Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 24.05.03 - nr 21

 

POLSKA - AMERYKA - EUROPA

 

ALEKSANDER HALL

Wspólne interesy i własne zdanie

 

 

Rozchodzenie się dróg Ameryki i Europy będzie groźne dla zachodniej cywilizacji i zdecydowanie niekorzystne dla Polski. Aby ten proces powstrzymać, musimy być nie tylko niezawodnym sojusznikiem USA, ale także uczestniczyć w tworzeniu politycznej i obronnej tożsamości Europy.

 

Ta sprawa zasługuje na poświęcenie jej uwagi. Jest czymś niezwykłym, że nie tylko władze naszego państwa, ale także główne ugrupowania centroprawicowej opozycji, olbrzymia większość autorytetów i ośrodków opiniotwórczych w Polsce poparły wojnę w Iraku lub okazały jej zrozumienie. Prawdą jest, że sondaże opinii publicznej przeprowadzane przed rozpoczęciem operacji wojennej w Iraku i tuż po jej podjęciu wskazywały na wyraźną większość głosów niechętnych polskiemu militarnemu zaangażowaniu w Iraku. Nietrudno jednak było odnieść wrażenie, że ten sprzeciw był dość płytki. W każdym razie oprócz niewielkich demonstracji anarchicznych pacyfistów i lewaków iracka wojna nie spowodowała zauważalnego społecznego odruchu sprzeciwu, jaki miał miejsce w niemal całej Europie Zachodniej, ani polaryzacji opinii publicznej. Zaryzykowałbym tezę, iż ta wojna toczyła się przy niemal zgodnej aprobacie naszej klasy politycznej (zarówno wywodzącej się z "Solidarności", jak z PZPR) oraz kręgów opiniotwórczych. Postawa zdecydowanej większości społeczeństwa była w tej sprawie bierna.

Owszem, bardzo krytycznie o amerykańskiej interwencji w Iraku i naszym w niej udziale wypowiadali się Jacek Kuroń, paru politologów i arabistów oraz ksiądz Stanisław Musiał, którego wypowiedź była jednak zbyt egzaltowana, by mogła wzbudzić należną uwagę. Te głosy pozostały w zdecydowanej mniejszości wobec głosów aprobaty płynących z obozu władzy, głównych ugrupowań centroprawicowej opozycji: PIS i Platformy Obywatelskiej, najważniejszych gazet: "Rzeczpospolitej" i "Gazety Wyborczej" (reprezentujących przecież wyraźnie odmienne opcje), najbardziej poczytnych tygodników społeczno-politycznych, państwowych i prywatnych stacji telewizyjnych i radiowych.

Skąd ten kontrast między Polską i zachodnią Europą? To zjawisko musi skłaniać do namysłu, zwłaszcza że Jan Paweł II, którego Polacy nie tylko kochają, ale także z uwagą słuchają, wypowiadał się przeciwko amerykańskiej wojennej interwencji w Iraku z wyjątkową siłą.

Postawa prymusa

Pierwsza uwaga - nie sądzę, aby motywy, jakimi kierował się w sprawie Iraku obóz rządzący i centroprawicowa opozycja, były takie same. Jeśli spojrzy się na koncepcje polskiej polityki zagranicznej formułowane w III Rzeczypospolitej przez formację postkomunistycznej lewicy, rzucają się w oczy dwie cechy: kilkuletnie opóźnienie, z jakim zaakceptowała zasadnicze kierunki wytyczone w latach 1989 - 1992 przez polityków i ugrupowania wywodzące się z ruchu "Solidarności", oraz brak własnego, oryginalnego dorobku. SdRP i SLD z oporami zaakceptowały dwa zasadnicze cele - wprowadzenie Polski do NATO i Unii Europejskiej. Gdy jednak to uczyniły, nie wniosły do polskiej polityki zagranicznej nowych elementów programowych, chociaż niektórym politykom tego obozu - zwłaszcza prezydentowi Kwaśniewskiemu - nie można odmówić zasług i zręczności w zabieganiu o interesy Polski na arenie międzynarodowej. Gdy jednak formacja postkomunistyczna uznała wreszcie za własny wytyczony przez liderów Polski posierpniowej kierunek polskiej polityki, realizowała go w sposób świadczący o kompleksach i przyzwyczajeniach wyniesionych z otrzymanej szkoły politycznej. Odgrywanie roli satelity wchodzi w krew i trudno się z niej wyzwolić. W okresie, w którym kształtowała się świadomość polityczna liderów rządzącej obecnie formacji lewicowej, nasza część świata miała swego hegemona - Związek Radziecki. Robiąc karierę w PZPR, trzeba było nie tylko to zaakceptować, ale dawać dowody służalczości wobec radzieckich towarzyszy.

Układ sił w świecie - i w naszej jego części - zmienił się kompletnie. Dziś jest tylko jedno wyraźnie dominujące supermocarstwo: Stany Zjednoczone. Naturalnym i wyćwiczonym odruchem większości liderów postkomunistycznej formacji jest przyjęcie postawy ucznia, który chce zostać zauważony przez nauczyciela i uznany za prymusa. Polska więc powinna być nie tylko lojalnym sojusznikiem USA, ale sojusznikiem uprzedzającym życzenia potężnego partnera. Kompleksy wynikające z genealogii i historii rządzącej obecnie formacji nie są w tej sprawie dobrym doradcą.

Trudno mi uwierzyć, że Leszek Miller, pytany o powody naszego zaangażowania w wojnę iracką, wierzy w to, co mówi. Nie sądzę, aby polski premier rzeczywiście widział w Iraku Saddama Husajna zagrożenie dla świata i Polski. Myślę, że jego rozumowanie było zupełnie inne. Uważa zapewne, że Polski nie stać na to, aby mieć zdanie odmienne od wyrażanego przez administrację amerykańską. Sądzi także, że Polsce politycznie opłaci się stanąć w tym konflikcie po stronie jedynego światowego supermocarstwa. Jeśli nawet to rozumowanie nie jest pozbawione racjonalności, to od szefa polskiego rządu oczekiwałbym większej subtelności w prowadzeniu gry dyplomatycznej, pozwalającej na zmniejszenie pasywów w naszych stosunkach z głównymi europejskimi partnerami Polski.

Tymczasem polska polityka zagraniczna pod rządami SLD nie sprawia dobrego wrażenia. Można odnieść wrażenie, że przyświecają jej dwa założenia.

- Ze względu na potrzebę modernizacji polskiej gospodarki i inne wyzwania ekonomiczne Polska musi znaleźć się w Unii Europejskiej. Jest ona jednak traktowana przede wszystkim - jeśli nie wyłącznie - jako wspólnota gospodarcza, a nie polityczna czy - potencjalnie - obronna.

- Nasze interesy polityczne i obronne w tak wielkim stopniu związane są z USA, że stanowisko Polski na arenie międzynarodowej powinno pokrywać się z amerykańskim.

Rządząca lewica w sprawie irackiej kierowała się przede wszystkim tym drugim założeniem.

Przeciwko totalitaryzmowi

Sądzę, że pierwszoplanowe znaczenie w określeniu motywów poparcia przez PiS i Platformę Obywatelską (z rozważań tych wyłączam Ligę Polskich Rodzin, która - prezentując konsekwentnie linię świadomego izolowania się Polski na arenie światowej i europejskiej - nie mogła poprzeć polskiego zaangażowania w Iraku) interwencji w Iraku mają dwa czynniki:

- autentyczna sympatia do USA, połączona z przekonaniem o zgodności amerykańskich i polskich interesów,

- awersja do totalitaryzmu i dyktatorskich reżimów.

Dzisiejsi liderzy ugrupowań centroprawicowych kształtowali swe przekonania pod koniec lat siedemdziesiątych i w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Wiedzą, że jednym z najważniejszych czynników, które spowodowały upadek światowego systemu komunistycznego, Związku Radzieckiego i odzyskanie przez Polskę wolności była potęga Ameryki i jej postawa, w szczególności po objęciu steru polityki USA przez administrację Ronalda Reagana. Niektórzy uważają zapewne, że ten czynnik był zdecydowanie najważniejszy. Nic więc dziwnego, że liderzy polskiej prawicy ze względu na swe biografie i doświadczenie życiowe mają naturalną skłonność do identyfikowania sprawy wolności w świecie i polskiego interesu narodowego z potęgą Ameryki.

Grupę przywódczą polskiej prawicy wyrosłą z opozycji demokratycznej i "Solidarności" cechuje też wyraźna antytotalitarna orientacja. Saddam Husajn, okrutny dyktator, doskonale nadaje się na symbol totalitaryzmu. Wielu Polaków pamięta, że gdy toczyła się "walka o świat" między Zachodem a Związkiem Radzieckim i jego satelitami Husajn był popierany przez Związek Radziecki. Połączenie przekonania o zbieżności amerykańskich i polskich interesów z naturalnym i usprawiedliwionym odruchem obrzydzenia wobec reżimu Husajna złożyło się na końcowy efekt: jednoznaczne poparcie przez główne polskie ugrupowania centroprawicowe militarnej rozprawy z irackim reżimem.

Jest jeszcze jeden element, którego nie można pominąć. Część naszych prawicowych intelektualistów już na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku szukała inspiracji u amerykańskich neokonserwatystów, wzywających do zdecydowanego przeciwstawienia się "imperium zła" i obrony amerykańskich wartości oraz kapitalizmu. Wiązała nadzieje z pozytywnym wpływem, jaki mogą oni wywrzeć na amerykańską politykę zagraniczną. Niemałe zasługi w propagowaniu amerykańskiego neokonserwatyzmu miało pismo "Polityka Polska", wydawane w drugim obiegu po wprowadzeniu stanu wojennego.

Neokonserwatyści - w tym nowe ich pokolenie - wywierają wielki wpływ na linię polityczną prezydenta George'a W. Busha. Wierzą w amerykańskie wartości i w potęgę USA. Uważają, że Stany Zjednoczone mają prawo i obowiązek uporządkowania świata na amerykańską modłę i mogą to zrobić samodzielnie. Dla części tego środowiska charakterystyczna jest postawa sceptycyzmu, a nawet pogardy wobec "zmurszałej" Europy Zachodniej, która rzekomo zatraciła zdolność do obrony wartości Zachodu i buduje biurokratyczny model społeczno-gospodarczy, wyraźnie ustępujący prężnemu amerykańskiemu kapitalizmowi.

Gdy czytam komentarze polityczne Jerzego Marka Nowakowskiego, Rafała Ziemkiewicza czy słucham Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa, mam wrażenie, że słyszę echo poglądów formułowanych za Atlantykiem. Czytając komentarze na temat Iraku zamieszczane na łamach "Wprost" (tygodnika mającego niekonserwatywną genezę) wykpiwające tchórzliwych rzekomo przywódców Francji i Niemiec, mam to samo wrażenie. Ich autorzy sugerują, że we współczesnym świecie dobro, odwagę, wartości uniwersalne i bezinteresowność reprezentują Stany Zjednoczone, podczas gdy stara Europa kieruje się oportunizmem i obroną własnych - wąsko i egoistycznie pojmowanych - interesów. Nie sądzę, aby sprawy przedstawiały się tak prosto.

Sprawy pod rozwagę

Wierzę, że bywają wojny sprawiedliwe. Tak było w przypadku amerykańskiego ataku na afgańskich talibów, gdy okazało się, że istnieją związki między organizatorami zamachu z 11 września 2001 roku a rządem afgańskim. Dążenie do schwytania i ukarania sprawców ataku na Amerykę, a także usunięcia reżimu, który ich osłaniał, było w pełni usprawiedliwione. Przypadek Iraku jest inny.

Dla mnie - przynajmniej dopóki nie zostanie znaleziona iracka broń masowej zagłady - jest jeden powód rozpoczęcia tej wojny przez USA: despotyczny i okrutny charakter reżimu Saddama. Uważam, że nie był to wystarczający powód, by tę wojnę uznać za sprawiedliwą, lekceważąc międzynarodowe prawo i co prawda niedoskonałą, ale jedyną organizację stojącą na jego straży: ONZ.

Nie twierdzę, że amerykańska administracja nie miała żadnych poważnych racji na usprawiedliwienie postępowania, jakie ostatecznie wybrała w sprawie Iraku. Moim zdaniem nie są one dostatecznie przekonujące, ale rozumiem, że ogromna większość polskich prawicowych elit politycznych i intelektualnych może mieć w tej sprawie inne zdanie. Sądzę jednak, iż światowa polityka wchodzi w fazę na tyle nową i różniącą się od poprzedniej, że nikt, kto chce wpływać na polską politykę zagraniczną, nie może uchylić się od przemyślenia nowej sytuacji i próby udzielenia odpowiedzi na pytanie, co z tego wynika dla Polski.

Pułapki lojalności

Wnioskiem, jaki wyciągnęła administracja prezydenta Busha po ataku z 11 września 2001 roku, jest uznanie, że Stany Zjednoczone zastrzegają sobie prawo do militarnej interwencji w krajach, w stosunku do których zachodzi podejrzenie, iż mogą posiadać broń masowego rażenia lub wspierać działalność terrorystyczną. Może to być także interwencja podjęta jednostronnie, bez zgody społeczności międzynarodowej. Jest zrozumiałe, że amerykański prezydent chce uczynić wszystko, by tragedia z 11 września nigdy nie mogła się powtórzyć. W czasach supernowoczesnych technologii realizacja tego celu nie pozwala na ograniczenie się wyłącznie do strzeżenia terytorium USA. Wymaga amerykańskiej obecności w świecie i usprawiedliwia zwalczanie przeciwnika na jego terytorium. Rzecz w tym, żeby był to wróg rzeczywisty i stanowiący realne zagrożenie. Doktryna Busha niesie ze sobą niebezpieczeństwo bardzo rozciągliwego traktowania pojęcia zagrożenia. Stosowana z rozwagą, gdy podejmowane działanie oparte jest na mocnych dowodach, może być usprawiedliwioną obroną nie tylko USA, ale i świata. Nadużywana i niepoparta przekonującymi dowodami może stać się narzędziem służącym narzucaniu amerykańskiej hegemonii i w konsekwencji eskalowaniu konfliktów międzynarodowych.

To prawda, że Ameryka ma militarne środki pozwalające na odgrywanie roli światowego hegemona. Jednak siłą rzeczy wywołuje to sprzeciw i powstawanie sojuszy, które mają ograniczyć pole manewru światowej potęgi. Świat wielobiegunowy jest bezpieczniejszy i bardziej stabilny niż jednobiegunowy (oczywiście pod warunkiem, że tworzące go ośrodki siły są przewidywalne). Z pewnością też cywilizacja zachodnia będzie silniejsza, opierając się przynajmniej na dwóch filarach: amerykańskim i europejskim, niż tylko na Stanach Zjednoczonych.

Przed dwudziestu laty amerykańscy neokonserwatyści mieli rację, głosząc potrzebę przyjęcia przez Amerykę twardej linii wobec Związku Radzieckiego i wiarę w amerykańskie wartości. Nie znaczy to jednak wcale, że muszą mieć rację obecnie, zachęcając prezydenta Busha do nadużywania siły w stosunkach międzynarodowych, a zwłaszcza narzucania wzorców zachodniej demokracji ludom ukształtowanym w cywilizacji kierującej się innymi zasadami. Podstawową dyrektywą wynikającą z konserwatywnej szkoły myślenia jest przecież odrzucenie konstruowania modeli mających zastosowanie zawsze i wszędzie. Konserwatysta pytany o właściwy ustrój zawsze zapyta: dla jakiego narodu i w jakiej fazie rozwojowej ma być on zastosowany?

Polska musi uważnie przyglądać się nowym tendencjom w polityce zagranicznej Ameryki. Pozostawanie lojalnym sojusznikiem nie musi oznaczać bezrefleksyjnego podążania za każdym pomysłem potężnego partnera. Z pewnością nie leży w polskim interesie narodowym, by USA zdecydowały się na zbyt rozciągliwe traktowanie doktryny Busha. Groziłoby to uwikłaniem Polski w konflikty rozgrywające się w odległych od nas częściach świata i zapewne prowadzące do eskalacji napięcia między cywilizacjami.

Miejsce w Europie

Przyzwyczailiśmy się do wymieniania jednym tchem wśród najważniejszych założeń polskiej polityki zagranicznej sojuszu z USA i naszego dążenia do wstąpienia do Unii Europejskiej. Więź transatlantycką uważaliśmy za coś oczywistego.

Gdy spojrzeć na historię powojennej Europy, nie sposób negować faktu, że USA sprzyjały procesowi integracji europejskiej nie tylko w wymiarze gospodarczym, ale także politycznym i militarnym, choć miały poczucie swej przewagi nad Europą Zachodnią i chciały ją zachować. Jednak gdy czyta się najważniejsze książki polityczne Kissingera i Brzezińskiego, którzy przez dziesięciolecia byli autorytetami w dziedzinie polityki zagranicznej, można stwierdzić, że obaj uważają, iż Stany Zjednoczone powinny szukać w jednoczącej się Europie partnera, z którym mogłyby wziąć odpowiedzialność za świat i przyszłość cywilizacji zachodniej. Ubolewali jedynie, że proces jednoczenia kontynentu europejskiego przebiega tak wolno.

Do niedawna w amerykańskiej polityce zagranicznej związek z Europą był założeniem oczywistym. Sprawy zaczęły się powoli zmieniać po upadku Związku Radzieckiego. Obecnie, gdy w Waszyngtonie sprawuje władzę ekipa Busha, zwłaszcza po starciu między USA i trzonem starej Europy w sprawie Iraku, sympatia Stanów Zjednoczonych dla powstania wspólnej europejskiej polityki zagranicznej i obronnej jest wysoce wątpliwa. USA nie chcą jednego silnego europejskiego partnera, z którego zdaniem musiałyby się poważnie liczyć. Wolą tworzyć doraźne zadaniowe koalicje, w których ich rola przywódcza jest i będzie czymś oczywistym.

Tego stanowiska w żaden sposób nie można uznać za zgodne z polską racją stanu. Nasze miejsce jest w Europie. Tutaj są i będą nasze podstawowe interesy. Zredukowanie procesu integracji europejskiej wyłącznie do sfery gospodarczej, bez sformułowania politycznej wizji jedności kontynentu, to pogodzenie się z drugorzędną rolą Polski w Europie i wyrzeczenie się przez nasz kraj europejskiej ambicji. Gdyby polska polityka dokonała takiego wyboru, popełniłaby wielki błąd.

Trudna misja

Świat bardzo się zmienił po 11 września 2001 roku. Kto wie, czy zmiana, jaka nastąpiła po wojnie irackiej, nie będzie jeszcze głębsza. Wymaga ona od polskich polityków i intelektualistów przemyślenia na nowo miejsca Polski w Europie i w świecie. Najważniejsza jest jednak intelektualna samodzielność i odwaga myślenia. Polityczna poprawność i konformizm w sprawach polityki zagranicznej źle będą służyć Polsce.

Dalsze rozchodzenie się dróg Ameryki i Europy będzie groźne dla zachodniej cywilizacji i zdecydowanie niekorzystne dla Polski. Dzisiaj więcej w tej sprawie zależy od postawy USA niż państw europejskich, gdyż to Ameryka jest jedynym supermocarstwem i to ona dyktuje warunki gry. Polska powinna działać na rzecz powstrzymania politycznego oddalania się Ameryki i Europy. By jednak podjąć tę misję, nasz kraj musi być nie tylko niezawodnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, ale także uczestniczyć w tworzeniu politycznej i obronnej tożsamości Europy, a więc - w obecnych realiach - Unii Europejskiej. Na warunki europejskie jesteśmy dużym państwem, którego głos, nawet z przyczyn czysto formalnych, będzie w Unii wiele znaczył. Będzie znaczył jednak niepomiernie więcej, jeśli nasi unijni partnerzy będą przekonani, że sternicy polskiej polityki nie traktują Unii przede wszystkim jako "kasy" bardzo potrzebnej dla modernizacji naszego kraju, ale chcą, by Polska współtworzyła potęgę Europy zaprzyjaźnionej ze Stanami Zjednoczonymi, odczuwającej z nimi wspólnotę wielu wartości, mającej wiele wspólnych interesów, ale też mającej własne zdanie i niezależnej.






11 Września 2001