Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

POLITYKA nr 04/2003

 

Komentarze

 

Dorwać Dużego

 

Można dziś odnieść wrażenie, że to Michnik zaproponował łapówkę Rywinowi

 

Adam Michnik przyznał, że popełnił błąd nie zawiadamiając natychmiast prokuratury o propozycjach Lwa Rywina. Ten błąd wyraźnie widać z dzisiejszej perspektywy, z całego zamieszania, jakie ta sprawa wywołała. Zapewne kierownictwo "Gazety Wyborczej" popełniło w tej sprawie więcej błędów, począwszy od pierwszego tekstu, w którym nawet nie próbowano objaśnić, jakie to własne śledztwo prowadzono, aż po przedstawienie tylko fragmentów nagrania. Całe wydrukowała "Rzeczpospolita" i jest ono bardzo interesujące, gdyż pokazuje szerszy kontekst całej propozycji, skomplikowane, często nieczytelne dla opinii publicznej układy medialne, charakterystyki aktorów działających na tym rynku. Być może gdyby "Gazeta" od razu wydrukowała całość, a nie tylko zamieszczała ją w Internecie, uniknęłaby przynajmniej części posądzeń o manipulacje (wielodniowe powszechne rozważania, że zapis cyfrowy jest łatwy do zmontowania), o chęć zatajenia czegoś więcej niż tylko ów "brzęk szkła", którego brak zauważył jakiś wyjątkowo czujny dziennikarz.

Błędy redaktorów "Gazety" nie mogą przesłonić jednak zasadniczego problemu, jakim jest nazbyt widoczna wola bardzo wielu dziennikarzy i mediów (polityków pomińmy, oni grają tu swoje gry) szukania winy po stronie tych, do których z niesłychaną propozycją łapówki się zgłoszono. Szukanie tak intensywne, że powoli zaczyna się gubić sens całej sprawy, czyli propozycja zapłacenia
17,5 mld dol. za korzystne przepisy ustawowe, a zaczyna się utrwalać niejasne przekonanie, że oto dwaj zaprzyjaźnieni faceci nagle się w jakiejś sprawie nie dogadali, a na dodatek jeden miał czelność popełnić coś tak niegodziwego jak nagranie rozmowy ze starym kumplem i jeszcze tę rozmowę, oczywiście zmanipulowaną, opublikował. W kolejnych komentarzach i publikacjach widać tę wielką chęć dołożenia "Gazecie Wyborczej" i Adamowi Michnikowi osobiście. Redaktorzy naczelni, znani dziennikarze, publicyści, felietoniści, dziennikarscy stażyści z trudem trzymający mikrofony wręcz wyżywają się w wytykaniu błędów i informowaniu, że oni oczywiście natychmiast pobiegliby do prokuratora, nie opublikowali takiego tekstu, że nie rozumieją, dlaczego Michnik czekał, bo co tu mają do rzeczy Unia Europejska, wybory samorządowe, irlandzkie referendum czy inne ważne wydarzenie polityczne.

Ferowanie ex post kategorycznych sądów, puszenie się swoją wyższością, przywiązaniem do praworządności i wysokich standardów dziennikarskich, zwłaszcza gdy sprawa została ujawniona i żaden z dzisiejszych moralistów nie musi rozstrzygać żadnych dylematów (jak wielki dynamit był w tej sprawie, pokazuje obecny bieg zdarzeń), jest bardzo łatwe. Tym łatwiejsze, że można przy okazji wyładować swoje frustracje i niechęci, do których dość zamknięte i przekonane o swych rozlicznych przewagach środowisko "Gazety" z pewnością w przeszłości dało powody. Można po prostu wreszcie dorwać Dużego. Dziś aż nazbyt wyraźnie te środowiskowe frustracje widać. Powodują one, że w tej sprawie szala niebezpiecznie przechyla się w jedną stronę, w stronę zapomnienia, że to nie Michnik przyszedł do Rywina, ale Rywin do Michnika i że trzeba dużej odwagi, aby taką rozmowę nagrać (właśnie dlatego, że wszyscy się znają, są po imieniu) i nie załatwić sprawy po cichu, gabinetowo (co też było możliwe, zważywszy, że rzecz dotyczy najważniejszych osób w państwie), ale na oczach opinii publicznej. Pokazać coś, co zapewne nie jest (wyjąwszy może sumę) zdarzeniem wyjątkowym. Zapewne w takim właśnie klimacie, między znajomymi, załatwia się wiele transakcji łapówkarskich, w takim klimacie zbierało się i być może zbiera nadal, mimo nowej ustawy, pieniądze na partie polityczne, buduje się różne finansowe imperia mające zapewnić byt jakimś polityczno-koleżeńskim układom. Być może ta sprawa nigdy nie zostanie do końca wyjaśniona, już widać, że Lew Rywin nie złoży wyjaśnień prowadzących do jej jądra, do owych "ludzi będących przy władzy", dla których te 17,5 mln było jedną z ostatnich szans zdobycia dużych pieniędzy na jakiś cel (według zapisu magnetofonowego). Ale mechanizm został pokazany i nikt już nie będzie miał pewności, czy nie zostanie nagrany, co ma niewątpliwie walor profilaktyczny. Dlatego w opisie tej sprawy warto przywrócić wreszcie równowagę i pamiętać, kto do kogo i z czym przyszedł.

Janina Paradowska

 

 


 

POLITYKA nr 07/2003

 

Komentarze

 

Na początek - dobry teatr

 

Opozycja poluje na premiera, Samoobrona na Michnika, lewica chroni SLD

 

Pierwsze publiczne przesłuchanie przed sejmową komisją śledczą, którego bohaterem był Adam Michnik, oglądane przez ponad milion telewidzów, okazało się widowiskiem politycznym na wysokim poziomie. Była to też próba przywrócenia całej sprawie jej właściwego sensu, jakim jest zbadanie ujawnionej przez "Gazetę Wyborczą" afery korupcyjnej, mającej - być może - u swego podłoża interesy polityczne, polityczno-koleżeńskie, grupowe lub po prostu indywidualne. Żadnej z tych wersji na razie wykluczyć nie można. Michnik zamanifestował wolę walki z tą patologią z wielką determinacją, ale też z ograniczeniami, wynikającymi z wyraźnej niechęci do wikłania w sprawę - bez powodu, a jedynie dla politycznej gry - premiera czy prezydenta.

Taką taktykę Michnik wybrał świadomie i jedni mogą ją uznać za postawę propaństwową, inni, bardziej mu niechętni, za próbę zawężenia śledczych zamiarów komisji. Niewątpliwie jednak po pierwszych dniach przesłuchań jawność, z jaką mówi się o korupcji, może napawać nadzieją, że walka z nią przestaje być pustosłowiem, a staje się realnym zamiarem. Ostatecznym dowodem, na ile determinację Michnika podzielają politycy, będzie końcowy efekt prac komisji, a także dorobek prokuratury.

Wielkie polityczne widowisko na razie nie przybliżyło nas bowiem do jakiegokolwiek rozjaśnienia sprawy. Praktycznie opinia publiczna dysponuje tą samą wiedzą, jaką dysponowała po pierwszej publikacji "Gazety" i nic nie wskazuje na to, by członkowie komisji posunęli się o krok dalej niż prokuratura, którą z takim zapałem, często w sposób gorszący, krytykowali.
Komisja bowiem w pierwszym etapie postawiła na polityczny teatr, w którym role zostały zarysowane w ten sposób, że opozycja najwyraźniej poluje na premiera i ewentualnie prezydenta, Samoobrona na Michnika, posłowie lewicy próbują chronić premiera i oczywiście SLD, a w którymś momencie, wyznaczanym interesem politycznym swego ugrupowania, zaatakują zapewne Agorę.

Na razie Sojusz poświęca prezesa telewizji publicznej Roberta Kwiatkowskiego, gdyż z inicjatywy przedstawiciela tego ugrupowania przyjęto uchwałę o zwrócenie się do KRRiTV, aby prezes zawiesił pełnienie swej funkcji. Dodatkowo z inicjatywy posła
J. Rokity skierowano wniosek do prokuratora generalnego o zabezpieczenie ewentualnych dowodów mogących być w posiadaniu prezesa TVP.

Komisja śledcza jest ciałem politycznym; wyłoniona została przez Sejm wedle partyjnych parytetów. Nie jest bezstronnym sądem. Komisja prowadzi też postępowanie w nieco innej niż prokuratura sprawie. Prokuratura skupia się na płatnej protekcji, komisja ma przede wszystkim prześledzić, czy w procesie legislacyjnym powstało zagrożenie kupowania ustaw za łapówkę.

Gdyby komisja zechciała od razu przystąpić do żmudnego i medialnie z pewnością mało efektownego wyjaśnienia sprawy, przyjęłaby zgłoszony na pierwszym posiedzeniu wniosek posła Bogdana Kopczyńskiego z LPR, popierany zresztą przez posła Jana Rokitę i Zbigniewa Ziobro, aby prace rozpocząć od praprzyczyny afery, a więc od procesu narodzin w KRRiTV projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, w którym znalazły się kontrowersyjne przepisy, jak choćby ten otwierający pośrednio drogę do prywatyzacji Drugiego Programu telewizji publicznej. Przeciwko takiemu najbardziej logicznemu tokowi prac zaprotestowali głównie członkowie komisji wywodzący się z koalicji SLD-UP, mimo iż wszyscy mieli publicznie zresztą wyrażoną (gdyż wszystkie obrady są jawne) świadomość, że zaczynanie od samej propozycji Rywina, o ile on sam będzie nadal odmawiał zeznań, niewiele nowego wniesie. Jakie naprawdę zagadki tkwią w samym procesie powstawania ustawy, jakie osoby odgrywały tu wiodące role, czy rozpoczynając od nich dochodzenie udałoby się dojść do owej "grupy trzymającej władzę", o której mówił Lew Rywin? To pytania, jakie pojawiają się już dziś.

Sam początek prac komisji, burzliwy, pełen politycznych emocji, postawił jednak pytania istotne dla państwa i kształtu demokracji. Wynikają one z dwutorowości śledztwa, prowadzonego jednocześnie przez prokuraturę i komisję. Jak prowadzić śledztwo, jeżeli następnego dnia wszystkie zeznania mogą stać się jawne i wzywani świadkowie mają możliwość, najdelikatniej rzecz ujmując, dostosowywania swoich zeznań do posiadanej już wiedzy? Czy komisja jest instancją kontrolną dla niezależnej przecież prokuratury, którą to rolę najwyraźniej część jej członków chciałaby sobie przypisać? Czy posłowie zbyt nie folgują swojemu przekonaniu, że Sejm jest ponad wszystkimi, a nie jest tylko jednym z elementów władzy w państwie? Jaka jest w takich sprawach rola Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Dość kuriozalnie objawiła się ona przy okazji dyskusji, czy billingi rozmów premiera mogą być ujawnione, podczas gdy wciąż nie wiadomo, jakie działania podejmowała ABW w całej sprawie, skoro rzecz dotyczyła "grupy osób trzymających władzę", a w sprawie pada nazwisko premiera, więc rzecz dzieje się w obszarze zainteresowania służb specjalnych. Pojawia się też pytanie, czy opinia publiczna, a nawet posłowie muszą być informowani o wszystkich rozmowach i działaniach premiera, czy też jest tu jakaś sfera poufności?

Doświadczenie pierwszej komisji śledczej będzie ważne nie tylko w materii ustalania prawdy o tak zwanej sprawie Rywina, ale także w tych rozstrzygnięciach, które dotyczyć będą funkcjonowania różnych organów państwa. Być może okaże się, że trzeba zmienić ustawę o komisji, by uniknąć podwójnego śledztwa; może Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego powinna otrzymać dodatkowe uprawnienia, by móc śledzić procesy korupcyjne nie narażając się na zarzut inwigilacji partii politycznych i polityków; może należy przyspieszyć prace nad ustawą o lobbingu, gdyż dziś proces stanowienia prawa znajduje się poza jakąkolwiek kontrolą, a szaleństwo lobbowania staje się plagą? Jak na początek prac komisji sporo nam ona powiedziała o państwie. Czekamy, co powie o tak zwanej sprawie Rywina.

Janina Paradowska

 

 


 

Stenogram z 5. posiedzenia Komisji Śledczej do zbadania ujawnionych w mediach zarzutów dotyczących przypadków korupcji podczas prac nad nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji (SRTV) w dniu 8 lutego 2003 r.

 

Poseł Jan Rokita:
A w jednym z wcześniejszych pytań, pytań pana posła Smolany, padła ta kwestia - ona i tak za chwilę pewnie stanie się z natury rzeczy dalszym ciągiem pytań do pana - padła kwestia wywiadu premiera w "Polityce". Czy można zapytać, czy pamięta pan w tej chwili, od kogo pierwszego pan się dowiedział, że taki wywiad w "Polityce" z premierem ma być robiony albo jest robiony, albo o jego zawartości, o jego treści?

Pan Adam Michnik:
Nie potrafię w tej chwili na to pytanie odpowiedzieć. Wydaje mi się, że to był ktoś z "Polityki". Mnie chodziło o to, żeby jakby... Ja byłem bardzo niezadowolony z publikacji w tygodniu "Wprost", dlatego że ja uważam, że sprawa jest znacznie poważniejsza i ma większy wymiar i rangę, niżby to wynikało z tej publikacji. I mnie chodziło o to, żeby tej sprawy nie obrócić...

Poseł Jan Rokita:
...w żart.

Pan Adam Michnik:
...w żart, w salonową niezręczność, w dworską niezgrabność, prawda. Ja się tego bałem, bo w tę stronę szła publikacja we "Wproście", w takie trochę śmichu-chichu, rozrywkowe itd., prawda. I to była intencja moja.

Poseł Jan Rokita:
A czy z tej obawy o to, że poruszenie tej sprawy w "Polityce" w rozmowie pani red. Paradowskiej z premierem właśnie wywoła taki efekt niepoważny, czy z tej obawy wynikała pańska rozmowa z red. Paradowską w tej sprawie?

Pan Adam Michnik:
Ja... W zasadzie tak. Natomiast ja już w tej chwili nie pamiętam detalicznie przebiegu tego, ale tak, to była istota rzeczy, że ja uważałem, że tę sprawę trzeba potraktować bardzo serio, że to nie może być jakiś margines innej sprawy, że wśród wielu innych kwestii się pojawia i ta kwestia, prawda. Zresztą - jak pan poseł widział - myśmy w "Gazecie" zrobili taką operację przy tej publikacji, taką, żeby ta sprawa kompletnie ascetyczna była, żeby tam nie było żadnych dodatkowych hipotez, interpretacji, próby portretu psychologicznego Rywina, prawda, żeby to było kompletnie ascetyczne. Dlatego że myśmy się obawiali, że się stanie to, co się do pewnego stopnia stało zresztą, że nasza publikacja zostanie przedstawiona nie jako zdemaskowanie próby korupcyjnej, tylko jako jakiś element spisku, manipulacji, gier itd., prawda. I myśmy tego chcieli uniknąć. Otóż ja się bałem, że przez takie marginesowe pytania jakby ta cała sprawa zostanie unieważniona. Zresztą ciągle jeszcze miałem wtedy nadzieje, jak się okazało nieskuteczne, no, że rzeczywiście się uda ustalić, kto za Rywinem stał.

Poseł Jan Rokita:
Panie redaktorze, przepraszam za to, co powiem, ale to pytanie ma... znaczy odpowiedź na to pytanie ze strony pana ma bardzo zasadnicze znaczenie, więc proszę się bardzo zastanowić nad tą odpowiedzią. Pan w okresie między 15 lipca a 27 grudnia nie znajdował się w trakcie swoich rozmów z premierem w żadnej takiej sytuacji, w której mógłby pan domniemywać, że premier zwraca się do pana o pomoc w wyciszeniu sprawy, w jej niepublikowaniu, nigdy nie miał pan podstaw, ażeby odnieść wrażenie, że premier był zainteresowany wyciszeniem sprawy, także w przypadku jego wywiadu w "Polityce"?

Pan Adam Michnik:
Ja na to pytanie nie potrafię rozsądnie w tej chwili odpowiedzieć panu. Dlaczego? Dlatego że trudno było mówić o wyciszeniu sprawy, która była wyciszona, sprawy nie było żadnej przecież, prawda. Była mała publikacja we "Wprost", prawda. Ja już nie umiem w tej chwili odtworzyć dokładnie kontekstu tego wywiadu w "Polityce", ale pamiętam swoją intencję, że intencja była taka, że ta sprawa musi być ujawniona, ale przed tym wszystkim możliwe te okoliczności. Nie potrafię panu odpowiedzieć w tej chwili detalicznie, bo po prostu nie pamiętam tego.

Poseł Jan Rokita:
Nie zapamiętałby pan takiej sytuacji, gdyby dzwonił do pana prezes Rady Ministrów albo spotkał się z panem i mówił: Adamie, lepiej by było, żeby nie było na ten temat publikacji? Nie zapamiętałby pan takiej rozmowy?

Pan Adam Michnik:
Ja sobie nie umiem w tej chwili tego wszystkiego odtworzyć. Z premierem rozmawiałem i przez telefon, i osobiście niejednokrotnie. W końcu jak Smoleński ten tekst pisał, to u premiera był, rozmawiał z nim i premier przedstawił swoją wersję zdarzeń. Ja nie umiem wykluczyć w tej chwili, że w jakimś momencie jakaś tego typu rozmowa mogła mieć miejsce, ale w żadnym razie nigdy to nie był element nacisku na mnie. Znaczy nigdy nie było tak, żebym ja się czuł pod naciskiem szefa rządu czy kogokolwiek.

Poseł Jan Rokita:
Ale gdyby premier o coś pana prosił, to czy byłaby to dla pana prośba istotna, ważna, w jakiejkolwiek sprawie?

Pan Adam Michnik:
Zawsze.

Poseł Jan Rokita:
Czyli można domniemywać, że gdyby pana prosił w tej sprawie, to też by to była dla pana ważna prośba.

Pan Adam Michnik:
Zależy, jaki by był charakter danej prośby. Jeżeli charakter byłby taki, że ktoś by mnie prosił - wszystko jedno, czy premier, czy były premier, czy ktokolwiek - żeby to zamieść pod dywan, to bym powiedział: nie. Natomiast gdyby mnie prosił, żeby nie teraz, a kiedy indziej, to bym się zastanowił i bym to rozważył. Natomiast nie potrafię w tej chwili powiedzieć, czy tego typu sytuacja miała miejsce, chociaż jej nie wykluczam.

Poseł Jan Rokita:
Panie redaktorze, pani redaktor Paradowska w zeznaniach w prokuraturze przedstawia taką sekwencję zdarzeń. Mianowicie - to jest kontynuacja tego wątku dalej - robię wywiad z premierem - ja to streszczam tę sekwencję, ale zgodnie z zeznaniami pani redaktor Paradowskiej w śledztwie. Robię wywiad z panem premierem, zadaję mu w tej sprawie pytania, pan premier coś odpowiada, ja włączam te odpowiedzi do wywiadu, przesyłam premierowi wywiad do autoryzacji - i tu jest największa niespodzianka, to jest mój dodatek, a nie to, co mówi pani redaktor Paradowska w śledztwie - w dwa dni później dzwoni Adam Michnik w sprawie tego, żeby tych pytań nie było w tym wywiadzie. Pytam jeszcze raz: Czy premier prosił pana o pomoc w tej sprawie?

Pan Adam Michnik:
No nie bardzo rozumiem cóż to miałaby być za pomoc. Jest prawdą, że ja prosiłem panią redaktor Janinę Paradowską, żeby tej sprawy w tym trybie, znaczy w trybie tam pytania w wywiadzie, który był w ogóle o czym innym, nie ciągnąć. I prosiłem ją, żeby miała chwilę cierpliwości, zdeklarowałem... A teraz już się boję mówić, bo może mi się wydaje, że ja powiedziałem to. Ja już nie pamiętam teraz. Ale wedle mojej świadomości ja zdeklarowałem, że my tej sprawy nie zamieciemy pod dywan, tylko my tam jeszcze...

Poseł Jan Rokita:
To ja w pełni rozumiem, panie redaktorze, i w ogóle to dla mnie nie budzi wątpliwości, i nie o to pytam. Ja w tej chwili... Mnie chodzi o ustalenie nie pańskich stanów woli w tych pytaniach, tylko chodzi mi o ustalenie stanów woli prezesa Rady Ministrów i pańskiej wiedzy o tym. Jeżeli redakcja robi wywiad z premierem, a naczelny redaktor innej gazety wie o tym wywiadzie i składa jakieś prośby, to powstaje pytanie: Skąd wie o tym wywiadzie i jaką ma motywację, ażeby takie prośby składać? No, zdrowy rozsądek nasuwa podejrzenie, że w tej sprawie wiedzę mógł pan zaczerpnąć od premiera. Chcę wiedzieć, czy tak, czy nie.

Pan Adam Michnik:
Na to pytanie rozsądnie panu odpowiedzieć nie potrafię dzisiaj. Ja nie wykluczam, że to mógł mi mówić ktoś z redakcji "Polityki", ktoś może z otoczenia premiera, może sam premier, nie przypominam sobie po prostu tego, ale uczciwie mówiąc, z mojego punktu widzenia, w tej całej sprawie jest istotne to, że ja poprosiłem panią redaktor Paradowską. Jest dokładnie tak, jak pani Janina Paradowska to powiedziała. To jest absolutna prawda. Natomiast skąd ja się dowiedziałem o tym, kto tego...

Poseł Jan Rokita:
Panie redaktorze, problem polega na tym, że komisja nie jest powołana do wyjaśnienia jakby pańskich aktów woli, pan jest w gruncie rzeczy osobą prywatną, choć bardzo wybitną i wpływową, jak było powiedziane, ale komisja jest powołana do tego, ażeby wyjaśnić zachowania w tej sprawie organów państwowych. Ja pana proszę, żeby mi pan pomógł ustalić poglądy i zachowania organu państwowego w tej sprawie, czyli prezesa Rady Ministrów. Powiem szczerze, trudno mi uwierzyć, że gdyby pierwsza informacja o tym wywiadzie była w pańskiej głowie i w świadomości z ust prezesa Rady Ministrów, z taką prośbą, to żeby pan o tym nie pamiętał.

Pan Adam Michnik:
Mogę na to, panie pośle, odpowiedzieć tylko w jeden sposób, że mianowicie gdyby mnie premier prosił o coś, co ja bym uważał za istotne, to to bym zapamiętał z całą pewnością. Natomiast sprawę jakiegoś pytania w wywiadzie dla "Polityki"... Po prostu w ogóle tego nie uważałem za istotne, więc nie chcę wprowadzać w błąd szanownej komisji, bo nie potrafię wykluczyć, że zapomniałem o czymś, ale w swojej świadomości dzisiejszej nie trzymam tego.

 

 


 

POLITYKA nr 07/2003

 

Komentarze

 

Wywiad z premierem

 

Jak zostaliśmy zamieszani w "sprawę Rywina"

 

W śledztwie dotyczącym sprawy Rywina pojawił się wątek wywiadu premiera Leszka Millera dla "Polityki" z września ubiegłego roku, a ściślej usunięcia przez redakcję "Polityki" z wywiadu, na prośbę Adama Michnika, pytania dotyczącego krążących wtedy po Warszawie plotek o jakiejś aferze korupcyjnej w kręgach władzy (wspominał o tym tygodnik "Nie") i ewentualnym związku publikacji "Nie" z inną pogłoską - o rzekomej propozycji korupcyjnej złożonej przez Lwa Rywina "Gazecie Wyborczej". Na wszelki wypadek wyjaśniam, jak to z tym wywiadem było. Pytanie to postawiliśmy na sam koniec rozmowy, sondażowo, ponieważ redakcja "Polityki" nie miała żadnej własnej wiedzy w tej sprawie, i w zasadzie bez zamiaru publikacji, gdyż przywołanie w takim kontekście nazwiska konkretnej osoby mogło mieć wszelkie cechy karalnego pomówienia. Nie przypadkiem zresztą, mimo krążących pogłosek, żadna gazeta w tym czasie (poza jedną żartobliwą notatką we "Wprost") o żadnej "sprawie Rywina" nie pisała. Premier odpowiedział w sposób ogólnikowy, w tym sensie, że on też nie wszystko tu rozumie i być może chodzi tu o jakieś nieporozumienie, humoreskę. Mimo tego zdecydowaliśmy się zachować to pytanie w przekazanym premierowi do autoryzacji tekście (normalnie, w obróbce redakcyjnej z każdego nagranego wywiadu redakcja usuwa różne pytania i wątki, pozostawiając to, co sama uważa za ciekawe czy istotne). Liczyliśmy, że być może, mając czas do zastanowienia, premier jakoś rozbuduje swoją wypowiedź - jeśli nie, usuniemy tę kwestię nie chcąc kolportować plotek.

Nie mam pojęcia, skąd Adam Michnik dowiedział się o dotyczącym "Gazety Wyborczej" fragmencie wywiadu, choć rozmówca autoryzując tekst może go pokazywać, komu chce. Prawie na pewno nie z redakcji "Polityki" (bo przed skierowaniem tekstu do druku znają go tylko autorzy i redaktor nadzorujący, w przypadku wywiadu z premierem - redaktor naczelny). Przeprowadzająca wywiad z premierem red. Janina Paradowska, za moją wiedzą, przyjęła zaproszenie red. Michnika na rozmowę, w której obiecał wyjaśnić okoliczności sprawy. Adam Michnik opowiedział szczegółowo znaną z późniejszej grudniowej publikacji "GW" historię o podjętej przez Lwa Rywina próbie korupcyjnej, powiedział, że "Gazeta" prowadzi w tej sprawie intensywne śledztwo, zamierza całość dowodów opublikować, a przedwczesne ujawnienie sprawy, na marginesie wywiadu na inne tematy i w innej gazecie, może obrócić aferę w jakąś salonową niezręczność czy grę nieporozumień. Adam Michnik poprosił red. Paradowską, aby dać "Gazecie" czas na dalsze śledztwo i prawo pierwszeństwa w ujawnieniu dotyczącej ich samych afery. Ponieważ decyzja w sprawie ewentualnego usunięcia jakiegoś wątku z wywiadu należy do redaktora naczelnego, po wysłuchaniu relacji red. Paradowskiej z rozmowy z Adamem Michnikiem postanowiłem przychylić się do jego prośby. Uznałem argument, że to "Gazeta Wyborcza" jest gospodarzem sprawy, że ma prawo pierwszeństwa i wyłączności w przedstawieniu afery opinii publicznej, zwłaszcza że tylko "Gazeta" dysponowała dowodami w sprawie i że zdawkowe, w kontekście towarzyskich plotek, poruszenie tej kwestii w rozmowie z premierem mogłoby utrudnić "Gazecie" dziennikarskie śledztwo i nadanie sprawie właściwej rangi. Prosiłem, aby przekazując moją decyzję "Gazecie Wyborczej" poinformować, że - moim zdaniem - "Gazeta" powinna się pośpieszyć z publikacją i że z niecierpliwością czekamy na pełną relację o aferze i ustalenia dziennikarskiego dochodzenia.

 

Jerzy Baczyński - redaktor naczelny "Polityki"


 

 




AFERA RYWINA