Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

"Rzeczpospolita" - 2001.09.15

 

Samuel P.Huntington

Zderzenie cywilizacji

 

 

W świecie, który tworzy się na naszych oczach, stosunki między państwami i grupami państw należącymi do różnych cywilizacji nie będą zażyłe, a często przybiorą charakter antagonistyczny. Jednakże na styku niektórych cywilizacji konfliktów tych może być więcej.

W skali mikro najbardziej konfliktogenne linie graniczne między cywilizacjami to te, które oddzielają świat islamu od prawosławnych, hinduskich, afrykańskich i chrześcijańskich (zachodnich) sąsiadów. W skali makro główny podział przebiega między Zachodem i całą resztą, przy czym najgwałtowniejsze konflikty wybuchają między krajami muzułmańskimi i azjatyckimi z jednej a Zachodem z drugiej strony. Niebezpieczne starcia, do jakich dojdzie w przyszłości, wynikają najprawdopodobniej z wzajemnego oddziaływania arogancji Zachodu, nietolerancji islamu i chińskiej pewności siebie.

Zagrożona pozycja Zachodu

Zachód jako jedyna z cywilizacji miał przemożny, a niekiedy niszczycielski wpływ na wszystkie inne. Relacja między siłą i kulturą Zachodu a siłą i kulturą innych cywilizacji to najbardziej znamienna cecha współczesnego świata. W miarę jak inne cywilizacje rosną w siłę, zachodnia kultura traci na atrakcyjności. Narody z innych kręgów kulturowych mają coraz głębsze poczucie związku ze swymi rodzimymi kulturami i pokładają w nich zaufanie. Stąd centralnym problemem w stosunkach między Zachodem a resztą jest niewspółmierność między zamiarami Zachodu (zwłaszcza Ameryki), który stara się propagować swoją uniwersalną kulturę, a jego coraz słabszymi możliwościami w tym względzie.

Upadek komunizmu jeszcze ten dysonans pogłębił, bo Zachód umocnił się w przekonaniu, że jego ideologia demokratycznego liberalizmu odniosła zwycięstwo w skali globalnej, nadaje się więc dla wszystkich. Zachód, a zwłaszcza Stany Zjednoczone, które zawsze miały poczucie posłannictwa, jest przekonany, że inne narody powinny przyjąć zachodnie wartości demokracji, wolnego rynku, ograniczonego rządu, praw człowieka, indywidualizmu i praworządności i oprzeć na nich swoje instytucje. W innych cywilizacjach mniejszość przyjmuje i propaguje te wartości, ale przeważające postawy są całkiem inne - od rozpowszechnionego sceptycyzmu po zaciekły opór. To, co dla Zachodu jest uniwersalistyczne, innym kojarzy się z imperializmem.

(...)

Ludzie spoza Zachodu bez wahania wskazują przepaść, jaka dzieli głoszone przez Zachód zasady od działań. Ceną pretensji do uniwersalizmu jest hipokryzja, mierzenie rzeczy podwójną miarą i wszelkie "ale nie". Zachód wspiera demokrację, ale nie wtedy, gdy wynosi ona do władzy islamskich fundamentalistów. Jest za nierozprzestrzenianiem broni masowej zagłady, gdy dotyczy to Iranu i Iraku, ale nie Izraela. Wolny handel to siła napędowa wzrostu gospodarczego, ale nie rolnictwa. Prawa człowieka to kwestia sporna w stosunkach z Chinami, ale nie z Arabią Saudyjską. Agresja przeciw zasobnemu w naftę Kuwejtowi spotyka się z gwałtowną reakcją, ale mało się robi w wypadku agresji na Bośniaków nie posiadających ropy. Stosowanie podwójnej moralności w praktyce to nieunikniony koszt trzymania się uniwersalnych standardów.

Nowi aktorzy światowej sceny

Po zdobyciu niezależności politycznej kraje niezachodnie chcą się wyzwolić od gospodarczej, militarnej i kulturalnej hegemonii Zachodu. W Azji Wschodniej proces gospodarczego dorównywania Zachodowi jest daleko zaawansowany. Islamskie kraje azjatyckie szukają różnych dróg na skróty, pragnąc osiągnąć równowagę militarną w stosunkach z Zachodem. Uniwersalistyczne aspiracje cywilizacji zachodniej, słabnąca potęga Zachodu i coraz większa kulturowa pewność siebie innych cywilizacji sprawią, że kontakty między Zachodem a całą resztą nie będą się łatwo układać. Ich charakter, a także stopień wzajemnej wrogości, wyglądają jednak rozmaicie. Można tu wyróżnić trzy kategorie. Stosunki między Zachodem a jego ambitnymi rywalami, islamem i Chinami, są stale napięte, a często bardzo antagonistyczne. Między Zachodem a Ameryką Łacińską i Afryką, cywilizacjami słabszymi i w pewnej mierze od niego zależnymi, konfliktów będzie o wiele mniej (zwłaszcza z Ameryką Łacińską). Jeśli chodzi o Rosję, Japonię i Indie, ich relacje z Zachodem będą się plasować gdzieś pośrodku i zawierać zarówno elementy współpracy, jak i konfliktu. Wspomniane trzy państwa-ośrodki raz będą bowiem sprzymierzać się z Zachodem, a innym razem z jego ambitnymi rywalami. Są to cywilizacje "kolebiące się" (swing civilizations) między Zachodem z jednej a blokiem islamskim i chińskim z drugiej strony.

Islam i Chiny mają bogate tradycje kulturowe, bardzo odmienne od kultury Zachodu i w ich własnym mniemaniu nieporównanie lepsze. Siła tych cywilizacji i ich pewność siebie w odniesieniu do Zachodu wciąż rosną, a konflikty między systemami wartości i interesami są coraz częstsze i ostrzejsze. Świat islamu nie ma państwa-ośrodka, dlatego stosunki poszczególnych jego państw z Zachodem bardzo różnie się kształtują. Od lat 70. przejawia się jednak stały, wyraźnie antyzachodni trend, którego oznaką jest rozkwit fundamentalizmu, przejmowanie władzy przez bardziej antyzachodnie ekipy, niby-wojna między niektórymi islamskimi ugrupowaniami a Zachodem, osłabienie więzi, jakie w okresie zimnej wojny łączyły niektóre państwa muzułmańskie ze Stanami Zjednoczonymi ze względu na interesy bezpieczeństwa. Traktowanie różnic w pewnych sprawach jako kwestii o zasadniczym znaczeniu to główny element roli, jaką cywilizacje te będą odgrywać w kształtowaniu przyszłości świata. Czy instytucje o globalnym zasięgu, podział władzy oraz polityka i gospodarka państw XXI wieku będą odzwierciedlać przede wszystkim zachodnie wartości i interesy, czy też będą kształtowane przez świat islamu i Chiny? (...)

Islam a Zachod: źródła antagonizmu

Po pierwsze, wskutek przyrostu ludności w krajach muzułmańskich pojawiła się wielka rzesza bezrobotnych, młodych "ludzi luźnych", którzy stali się bazą rekrutacyjną dla organizacji islamskich, wywierali presje na sąsiednie kraje i migrowali na Zachód. Po drugie, za sprawą Odrodzenia Islamu muzułmanie na nowo uwierzyli w wyjątkowość swojej cywilizacji i wyższość jej systemu wartości nad zachodnim. Po trzecie, podejmowane przez Zachód starania o nadanie swym wartościom i instytucjom wymiaru uniwersalnego, zachowanie militarnej i ekonomicznej przewagi oraz interweniowanie przezeń w konflikty rozrywające się w świecie muzułmańskim, wywołały wśród muzułmanów silne resentymenty. Po czwarte, z upadkiem komunizmu zniknął wspólny wróg Zachodu i islamu, oba więc zaczęły się nawzajem uznawać za wrogów. Po piąte, coraz intensywniejsze kontakty ludzi Zachodu i muzułmanów na nowo pogłębiały w każdej ze stron poczucie tożsamości i odrębności od drugiej strony. Wzajemne kontakty zaostrzyły również różnice poglądów na temat praw ludzi z jednego kręgu kulturowego w kraju zdominowanym przez drugą cywilizację. W latach 80. i 90. wzajemna tolerancja chrześcijan i muzułmanów bardzo osłabła.

Przyczyny odnowionego konfliktu między islamem i Zachodem sprowadzają się więc do podstawowych kwestii władzy i kultury. "Kto kogo"? Kto ma rządzić? Kto będzie rządzonym? To zasadnicze zagadnienie polityki, sformułowane przez Lenina, leży u podstaw zatargu. Istnieje ponadto konflikt dodatkowy, który Lenin uznałby za nieistotny, między odmiennymi wizjami dobra i zła, a co za tym idzie, poglądami na to, kto jest dobry, a kto zły. Dopóki islam pozostanie islamem (a tak przecież będzie) a Zachód Zachodem (co bardziej wątpliwe), ten podstawowy spór między dwiema wielkimi cywilizacjami i stylami życia będzie nadal określał ich stosunki w przyszłości, tak jak było przez minione czternaście stuleci.

Stosunki te zakłócone są także przez różnice lub zasadnicze sprzeczności poglądów na wiele innych zasadniczych kwestii. Kiedyś jedną z ważniejszych była kontrola nad terytorium, dzisiaj nie ma większego znaczenia. W połowie lat 90. dziewiętnaście z dwudziestu ośmiu konfliktów na pograniczach świata islamu rozgrywało się między muzułmanami a chrześcijanami, w tym jedenaście dotyczyło wyznawców prawosławia, a siedem - chrześcijaństwa zachodniego (w Afryce i Azji Południowo-Wschodniej). Jeden tylko z gwałtownych lub potencjalnie gwałtownych konfliktów, między Chorwatami a Bośniakami, miał miejsce bezpośrednio na linii granicznej między Zachodem i islamem. Ponieważ zachodni imperializm terytorialny się zakończył, a nowa muzułmańska ekspansja terytorialna jak dotąd nie nastąpiła, obie cywilizacje zostały od siebie oddzielone pod względem geograficznym i tylko w nielicznych zakątkach świata, jak na Bałkanach, społeczności zachodnie i muzułmańskie graniczą bezpośrednio ze sobą. Konflikty między Zachodem a islamem nie dotyczą więc kwestii terytorialnych w takim stopniu, jak szerszych międzycywilizacyjnych zagadnień w rodzaju rozpowszechniania broni, praw człowieka, demokracji, kontroli nad zasobami ropy naftowej, migracji, islamskiego terroryzmu i interwencji Zachodu.

Nowe wizerunek starego konfliktu

Po zakończeniu zimnej wojny zarówno muzułmanie, jak ludzie Zachodu uznali, że historyczny antagonizm znów się nasila. Barry Buzan dostrzega wiele przyczyn społecznych zimnej wojny między Zachodem a islamem, "wojny, w której Europa znajdzie się na pierwszej linii frontu".

"Częściowo ma to związek z przeciwstawieniem wartości świeckich religijnym, częściowo z tradycyjną rywalizacją między chrześcijaństwem a islamem, z zazdrością o potęgę Zachodu, z resentymentami dotyczącymi dominującej roli Zachodu w politycznym ukształtowaniu Bliskiego Wschodu w epoce postkolonialnej, a także z uczuciami rozgoryczenia i upokorzenia, jakie się rodzą przy nierzetelnym porównywaniu osiągnięć cywilizacji islamskiej i zachodniej w ciągu ostatnich dwustu lat".

(...) W 1990 roku Bernard Lewis, wybitny znawca spraw islamu, dokonując analizy "źródeł muzułmańskiego gniewu", wyciągał następujące wnioski: "Należy sobie wyraźnie uświadomić, że mamy obecnie do czynienia z nastrojami i ruchem społecznym, wykraczającymi daleko poza kwestie sporne i politykę oraz rządy, które ją uprawiają. Jest to ni mniej, ni więcej tylko zderzenie cywilizacji irracjonalna być może, ale z pewnością mająca podłoże historyczne reakcja dawnego rywala wymierzona przeciw naszemu judeochrześcijańskiemu dziedzictwu, naszej świeckiej teraźniejszości i ekspansji obu tych zjawisk na cały świat. Pozostaje kwestią o zasadniczym znaczeniu, żebyśmy nie dali się sprowokować do równie historycznie uwarunkowanej, lecz przy tym równie irracjonalnej reakcji wymierzonej przeciw temu rywalowi".

Podobne uwagi formułowane są w społeczności muzułmańskiej. Znany egipski dziennikarz Mohammed Sid Ahmed pisał w 1994 roku o "narastającym konflikcie między etyką judeochrześcijańską a ruchem Odrodzenia Islamu, który obejmuje obecnie obszar od Atlantyku aż po Chiny". Wybitny muzułmanin z Indii przepowiadał w 1992 roku, że "następna konfrontacja z Zachodem wyjdzie nieuchronnie ze świata muzułmańskiego. Walka o nowy ład światowy zacznie się od ruchu ludów muzułmańskich, od Maghrebu po Pakistan". Zdaniem znanego tunezyjskiego prawnika walka ta już się rozpoczęła: "Kolonializm próbował wypaczyć wszystkie kulturowe tradycje islamu. Nie jestem islamistą, nie sądzę, żeby był to konflikt między religiami. Jest to starcie cywilizacji".

Zachód jako szatan

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zapanowały w świecie islamu antyzachodnie nastroje. Jest to częściowo naturalna konsekwencja Odrodzenia Islamu i reakcji na zjawisko postrzegane jako "gharbzadegi", czyli zatruwanie muzułmańskich społeczeństw przez Zachód. "Powrót do islamskich wartości, bez względu na to, jaką postać przybiera w wydaniu tej czy innej sekty, oznacza odrzucenie wpływu Europy i Ameryki na lokalne społeczeństwo, politykę i moralność". Przywódcy muzułmańscy powtarzali niegdyś swoim narodom przy różnych okazjach: Musimy się zwesternizować. Jeśli którykolwiek z nich powiedział coś takiego w ostatnim ćwierćwieczu XX stulecia, jest w swoim stanowisku odosobniony. I rzeczywiście, trudno znaleźć wypowiedź muzułmańskiego polityka, urzędnika wysokiej rangi, naukowca, biznesmena czy dziennikarza wychwalającą wartość i instytucje Zachodu. Podkreśla się natomiast różnice między cywilizacją islamską a zachodnią, wyższość kultury islamu i konieczność zachowania przez nią integralności w obliczu naporu ze strony Zachodu. Muzułmanie obawiają się jego potęgi, wobec której żywią negatywne uczucia, boją się zagrożenia, jakie niesie ich społeczeństwu i przekonaniom. Postrzegają kulturę Zachodu jako materialistyczną, skorumpowaną, dekadencką i niemoralną. W ich pojęciu jest ona także uwodzicielska, stąd coraz większy nacisk kładą na stawianie oporu jej wpływom na ich styl życia. W coraz większym stopniu muzułmanie krytykują Zachód nie tyle za wyznawanie ułomnej, błędnej religii, będącej pomimo to "religią Księgi", ale za niewyznawanie żadnej religii. W ich oczach zachodni sekularyzm, areligijność i biorąca się stąd amoralność są gorsze od zachodniego chrześcijaństwa, które je zrodziło. W okresie zimnej wojny Zachód piętnował swoich przeciwników jako "bezbożnych komunistów". W pozimnowojennym konflikcie cywilizacji to Zachód jest określony mianem "bezbożnego" przez muzułmańskich oponentów.

Wizja aroganckiego, zmaterializowanego, represyjnego, brutalnego i dekadenckiego Zachodu podtrzymywana jest nie tylko przez fundamentalistycznych imamów, ale i przez ludzi, z których wielu na Zachodzie uznano by za naturalnych sprzymierzeńców. Mało książek muzułmańskich autorów opublikowanych na Zachodzie w latach dziewięćdziesiątych spotkało się z tak entuzjastycznym przyjęciem jak praca Fatimy Mernissi "Islam and Democracy", uznana powszechnie za odważną wypowiedź nowoczesnej, liberalnej muzułmanki. Obraz Zachodu zawarty w tej książce nie mógłby jednak być chyba mniej pochlebny. Zachód jest "militarystyczny" i "imperialistyczny", "wywołał u innych narodów urazy swym kolonialnym terrorem" (s. 3, 9). Indywidualizm, ta główna cecha kultury zachodniej, to "źródło wszelkich problemów" (s. 8). Potęga Zachodu budzi lęk. To on arbitralnie decyduje, czy "satelity zostaną użyte do nauczania Arabów, czy do zrzucania na nich bomb. (...) [To on] podkopuje nasze możliwości i dokonuje inwazji w nasze życie za pomocą importowanych produktów i filmów telewizyjnych, zalewających fale eteru (...) jego potęga dławi nas, osacza nasze rynki, kontroluje nasze zasoby, inicjatywy, nasz potencjał. Tak właśnie widzieliśmy naszą sytuację, a po wojnie w Zatoce zyskaliśmy pewność (s. 146 - 147). Potęga Zachodu powstaje "dzięki badaniom militarnym". Wytwory tych badań sprzedaje się następnie krajom słabo rozwiniętym, będącym "biernymi konsumentami". Islam, chcąc się z tej zależności wyzwolić, musi stworzyć kadrę własnych inżynierów i naukowców, budować własny potencjał militarny (autorka nie określa dokładnie, czy ma na myśli broń atomową, czy konwencjonalną) i "uwolnić się do militarnego uzależnienia od Zachodu" (s. 43 - 44). Podkreślmy jeszcze raz, że nie są to słowa brodatego ajatollaha w turbanie.

Obcość kultury

Muzułmanie, bez względu na poglądy polityczne czy religijne, zgodni są co do istnienia zasadniczych różnic między ich kulturą a kulturą Zachodu. Jak stwierdza szajch Ghanuszi, "chodzi o to, że nasze społeczeństwa przyjmują inne wartości niż Zachód". Amerykanie "przychodzą tutaj - powiedział pewien wysoki rangą egipski urzędnik - i chcą, żebyśmy byli tacy jak oni. Nie mają pojęcia o naszych wartościach i naszej kulturze". "Jesteśmy inni - przyznaje egipski dziennikarz. - Mamy odrębne zaplecze, inną historię. W związku z tym mamy parwo do odrębnej przyszłości". Zarówno popularne, jak i intelektualnie pogłębione publikacje, ukazujące się w świecie muzułmańskim, bez przerwy opisują tak zwane spiski i plany Zachodu mające na celu podporządkowanie, upokorzenie i zniszczenie instytucji i kultury islamu.

Antyzachodnie reakcje przejawiają się nie tylko w głównym intelektualnym nurcie Odrodzenia Islamu, ale i w zmianach postaw rządów krajów muzułmańskich wobec Zachodu. Te, które objęły władzę bezpośrednio po wyzwoleniu spod kolonializmu, przyjmowały przeważnie zachodnie idee polityczne i ekonomiczne, prowadziły też prozachodnią politykę zagraniczną. Do wyjątków należały takie kraje, jak Algieria i Indonezja, które uzyskały niepodległość w drodze rewolucji narodowowyzwoleńczej. Prozachodnie rządy jedne po drugich ustępowały miejsca identyfikującym się z Zachodem albo wręcz wrogo doń nastawionym, jak w Iraku, Libii, Jemenie, Syrii, Sudanie, Libanie i Afganistanie. Mniej radykalne zmiany w tym samym kierunku zaszły w nastawieniu i sojuszach innych państw, między innymi Tunezji, Indonezji i Malezji. Dwaj najwytrwalsi muzułmańscy sojusznicy Stanów Zjednoczonych z okresu zimnej wojny, Turcja i Pakistan, znaleźli się pod wewnętrzną islamistyczną presją, a ich stosunki z Zachodem stają się coraz bardziej napięte. (...)

Niby wojna

Gdy się uwzględni wyobrażenia większości muzułmanów i ludzi Zachodu o sobie nawzajem, a do tego narastanie islamskiego ekstremizmu, trudno się dziwić, że po rewolucji irańskiej 1979 roku zaczęła się między islamem a Zachodem międzycywilizacyjna niby-wojna. Z trzech powodów można ją tak określić. Po pierwsze, nie jest tak, że cały islam walczy z całym Zachodem. Dwa państwa fundamentalistyczne (Iran i Sudan), trzy niefundamentalistyczne (Irak, Libia i Syria) oraz wiele różnych islamistycznych organizacji wspieranych przez inne jeszcze kraje, takie jak Arabia Saudyjska, prowadzi walkę ze Stanami Zjednoczonym, od czasu do czasu z Wielką Brytanią, Francją i innymi grupami państw, a ponadto z Izraelem i Żydami w ogóle. Po drugie, wyjąwszy wojnę w Zatoce 1990/91, walka jest prowadzona ograniczonymi środkami: z jednej strony mamy terroryzm, z drugiej siły lotnictwa, tajne działania i sankcje ekonomiczne. Po trzecie, akty przemocy są co prawda kontynuowane, ale z przerwami. Polega to na zdarzających się od czasu do czasu działaniach jednej strony, które prowokują reakcje drugiej. Niby-wojna pozostaje jednak wojną. Jeśli nawet wykluczyć setki tysięcy irackich żołnierzy i cywilów, którzy zginęli w zachodnich nalotach w styczniu i lutym 1991 roku, ofiary śmiertelne i inne idą w tysiące, i zdarzało się to praktycznie w każdym roku po 1979. O wiele więcej Amerykanów i Europejczyków zginęło w tej niby-wojnie niż podczas "prawdziwej" wojny w Zatoce.

Ponadto obie strony przyznają, że konflikt ma charakter wojny. Chomeini dość wcześnie i trafnie oznajmił, że "Iran jest praktycznie w stanie wojny z Ameryką", a Kadafi regularnie proklamuje świętą wojnę przeciw Zachodowi. Przywódcy innych muzułmańskich grup ekstremistycznych i państw wyrażali się podobnie. Po stronie Zachodu Stany Zjednoczone uznały siedem państw za "terrorystyczne", pięć z nich to kraje muzułmańskie (Iran, Irak, Syria, Libia i Sudan), pozostałe to Kuba i Korea Północna. Tym samym zostały zaklasyfikowane jako wrogowie, atakują bowiem Stany Zjednoczone i ich przyjaciół najbardziej skuteczną bronią, jaką rozporządzają, a to oznacza stan wojny. Amerykańskie osobistości oficjalne często określają te kraje mianem "wyjętych spod prawa", "nieobliczalnych", "rozbójniczych", wykluczając je tym samym z cywilizowanego międzynarodowego ładu i uzasadniając podejmowanie przeciw nim wielostronnych lub jednostronnych sankcji. Rząd amerykański oskarżył sprawców zamachu bombowego na World Trade Center o "rozpętanie wojny w postaci miejskiego terroryzmu przeciw Stanom Zjednoczonym". Zdaniem władz amerykańskich spiskowcy, którym zarzucono planowanie dalszych zamachów bombowych na Manhattanie, byli "żołnierzami" w wojnie przeciw Stanom Zjednoczonym. Jeśli muzułmanie stwierdzają, że Zachód prowadzi wojnę przeciw islamowi, a ludzie Zachodu mówią to samo o islamskich grupach, zasadny wydaje się wniosek, iż coś na kształt wojny istotnie jest na rzeczy.

W tej niby-wojnie każda ze stron stawia na swoje silne punkty i słabości drugiej strony. Z militarnego punktu widzenia jest to przeważnie wojna terrorystyczna przeciw potędze lotnictwa. Bojownicy muzułmańscy wykorzystują otwarty charakter społeczeństw Zachodu do podstawiania samochodów pułapek w upatrzonych miejscach. Zachodni eksperci militarni korzystają z otwartego nieba nad obszarami islamu i zrzucają "inteligentne bomby" na określone cele. Islamiści knują spiski na życie prominentnych ludzi Zachodu, Stany Zjednoczone planują obalenie ekstremistycznych islamskich reżimów. W ciągu piętnastu lat, od 1980 do 1995 roku, jak podaje amerykański Departament Obrony, Stany Zjednoczone angażowały się w siedemnaście operacji militarnych na Bliskim Wschodzie, przy czym wszystkie były wymierzone przeciw muzułmanom. Podobnych operacji wojskowych nie prowadzono przeciw żadnej innej cywilizacji.

Do tej pory (wyjąwszy wojnę w Zatoce) każda ze stron utrzymywała akty przemocy na rozsądnie niskim poziomie i powstrzymywała się od określenia gwałtownych działań drugiej jako operacji wojennych, wymagających maksymalnej reakcji. "Gdyby Libia nakazała któremuś ze swoich okrętów podwodnych zatopienie amerykańskiego liniowca - pisał "The Economist" - Stany Zjednoczone potraktowałyby to jako akt wojny ze strony rządu, a nie domagały się ekstradycji kapitana tej jednostki. Wysadzenie w powietrze statku powietrznego przez libijskie służby specjalne niczym się z zasady nie różni". Uczestnicy tej wojny stosują jednak przeciw sobie środki o wiele gwałtowniejsze niż Stany Zjednoczone i Związek Radziecki w okresie zimnej wojny. Z rzadkimi wyjątkami, żadne z supermocarstw nie zabijało umyślnie cywilnej ludności drugiego ani nawet nie niszczyło celów militarnych. Zdarza się to jednak nagminnie w tej niby-wojnie.

Przywódcy amerykańscy utrzymują, że muzułmanie biorący udział w niby-wojnie to nieznaczna mniejszość, i że przeważająca większość umiarkowanych wyznawców islamu sprzeciwia się stosowaniu przez nich przemocy. Może to być prawda, ale brak dowodów na poparcie tej tezy. W krajach muzułmańskich nie podniosły się żadne głosy protestu przeciw antyzachodnim aktom przemocy. Rządy, nawet te mocno ufortyfikowane (bunker goverments), przyjazne Zachodowi i zależne od niego, zachowywały bardzo wymowne milczenie, kiedy trzeba było potępić wymierzone przeciw niemu akty terroryzmu. Z drugiej strony, rząd i społeczeństwa europejskie popierały i rzadko krytykowały akcje Stanów Zjednoczonych przeciw muzułmańskim przeciwnikom, co stało w ostrej sprzeczności z energicznym sprzeciwem, jaki często wyrażały wobec amerykańskich akcji wymierzonych w Związek Radziecki i komunizm w okresie zimnej wojny. Konflikty cywilizacyjne tym się różnią od ideologicznych, że krewniacy stają ramię przy ramieniu.

To nie islamski fundamentalizm stanowi problem dla Zachodu, lecz islam, odmienna cywilizacja, której przedstawiciele są przekonani o wyższości swojej kultury i mają obsesję na punkcie własnej słabości. Dla islamu problemem nie jest CIA ani amerykański Departament Obrony, lecz Zachód, odmienna cywilizacja, przekonana o wyższości swojej kultury i o tym, że jej przeważająca, choć słabnąca potęga zobowiązuje ją do szerzenia tej kultury na całym świecie. To właśnie te czynniki podsycają konflikt między islamem a Zachodem.

Tłum. Hanna Jankowska




Są to fragmenty książki Samuela P. Huntingtona pt. "Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego", która ukazała się w Polsce nakładem Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego MUZA SA. Dziękujemy wydawnictwu MUZA za zgodę na przedruk w "Rzeczpospolitej".






11 Września 2001