Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Władimir Bukowski

I powraca wiatr... - cz. 1

 

(...)

 

Zazwyczaj nie pamiętam mego dzieciństwa, choć zabij! Widzę je niewyraźnie, jak archiwalny film, jakby to nie było moje życie. Jakieś obrazki, strzępki. O mym dzieciństwie więcej wiem z opowiadań moich bliskich.

Urodziłem się podczas ewakuacji, na Uralu, w Baszkirskiej SSR, dokąd w czasie niemieckiej ofensywy wywieziono z Moskwy całą naszą rodzinę. Miasteczko, w którym przyszedłem na świat, sprawiło mi w życiu wiele kłopotów, choć nigdy więcej już tam nie byłem. Przede wszystkim, ciągle mylono się w jego pisowni i stale musiałem literować wszystkim urzędnikom: Be-le-bej. Panie, nie Pelepej, i nie Belidej, a Belebej - diabli by ich wzięli, zupełnie nie znają geografii. I mimo to się mylili. W ostatnim dowodzie osobistym wpisali mi Belebel, choć robiłem, co w mojej mocy.

W dodatku wystarczyło wymienić ten nieszczęsny Belebej, tę Baszkirską SSR, i z miejsca pytająco-badawcze spojrzenie, jak lotniczy sygnał wywoławczy: swój-obcy - Baszkir czy Rosjanin? Przez całe życie musiałem tłumaczyć, że nie jestem Baszkirem, a Rosjaninem, że zwyczajnie urodziłem się podczas ewakuacji, całe życie spędziłem w Moskwie, podobnie jak moi rodzice. Ludziom bowiem wcale nie jest obojętne, czy jesteś Baszkirem, czy Rosjaninem, a i tobie nie jest wszystko jedno, za kogo cię biorą, więc śpieszysz z wyjaśnieniem. I takie to jest przykre: cóż by to kosztowało, urodzić mnie w Moskwie?! Proste i jasne, żadnych pytań. A tak, zawsze chwilowa niezręczność, zakłopotanie - aż wszystko, dzięki Bogu, się wyjaśnia. Zazwyczaj z miejsca uchodzi to w niepamięć, ale tak jest właśnie zrobione więzienie, że wyciska ci z pamięci wszystko, co haniebne. "Aha - mówi ci więzienie - całe życie udawałeś, że wszyscy dla ciebie równi: i Baszkirzy, i Rosjanie". I tak cię to gryzie, tak męczy, jakbyś tych wszystkich Baszkirów wytępił w komorze gazowej.

Oczywiście dowiedziałem się później, że urodziłem się w szczytowym okresie wojny, gdy miliony ludzi mordowały się wzajemnie w imię tego, jakie obozy koncentracyjne będą na świecie: brunatne czy czerwone. Ja sam niczego z owych czasów nie pamiętam. Moje najwcześniejsze wspomnienie to salwy zwycięstwa w Moskwie. Ktoś wziął mnie przy oknie na ręce i powiedział: ."Patrz, zapamiętaj to na całe życie. To salwa zwycięstwa". Pewnie dlatego zapamiętałem, że powiedzieli. A sama salwa - kolorowe plamy, jakbyś silnie zmrużył oczy.

Opowiadają, że rosłem w walizce, gdyż w warunkach wojennych nie sposób było zdobyć wózek czy łóżeczko, oraz że dosyć długo, gdzieś do dwóch i pół lat, nie zaczynałem mówić. Rodzice zaniepokoili się, czy nie jestem czasem niemową, ale znajomy lekarz uspokoił ich, że cała rzecz polega na złym wyżywieniu, zwłaszcza na braku cukru. Gdzie potem zdobywali dla mnie cukier - nie wiem. Za to czytać nauczyłem się bardzo wcześnie, koło piątego roku życia, głównie z gazet. Bardzo podobały mi się gazetowe karykatury i z ochotą je przerysowywałem, a później czytałem podpisy pod nimi.

Niezdarny dryblas, Wuj Sam w pasiastych spodniach, w cylindrze i z kozią bródką, razem z tłuściutkim Johnem Bullem, w bucikach i we fraku, nie schodzili wówczas ze stron gazet. Co też się z nimi nie działo: to wywalali się do kałuży, to znów wyganiały ich kopniakiem w zad jakieś krzepkie chłopaki, czasem nawet tłukli się między sobą. Jeśli zaś pojawiał się nadzwyczaj gruby kapitalista w czarnym cylindrze i z cygarem w zębach, to w rękach obowiązkowo trzymał ogromny worek, a na nim jedynka z wieloma zerami - im więcej, tym lepiej. Czasem przez dziury w worku wysypywały się monety lub banknoty. Jeśli zaś na arenie pojawiał się brytyjski lew, to nie zapominano dorysować mu łaty na tylnej części ciała lub odcisku czyjegoś buta. Tak mi się podobały przygody tych postaci, że sam zacząłem wymyślać im nowe kłopoty. Zdaje się, że pomysł ten nie wzbudził w moich rodzicach entuzjazmu, w każdym razie starali się odciągnąć mnie pozostałymi po dziadku starymi niemieckimi książkami z gotycką czcionką i litografiami. Więzienie wszystko mi to teraz przypomniało, usłużnie i zjadliwie.

 

Mieszkaliśmy wtedy w pobliżu placu Puszkina, w starym, drewnianym dwupiętrowym budynku otynkowanym z zewnątrz, bardzo dla Moskwy typowym. Na naszej ulicy stały trzy takie, obok siebie. Jeszcze w czasach mego dzieciństwa zbadała je jakaś komisja, po czym uznała, że nie nadają się do zamieszkania. Na rogu każdego z nich napisali granatową farbą olejną: "B.D.R", co oznaczało: Budynek Do Rozbiórki. Przetrwały one jednak do 1970 roku i przez cały czas mieszkali w nich ludzie.

W naszym mieszkaniu na drugim piętrze gnieździły się cztery rodziny. Jedna z nich to byli nasi krewni. Kuchnia, korytarz, łazienka i toaleta były wspólne. Uważało się, że i tak mamy sporo szczęścia: zdarzały się mieszkania dziesięcio- i dwunastorodzinne, a czasem w ogóle baraki, gdzie poszczególne rodziny żyły oddzielone od siebie firankami albo przegródkami z dykty. Sąsiadów też mieliśmy względnie spokojnych.

Podczas wojny prawie wszyscy mieszkańcy Moskwy ewakuowali się w głąb kraju, natomiast inne, wysiedlone ze strefy frontowej rodziny osiadały w Moskwie, lokując się w opuszczonych domach. Po wojnie, gdy wrócili starzy mieszkańcy, Moskwa okazała się przepełniona. Wyjeżdżać z Moskwy nikt nie chciał, gdyż była lepiej zaopatrywana w żywność niż prowincja. Mieszkali w piwnicach, w szopach, w barakach, a we wszystkich prawie lokalach koczowało po wiele rodzin: we wspólnych mieszkaniach już przed wojną panowała ciasnota, a teraz zrobiło się jeszcze gorzej. Stan ten trwał do lat sześćdziesiątych, ale nawet dziś ponad jedną trzecią stanowią mieszkania wspólne, tak zwane komunalne.

Ten tryb życia wzniecał niekończące się niesnaski, kłótnie i bijatyki. Ludzie nie mogli zataić najdrobniejszych szczegółów swego życia, każdy wiedział, co gotuje się w rondelku sąsiada. Każde słowo rzucone nieopatrznie w kuchni mogło zostać wykorzystane w tej domowej wojnie dla politycznego donosu, zwłaszcza jeśli rokowało to możliwość otrzymania opróżnionego pokoju. Najtrudniej było ludziom inteligentnym, rodowitym mieszkańcom Moskwy, wychowanym po dawnemu. Nie byli w stanie zniżyć się do poziomu kuchennych swarów, do codziennej walki o przestrzeń życiową, zresztą nie byli do tego przyzwyczajeni. Wychowanie wymagało od nich ustępliwości, zgodności, uprzejmości, a życie powszednie - walki. Ten problem, jeśli go uogólnić, najwyraźniej stał się jednym z kluczowych w naszym wieku. Inteligencja i uprzejmość stały się niezdolne do rywalizacji z chamstwem, podłością i ordynarną przemocą. Co im przeciwstawić? Stosować te same środki? Ale wówczas następuje wewnętrzne zwyrodnienie i obie strony przestają się czymkolwiek różnić. Pozostać sobą? Wówczas następuje fizyczne unicestwienie.

Gzy aby nie ten sam problem odczuwają społeczeństwa zachodnie, gdy próbują przeciwstawić się komunizmowi lub wewnętrznym ruchom terrorystycznym? Moja babcia, nie znając być może uniwersalności tego problemu, krępowała się wchodzić do kuchni, gdy sąsiedzi rozwieszali tam do suszenia skradzione jej prześcieradła. Dokładnie tak samo znikały nieopatrznie pozostawione naczynia. Na szczęście, prawdopodobnie dzięki naszej ustępliwości, nie dochodziło do awantur ani bijatyk, czego nie da się powiedzieć o innych domach w okolicy. A to pijany mąż z nożem ganiał żonę po podwórku, a to tłukli się w jakimś mieszkaniu i z brzękiem pękały szyby, albo po prostu kobiety skakały sobie do oczu i przez pół dnia przeraźliwie wrzeszczały jedna na drugą. Wszystko to były scenki powszednie.

Mieszkało nas pięć osób w dwóch pokojach. Rodzice większą część dnia spędzali w pracy, siostra w szkole, a ja z babcią zostawałem w domu. Razem chodziliśmy po naftę (gazu jeszcze nie było i jedzenie gotowało się na prymusach), razem też wystawaliśmy w ogromnych, kilometrowych kolejkach po mąkę. Nie wolno było opuszczać takiej kolejki i żeby nie pomylić kolejności, pisało się kopiowym ołówkiem na dłoniach numer porządkowy. Rano i wieczorem odbywało się sprawdzanie obecności. Zazwyczaj stało się całymi rodzinami, jako że ilość mąki na osobę była reglamentowana. Wieczorami babcia czytała mi na głos, głównie Puszkina, Żukowskiego, Niekrasowa, bajki Andersena albo braci Grimm. Była już bardzo stara i zazwyczaj zasypiała w trakcie. Okulary zsuwały jej się i zaczynała pochrapywać, a ja ją tarmosiłem: "Babciu, no co dalej? No nie śpij, babciu!".

Czasami chodziliśmy z babcią na dalekie spacery. Szliśmy, nie śpiesząc się, wzdłuż rzeki, przez plac Czerwony i do parku Aleksandrowskiego - wokół Kremla. Po kamieniach placu Czerwonego turkotały ciężarówki, zielone i zakurzone. Babcia mówiła, że są w kolorze ochronnym. Kreml wznosił się jak tajemnicza forteca. Wejść do niego nie było można. Tylko zza muru nęciły kopuły i wieże. Babcia opowiadała różne historie: o Tatarach i o Iwanie Groźnym, o największym ze wszystkich kremlowskich dzwonów i największej armacie. Opowiadała o carach, o bojarach, i jak rankami płynęło nad Moskwą dudnienie dzwonów, a odświętnie odziany lud sunął na Kreml. A kiedy mijaliśmy Spasską wieżę, powtarzała niezmiennie:

 

Kto ruszy z miejsca carskie działo,

Kto dźwignie carski dzwon spiżowy,

Jaki przed bramą Kremla śmiałek

Nie zdejmie czapki z hardej głowy?

 

Zawsze wyobrażałem sobie tego hardego młodzieńca - stał przy Bramie Spasskiej, trzymając się pod boki, i patrzył do góry, do tego stopnia zadzierając głowę, że czapka mu niemal spadała. Dziarski chłop!

Poza tym cały niemal dzień spędzałem na podwórku. Wśród tych stałych awantur, przekleństw i bandytyzmu, żyliśmy, smarkacze, swym odrębnym życiem, nie zwracając większej uwagi na to, co się dzieje. Strychy, piwnice, klatki schodowe - to był nasz świat. Rzecz jasna, bawiliśmy się stale w wojnę, przy czym jedną ze stron byli NASI, a drugą - obowiązkowo NIEMCY. Ponieważ nikt nie chciał być Niemcem, to każda ze stron uważała, że ona właśnie to nasi, a Niemcy to cała reszta. Obfitość szop i przybudówek na naszym podwórku oferowała mnóstwo zakamarków wymarzonych wprost na zasadzki.

Starsze wiekiem wyrostki uganiały się za gołębiami. Chłopcy wymieniali je między sobą, łapali też cudze i po kryjomu pili wódkę w swych gołębnikach. Wieczorami zbierali się w grupkach przy bramie, czasem z gitarami. Prawie wszyscy tak czy inaczej parali się kradzieżą i atmosfera na wskroś przeniknięta była duchem przestępczyni. O ile mogę sądzić, taki był w ogóle moskiewski klimat tych lat.

Bożyszczem chłopaków był rosły, stale pijany osiłek imieniem Jurek, były zapaśnik, sprawca wszystkich bójek. Lubił wychodzić na podwórko w podkoszulku albo w ogóle rozebrany do pasa, żeby pokazywać swe potężne bicepsy, po czym szedł do pobliskiej piwiarni. Tam spijał się i prowokował rozróbę, z której zawsze wychodził zwycięsko. Godzinami sterczał przy bramie, zaczepiając przechodniów. Krążyły wśród nas legendy o jego sile i niebywałych wyczynach.

W suterenach zamieszkiwały najbardziej awanturnicze i liczne rodziny. Często dochodziło między nimi do prawdziwych bójek, przy czym zdarzało się, że całe podwórze opowiadało się po jednej albo drugiej stronie i brało udział w drace. W pogodny dzień wypełzały na słoneczko staruszki, babrały się w kurzu dzieci, na sznurkach suszyła się bielizna. W głębi podwórza, w wysokiej suterenie mieszkała wiedźma. Najprawdziwsza, stara, szkaradna wiedźma z włochatą brodawką na policzku i haczykowatym nosem. Mówiono, że z nikim nie utrzymuje stosunków, nie wchodzi nawet do kuchni, tylko gotuje u siebie w pokoju na maszynce. Nie korzystała nawet ze wspólnego światła, siedziała przy lampie naftowej. Mówiono również, że po nocach wertuje jakieś stare czarnoksięskie księgi, których nikt prócz niej nie jest w stanie odczytać, i że coś tam z nich wróży.

Rzeczywiście, wielokrotnie podkradaliśmy się wieczorami pod jej okna. Przez brudne szyby można było wówczas dojrzeć, jak siedzi przy lampie naftowej nad tymi koszmarnymi księgami. Z rzadka pokazywała się na podwórku, i, rzecz jasna, każde jej pojawienie się w niezmiennym, wyliniałym futrze i w staromodnym kapeluszu wzbudzało ogólne podniecenie. Zimą ciskaliśmy w nią śniegiem, a czasem nawet okruchami lodu, biegliśmy w ślad za nią i darliśmy się jak opętani: "Wiedźma! Wiedźma! Wiedźma!". Zazwyczaj przy samych drzwiach zatrzymywała się, odwracała do nas swój haczykowaty nos i mówiła płaczliwym głosem: "Dzieci, jesteście takie niedobre! Dzieci! Co wam zrobiłam?". I, rzecz jasna, wzbudzała w nas tym większą nienawiść.

Kiedyś latem, pod wieczór baby zaczęły się naraz miotać po podwórku. Zaniepokoiły się staruchy: "Wiedźma umiera! Wiedźma umiera!". Ludzie podeszli tłumem, przezwyciężając strach, wyłamali drzwi, wwalili się do jej pokoju, napierając i potykając się o próg.

"Umarła, umarła już wiedźma".

Nic nie mogłem dostrzec spoza ich pleców i zacząłem oglądać ściany i sufit. Pachniało jak na strychu - kurzem i pleśnią. Na jednej ze ścian wisiało duże oszklone zdjęcie: młody oficer z zawadiackim wąsikiem i nieśmiało uśmiechnięta dziewczyna w białej sukni ślubnej.

Tego wieczoru długo jeszcze trwało na podwórku podniecenie. Ludzie stali w gromadkach, rozprawiali o wiedźmie. Jakaś wiekowa babka opowiadała:

- Wykształcona była paniusia, znała ponoć dziesięć języków. Zaraz w osiemnastym roku kawaler jej zwiał na południe, do białych, oficerem był, no i już nie wrócił. Powiadają, że go zabili. A ona ciągle nie wierzyła, ciągle czekała.

W innych gromadkach rozprawiano natomiast głównie o tym, że zwolnił się teraz pokój i komu może on przypaść.

Ta właśnie historia z wiedźmą natrętnie przypominała mi się w Lefortowie - za każdym razem, gdy tam trafiałem. Aż skręcało mnie od tych wspomnień i nie pomagały żadne usprawiedliwienia. Widziałem ją jak żywą, stojącą przy drzwiach w swej wyliniałej pelisie i mówiącą płaczliwym głosem: "Dzieci, jesteście takie niedobre, dzieci!".

 

(...)

W 1952 roku zaczęła się sprawa lekarzy-trucicieli *[W styczniu 1953 roku dziewięciu wybitnych medyków, w większości Żydów, zostało aresztowanych z oskarżenia o podawanie trucizny członkom Politbiura, których byli osobistymi lekarzami. Dwaj spośród nich zostali zakatowani w śledztwie, a cała sprawa stała się pretekstem do rozważania możliwości zesłania wszystkich Żydów na Sybir. Sprawę umorzono po śmierci Stalina, a lekarzy zrehabilitowano.] i jednocześnie prześladowania Żydów. Wiele mówiło się o tym, że wszyscy Żydzi zostaną zesłani, ponieważ to wrogowie i chcą zamordować Stalina. W ludziach narastała nienawiść do Żydów. Dla wszystkich nas Stalin był więcej niż Bogiem - był rzeczywistością, w którą nie można zwątpić. On za nas myślał, ratował nas, stwarzał nam szczęśliwe dzieciństwo. W skali ludzkich wartości nie było niczego większego. Wszystko, co dobre, przypisywano jego woli, wszystko, co widzieliśmy złego - nie miało z nim związku. Dlatego nie sposób było sobie wyobrazić gorszego bestialstwa niż zamordowanie Stalina.

Boleśnie przeżywałem to, co się działo. Kilkakrotnie przyśnił mi się natrętny sen: niby siedzę w ogromnej sali, tłumy ludzi, burza oklasków, krzyki, a na trybunie - Stalin. Przed chwilą wygłaszał przemówienie, które przerwano mu właśnie oklaskami. Ujmuje karafkę z wodą, nalewa do szklanki i chce wypić. Tylko ja wiem, że woda w karafce jest zatruta, lecz nic nie mogę poradzić. Krzyczę: "Nie pij, nie pij!", ale mój głos tonie we wrzawie i owacjach. Chcę biec do trybuny, lecz jest tyle ludzi, że nie sposób się przedostać. Strach, że Stalina zamordują, prześladował mnie jak koszmar, byłem dosłownie chory z tego powodu.

W naszej szkole uczyło się tylko dwóch Żydów. Jeden z nich, Josif, był chłopakiem dość nieprzyjemnym: stale się podlizywał, typ służalczy, a zarazem natrętny, bezceremonialny. Nie lubiłem go i nie przyjaźniliśmy się. O tym drugim zaś nikt prócz mnie nie wiedział, że jest Żydem, nazwisko miał ukraińskie. Mieszkał w sąsiedztwie i zazwyczaj chodziliśmy razem do szkoły. Widziałem jego ojca i matkę i wiedziałem, że są Żydami. Nie byliśmy przyjaciółmi i nasze stosunki ograniczały się do wspólnego chodzenia do szkoły. Teraz zaczęło mnie dręczyć pytanie: czyżby jego rodzice też chcieli zamordować Stalina?

Wreszcie pewnego ranka przebrała się miara oburzenia ludu i Josifa zaczęli tłuc. Wydarzyło się to na przerwie, na szkolnym podwórku. A co najważniejsze, tłukli go ci sami koledzy, z którymi się zadawał, do których szczególnie się kleił. Zebrał się spory tłumek i każdy szukał okazji, by go szturchnąć albo uderzyć. Zbędne były jakiekolwiek wyjaśnienia czy wezwania: po prostu każdy zdawał sobie sprawę, że jego można bić, że nikt nie będzie za to karał. A ten nieszczęsny Josif, zamiast odejść po pierwszym laniu, polazł nie wiadomo po co do szkoły, usiłując miną dać do zrozumienia, że jest fajny, że jest ze wszystkimi i nie ma do nikogo ani trochę żalu. Dlatego bili go również na następnej przerwie i na następnej, a on wciąż tak samo, z żałosnym uśmiechem lgnął do swych prześladowców, i im bardziej go bili - tym bardziej, zdawało się, zachęcał do tego.

Najwyraźniej nie mógł się w żaden sposób pogodzić z myślą, że nie ma już przyjaciół, że jest sam przeciw wszystkim. Chciał być z całą resztą, gotów był poniżać się i schlebiać, znosić razy i szyderstwa, byle tylko nie zostać sam jeden. Po każdej przerwie wlókł się do klasy, cały zakrwawiony, z opuchniętymi wargami, i wciąż usiłował do kogoś zagadać, jak gdyby nigdy nic. Wierzył, że tym razem wszystko już się skończyło, wszystko minęło i będzie tak jak dawniej. Na kolejnej przerwie wszystko zaczynało się od nowa. Nauczyciele mówili mu tylko srogo: "Idź do toalety, umyj się". I żadnych pytań.

Nie biłem go. Był do tego stopnia wstrętny z tym swoim żałosnym, przymilnym uśmiechem na rozbitych wargach, że wręcz bałem się znaleźć obok niego. I tylko czekałem z utęsknieniem: kiedyż to się skończy? Żeby się choć domyślił i poszedł stąd, albo niech go już zabiją, czy jak! Jednocześnie zdawałem sobie doskonale sprawę, że ten oto Josif nie ma żadnego związku ze Stalinem - nie może, nie jest wręcz zdolny myśleć o zabójstwie. Więc za co go biją i dlaczego nikt nie położy temu kresu? Dlaczego  j a  nie staram się ich powstrzymać? Go więcej, od następnego ranka przestałem chodzić do szkoły ze swoim sąsiadem. Starałem się odrobinę spóźnić i wychodząc z domu, szukałem wzrokiem jego pleców. Było mi wstyd, czy wstręt mnie brał - sam nie wiem.

Śmierć Stalina do głębi wstrząsnęła naszym życiem. Zajęć w szkole praktycznie nie było, nauczyciele zanosili się od płaczu i wszyscy chodzili z opuchniętymi oczami. W radiu bez końca nadawano marsze żałobne i wydawało się, że nie ma już władzy.

Jakiś człowiek krzyczał ze łzami w oczach z okna szpitala okulistycznego: "Stalin umarł, a ja sterczę tutaj!".

Nie słyszało się kłótni i bójek na podwórku i ludzie zupełnie otwarcie mówili: "Za kogo teraz pójdą życie oddawać? Za Malenkowa? Nie, za Malenkowa naród umierać nie będzie!".

Ogromne, przez nikogo nie kierowane tłumy płynęły ulicami do Sali Kolumnowej, gdzie leżał Stalin, i wyczuwało się coś niesamowitego w tej nieogarnionej, milczącej, ponurej masie. Władze nie zdecydowały się jej powstrzymać, odgrodzono jedynie szeregiem autobusów i ciężarówek niektóre boczne ulice i tłum płynął bez końca. Po dachach i strychach udało się nam przedostać aż do "Nationalu" i stamtąd, z dachu, ujrzałem morze głów. Jak gdyby fale przetaczały się po tym morzu, tłum kołysał się, napierał, cofał - i nagle pod jego naciskiem w jednym z bocznych zaułków zachwiał się i runął autobus, jak słoń kładący się na bok. Procesja trwała kilka dni i tysiące ludzi zginęło w ścisku. Długi czas jeszcze na ulicy Gorkiego poniewierały się guziki, torebki, kalosze, papierki. Nawet lwom przy bramie Muzeum Rewolucji ktoś wcisnął w paszcze po jednym kaloszu.

W dniu pogrzebu zawyły boleśnie fabryczne syreny, klaksony samochodów i lokomotyw. Stało się coś nieodwracalnego, strasznego. Jakże teraz będziemy żyć? Ojcze drogi, komu nas zostawiasz?

Ale oto minęły prawie dwa lata, a my żyliśmy wciąż tak samo - w każdym razie nie gorzej, i już sam ten fakt był bluźnierstwem. Życie nie zatrzymało się w miejscu. Dorośli tak samo chodzili do pracy, a my do szkoły. Ukazywały się gazety, funkcjonowało radio i na podwórku wszystko było jak dawniej - te same kłótnie i draki. Stalina wspominano coraz rzadziej i rzadziej, a ja nie mogłem się nadziwić: przecież umarł Bóg, bez którego nic nie powinno się odbywać...

Jednocześnie jak ciężkie chmury zaczęły szerzyć się uporczywe pogłoski o egzekucjach i torturach, o milionach zamęczonych w łagrach. Uwolniono lekarzy-trucicieli, rozstrzelano Berię jako wroga ludu, a pogłoski zataczały coraz szersze kręgi, jak głuche szemranie:

- Toć największym wrogiem ludu - sam Stalin!

Zadziwiające, jak szybko ludzie dali temu wiarę. Ci sami ludzie, którzy dwa lata temu tratowali się na jego pogrzebie i gotowi byli oddać za niego życie. Wydawało się, że zawsze o tym wiedzieli, tylko nie chcieli mówić. Wreszcie oznajmiono o tym na zjeździe i te same gazety, radio, książki, czasopisma, filmy i podręczniki szkolne, które tak długo sławiły jego geniusz, zabrały się do osądzania jego błędów i wypaczeń. Ci wszyscy, którzy przez długie lata zajmowali się zawodowo jego wychwalaniem, teraz zapewniali, że o niczym nie wiedzieli - nie wiedzieli albo bali się powiedzieć.

Nie wierzyłem tym, którzy nie wiedzieli: zbyt łatwo przyjęli nową wiarę. A poza tym, jak można przeoczyć zagładę milionów ludzi, zagładę sąsiadów i kolegów?

Nie wierzyłem też tym, którzy się bali. Zbyt wysokie rangi uzyskali za swój strach. Można ze strachu przemilczeć, można uciec lub skryć się, można wreszcie potakiwać temu, kogo się boisz, lecz któż ich zmuszał, by komponowali ody i chorały, by rwali się do funkcji generałów i członków KC? Ze strachu nie otrzymuje się Nagród Stalinowskich i nie buduje się willi. Opowiadano, że w trakcie zjazdu ktoś przesłał karteczkę do Chruszczowa: "A gdzież wy wówczas byliście?". Ponoć Chruszczow zapytał po przeczytaniu: "Kto to napisał? Proszę wstać!". Nikt, rzecz jasna, nie wstał. "A więc - powiedział Chruszczow - byłem tam właśnie, gdzie wy jesteście w tej chwili". Wielu ludziom podobała się ta odpowiedź, wydawała się przekonująca, ja zaś pogardzałem nimi obydwoma: i Chruszczowem, i autorem karteczki. Obaj oni, znając prawdę, nie mieli na tyle śmiałości, by otwarcie ją wyznać. Ale też obaj mogli nie znajdować się tam, gdzie wymagana była śmiałość, nikt nie zmuszał ich, by byli na tej sali, w pobliżu władzy.

Jak mogło dojść do tego, że ludzie po dziś dzień boją się wstać? Jak mógł jeden człowiek - no, niechby i dziesięciu - przechwycić władzę i trzymać wszystkich w strachu lub niewiedzy? I kiedy się to wszystko zaczęło? Chruszczowowi wydawało się, ze wszystko wyjaśnił, udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania: że niby zorientowano się, wypuszczono niewinnych, pomodlono się za spokój duszy pomordowanych i można żyć dalej. Dla nas, zwłaszcza dla mojego pokolenia, pytania dopiero się rodziły. My, którzy nie znaliśmy przedwojennego życia i nie zdążyliśmy wchłonąć komunistycznych dogmatów, podawaliśmy w wątpliwość same ich podstawy.

(...)

Od Lenina przeszedłem do rosyjskich myślicieli XIX wieku i odkryłem wówczas zabawną osobliwość: wszyscy oni, siedząc w swych posiadłościach bądź miejskich apartamentach, ogromnie lubili rozprawiać o ludzie, o tym, jakie to niezbadane drzemią w nim moce i jak ten lud pewnego dnia przebudzi się i o wszystkim zadecyduje, wygłosi prawdę ostateczną i stworzy prawdziwą kulturę. Nie mogli oczywiście wiedzieć, co wydarzy się na początku przyszłego wieku i co wyjdzie z ludu, a własne sądy opierali w większości na swym woźnicy bądź dozorcy. Tak to właśnie zrodziło się pojęcie kultury proletariackiej jako czegoś wzniosłego.

Nam jednak, dorastającym na podwórkach i w komunałkach wśród tego właśnie proletariatu, żyjącym z nim na równi, dziwnym się wydawało sformułowanie "kultura proletariacka". Dla nas nie była ona mistyczną zagadką, lecz oznaczała pijaństwo, bójki, nożownictwo, harmoszkę, bluzgi i łuskanie słonecznika. Żaden prawdziwy proletariusz nie nazwałby tego kulturą, ponieważ cechą charakterystyczną tego proletariatu była nienawiść do kultury i jakaś niewytłumaczalna zawiść. Kultura - to była wiedźma pędzona kamieniami. "Patrzcie no, kulturalni!" - syczeli z wściekłością sąsiedzi. Od dzieciństwa wiedziałem, że nie ma niczego bardziej godnego pogardy niż być inteligentem. Nawet chodzenie w kapeluszu albo w okularach było złem. A co najdziwniejsze - ludzie utalentowani, którzy przebili się z dołów, nie głosili socjalizmu. Nie pragnęli też orać ziemi, podczas gdy hrabia Tołstoj miejsca sobie nie mógł znaleźć, cierpiąc, że nie pracuje fizycznie.

(...)

Właśnie w tym czasie wybuchła węgierska rewolucja. Już po wszystkich demaskacjach, potępieniach i pośmiertnych rehabilitacjach - znowu trupy, czołgi, przemoc i kłamstwa. Kolejny przekonujący dowód, że nic się nie zmieniło. Tacy sami chłopcy jak my, po piętnaście, szesnaście lat, ginęli z bronią w ręku na ulicach Budapesztu, broniąc swej wolności. Kto jest teraz  n a s z,  kto  n i e  n a s z ? To już nie film, nie zabawa w wojnę, gdzie zawsze są nasi i Niemcy, a ty zawsze jesteś po właściwej stronie.

A tu po jednej stronie  n a s i,  Rosjanie, z których przemocą robią morderców, a po drugiej stronie - również  n a s i. Ja na ich miejscu robiłbym to samo. Jakże męczyła nas moskiewska cisza, to spokojne powszednie życie! Wydawało się, że lada moment zahamuje przy naszym podwórzu ciężarówka - zakurzona ciężarówka w barwach ochronnych. "Już czas!" - powiedzą nam i zaczną podawać spod plandeki nowiutkie automaty. I jak burza popędzimy po strychach i podwórkach przejściowych, gdzie każdą belkę i każdy załom znamy jak własną kieszeń, tam, do centrum, do gwiazd kremlowskich! Ale dudniły po bruku, mijając nas, zakurzone ciężarówki, dreptali apatyczni przechodnie, a gdzieś w oddali leniwie kłóciły się baby. Martwe królestwo. Dręcząco mijał dzień po dniu, aż wszystko się skończyło, aż zdławili Węgry. I jasne się stało, że nie można już czekać, że trzeba coś robić. A co robić? Byłem zdecydowany na wszystko.

Dlatego też kiedy moi koledzy ze szkoły zaczęli ostrożnie napomykać o jakiejś organizacji, nie dałem im skończyć, tak się ucieszyłem. Otóż to, zaczęło się - myślałem. Wreszcie! Teraz automaty - i do dzieła! W ten sposób zostałem członkiem nielegalnej organizacji. Ku memu ubolewaniu nie było śladu automatów, nikt nawet nie wspominał nic na ten temat - wręcz przeciwnie, nasi przywódcy, chłopcy nieco starsi, mówili, że organizacja nie ma celów politycznych. Lecz mówiono to w sposób tak wieloznaczny i z tak wymowną, spiskową miną, że dla wszystkich było oczywiste: po prostu trzeba tak mówić, na wszelki wypadek - a nuż ktoś się wygada, albo nie wytrzyma na przesłuchaniu, albo po prostu nas podsłuchają. Mówiąc ogólnie: dla zamydlenia oczu. Natomiast rozumiało się samo przez się, że czekamy po prostu na znak, by zaczynać, na odpowiedni moment znany komuś na górze, a wówczas...

Jeśli natomiast ktoś zaczynał mówić o komunistach, o Węgrzech, z miejsca go powstrzymywano: po co o tym gadać? Nie ma to z nami związku. Co ty,  n a s  masz zamiar agitować? Człowiek mądry sam to powinien rozumieć. Z pewnych rzuconych od niechcenia, mimochodem aluzji można się było domyślać, że jest nas bardzo wielu, niemal cały kraj oplatany jest naszą siecią i tylko czeka na znak. Rzeczywiście, na jednym ze spotkań w lesie, jakieś czterdzieści kilometrów od Moskwy, na którym przyjmowano nowych członków, widziałem ze dwieście osób, no i jeszcze w lesie były rozstawione czujki. Na innych zebraniach również zauważyłem trochę nowych, nieznajomych chłopaków, ale zgodnie z obowiązującymi zasadami uważano, że nie powinniśmy się nawzajem znać, z reguły polecano używać innych imion. Na wszelki wypadek.

W rzeczywistości nie robiliśmy nic. Cała nasza działalność sprowadzała się do konspiracji i wciągania nowych członków. Nie kolportowaliśmy nawet zakazanej literatury i zalecano nam nie szukać jej. Wychodzono z założenia, że i tak wszystko rozumiemy, nie ma więc potrzeby nas agitować. W dodatku mogłoby to naprowadzić KGB na nasz trop. Na wstępie wyjaśniono nam, że wszystkie mieszkania i telefony mogą być na podsłuchu i że przez telefon można rozmawiać jedynie używając niewinnie brzmiących zwrotów umownych. W mieszkaniu natomiast najlepiej w ogóle nic nie mówić. Uczono nas również rozpoznawać inwigilację i gubić "ogon". W tym celu jakiś nieznajomy członek organizacji przyjmował na siebie rolę śledzącego. Mogłeś nawet nic o tym uprzednio nie wiedzieć, ale należało stale mieć się na baczności. Jeśli nie spostrzegłeś inwigilacji, byłeś zhańbiony, po czym opowiadano ci, co w danym dniu robiłeś i gdzie byłeś. Również ty mogłeś otrzymać zadanie śledzenia kogoś. Gdybyś został wykryty, miałeś zachowywać się jak gdyby nigdy nic i nie dopuścić, by twój obiekt zwiał. Jeśli zaś sam byłeś śledzony i zauważyłeś to - należało znaleźć sposób, by śledzącego wyprowadzić w pole i uciec. Wszystkie te sposoby były wnikliwie rozpracowane i przyswajane.

Tłumaczono nam, jak należy zachowywać się na przesłuchaniu: nigdy do niczego się nie przyznawać, zwłaszcza do udziału w organizacji; gdy będą pokazywać innych jej członków - nie rozpoznawać ich; maskować swoje poglądy i podawać się za człowieka sowieckiego; podczas przesłuchania udawać zdziwienie, zaskoczenie i stosować inne chwyty psychologiczne. Nikt niestety nie wyjaśnił nam strony prawnej przesłuchania. W ogóle bardzo mocno przesadzano z wszechwiedzą i wszechmocą KGB. Uważano też, że z pewnością będą tortury, bicie i szantaż, że będą przedstawiać nam fałszywe pisemne zeznania innych kolegów. Później się to po części sprawdziło i moje przygotowanie wyświadczyło mi dobrą przysługę. Wówczas jednak nikt nie zwracał na nas uwagi.

Nie każdemu bynajmniej pozwalano werbować nowych członków. Najpierw trzeba było wykazać się odpowiednimi umiejętnościami. Kategorycznie zabroniono wszczynania rozmów na tematy polityczne. Na ogół zalecano baczną obserwację ludzi, bez specjalnego spoufalania się z nimi. Kandydata na członka organizacji należało oceniać nie według jego usposobienia czy słów, lecz według cech zupełnie innych: nie powinien być gadatliwy, raczej zamknięty w sobie, odważny, niezawodny kolega. Należało sprawdzić, czy nie ma jakichś wad, jakichś powiązań z kryminalistami, czy nie jest zbyt ufny bądź naiwny. W końcu po wyjaśnieniu wszystkiego, co niezbędne, i upewnieniu się, że kandydat jest odpowiedni, należało zapoznać go z kimś z kierownictwa i jeśli twój wybór został zaakceptowany, wyznaczano do werbowania kogoś innego. Twoja rola sprowadzała się jedynie do zapoznania ich, po czym znikałeś ze sceny.

Istniało wiele metod werbunku i wszystkie były starannie rozpracowywane. Najczęściej jednak stosowano sposób, przy pomocy którego wciągnięto wszystkich nas. Formalnie wstępowaliśmy wszyscy nie do organizacji politycznej, lecz do jakiejś organizacji samopomocy koleżeńskiej. Mnie na przykład wytłumaczono to w sposób następujący: obecnie wszyscy uczymy się jeszcze w szkole, specjalnych kłopotów nie mamy, w przyszłości jednak przyjdzie nam żyć w bardziej złożonej sytuacji, pokonywać przeszkody, przebijać się przez życie. Zrobić to w pojedynkę jest niezmiernie trudno: konieczni są niezawodni, skryci przyjaciele, którzy by cię dyskretnie wspierali, a ty oczywiście wspierałbyś ich. Jeśli organizacja taka będzie odpowiednio duża, staniemy się bardzo silni, będziemy w stanie zrobić praktycznie WSZYSTKO. To mniej więcej wszystko, co nam mówiono. Przedsięwzięcie całkowicie niewinne i jeśli człowiek nie pojmował, co też będziemy w stanie zrobić, wówczas nic mu już więcej nie tłumaczono. Odchodził z przekonaniem, że proponowano mu udział w organizacji samopomocy w celu robienia kariery.

Lecz tak już były zbudowane nasze umysły i taka atmosfera panowała w kraju, że przy słowie "organizacja", w dodatku tajna, w oczach twego rozmówcy zapalała się iskra radości i z miejsca widać było, że tak jak i ty już od dawna czeka na ciężarówkę z automatami. Oczywiście dla pełnej jasności z miejsca wypytywał cię o taką możliwość, a ty wymownie i z powagą wyjaśniałeś, że ludzie mądrzy nie rozmawiają o takich głupstwach i że organizacja nie ma celów politycznych. "Tak, tak!" - kiwał radośnie głową, chcąc z miejsca dać do zrozumienia, że jest niegłupim facetem i zdaje sobie sprawę, że nie należy mówić o tym na głos. Następnie na najbliższym spotkaniu powinieneś go był zarekomendować i pod pseudonimem przedstawić zebranym. Jeżeli nikt nie oponował, stawał się członkiem organizacji i włączał się do wspólnej pracy.

Raz tylko zdarzyło mi się zetknąć z człowiekiem, który niby spełniał wszystkie warunki, lecz nie rozumiał rzeczywistych celów organizacji. Był radioamatorem i to pochłaniało go bez reszty. Myślę, że nawet nie słyszał o Węgrzech i nie zastanawiał się, w jakim kraju żyje. Pomysł samopomocy wziął za dobrą monetę i stale prosił mnie, bym mu wykombinował jakieś części radiowe - widocznie sądził, że wstąpił do tajnego klubu radioamatorów. Gdy zaś zaczynałem rozmawiać z nim o innych sprawach, zdziwiony patrzył na mnie zza szkieł okularów, nie spierał się, ze wszystkim się zgadzał, ale wyczuwało się, że kompletnie nie rozumie, w czym rzecz. Na całą naszą konspiracyjną krzątaninę patrzył pobłażliwie, jak dorosły pies na figle szczeniaków.

Zameldowałem oczywiście o mym niepowodzeniu, lecz panowała taka atmosfera dwuznaczności i niedomówień, że nie sposób było wytłumaczyć, dlaczego jestem niezadowolony. "Wręcz przeciwnie, wszystko jest w porządku - orzekli - chłopak poważny, dobry fachowiec, popiera ideę samopomocy, zgadza się na członkostwo w organizacji, nie gada za dużo, niezawodny - czego byś chciał jeszcze?". Przyjęto go, a mnie zbiło to zupełnie z tropu. Wyobrażałem sobie, jaki będzie zdziwiony, jeśli jutro rozdadzą nam wszystkim automaty albo powloką na Łubiankę *[Główna siedziba KGB oraz polityczny areszt śledczy w Moskwie.]. W rzeczywistości gra prowadzona była tak ostrożnie, że w razie aresztowania nikt z nas nie byłby w stanie nic powiedzieć, nawet gdyby zechciał. Z zewnątrz wszystko wyglądało na niewinną zabawę, a nadzieje na automaty były tylko fantazją każdego z nas. Nikt nie mógłby - choćby nie wiem jak tego pragnął - wyjaśnić, dlaczego uważamy tę organizacje za polityczną. Na głos nie mówiło się niczego.

Jednocześnie organizacja rozrastała się. Gdziekolwiek jechałem: na obóz pionierski, na letnisko pod Moskwę albo do innej szkoły- zawsze mówiono mi zawczasu, kto z naszych już tam jest, jak się z nim skontaktować i co mam robić. Utrzymywano stały tajny kontakt z kierownictwem, wyszukiwano nowych kandydatów i niesiono jakąś tam pomoc. Rzecz jasna, niedopuszczalna była odmowa wykonania polecenia albo udzielenia komuś pomocy - podobnie jak wypytywanie o cel otrzymywanych rozkazów. W ogóle zadawanie pytań uważane było za brak taktu i z miejsca podważało szacunek dla twojej osoby. Należało wiedzieć dokładnie tyle, ile trzeba, by skutecznie wykonać polecenie, po czym z miejsca zapomnieć o wszystkim, co robiłeś. Istniał cały system sprawdzianów na gadulstwo i nawet jeśli przywódcy pytali cię później, jak sprawy się miały, przyjęte było niczego nie pamiętać i dziwić się takiemu pytaniu. Nie muszę chyba dodawać, że rodzice nie podejrzewali niczego.

Kto nie poradził sobie z wykonaniem polecenia, okrywał się hańbą i nie pomagały żadne usprawiedliwienia. Nawet pięciominutowe spóźnienie na spotkanie było plamą nie do wymazania. Uważano, że dla człowieka pełnowartościowego nie istnieją zadania niewykonalne i jeśli coś stanęło ci na przeszkodzie, to znaczy, żeś sam temu winien. Nasze surowe ostrzeżenie dane dyrektorowi szkoły za mordobicie było również akcją organizacji i stanowiło pomoc dla naszego pobitego kolegi. Innym razem, gdy wypoczywałem na letnisku pod Moskwą, przekazano mi, że podczas kąpieli naszych kumpli w rzece ktoś ukradł im ubrania. Podejrzewano miejscowych chłopaków, którzy w tym czasie opalali się w pobliżu. Znałem dobrze miejscowych, byłem z nimi w przyjaznych stosunkach i bez trudu namówiłem ich, by zwrócili mi te ciuchy - dla nich jednak moje rozeznanie było niespodzianką.

Pewnego razu, urywając się treningowej inwigilacji, wpadłem z rozpędu do jakiejś klatki schodowej. Moi prześladowcy nie wiedzieli, gdzie się ukryłem, ale gdyby przyszło im do głowy rozejrzeć się po bramach, z miejsca by mnie znaleźli. Byłaby to wielka hańba i zacząłem gorączkowo zastanawiać się, co robić dalej. Wbiegając do bramy, zauważyłem przypadkowo w oknie na parterze całą kolekcję kaktusów. Nie tracąc ani chwili, zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła kobieta w podeszłym wieku. Zacząłem tłumaczyć jej, że sam zbieram kaktusy, że jest to moją pasją i oto przypadkiem zobaczyłem w jej oknie kilka nieznanych mi gatunków. Prawdopodobnie miałem tak prostoduszną, niewinną i szczerą minę, że z miejsca zaprowadziła mnie do pokoju, napoiła herbatą, podarowała całą masę kaktusów i długi czas nie chciała mnie wypuścić. Z trudem wymigałem się od rozmownej miłośniczki kaktusów, i gdy wyszedłem na ulicę, nikogo już nie było.

Stopniowo zyskiwałem coraz lepszą reputację, szczególnie z powodu skutecznego wciągania do organizacji nowych członków. Już poprzednio miałem swój krąg znajomych o takich samych poglądach, których teraz przyciągnąłem za sobą, ponadto nie żałowałem sił i gotów byłem uczynić wszystko dla naszego sukcesu.

 

Oczywiście nie zastanawialiśmy się wówczas specjalnie, jakie zadanie sobie wyznaczamy i, co ciekawe, zupełnie nie myśleliśmy o konsekwencjach, o rezultatach. Nie próbowaliśmy szacować sił przeciwnika czy nawet wyobrażać sobie, co będziemy robić w razie zwycięstwa, albo przeciwnie - porażki. Nie interesowało nas, na ile realne jest nasze zamierzenie. Nie planowaliśmy stworzenia jakiegoś nowego ustroju, potrzebny nam był wybuch, moment najwyższego napięcia sił, kiedy w końcu można będzie wytępić to całe plugastwo, kiedy na wszystkich krańcach Moskwy podniosą się w całej swej okazałości  n a s i  i ruszą niepowstrzymanie do szturmu Łubianek, komitetów partyjnych i ministerstw.

Czy to nie zadziwiające: tacy wyrachowani i wyrafinowani, że aż cyniczni, byliśmy zupełnie irracjonalni i beztroscy w sprawie najważniejszej. Jak to możliwe? Wytłumaczenie było szalenie proste: każdy z nas w skrytości, a może nieświadomie - pragnął zginąć. Po tym podłym oszustwie, po tym, jak otchłań ludzkiej niegodziwości rozpostarła się u naszych stóp, znienawidziliśmy wszystkich, którzy byli od nas starsi, którzy mieli z tym coś wspólnego. Po tym, jak czerwonogwiaździste czołgi - marzenie i duma naszego dzieciństwa - rozgniatały na ulicach Budapesztu naszych rówieśników, krwawa mgła przesłaniała nam oczy. Po tym, jak zdradził nas cały świat, przestaliśmy wierzyć komukolwiek. Pragnęliśmy zginąć ramie w ramię z tymi, którym ufaliśmy bezgranicznie, na których polegaliśmy jak na samych sobie, pośrodku tego morza zdrady. Nasi rodzice okazali się donosicielami i prowokatorami, nasi wodzowie - oprawcami, nawet nasze dziecięce zabawy i fantazje przeniknięte były oszustwem. Byliśmy cyniczni, gdyż piękne słowa stały się brzęczącą monetą oszustwa. Jedynie cynizm wydawał nam się szczery.

 

Ech, romantyzm, dymy i mgły,

Poparzone są serca tkanki,

Ile wody już, ile krwi

Upłynęło w podziemia Łubianki.

 

Ech, romantyzm, dymy i mgły,

W Budapeszcie sowieckie tanki,

Ile wody już, ile krwi

Upłynęło w podziemia Łubianki.

 

Ech, romantyzm, dymy i mgły,

Z naszych dusz - dzisiaj onuc gałganki,

Ile wody już, ile krwi

Upłynęło w podziemia Łubianki.

 

Wszyscyśmy palili i wstrętnie przeklinali, wygadywali świństwa o kobietach i pili wódkę, a przed nami była pustka. My, dzieci socjalistycznych slumsów, szykowaliśmy się, by pewnego ranka rozstrzelać obojętność i zdechnąć. Któż z nas nie czuł podświadomie, że wygrać nie sposób? A jaka właściwie mogła być przyszłość? Słowa takie jak wolność, równość, braterstwo, szczęście, demokracja, naród - to były podłe słowa ze słownictwa podłych przywódców i czerwonych plakatów. Woleliśmy zastępować je przekleństwami. I jestem przekonany, że odśpiewalibyśmy kremlowskim ruinom naszą beznadziejną piosenkę, tylko, jak się to mówi, Bóg nie dopuścił. Czy znajdzie się na całym świecie choć jeden trzeźwy i rozsądny człowiek, który by nas potępił?! Nie żałuję tych czasów i nie wstydzę się naszej lekkomyślności. Na całe życie pozostała we mnie tęsknota za ludźmi, którzy bez zbędnych pytań zawsze staną ramię w ramię.

 

Wreszcie przedstawiono mnie dowódcy całej naszej sekcji. Kilka razy spotkaliśmy się na ulicy, potem bywałem u niego w domu. Za każdym razem rozmawialiśmy długo i wnikliwie, i ciągle chciałem dotrzeć do sedna. Te spotkania zrodziły we mnie pierwsze wątpliwości: cóż my na dobrą sprawę robimy? Miał wówczas 27 lat, był na studiach doktoranckich i z wyglądu zupełnie nie pasował do roli przywódcy podziemnej organizacji. Nie w tym nawet rzecz, że był o wiele starszy ode mnie, a więc należał do tego trędowatego pokolenia, którym gardziliśmy z całej duszy. Po prostu sam jego wygląd, jego niespieszny sposób wysławiania się, z lekka sepleniący, badawcze, wieloznaczne spojrzenie zza okularów, niezgrabna figura, łysiejąca od przodu głowa - krótko mówiąc, wszystko w nim wzbudzało moją czujność, wywoływało jakieś nieprzyjemne uczucie zakłopotania. Po cóż mu to wszystko potrzebne? - zadawałem sobie pytanie i nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Wiedziałem natomiast doskonale, że gdyby mi zaproponowano wciągnąć tego człowieka do organizacji - odrzuciłbym jego kandydaturę.

- Społeczeństwo - mówił swoim cichym, beznamiętnym głosem - jest jak organizm: musi mieć mięśnie, twardą siłę, ale musi też mieć nerwy, mózg, musi mieć oczy i uszy.

Dawał subtelnie do zrozumienia, że my należymy do mózgu, a ja powinienem był odczuć dreszcz onieśmielenia, zachwyt i wdzięczność, że zaliczono mnie do wybrańców. Umiał być niezwykle natarczywy, przekonujący i ani razu nie naruszył tego stylu dramatycznej dwuznaczności, który panował w naszej organizacji. Umiał nader zręcznie uchylać się od bezpośredniej odpowiedzi, stale pozostawiając mnie w niepewności co do rzeczywistego znaczenia swych słów. Zadziwiało, że zna nas wszystkich na pamięć, łącznie ze wszystkimi naszymi osobliwościami, zaletami i wadami, lecz zna jakoś powierzchownie, bez wyczucia. Wątpię, czy pojmował, że stał się absolutnym władcą kilku dziesiątków dusz. Nasze dążenia interesowały go o tyle, o ile pomagały nami kierować. Wydawało mi się, że nie interesuje go nic prócz własnej władzy. A już w żadnym razie nie mogłem go sobie wyobrazić z automatem pod gradem pocisków albo nawet na przesłuchaniu w KGB.

Z jego bratem zbliżyłem się o wiele bardziej. Był starszy ode mnie tylko o dwa łata, znacznie żywszy i bardziej pojętny od naszego szefa. Wyczuwałem w nim ten sam impuls, który powodował nami. Bardzo kochał swojego starszego brata i dlatego idealizował go.

Ze wszystkich swoich wrażeń i obserwacji wysnułem raptem nieoczekiwany wniosek: zrozumiałem, że nikogo wyżej już nie ma, że to właśnie oni są przywódcami całej organizacji, nie tylko sekcji. Natomiast aluzje, że jest nas bardzo wielu, niemal w całym kraju, były nam niezbędne jako przynęta. Ale jakoś mnie to nie rozczarowało - z mojego punktu widzenia nawet kilkadziesiąt osób stanowiło siłę. Oczywiście, nie mogło już być mowy o szturmie, o jakimś tajemniczym sygnale, na który wszyscy czekaliśmy, ale nie wszystko było stracone - trzeba było znaleźć sposoby, by szybciej się rozrastać, przyciągać jakoś ludzi i wciskać się do już istniejących organizacji oficjalnych. Trzeba było zmienić taktykę.

Lecz co najważniejsze, bezsensowna stawała się nasza bezczynność. Przecież sygnał nie mógł nadejść i skończyło się oczekiwanie. Bezczynność i tak bardzo źle wpływała na członków organizacji. Wciąganie ludzi okazało się znacznie łatwiejsze, niż ich utrzymanie w ryzach. Gdy tylko mijało pierwsze ożywienie, nauczanie konspiracji itd., zaczynała się nuda. Człowiek nie może przecież żyć w ciągłym oczekiwaniu. A i wciąganie nowych członków spośród znajomych miało swoje granice: w kręgu każdego człowieka znajdowała się skończona liczba odpowiednich kandydatów. Tworzył się zastój i ludzie rozłazili się każdy w swoją stronę. Natomiast jakakolwiek działalność nieuchronnie naprowadziłaby KGB na nasz trop.

Powstawała nierozstrzygalna sprzeczność: organizacja mogła stać się masową i aktywną, jedynie prezentując się otwarcie, przyciągając na raz wszystkich swoich zwolenników w kraju - ale wówczas z miejsca nastąpiłby koniec jej działalności. Za sarn udział w antysowieckiej organizacji należało się dziesięć lat łagrów. I tak dziw bierze, że przez tyle lat nie napatoczyliśmy się na KGB.

Ale załóżmy, że zaprezentowalibyśmy się w jakiś sposób, że znalazłyby się tysiące chętnych do wstąpienia. W jaki sposób sprawdzilibyśmy, czy nie są oni nasłani przez KGB? Jak pozyskać wzajemne zaufanie? Gdybyśmy się ujawnili, najprawdopodobniej nas samych uznano by za prowokatorów.

Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym mniej pozostawało wiary w możliwość nielegalnej działalności. Wynikała jakaś niedorzeczność: nasze członkostwo w organizacji podziemnej czyniło nas całkowicie nieszkodliwymi dla władzy. Z równym powodzeniem można by się starannie zakonspirować, dla kamuflażu wstąpić na przykład do partii i najspokojniej w świecie przeżyć tak całe życie. Pracować, chodzić na zebrania partyjne i de facto podtrzymywać tę władzę. Dla większej konspiracji można nawet zgłosić się do pracy w KGB! A z drugiej strony najmniejsze działanie czy nieostrożność - i cała organizacja siedzi w więzieniu, nic nie uczyniwszy. Jeśli więc człowiek pragnie działać, nie potrzebuje żadnej organizacji - przeciwnie, ona mu jedynie przeszkadza.

Po wielu latach, spotykając w łagrach rozmaite ugrupowania, zdałem sobie sprawę, jak istotny problem wyrósł przed nami, i cieszył mnie fakt, że wszystkie te wątpliwości przeżyłem jeszcze w dzieciństwie.

W rzeczy samej, przez całe lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte wyłaniały się jak grzyby po deszczu organizacje, związki, ugrupowania, a nawet partie o najprzeróżniejszych odcieniach. Nam, szczeniakom, można było wybaczyć rozsiewanie tajemniczości, konspirowanie z własnym cieniem, wzajemne oszukiwanie się, naszą wiarę, że działamy dla Sprawy, że wszędzie są  n a s i  i że wkrótce wybije godzina "W". Ale gdy w łagrze spotykasz czterdziestoletnich ludzi, którzy za to samo dostali dziesionę, to już tylko wzruszasz ramionami. Przecież nawet nam starczyło rozumu, by się zorientować, że nie sposób skupić całego kraju w takiej organizacji.

Logika wszystkich nowicjuszy jest z grubsza taka sama i wszyscy oni tańcują od pieca, to znaczy od historii KPZS. Od dziecka pamiętamy z filmów i książek, że bolszewicy wpierw stworzyli partię, a następnie w głębokiej konspiracji, zawzięcie pracując, kolportując Iskrę i Prawdę, jednoczyli wokół siebie zwolenników i wreszcie dokonali rewolucji. Kierując się mądrym przysłowiem, że od wrogów trzeba się uczyć, po raz kolejny padamy ofiarą propagandy.

Zapominamy, że bolszewicy skorzystali ze swobody dla tworzenia tyranii, a nie na odwrót; że istniała znaczna wolność druku i swoboda podróżowania, a całe kierownictwo partii siedziało w Zurychu i w Baden-Baden. Zapominamy, że była to garstka zawodowych rewolucjonistów, obficie zaopatrywana w pieniądze, że cała ówczesna policja urzędowała w dwupiętrowym domku, w którym dziś nie zmieści się nawet komisariat dzielnicowy, że mimo to bolszewicy wpadali niemal codziennie w sidła. Ale nikt nie dawał im za propagandę dziesięciu lat więzienia; skazywano ich na zesłanie, skąd tylko frajer nie uciekał.

Ich podstawowe książki propagandowe - Kapital i inna klasyka - były swobodnie i legalnie drukowane w Rosji, wypożyczano je nawet w więziennych bibliotekach. Gazetki ich drukowano natomiast za granicą i - dzięki panującym swobodom - przewożono przez niestrzeżoną praktycznie granicę. Nakłady nie przekraczały dwóch, trzech tysięcy. Który to już raz dajemy się złapać na haczyk komunistycznej propagandy i zapominamy, że bolszewicy nie zrobili żadnej rewolucji, a swoją działalność rozwinęli dopiero po rewolucji lutowej, w warunkach całkowitej wolności i w dodatku za niemieckie pieniądze. A tajnej policji za Rządu Tymczasowego w ogóle nie było.

Jak dorośli ludzie mogą na serio wierzyć, że rewolucje są wynikiem działań jakichś podziemnych organizacji? W kraju, gdzie legalnie istniały opozycyjne partie, rozwijały się prywatne przedsiębiorstwa, natomiast nie istniał system dowodów tożsamości - też mi sztuka być w podziemiu! Szczególnie, jeśli nie grozi za to katorga. Czy trudno jest stworzyć nielegalną partię w Anglii albo we Francji? Tylko po co, skoro można legalną.

Przez te oto piekielną propagandę ludzie u nas ze dwadzieścia lat zmagali się, kopiując mityczną rewolucję bolszewicką - i do dziś nie wszystkim wywietrzało to z głowy. Wystarczy by zeszły się trzy osoby o takich samych poglądach - z miejsca zaczynają rozważać, jak by tu nazwać swoją partię. Następnie układają statut, program - i idą do więzienia.

Spotykałem partie złożone z dwóch, pięciu, dwunastu osób. Największa z nich - Wszechrosyjski Socjalistyczno-Chrześcijański Związek Wyzwolenia Narodu "WSChSON" - liczyła mniej więcej sto osób. Jedyne, co zdążyli zrobić, to napisać naiwny program i poczytać dzieła Bierdiajewa, i to nie wszystkie (jak gdyby pół kraju bez jakiejkolwiek organizacji nie przeczytało Bierdiajewa!). Najmniejsza partia, jaką zdarzyło mi się zetknąć, składała się z jednego człowieka o nazwisku Fiedorkow i nazywała się PWN, co znaczy Priamaja Wlast' Naroda" *[Bezpośrednia Władza Ludu.]. Tak go też wszyscy nazywali w więzieniu - PWN, nawet klawisze. Był zegarmistrzem z Chabarowska, liczył sobie około pięćdziesięciu lat, malutki, otyły, ruchliwy jak rtęć. Początkowo wciąż dyskutował, wykazywał nam zalety bezpośredniej władzy ludu, później przyzwyczaił się, złagodniał - PWN to PWN, czort z wami. Długo głowili się w KGB, co z nim począć - nie będą przecież sądzić jednego człowieka za stworzenie partii politycznej. Potem machnęli ręką i wsadzili go do domu wariatów.

Wspominając dziś wszystkie partie i związki, z którymi wypadło mi się zetknąć, muszę z dumą odnotować, że mając 15 -16 lat, stworzyliśmy nie tylko najliczniejszą, ale też najbardziej zakonspirowaną organizację, funkcjonowaliśmy najdłużej ze wszystkich i nie mieliśmy ani jednej wpadki. Nasz sekret był bardzo prosty: wciągaliśmy tylko swoich rówieśników, a w tym wieku nie trafiają się jeszcze agenci KGB i ludzie są bardziej szczerzy, nieskażeni. A największy nasz sekret - nic nie robiliśmy: nie pisaliśmy programów, nie składaliśmy przysięgi, nie przechowywaliśmy list członkowskich, nie protokołowaliśmy naszych spotkań, zabronione było rozmawiać na tematy polityczne, nie posiadaliśmy nawet żadnej nazwy. Gdyby inne nielegalne organizacje przetrwały równie długo, jak my, i osiągnęły swój naturalny kres, wówczas i ich członkowie zrozumieliby niemożność i bezsens tajnej działalności. Doszliby do tego przekonania empirycznie, że się tak wyrażę.

My mieliśmy więcej szczęścia: przeżyliśmy ten niebezpieczny etap w wieku młodzieńczym. Dopiero znacznie później, w zupełnie innych czasach, zrozumieliśmy inną prawdę, jeszcze ważniejszą: nie można dążyć do demokracji drogą podziemną. Nie wolno uczyć się od wrogów, jeśli pragniesz być inny niż oni. Podziemie rodzi tylko tyranię, rodzi bolszewików. Wówczas dopiero spostrzegłem, że nasz przywódca, dostając w swoje ręce nieograniczoną władzę nad podziemiem, więcej myślał o samej władzy niż o losach świata. Ale jeszcze nie zorientowałem się, że oto natknąłem się na niewzruszoną prawidłowość, pomyślałem tylko: "Po cóż mu to wszystko potrzebne?".

(...)

W ostatnich latach wprowadzano bez końca jakieś reformy do systemu szkolnictwa. Nie czyniły one nauki ciekawszą czy bardziej urozmaiconą, wręcz przeciwnie, wnosiły nowe niedorzeczności i głupoty. Przykładowo: gdzieś tam na górze zadecydowano, że szkoła zanadto oderwana jest od życia, a abiturienci nie przyzwyczajeni są do pracy, dlatego też wprowadzono nam zajęcia praktyczne, a następnie również praktyki robotnicze. Przez rok mieliśmy pracować w fabryce, a następnego lata wysyłano nas do podmoskiewskiego sowchozu. Rzeczywiście, poszerzyło to nasze horyzonty, jednakowoż w zupełnie innym sensie niż planowała mądra partia.

Pracując w moskiewskiej fabryce autobusów, zobaczyliśmy po raz pierwszy, co to jest sowieckie przedsiębiorstwo, z jego lipą na pokaz, oszustwem i przymusem. Przede wszystkim nie dostrzegliśmy żadnego robotniczego entuzjazmu. Nikt nie śpieszył się z robotą, większość czasu spędzało się w palarni i jedynie gdy nadchodził majster, wszyscy rozbiegali się do swoich stanowisk. "Gdzie się mamy śpieszyć za takie pieniądze? - mówili robotnicy. - Praca nie zając, nie pójdzie w las!". Z rana wszyscy niemal byli pijani albo skacowani, a w ciągu dnia co jakiś czas ktoś się wybierał przez płot po flaszkę.

Na całym wydziale tylko jeden facet na serio orał, nie odchodząc od obrabiarki. Wszyscy pozostali nienawidzili go i wskazując nań, kręcili wymownie palcem przy skroni. Stale usiłowali podłożyć mu świnię: zepsuć niepostrzeżenie obrabiarkę albo ukraść narzędzia. "Co, na przodownika się rwiesz?" - mówili wściekle. Okazało się, że gdy ktoś sam przekraczał normę, wówczas w następnym miesiącu podwyższano ją wszystkim i za te same pieniądze musieli harować dwa razy tyle.

Bardzo prędko przyswoiliśmy sobie ich styl pracy i popularną wśród nich przyśpiewkę:

 

W górze młot, w dole sierp -

Oto nasz sowiecki herb.

Chcesz - to żnij, chcesz - to kuj,

Tak czy siak w nagrodę chuj.

 

Tokarz, do którego przydzielono mnie na szkolenie, młody chłopak, niewiele starszy ode mnie, wyrabiał normę w sposób nader osobliwy. Po otrzymaniu zlecenia od majstra udawał jedynie, że pracuje. Gdy tylko majster znikał na chwile z horyzontu, skradaliśmy się wspólnie do magazynu gotowych wyrobów - wielkiej szopy. W tylnej ścianie tego magazynu można było bez trudu odsunąć dwie deski. Dawaliśmy nura do środka, po ciemku odnajdywaliśmy właściwe skrzynie i upychaliśmy po kieszeniach gotowe części. Następnie wracaliśmy okrężną drogą na wydział i resztę dnia pracy spędzaliśmy, nie wychodząc niemal z palarni. Myślę, że nie tylko mój nauczyciel był taki sprytny.

My dwaj byliśmy najmłodsi na wydziale i naturalnie po wódkę wysyłano zazwyczaj któregoś z nas. Drugi zostawał przy warsztacie i udawał, że wyrabia normę. Pod koniec dnia wszyscy ożywiali się, poruszali się radośniej, stale wychodząc gdzieś z hali. Wracali, taszcząc jakieś pudełka i pakunki, następnie znowu któryś z nas - ja albo kolega - przełaził przez płot i wtedy podawali nam pieczołowicie te swoje zawiniątka. Sami wychodzili przez wartownię, po czym odbierali od nas swój łup. Kradli praktycznie wszystko, co tylko dało się tak czy inaczej sprzedać na tandecie albo miało zastosowanie w gospodarstwie. Kiedyś ukradli cały silnik autobusowy, innym razem - belę materiału tapicerskiego na obicia siedzeń autobusowych. A wszelkich farb, lakierów czy części do silnika nie sposób było zliczyć. Jednocześnie w całej fabryce porozwieszane były ekspresyjne plakaty i hasła: "Damy! Dogonimy! Wyprzedzimy!", diagramy wzrostu produkcji i uśmiechnięci, schludni robotnicy z zakasanymi rękawami. Na plakatach kraj rwał się niepowstrzymanie ku szczytom komunizmu.

Oswajanie nas z pracą na roli było nie mniej sugestywne. Do podmoskiewskiego sowchozu przywieziono nas pod wieczór i ulokowano w baraku. Noc przespaliśmy na pryczach. O świcie zbudziły nas ogłuszające, niewiarygodne przekleństwa. Wylegliśmy z baraku i ujrzeliśmy, jak ze dwadzieścia bab ładuje łopatami na ciężarówki kompletnie zgniłe ziemniaki i przeklina Chruszczowa - ot tak, po prostu, żeby ulżyć sobie w pracy.

- Nikita, tędy go i owędy! - wrzeszczały. - Z Kaśką Furcewą się zabawia, wieprz spasiony, i gwiżdże sobie na wszystko, a my swoich chłopów tygodniami nie widzimy. Dzień i noc te ...one kartofle ładujemy, takie i owakie! Tutaj by go dali, tego Chruszczowa!

Te właśnie kartofle wieziono na pola i tam sadzono. Co też mogło z nich wyrosnąć? Tym jednak nikt się nie przejmował. Jak nam chłopi wytłumaczyli, płacono im akordowo za każdą tonę zasadzonych ziemniaków, urodzaj ich nie interesował. Wkrótce chwyciły przymrozki, rozpadały się deszcze, a nas pędzono do ręcznego plewienia buraków. Zajęcie to wydawało się nam zupełnie pozbawione sensu i tak też było w rzeczywistości: wysyłali nas tam, żeby tylko dać jakieś zajęcie, efekty nikogo nie interesowały. Cały sowchoz był rzecz jasna również obwieszony plakatami i transparentami, diagramami wzrostu, podobiznami spasionych krów i pulchnych dojarek.

Błoto było nie do przebycia i po wódkę jeździło się wyłącznie traktorem. Dowiedzieliśmy się ze zdziwieniem, że chłopi nie mogli opuścić sowchozu - nie dawano im dowodów osobistych do rąk własnych. Bez dowodu zaś człowiek był poza prawem, pierwszy lepszy milicjant w mieście mógł go aresztować. Bez dowodu też nie można dostać innej pracy. Młodzi chłopcy w naszym wieku czekali jak na zbawienie, by ich wzięto do wojska: po wojsku mieli szansę nie wrócić do domu, lecz urządzić się gdzieś w mieście. Młode dziewczyny marzyły jedynie o tym, by wydać się za miastowego i wyjechać. Pijaństwa, bójki, nożownictwo były zjawiskiem codziennym.

(...)

Ciekawe to były czasy i im bardziej się oddalają, tym trudniej prawidłowo je ocenić. Mówi się dziś: chruszczowowska odwilż. A co to oznaczało w rzeczywistości? Czego właściwie dokonał Chruszczow? Po osądzeniu Stalina i po ukazaniu skrawka państwa od kuchni, kuchni ludożerców, z miejsca wystraszył się i zatrąbił do odwrotu. Gałę szczęście, że zdążyli wypuścić więźniów - i za to, jak dowiedziałem się potem, dziękować należałoby nie Chruszczowowi, lecz Śniegowowi.

Bliski przyjaciel Chruszczowa z dawnych jeszcze lat, Śniegów sam siedział w obozie koncentracyjnym i został zwolniony przez Chruszczowa, gdy tylko ten objął władzę . Z przekonania Śniegów był komunistą i komunistą pozostał, nie bacząc na to, że przeżył obozy, terror i zobaczył socjalizm od podszewki. Wcale mnie to nic dziwi. Ludzie starszego pokolenia, zwłaszcza pamiętający przedstalinowski okres, nie utożsamiali tak łatwo idei komunizmu z osobą Stalina, jak my to czynimy. Zdawało im się, że gdyby nie Stalin, który wypaczył światłe idee leninowskie, wszystko byłoby wspaniale. Trudno im było pojąć, do jakiego stopnia Stalin i wszystkie jego bestialstwa organicznie wypływają z leninowskich idei, z samej idei socjalizmu. Nieprzypadkowo okazał się on tak wszechmogący i bezwzględny, nieprzypadkowo partia wysunęła i poparła właśnie jego.

Ponadto ludziom starszego pokolenia, chociaż potępiali oczywiste przestępstwa stalinowskie, trudno było zwątpić w słuszność samych idei - idei, w imię których żyli i działali, rozprawiając się z wrogiem klasowym. Tak daleko ich negacja nie mogła sięgnąć - jakaś psychologiczna zasada samoobrony narzucała im przekonanie, że winien jest tylko Stalin, a nie oni. Nie może przecież człowiek, przeżywszy życie, uświadomić sobie u jego schyłku, że wszystko, w co wierzył, było błędem, gorzej - przestępstwem.

Nawet nam, którzy w wieku 14 - 15 lat przeżyliśmy ujawnienie zbrodni Stalina, niełatwo to przychodziło, pozostał uraz na całe życie, a ludzie starsi od nas o 10 - 15 lat nie mogli już dojść do siebie, nie mogli popełnić takiego psychologicznego samobójstwa. Dlatego w latach pięćdziesiątych, zwanych dziś chruszczowowską odwilżą, panującą ideą pozostawała idea komunistyczna w jej najbardziej liberalnym wariancie: Lenin wciąż był dla nich autorytetem, jugosłowiański socjalizm - wzorcem prawidłowego urzeczywistnienia słusznych idei, i całe ich nowatorstwo nie wykraczało poza Titę.

Ale Śniegów, mimo swej komunistycznej wiary, przyswoił sobie w obozach aresztancką psychologię, etykę więźniów. Gdy Chruszczow mianował go swoim zastępcą w komisji do spraw rehabilitacji, ten, rozumiejąc nietrwałość sytuacji, starał się w ciągu paru lat piastowania swej funkcji zwolnić jak najwięcej ludzi. Zdołał dokonać rzeczy, wydawałoby się, niemożliwych i gdy go usunięto, obozy były praktycznie puste - zostało w nich nic więcej niż kilkadziesiąt tysięcy więźniów. Za jego czasów ustanowiony został najliberalniejszy w całej historii państwa rygor obozowy. Zeki po dziś dzień wspominają te czasy jak bajkę, jak złoty wiek. Krążą legendy o komercyjnych stołówkach, gdzie można było zjeść za pieniądze jak na wolności; o tym, że nie zmuszano do pracy, ale niemal wszyscy pracowali z własnej woli, bo za pracę płacono. Obecnie wszystko to wydaje się nieprawdopodobne.

Na początku lat sześćdziesiątych nastał kres tego wszystkiego. Złoty wiek trwał zaledwie trzy, może cztery lata. Dla Chruszczowa była to tylko polityczna rozgrywka, walka z przeciwnikami w KC, mocniej niż on sam związanymi ze stalinowskim terrorem. Cała stara, wyregulowana machina propagandowa czasów stalinowskich chwiała się. Nikt nie wiedział, co będzie wolno jutro, jak rozumieć krytykę kultu jednostki, gdzie są granice tego pojęcia. Przedostało się do druku parę krytycznych książek, ale i w tym przypadku krytyka była połowiczna: wolno było krytykować czasy stalinowskie, ale nie późniejsze (i nie dogmaty!); sekretarz dzielnicowego komitetu partii mógł już być postacią negatywną, ale sekretarz obwodowego komitetu niezmiennie okazywał się bohaterem pozytywnym i pod koniec powieści zaprowadzał chruszczowowską sprawiedliwość. 

Władza KGB, choć ograniczona, zachowała olbrzymią siłę, polityczne aresztowania nie ustawały, jedynie skala ich się zmniejszyła. Czy to zasługa Chruszczowa i jego odwilży? Myślę, że ta opinia jest błędna. Masowy terror polityczny ustał zaraz po śmierci Stalina i już nie wrócił... Rzecz nie w Stalinie i nie w Chruszczowie: masowy terror stał się po prostu niemożliwy - zadziałał instynkt samozachowawczy rządzącej wierchuszki. Nieubłagana logika terroru polega na tym, że w miarę narastania wymyka się kontroli i obraca się z reguły przeciw samym terrorystom. Nikt nie miał gwarancji, że kula go ominie. Po rozstrzelaniu w latach dwudziestych i trzydziestych wszystkich przeciwników politycznych i wrogów klasowych komuniści nie byli w stanie powstrzymać terroru i stał się on orężem w wewnątrzpartyjnej walce i narzędziem totalnego ucisku, był niezbędny partii, by mogła istnieć i rządzić. Raptem okazało się, że dwie trzecie delegatów na XVII zjazd partii to wrogowie, a pod koniec lat czterdziestych zmienił się praktycznie cały skład Biura Politycznego.

W późniejszym okresie spotkałem człowieka, którego historia dobrze obrazuje mechanizm tego rozpędu. Rzecz działa się w 1947 roku. Człowiek ten, pułkownik wojsk pancernych, został aresztowany na podstawie fałszywego donosu i oskarżony o zdradę. Nie istniały żadne dowody jego winy, ale też nikt ich nie szukał. Jedyna rzecz, jakiej chcieli od niego śledczy - to otrzymać kolejne nazwiska, kolejne ofiary. Żądali od niego, by powiedział, kto go zwerbował do obcego wywiadu, i okrutnie go torturowali. On zaś gotów był podpisać każdą bzdurę przeciwko sobie, ale nie potrafił oczernić swoich niewinnych znajomych. Wreszcie, czując, że nie wytrzyma dalszych tortur i obawiając się, że półprzytomny może podpisać fałszywy donos na kogoś, zrobił rzecz nieoczekiwaną dla samego siebie.

Przesłuchania prowadzili trzej oficerowie śledczy KGB - starszy i dwóch pomocników. Gdy po raz kolejny zażądali od niego, by nazwał wrogów, którzy go zwerbowali, wskazał raptem na starszego śledczego:

- Ty! - powiedział. - To ty, swołocz, mnie werbowałeś! Pamiętasz? Na manewrach pod Mińskiem, w trzydziestym trzecim, koło brzeziny!

- On bredzi, zwariował, odprowadzić go! - krzyknął starszy.

- Nie, nie, po co go odprowadzać? - z zainteresowaniem odparli dwaj pozostali. - To bardzo ciekawe, niech mówi dalej.

Więcej nie spotkał już tego starszego śledczego - najpewniej został rozstrzelany. Jeden z pomocników został starszym, sprawę szybko zakończono i mój znajomy trafił do obozu z dwudziestką piątką na karku.

Łatwo zrozumieć, że gdy tylko śmierć Stalina powstrzymała szaleństwo masowego terroru, nie znaleźli się chętni do jego wznowienia. Teraz natomiast, po tylu latach, kiedy z przyczyn naturalnych uległ zmianie i aparat represyjny, i rządząca wierchuszka, powrót do tych czasów jest po prostu niemożliwy: system się zbiurokratyzował, obrósł tłuszczem, a i nie sposób zresztą przywrócić tej atmosfery powszechnej szpiegomanii i podejrzliwości. Jak proces powstawania kontynentu zapoczątkowują trzęsienia ziemi i erupcje lawy, tak i ten ustrój z wolna twardniał, kamieniał i osiągnął stan, w którym jakiekolwiek zmiany przestały być możliwe - nikt ich nie pragnie. Lud nie chce więcej rewolucji ani walki - wie instynktownie, że rewolucja nie da mu niczego prócz niezliczonych nieszczęść, krwi, głodu i nowej tyranii. Rządzący zaś nie chcą już więcej terroru i wstrząsów, które nieuchronnie zniszczą ich samych. Dlatego nie nazwałbym początku tego procesu odwilżą, a raczej ostyganiem, kamienieniem.

A jednak odwilż, odtajanie zachodziły pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych, z tym że nie były chruszczowowskie i nie zachodziły od góry, lecz w umysłach ludzi, w ich nastrojach. Po przeżyciu całego tego koszmaru ludzie potrzebowali wytchnienia, by uświadomić sobie, co się stało. Proces ten po części ogarniał i prowadził samego Chruszczowa, a nie na odwrót. Po kulminacji pięćdziesiątego szóstego roku główne zajęcie Chruszczowa polegało na przeciwdziałaniu temu procesowi, tej właśnie odwilży.

 

Los tego człowieka jest tragiczny i pouczający. Nie ulega wątpliwości, że w efekcie szoku, jakiego doznaliśmy wszyscy po zdemaskowaniu Stalina, żaden komunistyczny przywódca nie będzie uwielbiany przez swój lud i na nic prócz dowcipów i kpin nie zasłuży. Ale też nikt prawdopodobnie nie wzbudzi tak ostrej nienawiści, jak Chruszczow. Wszystko w nim ludzi denerwowało. I jego nieumiejętność poprawnego wysławiania się, analfabetyzm właściwy wszystkim przywódcom komunistycznym przed nim i po nim. I jego tłusta, wesolutka gęba - wokoło nieurodzaj, puste sklepowe półki, a ten szczerzy zęby, akurat czas na weselenie się! I jego wyjazdy za granicę, jego gorączkowe i drobne reformatorstwo - słowem, wszystko, każde jego przedsięwzięcie wywoływało tylko złość i kpiny. Nietrudno to zrozumieć. Przed jego przyjściem też był głód, niewola, strach, beznadziejność, ale była też wiara w wąsatego boga, która przesłaniała wszystko. On odebrał tę wiarę i choć oczywistość tego, co powiedział, w nikim nie wzbudzała wątpliwości, to cała gorycz, cała nienawiść spowodowana śmiercią boga zwaliła się na Chruszczowa.

Co więcej, pozbawiwszy ludzi złudzeń, pozwolił im spojrzeć wstecz i ocenić realnie całe ich życie, i tak jak gdyby przed nim takiego życia nie było, z miejsca Chruszczow okazał się winowajcą wszystkiego. Raptem stała się oczywista niezdolność funkcjonowania całego systemu, niekompetencja kierownictwa. A co najważniejsze - on niczego w istocie nie zmienił: nie wykorzenił stalinizmu, nie uzdrowił gospodarki, nie dał prawdziwej wolności, a zamiast tego ponownie usiłował wciskać ludziom te same złudzenia, które dopiero co zostały tak ewidentnie zdemaskowane. Jego naiwne obietnice, że do 1980 roku zbuduje komunizm, wywoływały jedynie śmiech. Sądzę, że był ostatnim władcą komunistycznym, który rzeczywiście wierzył w możliwość zbudowania komunizmu i usiłował to zrealizować. Ale nikomu już ten jego komunizm nie był potrzebny, nikt poza nim już weń nie wierzył. Oszustwo było dla wszystkich tak oczywiste, że nawet ślepi odzyskali wzrok.

Wreszcie, był on jedynie kiepską parodią Stalina. Nie niszcząc starego systemu, sam padł jego ofiarą i z wolna, zamiast kultu jednostki uwielbianego Stalina, ludzie dostali kult jednostki znienawidzonego Chruszczowa. Było jasne, że występny jest cały system, który nie może istnieć bez kultów. Jego awanturnicza polityka zagraniczna, zresztą w istocie nieznacznie się tylko różniąca od poprzedniej czy następnej, również nie zyskała mu zwolenników: dwoistość, połowiczność wykluczała po prostu możliwość sukcesu. Z jednej strony sztucznie spowodowane kryzysy berliński i karaibski, zakrojona na szeroką skalę działalność wywrotowa przeciw wolnemu światu, jawne dążenie do hegemonii; z drugiej - demagogiczne apele o pokój, o rozbrojenie, o współpracę i handel, którym nawet naiwni ludzie Zachodu przestali pod koniec wierzyć. Dlatego też, gdy go wreszcie usunięto, okazało się, że nie miał żadnych zwolenników.

Zadziwiające: człowiek rządził przez dziesięć lat i nie zdobył ani jednego stronnika. Tylko nieliczni w Moskwie upatrywali w Chruszczowie gwarancję przeciw powrotowi stalinizmu, ubolewali nad nim. Niektórzy sądzili, że w jego osobie urzeczywistniło się wieczne marzenie ludu rosyjskiego, by na tronie zasiadał Głupi Wania, ale ludzie lepiej znający się na rzeczy mówili, że prędzej można go porównać z Rasputinem.

Zabawne jednak, że zapoczątkowany za jego rządów proces odwilży odbywał się najwidoczniej również w nim samym. Osoby, które widziały go po odsunięciu od władzy, opowiadały, że bardzo się zmienił, ciężko przeżywał powszechną niewdzięczność, i będąc poza aparatem władzy, bardzo prędko przyjął punkt widzenia społeczeństwa. Pamiętam, jak już w siedemdziesiątym roku spotkaliśmy się w mieszkaniu Jakira, by podpisywać kolejną petycję w obronie Sołżenicyna w związku z przyznaniem mu Nagrody Nobla. Jakir jak zwykle siedział przy telefonie i obdzwaniał całą Moskwę, zbierając podpisy znajomych. Ktoś dla żartu zaproponował mu, by zadzwonił do Chruszczowa: przecież to za jego dyspozycją po raz pierwszy opublikowano utwór Sołżenicyna. Słowo się rzekło. Telefon odebrała małżonka Nina Pietrowna, a później i sam Nikita.

- Słyszał pan nowinę? - spytał Jakir.

- Jaką?

- No jak to, Sołżenicynowi dali Nagrodę Nobla!

- A jakże, jakże - ożywił się Nikita - jasne, że słyszałem. Ja teraz wszystkich wiadomości dowiaduję się z BBC.

- I jak pan to ocenia? Przecież to pan pierwszy zezwolił na druk.

- Tak, pamiętam, Twardowski powiedział mi, że to jest utwór artystyczny wysokiej klasy. Uwierzyłem mu.

I po chwili milczenia dorzucił: - Cóż, nagrody Nobla za byle co nie dają.

Nie odważyliśmy się oczywiście prosić go, by podpisał naszą petycję, ale myślę, że gdyby jeszcze dziesięć lat przeżył z dala od władzy, z pewnością znalazłby się wśród sygnatariuszy. Wyraźnie sunął w tym kierunku i jego wspomnienia nie były, rzecz jasna, dziełem przypadku.

 

Tak czy inaczej, atmosfera tamtych lat była wiosenna, pełna nadziei i oczekiwań: festiwal w Moskwie, następnie wystawa USA - pierwsze w całej naszej historii jaskółki z Zachodu - rozbiły doszczętnie wtłaczane w nas mity. Śmiesznie było mówić o gnijącym kapitalizmie. Co do rangi można było te wydarzenia porównywać ze zdemaskowaniem Stalina. Nieoczekiwane zbliżenie z Jugosławią i początek kłótni z Chinami; zagraniczni turyści; rzadkie, ale jednak osiągalne artykuły z importu. Moskwa przeobrażała się w oczach: z przestępczego, slumsowego miasta mego dzieciństwa, z bandami wyrostków w cholewach, płaszczach i cyklistówkach, powstawało miasto, którego mieszkańcy tłoczyli się w księgarniach, walili tłumnie na występy poetów, wypełniali sale teatralne "Sowremiennika", a z okien domów wieczorami donosił się już nie Utiosow, lecz jazz i rock-n'-roll z pocztówek dźwiękowych, kupionych cichaczem na czarnym rynku. Nagrywano je z radia na klisze rentgenowskie, a osoby przedsiębiorcze sprzedawały te "płyty" w milionowych nakładach. Patrząc pod światło, widziało się na przykład obraz czyjejś klatki piersiowej, nazywało się więc to "rock na kościach". Wyrostki zaczynały sprawiać sobie wąskie spodnie, tak wąskie, że wbicie się w nie nabierało cech heroizmu. I mimo iż komsomolcy-ormowcy zatrzymywali ich, bili, cięli nogawki nożycami, moda ta przetrwała, i niebawem cała komsomolia paradowała w takich spodniach.

Na Sadowej pętli, na trasie trolejbusu "B", urzędował żebrak. Wsiadał do trolejbusu, zdejmował cyklistówkę i mówił głośno, do nikogo konkretnie się nie zwracając:

- Drogi towarzyszu Tito, wszystko dotąd to był pic! Jak powiedział sam Nikita, tyś nie winien nic a nic. Wspomóżcie bojownika o odprężenie międzynarodowe! - Oczywiście szczodrze go wspomagano.

A w całej Moskwie, we wszystkich instytucjach i biurach maszyny do pisania przeciążone były do niemożliwości: przepisywano dla siebie i dla przyjaciół wiersze Gumilowa, Mandelsztama, Achmatowej, Pasternaka. Odnosiło się wrażenie, jak gdyby ludzie z wolna, ostrożnie prostowali zdrętwiałe po długim siedzeniu członki, próbowali poruszać kończynami, zmieniać pozycję, a całe ich ciało przebiegał dreszcz, jakby od tysiąca szpileczek. Nic już niby nie przeszkadza, można nawet wstać, ale cóż, odwykliśmy, oduczyliśmy się stać na dwóch nogach.

 

Po pół wieku trwającej dżumie nastąpiło odrodzenie kultury, które powtórzyło wszystkie etapy rozwoju kultury światowej: początkowo folklor, legendy, podania przekazywane z ust do ust, z pokolenia na pokolenie, następnie pieśni trubadurów i minstreli, wiersze i poematy, wreszcie proza, całe powieści, traktaty filozoficzne i zbiory publicystyki, listy otwarte i odezwy, dziennikarstwo - w ten sposób samizdat w przyspieszonym rytmie przeszedł stopień po stopniu historię kultury.

W latach siedemdziesiątych zaczęły pojawiać się nawet samizdackie filmy.

Myślę, że wystawią kiedyś w naszym kraju pomnik dowcipowi politycznemu. Tej zadziwiającej formy twórczości ludowej nie spotyka się nigdzie poza krajami socjalistycznymi, gdzie ludzie pozbawieni są informacji i wolnej prasy, a zakazana i prześladowana opinia publiczna znajduje taką niecodzienną formę ekspresji. Z konieczności zwięzły i zwarły, maksymalnie nasycony informacją, dowolny dowcip sowiecki wart jest tomów prac filozoficznych. Celność anegdoty obnaża niedorzeczność wszystkich wykrętów propagandowych. Dowcip przetrwał wszystkie najcięższe okresy, wytrwał, rozrósł się w całe serie, i można dziś w oparciu on studiować całą historię władzy sowieckiej. Wydanie pełnego zbioru dowcipów jest równie ważne, jak napisanie prawdziwej historii socjalizmu.

W dowcipach można znaleźć opinię społeczeństwa o tym, co się dzieje wokoło - a w prasie nie pozostaje po tym śladu. Dowcip dostarcza odpowiedzi na każde pytanie.

Jak na przykład społeczeństwo oceniło zdemaskowanie kultu jednostki? - Gdy Stalina usunięto z Mauzoleum i pochowano przy murze kremlowskim, na jego grobie pojawił się wieniec z szarfą: "Pośmiertnie prześladowanemu od pośmiertnie zrehabilitowanych".

A pewnego razu z Mauzoleum zniknął Lenin. Zaczęli szukać, w Mauzoleum zrobili kipisz, znaleźli karteczkę: "Wyjechałem do Zurychu - zaczynać wszystko od początku".

Albo: jak potomkowie ocenią nasze czasy? W przyszłych encyklopediach wydrukują: "Hitler - drobny tyran epoki stalinowskiej. Chruszczow - krytyk literacki w czasach Mao Tse-Tunga".

I, rzecz jasna, dowcipy o KGB.

W Egipcie odkryto mumię. Wszyscy egiptolodzy świata spotkali się, nie mogą ustalić, co to za faraon. Zaprosili sowieckich specjalistów. Przyjeżdża trzech egiptologów w cywilu.

- Zostawcie nas - mówią - z nim sam na sam. - Zostawili. Czekają dzień, drugi, trzeci - nic. Na czwarty dzień egiptolodzy oświadczają:

- Ramzes Dwudziesty Piąty.

Wszyscy zdumieni:

- W jaki sposób się dowiedzieliście?

- Sam się przyznał, swołocz.

Podczas defilady na placu Czerwonym minister obrony dokonuje przeglądu wojska.

- Czołem towarzysze czołgiści! - wita kolejny oddział.

- Czo... rzyszu... szałku! - zgodnie odkrzykują czołgiści. 

Jedzie dalej: - Czołem, towarzysze artylerzyści!

- Czo... rzyszu... szałku!

Wreszcie podjeżdża do formacji sił bezpieczeństwa:

- Czołem, towarzysze czekiści!

- Witamy, witamy, obywatelu! - odpowiadają z niedobrym uśmieszkiem.

A problem walki o pokój i sowiecki pacyfizm? Na całym świecie tyle sporów, tyle prac powstało, rozważających, czy Związek Sowiecki naprawdę pragnie pokoju, czy tylko udaje. Dla nas nie stanowi to problemu.

Przychodzi Żyd do rabina i pyta:

- Rebe, jesteś mądrym człowiekiem, powiedz: będzie wojna, czy nie będzie?

- Wojny nie będzie - odpowiada rabin - ale będzie taka walka o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie. 

A co ludzie mówią o "gnijącym kapitalizmie"?

- Gnić to gnije, ale jaki zapach! - i z upojeniem pociągają nosem.

A gdy czytają w gazetach sowieckich o nieustającym kryzysie na Zachodzie i o tym, jak komunistyczne i robotnicze partie nie szczędzą sił, by doprowadzić biednych ludzi pracy ku jutrzence socjalizmu?

W żydowskim miasteczku mały Moniuś cały dzień haruje w gospodarstwie. Rodzina duża, rodzice w robocie, bracia, siostrzyczki płaczą, pieniędzy brakuje, i Moniuś tak jest zmęczony, że w klasie prawie śpi na ławce. Lekcja biologii. Nauczyciel pyta:

- A powiedz mi, Moniuś, ile nóg ma karaluch?

- Chciałbym mieć pańskie problemy, panie profesorze... 

Są ich setki tysięcy, tych dowcipów, a każdy - poemat.

Następnie wystawiłbym pomnik maszynie do pisania. Zrodziła całkiem nową formę wydawnictwa - samizdat: sam pisze, sam redaguję, sam cenzuruję, sam wydaję, sam kolportuję i sam za to odsiaduję. Samizdat zaczynał się od publikowania twórczości zakazanych, zapomnianych i prześladowanych poetów - wszystko to, co ze względów cenzuralnych nie mogło zostać wydrukowane oficjalnie, trafiało do samizdatu. Dziś ma wśród swych autorów dwóch laureatów Nagrody Nobla.

I skoro już mówimy o pomnikach, to należałoby również wystawić monument człowiekowi z gitarą. Gdzie, w jakim innym kraju kiepskie amatorskie nagrania magnetofonowe piosenek z akompaniamentem gitary będą tajnie, bo pod groźbą aresztowania, kolportowane w milionach egzemplarzy?

Pamiętam, pod koniec lat pięćdziesiątych usłyszałem gitarę i głos, cicho śpiewający o moskiewskich podwórkach, o mym ukochanym Arbacie, nawet o wojnie - ale tak, jak nikt nigdy dotąd nie śpiewał. Nie było w tych pieśniach ani jednej fałszywej nuty oficjalnego patriotyzmu, i raptem ze zdziwieniem rozejrzeliśmy się dokoła, i poczuliśmy tęsknotę za ojczyzną, której nie ma. Nie było w tych piosenkach niczego politycznego, ale zawierały tyle szczerości, tyle naszej tęsknoty i bólu, że władze nie mogły tego tolerować. Absurdalne i złośliwe prześladowania Okudżawy były, sądzę, pierwszymi prześladowaniami poety, dokonywanymi na naszych oczach.

Nieco później pojawił się Galicz, którego piosenki do dziś potajemnie przepisują sobie więźniowie w łagrach. Pierwsze pytanie zadawane nowo przybyłym do łagrowej zony: "Jakie nowe piosenki Galicza przywiozłeś z wolności?".

Im dalej, tym więcej pojawiało się postaci z gitarami. Nie udostępniano im sal na koncerty, za każdą piosenkę można im było namotać wyrok, i dlatego mało który szczęściarz mógł pochwalić się, że ich widział. Ich poprzednikom w zamierzchłych czasach było łatwiej: nikt nie wsadzał do więzień minstreli, nie taszczył Homera do domu wariatów, nie oskarżał go o zaślepienie, stronniczość. Dla nas zaś Galicz nie mniej znaczył od Homera. Każda jego pieśń - to Odyseja, podróż po labiryntach duszy człowieka sowieckiego.

Jednakowoż w owych czasach kultura nasza była dopiero w powijakach. Nikt nie zamierzał przyznawać jej Nagród Nobla - nic prócz więzienia mnie nie czekało. Ja zaś, przypadkowo po omacku się na nią natknąwszy, upatrywałem w niej jedyną możliwość życia, jedyną alternatywę.

Latem 1958 roku odsłonięte pomnik Majakowskiego. Na oficjalnej ceremonii oficjalni poeci sowieccy recytowali swoje wiersze, a po zakończeniu uroczystości zaczęli deklamować chętni spośród publiczności. Taki nieoczekiwany, niezaplanowany zwrot wydarzeń wszystkim przypadł do gustu i umówiono się na dalsze regularne spotkania w tym samym miejscu. Początkowo władze nie dostrzegały w tym żadnego szczególnego niebezpieczeństwa, w jednej z gazet moskiewskich pojawił się wręcz artykuł o tych spotkaniach z podaniem terminu i zapraszający do udziału wszystkich miłośników poezji. Zaczęto zbierać się niemal każdego wieczoru; przychodzili przede wszystkim studenci. Czytali wiersze poetów zapomnianych i prześladowanych, swoje własne, czasem wywiązywały się dyskusje o sztuce, o literaturze. Tworzyło się coś na kształt klubu pod gołym niebem, taki Hyde Park. Tak groźnej inicjatywy władze nie mogły już tolerować i w niedługim czasie zebrań zakazano.

Nie bywałem wówczas na placu Majakowskiego i wszystko to znałem jedynie ze słyszenia. Teraz zaś, po historii z pismem i dalszych reperkusjach, zacząłem tego żałować. Wśród osób tam się spotykających mógłbym znaleźć ludzi o poglądach zbliżonych do moich - wspólnie łatwiej by nam było bronić swego prawa do niezależności. Poniżające uczucie zniewolenia, którego doświadczyłem, zniewaga, gdy ktoś usiłował dysponować moim losem, paliły mnie i domagały się aktywnego przeciwdziałania. I we wrześniu 1960 roku, będąc już studentem uniwersytetu, dogadałem się ze swoim przyjacielem, mieszkającym koło placu, i z jeszcze jednym, studentem szkoły teatralnej, by wznowić recytacje pod pomnikiem.

Rachuby były proste: ci wszyscy, którzy spotykali się tu poprzednio i których nie nastraszy rozpędzenie, po dwóch-trzech naszych recytacjach z pewnością przyjdą znowu. Tak się też stało.

Wkrótce te spotkania poetyckie zaczęły odbywać się regularnie, gromadząc ogromną liczbę słuchaczy. Prędko poznaliśmy się z "weteranami" i z radością stwierdziliśmy, że życie wre u nich również poza placem. Oprócz samizdackiego kolportażu wierszy poetów, których od wielu lat nie wolno było drukować, zbierali i rozpowszechniali własne utwory. Dopiero co za wydanie trzech numerów pisma poetyckiego Sintaksis został aresztowany ich przyjaciel Aleksander Ginzburg, a oni szykowali do publikacji nowe zbiory: Feniks, Bumerang, Koktajl i inne, o równie dziwacznych tytułach. Starali się ponadto chodzić na oficjalne sowieckie wykłady i dysputy i tam zabierać głos, zadawać pytania, powodować autentyczne, istotne dyskusje. Jeszcze w dawniejszych czasach zapoznali się oni z różnymi naukowcami, pisarzami, malarzami. Krąg moich znajomych gwałtownie się rozrastał. Same recytacje na placu Majakowskicgo, na Majaku *[Majak - latarnia morska] - jak go nazywaliśmy - rzeczywiście jak latarnia morska przyciągały i wabiły wszystko najlepsze i najbardziej autentyczne, co istniało wówczas w kraju. Było to właśnie to, czego od dawna pragnąłem.

Blisko sto lat temu nasi rówieśnicy czytali z zapartym tchem broszury socjalistyczne, na schadzkach omawiali socjalistyczne utopie i jeśli ktoś nie znał wówczas Fouriera albo Proudhona, uważany był za ignoranta. U nas hasłem była znajomość wierszy Gumilowa, Pasternaka, Mandelsztama i jeżeli szpicle carskiej Rosji studiowali traktaty socjalistyczne, by móc wśliznąć się do środowisk młodzieżowych, to agenci KGB mimo woli stawali się znawcami poezji.

Były to czasy, kiedy swoboda twórczości, problemy sztuki i literatury znalazły się w centrum życia społecznego i największymi rewolucjonistami stali się malarze nonkonformiści, poeci formaliści itp. Stało się to nie z naszej inicjatywy, lecz z winy władz, które nie chciały uznać prawa ludzi do nieskrępowanej twórczości i wszystkim usiłowały narzucić swój socrealizm. Paradoksalne zjawisko: w owych czasach na Zachodzie wszyscy niemal awangardziści byli komunistami - u nas zaś byli wyjęci spod prawa.

(...)

Wreszcie z braku lepszych pomysłów zorganizowałem w prywatnym mieszkaniu wystawę obrazów dwóch znajomych malarzy nonkonformistów. Wystawa odniosła sukces, przychodziło dużo ludzi. Na jakiś czas powiało dawnymi czasami i wyszła z tego swego rodzaju demonstracja przeciw partyjnemu zarządzaniu w sztuce. Ale KGB nie zasypiało gruszek w popiele: trzech przyszło na wystawę, długo w milczeniu oglądali obrazy i również w milczeniu opuścili lokal. Następnie wezwali gospodarza mieszkania, zagrozili wyrzuceniem z pracy, zabraniem mieszkania i niemal wsadzeniem do więzienia. Wystawa przetrwała ponad dziesięć dni. Wtedy zacząłem już oczekiwać aresztowania z godziny na godzinę. KGB deptało mi po piętach, bezczelnie, nie kryjąc się niemal.

Ogarnęła mnie raptem wściekłość: dlaczego właściwie mam pokornie na nich czekać, pozwolić im przełknąć siebie powoli, spokojnie, z apetytem, jak jakiegoś królika? Nie za dużo szczęścia naraz? l gubiąc niespodziewanie kapusiów, gdy najmniej się tego spodziewali, zwiałem z Moskwy. Zostali, czatując na mnie pod jakąś przejściową bramą, a ja w tym czasie toczyłem się pociągiem. Stukały koła, przelatywały za oknem wątłe zagajniki i ubogie wioski i rankiem, budząc się na jakiejś mijance, rozkoszowałem się, słuchając, jak nawołują się w ciszy lokomotywy, sczepiają składy.

Oto tupiąc ociężale metalowymi piętami po torach, przejechał nasz parowóz i gwizdnął gdzieś z przodu, jak gdyby ziewał. Wagon szarpnął, ruszył, zaskrzypiał i znowu potoczyliśmy się przed siebie, do przodu, na Sybir... Duszna Moskwa, gdzie każde okno podejrzliwie patrzy ci w plecy, pozostała za nami, w przeszłości. I niech mnie teraz szukają czekiści na jednej szóstej ziemskiego globu.

W Nowosybirsku, korzystając z pomocy znajomych, bez trudu zaciągnąłem się do ekspedycji geologicznej i po tygodniu trzęśliśmy się po bezdrożach tajgi na wschód. Tomsk, Krasnojarsk, Irkuck, Bajkał, Czyta... Dziesięć tysięcy kilometrów na kołach. Wieczorami przy ognisku - herbatka z zakopconego czajnika, piosenki, opowieści. Nowe wrażenia, nowe twarze, i żadnej władzy nad sobą. Nie ma w tajdze obywatela naczelnika prócz koślawego miśka. Czasem jedynie, mijając osady, ponownie dostrzegasz nędzę i beznadziejność życia sowieckiego. A dalej znowu tajga, nieprzejezdne drogi i komary jak tumany kurzu, nie można odetchnąć.

Raptem od Irkucka do Bajkału niemal sto kilometrów znakomitej asfaltowej szosy i wszystkie wioski wokoło zadbane, czyściutkie, wymalowane jak wydmuszki wielkanocne. Przy końcu szosy, na brzegu jeziora - dwie nowoczesne wytworne wille, alejki, pole golfowe. Co za cuda? Po co? Wytłumaczenie było bardzo proste: miał, okazuje się, przyjechać tu w sześćdziesiątym roku Eisenhower razem z Nikitą. Ale sprawa upadła i stoją dziś te wille jak pomnik przyjaźni sowiecko-amerykańskiej - odprysk Ameryki w środku sowieckiej, nieprzebytej tajgi.

Gdzieś już w Zabajkalskim Kraju inny dziw: marmurowa droga. I równie proste wytłumaczenie: w pobliżu, okazuje się, są pokłady marmuru, a wywozić nie ma czym. Szkoda marnować dary przyrody - choć drogę wybrukować marmurowym tłuczniem, żeby samochody nie buksowały. W innym miejscu kruszywo na drodze ponownie przyciągnęło uwagę moich geologów. Wyszli, postukali młotkami - dziwią się: ruda cynku. Dalej, po dwóch kilometrach, zaczyna się ruda ołowiu. Okazało się, że w pobliżu znajdują się dwa kombinaty: jeden wydobywa ołów, drugi - cynk. Jednak podlegają one różnym zarządom, znajdują się w różnych sektorach, i dlatego jeden wyrzuca do odpadów niepotrzebną mu rudę cynku, drugi zaś - ołowiu.

A dalej znowu tajga i bagna, nawet traktory nie mogą przejechać, grzęzną. Rzadkie wioski tak nieprzytulne, że aż odchodzi ochota, by się w nich zatrzymać. Chaty z belek, kryte deskami. I wszystko to pod deszczem i wiatrem przybiera jakiś szary, żałosny odcień. Sybiracy - ludek ponury, potomkowie katorżników. Patrzą spode łba, nieufnie, odpowiadają powściągliwie, niechętnie.

Zanocowaliśmy raz w wiosce u chłopa. W izbie cztery kąty i piec, sześcioro dzieci gnieździ się na ławach. Jedna para butów na wszystkich, żeby wyjść zimą na dwór.

- Jakże ty żyjesz? - pytamy.

- Ot, tak właśnie żyję.

Spojrzeliśmy po sobie, zostawiliśmy mu połowę naszych konserw - jakoś damy sobie radę, polując i łowiąc ryby.

Opowiadano, że dwa lata temu topografowie wykryli z helikopterów wieś, nikomu dotąd nieznaną. Żyli tam schizmatycy-starowiercy, jeszcze od początku wieku, i od tego czasu z nikim się nie zetknęli. Szczęśliwi ludzie - nie wiedzieli ani o rewolucji, ani o wojnie światowej, ani o kołchozach. Bogata, ludna wieś, jakich się już nie spotyka. Toż to nowości im naopowiadali! No i oczywiście z miejsca zapędzili ich do kołchozu i skończyło się ich dostatnie, swobodne życie.

Im dalej jechałem na wschód, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że nie sztuka ukryć się przed KGB. Ale spróbuj ukryć się przed życiem sowieckim. Wszędzie było to samo życie, tylko bardziej szare niż w Moskwie.

Zapadał już zmrok, kiedy dotarliśmy do granicy chińskiej. Dziwne to uczucie - granica. Tu, po tej stronie, stepy, pagórki - nasze; tam, za Arguniem - już chińskie. Granica biegła wzdłuż Argunia, dlatego nie było widać żadnych znaków granicznych ani słupów, ani drutu kolczastego: była praktycznie niestrzeżona. Co jakieś pięć, sześć kilometrów znajdowały się niewielkie posterunki z wiecznie pijanymi oficerami i żołnierzami. Po stronie chińskiej nawet tego nie było. W strażnicy uprzedzono nas, byśmy nie rozpalali dużych ognisk, nie wypływali na tamten brzeg i nie strzelali w tamtym kierunku. W sercu tkwił jakiś niepokój - nigdy jeszcze nie zawędrowałem tak daleko od domu. Wszystko tutaj sprawiało już wrażenie jakby nie swoje: obce, nieznajome gwiazdy, zbyt wielkie kwiaty w stepie i zarysy gór po chińskiej stronie zupełnie nie rodzime. Nie ma granicy, a zarazem jest. Wystarczy przepłynąć Arguń, wszystkiego jakieś 70 - 80 metrów - i inny świat, inne porządki. Nikt już nie będzie mnie tropić, łapać, taszczyć do więzienia. Czy to zresztą prawda? Czy tak bardzo się od nas różnią?

Jakże często śmiejemy się z cudzoziemców, że nie rozumieją naszego kraju, że przyjmują za dobrą monetę cały nasz blichtr z hasłami i zebraniami. Śmiech bierze, gdy czytamy ich rozmyślania o naszym fanatyzmie, o szczerym pragnieniu zbudowania socjalizmu. A czy sami jesteśmy lepsi w naszych rozważaniach o Chinach? Czyż może to serio kogoś porwać: komuny, wielkie skoki, masowe wyprawy na wróble i muchy? No, może przez rok, trzy, od biedy pięć - ale całe życie? Może to nawet zajmujące, poganiać wróble roczek-dwa, pobiegać za muchami, rozklejać datzybao, jeśli można potem wrócić do normalnego, rozumnego życia, do normalnych ludzi. Ale przecież nie puszczą. Tu tkwi właśnie sedno sprawy z socjalizmem: zacząć można, a skończyć nie dadzą. Nie jesteś już panem siebie i oni wiedzą lepiej, co dla ciebie dobre, a co nie. I wkuwaj później przez całe życie cytaty Mao...

Późno już, wszyscy ułożyli się do snu. Ognisko moje jednak się rozpaliło, czerwone blaski skaczą po chińskim brzegu. Już w Chinach. Ale nie ma ich kto zatrzymać: straż graniczna śpi. Pewnie pijana. Jestem sam na ostatnim krańcu państwa, tylko muszki i ćmy zaciekawione wlatują z ciemności w płomienie i natychmiast spadają, pękając z lekkim trzaskiem, jakby deszcz padał. Obojętna woda cicho pluszcze o ten i o tamten brzeg.

I wydawało się jednak, że jej nie ma, tej granicy.

Z samego rana, skoro świt, w trakcie śniadania przecwałował po drugim brzegu Chińczyk, pędząc nieduży tabun koni. Gdy zrównał się z nami, zdjął czapkę i powiedział po rosyjsku:

- Witajcie!

- Dzień dobry - odpowiedzieliśmy przez rzekę.

- No-o-o, takie i owakie! - ryknął na konie i popędził dalej.

Jesienią z ciężkim sercem wróciłem do Moskwy: wiedziałem, że mnie aresztują. Ale co mogłem zrobić? Nie będę się wszak ukrywał przez całe życie. I tak już bez mała pół roku włóczyłem się po Sybirze. Nie ma dokąd uciekać, w całym tym wielkim państwie nie ma dla mnie miejsca. I była też myśl: a może to ich urządza? Może w ogóle nie szukali mnie zbyt zawzięcie? Doprawdy, co im za różnica, gdzie jestem - w więzieniu czy na Syberii? W jednym i w drugim przypadku nie zawadzam im; żebym tylko nie wchodził w drogę.

Znów wieczorami łaziłem po Moskwie, po jej krzywych zaułkach, gwarząc sobie ze starymi kamienicami na Arbacie. Jesienią, gdy pożółkną drzewa i wiatr pędzi ulicami pomarszczone liście, a ze wszystkich podwórek i z bulwarów, gdzie się je pali, dobiega gorzkawy zapach; zimą, gdy szron obrysowuje każdy gzyms, każdy parkan; albo na wiosnę, gdy parapety obrastają soplami, a wszystkie odgłosy stają się dźwięczne, jak pod sklepieniem katedry - te kamienice były moimi jedynymi przyjaciółmi. Każda z nich miała swą niepowtarzalną osobowość, swoją historię, jakby chroniły znamię innego, utraconego życia, i wiedziałem dosłownie wszystko o ich dawnych właścicielach. Obłupany fronton czy kształt okna, snycerka na drzwiach, sztukaterskie ornamenty, wydeptane ganki i parkany w sadach opowiadały mi rodowe tajemnice dawno wymarłych familii, historie, które jedynie w beztroskim spokoju minionego stulecia mogły uchodzić za tragedie.

Wysłuchiwałem ich pobłażliwie, uśmiechając się na myśl o naiwności ich dramatów. Szczęściarze...

 

Jakkolwiek długo byś wyczekiwał aresztowania, zawsze przychodzi nieoczekiwanie i zawsze nie w porę. Zwinęli mnie dopiero siedem miesięcy po powrocie do Moskwy, w chwili, kiedy już nawet przestałem czekać. Poprzez jednego z moich znajomych poznałem żonę amerykańskiego korespondenta, byłem u niej z wizytą i nagle dostrzegłem na półce książkę Dżilasa Nowa klasa. Dawno już o niej słyszałem, ale nie miałem okazji jej przeczytać. Widząc mój pożądliwy wzrok, żona korespondenta zaczęła pokazywać na migi, abym nie mówił niczego na głos - że niby wszystko jest na podsłuchu. Sama zaś zdjęła książkę i podała mi. Rozmawiając na głos o rzeczach zupełnie neutralnych, dała mi do zrozumienia, że książkę mam zwrócić pojutrze. Posiedziałem jeszcze pół godziny i poszedłem.

Głupio było czytać ją pośpiesznie, przeskakując po parę stron, żeby oddać w terminie. Postanowiłem szybko skopiować, a potem w wolnej chwili czytać w spokoju. Tak też zrobiłem: książkę przefotografowałem, w milczeniu zwróciłem gospodyni i zabrałem się do wywoływania klisz. Całą noc robiłem w ciemnościach odbitki i dopiero nad ranem położyłem się spać. Pod wieczór zwaliło się KGB. Wciąż ten sarn kapitan Nikiforów i jeszcze czterech. Wszystko leżało rozłożone na wierzchu: nie skończyłem pracy, zostało mi do zrobienia parę stron. Niczego innego nie szukali - najwyraźniej wiedzieli, po co przyszli. Jak zwykle w takich wypadkach zaczęli zapewniać moją matkę, że zaraz mnie zwolnią, tylko odwiozą na rozmowę z naczelnikiem. Ja sam już dawno zżyłem się z myślą o aresztowaniu i najbardziej niepokoiło mnie, jak matka to przyjmie. Dlatego ja również starałem się przekonać ją na wszystkie sposoby, że niebawem wrócę, i tak śpieszyłem się z wyjściem, robiłem tak niewymuszoną minę, że, zdaje się, jeszcze bardziej ją nastraszyłem.

Pamiętam jak dziś, cela nr 102 - malutka, pod samym dachem, nad oknem sufit zniżał się na wysokość mojego wzrostu. Wewnątrz tylko prycza, występ do siedzenia i kibel. Drzwi tak wąskie, że nawet klapy nie ma - przy wydawaniu posiłków otwierano je na oścież. Spacer na dachu, na siódmym piętrze. Wożono tam windą. Spacerniaki na wzór głębokich studni: ścianki obite blachą, a z góry zwoje drutu kolczastego. Okienko w celi znajdowało się na wysokości piersi i górna jego część dawała się nieco uchylić. Nie sposób było cokolwiek przezeń dojrzeć. Słychać było jedynie, jak zmienia się na dole, na dziedzińcu, warta: "Obiekty obserwacji - okna aresztu śledczego i wejście numer dwa. Posterunek przekazałem. Posterunek przyjąłem".

Pierwszą noc, o dziwo, mocno spałem. Trochę niewygodnie bez prześcieradła, pod samym kocem - szorstko. Nie byłem przyzwyczajony. Niełatwo też spać przy świetle, więc - jak zapewne wszyscy nowicjusze w swą pierwszą więzienną noc - zastukałem w drzwi i naiwnie poprosiłem o zgaszenie.

- Nie wolno - odpowiedziano zza drzwi.

Na czwarty-piąty dzień zaprowadzili mnie do generała Świetlicznego, ówczesnego naczelnika moskiewskiej bezpieki. Wspaniała willa, były dom hrabiego Rostopczyna, komendanta Moskwy z czasów wojny z Napoleonem, połączona była z budynkiem KGB specjalnym przejściem podziemnym. Wysokie stropy, parkiety, wszędzie dywany, wysokie, rzeźbione drzwi, między gabinetami kręcą się jacyś ludzie. Po czterech dniach spędzonych w celi olśnił mnie ten przepych. Ciągle miałem wrażenie, że zza zakrętu wyjdą za moment, dostojnie gwarząc, damy w krynolinach i panowie w przypudrowanych perukach.

Generał, niski mężczyzna z ogromną głową, jak zły karzeł z baśni, siedział przy wysokim biurku. Jeszcze dwaj - naczelnik wydziału śledczego pułkownik Iwanów i mój śledczy, kapitan Michajłow - usadowili się z boku, cała trójka po cywilnemu. Przesłuchanie nie trwało długo, i ponieważ ponuro odmawiałem odpowiedzi na pytania, generał przystąpił do rzeczy. Uniósł nad stołem sankcję na areszt i oznajmił surowo:

- Nie powiesz, od kogo masz książkę i kto ci pomagał - podpiszę i będziesz siedział. Powiesz - zaraz jedziesz do domu.

Ciekawe, ilu ludzi, wychodząc z tego pozłacanego gabinetu, zostało dyplomatami, pisarzami, akademikami, występują na międzynarodowych kongresach, uczą swoje dzieci moralności i mówią o poczuciu obowiązku. Solidne, poważane osoby. Damy w krynolinach i panowie w przypudrowanych perukach.

Tylko ten zły karzeł zna sekret ich powodzenia. Wystarczy złożyć swój podpis, no choćby krzyżyk albo odcisk palca, zgodnie z najlepszymi tradycjami średniowiecza. Nic strasznego. I chowa on cyrograf do pancernej szafy.

Dopiero dużo później dowiedziałem się, że świetnie wiedzieli, od kogo wziąłem książkę. Nie interesowały ich wcale moje zeznania, planowali zrobić ze mnie kapusia i po to mnie aresztowali. Wszystkiemu winna była pierwsza rozmowa w KGB wiosną 1961 roku, kiedy - jak mnie uczono - zachowywałem się wymijająco, udawałem sowieckiego patriotę i naiwnie wierzyłem, że wszystkich przechytrzyłem. Wówczas to najprawdopodobniej poczynili w moich aktach odpowiednią adnotację, dlatego też nie wsadzili mnie z chłopcami na jesieni, a i teraz nie planowali zatrzymać.

Dosyć jednak było, zdaje się, jednego spojrzenia na mnie, by zrozumieli swój błąd. Emanowała ze mnie taka nienawiść, tak wyraźnie pragnąłem ich rozszarpać, że pytania stawiali bardziej dla formalności. Nie pamiętam dokładnie, co wówczas odparłem generałowi - coś bardzo obraźliwego odnośnie ich działalności za Stalina. Z braku innych, skuteczniejszych środków rażenia wypowiadałem się w tak wybornym języku rosyjskim, że pokiwał on tylko głową i podpisał sankcję. Pamiętam, że po powrocie do celi bardzo byłem z siebie niezadowolony. Taka wyjątkowa okazja - żywy generał KGB. Tyle mu mogłem nagadać, że zapamiętałby na całe życie. Trzy następne dni przeżywałem tę scenę od początku i do tego stopnia wszedłem w rolę, że gdy śledczy wezwał mnie na przesłuchanie, zaprezentowałem mu wariant optymalny. A jednak po powrocie do celi znów miałem sobie masę do zarzucenia.

Gdzieś po miesiącu przewieziono mnie do Lefortowa.

Oprócz starej sprawy o Majakówkę oskarżali mnie o "przechowywanie i przygotowywanie w celu rozpowszechniania literatury antysowieckiej" - dwóch niekompletnych fotokopii książki Dżilasa. Chęć rozpowszechniania wynikała z faktu, że usiłowałem zrobić dwie kopie, a niejedną.

Zdecydowanie odmówiłem jakichkolwiek rozmów i przez cały czas podpisałem tylko jeden protokół - o moim stosunku do władzy komunistycznej i do KGB. Tam też napisałem, że nie godzę się, by decydowali, jakie książki mam czytać, a jakich nie. A już po tym, nie zważając na namowy śledczych, wrzaski i walenie pięścią w stół - nie podpisywałem niczego. Pokazywali mi jakieś fikcyjne protokoły, niby czyjeś obciążające mnie zeznania, obiecywali zgnoić, wysłać tam, gdzie słońce nie wschodzi - ja milczałem. Nie bili co prawda, ale myślę, że i to by nie pomogło. Za bardzo byłem na nich rozwścieczony.

"Nic to - myślałem. - Dajcie mi tylko dotrwać do rozprawy. Tam wam wszystko wyłożę. Pożałujecie, żeście się w to wpakowali".

Przestali mnie prawie wzywać na przesłuchania, nie było sensu.

- Rozumiesz - smutno mówił pod koniec śledczy - przecież to nieprzyjemnie, że sprawa się nie klei, tak jak, powiedzmy, malarzowi nieprzyjemnie jest, jeżeli obraz mu nie wychodzi.

 

Mam wrażenie, że cale życie spędziłem w Lefortowie. Zasypiałem - i tylko przywidziało mi się, że byłem na wolności, w domu. Budziłem się - znów lefortowskie mury. Wszystkie poczynania i nadzieje, wszystkie odwilże i przymrozki zaczynały się i kończyły w lefortowskiej celi. Co jakieś trzy lata jak kiwnięciem wahadła ciskało mnie tutaj: w sześćdziesiątym trzecim, sześćdziesiątym siódmym, siedemdziesiątym pierwszym, siedemdziesiątym trzecim i teraz, w siedemdziesiątym szóstym. Cala historia starcia niedźwiedzia z kłodą.

Tutaj przywozili mnie z wolności, świeżo wyłowionego, jeszcze ciepłego, pełnego wrażeń. Tutaj za każdym razem dokonywałem podsumowania, męczyłem się po nocach, że znów niczego nie zdążyłem zrobić, wspominałem dzieciństwo, odsypiałem po gorączkowym życiu na wolności. Tutaj widziałem ostatni szczebel ludzkiej podłości i najbardziej rozpaczliwą uczciwość. Tutaj po raz pierwszy zbudowałem swój zamek, postawiłem jego podwaliny. Tutaj przywieźli mnie w siedemdziesiątym trzecim roku z Władimira, wychudzonego i ogłupiałego, licząc, Że zmuszą mnie do wyrażenia skruchy, do wyparcia się siebie.

Naczelnik wiezienia pułkownik Petrenko odwiedzał mnie wieczorami, podpity, jak stary przyjaciel.

- No powiedzcie - dopytywał się - widzieliście już wszystkie wiezienia i łagry, możecie porównać. Powiedzcie: jak ja karmię, co?

I usłyszawszy pochwałę lefortowskiej kuchni, rozpływał się w uśmiechu.

- Wiecie - mówił - mam ochotę wziąć was za rękę i poprowadzić przez wszystkie cele, żebyście to wszystkim powtórzyli. Siedzą tu teraz prokuratorzy, za łapówki. Wczoraj na wolności szaszłyk po karsku jedli - i to się krzywili, to teraz kaszy owsianej nie chcą, skarżą się! Nie, to już nie to samo lefortowskie więzienie, nie te czasy. O, ten na przykład - wskazywał palcem ponurego oddziałowego stojącego obok na baczność - ten jeszcze pamięta, co się tu dawniej działo. A teraz - nie te czasy!

Rzeczywiście, za Stalina Lefortowo było więzieniem-katownią. "Co, do Lefortowa ci się śpieszy?" - złowieszczo mówił śledczy opornemu aresztantowi, któremu zamierało serce - cokolwiek, byle nie Lefortowo! To tutaj w piwnicach zamordowali Jeżowa *[Jeżow Nikołaj - szef NKWD (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych) w latach 1936-38. Główny dyrygent stalinowskiej wielkiej czystki.] - i na jakiś czas zaniechano tortur. Ale tylko na jakiś czas.

Tutaj zawsze domagali się od ludzi tylko jednego - by się kajali. Stąd pewnie same mury lefortowskiego więzienia przesiąknięte są skruchą. Wzdychają, wiercą się aresztanci, nie mogą zasnąć: cokolwiek haniebnego przydarzyło im się w życiu, wyciąga z nich więzienie.

(...)

Sam wygląd lefortowskiego więzienia, w kształcie litery K, siatki zamiast stropów między piętrami, tak żeby oddziałowy przy swoim biurku w centrum mógł stałe widzieć wszystkich strażników i wszystkie korytarze, tajemnicze cykanie językiem przyjęte wśród nadzorców jako umowny sygnał, gdy prowadzą więźnia - wszystko to poraziło mnie wtedy, za pierwszym razem.

Rygor panował wówczas zupełne inny niż obecnie. Przebywającym w śledztwie nie przysługiwało prawo do ołówka ani papieru, gazet nie dawali. Nawet kalendarza w celi nie było i żeby się nie pogubić, rachubę dni trzeba było prowadzić w bardzo szczególny sposób. Na ścianie w celi wisiała tabliczka: "ARESZT ŚLEDCZY KGB. Regulamin wewnętrzny". Słowo ŚLEDCZY było wydrukowane na górze dużą czcionką, akurat pod sznureczkiem, na którym to zawieszono. I to właśnie słowo służyło jako kalendarz. Ma dokładnie siedem liter i jeśli umocuje się na tym sznureczku skrawek papieru, a następnie każdego dnia będzie się go przesuwać tak, by zasłaniał jedną literę, to można odliczać dni tygodnia: S - poniedziałek, L - wtorek, E - środa... Najgorzej, że nie pozwalali spać w ciągu dnia. Obudzą o szóstej rano - i siedź sobie cały dzień na taborecie. Ledwo zaczynasz drzemać - puka w drzwi strażnik: "Nie spać, nie wolno!".

Teraz już tego wszystkiego nie ma. Zwolna rozluźniał się reżym. Od sześćdziesiątego piątego roku zaczęli dawać Prawdę, w sześćdziesiątym siódmym można już było w ciągu dnia położyć się na pryczy i kalendarze były w każdej celi. Ołówki i zeszyty zaczęli sprzedawać zekom na wypiskę. A od siedemdziesiątego roku zupełny luz: co miesiąc paczka z domu, do pięciu kilogramów. Teraz siedzenie w areszcie śledczym to sama przyjemność, nawet pozwalają się dwa razy w tygodniu ogolić.

Kiedyś pracował tu jako golibroda starszy sierżant imieniem Jaszka - nikt go inaczej nie nazywał, choć był po pięćdziesiątce. Chudy, stale na bani albo skacowany, zawsze z zapasem dowcipów. Jaszka wpadał do celi ze swą nieodłączną walizeczką, wesoło żartując, szybko rozstawiał przyrządy i równie błyskawicznie brał się do golenia. Łatwo powiedzieć - ogolić w ciągu dnia więzienie, robota pali się w rękach. Rozmowy z nim obracały się zazwyczaj wokół dwóch tematów: popijawy (w tej branży był ekspertem i przynosił ostatnie wiadomości z. owego frontu) i Stalina. Kiedyś, w młodości, Jaszka był w jego obstawie i miał nawet od niego imienny dyplom z podziękowaniem, dlatego mówił o Stalinie z uwielbieniem i nie nazywał inaczej, jak tylko Ojczulek. W późniejszych latach, gdy zezwolono wydawać zekom przybory do golenia, Jaszka nie golił już nas, tylko roznosił przybory, po czym je zabierał. I chociaż krócej zatrzymywał się teraz w celi, to i tak nigdy nie omieszkał zamienić paru słów.

Mimo swej towarzyskiej natury był jednak bardzo ostrożny i nigdy nie mówił za dużo. A jeśli w celi był kapuś, to w ogóle zachowywał się oschle. Z zachowania Jaszki niemal bezbłędnie można się było dowiedzieć, kim jest twój sąsiad. Ciekawe, pracuje tu jeszcze czy jest już na emeryturze? Trzeba zobaczyć, jak się zachowa przy moich sąsiadach.

 

Wówczas, w sześćdziesiątym trzecim, oczywiście również wsadzili mnie do celi z kapusiem, niejakim Aleksandrem Sinisem. Był to nader nonszalancki młody człowiek, mniej więcej 25-letni, z ośmioletnim wyrokiem w kieszeni za sprawy walutowe. Wydrukowali o nim nawet felieton w gazecie i teraz pokazywał go nam wszystkim jako dowód. Podchodził mnie ze wszystkich stron, namawiał do zeznania: oni i tak wszystko wiedzą, mówił, a zeznasz - mniej ci wlepią. Co nieco słyszałem już o kapusiach od Wolpina i innych, dlatego wciskałem mu coś na lipę. Za każdym razem, gdy wracał z wezwania, gdzie najwidoczniej wymyślali mu za złą robotę, umiał wykombinować jakiś nowy trik, by skłonić mnie do szczerości. Wreszcie powiedział, że mają go wywieźć na Krasną Priesnię, do więzienia przesyłkowego, i tam dadzą widzenie z żoną. Długo ględził, jak to swobodnie jest na Priesni, jakie porządki i jak to łatwo przekazać żonie na widzeniu dowolną prośbę. Widząc, że mnie to nie zainteresowało, zaproponował wręcz, bym napisał kartkę chłopcom na wolności. Dałem mu jakiś nieistniejący adres i z tym się wytoczył.

Teraz wszystko to wydaje mi się prymitywne, dziecinne niemal, ale wówczas wahałem się. Może po prostu facet ma taki natrętny charakter - kocha bliźniego jak siebie samego? I jeśli nic nie mówiłem, to raczej z obawy przed podsłuchem. No i od dziecka przyuczony byłem, by pewnych rzeczy nigdy i nikomu nie mówić. W przeciwnym razie, kto wie, może podzieliłbym się swymi kłopotami z sympatycznym sąsiadem.

Myślę, że kapusie istnieją tak długo, jak długo istnieje więzienie. Setki razy opisywano ich w literaturze i teoretycznie wszyscy o nich wiedzą. Lecz co innego wiedzieć teoretycznie, a co innego uwierzyć, że ten oto chłopak, z którym dzielisz chleb, żartujesz i gadasz, udaje jedynie przyjaciela. I w ogóle nie jest to łatwe - miesiącami żyć ramię w ramię z człowiekiem i wiedzieć, że to wróg, ukrywać swoje nastroje, swoje myśli. Jest was przecież tylko dwóch i nie ma z kim więcej obcować. W każdym razie, więźniów śledczych w Lefortowie zawsze trzymają z kapusiami i bardzo często daje to efekty.

Wbrew rozpowszechnionej opinii kapusie wcale nie są etatowymi pracownikami KGB, lecz takimi samymi więźniami jak ty. Po otrzymaniu dużego wyroku, zazwyczaj za aferę walutową bądź gospodarczą, powinni jechać już do obozu. Ale raptem wzywa kum i zaczyna wykazywać zalety bycia kapusiem, obiecuje załatwić ułaskawienie w połowie odsiadki albo zwolnienie warunkowe, różne inne ulgi. Rzadko który odmawia, korzyści są zbyt oczywiste. Wówczas każą im podpisać formalne oświadczenie o współpracy, a dla własnych doniesień na piśmie i sprawozdań otrzymują pseudonim. Wymyślają dla takiego agenta jakąś legendę - wersję jego sprawy, którą ma opowiadać sąsiadowi i wsadzają go do celi z więźniem śledczym. Legenda jest tak pomyślana, żeby w jakichś szczegółach przypominała sprawę tego obwinionego, przynajmniej w ogólnych zarysach, by w ten sposób przygotować zbliżenie, wzbudzić ufność. Jednak zgodnie z instrukcją o rozpracowywaniu agenturalnym zabronione jest dawać kapusiowi legendę więźnia politycznego.

Zadanie kapusia niekoniecznie ogranicza się do wyciągania jakichś tajemnic. Powinien starać się nakłonić towarzysza niedoli do skruchy, przekonać go, by dobrowolnie ujawnił wszystko w śledztwie. Powinien ponadto obserwować jego nastroje, zwłaszcza gdy powraca z przesłuchania, zaobserwować, jaki chwyt śledczego zrobił na nim największe wrażenie, czego najbardziej się boi, jakie ma słabe miejsca itd. Zdawać by się mogło, bardzo to prymitywne, grubymi nićmi szyte, niemniej wcale skuteczne. Na człowieka niedoświadczonego działa bezbłędnie.

Poczynając od sześćdziesiątego pierwszego roku, KGB zaczęło prowadzić wiele spraw o defraudacje, łapówkarstwo na dużą skalę, kombinacje walutowe itp. W takich sprawach trafiają na śledztwo dyrektorzy zakładów, fabryk, sowchozów, urzędnicy państwowi, kierownicy spółdzielni, tzn. ludzie całkowicie nieprzygotowani, z kompletnie sowiecką psychiką. Wszyscy zazwyczaj mają gdzieś ukryte kosztowności: złoto albo obligacje. Najważniejsze zadanie KGB - znaleźć te skarby.

I oto kapuś zaczyna podszeptywać swej ofierze:

- Oddaj! Czegoś się uczepił tego złota? Rozstrzelają - do grobu nie zabierzesz. Myślisz, że  c i e b i e  potrzebują z wszystkimi twoimi sprawkami? Potrzebują złota, kamyków. Oddasz sam - zwolnią, albo mniej dostaniesz...

Do tego też czyni aluzje śledczy. No i jak tu nie uwierzyć? W rzeczywistości władza to grabieżcy, o to tylko im chodzi, żeby wycisnąć jak najwięcej. I zaczyna się wydawać, że można się dogadać z władzą sowiecką.

Pamiętam, w sześćdziesiątym siódmym roku przyprowadzili mi do celi faceta, starszego już, po sześćdziesiątce, dyrektora jakiejś fabryki tekstylnej. Całymi dniami siedział na pryczy nieruchomo, gapiąc się w jeden punkt, albo znowu zrywał się, tłukł pięściami po głowie, biegał po celi i wrzeszczał: "Idiota! Jaki ze mnie idiota! Co ja narobiłem!". Stopniowo wypytałem go, co się stało. Okazało się, że dziewięć miesięcy przesiedział w KGB i dziewięć miesięcy milczał. Praktycznie nic na niego nie mieli - ot tak, głupstwo, ze trzy lata. Śledztwo miało się ku końcowi, ale kapuś namówił go, by oddał swoje zakopane skarby - niby, że mniej dadzą. I stary wariat usłuchał: oddał złota i brylantów o wartości trzech i pół miliona rubli. Z miejsca wlepili mu, po pierwsze, dodatkowy paragraf za bezprawne przechowywanie dewiz, a po drugie, musiał się tłumaczyć, skąd je miał. W rezultacie nie tylko sam dostał 15 lat, ale jeszcze dziewięć osób wpakował.

Historia bardzo typowa. Słynny w owym czasie Rojfman, od którego zaczęły się "tekstylne" procesy, też milczał i nawet kapusie nie mogli go przekonać. Wówczas wezwali go Semiczastny, ówczesny naczelnik całego KGB, i Maliarow, zastępca generalnego prokuratora, i dali mu swoje partyjne słowo honoru, że nie rozstrzelają go, jeśli dobrowolnie odda kosztowności. Rojfman uwierzył im, oddał - i został rozstrzelany. Często taka transakcja przybiera formy anegdotyczne. Milionerom szkoda jest nazbieranych bogactw, ale żyć też chcą i zabierają się do oddawania skarbów partiami, za każdym razem zapewniając, że to już wszystko, koniec. A śledczy i kapusie, świetnie zdając sobie sprawę, że musi być jeszcze, cisną i cisną.

- Słuchaj - namawiają milionera - zbliża się święto październikowe, rocznica władzy. Oddaj do świąt jeszcze kapkę - zobaczysz, odejmą parę lat.

No i oddają na raty: na 7 Listopada, na l Maja, na Dzień Sowieckiej Konstytucji, albo i na 8 Marca. Dla śledczego - premia, dla kapusia - przedterminowe zwolnienie, dla niego - kula w łeb.

Milionerzy ci to w większości ludek nieprzyjemny, sprzedajny, łatwo wkopują wspólników, a siedzieć przychodziło mi głównie z nimi albo z kapusiami. (Nie wolno wsadzać razem śledczych więźniów politycznych, żeby nie szkolili się nawzajem). Ale i wśród nich bywają ludzie ciekawi. W sześćdziesiątym trzecim roku siedziałem jakiś czas z Josifem Lwowiczem Klempertem, dyrektorem farbiarni w Moskwie. Sprawę miał poważną - miliony. Był o nim nawet felieton w gazecie: Milioner z Arbatu. Wiedział, że go rozstrzelają, ale nie tracił pogody ducha.

- Swoje przeżyłem - mówił rześko - tak przeżyłem, jak żaden z nich nie będzie mógł nigdy! - I tylko jednego mu brakowało: koniaczku, zwłaszcza pod wieczór.

Wpadł w sposób wielce pouczający. Póki kradł, robił różne transakcje i machinacje i napełniał własne kieszenie, nikt go nie ruszał, wszystko uchodziło mu na sucho. Ale zachciało mu się wybudować dla swoich pracowników dom - dotąd mieszkali w barakach. Wstyd mu było: dlaczegóż to robotnicy tak źle u  m n i e  mieszkają? Oficjalnie zaś państwo nie daje pieniędzy na dom dla robotników. Spróbował tu i tam - bezskutecznie.

- A co ja biedny jestem, czy co? - zdecydował. - I tak pieniądze leżą w ziemi, nie ma co z nimi robić. - I wybudował dom całkowicie za własne pieniądze. Odwalił takie domisko, że ho ho, jak rządowe. - Macie, mieszkajcie, czcijcie Josifa Lwowicza!

Nie zdążyli się jednak wprowadzić robotnicy do domu - inspekcja, kontrole: skąd pieniądze, z jakiego funduszu? I tak go przyłapali. Dopiero później, w śledztwie wyszły na jaw inne machinacje.

Trzymał się twardo, wypierał do końca i żadnych pieniędzy nie oddał. Ale już po wyroku i po tym, jak odrzucono wniosek o ułaskawienie - pękł i on. Zaczął po trochu zwracać forsę, kupując sobie w ten sposób każdorazowo gdzieś po dwa miesiące życia. Wyczerpały się pieniądze - zaczął wspominać różne niewykryte epizody, składać obciążające innych zeznania i znowu za każdym razem kupował sobie miesiąc - dwa. W sumie kupił w ten sposób dwa lata życia, ale potem go jednak rozstrzelali. Nic dziwnego, że przy tak kupieckich stosunkach między złodziejami a KGB namowy kapusiów brzmią przekonująco.

Ja zaś po pewnym czasie tak się do nich przyzwyczaiłem, że zacząłem wykorzystywać ich do swych celów. Jeśli wniknąć w sedno sprawy, to kapuś bardziej zależny jest od ciebie, niż od KGB. Zazwyczaj już po dwóch, trzech dniach mogłem dokładnie stwierdzić, czy mój sąsiad jest "uchem", czy nie jest. Jeśli tak, dawałem mu ultimatum: albo pracuje dla mnie, albo go zdemaskuję - i żegnaj przedterminowe zwolnienie. Nie zdarzyło się, żeby któryś odmówił. Przeciwnie, zdarzali się tacy, którzy sami, z własnej woli, przyznawali się i proponowali, by z ich pomocą zrobić KGB w konia. Od nich właśnie dowiedziałem się o zasadach werbunku i pracy i zazwyczaj z miejsca żądałem podania pseudonimu i daty podpisania współpracy. To na wszelki wypadek, żeby potem nie próbowali się wykręcać.

W efekcie takiej operacji zamieniałem się faktycznie rolami ze śledczymi. Wiedziałem o nich wszystko, oni o mnie - nic. Przecież z rodzaju pytań zadawanych przez kapusia łatwo można wywnioskować, w jakim kierunku idzie dochodzenie i co śledczym jest wiadome. A dezinformując ich za jego pośrednictwem, można zaprowadzić śledztwo w ślepą uliczkę tak, że tylko walić głową w mur.

Jakich to kapusiów nie miałem w ciągu tych lat w celi: i bezczelnych, i nieśmiałych, i mądrych, i głupich. Zdarzali się tacy sprytni, że nie sposób się niemal domyślić. A w sześćdziesiątym siódmym siedział ze mną niejaki Prisowski - tak głupi chłopak, że nie był nawet w stanie opowiedzieć składnie swojej legendy, zaplątał się. Zmieszał się po tym i w ogóle umilkł, o nic nie pyta, nic o sobie nie mówi. Zaczęły mnie dręczyć wątpliwości: może to nie kapuś, może nieśmiały gość. Akurat w tym czasie zdjęli Semiczastnego i przewodniczącym KGB został Andropow. Przeczytaliśmy o tym w gazecie. Mówię mu:

- Ładna historia, ciekawe. Znałem nieźle jego córkę. 

Gdzieś po tygodniu śledczy mój spytał:

- Przecież pan, o ile mnie pamięć nie myli, znał Tanię Andropową? - nie wytrzymał. On jest tylko drobnym urzędniczyną, a tu - córka samego Gospodarza. A nuż coś wyjdzie: nowa miotła po nowemu zamiata. A ja w ogóle jej nie znałem, słyszałem tylko, że Andropow ma córkę.

Innego, w siedemdziesiątym pierwszym roku, aż mi się żal zrobiło. Zupełnie nie nadawał się człowiek do tej roli, zabrał się za nie swój fach. Facet nie był głupi, ale strasznie niedoświadczony. Siedział po raz pierwszy i całe to więzienne życie było dlań czymś nowym. Dał się złapać już w pierwszym dniu, na prymitywny haczyk.

Zgodnie z legendą, był w śledztwie i mówił, że siedzi już dwa miesiące. Ale widać po całym jego zachowaniu, że kompletnie nie zna tego więzienia. Zapytałem go tylko, czy brali mu już odciski palców. Mówi, że tak. Zazwyczaj robią to w pierwszym tygodniu po aresztowaniu.

- A gdzie - pytam - je teraz biorą? Nadal tam gdzie łaźnia, na tamtym oddziale?

- Aha - przytakuje.

Nigdy ich tam nie brali, i gdyby rzeczywiście był w śledztwie, w żaden sposób nie zapomniałby tego faktu. I z miejsca go rozgryzłem.

Przyznał się, że siedział dotąd na Butyrkach *[Butyrki - jedno z największych więzień w Moskwie (ok. 25 budynków).], dostał już siedem lat z gospodarczego artykułu, ale przestraszył się wyjazdu do łagru. Zbytnio zdrowie szwankuje - bał się, że nie przeżyje. Nie miał jednej nogi, stracił na wojnie. Nazywał się Iwan Iwanowicz Trofimow.

Gdy go przyparłem do muru - zaczerwienił się, zaczął usprawiedliwiać, zapewniał, że nie zamierzał niczego złego mówić na mój temat. Długo go później zawstydzałem.

- Jakże to się dzieje, Iwan Iwanycz? Walczyłeś na froncie, straciłeś nogę - straszniej tam chyba było, niż tu? Nie spodziewałem się, żeby frontowiec poszedł na takie świństwo - donosić na kolegów.

Ten niemal w płacz:

- Widzisz - mówi - nigdy bym nie pomyślał, że zdolny jestem do tego. Zdrowie przeklęte, nie przeżyję w obozie. A mam dzieci. Tylko ze względu na nie się zgodziłem. Starszy synek dostał się w tym roku na studia. Grozili, że go wyleją, jeśli się nie zgodzę.

Rzeczywiście, widać było, że jest mu wstyd. Robił wszystko, czego od niego wymagałem, bardzo sumiennie, jak uczeń. Pracował nie ze strachu, lecz za głosem sumienia, a gdy mieli nas rozdzielać do osobnych cel, zaczął błagać:

- Pomóż mi! Boję się odmówić, wywalą chłopaka z uczelni, a i mnie zgnębią. Sam lepiej wiesz, jak zrobić, żeby wysłali mnie do obozu - nie wytrzymam tutaj.

Zazwyczaj nigdy nie ujawniałem, że zdemaskowałem ich agentów; nie było mi na rękę, żeby uważali mnie za podejrzliwego. Lepiej niech myślą - prostoduszny, ufny. Nie mówiąc już o tym, że cała moja z nimi robota szłaby wtedy na marne. Ale żal mi się zrobiło staruszka: napisałem oświadczenie do Andropowa i skargę do prokuratora. Trofimowa z miejsca zabrali i po tygodniu stwierdziłem ponad wątpliwość: nie ma go już w Lefortowie. Da Bóg, przeżyje w obozie.

Wkrótce po nim spotkałem najsprytniejszego agenta więziennego w swoim życiu. Chłop pod czterdziestkę, potężny, energiczny, dawny oficer, komandos. Za jakąś rozróbę wywalili go z wojska i pracował jako wolnonajemny na Kołymie - wydobywał złoto. Za złoto też poszedł siedzieć. Jeździł podczas urlopów do Moskwy i sprzedawał je, nim wpadł. W śledztwie siedział na Butyrkach, dostał pięć lat. Groziło mu więcej, ale zdołał wykazać, że złoto nie pochodziło z kradzieży, nie z państwowej kopalni, a że sam niby znalazł samorodek. Mówił, że już siedział w obozie, gdy nagle przywieźli go etapami do Moskwy: wyszły niby na jaw nowe szczegóły i grozi mu teraz 15 lat albo nawet czapa. Facet oblatany i w żaden sposób nie mogłem go przyłapać, nie działały żadne z moich ulubionych chwytów. Tylko Jaszka-fryzjer dosłownie wody w usta przy nim nabrał.

Ja do niego jak zwykle:

- No jak, Jasza, łyknąłeś coś z rana?

A on wargi zacisnął, patrzy w bok: - Dla jednych Jasza, a dla innych Jaków Mitrycz - obywatel naczelnik...

Najgorszy znak...

Nazwisko tego chytrego kapusia było Gricaj. Rodem z Ukrainy, z miasta Halicz. I od samego początku tak się ustawił, że to on mnie podejrzewa. A skoro tak, to w myśl jego kalkulacji ja już nie powinienem być podejrzliwy. Mogłem tylko podziwiać jego grę i do końca nie udało mi się go złapać, choć byłem na sto procent pewny, że to kapuś. Przesiedziałem z nim aż do samego mojego transportu do Władimira. Gdy przyprowadzili go do celi, śledztwo w zasadzie zostało już zamknięte. Ale KGB miało nadzieję, że po rozprawie będę bardziej rozmowny i mniej ostrożny. Tak to często bywa z ludźmi: że niby nie ma już nic do stracenia, wszystko minęło. No i interesowało ich, co też ja szykuję na rozprawę. Nie dałem po sobie oczywiście poznać, że rozszyfrowałem ich plany, przeciwnie, robiłem z siebie człowieka otwartego, najlepszego przyjaciela, i w ten sposób sporo udało mi się za pośrednictwem tego kapusia zdziałać.

Bardzo go interesowało, skąd mam taką pewność, że wszystko, co zdarzy się w sądzie, będzie wiadome na Zachodzie. Przez kogo - przez krewnych?

- Coś ty - śmiałem się - jacy krewni? Oni są strasznie głupi i nie wprowadzeni w całą sprawę. Przesiedzą całą rozprawę i daj Boże, żeby zrozumieli, ile lat dostanę. Baby - czego od nich wymagać? A zwróć uwagę: KGB przechytrzyło i wezwało na rozprawę dwóch zagranicznych korespondentów jako świadków. (Wszystko spełniło się jak z nut: matkę i siostrę wpuścili na rozprawę, a tych dwóch świadków nie wpuścili, chociaż sami ich wezwali. Podsunąłem mu jeszcze parę takich numerów.)

Przed opuszczeniem celi, na krótko przed moim odjazdem do Władimira, oświadczył, że śledztwo w jego sprawie zamknięto, nie zdołali "przyszyć" mu nowych spraw, znowu mają zabierać go na etap. Rzeczywiście zabrali go po paru dniach, ale nie w stronę wyjścia, a w głąb więzienia, do innej celi. Pokpiło sprawę naczalstwo, zresztą sądzili, że to teraz bez znaczenia: i tak mam wyjechać. A po roku, gdy znów mnie przywieźli, w sprawie Jakira, przypadkowo dowiedziałem się dalszego ciągu jego historii.

W owym czasie toczyło się duże śledztwo w sprawie "diamenciarzy", ponad czterdzieści osób wsadzili. Całe więzienie było nimi zapchane, niemal w każdej celi któryś z nich siedział. Spotykali się na rozprawach i mogli zamienić ze dwa słowa podczas przerwy. Praktycznie całe więzienie okazało się powiązane. Zacząłem się naturalnie dowiadywać, gdzie kto z naszych siedzi, i oto przypadkiem natknąłem się na Gricaja. Siedział nadal - wciąż z tą samą legendą. Okazało się, że i "diamenciarze" znają go niemal wszyscy, wszyscy z nim siedzieli i byli nim zachwyceni.

- To jest gość! - mówili. - Z takiej sprawy się wykręcił. Pewny KS! Zastraszył wszystkich świadków i wymigał się. Teraz sprawę umorzyli, pójdzie do obozu dosiadywać swoją "piątkę".

Gdy wyjaśniłem im, że to kapuś, długo nie chcieli wierzyć - zbyt duże wywarł na nich wrażenie. Ale w żaden sposób nie mógł zgodnie ze swą legendą znajdować się w siedemdziesiątym pierwszym roku w Lefortowie. Chcąc nie chcąc, musieli przyznać mi rację.

 

Sprawa "diamenciarzy" była w tym czasie największą z afer i nic dziwnego, że Gricaja wsadzali do nich. W więzieniu znalazła się cała moskiewska fabryka diamentów: na 50 osób tam zatrudnionych - 48 zostało aresztowanych za kradzież. A ilu paserów wyłowili! Okazuje się, że KGB już od pięciu lat było doskonale o tych kradzieżach poinformowane, ale nikogo nie ruszało. Interesowało się, do kogo te kamyki idą, kto je kupuje i gdzie ukrywa. I co jakiś czas wygarniało zapasy. Może do dzisiejszego dnia strzygłoby KGB te diamentowe owieczki -praca mało uciążliwa. Ale oto przyjechał do fabryki Kosygin, kazał się sfotografować z przodownikami pracy, jakoś ich tam nagrodził, i oto KGB rzuciło się do dzieła - trzeba przecież wykazać swoją pożyteczność, pokazać, że kroku bez nich nie można zrobić. Polityczne rachuby wzięły jak zwykle górę nad ekonomicznymi i powstała gigantyczna sprawa "diamenciarzy" - a fabrykę przyszło zamknąć.

Metody i cele KGB mało się zmieniły od czasów stalinowskich, z tym że o ile wtedy potrzebowali wszędzie wrogów, spiskowców dla zastraszania społeczeństwa, to teraz konieczny im był zalew kanciarzy i złodziei. Różnica w tym, że złodzieje rzeczywiście są wszędzie i nie trzeba ich wymyślać. Duch kombinatorstwa jest w ludziach niezniszczalny. Ten sam Klempert opowiadał mi, jak zaczęła się jego podziemna kariera milionera:

- Szkoda - mówił - dóbr. I tak przepadną, nikomu to niepotrzebne. Zacząłem od tego, że wykorzystywałem dla nielegalnej produkcji odpady, które i tak szły na wysypisko. Później udoskonaliliśmy sprzęt, technologię, wzrosła wydajność, a dochód dzieliliśmy między sobą - od tego wszystko się zaczęło. Potem okazało się, że nie tylko my jesteśmy tacy mądrzy, cała gospodarka pracuje podobnie.

Doprawdy, jakież to dziwaczne sprawy nie przewinęły się w sześćdziesiątych latach przez Lefortowo! Zazwyczaj pisałem tym ludziom odwołania i dawali mi do przeczytania swoje wyroki - czasem objętości całego tomu, starannie oprawione, jak książka. Przez dziesiątki stron ciągnęło się samo wyliczanie zakwestionowanych u nich kosztowności: niezliczone obrączki, bransoletki, diademy, złote monety z carskiej mennicy, sztaby złota, drogocenne naczynia, obrazy, ikony - góry złota i brylantów. Całe przedsiębiorstwa pracowały w socjalistycznym współzawodnictwie, z komitetami partii i związkami zawodowymi, a dochody wędrowały do prywatnych kieszeni zastępców ministrów i naczelników resortów. I na odwrót, na papierze widniały całe kompleksy przemysłowe, przewidziane w planach, otrzymujące państwowe fundusze - w rzeczywistości zaś rósł na ich miejscu zwykły rosyjski zagajnik albo rozpościerał się step. Wszyscy kontrolerzy i inspektorzy otrzymywali regularnie pensję od złodziei i rozkwitały mityczne przedsiębiorstwa. Nawet Urząd do Walki z Grabieżą Mienia Społecznego figurował na ich liście płac. Schować się może Cziczikow z jego ubogimi martwymi duszami! Nawet prezydent Moskwy Bobrownikow poszedł siedzieć za handel mieszkaniami. A sekretarz riazańskiego obwodowego komitetu partii Łarionow strzelił sobie w łeb, gdy wyszły na jaw jego machinacje.

Chruszczow niezbyt mijał się z prawdą, gdy w jednym ze swych przemówień powiedział: "Gdyby choć na jeden dzień przestali u nas kraść, komunizm już dawno byłby zbudowany". Nie pojmował tylko jednej, prostej rzeczy: bez tego złodziejstwa sowiecki system gospodarczy w ogóle by przestał funkcjonować.

Bez fałszerstw i machinacji nie zostałby zrealizowany żaden plan, a bez tej nielegalnej prywatnej inicjatywy w ogóle nie byłoby w kraju żadnej produkcji. Wszystkie te kołchozy i sowchozy, które stały się wzorcowymi gospodarstwami, utrzymywały się jedynie dlatego, że kierowali nimi mądrzy szalbierze. Najczęściej trudno ich nawet nazwać szalbierzami. Z ogólnoludzkiego punktu widzenia milionerzy ci nie dokonali żadnego przestępstwa. Jedynie sowiecka praworządność uważa rozsądne z ekonomicznego punktu widzenia prowadzenie gospodarstwa za zbrodnię.

Pamiętam, siedział ze mną facet, którego całe przestępstwo sprowadzało się do normalnego handlowego pośrednictwa; nie przyczynił on nikomu żadnej szkody. Przyjeżdżał do kopalni węgla i proponował za rozsądną cenę sprzątnięcie hałdy miału z terenu kopalni. Dyrektor był uszczęśliwiony: za te hałdy dostał już niejedną naganę od naczalstwa. A poza tym zawadzają. Następnie mój facecik jechał do kołchozów i proponował przewodniczącym tani miał do ogrzewania obór.

Ci też byli szczęśliwi. Wówczas mój towarzysz niedoli brał kołchozowe ciężarówki, chłopów i jechał zabrać miał z kopalni. Wszystko było w porządku, zainteresowane strony zachwycone, za jednym zamachem rozwiązywano całą masę problemów gospodarczych, tylko mój przedsiębiorczy sąsiad dostał w efekcie sześć lat więzienia.

Wspomniany wyżej Iwan Iwanycz Trofimow, mój nieśmiały kapuś, opowiadał o swej pracy naczelnika zjednoczenia budowlanego jak o istnym koszmarze.

- Najpierw sami nakłaniają do przestępstwa - opowiadał - po czym wsadzają do więzienia. Miesiąc w miesiąc komitet partii domaga się, by oddać przedterminowo ten czy inny obiekt do użytku, wiedząc jednocześnie doskonale, że nie mam niezbędnych funduszów ani materiałów budowlanych. Uwijaj się, Iwan Iwanycz, jak tylko potrafisz - ich rzeczą jest rozkazywać. To jeszcze nic, a gdy trzeba im na lewo wybudować garaż albo willę, albo drogę do domu doprowadzić? I nikt, rzecz jasna, nie przysyła rozkazów na piśmie, tylko podniesie słuchaweczkę: "Iwan Iwanycz, bądź tak dobry, sam wiesz...". I koniec. Jakby Iwan Iwanycz miał własny zakład czy firmę. Cóż począć? Odmówisz - zaraz wykryją u ciebie niedociągnięcia. Z miejsca Iwan Iwanycz staje się i oszustem, i złodziejem. A robotnicy? U mnie w zarządzie samej farby kradli dziennie za 500 rubli - też przecież muszą na boku dorobić, z samej pensji długo nie pożyjesz. A kogo pociągną do odpowiedzialności? Iwana Iwanycza! Chcesz, czy nie chcesz - musisz kraść...

Strasznie oburzał go system szkolnictwa:

- Wykładają im różne bzdury, które nigdy nie będą potrzebne. Jakaś tam wyższa matematyka, opór materiałów. Zamiast uczyć od podstaw, jak zdobywać te materiały, jak łapówki dawać i lipne zlecenia kamuflować. A tak - przychodzą po studiach, inżynierami się zwą, biegają z suwakami logarytmicznymi, a nie mają pojęcia, jak wydusić cement od fabryki.

Przypadkowo wpadły mu w rękę pożyczone z więziennej biblioteki Zapiski Guicciardini'ego, wydane w latach trzydziestych przez "Akademię".

- To był człowiek czynu - zachwycał się - właściwie pojmował życie! Co jest najistotniejsze dla praktycznego człowieka? Umieć właściwie wybrać kierowcę, żeby był oddany, nie gadatliwy. Sekretarki - też ważny punkt. Żeby były swoje, żeby przejmowały się wspólną sprawą.

Stale robił jakieś notatki i wynotował niemal pół książki.

- Wyjdę z więzienia - napiszę podręcznik dla człowieka czynu. Tylko że nie wydadzą, bydlaki, hipokryci. Wszyscy wiedzą, że tak jest, ale na głos nie powiesz.

Ach, jakich to wielkich oszustów i kombinatorów nie widziało więzienie lefortowskie! Zginął tu w sześćdziesiątych latach cały kwiat myśli ekonomicznej. Jeden mój znajomy z celi, ten, co sprezentował państwu trzy i pół miliona, powtarzał mi ze smutkiem w głosie:

- Niepotrzebnie zabrałem się do tych spraw. Teść nieboszczyk wiele razy mawiał: "Misza, rzuć to w diabły, po co ci te drobiazgi? Ja kradnę - wszystkim nam wystarczy, jeszcze dla wnuków zostanie!". Nie, nie usłuchałem. Żal było - marnuje się dobro.

Teścia zresztą też rozstrzelali, z innego paragrafu.

Zastanawiające to - opętani problemem swobód intelektualnych nie zwróciliśmy uwagi, że w sześćdziesiątych-siedemdziesiątych latach władza usiłowała praktycznie zniszczyć ekonomiczną opozycję w kraju, rodzący się podziemny kapitalizm. Również na górze istniała wówczas opozycja - tak zwani ekonomiści albo menedżerowie. Nie mieli żadnej specjalnej teorii i wszystkie ich propozycje sprowadzały się do jednej, niezwykle prostej myśli: aby gospodarka się rozwijała, należy ludziom za ich pracę płacić pieniądze, pieniądze rzeczywiste, i nie krępować tak bardzo inicjatywy gospodarczej. Nawet z marksistowskiego punktu widzenia pierwotna jest ekonomia, a nie ideologia.

Na początku lat sześćdziesiątych rozkład gospodarki państwowej stał się tak oczywisty, że na serio zaczęto rozważać możliwość drugiego NEP-u, a już co najmniej konieczność szerokich reform gospodarczych, z uwzględnieniem większych bodźców materialnych. Przeprowadzono parę interesujących eksperymentów, którymi zachłystywała się prasa. Jednak pierwsze zachwyty nad niezwykłymi rezultatami tych eksperymentów szybko minęły - zbyt jaskrawo przebijała z nich wyższość kapitalistycznych zasad gospodarowania nad socjalistycznymi. Jasne było, że przeprowadzenie takich eksperymentów ekonomicznych w skali całego kraju spowoduje szybki rozwój gospodarczy, wyprowadzi z półwiekowego zastoju, ale z miejsca zrodzi wszystkie te plagi kapitalizmu, którymi propaganda nasza od małego straszy dzieci. Z miejsca powstanie bezrobocie, inflacja i "anarchia produkcji" - to znaczy gospodarka rynkowa. Państwo nie będzie w stanie rygorystycznie kontrolować gospodarki. A co najważniejsze - partyjne kierowanie gospodarką stanie się całkowicie zbędne i niemożliwe, ludzie uzyskają większą niezależność, państwo nie będzie już ich w stanie szantażować każdym groszem.

Zrodziło to, naturalnie, utajoną, ale rozpaczliwą walkę między "ekonomistami" i "ideologami". Głównym argumentem "ideologów" był obraz nadchodzącego powszechnego złodziejstwa, defraudacji i niekontrolowanej gospodarki: tracąc kontrolę nad gospodarką, partia traciła kontrolę nad całym życiem kraju. Plany "ekonomistów" faktycznie eliminowały kierowniczą rolę partii, ale nie mogli powiedzieć tego otwarcie. Trwała milcząca walka między aparatem partyjnym a państwowym, a wszystko to pod sztandarem reformy ekonomicznej, której konieczności nikt nie kwestionował. Nawet Breżniew w swym zamkniętym liście do KC w grudniu sześćdziesiątego dziewiątego roku przyznawał, że sytuacja przemysłu jest rozpaczliwa.

 

W tej oto walce konieczne okazały się afery i procesy gospodarcze - odpowiednik terroru lat trzydziestych. Wiadomo, że tylko w okresie od listopada 1962 do lipca 1963 roku odbyło się ponad osiemdziesiąt procesów gospodarczych w dziesiątkach miast Związku Sowieckiego i 163 osoby zostały skazane na śmierć. Zadziwiające, że Zachód z jego sowietologicznymi instytutami badawczymi całkowicie przeoczył sens tego wszystkiego. Śmiesznie wspominać lorda Russella, który nie dostrzegł w tych wyrokach niczego prócz antysemityzmu. Z równym powodzeniem można dostrzec jedynie antysemityzm w prześladowaniu opozycji trockistowskiej.

Same jednak represje karne byłyby oczywiście niewystarczające dla zapewnienia zwycięstwa "ideologów" - decydującej pomocy udzielił im Zachód. W charakterze alternatywy dla istotnych reform wewnętrznych "ideologowie" wysunęli projekt pokojowej ofensywy, odprężenia. Postawili sobie za cel uzyskanie szerokiej pomocy gospodarczej i zwiększenie handlu z Zachodem. Po co im niebezpieczne reformy, jeśli można otrzymywać wszystko w zagranicznych opakowaniach? Nawet pszenicę można siać w Kazachstanie, a zbierać w Kanadzie. Zaprzestano wszelkich eksperymentów, a eksperymentatorzy z reguły znaleźli się w więzieniach.

Symboliczny jest pod tym względem los Iwana Nikiforowicza Chudenko. Pracownik wysokiego szczebla w Radzie Ministrów ZSSR, wiceminister, Chudenko dobrowolnie zgodził się w 1960 roku przeprowadzić ekonomiczny eksperyment w sowchozach Kazachstanu. Założenia Chudenki były bardzo proste: proponował system całkowitej gospodarczej samodzielności, a co najważniejsze - realny system bodźców materialnych. Płacono za osiągnięte rezultaty, a nie za włożony wysiłek. Eksperyment miał fantastyczne powodzenie. Zatrudnienie ludzi i maszyn w sowchozach spadało dziesięciokrotnie, koszty własne zboża - czterokrotnie. Dochód na jednego zatrudnionego wzrastał siedmiokrotnie, a pensja - czterokrotnie. Chudenko z liczbami w ręku wykazał, że powszechne wprowadzenie jego systemu w rolnictwie umożliwi czterokrotne zwiększenie produkcji - przy czym zatrudnionych w rolnictwie będzie pięć milionów osób zamiast obecnych trzydziestu.

O eksperymencie Chudenki z zachwytem rozpisywały się gazety, kręcono filmy, ale nikt jakoś nie śpieszył się z wdrożeniem tego systemu w skali kraju. Co więcej, w 1970 roku jego sowchoz "Akczi" został na mocy odgórnej decyzji zamknięty. Sowchoz zamknięto w pełni sezonu, nie wypłacając pieniędzy robotnikom i nie zwracając im ich inwestycji. Chudenko i jego pracownicy nadal walczyli legalnymi metodami, zwracając się do sądów. Perypetie tej walki odzwierciedlały walkę w łonie sowieckiego kierownictwa. Decyzje sądów parokrotnie uchylano i podejmowano inne. Niektóre organy prasy nadal pisały o doniosłości eksperymentu. I wreszcie w sierpniu 1973 roku Chudenko i jego zastępca zostali skazani za "kradzież własności państwowej" na sześć i na cztery lata. Nawet po wyroku w całym kraju trwały w tej sprawie protesty wysokich urzędników sektora gospodarczego. 12 listopada 1974 roku Chudenko zmarł w szpitalu więziennym.

Jest to bynajmniej nie sporadyczny wypadek karnego zdławienia nowych tendencji ekonomicznych. To, na co w latach sześćdziesiątych odgórnie zezwalano, oceniano w latach siedemdziesiątych jako kryminalne przestępstwo. W połowie lat sześćdziesiątych w całym kraju powstały spontanicznie kluby "Pochodnia" - stowarzyszenia inteligencji, które na zasadach umowy realizowały zamówienia na projekty techniczne, wprowadzanie nowej technologii i racjonalizację. Ci sami inżynierowie i pracownicy naukowi, którzy w ciągu dnia nie mogli w swoich instytutach naukowo-badawczych za pensję zrealizować tych projektów - w czasie wolnym od pracy, samodzielnie, bez nadzoru partii i związków zawodowych, ale za godziwym wynagrodzeniem robili to znakomicie, w rekordowych terminach i przynosząc państwu wielomilionowe zyski. W latach siedemdziesiątych, w szczytowym momencie odprężenia i importu zachodnich kapitałów i technologii, kluby te co do jednego zostały zamknięte, a ich kierownictwo trafiło za kratki.

Wszystkie te procesy nie przeszłyby jednak tak gładko, gdyby nie uprzednie psychologiczne przygotowanie w postaci procesów zakonspirowanych milionerów. Trzeba było zagarnąć w swe ręce kierowanie gospodarką kraju, zastraszyć rozprawieniem się, ukazać szkaradną, drapieżną istotę tego rodzącego się nieuchronnie kapitalizmu. Niemal jak w latach trzydziestych trzeba było zrobić z tych milionerów wrogów, zbrodniarzy, i na nich zrzucić odpowiedzialność za wszystkie klęski gospodarcze. Dla społeczeństwa również brzmiało to przekonująco: "Gdyby choć dzień nie kradli, dawno byłby komunizm!". Oto gdzie jest wróg - łapaj wroga! I dość, by Kosygin pochwalił fabrykę diamentów - z miejsca ją zwinęli.

Przecież w pewnym momencie doszło już do absurdu: oskarżenie o łapownictwo albo defraudację stało się takim samym środkiem terroru, jak w latach trzydziestych oskarżenie o kontrrewolucję. Jakakolwiek obiektywna praworządność w tych sprawach była niemożliwa. Pamiętam, jak pewien stary kryminalista opowiadał podczas transportu:

- Zwolniłem się, przyjechałem do domu. Poszedłem na milicję - nie podbijają mi dowodu, swołocze. Ileż nachodziłem się do naczelnika biura meldunkowego - bezskutecznie. Taka suka, uparł się: nie zamelduję i basta. No, myślę sobie, tak cię urządzę, że cienkim głosem zaśpiewasz! Poszedłem do sąsiadki, mówię: "Ciocia Masza, daj trzydziestkę". Dawno mnie znała, od szczeniaka. "Po co ci?" - pyta. "A wiesz, naczelnik biura meldunkowego chce, bydlak taki. Nie dasz, mówi, do łapy - nie zamelduję". No więc dała mi trzydziestkę: dwie dychy i dwie piątki. Poszliśmy z kumplem na piwko. Mówię też jemu: swołocz chce trzydziestkę, trzeba będzie dać - o, wziąłem od cioci Maszy. Poszliśmy na milicję, ja do biura meldunkowego, a ten został na dole. Naczelnik zobaczył mnie, rękami wymachuje: "Idź stąd, nie zamelduję cię, powiedziałem już!". Podczas wykłócania się niepostrzeżenie wsunąłem trzydziestkę pod papiery na biurku. Wychodzę - mówię kumplowi: "Patrz, co za bydlę - pieniądze wziął i znowu mnie nie zameldował. No, teraz go urządzę!". Zadzwoniłem do dyżurnego oficera: tak i tak, wasz pracownik łapówkę wziął, a zameldować nie chce. Z miejsca przylecieli operacyjni, zrobili kipisz w gabinecie - zgadza się, znaleźli moją trzydziestkę, tak jak opisałem, dwie dychy i dwie piątki. Ciocia Masza też je rozpoznała i mój kumpel - na świadka. No i wlepili gnojowi sześć lat, żeby był bardziej zgodliwy!

No i czy to nie Wielki Terror?

Przecież i likwidacji tak zwanych niewinnych komunistów w trzydziestym siódmym roku nie mogłoby być, gdyby poprzednio nie likwidowali konsekwentnie najpierw "kontrrewolucjonistów", później członków partii socjalistycznych, potem opozycji wewnątrzpartyjnej, wciąż rozszerzając i rozszerzając pojęcie "wroga ludu". Dokładnie tak samo w naszych czasach rozszerzało się pojęcie przestępstwa gospodarczego.

Ale oto zdławili opozycję ekonomiczną i w połowie lat siedemdziesiątych zakończyły się procesy defraudantów, jak gdyby przestali w Rosji kraść. Nie ma już potrzeby. Zezwolili nawet na polemikę w Literaturnoj Gazietie o problemach ekonomii i prawa. Akademicy, bohaterowie pracy socjalistycznej, dyrektorzy przedsiębiorstw, czołowi ekonomiści pisali, że prawne normy w gospodarce tak są zawiłe i sprzeczne, że faktycznie każdy z nich codziennie popełnia przestępstwa. I skoro sprawa utraciła już znaczenie polityczne, to nawet Breżniew się wypowiedział: obiecał ulepszyć ustawodawstwo. Na tym polemika ustała.

Nie ustała tylko wieczna wojna ekonomiczna obywatela z władzą. Gdy tylko ludzie znajdują sposób, by zarobić trochę ponad ubogą pensję, z miejsca państwo ogłasza ten sposób za bezprawny. Kupił gość samochód - zdawać by się mogło, co to kogo obchodzi? Nie, już jest policja: skąd wziął pieniądze? Co tam samochód, o jeden raz za dużo poszedł do restauracji - już zaczynają śledzić. Wiedzą, biesy, że zwyczajny człek sowiecki nie kupi z pensji samochodu, a do knajpy się też nie nachodzi.

 

Niewielkie to więzienie lefortowskie, a iluż ludzi się przewinęło! Co lato remont: malują ściany. W sześćdziesiątym trzecim były ciemnozielone, w sześćdziesiątym siódmym - oliwkowe, w siedemdziesiątym pierwszym - szarozielone, teraz w ogóle nie wiadomo, co to za kolor. I gdyby jedno po drugim zdejmować te nawarstwienia czasu, jak archeologowie, to odkryjecie wielki gmach socjalizmu i wyjdą na światło dzienne skamieniałe szczątki tych szkodliwych istot, które w kolejnych epokach należało usunąć. Pamiętam, że gdy ujrzałem Lefortowo po raz pierwszy w sześćdziesiątym trzecim roku, zwróciłem uwagę, że tylko dwa piętra z czterech są zapełnione, pozostałe - puste. Funkcjonowało wszystkiego jakieś 80 cel: siedzieli w nich po dwóch, po trzech, czyli w żaden sposób nie więcej niż 200 osób, z czego połowa - kapusie. Czyżby tak mało musiało zamykać teraz KGB, żeby podtrzymywać w ludziach strach? Ale po głębszym zastanowieniu zrozumiałem, że więcej chyba rzeczywiście nie potrzeba. Wyobraźmy sobie, że Hitler utrzymałby się przy władzy nie trzynaście, ale kilkadziesiąt lat. Po co byłyby mu potrzebne komory gazowe? Kogo by miał palić? Starczyłoby mu samego Lefortowa, jeśliby działał z głową.

Oczywiście, że wówczas, w sześćdziesiątym trzecim, nie mogłem znać subtelności pracy tej machiny. Moja więzienna biografia dopiero się zaczynała, zresztą niedługo tam siedziałem - posłali mnie na ekspertyzę psychiatryczną. Sprawa się nie układała, nie wychodził obraz moim artystom, nawet kapuś nie przyszedł z pomocą. Cóż mieli począć?

Śmieszne mi się dziś wydaje wspomnienie, jak się ucieszyłem, że ekspertyza uznała mnie za niepoczytalnego. O leningradzkim szpitalu specjalnym na Arsenalnej *[Więzienie psychiatryczne na terenie słynnej z okresu wielkiej czystki tiurmy Kriesty (Krzyże)] sporo się już nasłuchałem, głównie od Alika Wolpina, i ze wszystkich opowieści wynikało, że znacznie lepiej dostać się tam, niż do obozu. Nie gonią do pracy, karmią jednak lepiej niż w łagrach, leczyć - nie leczą, karcerów nie ma, wolno spać w ciągu dnia, co miesiąc widzenia i można otrzymywać książki z domu. Alik opowiadał, że za jego bytności siedzieli tam wyłącznie polityczni, zupełnie normalni ludzie. Wielu z nich poznał jeszcze w sześćdziesiątym pierwszym roku i oni opowiadali to samo.

W czasach stalinowskich trafić do kliniki psychiatrycznej zamiast do łagru uważało się niemal za zbawienie i niektórzy psychiatrzy świadomie ratowali tam ludzi. Zawsze, co prawda, trzeba się było kajać, przyznawać do winy i zgadzać z diagnozą. Należało przyznać, że popełniło się przestępstwo pod wpływem choroby, ale dzięki pobytowi w szpitalu ten stan minął. Bez takiej deklaracji lekarze nie mogli wypisać ze szpitala, a sąd - zwolnić: nie było gwarancji, że chory istotnie nie stanowi już zagrożenia. Ale w czasach stalinowskich ta okoliczność mało kogo wprawiała w zakłopotanie: w śledztwie nie takie zeznania wybijano z ludzi. Mało kto też przejmował się mianem wariata. Przeciwnie, w warunkach terroru jest to po prostu ratunek - wariata przynajmniej nie rozstrzelają. Jedynie Wolpin, który organicznie nie był w stanie kłamać, wymyślił jakąś niezwykle skomplikowaną logiczną formułę, która dawała mu możność, formalnie do czegoś się przyznając, faktycznie do niczego się nie przyznawać. Jednym słowem, jakiś logiczny kompromis, który go zadowalał.

Jawne opieranie się uważano za niebezpieczne: takiego człowieka mogli zarejestrować jako chronicznie chorego i wysłać do kolonii dla chroników do Syczowki, skąd się nie wracało. Oprócz tej Syczowki w kraju były trzy szpitale specjalne: w Leningradzie, w Kazaniu i w Rybińsku. Ten ostatni dla chorych z obozów.

Akurat niedługo przed moim aresztowaniem Chruszczow oświadczył gdzieś, że u nas w ZSSR nie ma więźniów politycznych, nie ma niezadowolonych z ustroju, a ci nieliczni, którzy wykazują niezadowolenie, to po prostu ludzie chorzy psychicznie. Mało kto potraktował wówczas słowa Chruszczowa na serio - mało to różnych bzdur wygadywał?... Ale nie był to wcale kolejny żart premiera, lecz dyrektywa, która oznaczała zwrot w polityce penitencjarnej. Chruszczow, który ujawnił przestępstwa stalinowskie, nie mógł się teraz cofnąć do czasów terroru, do procesów pokazowych i masowych aresztowań. W kraju, a zwłaszcza za granicą spowodowałoby to zbyt gwałtowną reakcję. Jednocześnie bał się panicznie odwilży, która jak na ironię do dziś nosi jego imię. Rozchwiała się partyjna dyscyplina, pojawili się jacyś neomarksiści. Spróbuj sądzić ich na otwartym procesie - krzyku będzie co niemiara. I jak zorganizować te procesy bez stosowania tortur? A powracać do czasów stalinowskich w pełnej skali Chruszczow nie chciał i nie mógł. Wszyscy rozumieli, czym się to skończy.

Miał też Chruszczow jeszcze jedną rzecz na uwadze. Poważnie zamierzał budować komunizm, a to oznaczało: całkowicie zniknie Cerkiew, przywrócona zostanie ideologiczna jedność, osiągnięta przez Stalina na drodze terroru; sam przez się, bez specjalnych nakładów zrodzi się dostatek; zniknie przestępczość i stopniowo obumrze państwo. Z Cerkwią było stosunkowo prosto - zakazać i po krzyku. Dobrobyt planował osiągnąć na drodze chemizacji, rozpowszechniania kukurydzy i technicznej pomocy Zachodu. Szkopuł tkwił w przestępczości. Nie tylko nie spadała, ale przeciwnie, rosła. O jedności nie warto wspominać: niedawne powstania w Aleksandrowie, Muromie i Nowoczerkasku mówiły same za siebie. Rozbestwiła się też inteligencja. Cóż począć?

Kierując się ściśle marksistowsko-leninowską teorią, Chruszczow wysnuł wniosek, że w ustroju socjalistycznym ludzie nie mogą mieć antysocjalistycznej świadomości. Świadomość określana jest przez byt, zatem logicznie nie było miejsca dla przestępczości w społeczeństwie kukurydzianej obfitości. Nie było też miejsca dla nieprawomyślnych. Wniosek narzucał się najprostszy z możliwych: tam, gdzie zjawiska te nie dają się wytłumaczyć dziedzictwem przeszłości albo dywersją światowego imperializmu, tam mamy do czynienia z chorobą psychiczną, a z tego nie wyleczysz, jak wiadomo, wyłącznie bytem komunistycznym. Ze wszystkich rachub wychodziło Chruszczowowi, że do 1980 roku rzeczywiście będzie w stanie wskazać ostatniego przestępcę. (A wcale nie obiecywał wskazać ostatniego wariata.)

Studentom prawa zaczęto już tłumaczyć na wykładach, że ich fach jest na wymarciu i ograniczano rekrutację na te wydziały. Wkrótce państwo nie będzie potrzebować pomocy prawników, a ich obowiązki przejmą po części sądy koleżeńskie, a po części - psychiatrzy. W kraju gdzieniegdzie poczęto zamykać więzienia - dziedzictwo mrocznych czasów caratu, a specjalne kliniki psychiatryczne zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Odnośnie Cerkwi została przyjęta specjalna uchwała KC - zniszczyć w ciągu dziesięciu lat. Inteligencję przytemperowało nieco plenum ideologiczne. KGB zaś miast stalinowskiej tezy o zaostrzaniu się walki klasowej otrzymało nową ideologiczną wytyczną - o wzroście zachorowań psychicznych w miarę budowy komunizmu.

KGB miało swoje problemy. We wszystkich czasach, nawet w rozkwicie stalinowskiego terroru, żądano odeń, by aresztowani przyznawali się do winy, wyrażali skruchę, rozbrajali się ideowo i osądzali własne błędy. Wówczas osiągano to względnie prosto: biciem, nocnymi przesłuchaniami, torturami. Teraz nastały czasy poststalinowskiego humanizmu: nie pozwalano bić i torturować w śledztwie. Gdy nie udawało się kogoś zastraszyć, namówić albo jakoś zaszantażować, oznaczało to, że śledczy nie podołał swojej pracy, nie potrafił ideowo rozbroić przeciwnika. Dwie, trzy takie nieudane sprawy i można było wylecieć z KGB za nieudolność. Szczególnie fatalnie, gdy nie chce się kajać jakaś znana osoba, neomarksista albo wierzący. No bo jak go puścić na rozprawę? Nieładnie. Zmieniły się też wymagania ilościowe: o ile kiedyś należało aresztować jak najwięcej kontrrewolucjonistów, szpiegów, dywersantów i innych wrogów ludu, o tyle dziś każdy taki przypadek rozpatrywany jest na górze jako niedostatek pracy wychowawczej wśród mas robotniczych. Lokalne kierownictwo partyjne, a wspólnie z nim również KGB, może zarobić naganę za niedbalstwo. Inna sprawa, jeżeli wariat - tu już nie ma winnych.

I gdyby wszystko przebiegało zgodnie z generalnym planem partii, to przestępczość zanikłaby u nas całkowicie, a miast masowego terroru, szpiegomanii i innych błędów kultu jednostki, spoglądalibyśmy na siebie z obawą - szurnięty czy normalny? Dziesiątki milionów chwilowo chorych obywateli, włącznie z paru członkami Biura Politycznego, po niezbyt przewlekłym leczeniu ponownie wskakiwałyby na swoje miejsca w zdrowych szeregach budowniczych komunizmu. I kto wie, nastałyby może takie czasy, gdy dwie trzecie jakiegoś XXVII zjazdu trzeba by ciut podleczyć z bezobjawowej schizofrenii.

Jednak póki co, wszyscy byli zadowoleni: i KGB, i partyjne naczalstwo, i Chruszczow, i psychiatrzy, i my sami. Parędziesiąt osób - niemal wszyscy aresztowani wówczas z przyczyn politycznych - okazali się szurnięci i niemal wszyscy byli zadowoleni: nie trafimy do łagru. Było co prawda kilka wyjątków. Niejaki Kowalski, sam psychiatra z Murmańska, podobnie jak większość z nas aresztowany za antysowiecką propagandę - ten nie cieszył się ani trochę. "Durni - mówił - z czego się cieszycie? Nie wiecie przecież, co to jest szpital psychiatryczny". I żeby pokazać to poglądowo, a może po prostu dla zabawy, zaczął nam dowodzić, że rzeczywiście jesteśmy "psychiczni". Przede wszystkim - ponieważ znaleźliśmy się w konflikcie ze społeczeństwem. Normalny człowiek przystosowuje się do społeczeństwa. Następnie, ponieważ w imię głupich idei zaryzykowaliśmy wolnością, lekceważyliśmy interesy rodziny i karierę.

- To się określa - mówił - jako manię wielkości. Pierwszy objaw paranoidalnego rozwoju osobowości.

- No a ty, ty też jesteś psychiczny? - pytaliśmy.

- No pewnie - potakiwał radośnie - tylko że ja to sobie uświadomiłem i dlatego niemal już wyzdrowiałem, a wy jeszcze nie, was trzeba leczyć.

Nasi eksperci myśleli dokładnie w ten sam sposób. Moją lekarkę widziałem dwa razy, nie więcej, i mówiła mniej więcej to samo. Następnie wezwali mnie na komisję i tam zadawali wciąż te same pytania: dlaczego znalazłem się w konflikcie ze społeczeństwem, z ustalonymi normami współżycia, dlaczego moje przekonania uważam za najważniejsze - ważniejsze niż wolność, nauka, spokój matki? Chodziłem na przykład na ten plac Majakowskiego. Dobrze wiedziałem, że jest to zabronione, uprzedzano nas. To dlaczego nadal tam chodziłem? Dlaczego nie zabrałem się do nauki na uniwersytecie?

W istocie nie tak łatwo jest odpowiedzieć na te pytania. Jeśli powiem, że w moim konflikcie ze społeczeństwem winne jest społeczeństwo, to wynika, że wszyscy wokoło nie mają racji, jedynie ja mam rację. Jasna sprawa - wariat. A co powiedzieć o przekonaniach? Któryś z chłopców podał przykład Lenina, który również był w konflikcie ze społeczeństwem i w imię swych przekonań trafił na zesłanie. Ale dla psychiatry to nie jest wytłumaczenie i jedyne, co uzyskasz w wyniku takiej odpowiedzi, to notatka w historii choroby: "Cierpi na manię wielkości, przyrównuje siebie do Lenina". Jak byś nie kręcił, każda twoja normalna, szczera odpowiedź potwierdza jedynie twą chorobę. A jeżeli zaczynasz mówić o prześladowaniach KGB, masz zapewnioną manię prześladowczą. I nawet kiedy pod koniec zapytali mnie, czy uważam się za chorego, moja przecząca odpowiedź również niczego nie dowodziła: jaki wariat nie uważa się za normalnego?

My zaś ze swej strony, sami nie zdając sobie z tego sprawy, jeszcze bardziej ułatwialiśmy lekarzom zadanie, prowadząc niezwykle wesołe życie w naszej politycznej separatce na czwartym oddziale Instytutu Serbskiego *[Instytut Serbskiego - klinika psychiatryczna w Moskwie podległa formalnie Ministerstwu Opieki Zdrowotnej, w rzeczywistości całkowicie kontrolowana przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Dużą część personelu stanowili oficerowie KGB.]. Po tylu miesiącach odosobnienia w celi i całkowitej lefortowskiej izolacji ujrzeć na raz tylu zwolenników tych samych poglądów, zwiezionych ze wszystkich stron kraju, opowiadać nowiny i dowcipy - to było po prostu święto. Każdy gadał o swojej sprawie, o znajomych, o planach na przyszłość i wielu nie przychodziło nawet na myśl, że staruchy-sanitariuszki wszystko to sobie karbują i donoszą lekarzom. Pamiętam, że dla zabawy opowiedziałem chłopcom książkę o chiromancji, którą przeczytałem przed aresztowaniem, i dopiero później dowiedziałem się, że to też zostało uznane za objaw mojej choroby. Później jeden z naszych, Siergiej Klimow, ogłosił głodówkę z jakichś tam swoich powodów. Nie izolowali go przez parę dni i nadal leżał w tej samej celi, gdzie my wszyscy jedliśmy przy stole. Wreszcie zbuntowaliśmy się i również w pełnym składzie ogłosiliśmy głodówkę, domagając się izolowania go, żeby nie męczył się, patrząc jak my jemy. I ta nasza głodówka również okazała się symptomem choroby.

Wcale zresztą nie obawialiśmy się zostać "psychicznymi" - przeciwnie, cieszyło nas to: niech ci wariaci uważają nas za "psychicznych", a raczej na odwrót - niech ci psychiczni uważają nas za wariatów. Wspominaliśmy wszystkie książki o nienormalnych: Czechowa, Gogola, Akutagawę, no i oczywiście Dzielnego wojaka Szwejka. Z całego serca śmialiśmy się z lekarzy i z samych siebie.

Tylko jeden z nas - Arkadij Sing - odbierał to wszystko w kategoriach tragicznych. Był z pochodzenia Hindusem, ale od dzieciństwa mieszkał w ZSSR, w Swierdłowsku. Pracował jako inżynier. Przez dwadzieścia lat nie mógł sobie załatwić mieszkania i gnieździł się z żoną w jakiejś piwnicy. Wreszcie wyczerpały się jego nadzieje i cierpliwość: sporządził plakat "antysowieckiej treści" i ruszył z nim do obwodowego komitetu partii. Zebrał się wokół niego spory tłum: jedni mu współczuli, inni po prostu byli ciekawi, jak się to skończy. Tłum rozrastał się i wyszło coś na kształt manifestacji. Władze zaniepokoiły się. Zaprosili Arkadija do komitetu, odbyli tam przyjacielską pogawędkę, obiecali mieszkanie, po czym wyprowadzili przez tylne wejście, zapakowali do samochodu - niby żeby nie podniecać emocji tłumu - i odwieźli prosto do więzienia KGB.

I ten właśnie Sing, kiedy dowiedział się, że uznali go za niepoczytalnego, rzeczywiście o mało nie zwariował. "Jakże to tak? - rozważał. - Badali mnie przecież specjaliści. Oni wiedzą lepiej. I jeżeli doszli do wniosku, że jestem nienormalny, to pewnie jest to prawda. Po prostu nie mogę tego sam zauważyć". Nieustannie wypytywał nas, czy nie dostrzegamy u niego jakichś dziwactw, do znudzenia opowiadał o wykrytych u siebie symptomach i tak się denerwował, że na całym ciele wystąpiła mu egzema.

Ciekawe, że w tym samym czasie skierowano na ekspertyzy kilka osób z procesów gospodarczych i o defraudacje, ale nikogo z nich nie uznano za chorego.

Na jesieni całe nasze wesołe towarzystwo "politpsychicznych" przewieziono do Lefortowa i tu wyszła na jaw pierwsza nieprzyjemna dla nas okoliczność: nie zamierzali nikogo z nas puszczać na rozprawę, wszystkich sądzono zaocznie. Runęły moje nadzieje na ujrzenie swoich sędziów, na wygarnięcie im wszystkiego tego, co się we mnie nazbierało. Nie miałem zamiaru się usprawiedliwiać - zamierzałem oskarżać. I szykowałem się tak to przeprowadzić, by rozprawa drogo ich kosztowała. Teraz zaś okazało się, że znów bezkarnie rozprawili się ze mną i ta bezsilność gorsza była niż wszystko pozostałe.

Formalnie, zgodnie z prawem, rozprawa winna obejmować przesłuchanie świadków i rozpatrzenie dowodów. Faktycznie zaś cała procedura zajęła niecałą godzinę. Odczytali oskarżenie, następnie orzeczenie biegłych i wydali postanowienie o skierowaniu mnie na bezterminowe przymusowe leczenie. Dowiedziałem się o tym dopiero od matki, gdy we wrześniu zezwolili jej na widzenie. Widzenie było króciutkie, wszystkiego godzina, i to w obecności strażnika, który cały czas słuchał naszej rozmowy. Odbywało się w pokoiku, przedzielonym szerokim stołem. Z jednej strony stołu - ja, z drugiej - matka. Przekazywać cokolwiek czy po prostu dotykać się było surowo zabronione. Matka zastraszona była tą sytuacją i ledwo ledwo odważała się mówić. Z trudem udało mi się ją jako tako uspokoić. Sam zaś dosłownie skręcałem się z bezsilnej wściekłości.

A więc oficjalnie uważany już byłem za chorego, nie odpowiadającego za swoje czyny, nikt jednak nie spieszył się z wysyłaniem mnie do szpitala - wszyscy nadal tkwiliśmy w Lefortowie. Mówiono, że nie ma jeszcze eskorty, a i w szpitalu brak wolnych miejsc. Dopiero pod koniec roku, w grudniu, wysłali nas - jednych do Leningradu, innych do Kazania. Ciężkie to przeżycie w więzieniu - rozstanie z ludźmi, z którymi zdążyłeś się już zaprzyjaźnić. Kto wie, czy się jeszcze kiedyś spotkamy...

 

Do Leningradu doturlali nas pod wieczór i z miejsca popędzili do łaźni. Tam sanitariusze w pierwszej kolejności ostrzygli nam włosy, przy czym nie tylko na głowie - również pod pachami i łono. Wszystko to jedną i tą samą maszynką. Siergiej Klimow wyhodował wspaniałe wąsiska - też mu je zgolili. Usiłował się opierać: "Maszynkę chociaż zmieńcie!". Gdzie tam - mało to jakie fanaberie przyjdą wariatom do głowy? Skrępowali go, dali trochę w kość: nie stawiaj się! Widzimy, kiepska sprawa. Sanitariusze to kryminalni, których zamiast do łagru przysłali tutaj do obsługi, odsiadywać wyrok. Wściekli jak psy, bo też jest na kim bezkarnie wyładować złość. Przystroili nas w zwyczajny aresztancki strój, zabrali wszystkie rzeczy, rozprowadzili po celach. Wszystkich świeżo przybywających należało najpierw umieszczać w pierwszym bloku, na oddziale obserwacyjnym.

Dawniej, gdzieś do roku czterdziestego ósmego, było tu zwyczajne więzienie. Stare bloki, cele zimne, wilgotne, trzymają po trzech w jednej. Same cele podobne jak w Lefortowie, z judaszem i klapą, na oknie krata. Tylko ubikacji nie ma i nawet kibla nie dają: psychiczni nie powinni mieć pod ręką ciężkich przedmiotów. Żeby się załatwić, trzeba pukać do drzwi - prosić strażnika, by wyprowadził do wspólnej toalety przy końcu korytarza. On zaś nie ma czasu ani ochoty.

- Czego walisz - wrzeszczy z oddali.

- Do toalety!

- Poczekasz! - Jakie tam "poczekasz". Stukasz znowu.

- Dostukasz się wreszcie! Wszystkie żebra ci połamię.

- Ale do toalety potrzebuję, naczelniku. Nie wytrzymam!

- Szczaj na podłogę! - I tak przez cały dzień. A jak mu zbytnio zajdziesz za skórę, szczuje sanitariuszy i pożałujesz, że w ogóle pukałeś.

W celi, do której trafiłem, siedziało jeszcze dwóch. Rankiem jeden z nich ledwo otworzył oczy, zaczynał wykrzykiwać hasła:

- Precz z bolszewicką niewolą! Treba chłopciam woli i amnestiji. Treba wilnu niezałeżnu ukrajińsku derżawu orhanizowaty! Treba chłopciam żupany, szarawary, szabliuky! - Wrzeszczał przez cały dzień, aż do chwili, gdy gasili światło. Później dowiedziałem się, że przesiedział za ukraiński "burżuazyjny nacjonalizm" siedemnaście lat we władimirskiej tiurmie i postradał zmysły. Bili go każdego dnia, bili niemiłosiernie - dość mieli strażnicy tych wrzasków. Otworzą drzwi i z sześciu sanitariuszy rzuca się na niego jak psy. Pierwszego dnia usiłowałem stanąć w jego obronie, ale tak dostałem w ucho, że wylądowałem pod łóżkiem - ledwo się później pozbierałem. Nie mogłem mu w żaden sposób pomóc, ale też nie byłem w stanie bezczynnie przyglądać się, jak go maltretują.

Drugi nasz sąsiad nie wtrącał się do niczego i cały dzień uśmiechał się błogo. Siedział za zabójstwo swoich dzieci. Miał manię - wszystko połykał. Zaraz po zamordowaniu dzieci obciął sobie uszy i je zjadł. Już podczas pobytu w szpitalu połknął szachy i nawet łyżki mu nie dawali, żeby jej nie skonsumował.

Był taki moment, gdy myślałem, że nie wyjdę żywy z tej celi. Za każdym razem, kiedy wpadali tłuc mojego sąsiada, znowu pchałem się, by ich powstrzymać, i naturalnie dostawałem swoją porcję. Nie sposób było patrzeć, jak go leją, czasem nawet kopią. Zgodnie z obowiązującymi tutaj przepisami siostry prowadziły dziennik obserwacji chorych. Aby wytłumaczyć siniaki, zadrapania i inne ślady pobicia, pielęgniarki zapisywały, że chory sam "wzbudził się" i rzucił na sanitariuszy. Na drugi dzień lekarz, widząc taki zapis w dzienniku, przepisywał choremu zastrzyki sulfazyny albo aminozyny. Mojego sąsiada kłuli więc w dodatku bezlitośnie. Usiłował opierać się przy zastrzykach - znowu zabierali się do bicia. Krąg się zamykał. Ani pobicia, ani zastrzyki nie mogły go oczywiście zmienić i nadal wykrzykiwał swe hasła, tylko że z każdym dniem coraz ciszej, jak gdyby gasnąc. Ja zaś ze swoją manią bronienia go również ryzykowałem, że trafię do tego zamkniętego kręgu i nigdy już się stamtąd nie wydostanę.

Faktycznymi gospodarzami w szpitalu psychiatrycznym są personel pomocniczy i obsługa: sanitariusze, pielęgniarki, strażnicy. Jest to swego rodzaju klan i jeśli nie dojdziesz z nimi do porozumienia - zabiją cię, zamęczą. Lekarze nie wtrącają się nigdy do tych spraw i całkowicie polegają na doniesieniach sióstr. Najważniejsze są w psychiatryku dwa pierwsze miesiące. Ustala się określona reputacja, którą później trudno zmienić. Siostry, którym nie chce się obserwować chorych, notują dzień po dniu mniej więcej to samo, przepisując z poprzednich zapisów, dlatego od samego początku należy je przekonać, że jesteś zdrowy, należy znaleźć ze wszystkimi wspólny język. Jeśli to ci się powiedzie, będzie dużo łatwiej.

Nie wiem, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie przenieśli mnie do innej celi. Najwidoczniej sanitariuszom też się znudziło, że przeszkadzam im stale w robocie. Był też inny powód: niespodziewanie dostałem list od matki, w którym pisała, że w najbliższych dniach przyjedzie do mnie na widzenie. Oddając mi list, pielęgniarka zapytała raptem z miłym uśmiechem o coś na temat mojej matki: kim jest, gdzie pracuje, kim jest ojciec itd. Widać było, że przeczytała list. Zazwyczaj listy czytają lekarze i potem oddają w otwartych kopertach do przekazania chorym. Z miejsca zrozumiałem, w czym rzecz. Dawno już zauważyłem, że dla ludzi nie mieszkających w Moskwie dowolny moskiewski mieszkaniec to niemal członek rządu. Wydaje się im z oddali, że wszyscy tam żyjemy pod bokiem Kremla i jeśli zechcemy, wszystko da się załatwić. Jeszcze podczas ekspedycji na Syberii wystarczyło powiedzieć miejscowym, że jestem z Moskwy, a z miejsca spoglądali z pewną obawą i niezrozumiałym szacunkiem, jak na rewizora.

W nowej celi siedzieli także dwaj mordercy. Jeden z nich, gruby facet pod pięćdziesiątkę, zabójca własnej matki, cierpiał na ataki śmiechu. Zaczynał od uśmieszku bez żadnego widocznego powodu, i z wolna się rozkręcając, nie był już w stanie się pohamować. Twarz mu purpurowiała, oczy wychodziły z orbit, dusił się, krztusił i całe jego tłuste cielsko trzęsło się od niepowstrzymanego śmiechu. W przerwach między atakami leżał w milczeniu na pryczy, nigdy z nikim nie rozmawiał, nie reagował na pytania i tylko patrzył na mnie złymi, załzawionymi oczami. Po czym znowu, jak gdyby dopatrzył się we mnie czegoś niesłychanie zabawnego, zanosił się od nowa, z wolna doprowadzając się niemal do utraty przytomności. Drugi facet, imieniem Kostia, zabił swoją żonę i usiłował popełnić samobójstwo. Na lewej piersi miał szeroką, czerwoną bliznę. Ten Kostia zamęczał mnie opowieściami o swojej żonie, o tym, jak go zdradzała i jak ją śledził. Nie sposób było odróżnić, gdzie kończyła się w jego opowieściach prawda, a gdzie zaczynały się brednie, z tym że było to chyba gorsze niż wrzaski i śmiech.

Wrzaski zaś nieustannie dobiegały ze wszystkich stron. Więzienie było jakoś niefortunnie wybudowane, tak że słyszało się nawet, jak biją kogoś na innych piętrach. Gdzieś w celi naprzeciwko chłopak wykrzykiwał co jakiś czas: "Pierwsi na księżycu będą sowieccy kosmonauci! Pierwsi na księżycu będą sowieccy kosmonauci!". Najwidoczniej koledzy z celi droczyli się z nim, ponieważ za każdym razem wrzeszczał coraz głośniej i głośniej, póki wreszcie nie wpadli sanitariusze i nie zabrali się do bicia. Później go spotkałem. Rzeczywiście, w odpowiedzi na jego natrętne proroctwo koledzy powtarzali cicho: "Amerykańscy...", czym doprowadzali go do kompletnej wściekłości. Siostry zapisywały za każdym razem, że się wzbudził, i bezlitośnie faszerowały go aminozyną. Pod koniec mojego pobytu na tym oddziale spotkałem go na spacerze. Ponuro łaził wzdłuż płotu i w całej jego postaci było tyle rozczarowania, tyle pogardy dla ludzkości, że mimowolnie zapytałem:

- No więc, czyi kosmonauci będą pierwsi na księżycu?

- Amerykańscy - odburknął z widoczną niechęcią, nie patrząc na mnie.

Raz dziennie wyprowadzali nas na spacer - wszystkich razem, ze wszystkich pięter pierwszego bloku. Niesamowity tłum szaleńców w podartych ubraniach, poszarpanych czapkach, kapotach i trampkach, które wydawano przed spacerem, wylęgał na specjalne podwórko ogrodzone płotem. Większą część więźniów stanowili mordercy. Politycznych było nie więcej niż dziesięć procent. Moi lefortowscy przyjaciele skapcanieli; śladu nie pozostało po wesołości na wieść, że uznano nas za psychicznych. W rzeczywistości leningradzki szpital specjalny był zwyczajnym więzieniem, z celami, ograniczeniami korespondencji i żywności, z kratami, drutem kolczastym, płotem i uzbrojoną ochroną. Podczas ucieczki psychicznie chorego ochrona - teoretycznie - nie powinna strzelać. Ale jak mają odróżnić psychicznego od kryminalisty z obsługi? Naturalnie, ochrona na wszelki wypadek będzie strzelać. To już się zdarzało.

Do zwyczajnych więziennych udręk dochodziły udręki szpitala psychiatrycznego: bezterminowe odosobnienie, przymusowe leczenie, bicie i zupełne bezprawie. Nie było się komu skarżyć - każda skarga lądowała w historii twojej choroby, rozpatrywano ją jako dowód twego szaleństwa. Żaden z nas nie miał pewności, że zdoła wyrwać się stąd żywy. Niektórym dostało się już znacznie więcej niż mnie: jednych zaczęli kłuć, innych faszerowali tabletkami. Nie było to teraz takie proste, wykazać, że jesteś zdrów albo że przynajmniej masz się ku lepszemu. Który lekarz ma ochotę obalać diagnozę kolegów albo na własną odpowiedzialność cię wypisać? Znacznie łatwiej iść wytyczoną ścieżką. Wiadomo było, że choć formalnie jesteśmy tu bezterminowo, to w praktyce morderców przetrzymywali zazwyczaj pięć-sześć lat, a naszych - dwa-trzy lata. Oczywiście, pod warunkiem całkowitej uległości, braku konfliktów i negatywnych zapisów w dzienniku obserwacji.

Mniej więcej dwa razy do roku przyjeżdżała z Moskwy centralna komisja i pokazywano jej wszystkich chorych. Skierować do domu mogli jedynie tych, których wyznaczył do zwolnienia szpital. Zdarzały się wypadki, że lekceważono nawet taką rekomendację. Jako warunek lekarze otwarcie domagali się od więźnia uznania swojej choroby i osądzenia własnych działań. Nazywało się to u nich "krytyka", krytyczny stosunek do własnych przejawów chorobowych, i służyło za dowód uzdrowienia.

Siedział tu na przykład już od pięćdziesiątego szóstego roku Nikołaj Nikołajewicz Samsonow, geofizyk, laureat Nagrody Stalinowskiej. Wsadzili go za list do KC, w którym domagał się bardziej konsekwentnego demaskowania stalinowskich zbrodni. Kategorycznie odmawiał "krytyki" i oto siedział już osiem lat. Czegóż to z nim nie wyprawiali: i kłuli, i bili, i wsadzali do furiatów. Zdrowie zniszczyli mu bezpowrotnie: serce, wątrobę, żołądek - wszystko zaczynało szwankować, głównie z powodu ubocznego działania lekarstw psychiatrycznych. Zwłaszcza docisnęli go w ostatnim roku - mówili, że przyszły jakieś odgórne nowe dyrektywy.

Dla leczenia "wzbudzonych", a mówiąc dokładnie - karania, stosowano w zasadzie trzy środki. Pierwszy - aminozyna. Pod jej działaniem człowiek zazwyczaj zapadał w śpiączkę, w jakieś takie otępienie, że przestawał pojmować, co się z nim dzieje. Drugi - sulfazyna albo siarka. Ten środek powodował niezwykle silne bóle i dreszcze, temperatura podskakiwała do 40 - 41 °C i utrzymywała się przez dwa-trzy dni. Trzeci - skrętka. To uważane było za najcięższe.

Więźnia mocno owijano od nóg aż po pachy mokrym, skręconym prześcieradłem albo pasami z płótna żaglowego. Schnąc, materiał kurczył się, powodując straszliwy ból i pieczenie całego ciała. Zazwyczaj powodowało to szybką utratę przytomności i do obowiązków siostry należało tego doglądać. Wówczas skrętkę chwilowo rozluźniano, pozwalając delikwentowi odetchnąć i dojść do siebie, po czym ponownie zawijano. To mogło powtarzać się kilkakrotnie.

Z jednej strony otwarty terror i samowola panujące w szpitalu oraz brak kontroli nad sanitariuszami, z drugiej fakt, że nie mieliśmy żadnych praw, sprawiały, że wszyscy balansowaliśmy dosłownie na skraju przepaści i w każdej chwili mogliśmy się obsunąć. Dwaj chłopcy siedzący w jednej celi zaczęli się z nudów mocować. Jeden z nich nieszczęśliwie rozciął sobie łuk brwiowy o kaloryfer, po czym poprosił siostrę o jodynę. Z miejsca zapisano do dziennika obserwacji, że się wzbudzili, i obu zaaplikowano zastrzyki z siarki. Cały czas trzeba się było mieć na baczności, starać się nawiązać dobre stosunki z obsługą i pielęgniarkami.

Na ostatnim piętrze pierwszego bloku, na piątym oddziale, znajdowały się "gumki" - cele obite miękkim materiałem, żeby furiat nie mógł rozbić sobie głowy o mur. Trzymali ich tam pojedynczo i bili podobno bezlitośnie. Stosunkowo niedawno zatłukli tam jakiegoś psychicznego na śmierć - złamali mu kręgosłup. Inny udusił się w skrętce - nie zdążyli rozluźnić. Winnych oczywiście nie znaleziono, zabitych "spisali na straty" - psychiczni zawsze są winni.

Drugi blok uważany był za leczniczy, ale leczono w sumie wszędzie tak samo. Prawda, były tam jeszcze specjalne sale dla szoków insulinowych. Na siódmym oddziale szalał Walerianycz - tak nazywano felczera imieniem Wiktor Walerianowicz. To był prawdziwy sadysta i dosłownie chorował, jeśli w ciągu swojej zmiany nie zagonił kogoś do skrętki. Jeden z naszych, Tolik Bielajew, skazany za dowcipy o Chruszczowie, zaczytał się kiedyś do późna i nie zauważył, że ogłoszono ciszę nocną. Za to Walerianycz zrobił mu skrętkę i oczywiście zapisał, że Bielajew się wzbudził.

Zagrożenie takie wisiało nad nami nieustannie. Byle głupstwo i już wściekle wrzeszczeli sanitariusze: "Co, do skrętki ci spieszno? Siarki chcesz?!". A przepisane raz zastrzyki aminozyny robiono już później automatycznie, często zapominając odwołać. Nakłuwali do tego stopnia, że strzykawka nie chciała już wchodzić w pośladki. Pamiętam, zaprowadzono mnie kiedyś do gabinetu fizjoterapii na rozgrzewanie gardła: leningradzka wilgoć spowodowała zaostrzenie mego chronicznego zapalenia migdałków i miałem gorączkę. I oto po wejściu do dużego gabinetu ujrzałem fantastyczny zaiste widok: na kilkunastu tapczanach leżeli na brzuchach ludzie, podstawiając swoje gołe tyłki pod specjalne lampy nagrzewcze. Do tego stopnia nakłuli ich aminozyną, że igła nie przebijała już mięśni i trzeba było jakoś rozsączyć nacieki, żeby znowu zabrać się do "leczenia".

W sumie jednak tacy jak Walerianycz stanowili wyjątek. Wokoło panowała obojętność, znieczulica, cynizm. Jak chirurga nie wzrusza widok krwi, a pracownika prosektorium - widok trupów, tak tutejszym pielęgniarkom, sanitariuszom, lekarzom weszło w krew okrucieństwo. Rozumiało się samo przez się, że chory to nie człowiek, i niektórzy lekarze zupełnie szczerze nazywali szpital "nasz mały Oświęcim".

 

Zdrowy człowiek trafiający w takie miejsce usiłuje odróżnić się jakoś od chorych psychicznie, wyodrębnić się, przekonać otoczenie i samego siebie, że jest inny. Na każdym oddziale tworzy się taka grupka zdrowych, swoisty klub normalnych ludzi w odmętach szaleństwa. Zazwyczaj odnoszą się oni do swych chorych sąsiadów z nienawiścią nie mniejszą niż Walerianycz, i żeby utwierdzić swą wyższość, często obchodzą się z chorymi okrutniej niż sanitariusze. Może pomaga im to wytrwać przy zdrowych zmysłach, a może człowiek musi mieć świadomość, że nie jest ostatni, najgorszy.

Okrutne żarty i szyderstwa z chorych stają się niemal fizyczną potrzebą. W innym bloku, w większej nieco celi, na jakieś dziesięć osób, siedział dziewiętnastoletni chłopak o nazwisku Sapronowicz. Miał bzika, że musi zniszczyć cały Zachód, zwłaszcza Amerykę. Nieustannie naciskał jakieś wyimaginowane guziki - z całkowitym przekonaniem, że wysyła rakiety z bombami atomowymi.

- Wysadzić Amerykę! Zniszczyć! Zabić Kennedy'ego! - wykrzykiwał, naciskając przyciski.

Nie wiedzieć czemu, szczególnie nienawidził Kennedy'ego.

- Sapronowicz! - krzyczeli w jego stronę zdrowi. - Chodź tutaj! Tu jest prawdziwy guzik, naciśnij na ten guzik! - I pokazywali mu przycisk przy drzwiach służący do wzywania sanitariuszy i strażników. Stopniowo tak go przyuczyli do tego guzika, że całymi dniami tkwił przy drzwiach, naciskając go. Sanitariuszom znudziło się przybiegać na fałszywy alarm i nieraz bili go, robili mu zastrzyki, skrętki - bezskutecznie.

A na jesieni Kennedy'ego rzeczywiście zamordowano. Dręczyciele Sapronowicza nie mogli przepuścić tak wspaniałej możliwości, by się poznęcać. Przynieśli mu gazetę z wiadomością o zabójstwie.

- Co, Sapronowicz, doigrałeś się? Myślałeś, że to żarty - guziki naciskać? Teraz uważaj: mordercy na razie nie znaleziono, poszukiwania trwają, ale długo się tu nie ukryjesz - odnajdą. Przecież wszyscy wiedzą, żeś te guziki przyciskał.

Sapronowicz był śmiertelnie przerażony, dosłownie wstrząśnięty. Tydzień przeleżał w łóżku z głową pod kołdrą. Nie wstawał nawet do posiłków - bał się wyjrzeć. Rezultat był zupełnie nieoczekiwany: Sapronowicz prawie wyzdrowiał i nie naciskał już żadnych przycisków.

Czasem na odwrót: ktoś z kręgu normalnych zrywał się raptem, zaczynał bredzić, plątać się, wydziwiać i przestawał być człowiekiem. Znaczyło to, że albo mijała chwilowa poprawa, albo tracił zmysły; był to ciężki moment dla całej reszty. Jeszcze parę dni temu można z nim było rozmawiać, wspólnie oczekiwać zwolnienia i nabijać się z psychicznych, i oto sam przestawał się czymkolwiek od nich różnić. Zacierała się granica między nami i nimi, między normalnymi i nienormalnymi i to było najgorsze. Dlatego też z czasem stajesz się strasznie podejrzliwy, długo obserwujesz spod oka swoich rozmówców - czy wszystko u nich normalne, czy to tylko pozorne zrównoważenie, chwilowe polepszenie? Czy nie skrywają swojego wariactwa?

Przez długi czas interesował mnie wysoki, chudy Łotysz. Podszedł pierwszy i bardzo grzecznie, z lekkim nadbałtyckim akcentem zaczął wypytywać, czy nie interesuję się zoologią. Słyszał, że studiowałem na uniwersytecie na wydziale biologicznym, ale nie znał mojej specjalności. Najbardziej interesowały go rzadkie, wymierające zwierzęta i zbierał o nich wiadomości z książek i pism.

Pod poduszką miał całą teczkę wycinków i notatek na ten temat. Rozłożywszy je starannie na łóżku, długo opowiadał o czerwonopiórej kazarce i ussuryjskim tygrysie - i sam przypominał przy tym jakieś rzadkie, zanikające w przyrodzie zwierzę, nieznanego ptaka.

Często rozmawialiśmy z nim później, na oddziale i na spacerze - i nie mogłem zauważyć w nim niczego niezwykłego prócz tych kazarek. Koniec końców każdy z nas zajmuje się czymś niedorzecznym. Ja uczyłem się na przykład angielskiego i z boku mogło to wyglądać całkiem dziwnie. A jednak podczas naszych rozmów nie mogłem wyzbyć się jakiegoś niepokoju. Jak dziwaczny kościsty ptak, rzucony huraganem z dalekich wysp w cudze krainy, wyglądał absurdalnie, zwłaszcza zimą, podczas spaceru, gdy bojąc się przeziębienia, nawijał na siebie, co się dało, nawet koc. Nikt nie wiedział, za co siedzi, a głupio było pytać. Mówiono, że spędził tu już siedem lat, a przedtem dziesięć odsiedział w łagrach. Jego dywagacje były jednak całkiem logiczne, trzymały się kupy i nigdy nie przyłapałem go na żadnej niedorzeczności.

Kiedyś, późno wieczorem, przed ciszą nocną, zaczytany w swoich angielskich książkach, zapomniałem zupełnie o szpitalu z jego psychicznymi... Nagle głośny spór, kłótnia niemalże. Mój Łotysz, wymachując rękami jak skrzydłami, głośno i dobitnie perorował:

- Zupełnie tego nie rozumiecie. To jest problem. Na Łotwie jest teraz mniej niż połowa Łotyszów. Ponad połowa przyjeżdża z Rosji. Rodzą się dzieci z mieszanych małżeństw. Nie wiedzą już, za kogo mają się uważać. Zapominamy swój język, swoją kulturę. Jesteśmy ludem ginącym. Wkrótce nie będzie już wcale Łotyszów. Proszę zamknąć okno. Nie mogę się przeziębić. - I zdało mi się nagle, że machnie za chwilę skrzydłami, wzbije się w nocne niebo i odleci do swych czerwonopiórych kazarek, ussuryjskich tygrysów i szarych czapli.

Zdarzało się, że w całej celi nie było nawet z kim zagrać w domino, nie mówiąc już o szczerej rozmowie. I sam już nie wiesz, kto jest nienormalny: ty czy oni. Nawet sanitariusze raptem zdają się aniołami. I bez uśmiechu wspominasz teraz nieszczęsnego Singa, serio wierzącego w swoje szaleństwo.

Kto wie, którędy przebiega granica? Kto mnie uprzedzi, że  t o  się już zaczęło? Nadal będę budził się szarymi leningradzkimi porankami, łaził bez sensu po celi, słuchał godzinami, jak jakiś wariat naprzeciwko wyje całymi dniami schrypniętym głosem, nadal raz na dzień wraz z tłumem obszarpanych szaleńców będę wychodził na dziedziniec i włóczył się wzdłuż płotu... Co się zmieni? Kolory, dźwięki, zapachy? Czy płot stanie się bielszy, niebo cięższe? A może już się zmieniło? Może to ja wyję, zachłystuję się i tylko zdaje mi się, że dźwięk dochodzi z przeciwległej celi? Siedzę na łóżku, kiwam się i wyję, obejmując głowę rękami... Wszystko, co sami robimy, zawsze zdaje się nam logiczne, uzasadnione. Jak więc t o zauważyć, kogo zapytać?

Usiłując odgrodzić się od całego otoczenia, skoncentrowałem się na angielskich książkach. Przez cały dzień, od pobudki do ciszy nocnej przedzierałem się przez zawiłości zdań Dickensa albo Coopera, starałem się nie patrzeć na boki, niczego nie słuchać i żyć urojonym życiem bohatera książki. Po miesiącu skonstatowałem z przerażeniem, że zacząłem myśleć po angielsku. Miałem już nawet trudności z mówieniem po rosyjsku i gdy matka przyjechała na widzenie, złapałem się na tym, że odpowiadam jej, tłumacząc z angielskiego. Otóż to, zaczyna się! - drętwiałem ze strachu. Myślę, iż każdy z nas najbardziej obawiał się, że w chwili zwolnienia - jeśli takowa nastąpi - będzie nam już wszystko jedno, nie odczujemy żadnej różnicy między wolnością i niewolą.

Siedział w naszej celi chłopak o nazwisku Karaułow, w przeszłości tłumacz w biurze podróży. Na pierwszy rzut oka całkiem normalny i osoba postronna mogła go wziąć za zdrowego. Ale miał jeden punkcik: bał się, że go zjedzą. Gzy uważał, że jego mięso jest niezwykle smaczne, czy coś tam innego - nie wiem, ale dość było spojrzeć na niego badawczo i z miejsca zaczynał się niespokojnie wiercić, usiłował odejść pod drzwi. Rzecz jasna pastwiono się nad nim, jak się tylko dało. Pod wieczór zazwyczaj ktoś zwracał się głośno przez całą salę do przyjaciół:

- Chłopcy, nie macie czasem soli?

- Mamy, a po co ci? - podchwytywali natychmiast przyjaciele. Karaułow zaś cały drętwiał i tylko wzrok miotał mu się gorączkowo, szukając wyjścia.

- A nożyk macie? - nie ustawali dręczyciele.

Wówczas Karaułow nie wytrzymywał, zrywał się z miejsca i z potwornym rykiem rzucał się do drzwi, wołać na pomoc sanitariuszy. Przesiedział ze trzy lata i pod koniec niby ozdrowiał, wypisano go. Minęło wiele lat i przypadkiem spotkałem go w Moskwie, na ulicy Gorkiego. Po paru chwilach rozmowy zapytałem go niespodziewanie:

- I co, Karaułow, nie boisz się, że cię zeżrą? 

Z miejsca wzrok zamiotał mu się nerwowo.

- Cóż to, nawet tutaj, w centrum Moskwy? - zdziwiłem się.

- Kto ich tam wie... - wymamrotał i prysnął w tłum.

Zdarzało mi się spotykać desperatów, zdecydowanych dla byle głupstwa ryzykować życiem, ale ani jednego, który zgodziłby się ryzykować utratą rozumu. Każdy, sądzę, wolałby śmierć. Dlatego musisz wychwycić sam początek, póki jesteś w stanie się kontrolować, by zdążyć postawić krzyżyk. Potem będzie za późno, wszystko ci zobojętnieje.

Doskonale zdawali sobie sprawę, że mamy w zanadrzu takie wyjście, dlatego ani szkiełka, ani skrawka żelaza nie można było znaleźć na naszym spacerniaku. Nawet zapałki nam nie przysługiwały, żebyśmy się nie spalili. Ręcznik należało na noc powiesić na oparciu łóżka, żeby był widoczny przez judasza. Zabraniali spać z głową pod kołdrą. Ręce przez całą noc miały spoczywać na kołdrze, a dyżurni sanitariusze bezustannie zaglądali do celi. Ale istniał jeden sposób, o którym nie mieli pojęcia, sposób, o którym opowiadaliśmy sobie szeptem. I przynajmniej to jedno prawo chcieliśmy zachować dla siebie.

 

Ucieczka była czystym szaleństwem, zbyt pilnie nas kontrolowano. Sanitariusze, strażnicy, pielęgniarki, lekarze - wszyscy pilnowali nas i siebie nawzajem. Czyniłem, co tylko mogłem, by zniechęcić pewnego gościa do ucieczki, ale nie sposób było go powstrzymać: następnego dnia mieli mu zacząć kurację. Rezultat był obojętny, nie było wyjścia. Wówczas opowiedziałem mu sposób - na wypadek, jeśli go złapią.

Mówią, że nie trafił, gdy skakał z muru: liczył, że wyceluje na przejeżdżającą ciężarówkę z deskami, ale chybił. Strażnik spudłował albo strzelał w powietrze, trudno powiedzieć. Słychać było tylko, jak huknęły jeden po drugim trzy strzały. Sanitariusze zaczęli biegać, przeliczać wszystkich w celach.

Zamknęli go w pierwszym bloku. Długo bili, zrobili skrętkę, a potem miesiąc trzymali na zastrzykach z siarki. Dopiero po dwóch miesiącach przypadkowo się nań natknąłem: chudy, pożółkły starzec z gorączkowo błyszczącymi zapadniętymi oczami. Nie poznał mnie. Wątpliwe, by pamiętał, o czym rozmawialiśmy.

 

Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego i z wolna obrasta jakby grubą, nieczułą powłoką. Trzeba nauczyć się niczego wokół nie widzieć, nie myśleć o domu, nie wyczekiwać wolności. I tak przystosować się do tego życia, by upływało obok ciebie. Wszystko, co się dzieje, staje się nierealne i z miejsca odchodzi w niepamięć. Stopniowo wypracowała się we mnie ta obojętność. Tylko do jednego nie mogłem się przyzwyczaić. Wieczorami słychać było wyraźnie, jak za ogrodzeniem suną po asfalcie opony leningradzkich autobusów i ten dźwięk kopał mnie jak prąd. Wszystko wokół stawało się wyraźne i realne, aż do bólu. Nie, nie każde życie lepsze jest od śmierci.

 

Nie musiałem skorzystać ze  s p o s o b u,  po prostu miałem szczęście: ani jednego zastrzyku, ani jednej tabletki nie dostałem przez cały ten okres. Wkrótce przeniesiono mnie na dziesiąty oddział, najlepszy, gdzie w dzień otwierano nawet cele i wolno było spacerować po korytarzu, jedyny oddział, gdzie nie istniał terror sanitariuszy. Jego ordynator, pułkownik Kalinin, starzec pod osiemdziesiątkę, nie wierzył w nieuzasadnioną agresywność chorych.

- Pięćdziesiąt lat jestem psychiatrą - mówił sanitariuszom, usiłującym przekonać go, że chory się wzbudził i na nich napadał - lecz nigdy nie widziałem, by chory sam zaatakował. Coś mu zrobiliście.

I miał zupełną rację: ja również nigdy nie widziałem, by chory rzucił się na kogoś bez powodu. Tylko że powód nie zawsze łatwo odgadnąć. Kiedyś ledwo uniknąłem ciosu potężnego chłopa: rzucił się na mnie, gdy mijałem jego pryczę. Rzecz w tym, że część podłogi wokół pryczy uważał za swoje terytorium i gotów był zniszczyć każdego, kto tylko na nie wstępował. Niezwykle ważne jest, by z miejsca wyjaśnić dziwactwa swych sąsiadów, wówczas można żyć bezpiecznie. A najważniejsze - nigdy się ich nie bać. Strach i wrogość wyczuwają jak zwierzęta.

Leonid Aleksiejewicz Kalinin był osobistością legendarną. Nie uznawał moskiewskiej szkoły psychiatrów i wszystkich moskiewskich schizofreników, którzy do niego trafiali, z miejsca przerabiał na psychopatów, alkoholików, chorych na malarię.

- Proszę powiedzieć, nie cięły pana komarki? - zwracał się swym przymilnym, cichym starczym głosikiem do jakiegoś sześćdziesięcioletniego faceta, i ten, podrapawszy się w głowę, zmuszony był przyznać, że wypadek taki miał zapewne miejsce. To wystarczyło, by rozpoznać u chorego patologiczne następstwa malarii.

- Wódkę pan pije? - łagodnie pytał potężnego mordercę.

- Spożywam - krygował się osiłek.

- A dużo? - Sam Kalinin przez całe życie nie pił, nie palił i uważał, że całe zło tego świata bierze się z wódki i tytoniu.

- Zdarzyło się łyknąć kapeńkę od święta, przy wypłacie - wiercił się zbój.

- A na kaca?

- Trafiało się...

Kto dziś nie pije, kto z rana nie poprawia? Zapieranie się wyglądałoby na głupotę, rzecz nieprawdopodobną, więc wszyscy z miejsca przemieniali się w alkoholików.

Po nasłuchaniu się o dziwactwach Kalinina oświadczyłem podczas pierwszej rozmowy, patrząc mu bezczelnie w oczy, że komarków nie widziałem od urodzenia - nie żyją one w stolicy naszej ojczyzny. Alkoholu zaś nigdy nie używam, nawet piwo mnie mierzi.

- A może jeździł pan gdzieś za miasto? - nie dawał za wygraną Kalinin. - Z kolegami, na wycieczkę? Wiecie, ich można przecież nie zauważyć, tych komarków...

Czuł, że wymykam mu się bezpowrotnie. Ale byłem bezlitosny, wyrzekłem się nawet wycieczki. Gdyby wiedział, jakie chmary komarów osaczały nas na Syberii! Przyglądał mi się z miesiąc, ale i ja już byłem wyuczony: miałem bardzo przyjazne stosunki z pielęgniarkami i sanitariuszami, z felczerem grałem wieczorami w szachy, flirtowałem z siostrą przełożoną i wszystkich strażników częstowałem papierosami. Notatki na mój temat w dzienniku obserwacji bardziej, zdaje się, przypominały rekomendację do partii niż opis zachowania chorego psychicznie, gdyż po miesiącu wezwał mnie ponownie:

- Mam wrażenie, że trafił pan do nas przez pomyłkę. Nie znajduję u pana żadnej dolegliwości.

Zapewniłem go wówczas, że zawsze podzielałem ten pogląd, tyle że nikt nie dawał mi wiary; będę uszczęśliwiony, jeżeli wyjaśni to nieporozumienie. Rozstaliśmy się całkiem z siebie zadowoleni. Ale na próżno się cieszyłem: okazało się, że ten stary osioł, nie mogąc wykryć u mnie żadnej choroby, ubzdurał sobie, że symuluję. Na serio zwrócił się do swoich przełożonych z prośbą o anulowanie wszystkich moich diagnoz i przeniesienie mnie z powrotem do śledztwa, do tychże osobników, którym poprzednio za żadne skarby nie kleił się ogólny obraz. Liczył, że uszczęśliwi ich swym odkryciem! Łatwo sobie wyobrazić, jaki poryw twórczego natchnienia wywołał u moich artystów.

A ja ryzykowałem, że utknę na zawsze między Moskwą i Leningradem. Walka między moskiewską i leningradzką szkołą psychiatryczną osiągnęła wówczas swoje apogeum. Leningrad całkowicie odrzucał autorytet Snieżniewskiego i jego schizofrenię bezobjawową. Ja zaś jak na złość otrzymałem w Instytucie Serbskiego dwie diagnozy ze znakiem zapytania: psychopatyczny rozwój osobowości i schizofrenia bezobjawową. Mimowolnie stałem się przedmiotem ich naukowego sporu i dopóki trwał, czekało mnie siedzenie.

Nie sądzę, by Snieżniewski stworzył swoją teorię bezobjawowej schizofrenii specjalnie na użytek KGB, ale niesłychanie przystawała ona do potrzeb chruszczowowskiego komunizmu. W świetle teorii ta społecznie groźna choroba mogła się rozwijać niezwykle powoli, bez żadnych symptomów i nie osłabiając intelektu chorej osoby, a wykryć ją mógł jedynie Snieżniewski albo jego uczniowie. KGB starało się naturalnie, by uczniowie Snieżniewskiego jak najczęściej znajdowali się wśród ekspertów w sprawach politycznych: na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Snieżniewski praktycznie podporządkował sobie całą sowiecką psychiatrię. W sześćdziesiątym czwartym jednak w Leningradzie uważano go po prostu za szarlatana i wszyscy jego "schizofrenicy", trafiając do Leningradu, z miejsca odzyskiwali zdrowie.

Tradycyjnie decyzja odnośnie do spornej diagnozy mogła zapaść wyłącznie w rezultacie naukowej dyskusji wszystkich zainteresowanych stron, a jak długo potrwa, pozostawało tajemnicą. Była przynajmniej jedna dobra strona tej sytuacji: nie leczono mnie.

Na dziesiątym oddziale skupiło się oczywiście najwięcej politycznych - jakieś 35 - 40 osób na ogólną liczbę pięćdziesięciu pięciu. Większość stanowili "uciekinierzy" - osobnicy, którzy usiłowali dać nogę z ZSSR. Jakich tylko sposobów nie próbowali, by wyrwać się ze swej ukochanej ojczyzny: wpław, na pontonach, z aparatami do nurkowania, helikopterami własnej roboty, szybowcami i rakietami, pieszo przez granicę, w ładowniach statków i pod wagonami towarowymi. Nie mogę wręcz wymyślić metody, która nie byłaby już wykorzystana.

Wszyscy oni zostali oczywiście uznani za niepoczytalnych - jaki normalny człowiek zechciałby uciekać teraz, gdy wreszcie po wszystkich błędach poczęły rysować się kontury komunizmu? Niektórym udawało się szczęśliwie przekroczyć granicę, ale wydawano ich z powrotem. Jednego - Finowie, drugiego - Polacy, trzeciego - Rumuni. Obok mnie spał chłopak o przezwisku Chochoł: stary kryminalista, pół życia spędził w łagrach. Na wszystkie pytania śledczego o powody, które skłoniły go do ucieczki z kraju, odpowiadał:

- A co wam za różnica, obywatelu naczelniku? Ja jestem przecież niedobry, przestępca, recydywista. Po cóż więc mnie trzymacie? Psuję wam tutaj fajne życie, po co wam jestem potrzebny? Niech bydlaki kapitaliści się ze mną użerają! - Rzecz jasna, musiał leczyć się ze swych niebezpiecznych omamów.

Inną liczną grupę stanowiły osoby, które usiłowały przedostać się do ambasad. Prości ludzie sowieccy żywią naiwną wiarę, że z ambasady wywiozą ich jakoś potajemnie za granicę - trzeba się tam tylko dostać. Z nimi było jeszcze trudniej: żaden przepis nie zabrania wchodzenia do ambasady - jak ich sądzić?

Łotysz nazwiskiem Pintan uciekł z Łotwy wiele lat temu, podczas agresji wojsk sowieckich. Mieszkał w Australii, pracował jako doker, założył rodzinę. Wreszcie dotarły do Australii słuchy o chruszczowowskiej odwilży i pociągnęło go do domu, zobaczyć, jak rodacy żyją na ojczyzny łonie. Przyjechał z całą rodziną, wpuścili go chętnie. Ale gdy nie ujrzawszy odwilży, zaczął zbierać się do Australii, okazało się, że z powrotem właśnie się nie da, nie wolno. Nie zatroszczył się w odpowiednim czasie, by załatwić sobie australijskie obywatelstwo: mieszkał w Australii jako obywatel Łotwy, ze starym paszportem, jako że nie miało tam dla nikogo znaczenia, jaki miał paszport. A tutaj wcale nie jest to bez znaczenia: Związek Sowiecki nie uznaje żadnej niezależnej Łotwy. Wytłumaczono obywatelowi Pintanowi, że przez te wszystkie lata był obywatelem ZSSR, sam o tym nie wiedząc. W żaden sposób nie mógł przyswoić sobie tej nieskomplikowanej myśli: awanturował się, usiłował przebić się do ukochanej australijskiej ambasady, więc też leczyli go teraz aminozyną.

Całkiem młody chłopak Worobiow dostał się jednak do ambasady amerykańskiej. W tym celu wymalował się na Murzyna. Przesiedział tam ze dwie godziny. Wytłumaczyli mu, że nie istnieje bezpośrednie przejście podziemne z ambasady na drugą stronę kuli ziemskiej. Dla opuszczenia kraju niezbędna jest zgoda władz sowieckich. Przyszło mu wracać z powrotem. Jak na złość raptem się rozpadało i Murzyn na oczach milicjantów zaczął puszczać farbę. Cała jego murzyńska smagłość poczęła strumykami zeń spływać. Takie zjawisko przyrody żywo zainteresowało niektórych cywilów spacerujących sobie przed wejściem do ambasady i skierowali go do lekarzy na badanie. Sowiecka psychiatria sądowa słusznie orzekła, że tylko wariat może chcieć dobrowolnie przemienić się z białego w Murzyna, a potem jeszcze usiłować dostać się do Ameryki, gdzie, jak wiemy z gazet, linczują nawet własnych Murzynów. Teraz te rasowe zachcianki tępili w nim zastrzykami i stan jego ulegał szybkiej poprawie.

Jakich też dziwaków nie przyszło mi tu spotkać! Francuskiego komunistę, z pochodzenia Rumuna, Nikołaja Georgiewicza Prisakaru nękały okowy kapitalizmu. Dusił się w rodzinnej Marsylii: ani równości, ani braterstwa nie pozostało już we Francji od czasów, gdy zdobywano Bastylię. Miał w życiu tylko jedno marzenie, jedną nadzieję: Związek Sowiecki. Z tym też przyjechał.

W Mołdawii, gdzie zgodnie z kwalifikacjami zatrudnił się w fabryce obuwia, zdumiała go jego pensja: nie sposób było za nią nabyć nawet pary tych butów, które produkował. Jasne było, że sporadyczne niedostatki należy poprawiać w zgodności z jedyną słuszną teorią. Zebrał więc robotników i usiłował wytłumaczyć im bieżące zadania proletariatu, proponując przeprowadzenie strajku:

- Jestem przekonany, że komitet centralny  n a s z e j  partii nas poprze! Przecież jest to w interesie ludu pracującego - przekonywał ponurych słuchaczy. Najprawdopodobniej doszli do wniosku, że mowa jest o francuskiej partii komunistycznej, w przeciwnym razie nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie ich zgody na strajk.

Po paru dniach przedstawiciele awangardy ludu pracującego w cywilu wieźli go już do szpitala na badanie: przed chorobą psychiczną nie są zabezpieczeni nawet komuniści francuscy. W leningradzkim szpitalu psychiatrycznym zachowywał się skromnie i smętnie łykał aminozynę. Początkowo usiłował jeszcze tłumaczyć swym łamanym rosyjskim, że u nas, w Związku Sowieckim, komunizm nie jest całkiem właściwy, nie taki jak we Francji, a niepowodzenia przypisywał knowaniom Watykanu. Lecz jego zasób słów był niezwykle ubogi - poprawnie wymawiał po rosyjsku jedynie trzy słowa: "kasza", które wymawiał z francuska, "kaszá", "moje" i "kocham". I gdy kucharze wyskrobywali ostatki z kotła i krzyczeli: "Komu kaszy? Pół miski zostało!" - ten zrywał się na równe nogi i najszybciej ze wszystkich pędził z miską pod klapę: "Kaszá, moje, kocham!".

Oprócz "uciekinierów" i usiłujących dostać się do ambasad siedziało jeszcze z dziesięć osób za propagandę antysowiecką: dowcipy, literaturę, ulotki. No i kilka osób za szpiegostwo, to znaczy za kontakty z cudzoziemcami. Tutaj również siedział Michaił Aleksandrowicz Narica, pisarz, który jako pierwszy przekazał za granicę swój rękopis do druku. W późniejszych latach ta przypadłość nader się w ZSSR rozpowszechniła, ale wówczas było to jeszcze nowością i spoglądaliśmy na Naricę z zazdrością - przynajmniej człowiek wiedział, za co siedzi.

Z rana chodziliśmy do pracy w warsztatach, i choć formalnie nie było przymusu, chęć pracy traktowano jako objaw poprawy. Większość zatrudniono przy szyciu, a jakieś pięć osób - w introligatorni, w tym również mnie. Nie musiałem wykazywać swojego ozdrowienia, i tak uważano mnie za zdrowego, a do introligatorni chodziłem, ponieważ przynoszono mi do oprawy książki z psychiatrii i można je było ukradkiem poczytać. Ponadto poprzez warsztaty nawiązywało się łączność z innymi blokami, gdzie też siedziało wielu naszych.

Przed obiadem godzina spaceru, później znów praca. Wszyscy żyli głównie oczekiwaniem na centralną komisję. Przyjeżdżała z Moskwy mniej więcej raz na osiem miesięcy i z nią wiązały się wszystkie nasze nadzieje.

Dowcipy o domu wariatów, jak wiadomo, zaczynają się od przyjazdu komisji. Istotnie, komisja nasza się do tego nadawała. Pracowała wszystkiego dwa, trzy dni i w tym czasie miała zbadać tysiąc chorych: na każdego przypadało półtorej, dwie minuty, nie więcej. Każdemu zadawano dwa stereotypowe pytania: o stosunek do własnej choroby (tzn. czy wykazuje krytycyzm) i co zamierza robić po zwolnieniu. Rozpoznanie stanu pacjenta na takiej komisji było niemożliwe - wypisywano po prostu tych, których rekomendował szpital.

Przytłaczająca większość "politpsychicznych" z zapałem przejawiała krytykę; absurdem wydawało się zapieranie, przed oczami mieliśmy przykład Samsonowa. Tok rozumowania był w przybliżeniu następujący: lepiej żebym wyszedł, coś zrobił, i tak tu jeszcze trafię, niż żebym całe życie bez sensu przesiedział w wariatkowie. Wobec kogo bronić swych zasad - wobec psychiatrów? Tyle tylko uzyskasz, że przepiszą ci zastrzyki sulfazyny. Szczególnie upartych wysyłali ponadto po paru latach do Syczowki, jako chronicznie chorych, nie wykazujących poprawy. Z Syczowki w owych czasach nikt żywy nie wracał.

Ta fałszywa skrucha, przyznanie się do choroby, zdawało się do tego stopnia uzasadnione i rozsądne, że nikt się nawet tego nie wstydził, nie ukrywał przed kolegami w celi, i po powrocie z komisji chętnie opowiadał wszystko ze szczegółami - wręcz inscenizował przesłuchanie. Jeden niedoszły zbieg napisał nawet wiersz do przewodniczącego komisji profesora Torubarowa i wręczył mu w trakcie konsylium:

 

Torubarow, bracie drogi, 

Puść mnie, gdzie mój dom ubogi! 

Już nie wejdę, bracie drogi, 

W żadnej ambasady progi, 

Za granicę nie dam nogi. 

Puść mnie, Torubarow drogi!

 

Ale psychiatrom nie wystarczała już sama formalna skrucha - oczekiwali wiarygodności. Dlatego na jakieś pięć miesięcy przed przyjazdem komisji tym, których termin zwolnienia się zbliżał, urządzano prowokacje. Pielęgniarki, strażnicy, lekarze zaczynali się ich czepiać, usiłowali wyprowadzić ich z równowagi, obrazić, i jeśli pacjent nie wytrzymywał, reagował jak każdy normalny człowiek - z miejsca zaznaczano w jego historii choroby, że stan jego się pogorszył, i o żadnym zwolnieniu podczas najbliższej komisji nie mogło być mowy.

Prowokacje urządzano nie tylko politycznym, była to powszechna praktyka. Proponując chorego do zwolnienia, lekarz ryzykował, bo jeśli chory po zwolnieniu ponownie tu trafiał, lekarza pociągano do odpowiedzialności. Naturalnie więc każdy chciał sprawdzić, czyjego podopieczny nie powtórzy swoich zachowań w warunkach zbliżonych do normalnych, to znaczy takich, jakie stwarzał personel.

Jeżeli na przykład sanitariusz dał ci w ucho albo odebrał posiłek, a ty w odpowiedzi "wzbudziłeś się" - jaka jest gwarancja, że znowu nie wpadniesz? Tam, na wolności, w codziennym życiu czekają cię gorsze rzeczy. I jeśli nie nabyłeś odpowiedniej pokory, nie nauczyłeś się tłumić swoich reakcji - posiedź lepiej jeszcze jakiś czas tutaj. Nie nadajesz się jeszcze do życia wśród normalnych sowieckich ludzi.

Trzeba było nieustannie mieć się na baczności, żyć w napięciu, nie pozwalać sobie na moment oderwać się od rzeczywistości i kontrolować każdy swój gest. I nie wolno było wierzyć ani jednemu słowu lekarzy czy pielęgniarek.

Chorzy nie powinni byli znać wyników komisji. Wypisanym lekarz dawał na osobności do zrozumienia, że ich zwolniono. Ten właśnie okres wykorzystywano do prowokacji. Po zakończeniu obrad komisji chorego informowano w tajemnicy, że został jakoby wypisany i dwa, trzy miesiące po rozprawie zostanie zwolniony. Rozprawa była zwykłą formalnością, zazwyczaj nie uchylała decyzji komisji. Wtedy to właśnie ujawniały się w człowieku wszystkie skłonności, które krył przed komisją, wtedy właśnie pilnowali go, prowokowali, zaczepiali. Uważał przecież, że jest już jedną nogą na wolności, sprawa jest w sądzie i lekarze nie mogą jej zablokować. Zdarzało się, że odprowadzali człowieka nawet na wartownię, niby że już całkiem zwalniają. Zegnał się ze wszystkimi, pakował rzeczy i szedł z całkowitą pewnością, że idzie na wolność. Po drodze zaś, na tych ostatnich 50 metrach pielęgniarka wciąż starała się go sprowokować, wyciągnąć na zwierzenia, i już przy samej bramie zawracała go raptem. Bywało, że ludzie naprawdę wariowali od tych prowokacji.

Nie przyszło mi się kajać i lękać podstępu. Oznajmiając, że jestem symulantem, Kalinin domagał się ponownego śledztwa w mojej sprawie. W KGB wybuchł popłoch i na komisji wytworzyła się sytuacja zupełnie absurdalna. Jej członkowie wykazywali, że byłem uprzednio chory, Kalinin zaś oskarżał ich niemalże o osłanianie przestępcy przed zasłużoną karą. Im naturalniej się zachowywałem, tym więcej dostarczałem komisji dowodów swojej choroby. I przeciwnie - samokrytyka i skrucha wzmocniłyby jedynie pozycje Kalinina. Poniósł klęskę i zostałem wypisany z diagnozą "psychopatia kręgu paranoidalnego w stadium kompensacji".

Dziwaczne jest to nasze życie: wystarczyło, bym przyznał się do komarków - trzy lata siedzenia pewne, nim Kalinin obaliłby moją diagnozę i zrobił ze mnie chorego na malarię. Decydującą rolę odegrało oczywiście KGB. Na naszym oddziale siedział jeszcze jeden, którego nigdy nie pogryzły komarki - zwyczajny morderca o nazwisku Ławrow. Bóg jeden wie, czy rzeczywiście był chory w chwili zabójstwa, czy też udawał - spróbuj się wyznać po trzech latach - ale nasz dziadek Kalinin oznajmił, że to symulant. Dla Ławrowa było to równoznaczne z egzekucją. Czegóż on tylko nie robił: usiłował przegryźć sobie żyły, rzucał się na sanitariuszy, nawet jadł własne odchody - bezskutecznie. Kalinin niezmiennie mówił mu swym cichutkim głosikiem:

- Jecie, Ławrow, swoje ekskrementy, a na próżno - i tak uznam was za zdrowego... - I zapędził w sumie chłopa przed pluton egzekucyjny.

Łatwo wyobrazić sobie zdumienie i oburzenie Kalinina, gdy nie pozwolili mu mnie "demaskować". Najwidoczniej na serio uważał zachowanie swoich kolegów za spisek przeciw władzy: z rozpędu żył jeszcze w blasku tych czasów, gdy więźniów politycznych ratowano w domach wariatów przed rozstrzelaniem i obozami zagłady, a obowiązkiem patrioty było ich zdekonspirować. Opowiadali mi później znajomi psychiatrzy, że w latach trzydziestych Kalinin był znanym donosicielem, ale oto nie wyczuł nowych prądów, nie pojął zadań psychiatrii na etapie rozwiniętej budowy komunizmu - i wkrótce przepędzili go na emeryturę.

26 lutego 1965 roku jako podleczony paranoik zostałem wypisany pod opiekę matki. Nie miałem się co obawiać prowokacji i szedłem do bramy wesoło, niefrasobliwie. Pożegnałem się z chłopcami i pomaszerowałem: przede mną była wolność. Ani sanitariuszy, ani strzykawek, ani krat - żyj i hulaj. Na pożegnanie jeden z kolegów powiedział:

- Wyjdziesz teraz za bramę i wszystko zapomnisz, nawet listu nie napiszesz. Tak to zawsze bywa. Wszyscy odchodzą, obiecują złote góry, a potem żeby choć kartkę przysłali!

- A co? - podchwycił drugi. - Zaraz do pracy, do nauki, potem żona - i koniec. Spotkasz na ulicy - nie poznasz...

Cóż, być może niektórym udaje się zapomnieć. Ale ja nawet po dziesięciu latach pamiętam nasz sposób, z którego nie przyszło mi skorzystać, pamiętam też pisk opon trolejbusu, odjeżdżającego w nocny Leningrad.

 






Władimir Bukowski - I powraca wiatr... - cz. 2