Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 2002/08/17-18

 

ROBERT KAGAN

KOWBOJE I BARMANI

 

 

Przekształcenie Europy w globalne supermocarstwo, przeciwwagę dla potęgi Stanów Zjednoczonych, mogło okazać się jednym z walorów przetargowych Unii Europejskiej. Ale Europa nie chce być silna. Jest i będzie słaba. Będzie coraz bardziej z tyłu za wszechpotężną Ameryką, aż ich drogi rozejdą się ostatecznie - uważa Robert Kagan. Publikujemy artykuł, który wzburzył Europejczyków

 

Czas przestać udawać, że Europejczycy i Amerykanie mają wspólny pogląd na świat, a nawet - że żyją w tym samym świecie.

Amerykanie są z Marsa, a Europejczycy z Wenus

Różnią się w kwestii tak istotnej jak władza - jej skuteczność, wymiar moralny, atrakcyjność. Europa przenosi się ze świata, w którym rządzi władza i siła, do samowystarczalnego świata praw i reguł, międzynarodowych negocjacji i kooperacji. Wkracza do posthistorycznego raju, gdzie panuje spokój i względny dobrobyt, świata będącego spełnieniem kantowskiego ideału "wiecznego pokoju". Stany Zjednoczone natomiast tkwią po uszy w historii, stosując siłę i władzę w anarchicznym świecie Hobbesa, gdzie międzynarodowe prawa i reguły zawodzą - gdzie bezpieczeństwo, obrona własna i krzewienie liberalnego porządku nadal wymagają potęgi militarnej.

Dlatego w odniesieniu do najważniejszych strategicznych i międzynarodowych problemów współczesności Amerykanie są jakby spod znaku Marsa, a Europejczycy - Wenus. W niewielu sprawach zgadzają się i coraz mniej rozumieją się nawzajem. I nie jest to przejściowy efekt jednych wyborów w USA albo jednego tragicznego zamachu. Przyczyny transatlantyckiego podziału są głębokie, zadawnione i zapewne trwałe. Kiedy trzeba określić narodowe priorytety, rozpoznać zagrożenia, kształtować i wprowadzać w życie politykę zagraniczną i obronną, drogi Stanów Zjednoczonych i Europy rozchodzą się.

Amerykański kij i europejska marchewka

Łatwiej zobaczyć ten kontrast Amerykaninowi mieszkającemu w Europie. Europejczycy są bardziej świadomi pogłębiających się różnic zapewne dlatego, że bardziej się ich boją. Niemal wszyscy europejscy intelektualiści sądzą, że nie łączy ich już z Amerykanami wspólna "kultura strategiczna". Skrajnie karykaturalna wizja ukazuje Amerykę jako opanowaną przez "kulturę śmierci", gdzie wojowniczość jest skutkiem agresywnego społeczeństwa, w którym każdy ma broń i istnieje kara śmierci. Nawet ci, którzy nie myślą tak prostacko, podkreślają zasadniczą różnicę między amerykańskim a europejskim sposobem uprawiania polityki zagranicznej.

Ich zdaniem Amerykanie łatwiej uciekają się do siły i w porównaniu z Europą są w dyplomacji mniej cierpliwi. Dzielą świat na dobro i zło, na wrogów i przyjaciół; Europejczycy zaś widzą obraz bardziej zniuansowany. W konfrontacji z przeciwnikiem Amerykanie wolą przymus od perswazji, politykę sankcji od zachęcania innych do słusznego postępowania, kij od marchewki. Problemy w polityce zagranicznej mają być rozwiązywane, zagrożenia - eliminowane. Mniej są skłonni do korzystania z pośrednictwa instytucji międzynarodowych, jak ONZ, i współpracy z innymi narodami; podchodzą z rezerwą do prawa międzynarodowego i gotowi są je przekraczać, ilekroć uznają to za niezbędne lub choćby użyteczne.

Europejczycy uważają, że mają większe wyczucie. Starają się wpływać na innych pośrednio, subtelniejszymi metodami. Łatwiej znoszą porażki i mniej się niecierpliwią, gdy trzeba czekać na efekty. Na ogół wybierają pokojowe rozwiązania, od przymusu wolą negocjacje, dyplomację i perswazję. Aby rozstrzygnąć spór, chętniej odwołują się do międzynarodowego prawa i umów, do światowej opinii publicznej. Próbują wykorzystywać handel i gospodarkę, by wiązać ze sobą narody. Często większą wagę niż do efektu przywiązują do samego procesu, wierząc, że w końcu nabierze realnych kształtów.

Ten podwójny portret jest oczywiście pełen uproszczeń. Europejczycy są przecież różni, np. Brytyjczycy patrzą na potęgę władzy bardziej po "amerykańsku" niż wielu Europejczyków z kontynentu. Istnieją też różnice po drugiej stronie Atlantyku. Demokraci w USA wydają się bardziej europejscy od Republikanów, a sekretarz stanu Colin Powell robi bardziej europejskie wrażenie niż sekretarz obrony Donald Rumsfeld. Wielu Amerykanów, zwłaszcza wśród intelektualnej elity, czuje się z własną "twardą" polityką zagraniczną równie nieswojo jak Europejczycy.

Mimo to owa karykatura ujmuje istotę rzeczy - Stany Zjednoczone i Europa różnią się dziś zasadniczo. Więcej łączy Powella z Rumsfeldem niż z Hubertem Védrinem [były minister spraw zagranicznych Francji - red.], a nawet Jackiem Strawem [jego brytyjski odpowiednik]. Kiedy mowa o użyciu siły, Demokraci głównego nurtu mają więcej wspólnego z Republikanami niż z większością europejskich socjalistów i socjaldemokratów. W latach 90. nawet amerykańska lewica była bardziej skłonna do siłowych rozwiązań i miała bardziej manichejski światopogląd niż większość jej europejskich partnerów. Za Clintona USA bombardowały Irak, a także Afganistan i Sudan. Nie skłamiemy, twierdząc, że europejskie rządy tak by nie postąpiły. Pozostaje otwartą kwestia, czy zaatakowałyby Belgrad w 1999 r., gdyby nie zmusiły ich do tego Stany Zjednoczone.

Wbrew opinii wielu Europejczyków i niektórych Amerykanów różnice "kultury strategicznej" nie wynikają z charakteru narodowego. W końcu to, co Europejczycy uważają dziś za fundament swej bardziej pokojowej kultury, jest całkiem świeżej daty. Od zupełnie odmiennej kultury - dominującej przez stulecia przynajmniej do I wojny światowej - Europa odchodziła stopniowo. Europejskie rządy i narody wdały się z entuzjazmem w tę wojnę, wierząc w Machtpolitik. Korzenie ich dzisiejszego światopoglądu - podobnie jak Unii Europejskiej - sięgają oświecenia, ale mocarstwowa polityka europejska ostatnich trzech stuleci nie urzeczywistniała wizji filozofów i fizjokratów.

Nie ma też nic ponadczasowego ani w obecnej ufności USA w siłę jako instrument polityki międzynarodowej, ani w zastępowaniu prawa międzynarodowego jednostronnymi działaniami. Amerykanie są również dziećmi oświecenia, u zarania republiki byli najwierniejszymi apostołami tej wiary. Amerykańscy mężowie stanu XVIII i początku XIX wieku uderzali w tony charakterystyczne dla polityków dzisiejszej Europy, głosili chwałę handlu jako czynnika łagodzącego konflikty międzynarodowe, odwoływali się do międzynarodowych praw i opinii publicznej, a nie nagiej siły. Młode Stany Zjednoczone posłużyły się przemocą przeciw słabszym ludom zamieszkującym kontynent północnoamerykański, ale w konfrontacji z europejskimi gigantami głosiły wyrzeczenie się siły, potępiając atawistyczną politykę uprawianą przez ówczesne europejskie imperia.

Dwa wieki później Amerykanie i Europejczycy zamienili się miejscami i perspektywami. Po części dlatego, że w ciągu tych 200 lat, a zwłaszcza ostatnich dekad, zmienił się diametralnie układ sił. Kiedy USA były słabe, preferowały strategie okrężne, strategie słabych; kiedy urosły w potęgę, zaczęły postępować, jak potęgom przystaje. Kiedy wielkie europejskie mocarstwa były potężne, wierzyły w siłę i chwałę oręża; teraz widzą świat oczami państw wyraźnie słabszych.

Amerykanie gotują, Europejczycy zmywają

Europa już od dawna była słaba militarnie, ale prawda ta wyszła na jaw całkiem niedawno. Druga wojna światowa niemal unicestwiła globalne europejskie mocarstwa. Niezdolne wysyłać znaczne siły niezbędne do utrzymania imperiów kolonialnych w Azji, Afryce i na Bliskim Wschodzie, zmuszone były po ponad pięciu wiekach imperialnej dominacji do rejterady na wielką skalę - była to największa chyba w dziejach ludzkości redukcja globalnych wpływów. Jednak przez pół wieku po II wojnie światowej słabość tę maskowała geopolityka zimnej wojny. Wciśnięta między dwa supermocarstwa osłabiona Europa była mimo to głównym strategicznym teatrem zmagań między komunizmem a demokratycznym kapitalizmem. Jej jedynym jednak doniosłym zadaniem była obrona własnego terytorium przed radzieckim atakiem, przynajmniej do czasu przybycia Amerykanów. Pozbawiona większości tradycyjnych instrumentów statusu mocarstwowego, pozostawała pępkiem geopolityki, co - w połączeniu z przywódczymi nawykami - pozwoliło Europie zachować międzynarodowe wpływy wykraczające daleko poza to, co wynikałoby z jej czysto militarnych możliwości.

Po zakończeniu zimnej wojny Europa utraciła strategiczne znaczenie, ale trzeba było paru lat, by rozwiał się miraż jej globalnej potęgi. W latach 90. wojna na Bałkanach koncentrowała uwagę zarówno Europejczyków, jak i Amerykanów na strategicznej roli kontynentu i utrzymującej się roli NATO. Do pierwszoplanowej pozycji Europy w dyskusjach o strategii przyczyniło się poszerzenie NATO o kraje dawnego Układu Warszawskiego i konieczność utrwalenia zwycięstwa w zimnej wojnie.

Potem pojawiły się pierwsze obietnice "nowej Europy". Łącząc się w jedną polityczną i ekonomiczną strukturę - co było historycznym osiągnięciem układu z Maastricht z 1992 r. - wielu liczyło na odbudowę dawnej wielkości Europy w nowym politycznym wydaniu. "Europa" stać się miała nowym supermocarstwem, nie tylko gospodarczym i politycznym, lecz również militarnym. Zajęłaby się kryzysami na kontynencie, takimi jak konflikty etniczne na Bałkanach, odzyskując pozycję uczestnika globalnej rozgrywki. W latach 90. Europejczycy mogli twierdzić z przekonaniem, że odbudowana zostanie potęga zjednoczonej Europy, a wraz z nią "wielobiegunowość" zniszczona w wyniku zimnej wojny i jej ostatecznego skutku. Większość Amerykanów zgadzała się (z mieszanymi uczuciami) z perspektywą wyłonienia się europejskiego supermocarstwa. Samuel Huntington przewidywał, że konsolidacja Unii Europejskiej będzie "najważniejszym elementem" ogólnoświatowej reakcji przeciw amerykańskiej hegemonii i doprowadzi do powstania w XXI wieku "realnego wielobiegunowego" układu.

Jednak zarówno roszczenia Europejczyków, jak i obawy Amerykanów okazały się nieuzasadnione. W latach 90. zamiast wzrostu europejskiego supermocarstwa mamy do czynienia ze względnym osłabieniem Europy. Konflikt bałkański na początku dekady odsłonił militarną słabość i polityczną dezorganizację Europy, a pod koniec dekady interwencja w Kosowie ujawniła transatlantycką lukę w zakresie technologii wojskowych i umiejętności prowadzenia nowoczesnej wojny. Luka ta w nadchodzących latach będzie się pogłębiać. Dysproporcja ta stała się u schyłku lat 90. jeszcze bardziej rażąca, kiedy stało się jasne, że europejskie mocarstwa mają nader ograniczoną możliwość przerzucania znaczących sił poza kontynent, do rejonów objętych konfliktem.

Europejczycy mogli rozmieścić siły pokojowe na Bałkanach; dostarczyli znaczną ich część w przypadku Bośni i Kosowa. Jednak brak im sił i środków, by rozmieścić i utrzymywać siły bojowe na potencjalnie wrogim terytorium, nawet w Europie. Rola Europy ograniczała się w najlepszym przypadku do uzupełnienia korpusu sił pokojowych, kiedy USA - zwykle same - przeprowadziły już decydującą część operacji militarnej i ustabilizowały sytuację. Jak ujmowali to niektórzy Europejczycy, faktyczny podział pracy polegał na tym, że Amerykanie "przygotowali danie", a Europejczycy "pozmywali". Oczekiwanie powrotu do statusu wielkiego mocarstwa byłoby nierealistyczne - chyba że narody Europy zgodziłyby się przesunąć znaczną część funduszów z programów socjalnych na wojskowe.

A na to Europejczycy nie byli gotowi. Nie tylko nie chcieli ponosić kosztów rozmieszczenia sił poza Europą, ale po zakończeniu zimnej wojny nie byli też skłonni opłacać sił niezbędnych do prowadzenia bez amerykańskiej pomocy choćby ograniczonych akcji na własnym kontynencie. Nie wydaje się istotne, czy pytano europejską opinię publiczną o gotowość wydania pieniędzy na wzmocnienie NATO lub niezależną europejską politykę zagraniczną i obronną. Odpowiedź byłaby taka sama. Zamiast uznać upadek Związku Radzieckiego za okazję do zademonstrowania potęgi globalnej, Europejczycy dostrzegli możliwość zarobienia na pokoju. Średni budżet obronny krajów europejskich spadał poniżej 2 proc. PKB. A więc mimo wszystkiego, co mówiono o przekształceniu Europy w globalne supermocarstwo, w latach 90. jej militarny potencjał w porównaniu z USA spadał nieustannie.

Skutki zakończenia zimnej wojny były bardzo różne po obu stronach Atlantyku. Również Amerykanie chcieli skorzystać z pokoju, obniżając wydatki na obronę bądź zachowując je na niezmienionym poziomie przez większość lat 90. Nadal jednak przekraczały one 3 proc. PKB. Tuż po upadku radzieckiego imperium doszło do inwazji Iraku na Kuwejt i największej operacji militarnej USA w tym ćwierćwieczu. Potem rządy amerykańskie ograniczały zimnowojenny potencjał, jednak nie aż tak, jak można było oczekiwać. Nadal amerykańska potęga militarna, a zwłaszcza zdolność przerzucania oddziałów do dowolnego punktu globu, nie ma sobie równych w dziejach świata.

Jednocześnie sam fakt upadku ZSRR znacznie zwiększył potęgę Ameryki względem reszty świata. Rozmieszczony we wszystkich zakątkach globu jej ogromny arsenał militarny - kiedyś ledwie wystarczający do zrównoważenia potęgi ZSRR - nie miał już istotnej przeciwwagi. Naturalną konsekwencją owego "jednobiegunowego" układu była większa skłonność USA do użycia siły poza własnymi granicami. Zniknięcie ZSRR sprawiło, że Stany Zjednoczone poczuły się w prawie interweniować praktycznie wszędzie, gdzie chcą. Świadczy o tym kontynuowanie akcji wojskowych rozpoczętych za administracji Busha seniora atakiem na Panamę w 1989 r., wojną w Zatoce Perskiej w 1991 r. i rok później interwencją humanitarną w Somalii, a potem, za prezydentury Clintona, interwencją na Haiti, w Bośni i Kosowie. Amerykańscy politycy mówili o pożytkach izolacjonizmu, ale USA interweniowały na świecie częściej niż kiedykolwiek w czasach zimnej wojny. Dzięki nowym technologiom miały też poczucie, że mogą używać siły w bardziej ograniczony sposób - atakować tylko z powietrza bądź rakietami - i coraz częściej to czyniły.

Skargi na wojowniczego hegemona

Dlaczego ta rosnąca dysproporcja sił nie znalazła odzwierciedlenia w różnicy strategicznych perspektyw między Europą a USA?

Także w latach zimnej wojny amerykańska przewaga militarna i relatywna słabość Europy powodowały istotne, niekiedy zasadnicze nieporozumienia. Gaullizm, Ostpolitik i rozmaite inne działania na rzecz europejskiej niezależności i jedności nie były jedynie przejawem honoru Europejczyków i ich pragnienia swobody. Odbijały też ich przeświadczenie, że Ameryka podchodzi do zimnej wojny zbyt konfrontacyjnie, militarystycznie i niebezpiecznie. Europejczycy sądzili, że wiedzą lepiej, jak sobie radzić z Sowietami - kusić i wciągać do współpracy, wiążąc politycznie i ekonomicznie, okazywać cierpliwość i wyrozumiałość. Było to stanowisko zrozumiałe, podzielane przez wielu Amerykanów. Jednak odzwierciedlało ono również słabość Europy w porównaniu z USA, ograniczoność jej opcji militarnych, poczucie zagrożenia radziecką potęgą; może też było refleksem europejskiej pamięci o niedawnej wojnie. Niezaangażowani bezpośrednio w subtelności détente, Amerykanie skłonni byli to uważać za politykę ustępstw, powrót do bojaźliwej mentalności lat 30. Jednak ustępstwa nie są nigdy epitetem w oczach tych, którym autentyczna słabość nie zostawia innych możliwości. Dla nich jest to polityka rozsądku.

Koniec zimnej wojny pogłębił tę lukę i w efekcie zaostrzył spór. Choć obecnie uważa się, że transatlantyckie napięcia zapoczątkowała w styczniu 2001 r. prezydentura George'a W. Busha, były one widoczne już za kadencji Clintona, a nawet jego poprzednika, Busha seniora. W 1992 r. stanęły na porządku dziennym wzajemne oskarżenia w sprawie Bośni, kiedy USA odmówiły działania, a Europa działać nie umiała. To za Clintona Europejczycy zaczęli skarżyć się, że "wojowniczy hegemon" ich poucza. To wtedy minister Védrine ukuł termin hyperpuissance dla określenia amerykańskiego Behemota - zbyt potężnego, by nazywać go jedynie "supermocarstwem". Także w latach 90. wybuchł spór w związku z amerykańskimi planami obrony przeciwrakietowej, a wielu Europejczyków sarkało na Amerykanów, że wolą argument siły i sankcje od dyplomacji i perswazji.

W administracji Clintona - względnie umiarkowanej - narastała złość na powściągliwych Europejczyków, a zwłaszcza ich odmowę stawienia czoła Saddamowi Husajnowi. Rozłam w antyirackim sojuszu nie zaczął się wraz z amerykańskimi wyborami w 2000 r., ale w 1997 r., kiedy administracja Clintona nasilała presję na Bagdad i napotkała opór Francji i (w mniejszym stopniu Wlk. Brytanii) w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Nawet podczas wojny w Kosowie niektórzy sojusznicy - zwłaszcza Włochy, Grecja i Niemcy - niepokoili się bezkompromisowym, militarystycznym nastawieniem USA. Chociaż w konfrontacji z Belgradem Europejczycy i Amerykanie stanęli ostatecznie ramię w ramię, efektem wojny w Kosowie było w Europie mniej zadowolenia ze zwycięskiej kampanii, a więcej troski z powodu rzekomej wszechwładzy Ameryki. Obawy te wzrosły po amerykańskiej akcji zbrojnej po 11 września 2001 r.

Europejczycy tolerancyjni? Nie przesadzajmy

Za dzisiejszy spór transatlantycki nie odpowiada George W. Bush. To problem siły jako takiej. Potęga militarna Ameryki rodzi skłonność do jej użycia. Militarna słabość Europy rodzi zrozumiałą doń awersję. Europa, co łatwo zrozumieć, pragnie gorąco świata, w którym nie liczy się siła, lecz dominuje prawo międzynarodowe i międzynarodowe instytucje, zakazane są jednostronne działania mocarstw, a wszystkie narody, bez względu na swoją potęgę, mają równe prawa i są w równym stopniu chronione przez uzgodnione reguły międzynarodowego postępowania. Europejczycy są żywo zainteresowani podważeniem i ostatecznym wykorzenieniem brutalnych reguł świata, w którym siła decyduje o bezpieczeństwie i powodzeniu narodów.

Naturalna, historyczna kontrowersja między silnym i słabym jest istotną treścią obecnej transatlantyckiej debaty o jednostronności (unilateralizmie) amerykańskiej polityki. Większość Europejczyków jest przekonana, że ich sprzeciw wobec amerykańskiego unilateralizmu bierze się z wiary w ideały porządku światowego. Mniej skłonni są przyznać, że wrogość ta ma też na względzie korzyść własną. Europejczycy obawiają się bowiem nieliczenia się Ameryki z innymi. Boją się, że przedłuży to istnienie hobbesowskiego świata, w którym mogą być w coraz większym stopniu ofiarą. USA może i są hegemonem łagodnym, ale w tej mierze, w jakiej opóźniają nadejście ładu światowego zapewniającego więcej bezpieczeństwa słabym, są czynnikiem obiektywnie zagrażającym.

To jeden z powodów sprawiających, że w ostatnich latach głównym celem europejskiej polityki stało się - jak to ujął jeden z europejskich obserwatorów - "uwielostronnienie" Stanów Zjednoczonych. Europejczycy nie jednoczą się przeciwko amerykańskiemu hegemonowi, budując konkurencyjną potęgę. Ostatecznie Europa nie rośnie w siłę. Cel i taktyka Europejczyków to cel i taktyka słabych. Mają nadzieję powstrzymać potęgę Ameryki, nie przeciwstawiając jej własnej potęgi. Chcą - byłby to niezwykły sukces subtelnego, okrężnego działania - powstrzymać Behemota, apelując do jego sumienia.

Ta rozsądna strategia dotąd skutkuje. USA są, owszem, Behemotem, ale obdarzonym sumieniem. Nie są Francją Ludwika XIV ani Anglią Jerzego III. Amerykanie nie przekonują - nawet siebie samych - że ich działania usprawiedliwia raison d'état. Amerykanie nigdy nie zaakceptowali reguł działania dawnej Europy, nigdy nie byli uczniami Machiavellego. Społeczeństwo amerykańskie jest na wskroś liberalne i postępowe. Jeśli wierzy w siłę i władzę, to tylko jako środek wiodący do celu, jakim jest liberalna cywilizacja i liberalny ład światowy. Amerykanie podzielają nawet wiarę Europejczyków w bardziej uporządkowany ład powszechny oparty nie na sile, ale regułach - ostatecznie o to właśnie walczyli w czasach, gdy to oni egzekwowali zasady Machtpolitik.

Wspólne ideały i aspiracje kształtują politykę po obu stronach Atlantyku, ale trudno zaprzeczyć, że Europejczycy i Amerykanie patrzą na świat i rolę siły w polityce międzynarodowej zupełnie inaczej. Europejczycy sprzeciwiają się unilateralizacji po części dlatego, że nie mają dla niej zrozumienia. Badania opinii publicznej pokazują, że Amerykanie stale opowiadają się za działaniem jednostronnym - nawet pod egidą ONZ - ale faktem jest, że Amerykę na to stać, co wielokrotnie udowodniła, odnosząc sukcesy. Europejczykom odwoływanie się do multilateralizmu i prawa międzynarodowego przynosi wymierne zyski przy niewielkich kosztach własnych. W przypadku Amerykanów, którzy ryzykują przynajmniej częściową utratę swobody działania, popieranie uniwersalnych reguł wynikać może jedynie z idealizmu.

Europejczycy twierdzą często, że Amerykanie mogą żądać "pełnego" bezpieczeństwa, gdyż są osłonięci dwoma oceanami. Sami zaś wiedzą, co to znaczy żyć za pan brat z niebezpieczeństwem, ze złem, bowiem taki był los Europy od stuleci. Stąd bierze się jej większa tolerancja dla zagrożeń, takich jak Saddam Husajn czy irańscy ajatollahowie. Amerykanie - zdaniem Europejczyków - wyolbrzymiają zagrożenie, jakie stwarzają te reżimy.

Nawet przed 11 września argumentacja ta była nieco przesadzona. Gdy powstawała amerykańska państwowość, Stany Zjednoczone żyły w stanie zagrożenia, otoczone przez wrogie europejskie imperia. Co do europejskiej tolerancji wobec zagrożenia i zła - też nie przesadzajmy. Przez niemal trzy stulecia europejscy katolicy i protestanci woleli się nawzajem zabijać, a nie tolerować, zaś dwa minione stulecia nie dowiodły szczególnej tolerancji Francuzów i Niemców.

Niektórzy Europejczycy twierdzą, że właśnie z tego powodu okazują większą tolerancję dla cierpienia niż Amerykanie, a zatem większe zrozumienie zagrożeń. Bardziej prawdopodobna wydaje się teza odwrotna. Pamięć o okropieństwach I wojny światowej sprawiła, że ludność Wielkiej Brytanii i Francji nie tyle tolerowała nazistowskie Niemcy, ile obawiała się ich, a to poważnie przyczyniło się do polityki obłaskawiania Hitlera w latach 30.

Lepszym wytłumaczeniem większej tolerancji Europy na zagrożenia wydaje się jej względna słabość. Tolerancja jest też bardziej realistyczną reakcją w Europie, która narażona jest na mniej zagrożeń niż potężne Stany Zjednoczone.

Psychologię słabości łatwo pojąć. Człowiek uzbrojony jedynie w nóż może uznać, że krążący po lesie niedźwiedź jest groźny. A polowanie na niedźwiedzia z nożem jako jedyną bronią jest znacznie bardziej ryzykowne niż przyczajenie się w nadziei, że zwierzę nie zaatakuje. Jednak ten sam człowiek zupełnie inaczej oszacuje ryzyko, jeśli ma strzelbę.

Wasze problemy nie są naszymi problemami, nasi przyjaciele Europejczycy uznali nie bez racji, że groźba, jaką stanowi Saddam Husajn, jest dla nich znośniejsza niż ryzyko jego usunięcia. Amerykanie umieścili poprzeczkę tolerancji dla Saddama niżej - lecz równie rozsądnie - zwłaszcza po 11 września. Europejczycy lubią mówić, że Amerykanie mają obsesję "załatwiania spraw", ale na ogół jest tak, że ci, którzy są w stanie problemy załatwić, są bardziej skłonni do tego niż ci, którzy takiej możliwości nie mają. Amerykanie mogą sobie wyobrazić atak na Irak i obalenie Saddama, i dlatego w ponad 70 proc. opowiadają się za taką akcją. Europejczycy uznają to samo za niewyobrażalne i straszne.

Niezdolność reagowania na zagrożenia prowadzi nie tylko do tolerancji, ale i do zaprzeczeń. To normalne wypierać ze świadomości coś, na co nic nie możemy poradzić. Według jednego z badaczy europejskiej opinii publicznej samo definiowanie "zagrożeń" różni polityków amerykańskich i europejskich. Zdaniem Stevena Evertsa Amerykanie mówią o takich "zagrożeniach" zewnętrznych, jak "rozpowszechnienie broni masowego rażenia, terroryzm i >>państwa zbójeckie<< ". Europejczycy częściej wspominają o "wyzwaniach", np. "konfliktach etnicznych, imigracji, zorganizowanej przestępczości, nędzy i degradacji środowiska". Jak jednak zauważa Everts, istota tych różnic nie leży w kulturze czy filozofii, ale możliwościach. Europejczycy "bardziej interesują się problemami, które łatwiej rozwiązać metodami politycznymi, inwestując duże pieniądze". Innymi słowy, skupiają się na "wyzwaniach", dla rozwiązania których Europa ma środki zaradcze, a nie "zagrożeniach", wobec których jej słabość czyniłaby wszelkie działania pozornymi. Europa kładzie dziś strategiczny nacisk na takie łagodne instrumenty, jak gospodarka i handel, a nie na siłę zbrojną. Czy jednak nie dlatego, że jest słaba militarnie, a potężna ekonomicznie? Amerykanie łatwiej dostrzegają zagrożenia - nawet tam, gdzie inni nie - gdyż wyobrażają sobie środki zaradcze. Jednak odmienne postrzeganie zagrożeń w Stanach Zjednoczonych i Europie nie jest tylko kwestią psychologii. Wynika z realnych zróżnicowań, kolejnego skutku dysproporcji sił. Irak i inne "państwa zbójeckie" stanowią obiektywnie większe zagrożenie dla USA niż dla Europejczyków. Ameryka dała Europie gwarancje bezpieczeństwa, z których korzysta ona 60 lat, odkąd USA wzięły na siebie ciężar utrzymania ładu w odległych rejonach świata - od Półwyspu Koreańskiego po Zatokę Perską - skąd Europejczycy wycofali w znacznej mierze swoje siły. Europejczycy są na ogół przekonani (świadomie lub nie), że gdyby Irak stworzył kiedykolwiek realną, a nie jedynie potencjalną groźbę, Ameryka coś by z tym zrobiła - tak jak w 1991 r.

Podczas zimnej wojny Europa z konieczności wzięła na siebie istotny ciężar własnej obrony, teraz jednak Europejczycy cieszą się jak nigdy dotąd "darmową wolnością", bo większość zagrożeń sytuuje się poza Europą, tam gdzie tylko USA mogą wysłać siły zbrojne. Zatem w bardzo praktycznym sensie - gdy mowa o planowaniu strategicznym - ani Irak, ani Iran, ani Korea Północna, ani żadne inne "państwo zbójeckie" nie jest pierwszoplanowym problemem Europy. Nie są nim z pewnością też Chiny. I Europejczycy, i Amerykanie zgadzają się, że są to przede wszystkim problemy amerykańskie.

Dlatego Husajn nie jest poważnym zagrożeniem dla Europy, ale dla USA - tak. W Zatoce Perskiej, na Bliskim Wschodzie i w większości innych regionów świata (z Europą włącznie) Stany Zjednoczone pełnią funkcję egzekutora praw. "Jesteście tak potężni - mówią często Europejczycy Amerykanom - więc dlaczego czujecie się tak zagrożeni?". Ale to właśnie potęga Ameryki czyni z niej główny, często jedyny cel ataku. Europejczycy, co zrozumiałe, nie życzyliby sobie zmiany tego stanu rzeczy.

Europejczycy lubią nazywać Amerykanów "kowbojami". Jest w tym jakaś prawda. USA funkcjonują jako międzynarodowy szeryf - owszem, z własnej nominacji, ale często witany z otwartymi rękami - starający się zaprowadzić pokój i sprawiedliwość tam, gdzie według Amerykanów panuje bezprawie, gdzie trzeba dać nauczkę, a nawet zlikwidować bandytów, nieraz z bronią w ręku.

Według tej westernowej analogii Europa jest właścicielem saloonu. Bandyci nie strzelają do barmanów, tylko do szeryfów. Zresztą z punktu widzenia barmana szeryf próbujący zaprowadzić porządek jest niekiedy większym zagrożeniem niż bandyci, którzy w danej chwili chcą się po prostu napić whisky.

Kiedy po 11 września Europejczycy wylegli milionami na ulice, Amerykanie uwierzyli, że to przejaw wspólnego poczucia zagrożenia i wspólny interes - Europa wiedziała, że będzie następna. Jednak odczucie większości Europejczyków nie było ani nie jest takie. Wcale nie myśleli, że oni będą następni. Kiedy po 11 września płakali i powiewali amerykańskimi flagami, wynikało to ze szczerego ludzkiego współczucia. Europejski pokaz solidarności z Ameryką nie był efektem zrozumienia własnego interesu, ale zwykłych ludzkich uczuć.

Europejczycy porzucają politykę siły, niestety

Współczesna europejska kultura jest świadomym odrzuceniem przeszłości, odrzuceniem zła europejskiej Machtpolitik. Jest zrozumiałym wyrazem gorącego pragnienia, by przeszłość nigdy nie wróciła. Któż bowiem od Europejczyków lepiej zna zagrożenia wynikające z nieposkromionej polityki władzy, z nadmiernego polegania na sile militarnej, a nawet z równowagi sił i raison d'état? Jak to ujął, przemawiając na Uniwersytecie Humboldta 12 maja 2000 r. minister spraw zagranicznych Niemiec Joschka Fischer, "istotą idei europejskiej po 1945 r. było i jest odrzucenie zasady równowagi sił i hegemonistycznych ambicji państw, które wyłoniły się po pokoju westfalskim w 1648 r.". Sama Unia Europejska to efekt strasznego stulecia wojen w Europie.

Integracja europejska miała oczywiście powstrzymać "hegemonistyczne ambicje" określonego kraju. Powstrzymanie Niemiec i włączenie ich do współpracy jest ogromnym osiągnięciem Europy; patrząc historycznie - zapewne największym w dziejach polityki zagranicznej. Niektórzy Europejczycy - jak Fischer - pamiętają kluczową rolę Ameryki w rozwiązaniu "kwestii niemieckiej". Mniej liczni chcą pamiętać, że pokonanie militarnej potęgi nazistowskich Niemiec było warunkiem europejskiego pokoju. Większość Europejczyków woli sądzić, że "nowy porządek" stał się możliwy dzięki zmianie sposobu uprawiania polityki, dzięki świadomemu porzuceniu praktykowanej przez stulecia Machtpolitik. Oto Europejczycy, którzy wynaleźli politykę siły, przemienili się mocą aktu woli w nowo narodzonych idealistów, porzucając wszystko to, co Fischer nazwał "dawnym systemem równowagi z jego niezmienną orientacją na narody, z koalicyjnymi ograniczeniami, z nieustannym prymatem polityki opartej na interesach oraz groźbą konfrontacji nacjonalistycznych ideologii".

Fischer staje bliżej jednego krańca europejskiego idealizmu. Ale nie jest to sprawa podziału prawica - lewica. Jego główna teza - że Europa wyszła poza dawny system polityki siły, tworząc nowy, umożliwiający utrzymanie pokoju w stosunkach międzynarodowych - jest popularna w całej Europie. Brytyjski dyplomata Robert Cooper napisał niedawno w tygodniku "Observer", że Europa żyje dziś w "systemie ponowoczesnym", który nie opiera się na równowadze sił, lecz na "rezygnacji z siły" i "narzuconych samemu sobie regułach postępowania". W stosunkach międzynarodowych "świata ponowoczesnego - pisze Cooper - raison d'état i amoralność teorii państwa Machiavellego (...) zastąpiono świadomością moralną".

Amerykańscy realiści obruszyliby się na taki idealizm. Dlaczego jednak Europejczycy nie mieliby być idealistami w stosunkach międzynarodowych, przynajmniej gdy działają w ramach europejskiego "systemu ponowoczesnego"? W europejskim świecie uchylone zostały odwieczne reguły obowiązujące w stosunkach między narodami.

Przez ponad pół wieku od końca II wojny światowej życia Europejczyków nie kształtowały już brutalne prawa polityki siły, ale realizująca się geopolityczna fantazja, cud na historyczną miarę - oto niemiecki lew legł w pokoju obok francuskiej owcy, zakończył się konflikt rozdzierający Europę od czasu gwałtownych narodzin Niemiec w XIX stuleciu.

Ameryka działa ex machina

Metody, jakimi się posłużono, żeby cud ten urzeczywistnić, stały się dla Europejczyków czymś na kształt mitu, zwłaszcza po zakończeniu zimnej wojny. Dyplomacja, cierpliwe negocjacje, więzi ekonomiczne, współpraca polityczna, zachęta zamiast sankcji, polityka małych kroków i poskromienie nadziei na pełny sukces - takich metod użyto, by umożliwić zbliżenie francusko-niemieckie, a w efekcie europejską integrację. Nie miała się ona opierać na militarnym odstraszaniu ani równowadze sił. Wręcz przeciwnie. Cud sprawiło odrzucenie siły jako instrumentu polityki międzynarodowej - przynajmniej w europejskich granicach. W dobie zimnej wojny niewielu Europejczyków nie wierzyło w konieczność militarnego odstraszania Związku Radzieckiego. Jednak w samej Europie reguły były odmienne.

Bezpieczeństwo zbiorowe zapewniały z zewnątrz Stany Zjednoczone, działając deus ex machina w ramach struktur wojskowych NATO. Za tą osłoną Europejczycy budowali nowy porządek wolny od brutalnych reguł i mentalności polityki siły. Ewolucja od dawnego do nowego ładu zaczęła się w czasach zimnej wojny, ale dopiero jej kres - usunięcie zewnętrznego zagrożenia, jakim był ZSRR - umożliwił pełny rozwój nowego europejskiego idealizmu. Uwolnieni od obowiązków militarnego odstraszania Europejczycy zyskali pewność, że ich metoda rozwiązywania problemów międzynarodowych jest uniwersalna.

Są bez wątpienia Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi i inni, którzy obruszą się na taki entuzjastyczny idealizm. Jednak wielu Europejczyków - także ludzi władzy - stosuje odruchowo europejskie doświadczenie do reszty świata. Czyż to nie z tego specyficznie europejskiego podejścia wynika krytyka amerykańskiego traktowania "państw zbójeckich"? Irak, Iran, Korea Północna, Libia - może to niebezpieczne kraje, nieprzyjemne, nawet złe - ale czy nie zadziała tu jak kiedyś w Europie "taktyka okrężna"? Czy nie da się jeszcze raz przejść od konfrontacji do zbliżenia, zaczynając od współpracy gospodarczej, a potem pokojowej integracji? Czy formuła tak owocna w Europie nie okaże się użyteczna w Iranie, a nawet Iraku? Wielu Europejczyków jest przekonanych, że tak.

Przekazanie europejskiego cudu reszcie świata okazało się nową mission civilisatrice Europy. Jak Amerykanie, którzy zawsze wierzyli, że odkryli sekretny klucz do szczęścia i chcieli dać go innym, tak i Europejczycy poczuli się depozytariuszami misji zrodzonej z odkrycia recepty na wieczny pokój.

Tak oto dotykamy tego, co może być najistotniejszym powodem rozbieżności między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Potęga Ameryki i gotowość do posłużenia się nią (jeśli trzeba, bez porozumienia z innymi) to zagrożenie dla nowej misji Europy. Być może zagrożenie największe. Amerykańskim politykom trudno uwierzyć, ale dygnitarze i czołowi europejscy politycy bardziej martwią się tym, jak USA poradzą sobie (albo nie poradzą) z Irakiem - organizując jednostronną, pozaprawną akcję wojskową - niż z samym problemem Iraku i posiadaniem przez Hussajna broni masowego rażenia. Obawiają się, owszem, że taka operacja może zdestabilizować Bliski Wschód i doprowadzić do niepotrzebnej śmierci wielu ludzi, ale chodzi im o coś jeszcze. Taka akcja ze strony Ameryki jest zanegowaniem istoty "ponowoczesnej" Europy, jej nowych idei, zaprzeczeniem ich uniwersalnej ważności - tak jak monarchie XVIII- i XIX-wiecznej Europy były zaprzeczeniem ideałów republikańskiej Ameryki. Amerykanie powinni pierwsi zrozumieć, że atak wymierzony w czyjeś przekonania może być równie groźny jak atak narażający czyjeś fizyczne bezpieczeństwo.

Jak Amerykanie przez dwa stulecia, tak Europejczycy dzisiaj mówią z przekonaniem o wyższości swojej globalnej wizji, o mądrości, jaką mają do zaoferowania innym narodom odnośnie rozwiązywania konfliktów. Lecz tak samo jak w pierwszej dekadzie amerykańskiej niepodległości dostrzega się w europejskiej "propagandzie sukcesu" cień niepewności, czytelną chęć, by sukces ten zyskał akceptację innych narodów, zwłaszcza potężnych Stanów Zjednoczonych. W końcu podważenie nowego europejskiego idealizmu byłoby równoznaczne ze zgłoszeniem poważnych wątpliwości co do wykonalności europejskiego projektu. Jeśli problemów światowych nie da się rozwiązać na europejską modłę, czy nie znaczy to, że i samej Europie może ostatecznie zabraknąć rozwiązania - ze wszystkimi strasznymi tego skutkami?

Europa zintegrowana dobrze, ale przeciw sobie

Te właśnie obawy ciążą nadal Europejczykom, nawet wówczas gdy Europa kroczy naprzód. Europejczycy - zwłaszcza Francuzi i Niemcy - nie są do końca pewni, czy problem znany kiedyś jako "kwestia niemiecka" został naprawdę rozwiązany. Jak wynika z różnych, często bardzo odmiennych koncepcji przyszłej konstytucji Europy, Francuzi nie są nadal przekonani, czy mogą ufać Niemcom, a Niemcy nie są przekonani, czy mogą ufać sobie samym. Obawy te mogą niekiedy stać na przeszkodzie głębszej integracji, ale wbrew niezliczonym przeszkodom popychają europejski projekt. Projekt ten musi odnieść sukces, jak bowiem inaczej pokonać to, co Fischer nazwał "obiektywnym ryzykiem i pokusą związaną nieodłącznie z rozmiarami i centralnym położeniem Niemiec"? Owe historyczne niemieckie "pokusy" tkwią w tyle głowy niejednego Europejczyka. Ilekroć też Europa rozważa użycie sił zbrojnych albo jest do tego zmuszona przez Stany Zjednoczone, przemyka nieuchronnie, choćby przez chwilę, myśl o tym, jaki byłby tego skutek dla "kwestii niemieckiej".

Nie jest może dziełem przypadku to, że zdumiewającemu postępowi ku europejskiej integracji w ostatnich latach nie towarzyszyło wyłonienie się supermocarstwa, ale wprost przeciwnie - spadek militarnego potencjału Europy w porównaniu z USA. Przekształcenie jej w globalne supermocarstwo, przeciwwagę dla potęgi Stanów Zjednoczonych, mogło okazać się jednym z walorów przetargowych Unii Europejskiej; niezależna europejska polityka zagraniczna i obronna miała być jednym z najważniejszych skutków ubocznych integracji. Jednak mówiąc szczerze, w europejskich "mocarstwowych" ambicjach jest coś anachronicznego - atawistyczny popęd sprzeczny z ideałami ponowoczesnej Europy, której samo istnienie opiera się na odrzuceniu polityki siły. Cokolwiek planowali architekci integracji, jest ona w sprzeczności z ideą Europy jako potęgi militarnej - ba, odgrywaniem przez nią globalnej roli.

Zjawisko to dało o sobie znać nie tylko w ustabilizowaniu lub zmniejszeniu budżetów obronnych państw europejskich, ale i na inne sposoby, nawet w dziedzinie "miękkiej" polityki. Przywódcy Europy mówią o jej roli w świecie. Romano Prodi, przewodniczący Komisji Europejskiej, pragnie, by "nasz głos było słychać, by nasze działania się liczyły". Wprawdzie Europejczycy wydają dużo pieniędzy na pomoc międzynarodową - więcej na głowę niż USA, co chętnie podkreślają; angażują się też w interwencje militarne poza Europą, o ile ograniczają się one do utrzymania pokoju; Unia Europejska miesza się od czasu do czasu w trudne problemy Bliskiego Wschodu czy Półwyspu Koreańskiego - ale jej polityka zagraniczna jest najbardziej chyba anemicznym produktem integracji. Zagraniczne inicjatywy Unii nie mają zwykle długiego żywota i rzadko stoją za nimi długofalowe uzgodnienia różnych europejskich mocarstw. To jeden z powodów, dla których są tak łatwo odrzucane, jak np. pod koniec marca, kiedy premier Izraela Ariel Szaron uniemożliwił spotkanie szefa unijnej dyplomacji Javiera Solany z Jaserem Arafatem (by nazajutrz zmienić zdanie i zezwolić na spotkanie palestyńskiego lidera ze znacznie niższym rangą amerykańskim negocjatorem).

Kwestie pozaeuropejskie nie przyciągają tyle uwagi Europejczyków co sprawy czysto europejskie. Zaskakuje to i irytuje Amerykanów, zarówno lewicę, jak i prawicę - wystarczy przypomnieć głębokie rozczarowanie amerykańskiej lewicy, kiedy Europejczycy nie zgłosili istotnego protestu po wycofaniu się Busha z układu ABM. Jednak zważywszy na ogrom i trudność zadań związanych z integracją, ta koncentracja na własnych sprawach jest zrozumiała. Poszerzenie UE, korekta wspólnej polityki rolnej i gospodarczej, spór o suwerenność narodową versus ponadnarodowy rząd, tzw. deficyt demokracji, arogancja mocarstw i niezadowolenie mniejszych państw, kwestia europejskiej konstytucji - wszystko to stanowi pakiet ważnych, nieuniknionych problemów do rozwiązania. Trudności wydawałyby się nie do przezwyciężenia, gdyby nie widoczny postęp w realizacji europejskiego projektu.

Niemile widziane elementy amerykańskiej polityki - obrona antyrakietowa, układ ABM, nieustępliwość wobec Iraku i poparcie dla Izraela - są tym gorsze, że w oczach Europy odciągają uwagę od czego innego. Europejczycy często zarzucają Amerykanom zaściankowość, lecz sami okazują się równie skupieni na sobie. Jak zauważył Dominique Moisi w "Financial Times" z 11 marca 2002 r., w ostatniej kampanii prezydenckiej we Francji "nie (...) pojawiły się żadne odniesienia do 11 września i rozległych konsekwencji tego wydarzenia". Nikt nie pytał: "Jaką rolę powinna odgrywać Francja i Europa w nowej sytuacji po 11 września? Jak Francja powinna zmodyfikować swój budżet obronny i doktrynę, żeby uwzględnić konieczność utrzymania jakiejś równowagi między Europą i Stanami Zjednoczonymi, a przynajmniej między Francją i Wielką Brytanią?".

Konflikt bliskowschodni stał się tematem kampanii wyborczej z uwagi na liczną we Francji populację Arabów i muzułmanów i wyraził się w wysokim odsetku głosów na Le Pena. Jednak Le Pen nie jest żadnym jastrzębiem polityki zagranicznej. Jak zauważył Moisi, "dla większości francuskich wyborców w 2002 r. bezpieczeństwo nie łączyło się z abstrakcyjną, odległą geopolityką. Chodziło o to, którzy politycy ochronią ich najskuteczniej przed przestępczością i przemocą nękającą ich miasta".

Czy Europa może obrać inny kurs i odegrać poważniejszą rolę na scenie światowej? Nie brak wzywających do tego polityków europejskich. Słabość dzisiejszej polityki zagranicznej UE nie oznacza też, że będzie tak zawsze, zważywszy na to, ile problemów potrafiła Unia już pokonać. Brak chyba jednak woli politycznej, by zażądać więcej władzy dla Europy, a to dlatego że Europa nie widzi dla siebie misji, która by tej władzy wymagała. Jej misja polega na sprzeciwianiu się sile i potędze. Co znaczące, głównym argumentem Europejczyków na rzecz wzmocnienia ich militarnej siły nie jest to, że pozwoliłoby to Europie rozszerzyć wpływy strategiczne. Chodzi raczej o ograniczenie wpływów Ameryki. Jak pisał w "New York Times" z 9 kwietnia 2002 r. proamerykański historyk i publicysta brytyjski Timothy Garton Ash, "Ameryka jest za silna, by służyło to komukolwiek, łącznie z nią samą". Dlatego Europa musi zgromadzić siły, ale tylko po to, żeby ocalić świat i USA przed niebezpieczeństwami wynikającymi z obecnej nierównowagi.

To konkretne zadanie - warte zachodu lub nie - nie budzi, jak się zdaje, entuzjazmu Europejczyków. Nawet Védrine przestał mówić o równoważeniu wpływów USA. Dziś wzrusza ramionami, twierdząc, że "nie ma powodu, by Europejczycy ścigali się z krajem, który może prowadzić cztery wojny naraz". W latach 90. Europa, owszem, zwiększyła swoje łączne wydatki na obronę ze 150 mld dol. rocznie do 180 mld, kiedy wydatki USA wynosiły 280 mld dol. Dziś jednak budżet obronny Stanów Zjednoczonych zbliża się do 500 mld rocznie, a Europa nie ma najmniejszego zamiaru dotrzymać im kroku. Europejscy analitycy boleją nad "strategiczną deprecjacją" kontynentu. Sekretarz generalny NATO George Robertson posunął się nawet do nazwania Europejczyków "militarnym pigmejem", chcąc ich zawstydzić i skłonić do większych i rozsądniejszych wydatków. Kto jednak wierzy szczerze, że Europejczycy zmienią zasadniczo swoje podejście? Mają wiele powodów, żeby tego nie robić.

Ameryka rozwiązuje Europie kantowski dylemat

Amerykanie nie powinni tracić z oczu podstawowego faktu: Europa jest w rzeczy samej błogosławionym cudem, powodem do zachwytu po obu stronach Atlantyku. Dla Europejczyków jest ucieleśnieniem dawnego, nierealnego marzenia o kontynencie uwolnionym od etnicznych konfliktów i krwawych zatargów, od militarnego współzawodnictwa i wyścigu zbrojeń. Wojna między głównymi europejskimi mocarstwami jest dziś niemal nie do pomyślenia. Po stuleciach nieszczęść - nie tylko Europejczyków, ale i innych wplątanych w ich konflikty, np. Amerykanów - nowa Europa jawi się jako prawdziwy raj. Trzeba ją cenić i chronić. Jest to także zadanie Amerykanów, którzy przelewali krew na europejskiej ziemi i przeleją więcej, jeśli upadnie idea nowej Europy.

Nie możemy też zapominać o tym, że dzisiejsza Europa jest w znacznej mierze skutkiem polityki zagranicznej USA ostatnich 60 lat. Integracja Europy była po II wojnie światowej m.in. amerykańskim pomysłem, podobnie jak - o czym warto pamiętać - jej osłabienie. U zarania zimnej wojny Amerykanie tacy jak Dean Acheson mieli nadzieję uczynić z niej potężnego partnera zdolnego przeciwstawić się Związkowi Radzieckiemu. Jednak i inne wizje Europy legły u podłoża amerykańskiej polityki XX wieku. Ich prekursorem był Franklin Delano Roosevelt, który planował de facto jej strategiczne ubezwłasnowolnienie. Jak pisał historyk John Lamberton Harper, dążył on do "radykalnego ograniczenia roli Europy", a co za tym idzie - jej "rezygnacji z udziału w światowej polityce".

Niemal wszyscy Amerykanie, którzy dorastali w latach zimnej wojny, myśleli o Europie jak Acheson - jako o głównym polu zmagań o wolność z sowiecką tyranią. Jednak Amerykanie czasów Roosevelta mieli odmienny pogląd. Pod koniec lat 30. przeważało przekonanie, że "europejski system gnije, że wojna jest naturalnym zjawiskiem na tym kontynencie, a Europejczycy tylko siebie mogą winić za swój los". Na początku lat 40. Europa postrzegana była jako wrzący kocioł, w którym rodzą się wojny światowe zbyt dla Ameryki kosztowne.

Do dzisiejszego rozbratu Europy z Ameryką przyczynili się Amerykanie nie swoją antyeuropejskością, lecz - proeuropejskością. Nie wrogość do Europy, ale przychylność jej kazała im po wojnie utrzymywać tam kontyngent zbrojny i stworzyć NATO. Obecność oddziałów USA w roli gwaranta bezpieczeństwa w Europie była czynnikiem, który zainicjował proces europejskiej integracji. Ewolucja Europy do jej obecnego stanu dokonała się pod osłoną amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa i nie byłaby bez nich możliwa. Przez niemal pół wieku USA zapewniały ochronę przed zewnętrznym zagrożeniem, jakie stwarzał ZSRR, oraz zagrożeniem wewnętrznym, jakim mógł się stać konflikt etniczny w takich miejscach jak Bałkany.

Co istotniejsze, Stany Zjednoczone były - a zapewne i są - kluczem do rozwiązania kwestii niemieckiej. Podczas przemówienia na Uniwersytecie Humboldta Joschka Fischer odnotował dwie "historyczne decyzje", które umożliwiły zaistnienie nowej Europy - "decyzję USA pozostania w Europie" i "francuskie i niemieckie zaangażowanie w ideę integracji, poczynając od związków gospodarczych". To drugie nie byłoby oczywiście możliwe bez pierwszego. Zgoda Francji na ryzyko reintegracji Niemiec z Europą (Francja miała, delikatnie mówiąc, poważne wątpliwości) zależała od obecności USA jako gwarancji nieodnowienia się niemieckiego militaryzmu. Także Niemcy rozumieli, że ich europejska przyszłość zależy od łagodzącej obecności amerykańskich wojsk.

Krótko mówiąc, Amerykanie rozwiązali za Europejczyków kantowski dylemat. Kant utrzymywał, że jedynym lekarstwem na niemoralny horror hobbesowskiego świata przemocy jest stworzenie globalnego rządu. Jednak bał się, że ów "stan powszechnego pokoju" będzie większym zagrożeniem dla ludzkiej wolności niż hobbesowski porządek, jako że rząd światowy, dysponując pełnią władzy, stałby się "najstraszliwszym despotyzmem". Na pytanie, jak narody mogą osiągnąć wieczny pokój, nie wyzbywając się wolności, Kant nie znał odpowiedzi. Europie odpowiedziały na to pytanie Stany Zjednoczone. Zapewniając jej bezpieczeństwo, uczyniły zbytecznym ponadnarodowy rząd. Europejczycy nie potrzebowali własnej potęgi, by zapewnić pokój, i nie potrzebują jej, by go zachować.

Obecna sytuacja obfituje w paradoksy. Wyrzeczenie się przez Europę siły jako instrumentu polityki międzynarodowej wymagało obecności na jej ziemi amerykańskich oddziałów. Dzięki sile Ameryki Europejczycy mogli uwierzyć, że siła nie ma już znaczenia. Co zaś dopełnia ironii, potęga militarna USA każe dziś Europejczykom wierzyć, że zarówno ona, jak i "kultura strategiczna", która powołała ją do życia, jest niebezpieczna i nie ma racji bytu.

Większość Europejczyków nie dostrzega monstrualnego paradoksu, że ich przejście do stadium posthistorycznego było możliwe dzięki temu, że Amerykanie przejścia tego nie dokonali. Europa nie ma woli ani możności dbania o własny raj, ochronienia go przed duchowym i fizycznym najazdem świata, który nie zaakceptował jeszcze "moralnej świadomości". Dlatego stała się zależna od gotowości Amerykanów do użycia ich potęgi do odstraszenia lub pokonania tych, którzy nadal wierzą w politykę siły.

Chociaż Amerykanie pomogli Europejczykom wejść do kantowskiego raju, sami wejść doń nie mogą. Bronią murów, ale wrota pozostają dla nich zamknięte. Dysponując ogromną potęgą, sami utkwili w historii, muszą zajmować się Saddamami i ajatollahami, Kim Dzong Ilami i Jiang Zeminami, innym pozostawiając radości życia.

Lekcja Monachium, przerwa i wracamy do klasy

Czy Stany Zjednoczone mogą zaakceptować taką sytuację? Wbrew licznym opiniom mogą ponosić ciężar globalnego bezpieczeństwa bez poważniejszej europejskiej pomocy. Obecnie wydają na obronę niewiele ponad 3 proc. PKB. Gdyby nawet było to 4 proc. - tzn. budżet obronny przekroczyłby 500 mld dol. rocznie - byłoby to i tak mniej, niż Amerykanie wydawali na obronę przez większość minionego półwiecza. Nawet Paul Kennedy, który pod koniec lat 80. (kiedy USA przeznaczały na obronę około 7 proc. PKB) wymyślił termin "imperialne przeciążenie", nie ma wątpliwości, że Ameryka wytrzyma przez długie lata koszty obecnych nakładów na armię i globalną dominację.

Czy może zatem pozwolić sobie na zajmowanie się resztą świata bez znaczącej pomocy Europy? Tak, już to robi. Stany Zjednoczone utrzymywały strategiczną stabilność Azji bez europejskiego udziału. W wojnie w Zatoce Perskiej pomoc Europy była symboliczna. Podobnie było niedawno w Afganistanie, gdzie Europejczycy znów tylko "pozmywali". I tak samo będzie w Iraku, kiedy trzeba będzie obalić Saddama. Od zakończenia zimnej wojny Europa miała niewiele do zaoferowania Amerykanom w sensie strategicznej pomocy wojskowej - prócz oczywiście najcenniejszego skarbu strategicznego, jakim jest europejski pokój.

USA poradzą sobie - przynajmniej materialnie. Nie można też twierdzić, że amerykańskie społeczeństwo nie życzy sobie ponoszenia globalnego ciężaru, gdyż robi to już od dziesięciu lat, a po 11 września najwyraźniej przedłużyło ten kredyt na dalsze lata. Jak można sądzić, Amerykanie nie czują się niezadowoleni, że nie weszli do "ponowoczesnej" utopii. Nie ma dowodów, by większość sobie tego życzyła. Jest tak m.in. dlatego, że są dumni z militarnej siły swojego kraju i jego szczególnej roli w świecie.

Amerykanie nie mają doświadczeń pozwalających im w pełni pojąć obecne ideały i zasady kierujące Europą. Swoje rozumienie świata wyprowadzają z zupełnie innych doświadczeń. W pierwszej połowie XX wieku otarli się o pewnego typu internacjonalistyczny idealizm. Była "wojna kończąca wszystkie wojny" Woodrowa Wilsona, a dziesięć lat później amerykański sekretarz stanu złożył podpis pod traktatem delegalizującym wojnę. W latach 30. Roosevelt wierzył w pakty o nieagresji i prosił Hitlera, by obiecał nie atakować krajów z listy, którą mu przedstawił. Potem było Monachium i Pearl Harbor, a potem - po chwilowym nawrocie idealizmu - mrok zimnej wojny.

"Lekcja Monachium" zdominowała amerykańskie myślenie i choć na jakiś czas wyparła ją "lekcja Wietnamu", pozostaje ona dominującym paradygmatem do dziś. Choć garstka amerykańskiej elity nadal marzy o "globalnych rządach", wyrzekając się militarnej siły, Amerykanie - od Madeleine Albright po Donalda Rumsfelda i od Brenta Scowcrofta do Anthony'ego Lake'a - pamiętają o Monachium. A dla młodszych pokoleń Amerykanów, którzy nie pamiętają Monachium ani Pearl Harbor, pozostaje 11 września.

Amerykanie to idealiści, ale nie mają doświadczeń w promowaniu ideałów bez użycia siły. Z pewnością nie mają doświadczeń w ponadnarodowych rządach; za mało, by uwierzyć w międzynarodowe prawa i instytucje, choćby bardzo chcieli, a jeszcze mniej, by podążyć wraz z Europejczykami poza granice wiary w potęgę. Amerykanie - wierni uczniowie filozofów oświecenia - nadal wierzą, że człowiek może osiągnąć doskonałość oraz w przyszłą doskonałość świata. Lecz są też realistami w tym sensie, że są przekonani, iż w świecie dalekim od doskonałości potęga jest wciąż niezbędna. Prawa regulujące stosunki międzynarodowe istnieją według nich dlatego, że siła taka jak Stany Zjednoczone broni ich mocą swego oręża. Europejczycy mają rację. Amerykanie widzą siebie niekiedy heroicznie - jak Gary Cooper w samo południe. Będą bronić współmieszkańców globu - czy oni tego chcą, czy nie.

Problemem nie jest więc wola Amerykanów ani ich możliwości, tylko nieusuwalne moralne napięcie wbudowane w obecną sytuację międzynarodową. Jak to często bywa w przypadku ludzkich spraw, realny problem zamyka się w kręgu rzeczy słabo uchwytnych - lęków, uczuć, przekonań. Problemem jest to, że USA muszą niekiedy działać podług reguł hobbesowskiego świata, choć łamią europejskie normy.

Amerykański Guliwer nie da się związać europejskim liliputom

Skoro USA nie są skłonne ograniczyć swej potęgi, a Europa nie jest skłonna powiększyć własnej, wydaje się, że transatlantyckie napięcie musi narastać. Niebezpieczeństwo - jeśli jest to niebezpieczeństwo - polega na tym, że Stany Zjednoczone i Europa staną się sobie zupełnie obce. Europejczycy mnożyć będą coraz bardziej przykre ataki na Amerykę. Amerykanie przestaną słuchać, a może nawet w ogóle interesować się Europą. Nadejdzie dzień - a może już nadszedł - kiedy deklaracjom UE poświęcać będą nie więcej uwagi niż oświadczeniom ASEAN [Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej - red.] czy Paktu Andyjskiego.

Nam, którzy dorastaliśmy w dobie zimnej wojny, wizja strategicznego rozejścia się Europy i USA wydaje się przerażająca. Kiedy de Gaulle zapoznał się z wizją świata Roosevelta, w której Europa gra marginalną rolę, odrzucił ją, stwierdzając, że "zagraża całemu zachodniemu światu". Gdyby Europa Zachodnia miała być dla Stanów Zjednoczonych "kwestią drugorzędną", czy nie znaczyłoby to, że Roosevelt "osłabia sprawę, której chce służyć - sprawę cywilizacji?". Europa Zachodnia - twierdził de Gaulle - jest "najważniejsza dla Zachodu. Nic nie zastąpi wartości, potęgi, świetlanego przykładu starożytnych narodów". De Gaulle twierdził zwykle, że "dotyczy to przede wszystkim Francji". Lecz pomijając miłość własną Francuzów - czyż nie miał racji? Jeśli Amerykanie postanowią, że Europa jest tylko drażniącym przeżytkiem, czy nie oderwą się stopniowo jako społeczeństwo od tego, co dziś nazywamy Zachodem? Nie są to łatwe decyzje po żadnej stronie Atlantyku.

Cóż więc robić? Oczywista odpowiedź brzmi, że idąc za sugestiami Coopera, Asha, Robertsona i innych, Europa powinna budować swój, choćby marginalny, potencjał militarny. Nie ma na to wielkiej nadziei, ale kto wie? Może obawa przed arogancką potęgą Ameryki tchnie w Europejczyków nową siłę. Może obudzą się atawistyczne pragnienia kłębiące się gdzieś w sercach Niemców, Brytyjczyków i Francuzów - pamięć dawnej potęgi, światowych wpływów i narodowych ambicji. Niektórzy Brytyjczycy pamiętają czasy imperium. Niektórzy Francuzi marzą o la gloire. Niektórzy Niemcy nadal chcą swojego miejsca pod słońcem. Pragnienia te zostały dziś w większości ujęte w ramy wielkiego europejskiego projektu, ale można im kiedyś będzie nadać bardziej tradycyjny wyraz. Inna sprawa, czy liczyć na to, czy się tego bać. Byłoby o wiele lepiej, gdyby Europejczycy umieli wyzbyć się lęku i złości na wielkiego drania; i pamiętać, że silna Ameryka jest potrzebna światu i przede wszystkim im samym.

Amerykanie mogą pomóc. Wprawdzie administracja Busha obejmowała rządy z pewnym niepokojem, była wroga "nowej Europie" (podobnie jak, w mniejszym stopniu, administracja Clintona), widząc w niej nie tyle sprzymierzeńca, ile kulę u nogi. Nawet po 11 września, kiedy Europejczycy zaoferowali nader ograniczoną pomoc w Afganistanie, Stany Zjednoczone opierały się, obawiając się, że europejska propozycja współpracy to podstęp mający na celu związanie Ameryki. Rząd George'a W. Busha widział w historycznej decyzji NATO o udzieleniu Ameryce pomocy w ramach art. V traktatu waszyngtońskiego nie tyle dobrodziejstwo, ile pułapkę. Tak przepadła okazja wciągnięcia Europy - choćby w pomniejszej roli - do wspólnej walki według zasad świata hobbesowskiego.

Amerykanie są dostatecznie silni, by nie bać się Europejczyków. Zamiast patrzeć na USA jak na związanego przez liliputów Guliwera, amerykańscy przywódcy powinni zrozumieć, że nic ich właściwie nie wiąże, że tak naprawdę Europa nie jest w stanie powstrzymać Ameryki. Gdyby Amerykanie umieli przełamać lęk wywołany nieadekwatnym do sytuacji poczuciem ograniczenia, mogliby okazać więcej zrozumienia dla innych. Mogliby uszanować wielostronne uzgodnienia i rządy prawa, gromadzić międzynarodowy kapitał polityczny na czas, kiedy jednostronne działanie okaże się nieuniknione. Mówiąc krótko, mogliby starać się bardziej okazać to, co ojcowie założyciele nazwali "świadczącym o przyzwoitości szacunkiem dla opinii ludzkości".

Oto małe kroki, które nie rozwiążą głębokich problemów nękających dziś transatlantycką społeczność. Wiara, że Stany Zjednoczone i Europę łączy dziś wspólny system zachodnich wartości, to zwykły mit. Aspiracje obu stron do humanitaryzmu są podobne, choć ogromna dysproporcja potęgi ulokowała je na przeciwległych pozycjach. Nie byłoby chyba nadmierną naiwnością wierzyć, że jest jeszcze wiele miejsca na obopólne zrozumienie.

 

tłum. Sergiusz Kowalski

Powyższy artykuł (oryginalny tytuł: "Siła i słabość") publikujemy z niewielkimi skrótami za "Policy Review" za zgodą autora

 

 

ROBERT KAGAN

Amerykański politolog i publicysta, zajmuje się tematyką międzynarodową. Mieszka w Brukseli. Jest felietonistą "Washington Post" oraz współpracownikiem tygodników "Weekly Standard" i "New Republic". Publikuje także w "New York Times", "Wall Street Journal", "Foreign Affairs", "Foreign Policy", "Commentary". Tekst, który publikujemy ukazał się w "Policy Review". W latach 1984-88 pracował w amerykańskim Departamencie Stanu. Autor książki "A Twilight Struggle: American Power and Nicaragua, 1977-1990" (1996) oraz współredaktor (wraz z Williamem Kristolem) "Present Dangers: Crisis and Opportunity in American Foreign Policy" (2000)






11 Września 2001