Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 29.08.1997

 

 

E.T. przybywa latem

SYLWESTER WALCZAK

 

Legenda o katastrofie nie zidentyfikowanego obiektu latającego wpisała miasteczko Roswell na turystyczną mapę Nowego Meksyku. Przyjezdnych zaprasza tu między innymi Muzeum i Ośrodek Badawczy UFO

 

 

Zapewne z uwagi na upalną pogodę, która czasami może przyprawić o halucynacje, lato w USA mija pod znakiem wiadomości o kosmitach. Bieżący rok jest pod tym względem wyjątkowy. Kiedy 30 tysięcy ludzi świętowało w Roswell w Nowym Meksyku 50. rocznicę wizyty UFO, w kinach triumfował kolejny film o przybyszach z kosmosu: "Men in black" ("Mężczyźni w czerni").

Stacje telewizyjne, w przerwach transmisji nadesłanych przez Pathfindera zdjęć z powierzchni Marsa, prześcigały się w pokazywaniu filmów i programów o pozaziemskich przybyszach. Trafili oni nawet na okładkę magazynu "Time".

O wizytach kosmitów mówił zarówno prezydent Bill Clinton, jak i rzecznik amerykańskiego lotnictwa, pułkownik John Haynes. Co prawda obaj zaprzeczali, że cokolwiek wiedzą o tym, ale mógł to przecież być rządowy spisek, obliczony na ukrycie prawdy. Według tygodnika "Time" w wizyty kosmitów na Ziemi wierzy 34 proc. Amerykanów. Z tej grupy 65 proc. uważa, że pozaziemski statek kosmiczny rozbił się w Roswell w 1947 roku, a 80 proc. sądzi, że rząd wie więcej na ten temat, ale ukrywa fakty przed opinią publiczną.

Kosmiczny festiwal

Według dziennika "Washington Post" sytuacja wygląda jeszcze gorzej: aż 50 proc. Amerykanów wierzy w prawdopodobieństwo ziemskich wizyt kosmitów w przeszłości. 25 proc. jest przekonanych, że obce istoty z kosmosu żyją na Ziemi w tej chwili. Przy okazji: 17 proc. sądzi, iż sonda kosmiczna Pathfinder w ogóle nie wylądowała na Marsie, a wszystkie pokazywane w telewizji zdjęcia są fałszywe.

Stanton Friedman, były fizyk nuklearny i autor kilku książek o UFO, dysponuje bardziej szczegółowymi danymi statystycznymi. Powołując się na badania Gallupa, Friedman twierdzi, że 48 proc. Amerykanów wierzy, iż kosmos zamieszkują istoty obdarzone inteligencją, które czasem odwiedzają Ziemię na latających talerzach (31 proc. nie wierzy, a 21 proc. wybrało odpowiedź "nie wiem"). Zadziwiające jest co innego: liczba "wierzących" wzrasta wraz z wykształceniem. Wśród absolwentów szkół podstawowych w autentyczność latających spodków wierzy tylko 36 proc. ankietowanych (nie wierzy 38 proc.), wśród absolwentów szkół średnich - 57 proc. (nie - 27 proc.), natomiast wśród absolwentów wyższych uczelni wierzy 66 proc., a nie wierzy 21 proc. ankietowanych.

Friedman był głównym mówcą podczas wielkiego festiwalu UFO w Roswell, który odbył się w pierwszej połowie lipca. Legenda o katastrofie UFO na trwałe wpisała tę miejscowość na mapę turystyczną Nowego Meksyku. Do tej pory stan ten znany był przede wszystkim jako miejsce stworzenia pierwszej bomby atomowej na świecie i rejon, gdzie w 1881 roku szeryf Pat Garret zastrzelił wyjętego spod prawa rewolwerowca Billy the Kida. Dziś nazwa "Roswell" figuruje na ponad 7 tysiącach stron internetowych poświęconych UFO.

Na festiwalu zjawił się również Erich von Daniken, znany autor książek o kosmicznym pochodzeniu niektórych ziemskich zabytków, oraz ponad 30 tysięcy turystów, z których wielu opowiadało o własnych kontaktach z kosmitami. Przez ponad tydzień w mieście panowała nieziemska atmosfera: niezależnie od odczytów i pseudonaukowych seminariów odbywały się "kosmiczne" bale, konkursy na najlepszy pojazd kosmiczny i najciekawszy strój kosmity oraz wyścigi w jedzeniu kosmicznych ciastek.

Spodziewano się przybycia najsłynniejszej mieszkanki Roswell, aktorki Demi Moore, która jednak nie przyjechała (Moore twierdzi zresztą, że kiedy dorastała w Roswell, nigdy nie słyszała o latającym talerzu z 1947 roku).

Balon zamiast talerza

Co naprawdę stało się w Roswell na początku lipca 1947 roku? W istocie niewiele. 14 czerwca robotnik rolny William "Mac" Brazel natknął się na terenie farmy J.B. Fostera na leżące na ziemi listewki, strzępy folii metalowej i taśmy z dziwnymi znakami, przypominającymi hieroglify. Wszystko to miało miejsce na pustyni w pobliżu miasteczka Corona, 130 km na północny zachód od Roswell. Brazel gdzieś się spieszył, więc nie zwrócił większej uwagi na znalezisko.

W 10 dni później doszło do pierwszego głośnego spotkania z UFO w USA: lecący nad Górami Kaskadowymi w Oregonie pilot Kenneth Arnold dostrzegł 9 dysków poruszających się w formacji z wielką szybkością. Incydent, szeroko omówiony przez media, stał się inspiracją dla innych: w pierwszych dniach lipca z każdego zakątka USA docierały dziesiątki relacji o kolejnych spotkaniach z latającymi talerzami. Brazel nie miał radia i o wszystkim dowiedział się dopiero podczas pobytu w miasteczku Corona 5 lipca. Natychmiast przypomniał sobie o znalezisku i kiedy 7 lipca odwiedził Roswell, powiedział o nim miejscowemu szeryfowi. Ten zadzwonił do najbliższej bazy lotniczej (notabene jedynej, która w tym czasie miała na swym wyposażeniu bomby atomowe), informując o wszystkim wywiad wojskowy. Jeszcze tego samego dnia major Jesse Marcel pojechał z Brazelem na pustynię i zabrał szczątki, które w sumie ważyły około 2 kg.

Sugestii Marcela, który był w końcu głównym oficerem wywiadowczym całej jednostki, uległ także dowódca 509. skrzydła bombowego w Roswell, pułkownik William Blanchard. Natychmiast nakazał on swemu oficerowi prasowemu Walterowi Hautowi wydać komunikat na ten temat. Był to jedyny w historii przypadek oficjalnego stwierdzenia przez siły lotnicze USA faktu znalezienia latającego talerza. Następnego dnia trafił on na pierwsze strony miejscowych gazet, a w bazie i w biurze szeryfa w Roswell rozdzwoniły się telefony od dziennikarzy z całego świata.

Podniecenie trwało tylko jeden dzień. Generał Roger Ramey, dowódca 8. brygady lotniczej w Forth Worth w Teksasie, do którego Blanchard przesłał szczątki, już 8 lipca zdementował komunikat Hauta. Stwierdził, że szczątki należały do balonu meteorologicznego wyposażonego w specjalny ekran z folii metalowej, aby był on widoczny dla radarów. Wkrótce o całej sprawie zapomniano i przez następnych 30 lat nikt nie wspominał o "incydencie z Roswell".

Hollywood kontratakuje

Legendę z Roswell przywrócił do życia wspomniany wcześniej Stanton Friedman, który w 1978 roku spotkał przypadkiem Jesse Marcela seniora, do końca przekonanego, że 31 lat wcześniej przewoził w bagażniku swego buicka szczątki latającego talerza. Friedman dotarł do innych świadków dziwnych wydarzeń z Roswell, po czym w 1980 roku opublikował książkę "The Roswell Incident" ("Incydent z Roswell"). Twierdzi w niej, że szczątki znalezione przez Brazela pochodziły z latającego talerza, który rozbił się później na równinie San Augustin, ponad 200 km na zachód od farmy Fostera. Jeden ze świadków wspomniał o rozrzuconych wokół wraku spodka kilku martwych ciałach kosmitów, które zostały zabrane przez wojsko.

O wydarzeniach w Roswell powstały dziesiątki książek, reportaży i filmów dokumentalnych. Wyłonił się milionowy przemysł, zarabiający na kosmitach z Nowego Meksyku. Sprawa stała się na tyle głośna, że nawet prezydent Clinton podczas swej wizyty w Irlandii w 1995 roku stwierdził w publicznym przemówieniu: "Dostałem list od 13-letniej Ryan z Belfastu. Ryan, jeśli jesteś tutaj dzisiaj, oto odpowiedź na twoje pytanie. O ile mi wiadomo, w Roswell nie doszło do rozbicia się pojazdu kosmicznego i jeżeli lotnictwo znalazło szczątki kosmitów, to nie powiadomiono mnie o tym również, a sam chciałbym się czegoś dowiedzieć".

O kosmitach z Roswell nie wiedział też prezydent Whitmore, jeden z głównych bohaterów filmowego hitu "Dzień Niepodległości", który wszedł na ekrany 4 lipca ubiegłego roku. Tymczasem - według filmowego scenariusza - armia rzeczywiście znalazła pod Roswell zwłoki trzech kosmitów i latający spodek, który potem posłużył Ziemianom do udanego kontrataku przeciwko obcym siłom inwazyjnym.

Od czasów "Gwiezdnych wojen" i "E.T." Stevena Spielberga hollywoodzcy producenci zdawali sobie sprawę, że przybysze z kosmosu doskonale sprzedają się na ekranie. Stąd wzięły się filmy z cyklu "Obcy" ("Alien") z Sigourney Weaver, serial "Star Trek", film "Stargate" i inne. W istocie 4 z 10 największych hitów kasowych wszech czasów opowiadają o kosmitach lub kosmicznych wojnach ("Gwiezdne wojny" - nr 1, 461 milionów dolarów zysku; "E.T." - nr 2, 400 milionów; "Powrót Jedi" - nr 6, 309 milionów; "Dzień Niepodległości" - nr 7, 306 milionów).

W ostatnich dwóch latach amerykańskie kina przeżywają istny zalew filmów science fiction różnego typu. W ubiegłym roku, oprócz "Dnia Niepodległości", na ekrany weszły między innymi: "Mars attacks!" ("Mars atakuje"), "The Arrival" i "Star Trek: First Contact". W tym roku triumfy święci komedia "Men in black" o agentach supertajnej policji rządowej, tropiących zamieszkałych w Nowym Jorku kosmitów. Z zainteresowaniem krytyków spotkał się też film "Contact" z Jodie Foster w roli głównej, nakręcony na podstawie opowiadania zmarłego niedawno słynnego astrofizyka Carla Sagana. Wkrótce do kin trafi czwarta część "Obcego" ("Alien Resurrection") oraz sensacyjny "Starship Troopers", o wojnie Ziemian z ogromnymi kosmicznymi owadami.

Siły lotnicze USA dwukrotnie wyjaśniały sprawę incydentu z Roswell. W pierwszym raporcie opublikowanym w 1994 roku napisano, że znalezione przez Brazela szczątki nie były balonem meteorologicznym, ale resztkami supertajnego urządzenia akustycznego do "nasłuchiwania" rosyjskich prób nuklearnych, umieszczonego w wyższych partiach atmosfery za pomocą długiego na 200 metrów "pociągu balonowego". Jedno z takich urządzeń i towarzyszące mu balony zniknęły z radarów w pobliżu Roswell na początku czerwca 1947 roku.

Nie zadowoliło to kongresmana Stevena Schiffa z Nowego Meksyku ani wielu innych, którzy domagali się wyjaśnienia kwestii kosmitów. Siły lotnicze przygotowały więc kolejny, 231-stronicowy raport, który ogłoszono pod koniec czerwca tego roku. Wynika z niego, że w okolicach Roswell przeprowadzono w latach 50. kilkadziesiąt eksperymentów, podczas których zrzucano na spadochronach z balonów manekiny, aby zbadać konstrukcję spadochronów przeznaczonych do ratowania pilotów latających na dużych wysokościach. Manekiny, nierzadko zniekształcone podczas upadku, były uderzająco podobne do "obcych", przedstawionych w niektórych opisach. Niektóre leżały całymi dniami na pustyni, zanim zostały odnalezione przez armię, innych nigdy nie znaleziono. Eksperymenty zakończono po wykonaniu przez kierującego nimi pułkownika Josepha Kittingera w 1960 roku skoku ze spadochronem z wysokości ponad 30 km, który to rekord do dziś nie został przez nikogo pobity.

Spisek rządu

Małe, zwęglone szczątki poddawane sekcji mogły być wypalonymi zwłokami trzech pilotów, którzy zginęli w katastrofie powietrznego tankowca KC-97G w 1956 roku. Żyjący kosmita, który - według kilku relacji - o własnych siłach wszedł do szpitala wojskowego, to prawdopodobnie kapitan Dan Fulgham, ranny w wypadku balonu. W latach 60. armia testowała na pustyni modele próbników kosmicznych, do złudzenia przypominające latające talerze. W okolicy było kilka tajnych baz lotniczych, łatwo mogło się więc zdarzyć, że ludzie widzieli dziwne zjawiska na niebie.

Zdaniem pułkownika Johna Haynesa, który wystąpił pod koniec czerwca na konferencji prasowej, odpowiadając na pytania dotyczące Roswell, po 30 - 40 latach ludzie zapomnieli, kiedy dokładnie widzieli kosmitów i inne niezwykłe zjawiska, umiejscawiając to wszystko w 1947 roku, podczas gdy w rzeczywistości miały one miejsce wiele lat później. Argumenty te nie przekonały Friedmana i innych, którzy uważają, że ukrywanie przez wojsko i rząd prawdy na temat Roswell to spisek tysiąclecia - rodzaj afery Watergate na skalę kosmiczną. Doskonale pasuje on zresztą do obecnej atmosfery panującej w USA, gdzie znaczny procent obywateli podejrzewa rząd o najbardziej niewiarygodne rzeczy.

Według ankiety Scripps Howard połowa Amerykanów wierzy na przykład, że w zabójstwo prezydenta Johna Kennedy'ego byli zamieszani urzędnicy federalni. 39 proc. sądzi, że samolot TWA, który rozbił się w ubiegłym roku pod Nowym Jorkiem, został pomyłkowo zestrzelony przez rakietę marynarki wojennej USA. 42 proc. badanych uważa, że prezydent Roosevelt tak bardzo chciał wciągnąć Stany Zjednoczone do II wojny światowej, że celowo nie poinformował sił zbrojnych USA o planowanym przez Japończyków ataku na Pearl Harbour, mimo iż wiedział o nim. 46 proc. amerykańskich Murzynów jest przekonanych, że rząd celowo pozwala na handel narkotykami w murzyńskich dzielnicach, aby wyniszczyć czarną ludność USA. 20 proc. Murzynów sądzi, że wirus AIDS został wynaleziony specjalnie po to, aby zabijał czarnoskórych.

Zwolenników spiskowej teorii dziejów nie brakuje nawet w Kongresie USA. W ubiegłym roku parlamentarzystka z Idaho, Helen Chenoweth, przesłuchiwała pracowników federalnych służb leśnych na okoliczność używania czarnych helikopterów, którymi - jak głoszą prawicowe milicje - przerzucani są żołnierze ONZ przygotowujący się do przejęcia władzy w USA.






UFO