Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 1998/04/03

 

Rozmowa z Andrzejem Namysłowskim, wiceprzewodniczącym okręgu warszawskiego Związku Komunistów Proletariat

Dramat komunisty w kapitalistycznym świecie

 

 

Jan Fusiecki: Skąd nazwa Proletariat?

Andrzej Namysłowski, radny Warszawy, wiceprzewodniczący okręgu warszawskiego związku komunistów Proletariat: To nawiązanie do Wielkiego Proletariatu i Ludwika Waryńskiego. Zresztą dla mnie ważny jest program; nazwa ma drugorzędne znaczenie.

Od kiedy Proletariat istnieje?

- Powstał kilka miesięcy po rozwiązaniu PZPR w 1990 r. Założyła go grupa działaczy z Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego.

Do jakich tradycji się odwołujecie?

- Chcemy nawiązywać do szeroko rozumianych tradycji ruchu komunistycznego - SDKPiL, PPS-Lewica, KPP. Powołujemy się na myśli Marksa, Engelsa i Lenina.

A PZPR?

- Większość z nas należała do PZPR, jednak pamiętamy, że była to partia komunistyczna tylko z nazwy. Oceniamy ją krytyczniej niż działacze z SdRP. Jako komunistom nie podobają nam się powiązania ludzi sprawujących władzę w czasach PRL ze sferą własności prywatnej.

Ilu macie ludzi?

- Według danych sprzed pół roku mamy ok. 5 tys. członków i sympatyków.

Jakieś znane nazwiska?

- Należał do nas nieżyjący już Zygmunt Najdowski, minister kultury i sztuki w połowie lat 80. Jest Jerzy Kraszewski, były zastępca redaktora naczelnego "Trybuny Ludu". Mamy naukowców; szefem partii jest Zbigniew Wiktor, docent z Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego.

Czy do Proletariatu należą robotnicy?

- Blisko połowa członków okręgu warszawskiego ma wyższe wykształcenie, ale mamy też emerytowanych i czynnych robotników. Klasa robotnicza w dosłownym rozumieniu tego słowa zanika. Coraz częściej mamy do czynienia z konfliktem między właścicielem środków produkcji a pracownikiem najemnym, który nie zawsze - tak jak to bywało w przeszłości - jest robotnikiem. Dlatego staramy się docierać do ogółu pracowników najemnych.

Czym różni się Proletariat od SdRP?

- SdRP to klasyczna partia socjaldemokratyczna. Przy całej dla niej sympatii: w moim przekonaniu nie ma w niej miejsca dla ludzi o przekonaniach komunistycznych. 

Dlaczego?

- Opowiadamy się za socjalizmem, czyli za ustrojem opartym na społecznej własności środków produkcji. A Socjaldemokracja to najbardziej na lewo wysunięty ruch z grona partii opowiadających się za kapitalistycznym systemem, a więc prywatną własnością środków produkcji.

Jak można sobie wyobrazić współcześnie "społeczną własność środków produkcji"?

- W realnym socjalizmie usiłowano pominąć rynek. Dziś jest jasne, że XIX-wieczne koncepcje socjalizmu trzeba zmodyfikować. Robią to Chiny, widzi się to też w Wietnamie, Laosie. Nawet na Kubie i w Korei Północnej widzimy pierwsze jaskółki gospodarki rynkowej.

Wróćmy do Polski.

- Jako komuniści nie godzimy się na zawłaszczanie większości dóbr przez wąską elitę ekonomiczną. Opowiadamy się za wykorzystaniem mechanizmów gospodarki rynkowej. Tyle że powinny one działać w warunkach gospodarki opartej na społecznej własności środków produkcji.

Jak to sobie można wyobrazić?

- Trzeba spojrzeć na Chiny: tam dominuje własność społeczna - państwowa, spółdzielcza, komunalna - ale wykorzystywane są mechanizmy rynkowe. Gdybym mógł za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spowodować zwycięstwo mojej partii w wyborach, to dla współczesnej Polski wybrałbym właśnie rozwiązanie chińskie. Oczywiście bez obozów pracy.

Czy ta teoria jest realna?

- Jeżeli poszukujemy ideału, wszystko jest utopijne.

Jakie Proletariat ma poparcie?

- Ćwierć proc. elektoratu, czyli kilkadziesiąt tysięcy wyborców.

Macie jakiegoś posła w obecnym parlamencie?

- Mamy tylko posła-sympatyka. Na razie nie mogę zdradzić jego nazwiska.

Czy jest Pan jedynym radnym Proletariatu w Warszawie?

- Mamy jeszcze radnego na Ochocie.

Mimo różnic ideologicznych między Proletariatem a SdRP należy Pan w radzie miejskiej do klubu PSL-SLD, czyli głosuje tak, jak Socjaldemokracja. A to z kolei znaczy, że firmuje Pan rządzącą Warszawą od 3,5 lat koalicję SLD-UW. Co się Panu udało zrobić?

- Przede wszystkim mam swój cząstkowy udział w osiągnięciach zarządu Warszawy. Np. uczestniczyłem w negocjacjach, których efektem było zastąpienie trolejbusów na linii do Piaseczna mniej kosztownymi autobusami. Interweniowałem w związku z zarzutami grupy taksówkarzy Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego wobec zarządu tej spółki [MPT to spółka miejska - red.]. W podkomisji zdrowia i polityki społecznej współdecydowałem o przyznawaniu pieniędzy dla szpitali i pomocy społecznej.

A co z ideami komunistycznymi?

- Jako samorządowiec działam w określonym kontekście. Np. prywatyzujemy wiele instytucji. Byłoby absurdalne, gdybym się na to nie zgadzał, bo przy obowiązujących dziś ustawach wstrzymanie tych działań przyniosłoby wyłącznie straty. Działałbym inaczej, gdybym był posłem i miał wpływ na ekonomikę państwa. Rzeczywistość jest kapitalistyczna i muszę się z tym pogodzić.

Głosował Pan np. za utrzymaniem nazwy ul. Róży Luksemburg w Rembertowie.

- Tak, przegraliśmy, bo szeroko rozumiana lewica ma tylko 23 mandaty w 68-osobowej Radzie Warszawy. Ironia losu polega na tym, że bestialsko zamordowany ksiądz Popiełuszko ma swoją ulicę kosztem ul. Stołecznej, czyli nazwy ugruntowanej historycznie. Natomiast bestialsko zamordowanej Róży Luksemburg patronatu nad ulicą pozbawiono.

Czy w tegorocznych wyborach do samorządu politycy Proletariatu będą startować z listy SLD?

- W Warszawie tak.

Na jaki wynik Pana partia liczy?

- Każda zdobycz w postaci mandatu przyniesie nam satysfakcję.

Kiedy komuniści wygrają w Polsce wybory?

- Na pewno nie w najbliższej, dającej się przewidzieć przyszłości. Ruch komunistyczny czeka mozolna praca.

 

Andrzej Namysłowski  -  34 lata, absolwent warszawskiej Akademii Medycznej. Pracuje naukowo jako immunolog transplantacyjny. W czasach studenckich działał w Zrzeszeniu Studentów Polskich, potem (w latach 1985-90) w PZPR. W Proletariacie od 1992 r.






Blok tekstów o komunie