Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Polska - 12 stycznia 2005 r.



Kiszczak bez wybielacza

Anita Gargas, Ewa Zarzycka


 


Pracował w stalinowskich organach bezpieczeństwa. Zwalczał opozycję w wojsku i cywilu. Współorganizował stan wojenny. Zacierał ślady popełnionych wtedy zbrodni.

Dziś ocenia moralność działaczy opozycyjnych. Przypominamy zapomnianą biografię Czesława Kiszczaka.




Wizyty, czyli tylko bez "michników"


Z generałem Czesławem Kiszczakiem spotykamy się dwukrotnie. Za każdym razem w domu Kiszczaków - otynkowanym na szaro klocku w stylu lat 70. Na furtce wisi metalowa tabliczka ostrzegająca przed złym psem i jeszcze gorszym gospodarzem.

Generał - i pies - witają nas w drzwiach. Pies zostaje wkrótce odesłany do piwnicy, generał szarmancko pomaga nam zdjąć płaszcze, zaprasza do małego, umeblowanego stylowo saloniku. Na stole pojawiają się kawa i słodycze.

Możemy rozmawiać długo - gospodarz ma dla nas pięć godzin. Ale dyktafony musimy schować. Nie możemy nagrywać. - Proszę bez "michników" - słyszymy.

Rozmowa istotnie się przedłuża. Czesław Kiszczak mówi dużo o sobie. - Jestem takim nietypowym facetem, mam wyższe wykształcenie bez matury - wyrwie mu się nawet. Opowieść ubarwia anegdotami. Ale coś zgrzyta - mamy wrażenie, iż w większości powtarza to, co można znaleźć w jego książce lub w wywiadzie opublikowanym niegdyś w "Gazecie Wyborczej". Nawet sformułowania są te same, jakby generał powtarzał wyuczony na pamięć życiorys.

Inicjatywa następnego spotkania wychodzi od gospodarza. Po kilku pytaniach - m.in. dotyczących Departamentu IV MSW (zajmującego się Kościołem) generał zaczyna się denerwować. W końcu ucina rozmowę.

- Paniom nie chodzi o prawdę, tylko o paszkwil - mówi. - Nie będę do tego przykładał ręki. W odpowiedzi na pytanie o żonę i dzieci słyszymy: - Wara od mojej rodziny.

Generał przyciąga do siebie rozrzucone na stoliku zdjęcia, które miały ilustrować tekst.

Wychodzimy. Kiszczak już nie wyciąga z szafy naszych płaszczy, nie pomaga nam ich włożyć.

 

Wola partii

 

Wiedeń, rok 1943. Czesław Kiszczak, robotnik przymusowy, 18-latek, poprzez znajomego Chorwata nawiązuje kontakt z austriackim, komunistycznym podziemiem. 7 kwietnia 1945 r., rano, gdy Armia Czerwona wkracza do Wiednia, Kiszczak zgłasza się do siedziby komórki komunistycznej partii Austrii. Wszyscy tam zebrani otrzymują od partii polecenie, by pomagali żołnierzom radzieckim. Kiszczak wsiada do sowieckiego czołgu i pokazuje załodze drogę.

Na czym polegała jego wcześniejsza działalność w ruchu oporu, nie wiadomo. Na pytania o szczegóły generał odpowiadać nie chce. Uznaje je za dowód na to, że "Gazeta Polska" szykuje na niego paszkwil.

Dokument wystawiony przez austriackich komunistów wystarczył, by Kiszczaka przyjęto do PPR. Wstąpił do partii niemal od razu po powrocie do kraju, w maju 1945 r. Skierowano go do Łodzi, do Centralnej Szkoły Partyjnej (z niej powstała później Wyższa Szkoła Nauk Społecznych przy KC PZPR). Kurs trwał 3 miesiące. Pepeerowski narybek przyjeżdżał szkolić Marian Spychalski, wykładowcą był m.in. Adam Szaff. Czesław Kiszczak mówi, że z tym ostatnim zawsze utrzymywał stosunki - nawet wtedy, gdy Szaff był zwalczanym rewizjonistą - i zawsze mu pomagał. Wystawił mu paszport dyplomatyczny, i tylko jedno się nie udało - chociaż generał Kiszczak się starał, profesor na swoje 75. urodziny nie został odznaczony najwyższym odznaczeniem PRL - Orderem Budowniczych Polski Ludowej.

Po kursie partyjnym chciał iść na studia (przed wojną zaczął gimnazjum). Najlepiej humanistyczne. Ale partia widziała go w wojsku, a Kiszczak dał się przekonać, że jest ludowej armii potrzebny. W szybkim tempie zrobił podchorążówkę i w listopadzie 1945 r. był już w Warszawie. Wraz z innymi zameldował się w KC PPR, u tow. Gomułkowej, która przedstawiła im zadanie - będą w okręgach wojskowych pełnomocnikami PPR.

- Chodziło o to, żeby w armii nie było kilku partii - mówi Kiszczak.

Ale wojsko jest w tym czasie bezpartyjne. Tyle tylko, że była to propagandowa fikcja. W rzeczywistości oficerowie polityczni budują w armii struktury PPR. Zakaz dotyczy pozostałych stronnictw i jest surowo przestrzegany.

Czesław Kiszczak zalicza kolejny kurs - tym razem w szkole dla oficerów polityczno-wychowawczych (z tej z kolei zrodzi się Wojskowa Akademia Polityczna im. Feliksa Dzierżyńskiego). Ale oficerem politycznym nie zostaje.

Dlaczego? Mówi, że znalazł się w grupie, która podpadła i uznano, że miana oficera politycznego nie jest godna. Skierowano ich do Głównego Zarządu Informacji (centrali wojskowego kontrwywiadu, który praktycznie był wojskową policją polityczną).

Tam zastępca szefa Informacji Anatol Fejgin zaproponował im pracę. Nie musieli odpowiadać zaraz, mogli się zastanowić. Koledzy Kiszczaka, pod wpływem opowieści jednego z nich, że Informacja stosuje gestapowskie metody, odmówili. Kiszczak propozycję przyjął.

- Ten kolega słynął z tego, że ma barwną wyobraźnię - tłumaczy.

 

W Informacji, czyli nie wiedziałem o niczym

 

Jest grudzień 1945 r. Czesław Kiszczak zostaje oficerem Oddziału II w Głównym Zarządzie Informacji.

- Radzieccy uczyli mnie abecadła pracy kontrwywiadowczej. Byli moimi mentorami - mówi.

Czym się zajmuje? To był czysty kontrwywiad - zapewnia. W Łodzi przez ponad tydzień, 24 godziny na dobę, chroni przewerbowaną przez Informację agentkę gestapo, która przyjechała z amerykańskiej strefy okupacyjnej. Jeździ na inspekcje w teren.

A w terenie trwa walka z antykomunistycznym podziemiem. Informacja współpracowała z urzędami bezpieczeństwa w "rozpracowywaniu" tzw. band. Porucznik Kiszczak z ramienia centrali sprawdza, jak ta współpraca wygląda.

W 1946 r. zostaje oddelegowany do Londynu, do misji wojskowej, którą kieruje Józef Kuropieska. Misja ma ściągać do kraju oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Zadaniem Kiszczaka jest, jak mówi, wyławianie spośród nich esesmanów i folksdojczów.

W Londynie por. Kiszczak poznaje wdowę po polskim lotniku. Kobieta - ojciec bogaty Żyd z Hamburga, zamordowany przez Niemców, matka angielska lady - wprowadza go do towarzystwa, uczy manier, zachowania przy stole. "To była wielka miłość - pisze generał we wspomnieniach. Ale przełożeni kazali ten związek zakończyć". I porucznik romans kończy. Listownie: "Muszę służbowo wracać do Polski, nie wiadomo, czy wrócę" - pisze.

Z Londynu wraca do Głównego Zarządu Informacji w roku 1947.

Informacja szaleje. Toczy się m.in. tzw. sprawa zamojsko-lubelska (w wyniku prowokacji szefa wydziału Informacji 3 Dywizji Piechoty aresztowano 57 osób; wszystkich torturowano, szef sztabu dywizji płk. Lucjan Zaleski zmarł w wyniku pobicia nazajutrz po przesłuchaniu).

Czesław Kiszczak zapewnia, że o tym, jak i o innych takich sprawach nie wiedział. Nigdy nie przesłuchiwał aresztowanych, fragmenty ich zeznań dostawał od oficerów śledczych. Jak oni zdobywali zeznania, nie miał pojęcia - wydział śledczy był oddzielony od pozostałych kratą, aby tam wejść, trzeba było mieć przepustkę.

Agentów owszem, werbował. To było jedno z jego zadań. Najczęściej na "uczucia patriotyczne". Kandydata przekonywało się, że pomagając Informacji, pomaga chronić Polskę. Przed przystąpieniem do werbunku trzeba było sprawdzić, czy kandydat nie jest już przypadkiem zwerbowany, poprosić przełożonych o zgodę, rozpoznać grunt. Zdaniem generała prawie każdego można zwerbować, bo prawie każdy ma jakieś słabości - wódka, kobiety, kochanek, hazard.

- Takiej maszynistce np., która miała kochanka, mówiło się - niech się pani zastanowi, co będzie, gdy mąż się o tym dowie. Ale do szantażu nigdy się nie posuwałem - zapewnia teraz Kiszczak.

Zbigniew Palski, historyk, w wywiadzie dla GP (nr 10, 2001 r.): "Zasadą werbunku przy pomocy materiałów kompromitujących było to, że ten, który werbował, przedstawiał kandydatowi na TW fragment materiałów, które na niego posiadał. Jak mówią instrukcje Informacji, powinien to być materiał tak sporządzony, aby w każdej chwili można było skierować go do prokuratury. Kandydat na tajnego współpracownika miał wybór - albo podpisze zobowiązanie do współpracy, albo nie, i wówczas sprawa natychmiast trafia do prokuratora. (...) Instrukcje mówią też wyraźnie o tym, że nie wolno było kandydatowi do werbunku dawać obietnic, że sprawa pójdzie w niepamięć".

Więzionych w areszcie GZI przesłuchiwał natomiast przełożony Kiszczaka, Mateusz Frydman, w latach 1946-1950 zastępca szefa II Oddziału GZI. Ale o tym generał nie mówi.

Z raportu Komisji Mazura (powołanej w 1956 r. do badania m.in. GZI): "kpt., b. aresztowany [sprawa zamojsko-lubelska] Sitek Edmund. (...) Wieczorem został wezwany na przesłuchanie do Frydmana, który pokazał mu dwie pałki gumowe, następnie polecił zdjąć mundur, spodnie, buty i "śpiewać o organizacji". Gdy nic nie powiedział o stawianym mu zarzucie, Frydman przy pomocy dwóch oficerów umocował mu głowę w oparciu krzesła, skuł kajdankami ręce pod siedzeniem krzesła, po czym bito go gumowymi pałkami do utraty przytomności. Gdy zemdlał, ocucono go wodą i dalej bito".

(Sprawę Frydmana - jak wiele innych - umorzono w 1958 r.).

Gdzieś na przełomie 50/51 r. Kiszczak zaczyna mieć pierwsze wątpliwości. Aresztowano już m.in. generałów Tatara, Kirchmayera, Mossora, Hermana. Zeznania tego ostatniego trafiły do II Oddziału. Czytając je Kiszczak zauważył, że ten człowiek, wbrew podstawowym regułom konspiracji, wie o spisku wszystko. To wydało mu się nieprawdopodobne.

Postanowił wtedy opuścić centralę i poprosić o przeniesienie w teren.

- Myślałem wtedy, - mówi - że to, co się dzieje w Warszawie, to wypaczenia kacyków średniego szczebla. Że na prowincji będę samodzielny i coś takiego się nie zdarzy.

Został szefem Informacji dywizji w Ełku.

Po pewnym czasie przyszło z centrali polecenie rozpracowania części kadry, przedwojennych oficerów. Rozpracowania pod tezę - mieli być szpiegami i dywersantami. Kiszczak mówi, że w obciążające ich materiały nie uwierzył, a polecenie zignorował. I postanowił z Informacji uciec.

W jego karierze w tych organach jest kilka takich sytuacji, które powinny zakończyć się źle: w Zakopanem, w kawiarni na Gubałówce, kazał wyp... od stolika swemu przełożonemu, majorowi Frydmanowi. W Ełku praktycznie sprzeciwił się GZI. Najbardziej nieprawdopodobna jest jednak jego rozmowa z szefem Informacji, Dymitrem Wozniesienskim, na początku 1953 r.

Wrócił wtedy do Warszawy, przez kwatermistrza Warszawskiego Okręgu Wojskowego załatwił sobie mieszkanie - dwa pokoje z kuchnią na ul. Wolność, i napisał do szefa MON marszałka Konstantego Rokossowskiego raport o zwolnienie z Informacji. Argumentował, że chce się uczyć. Raport drogą służbową trafił do Wozniesienskiego, który wezwał, wtedy już majora Kiszczaka, na rozmowę. W pewnym momencie zapytał, czy Kiszczak chce odejść z Informacji jedynie z tych powodów, które wymienił w raporcie. A ten miał mu odpowiedzieć, że nie. Że nie zgadza się z wieloma rzeczami, które się w tej służbie dzieją, np. z aresztowaniem Kuropieski, oskarżeniami marszałka Roli-Żymierskiego o zdradę.

I chociaż wygłaszał herezje, za które powinien natychmiast znaleźć się w areszcie i osobiście przekonać się, jak Informacja uzyskuje wiedzę, jedyną konsekwencją tej rozmowy była kara dyscyplinarna!

W dodatku swoje uzyskał. Z Informacją się rozstał.

Generał mówi, że kiedy jeszcze w niej służył, był rozpracowany przez Oddział Specjalny, który szukał wrogów i dywersantów w Informacji. Ale jak na metody tam stosowane, było to rozpracowywanie łagodne. Czesław Kiszczak musiał jedynie kilka razy pisać życiorys.

- Skoro kazali pisać parę razy to samo, to czegoś szukali. Zdenerwowałem się. Powiedziałem im: Przecież napisałem sobie wzorcowy życiorys, z niego przepisuję, na niczym mnie nie przyłapiecie. No i dali spokój.

Ale innym na ogół spokoju nie dawali. Pewnego porucznika Informacji, kolegę Kiszczaka, skazano na karę śmierci za kradzież zelówek. Uniknął stryczka ułaskawiony przez Bieruta. Miał publiczny proces. Dwaj oficerowie śledczy, którzy spóźnili się do sądu o kilkanaście minut, zostali wezwani do Frydmana, wtedy szefa Oddziału Specjalnego. Powitał ich słowami: - Wy szpiedzy, gdzie byliście do tej pory? Oficerowie wiedzieli, co się święci, jeden z nich padł przed Frydmanem na kolana: - Towarzyszu pułkowniku, darujcie, mam żonę i dwoje dzieci. Na to Frydman kopnął go w twarz i powiedział: - Jaki ja dla ciebie towarzysz, ty sk... .

 

W WSW, czyli to było poza mną


Do następczyni Informacji, Wojskowej Służby Wewnętrznej, wrócił w 1957 r. Zaproponował mu to szef WSW, płk. Kokoszyn. Kiszczak się opierał, stawiał warunki: chce skończyć normalnie, ze swoim rokiem, Akademię Sztabu Generalnego. I szef Sztabu Generalnego mu to gwarantuje. Kiszczak buduje więc w WSW kontrwywiad ofensywny i studiuje w ASG. Akademię kończy wraz ze swoją grupą. Ma wyższe wykształcenie, choć nie zdążył zrobić matury.

Awansuje. Na początku lat 60. płk. Kiszczak zostaje szefem kontrwywiadu Marynarki Wojennej, potem Śląskiego Okręgu Wojskowego.

W 1964 r. wraca do centrali i zostaje szefem kontrwywiadu WSW, zastępcą nowego szefa Wojskowej Służby Wewnętrznej, płk. Teodora Kufla.

- Spychalski chciał - mówi Kiszczak - żebym ja został szefem, bo już zaczęły się dziwne działania wokół niego, a do mnie miał zaufanie. Ale byłem spoza układu, a Kufel był w AL.

W pierwszej połowie lat 60. zakończyła się w WP pierwsza fala usuwania zwolenników popaździernikowych przemian. Kolejna czystka miała miejsce w latach 67-68.

Po wojnie sześciodniowej w czerwcu 1967 r., zakończonej błyskawicznym zwycięstwem Izraela, z wojska zaczęto usuwać "syjonistów" i rewizjonistów - przede wszystkim oficerów pochodzenia żydowskiego lub takich, którym takie pochodzenie przypisywano. Aktywną rolę odegrał w tym kontrwywiad, który przygotowywał kompromitujące materiały.

- Mnie w te rzeczy nie wprowadzano, bo traktowano mnie jako człowieka Spychalskiego - mówi Kiszczak. Ale to Spychalski podpisywał rozkazy personalne usuwające najbardziej podejrzanych z wojska.

O poczerwcowych czystkach generał mówi niechętnie. Wspomina trzech wysokich oficerów lotnictwa, zwolnionych z wojska za to, że sprzeciwili się Spychalskiemu. Mówi, że żal mu było osaczonego marszałka, o którym rozsiewano kłamliwe plotki - że jego żona uciekła za granicę, że córki szastają pieniędzmi (na pewno ukradzionymi) itp. Więcej ma do powiedzenia o roku 1968. Od kwietnia ministrem obrony narodowej jest Wojciech Jaruzelski (w czerwcu'67 był szefem Sztabu Generalnego).

"Marzec to rzeczywiście była rzecz bardzo nieprzyjemna - wspomina w książce "Generał Kiszczak mówi prawie wszystko". - Niektórzy próbowali to wygrywać także u nas, w wojsku".

Ale w wojsku po czerwcu '67 Żydów zabrakło. Za to w 1968 r. zwolniono z armii "rewizjonistów" - generałów Bednarza, Fonkiewicza, Graniwskiego i kilku innych oficerów.

Gen. Tadeusz Pióro, też zwolniony, przytacza w swojej książce "Armia ze skazą" rozmowę z pewnym oficerem, który przyznał, że po 1968 r. kontrwywiad nakłaniał go do złożenia kompromitujących gen. Bednarza i Pióro zeznań. "Dawali mi za to tysiąc złotych, ale cóż ja mogłem powiedzieć? Przecież nie znałem panów, nie widziałem o niczym, co mogłoby ich interesować, wymyślać czegokolwiek nie chciałem".

W tym samym '68 r. Czesław Kiszczak bierze aktywny udział w przygotowywaniu wejścia WP do Czechosłowacji. Z dalszych wyjaśnień wynika, że po prostu został wezwany do Legnicy i tam dowódcy sowieccy, którzy wszystko przygotowali sami, pokazali sojusznikom, gdzie mają stać.

- Przez skórę czułem, że to jest niedobre działanie - mówi. - Ale niektóre powody wejścia do Czechosłowacji starałem się rozumieć.

 

Grudzień '70, czyli jak obaliłem Gomułkę


W grudniu 1970 r., gdy zaczynają się wydarzenia na Wybrzeżu, zostaje członkiem sztabu kryzysowego w MSW (oddelegowany z MON). Jest pułkownikiem. Słyszy - w pokoju były zainstalowane urządzenia głośnomówiące - co się dzieje w Gdańsku. "Doszedłem do wniosku - mówi w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" - (...) że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest usunięcie Gomułki i jego najbliższych współpracowników ze stanowisk. Przeprowadziłem na ten temat wiele rozmów sondażowych. Moi rozmówcy podzielali te opinie". Dalej opowiada, że po konsultacjach m.in. z szefem Sztabu Generalnego, postanowiono ściągnąć jednostki bojowe do stolicy, obsadzić wszystkie punkty strategiczne. Kiszczakowi powierzono ochronę gmachu KC w dniu, w którym plenum miało dokonać zmian personalnych. Gdyby nie udało się ich przeprowadzić demokratycznie, był gotowy na wariant siłowy.

Stanisław Kania, w Grudniu '70 kierownik wydziału administracyjnego KC, napisał potem w GW: "Nie mam nawet cienia wątpliwości, że wszystko, co stanowi istotę wynurzeń Kiszczaka, jest na szczęście tylko fantazją. (...) Zastanawiam się, dlaczego dziś prezentuje się takie rewelacje. Myślę, że bierze się to z ludzkiej skłonności do uważania, że dawniej było się kimś większym, niż się było. Tak odczytuję słowa Kiszczaka, który pisze w swojej książce, że w dniach tragedii grudniowej był "pierwszym lub jednym z pierwszych", którzy chcieli zatrzymać działania siłowe."

- Uważałem za swój obywatelski obowiązek dać moją książkę ["Generał Kiszczak mówi prawie wszystko"], gdzie pierwszy raz opisałem te grudniowe wydarzenia, do autoryzacji generałowi Jaruzelskiemu. I on nie skreślił w tym fragmencie ani linijki - broni swoich racji Kiszczak.

 

Nie byłem nawet cieślą


Z Kanią wiąże się pewna chętnie przytaczana przez Kiszczaka historyjka z początku 1971 roku (tuż po wyborze Gierka). Kania, który mocno się angażował w odsunięcie Gomułki, został członkiem Biura Politycznego, sekretarzem nadzorującym wojsko i MSW. Po odprawie kadry dowódczej WSW, kontrwywiadu i żandarmerii wojskowej w Mińsku Mazowieckim wydano obiad. - Podano wódkę, wszyscy wznoszą toasty za towarzysza Gierka, potem za towarzysza premiera Jaroszewicza, potem za towarzysza ministra obrony gen. Jaruzelskiego. A Kania siedzi ze zwieszoną głową, bo nikt jego zdrowia nie wznosi - relacjonuje Kiszczak.
- Postanowiłem tę niezręczność naprawić. Zabrałem głos i zakończyłem toast słowami, byśmy wypili za zdrowie i pomyślność konstruktora przemian grudniowych, towarzysza sekretarza Stanisława Kani!

Kania wstaje czerwony jak burak, siada, wstaje i zaczyna krzyczeć: - Ja nie byłem żadnym konstruktorem, nie byłem nawet cieślą!

Jaruzelski mnie pociągnął za rękaw. Gdy Kania gdzieś wyszedł, szepnął mi do ucha: - Nie przejmujcie się, zaczęła się wojna między nim a Szlachcicem o pierwsze miejsce po Pierwszym. Gdyby ten toast doszedł do Szlachcica, Kania byłby ugotowany.

 

Pokochać KGB

 

W tym czasie Kiszczak osiąga upragniony status materialny - przeprowadza się do zajmowanej do dziś willi przy ul. Oszczepników. Duże, dobrze umeblowane mieszkanie to, obok podróży (odbędzie ich bez liku po całym świecie, z rodziną, na koszt państwa), jeden z życiowych celów Kiszczaka.

Dom z ogródkiem, usytuowany w zielonej części Mokotowa, niedaleko stadionu Gwardii, jest jak na 1971 rok szczytem luksusu.

Parę miesięcy później obejmuje szefostwo wywiadu wojskowego. Na tym stanowisku przetrwa krwawe wydarzenia Czerwca '76 w Radomiu i Ursusie. - Niewiele o tym słyszałem. Zajmowałem się NATO, a nie sprawami krajowymi - twierdzi.

Wywiad wojskowy uważa za coś mniej ważnego od kontrwywiadu. To dlatego, według oficjalnej wersji, w 1979 z radością łapie okazję powrotu - awansuje na generała dywizji i zostaje szefem kontrwywiadu.

W książce pt. "Byłem rezydentem KGB" przedstawiciel KGB w latach 1973-84 gen. Witalij Pawłow podaje inną przyczynę tej personalnej decyzji. Z wypowiedzi Pawłowa wynika, że to w Moskwie zapadła decyzja, by zastąpić dotychczasowego szefa kontrwywiadu gen. Kufla bardziej sterowalnym dla radzieckich towarzyszy Kiszczakiem. - Sprzyjałem wszelkimi możliwymi sposobami, by Kiszczak przeszedł z wywiadu do kontrwywiadu. (...) Dałem do zrozumienia Jaruzelskiemu i Kani, że mają dobrego kandydata.

Zapytany przez GP o tę opinię Kiszczak przyznaje: - Miałem dobre układy z Pawłowem, byłem mile widziany dla Moskwy. Wyszedłem z założenia: jak nie możesz kogoś pokonać, to go pokochaj.

Dociskany, że przecież nigdy nie próbował pokonać radzieckich towarzyszy, mówi: - Nie byłem Wallenrodem. Miałem być świętszy od Churchilla czy Roosevelta?

 

Rozgrzeszenie za Kuklińskiego

 

Kiszczak wraca do kontrwywiadu w momencie przełomowym dla coraz aktywniejszej opozycji: Polskę odwiedza papież Jan Paweł II, wkrótce powstaje NSZZ "Solidarność". Kontrwywiad tak bardzo jest zajęty tym, by w wojsku nie rozprzestrzeniły się wrogie nastroje, że nie dostrzega, iż w sercu LWP, Sztabie Generalnym, Stany Zjednoczone mają bardzo cennego informatora. Płk. Ryszard Kukliński przekazuje wywiadowi USA dziesiątki tysięcy dokumentów, w tym dotyczące przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego. W końcu, namierzony w Moskwie, brawurowo ucieka wraz z rodziną z Polski.

Kiszczak nie ponosi konsekwencji tej jednej z największych porażek kontrwywiadu wojskowego. - Gen. Jaruzelski uważał, że zajmowanie się "Solidarnością" jest na tyle czasochłonne, iż w zupełności mnie rozgrzesza.

Co zajmowało tak wiele czasu? Wykorzystywano, jak tłumaczy, naturalne możliwości kontrwywiadu wojskowego do pozyskiwania agentury w "Solidarności". A przede wszystkim, o czym generał mówi mniej chętnie, zaprzątały go przygotowania do stanu wojennego.

 

MSW, czyli ciało obce

 

W krytycznym momencie Jaruzelski chciał mieć w newralgicznym resorcie, czyli MSW, najbardziej zaufanego współpracownika. O najwyższym stopniu zaufania do Kiszczaka świadczyło to, że premiera nie chronił BOR, a żołnierze Wojskowych Służb Wewnętrznych. Jaruzelski zlecał także WSW zadania będące wcześniej domeną SB.

Kiszczak został ministrem spraw wewnętrznych w lipcu 1981 roku, gdy plany operacji wprowadzenia stanu wojennego wymagały jeszcze pewnych korekt.

Generał utrzymuje, że stan wojenny był konieczny wobec staczania się Polski po równi pochyłej. - Jaruzelski poprosił, bym pomógł mu w opanowaniu sytuacji. W resorcie znałem tylko jednego człowieka - gen. Beima. Do końca czułem się tam jak ciało obce.

13 grudnia 1981 pokazał, że Kiszczak trzyma resort twardą ręką. Tego dnia rozesłał tajny szyfrogram do jednostek milicji, których zadaniem była m.in. pacyfikacja strajkujących zakładów. Szyfrogram bezprawnie zezwalał dowódcom tych oddziałów na wydanie rozkazu o użyciu broni. ZOMO rozprawiło się ze stawiającymi opór zakładami pracy.

15 grudnia przy pomocy broni palnej rozpędzono protestujących przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego górników kopalni "Manifest Lipcowy" (obecnie "Zofiówka") w Jastrzębiu Zdroju. Cztery osoby zostały ranne od postrzałów.

Następnego dnia ten sam pluton specjalny ZOMO użył broni wobec okupujących kopalnię "Wujek". Śmierć poniosło dziewięciu górników, kolejnych 21 odniosło rany postrzałowe. Kilkadziesiąt kolejnych osób w obu kopalniach odniosło innego rodzaju obrażenia (uszkodzenia ciała, zatrucia gazem itd.).

W 2004 roku sąd zdołał skazać Kiszczaka w sprawie tragicznych wydarzeń w kopalniach "Wujek" i "Manifest Lipcowy". Proces trwał 12 lat, między innymi z powodu utrudnień ze strony oskarżonego. Na jego wniosek sprawę przeniesiono do Warszawy (Kiszczak wolał odpowiadać na własnym terenie), co spowodowało, że przez dekadę adwokaci i kilkuset świadków, głównie ze Śląska, jeździło na koszt podatnika do stolicy.

- Oskarżony Kiszczak przez wiele lat próbował uciec z tego procesu ze względu na stan zdrowia, który miał być jakoby tak zły, że uniemożliwiał udział w rozprawach - przypominał wówczas mec. Janusz Margasiński. Kiszczak miał cierpieć na serce. - Oskarżony podpierał się początkowo zaświadczeniami swego partyjnego kolegi Jacka Żochowskiego, a potem lekarzy z Anina. Według biegłych nie powinien był wykonywać zbędnych ruchów, bo mogły one stanowić zagrożenie dla jego życia. Później okazało się, że rzekomo zły stan zdrowia nie przeszkodził mu udać się na przykład w długą podróż do Egiptu.

Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Kiszczaka na 4 lata więzienia. Na mocy amnestii z 1989 roku złagodził karę do 2 lat.

 

Niemieckie "Warum?", czyli rada dla Nehrebeckiej

 

W czerwcu 1982 roku Kiszczak tworzy Biuro Studiów Służby Bezpieczeństwa. Jego zadaniem było zapobieganie i udaremnianie działalności godzącej w podstawy ustroju PRL. Faktycznie jego rola sprowadzała się do zwalczania opozycji i Kościoła.

Z wachlarza metod stosowanych przez Biuro Studiów Kiszczak przyznaje się dziś jedynie do dezintegracji i dezinformacji. Jako przykład podaje skłócanie Gwiazdy z Wałęsą albo Wałęsy z Wądołowskim.

Tymczasem Biuro opracowywało takie akcje SB, jak podpalenie samochodu arcybiskupa Gulbinowicza ("Nic o tym nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero parę lat temu z prasy" - mówi Kiszczak GP), oblanie żrącą substancją działacza podziemia Janusza Krupskiego ("To nie nasza sprawka"), porwania działaczy opozycji, porzucanie kompromitujących materiałów itd.

Generał wpada w irytację, gdy powątpiewamy w jego niewiedzę w tak ważnych sprawach. - Czy wy myślicie, że ja zajmowałem się każdą sprawą, każdemu przydzielałem zadania? Przecież ten resort zatrudniał 200 tysięcy ludzi!

Jednak jeszcze 19 czerwca 1987 roku na posiedzeniu Biura Politycznego KC Kiszczak wystąpił z planem rozprawienia się z siłami opozycji wspieranymi przez ośrodki dywersji i wrogie rezydentury. Podał drobiazgowe rozwiązania dotyczące nie tylko działaczy opozycji, ale i jej sympatyków. "Trzeba doprowadzić do właściwych norm niektóre aspekty polityki kadrowej wobec twórców i artystów. Nehrebeckiej, Danucie Rinn, Szczepkowskiemu czy Holoubkowi - ktoś odpowiedzialny za politykę musi w końcu powiedzieć, że nie nadają się do określonych ról w filmach czy telewizji, że w ciągu 6 lat zapomniano o nich, że młodzież domaga się nowych, ładnych twarzy. Dlaczego mają być nadal do nich angażowani ludzie, którzy występują publicznie wrogo wobec władzy podczas różnorakich seansów, organizowanych m.in. w kościołach" (cały dokument w "Czego nie powiedział generał Kiszczak", 1992).

- Z powodu tych aktorów mieliśmy suszoną głowę u towarzyszy. Ciągle słyszałem "Pacziemu pozwalacie?" "Warum [dlaczego] tolerujecie bezprawie"? Szczególnie to niemieckie warum i warum było nieprzyjemne - tłumaczy teraz Kiszczak.

 

"Żelazo"

 

W 1984 roku Kiszczak wydaje ostateczną bitwę swemu wieloletniemu adwersarzowi, gen. Mirosławowi Milewskiemu, z którym rywalizuje o względy Moskwy. Powołuje komisję, która znajdzie winnych afery "Żelazo".

Kryptonim "Żelazo" nosiła zorganizowana przez podległe Milewskiemu struktury akcja nielegalnego zdobywania pieniędzy na Zachodzie. Członkowie gangu z bronią w ręku napadali, mordowali, rabowali i gromadzili liczone w setkach kilogramów srebro, złoto i brylanty, które następnie przewożono do Polski do dyspozycji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Na przykład w 1972 r. grupa zabiła szwedzkiego bankiera, któremu zrabowała 80 kg złota i 3 kg brylantów.

Komisja badająca aferę zgromadziła materiał obciążający wiele osób. Ale sprawę zduszono w zarodku. - Co to były za dowody? - bagatelizuje Kiszczak. - Przewozili ten towar walizkami. Jak udowodnić, ile tego było? Mieliśmy liczyć złoto na walizki?

Poproszony o powagę mówi: - Dowiedliśmy, że grupa skradła od 80 do 120 kg złota. Ale kto ile - nie.

- Były ogromne kłopoty z doprowadzeniem do odejścia Milewskiego - dodaje, nie wymieniając nikogo z nazwiska. - Naciskano, by nie ujawniać sprawy. Przeważył pogląd, że byłaby to kompromitacja wywiadu.

W 1991 roku wybucha sprawa zniszczenia stenogramów z posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR. Przechowywano je (oprawione w płótno) w pilnie strzeżonych pomieszczeniach w Sztabie Generalnym. Po 1989 r. materiały ze Sztabu przewieziono do zniszczenia w fabryce papieru w Jeziornej. Stenogramy mogły być dowodem obciążającym członków władz państwowych o sprawstwo kierownicze w wielu przestępstwach - takich jak zabójstwo ks. Popiełuszki, ks. Niedzielaka, Bartoszcze itd.

Mimo wysiłków w niszczeniu stenogramów kilka tomów jednak unika pożogi. Można w nich wyczytać, jak w czasie obrad Biura Politycznego Jaruzelski informuje towarzyszy, że komisja została powołana w sprawie "ustalenia okoliczności związanych z pewnymi nieprawidłowościami, które miały miejsce w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych". Józef Czyrek dodaje: "Jednocześnie Komisja zastanawia się nad sposobami rozwiązania tej sprawy tak, by przyniosło ono możliwie najmniejsze szkody partii, resortowi i samemu tow. Milewskiemu". Towarzysze obradują na kilkanaście dni przed rozpoczęciem toruńskiego procesu zabójców ks. Jerzego Popiełuszki. Zofia Grzyb chce wiedzieć: "Czy ci aresztowani w sprawie zabójstwa księdza Popiełuszki mogli znać tę sprawę?". Kiszczak uspokaja: "Sprawa jest w tej chwili praktycznie znana bardzo szeroko, mimo że przez wiele miesięcy robiliśmy wszystko, żeby ją jak najmocniej uszczelnić. (...) Czy sprawcy uprowadzenia i zabójstwa Popiełuszki znają sprawę? Być może, że wiedzą (...). Robimy wszystko, żeby sprawy, które nie mają związku z uprowadzeniem Popiełuszki i jego zabójstwem, nie wyszły. A więc, jeżeli i o tej sprawie wiedzą, będziemy się starali poprzez sąd, poprzez przewodniczącego sądu, poprzez prokuraturę, żeby ta sprawa na rozprawie nie wyszła".

W sejmie II kadencji koledzy partyjni Kiszczaka wywracają wszystko to, co ustaliła komisja odpowiedzialności konstytucyjnej działająca w poprzedniej kadencji. Nowa komisja pod przewodnictwem Jerzego Wiatra anulowała wniosek o postawienie obu generałów przed Trybunałem Stanu. W 1994 roku wystąpiła do Sejmu o umorzenie postępowania.

- Tę niezwykle kontrowersyjną decyzję oparto na nieprzekonujących, a do tego zmienianych wyjaśnieniach generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka. Najpierw twierdzono, że nie były to stenogramy, bo nie autoryzowane i nie podpisane, potem, że zniszczenia wymagała lojalność i ochrona dóbr osobistych ludzi, którzy jako goście brali udział w posiedzeniach tego gremium - mówił za życia mec. Edward Wende, ówczesny senator, który nagłośnił treść zachowanych dokumentów. - Decyzja zapadła z sympatii byłych współtowarzyszy, którzy zdominowali komisję, do ich przywódców. Słyszałem np., że członkini Wysokiej Komisji uwieczniła się na zdjęciu razem z gen. Jaruzelskim, o czym podobno marzyła od dawna. To tak, jakby na sali sądowej prokurator robił sobie zdjęcia z oskarżonym.

 

Byliśmy barankami

 

- W porównaniu z przedwojennymi rządami, my byliśmy barankami - lubi powtarzać Kiszczak.

W 1984 roku esbecy zamordowali kapelana "Solidarności" ks. Jerzego Popiełuszkę. To najgłośniejszy mord dokonany przez podwładnych Kiszczaka. Resort dopilnował, by mocodawcy katów Księdza pozostali nieznani. Toruński proces był na bieżąco pod kontrolą kierownictwa MSW (nawet publiczność na sali rozpraw była starannie selekcjonowana).

O tym i innych tragicznych skutkach działającego pod rządami Kiszczaka ministerstwa mówi raport Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW powołanej 2 sierpnia 1989. Komisja Rokity (od nazwiska jej przewodniczącego) zbadała 122 przypadki zgonów osób, w większości związanych z opozycją, w tym: Wojciecha Cieślewicza, 28-letniego absolwenta prawa i dziennikarstwa, pobitego w czasie demonstracji w Poznaniu 13 lutego 1982 (przywieziony do szpitala w stanie bardzo ciężkim, został poddany trepanacji czaszki, zmarł 2 marca 1982; Poznańska Prokuratura Wojsk Lotniczych umorzyła śledztwo, choć ustalono, że dziennikarz był bity przez milicjanta pałką w głowę); 19-letniego ucznia technikum Piotra Majchrzaka, 11 maja 1982 roku pobitego na śmierć za to, że nosił opornik (symbolizujący opór wobec reżimu WRON); Kazimierza Michalczyka, przypadkowego obserwatora manifestacji zastrzelonego przez milicjantów 30 sierpnia 1982 we Wrocławiu; trzech manifestantów z Lubina, zastrzelonych przez zomowców 31 sierpnia 1982 roku; 20-letniego studenta z Olsztyna Marcina Antonowicza, który został pobity na śmierć przez milicjantów (jako oficjalny powód śmierci Antonowicza władze PRL podały, że wyskoczył z milicyjnego "stara"); śmierci księży, m.in. Stanisława Suchowolca i Stanisława Kowalczyka.

W 91 z tych przypadków komisja ustaliła nazwiska stu funkcjonariuszy MSW jako podejrzanych o popełnienie przestępstw, także zabójstw. Ustaliła nazwiska 70 prokuratorów podejrzanych o uczestnictwo w mataczeniu śledztw dotyczących tych spraw.

- Zainteresowanie wysokich przedstawicieli resortu spraw wewnętrznych postępowaniami w sprawach, w których istnieje podejrzenie przestępczej działalności funkcjonariusza MSW, było regułą. W aktach sprawy znajdują się czasami odręczne adnotacje członków kierownictwa MSW, z ministrem Kiszczakiem włącznie - stwierdziła komisja. - Funkcjonariusze MSW prowadzili instruktaż dla prokuratorów, w sytuacjach, w których ci ostatni mieli udzielać informacji o śledztwie opinii publicznej.

 

Katolicka dwulicowość


Kiszczak przedstawia się jako osoba dążąca do dialogu z opozycją ("Już w 1982 roku proponowałem, by zwolnić wszystkich więźniów politycznych" - powiedział GP) i Kościołem ("Kościół miał wszystko. Nie było blachy, armatury, a dla Kościoła się znajdowało").

Jako przykład pokojowych gestów wobec Kościoła katolickiego podaje ciągle, że w 1985 roku dwukrotnie proponował ks. Alojzemu Orszulikowi (sekretarzowi Episkopatu) usunięcie podsłuchów założonych w siedzibie Episkopatu podczas budowy budynku.

- Ks. Orszulik nigdy nie wrócił do tego tematu - twierdzi zdziwiony. Wobec tego podsłuch działał. Zapytany, dlaczego po prostu nie odcięto końcówek podsłuchu w centrali, generał tłumaczy: - Przecież musiałem się liczyć z opinią z zewnątrz.

Równolegle w MSW tępiono tych funkcjonariuszy, których złapano na odbywaniu praktyk religijnych. Dla przykładu: pułkownika R., który pracował w bezpiece od 1947 roku, po 40 latach służby wyrzucono za urządzenie zmarłej żonie katolickiego pogrzebu.

- To była decyzja po linii PZPR. Dwulicowości w partii się nie toleruje - ucina stanowczo Kiszczak.

 

Nieoficjalnie - ulegałem

 

O Okrągłym Stole napisano już wiele. Przypomnijmy, że pomysł wspólnych rozmów rządu z opozycją skrystalizował się pod koniec strajków "Solidarności" w sierpniu 1988 roku.

- To ja pierwszy, już 31 sierpnia, zaproponowałem opozycji 161 miejsc w parlamencie. To było te 30 procent - chwali się generał.

Negocjacje między stronami odbywały się przez wiele tygodni. Część rozmów prowadzono bez udziału kamer i dziennikarzy, w niezobowiązującej atmosferze podmiejskiej rezydencji rządowej w Magdalence. Spotkania zakrapiane były alkoholem. Generał nie ukrywa, że lubi i potrafi wypić.

"Następowała w niebywałym wręcz tempie fraternizacja towarzyska lewicy solidarnościowej z tamtą stroną" - mówił w "Lewym czerwcowym" uczestnik obrad, Jarosław Kaczyński.

Rozmowy Okrągłego Stołu, którymi ze strony rządowo-partyjnej przewodził właśnie Czesław Kiszczak, doprowadziły do wyborów do sejmu kontraktowego i wolnych wyborów do senatu. W 1990 r. w całkowicie wolnych wyborach wybieraliśmy prezydenta.

Jeszcze zanim w 1989 roku odbyły się wybory czerwcowe, w resorcie podległym Kiszczakowi pełną parą realizowano polecenie wydane na piśmie przez I zastępcę ministra, gen. Henryka Dankowskiego. Chodziło o weryfikację około dwóch tysięcy kandydatów do parlamentu pod kątem ich współpracy z bezpieką. Dankowski rozkazał, by zaktywizować agenturę i odtworzyć ewentualne zerwane więzi z konfidentami. Sprawę nakazał trzymać w całkowitej dyskrecji ze względu na wyjątkowo delikatną sytuację.

- To była normalna rutyna, władze od nas tego żądały - tak obecnie tłumaczy tę akcję Kiszczak. Kto konkretnie? - No, żądały. Dlatego Dankowski zrobił to z rozpędu, sam od siebie.

Po wyborach kontraktowych Kiszczak otrzymuje propozycję skonstruowania gabinetu. Udziału w rządzie odmawiają mu nawet dotychczasowi sojusznicy PZPR - ZSL i SD. Generał nie schodzi jednak ze sceny politycznej - zostaje wicepremierem, szefem MSW w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

W tym czasie w resorcie niszczarki dokumentów pracują na najwyższych obrotach. Akta ciężarówkami wywożone są także do spalenia i na przemiał.

- Dlaczego dopuścił Pan do niszczenia teczek? - pytamy.

- Oficjalnie - nie dopuszczałem. Nieoficjalnie - bardzo wielu ludzi przychodziło, błagało, że mają rodziny. I ulegałem ich prośbom.


***

W 1990 roku Czesław Kiszczak definitywnie odchodzi z rządu. Publikuje wspomnienia, jeździ na wykłady i odczyty. Pisuje komentarze do prasy. Jako konstruktor Okrągłego Stołu może liczyć na złagodzenie wymiaru kary (tak było w sprawie "Wujka", gdzie sąd podzielił stanowisko prokuratora, który wniósł o zawieszenia jej wykonania między innymi za późniejsze zasługi Kiszczaka w nawiązaniu dialogu z opozycją i doprowadzenia do Okrągłego Stołu).

Proszony jest o opinie na temat ważnych wydarzeń związanych na przykład z funkcjonowaniem Instytutu Pamięci Narodowej.










Pożegnanie z bronią. Adam Michnik - Czesław Kiszczak