzu "Entering the Mainstream" (W głównym nurcie). Gdyby nie tacy jak Lipstadt, nikt zapewne nie usłyszałby o Arthurze Butzu.

Gwoli ścisłości, jedynym rzeczywiście mieszczącym się w głównym nurcie negacji holokaustu jest Bernard Lewis. Francuski sąd skazał go nawet za zaprzeczanie istnieniu ludobójstwa. Lewis jednak negował tureckie ludobójstwo popełnione na Ormianach podczas I wojny światowej, a nie hitlerowskie ludobójstwo popełnione na Żydach. Poza tym, Lewis jest proizraelski. Ten rodzaj negacji holokaustu nie wywołuje wrzawy w Stanach Zjednoczonych. Turcja jest sojusznikiem Izraela, co dodatkowo wycisza sprawę. Dlatego jakiekolwiek wzmianki o ludobójstwie popełnionym na Ormianach to tabu. Elie Wiesel, rabin Arthur Hertzberg oraz AJC i Yad Vashem wycofali się z zorganizowanej w Tel Awiwie międzynarodowej konferencji na temat ludobójstwa, ponieważ jej naukowi sponsorzy, wbrew naleganiom izraelskich władz, włączyli do programu sesje poświęcone sprawie Ormian. Wiesel osobiście zabiegał o odwołanie tej konferencji i, jak twierdzi Yehuda Bauer, namawiał innych, żeby zrezygnowali z udziału. Działając na żądanie Izraela, Rada Holokaustu USA praktycznie wyeliminowała wszelkie wzmianki o Ormianach w waszyngtońskim Muzeum Holokaustu, a żydowskie lobby w Kongresie zablokowało projekt ustanowienia dnia pamięci o ludobójstwie wobec Ormian.

Kwestionowanie zeznań ocalałych z holokaustu; potępianie roli żydowskich kolaborantów; sugerowanie, że Niemcy cierpieli podczas bombardowań Drezna lub że jakiekolwiek państwo, oprócz Niemiec, dopuściło się zbrodni podczas II wojny światowej - to wszystko są, według Lipstadt, dowody na negowanie holokaustu. Podobnie jak sugerowanie, że Wiesel czerpie korzyści z "przedsiębiorstwa holokaust".

Lipstadt sugeruje, że najbardziej "podstępne" formy negacji holokaustu to "niemoralne równoważności", czyli negowanie wyjątkowości holokaustu. Twierdzenie takie ma zadziwiające implikacje. Daniel Goldhagen uważa, że serbskie czystki etniczne w Kosowie "w zasadzie różnią się od hitlerowskich tylko skalą". Oznaczałoby to, że Goldhagen "w zasadzie" neguje holokaust. Tym bardziej że izraelscy komentatorzy różnych orientacji politycznych porównywali poczynania Serbów w Kosowie z postępowaniem Izraela wobec Palestyńczyków w 1948 r. Zgodnie z rachubami Goldhagena, Izrael dopuścił się holokaustu. Z takimi twierdzeniami nie występują już nawet Palestyńczycy.

Nie cała literatura rewizjonistyczna - bez względu na to, jak ordynarne są zapatrywania polityczne lub motywy autorów - pozbawiona jest wszelkiej wartości. Lipstadt uważa Davida Irvinga za "jednego z najgroźniejszych rzeczników negacji holokaustu" (Irving przegrał ostatnio w Anglii proces o zniesławienie przeciwko Lipstadt). Ale Irving, choć znany z podziwu dla Hitlera i sympatyzowania z niemieckim narodowym socjalizmem, wniósł jednak, jak zauważa Gordon Craig, "niezaprzeczalny" wkład w naszą wiedzę o II wojnie światowej. Zarówno Arno Mayer w swym wybitnym studium hitlerowskiego holokaustu, jak też Raul Hilberg cytują publikacje negujące holokaust. "Jeśli ci ludzie mają coś do powiedzenia, to pozwólmy im na to", stwierdził Hilberg. "Pozwala nam to bowiem weryfikować w naszych badaniach to, co moglibyśmy uznać za oczywiste. A to przynosi nam pożytek".

Przełożył Mateusz Szymański

 

Fragment rozdziału "Oszuści, handlarze i historia" z książki Normana G. Finkelsteina "Przedsiębiorstwo holokaust" (Oficyna wydawnicza Volumen), która właśnie trafia do księgarń. Tytuł, nadtytuł i wyróżnienia w tekście pochodzą od redakcji.

 

 


 

Lektura książki "Przedsiębiorstwo holokaust" Normana G. Finkelsteina zmusza do postawienia pytania: spisek czy lobby?

 

KRZYSZTOF DAREWICZ

Komercjalizacja, wulgaryzacja

 

 

W trakcie gorącej debaty nad książką Jana T. Grossa "Sąsiedzi" i sprawą Jedwabnego nie zabrakło głosów, że kryje się za tym wszystkim jakaś zmowa, czy wręcz spisek i prowokacja. Prymas Józef Glemp mówił, że książka Grossa napisana została "wyraźnie na zamówienie", a biskup łomżyński Stanisław Stefanek przestrzegał, że "uruchomiono potężne mechanizmy i Jedwabne nie jest ostatnie".

 

- Dlaczego ta sprawa jest nagłaśniana właśnie teraz - pytali nie tylko mieszkańcy Jedwabnego. - Żydzi chcą na tym zarobić. Na pewno chodzi o odszkodowania - sugerowali niektórzy politycy i duchowni, zaś wielu obywateli chętnie się z tym zgadzało. Wstrząs wywołany odkryciem prawdy o masakrze w Jedwabnem sprawił jednak, że nie doszło u nas jeszcze do szerszej dyskusji na temat, który jest od jakiegoś czasu głośny w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. A mianowicie, o przyczynach fali roszczeń o odszkodowania i wiążącym się z tym problemem wykorzystywania pamięci o holokauście jako oręża propagandowego.

Pierwszą, poważną próbę wyjaśnienia tego zjawiska podjął Peter Novick, profesor historii na University of Chicago. W wydanej dwa lata temu książce "The Holocaust in American Life" podchwytuje on, wysuniętą przez historyka z Harvardu, Charlesa Maiera, tezę, że obecne życie publiczne w Ameryce cechuje, między innymi, "kultura poszkodowanych" i "licytowanie się doznanymi krzywdami", za pomocą którego każda grupa społeczna chce zdobyć jak największe wpływy i dostęp do publicznych funduszy. Do tego, twierdzi Novick, każda grupa stara się teraz bardziej podkreślać swą odrębność, niż kłaść, jak do niedawna, nacisk na swą "amerykańską" tożsamość. "W praktyce, domaganie się przez daną grupę uznania jej historycznych krzywd - na tle rasowym, narodowościowym, płci czy orientacji seksualnej - stanowi centralny element zabiegów o uznanie jej odrębności".

Najbogatsi, najbardziej wpływowi

W przypadku amerykańskich Żydów, zauważa Novick, "w latach 40. i 50. uważali oni, że mają znacznie więcej powodów niż inni, by unikać identyfikowania ich z ofiarami, co w rezultacie zaowocowało świadomym podjęciem decyzji o marginalizacji holokaustu. Ale już w latach 80. i 90. wielu Żydów, z różnych powodów, zapragnęło również zyskać status członków społeczności poszkodowanych. Ich obecna sytuacja niezbyt temu sprzyjała. Amerykańscy Żydzi są bowiem najbogatszą, najlepiej wykształconą, najbardziej wpływową i odnoszącą największe sukcesy grupą w amerykańskim społeczeństwie; grupą, która w porównaniu z większością innych mniejszości, nie była w zauważalny sposób dyskryminowana.

Toteż dopiero odniesienie żydowskiej tożsamości do cierpień europejskich Żydów daje możliwość przynależności do grupy ofiar i korzystania z wynikających z tego przywilejów moralnych. Novick nie omieszkał podkreślić, że powrót Żydów do holkaustu to nie tylko konkurowanie z innymi grupami ofiar o uznanie, lecz przede wszystkim o prymat. "Przybiera to różne formy. Najpowszechniejszą jest uporczywe obstawanie przy wyjątkowości holokaustu". Bo skoro holokaust był wyjątkowy, to cierpienia Żydów były wyjątkowe i dlatego powinny im przysługiwać wyjątkowe prawa.

Utrzymane w rzeczowym tonie historyczno-socjologiczne rozważania Novicka spotkały się z dość pozytywnym i spokojnym przyjęciem. Nawet w środowiskach żydowskich, choć Novick nie zawahał się uznać upierania się przy wyjątkowości holokaustu za "intelektualną próżność". Natomiast znacznie dalej posunął się nowojorski profesor politologii Norman Finkelstein. Wydana w ubiegłym roku jego książka "The Holocaust Industry" ("Przedsiębiorstwo holokaust") sprowokowała bardzo emocjonalne reakcje - od ostentacyjnej aprobaty po głośne oburzenie. Szczególnie w Niemczech, gdzie, ze zrozumiałych względów, jakiekolwiek krytykowanie Żydów jest ciągle tabu, książka Żyda Finkelsteina, zdobyła wielką popularność. Pierwszy, 50-tysięczny nakład sprzedał się tam błyskawicznie, a połowa badanych Niemców przyznała w sondażach, że "częściowo zgadza się" z poglądami autora. "Przedsiębiorstwo holokaust" stało się również bestsellerem w Szwajcarii i Wielkiej Brytanii, choć komentarze były tam raczej powściągliwe.

Z kolei w Stanach Zjednoczonych, postawione przez Finkelsteina pod pręgierzem elity żydowskie zareagowały z wściekłością. Posypały się na niego zarzuty o podsycanie antysemityzmu, skrajny subiektywizm, a nawet negowanie holokaustu. Pod naciskiem żydowskich organizacji książkę wycofano ze sprzedaży w księgarni waszyngtońskiego Muzeum Holokaustu, co jest wydarzeniem raczej bezprecedensowym w bezgranicznie przywiązanych do wolności słowa Stanach Zjednoczonych. Miesiąc temu Finkelsteina zwolniono z posady wykładowcy na City University of New York - z powodu "oszczędności budżetowych".

Nie przebierają w środkach

Nie ukrywając inspiracji książką Novicka, Finkelstein twierdzi, że amerykańskie elity żydowskie doprowadziły do "wulgaryzacji holokaustu" i uczyniły z niego broń propagandową służącą praktycznie jednemu celowi - bezkarnemu wymuszaniu odszkodowań. Finkelstein nazywa to "przedsiębiorstwem holokaust" i zalicza doń żydowskie organizacje, ze Światowym Kongresem Żydów na czele, a także prominentnych żydowskich polityków, prawników i ludzi kultury.

"Przedsiębiorstwo" nie przebiera w środkach - ucieka się do pozwów sądowych, nacisków politycznych, kampanii w mediach, gróźb bojkotu gospodarczego. W wygodny dla siebie sposób interpretuje fakty i liczby. Najostrzejszy jednak zarzut, jaki wysuwa Finkelstein, to grabież funduszy wyłudzonych w imieniu "znajdujących się w potrzebie osób ocalałych z holokaustu". Klasycznym przykładem takiego procederu, dowodzi autor "Przedsiębiorstwa holokaust", była sprawa banków szwajcarskich, które zmuszono do podpisania porozumienia na kwotę 1 mld 250 mln dol. tytułem odszkodowań dla żydowskich właścicieli i spadkobierców kont "uśpionych" od czasów holokaustu. Faktyczna wartość tych kont jest, jak się okazało dopiero po podpisaniu porozumienia, znacznie mniejsza. Do tej pory też sami poszkodowani nie otrzymali obiecanych im odszkodowań, ponieważ - argumentuje Finkelstein - "przedsiębiorstwo holokaust" cierpliwie czeka, aż większość poszkodowanych umrze i wtedy będzie mogło przejąć większość szwajcarskich pieniędzy. Finkelstein uważa, że według podobnego schematu - szantażem i na podstawie sfałszowanych danych - "przedsiębiorstwo holokaust" zmusiło niemieckie przedsiębiorstwa i władze do przeznaczenia ponad 5 mld dolarów na wypłaty odszkodowań za pracę niewolniczą i przymusową w III Rzeszy, zaś jego następną ofiarą ma być Polska, od której nowojorscy Żydzi już domagają się zwrotu utraconego po wojnie mienia.

Przy lekturze "Przedsiębiorstwa holokauast" nieodparcie nasuwa się pytanie, czy rzeczywiście problem przedstawia się aż tak ostro. Bo, że istnieje, to nie ulega wątpliwości. "Wulgaryzacja" i "komercjalizacja" holokaustu jest faktem, ale najsmutniejsze jest w nim nie to, że Żydzi uważają holokaust za "wyjątkowy" i zasłaniają się nim nawet wtedy, gdy nie jest to stosowne, lecz to, że lekcja płynąca z holokaustu ciągle bardziej gmatwa się w wątkach przeszłości, zamiast wplatać się w teraźniejszość.

Przykładem, że nadal nie potrafimy wyciągać wniosków z tej lekcji, mogą być niedawne "czystki etniczne" na Bałkanach, czyli w samym centrum cywilizowanego świata. Albo los Romów, którzy, choć byli prześladowani przez hitlerowców tak samo jak Żydzi, nie doczekali się żadnych odszkodowań i, co gorsza, wciąż są dyskryminowani i traktowani w Europie jak pariasi bądź kryminaliści.

A oni to nie grabią?

Czy natomiast "przedsiębiorstwo holokaust" to tylko chciwy demon, jak to sugeruje Finkelstein? Gdyby bowiem bezkrytycznie przyjąć jego sposób argumentacji, to do tego rodzaju "przedsiębiorstw" można by równie dobrze zaliczyć ONZ, Unię Europejską czy wiele innych organizacji międzynarodowych lub charytatywnych. One też, dla osiągnięcia postawionych sobie celów, uciekają się do politycznych nacisków, sankcji gospodarczych, kampanii w mediach, żonglowania statystykami. I też pochłaniają - czy marnotrawią, jak kto woli - miliony dolarów na biurokrację, pensje pracowników, honoraria prawników, konferencje czy kampanie propagandowe, zanim jeden dolar z tych milionów dotrze w końcu do właściwego celu - na przykład głodującego Somalijczyka. Nikt ich jednak nie oskarża o grabież, bo nikt, jak dotąd, nie wymyślił lepszej formuły ich działalności.

"Przedsiębiorstwo holokaust" wypadałoby więc nazwać raczej świetnie zorganizowanym lobby, które skutecznie wykorzystuje wypracowaną z niemałym trudem pozycję do realizacji postawionych sobie zadań. Można tu nawet zaryzykować twierdzenie, że takie "przedsiębiorstwo" powinno być źródłem pozytywnej inspiracji dla Polaków, a już szczególnie dla Polonii.

W Stanach Zjednoczonych, na przykład, polscy i żydowscy imigranci zaczynali z tego samego punktu - byli przeważnie biedni i niewykształceni. Ale jakże odmienne osiągnęli rezultaty. Zainwestowanie przez Żydów przede wszystkim we własną edukację, do czego nawet najmłodszych polskich imigrantów wciąż trudno przekonać, sprawiło, że dziś dominują oni w takich prestiżowych zawodach jak prawnicy, lekarze, politycy czy dziennikarze.

Umiejętnie łącząc integrację z odrębnością, zamerykanizowani Żydzi potrafili wejść w sam środek najważniejszych nurtów amerykańskiego życia, podczas gdy zamerykanizowani Polacy wciąż stanowią ich niezauważalny praktycznie margines. Ciągłe utyskiwania, że Polonia nie potrafi się zorganizować, że nie istnieje jako lobby i że pogrążony w permanentnych sporach personalnych Kongres Polonii Amerykańskiej nabiera coraz bardziej operetkowego charakteru, mogłyby posłużyć za materiał do książki, przy której "Przedsiębiorstwo holokaust" Finkelsteina brzmiałoby wręcz jak recepta na sukces.

Wielu Żydów uważa, że gdyby nie "przedsiębiorstwo", nie udałoby się zmusić Szwajcarów czy Niemców do wypłaty odszkodowań za krzywdy dotąd niezrekompensowane, a z których obie te nacje czerpały w czasie wojny ogromne korzyści materialne. Pamiętać wypada przy tym, że w dużej mierze również polscy robotnicy przymusowi zawdzięczają wypłacane im właśnie odszkodowania żydowskim adwokatom i żydowskiemu lobby, które wręcz zaciągnęło niemieckich przedsiębiorców do stołu rokowań. Ogromne, w porównaniu z wysokością indywidualnych odszkodowań, honoraria adwokatów mogą oczywiście powodować frustrację, ale na tej samej zasadzie pobierający sowite wynagrodzenia urzędnicy Światowej Organizacji Zdrowia czy UNICEF-u też powinni zostać uznani za "nienasycone rekiny".

Po prostu kres zimnej wojny

Jeszcze dwa inne aspekty, o których nie wspomina Finkelstein, podpowiadają traktowanie "przedsiębiorstwa holokaust" w spokojniejszy sposób. Jak sami bowiem tłumaczą postawieni pod pręgierzem przez Finkelsteina członkowie "przedsiębiorstwa", za falą roszczeń odszkodowawczych kryje się bardziej prozaiczna przyczyna niż rzekoma pazerność żydowskiego lobby. Przyczyną tą jest po prostu kres zimnej wojny, rozpad bloku sowieckiego, zjednoczenie Niemiec i integracja Europy. Gdyby nie te fakty, dochodzenie roszczeń na większą skalę byłoby zapewne nadal niemożliwe. Po drugie zaś, oburzenie wywołane strategią zastosowaną przez "przedsiębiorstwo holokaust" wobec szwajcarskich banków czy niemieckich firm, którą Finkelstein uznaje za szantaż, tłumaczyć można jako rezultat zderzenia amerykańskiej i europejskiej kultury.

W Europie bowiem praktycznie nie istnieje ani forma pozwów zbiorowych, do której tak często uciekają się amerykańscy adwokaci, ani też nie są jeszcze zbyt popularne takie formy lobbingu, jak przesłuchania w amerykańskim Kongresie. O konsekwencjach tego zderzenia Polska również ostatnio zaczyna się przekonywać, ponieważ domagający się zwrotu mienia Żydzi wystąpili przeciwko niej z pozwami zbiorowymi do amerykańskich sądów.

Niestety, jak dowiodła debata na projektami ustawy reprywatyzacyjnej, dobrego pomysłu na rozwiązanie tego problemu nadal nie ma, a dopóki nie będzie, wszelkie i nawet zupełnie uzasadnione zabiegi Żydów o odzyskanie czegokolwiek najłatwiej da się tłumaczyć "zmową", "spiskiem" itp. Sprawa Jedwabnego pokazała, jak ciągle podatny jest grunt dla takich poglądów, a zarazem, że konstruktywne gesty są doceniane przez Żydów znacznie bardziej, niż byśmy tego się spodziewali. Bo wbrew dość powszechnym obawom, reakcje amerykańskich Żydów po publikacji "Sąsiadów" nie przybrały charakteru antypolskiej histerii, natomiast zdecydowanie pozytywnie odniosły się żydowskie elity do sposobu, w jaki Polska podjęła się wyjaśnienia i upamiętnienia masakry.

Jak w każdej kontrowersyjnej książce, również w "Przedsiębiorstwie holokaust" oczywiste prawdy ocierają się o przesadne uproszczenia, a subiektywne oceny o obiektywną analizę. Nawet jej obrońcy przyznają więc, że Finkelstein byłby bardziej przekonujący, gdyby nie jego napastliwy styl, a krytycy nie ukrywają, że przynajmniej jeden z wysuniętych przez Finkelsteina zarzutów jest uzasadniony. Chodzi o brak praktycznie jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli i oceny działań organizacji żydowskich powodowany głównie obawą, że nawet usprawiedliwiona ich krytyka może zostać odebrana jako przejaw antysemityzmu. Finkelstein nie jest wprawdzie pierwszy, który zauważył ten problem, gdyż już wcześniej debatowano nad nim w izraelskim Knesecie oraz na łamach amerykańskiej prasy żydowskiej. Żadnego jednak sensownego rozwiązania jak na razie nie zaproponowano i dlatego, zanim się ono nie pojawi, Finkelstein zapewne pozostanie najbardziej zażartym adwersarzem "przedsiębiorstwa holokaust".






Holocaust Industry