Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ

CZAS WRZESZCZĄCYCH STARUSZKÓW

 

(...)

 

Krzesło Kuronia

 

Cóż poradzę - bardziej niż publicystą politycznym czuję się pisarzem. Publicysta polityczny powinien zacząć ten rozdział od przypomnienia kariery Jarosława Kaczyńskiego. Potem powinien się skupić na pokazaniu, co jest charakterystycznego w jego widzeniu polskich problemów i w sposobie prowadzenia politycznych rozgrywek (każdy polityk - pisałem już? - ma w takich sprawach swój styl, równie niepowtarzalny jak charakter pisma), pokusić się o rekonstrukcję faktycznych celów, jakie sobie postawił (niekoniecznie bowiem są one tożsame z deklarowanymi), a następnie spróbować go rozliczyć z tego, jak owe cele realizował, czy mu się to udało i dlaczego nie.

Nie będę się uchylał od tych powinności publicysty. Ale przyznam szczerze, że jako pisarza najbardziej mnie interesują w polityce ludzie. Co nimi powoduje, co sprawia, że wybierają taki sposób na życie, skąd czerpią siły i przekonanie do zajmowania się przez całe lata po czternaście, szesnaście godzin dziennie knuciem, nakręcaniem różnych skomplikowanych kombinacji, mających zadziałać na trzy, cztery ruchy naprzód? Nie wątpię, po kilkunastu latach obserwowania tej branży, że do polityki trafiają ludzie o szczególnych osobowościowych predyspozycjach, ale mimo to bywają oni bardzo różni. Są w tym gronie ludzie nastawieni na materialne korzyści, są chorobliwie spragnieni władzy i są nawiedzeni, mający swą misję od Boga; są psychiki proste jak z podręcznika i są malowniczo popaprane, są wreszcie osobnicy nudni w swej przewidywalności i są fascynujący. Jarosław Kaczyński należy do tych najciekawszych i zarazem najtrudniejszych do rozgryzienia. Stanowi niezwykłą mieszankę idealizmu i pragmatyzmu ocierającego się o cynizm, a często wyraźnie granicę cynizmu przekraczającego. Taki ocierający się o cynizm pragmatyzm jest zawodową chorobą polityków, nasilającą się z czasem, choć w różnym tempie, zależnie, czy ktoś, jak większość postkomunistów, idąc do polityki, od razu nastawiał się na karierę w aparacie, czy też, jak ludzi Solidarności, wciągnęło go raczej poczucie misji i chęć dokonania wielkich rzeczy. Zawodową chorobą polityków jest także coś, co oni sami zapewne nazwaliby "utratą złudzeń co do ludzi". Polityk, zwłaszcza ważny polityczny lider, otoczony jest stale przez lizusów, cwaniaków i pieczeniarzy, z pewną domieszką nawiedzonych.

Stopniowo nabiera przekonania, że, jeśli pominąć kompletnych wariatów, wszyscy ludzie kierują się prostymi do zrozumienia, niskimi motywacjami i każdego można kupić, każdego podpuścić, z każdym ubić "dil". Zawodową chorobą polityków jest wreszcie postrzeganie świata jako swego rodzaju układanki, szachownicy, na której uzyskanie zamierzonego układu pionów lub ich wymiana na inne staje się celem samym w sobie. Wszystkie te zawodowe schorzenia nie ominęły Kaczyńskiego (umówmy się na przyszłość: jeśli nie stawiam przy tym nazwisku imienia, to znaczy, że mówię o Jarosławie, bo o nim po prostu więcej jest do powiedzenia; w przeciwnym razie będę zaznaczał, iż mowa o jego bracie) - a jednak zachowuje on od lat coś, co odróżnia go od innych polskich polityków, może poza jednym, ale o tym za chwilę. A mianowicie: autentyczną, przemożną pasję. Potrzeba skuteczności, tak ważna dla polityka, zwłaszcza gdy z czasem połączy się z rutyną, skłania raczej, by traktować wszystko możliwie beznamiętnie, tak jak wytrawny gracz traktuje figury albo karty i rozmaite ich układy. Kaczyński tymczasem politykę głęboko przeżywa i niekiedy nie potrafi ukryć, że stanowi ona dla niego coś więcej niż grę - jego misję i powołanie.

Owszem, zdarza się twórcy i prezesowi PiS chować urazy i uprzedzenia do kieszeni. Ale zwykle tylko po to, aby w końcu i tak dać im wyraz, i to często na forum oraz w momencie zupełnie nieodpowiednim, ze szkodą dla swojego wizerunku. Widać po prostu, że choć Kaczyński chciałby uchodzić za żywy komputer, za gracza zimnego i pozbawionego uczuć, to wychodzi mu to marnie; wizerunek poważnego polityka, tak jak go sobie po dyletancku wyobraził i narzucił (po dyletancku, gdyż niesłuchanie doradców od pijaru i marketingu jest wśród ludzi jego pokolenia i formacji intelektualnej prawidłowością), w medialnej praktyce jest raczej wizerunkiem wypranego z poczucia humoru sztywniaka. Na dodatek sztywniaka nadąsanego, bo mimo wyraźnych starań Kaczyński zwykle nie potrafi się powstrzymać od publicznego okazywania irytacji, a nawet od wpadania w złość. Charakterystyczne, że ukrywanie uczuć pozytywnych idzie mu znacznie lepiej. Ale trudno się nie irytować, jeśli ma się wielkie zamierzenia, a co chwila wdeptuje w jakieś wstrzymujące ich realizację duperele. Pod tym względem jest Kaczyński przeciwieństwem Kwaśniewskiego, który jeśli tylko uznałby, że to dla jego wizerunku korzystne, potrafiłby się promiennie i ciepło uśmiechać nawet w momencie, gdy mu właśnie narobiono na głowę (jeśli ten przykład wydaje się Państwu absurdalny, to proszę sobie przypomnieć niektóre z wizyt byłego prezydenta w Moskwie; mnie się wydaje, że sytuacja tak mniej więcej tam wyglądała); bliżej Kaczyńskiemu raczej do Wałęsy, z którym łączy go to samo poczucie posłannictwa, przeradzające się łatwo w przekonanie o własnej nieomylności. Zresztą wzajemna nienawiść, jaką żywią do siebie były prezydent i jego niegdysiejszy główny rozgrywający, któremu w znacznym stopniu swą prezydenturę zawdzięcza, jest tego podobieństwa przejawem. Ludzie mający przemożne poczucie słuszności nie są po prostu w stanie długo ze sobą wytrzymać.

Tym z kolei, co Kaczyńskiego zasadniczo od Wałęsy różni, jest brak osobistej pychy, która zresztą byłego prezydenta przywiodła do przedwczesnego upadku. Kaczyński wydaje się pozbawiony potrzeby upajania się hołdami, chodzenia w glorii zwycięskiego wodza i zbawcy. W zupełności wystarczyłby mu sukces.

 

Kajetan Morawski - co ciekawe, ten cytat przywołał swego czasu Piotr Zaremba, pisząc właśnie o Kaczyńskim - opisywał sanacyjne państwo jako folwark, po którym Marszałek zwykł przechadzać się na podobieństwo gderliwego dziedzica zaglądającego w różne kąty i przesłuchującego ekonomów. Tego pochwalił, tamtego zbeształ i wyłoił kosturem, a jeszcze innego w ogóle przegonił i zastąpił kimś innym. Od siebie powiem: bingo! Jak tam było z Piłsudskim, o to się kłócić nie będę, Morawski pewnie wiedział lepiej (choć z drugiej strony z racji odstawki, w jaką poszedł po zamachu, mógł być uprzedzony). Ale do Kaczyńskiego to wyobrażenie państwa jako włości doglądanych gospodarskim okiem przez troskliwego dziedzica pasuje po prostu idealnie.

 

Z Michnikiem łączy Kaczyńskiego więcej podobieństw niż z Wałęsą. Ten ostatni wydaje się człowiekiem poddanym politycznemu instynktowi, urodzonym taktykiem, którego podstawowym tropizmem jest - zwyciężyć w starciu. Oczywiście, miał jakąś ogólną wizję tego, jak powinna Polska po tym zwycięstwie wyglądać, ale nie był przywiązany do jej szczegółów; gdy było to potrzebne do zwycięstwa, potrafił Balcerowicza ostro atakować, by po paru miesiącach, gdy potrzeby się zmieniły, oddać mu pełną władzę nad gospodarką, idę o zakład, że i w pierwszym, i w drugim wypadku niespecjalnie się interesując, na czym właściwie tak kontrowersyjne reformy Balcerowicza polegają.

Dwaj pierwsi natomiast znacznie lepiej wiedzą, czego chcą, a najlepiej - czego nie chcą. Te wizje są krańcowo rozbieżne i nie do pogodzenia. To, w czym jeden widzi ideał, do którego należy dążyć, drugiego napawa lękiem jako największe z czyhających na Polskę zagrożeń - i odwrotnie. Obie wizje Polski są nie do pogodzenia także dlatego, że są wizjami, można rzec, ostatecznymi, czy też raczej: docelowymi. Nie na kadencję czy dwie, a na zawsze. Użyte przez śakowskiego określenie "zmienić Polskę" nie najlepiej oddaje istotę rzeczy, jest po prostu za słabe. Trzeba podkreślić, że tu chodzi nie o jakąś tam zmianę, ale o Wielką Zmianę, o zmianę historyczną. Kaczyński, podobnie jak Michnik, należy do tej formacji, dla której polityka stanowi posłannictwo, misję, zadanie na miarę historii - nawet jeśli nie sposób jej uprawiać inaczej, niż grzęznąc w drobiazgach, w załatwianiu drobnych spraw i interesów, bo wymaga tego technologia zdobywania i sprawowania władzy, to wszystko jest podporządkowane Wielkiemu Celowi.

A ludzie mający Wielki Cel zwykle mają też silne przekonanie, że ten Cel daje im szczególny immunitet - mówiąc najprościej, że uświęca środki. W obu wypadkach tę prawidłowość możemy uznać za spełnioną.

No i jeszcze jedno podobieństwo - obaj przywódcy "wojny na górze" właściwie nie zauważyli, że już się ona skończyła, że minęło od niej osiemnaście lat, że dzieci, które urodziły się w czasie sławnej awantury na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego, weszły już w pełnoletniość i że w ogóle przez te osiemnaście lat mnóstwo rzeczy się zmieniło. Oni tymczasem - obaj reprezentujący typ ludzki doskonale opisany przez Raymonda Chandlera słowami "niczego nie zapomina i niczego się nie uczy" - wciąż tkwią w postawionych wtedy diagnozach. Jeden chce bronić demokracji zagrożonej przez polski nacjonalizm, drugi państwa zawłaszczonego przez nadal stanowiący zwartą i zorganizowaną siłę komunistyczny aparat nomenklatury i służb specjalnych.

 

Pozwólcie Państwo, że teraz na chwilę cofniemy się myślą jeszcze dalej, aż o trzydzieści lat wstecz. Chcę bowiem spełnić obietnicę z początku rozdziału - obietnicę pokazania Jarosława Kaczyńskiego w taki sposób, w jaki powinien go zobaczyć nie publicysta polityczny, a pisarz.

A zadaniem pisarza jest w takim opisie znaleźć scenę, moment z życia swego bohatera na tyle charakterystyczny, aby zawierał się w nim skrót całej fabuły.

Mam przed oczami taką scenę - i gdybym miał pisać o Kaczyńskim powieść albo scenariusz do filmu, bez wątpienia od niej bym właśnie zaczął. Od błahego wydarzenia, opowiedzianego zresztą, i to też wiele o nim mówi, przez samego Kaczyńskiego.

Jest rok 1977, Jarosław Kaczyński zostaje po raz pierwszy zaproszony na duże spotkanie KOR, z którym od niedawna współpracuje. "Przyszedłem, usiadłem przy stole. Otwierają się drzwi i wkracza czołówka opozycji: Kuroń, Macierewicz, Jan Józef Lipski itp. Patrzę ze zdumieniem, a tu wszyscy, którzy siedzieli przy stole, wstają i przenoszą się pod ściany. Podniosłem się także, ale by ustąpić miejsca Lipskiemu, który był starszym panem, kolegą mojej mamy i człowiekiem chorym. On jednak usiadł obok, a Kuroń, wykorzystując ten moment, już wieszał swoją skórzaną marynarkę na MOIM [podkreślenie - RAZ] krześle. Ja jednak spokojnie na nim usiadłem i miejsca Kuroniowi nie ustąpiłem".

Kuroń był człowiekiem nieco młodszym od Lipskiego, lecz od Kaczyńskiego jednak starszym o całe piętnaście lat - więc już choćby z tej tylko przyczyny ustąpienie mu miejsca nie byłoby ze strony młodego działacza żadnym poniżeniem. Ale nie sposób mierzyć jego zachowania tylko kwestią, kto był młodszy, a kto starszy. Jacek Kuroń, nieobdarzony żadnym formalnym tytułem w rodzaju prezesa czy przewodniczącego Komitetu Obrony Robotników, w roku 1977 de facto kimś takim jest. Jest już właściwie legendą podziemia, człowiekiem po kilku odsiadkach; to w jego mieszkaniu stoi telefon, na który dzwonią wszyscy proszący o interwencję w jakiejś sprawie i wszyscy korespondenci zagraniczni. Jacek Kuroń jest mentorem, wzorem, autorytetem i człowiekiem otaczanym ogromnym szacunkiem.

A tu jakiś, z przeproszeniem, pętak, zaproszony na zebranie KOR po raz pierwszy, ładuje się przed nim na krzesło i jemu, Kuroniowi, każe stać. Ten oto, żeby się nie wyrazić gorzej, debiutant uważa, że nie jest od sławnego Kuronia w niczym gorszy - był pierwszy, więc będzie siedział, a tamten, skoro później przyszedł, niech stoi.

Spróbujcie sobie Państwo tę scenę wyobrazić: oburzenie, pełne zdumienia spojrzenia obecnych, ich zaskoczenie, pochrząkiwania. Kuroń dyszący zwaliście nad krzesłem, na którego oparciu już zdążył powiesić marynarkę. I młody Kaczyński udający, że nic nie zauważa, niezwracający uwagi na pełną potępienia ciszę i ponaglające spojrzenia. A może wręcz trzymający się rękami poprzeczek krzesła, aby nie można go było z niego wywalić siłą?

To już, oczywiście, moja wyobraźnia, starająca się tę scenę filmowo oprawić w odpowiednie zbliżenia i odjazdy kamery. Krzysztof Kłopotowski napisał kiedyś w wyobraźni swój film o Michniku i przez niego o polskiej historycznej przemianie ( >>Obywatel Michnik<< ) - wolno i mi zastanawiać się nad analogicznym nienapisanym scenariuszem Prezes Kaczyński.