Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

J.D. Frodsham

"Nie mogę jeść!" - teatr absurdu obcych istot





Artykuł pochodzi z 16 numeru UFO (październik-grudzień 1993)
Wydawca:
Agencja NOLPRESS s.c.
Skrytka pocztowa 41
15-959 Białystok-2
tel.: (0-85) 6512765
http://www.ufo.com.pl
e-mail: listy@ufo.com.pl



Autor tego artykułu, profesor J.D. Frodsham, jest jednym z najwybitniejszych znawców klasycznego języka chińskiego w świecie zachodnim.

Jest absolwentem Cambridge, dokąd trafił jako prymus Emmanuel College, który ukończył zdobywając pięć pierwszych lokat z języka angielskiego oraz języków orientalnych. Po ukończeniu Cambridge kierował katedrami i był dziekanem na wielu uniwersytetach w Europie, Ameryce, na Bliskim Wschodzie, w Azji i Australii. Jest autorem wielu artykułów i kilkunastu książek, spośród których dwie zasługują na szczególną uwagę. Są to: The First Chinese Embassy To The West (Clarendon Press, Oxford, 1974) i The Poems of Li Ho (790-816) (Oxford University Press, 1970).

Profesor Frodsham jest również założycielem Australijsko-azjatyckiego Towarzystwa Badań Psychicznych. Uważa, że "nasza dziedzina" - "Ufologia" - jest blisko związana z parapsychologią. Całkowicie podzielam ten pogląd i z przyjemnością przyjąłem wiadomość, że na wielkiej konferencji poświęconej przypadkom wzięć, która odbyła się niedawno w USA, dało się odczuć, że wielu ludzi nauki zaczyna wreszcie dostrzegać, że "teoria wielu wymiarów", którą zaczęliśmy propagować jako jedni z pierwszych, jak dotąd najlepiej wyjaśnia całe to kłopotliwe (i w pewnym sensie nudne) "zjawisko NOLi", z którym ludzkość boryka się już prawie pół wieku.

Jeśli zaś chodzi o profesora Frodshama, to z przyjemnością stwierdzam, że jest on jednym z najwybitniejszych uczonych, którzy znaleźli w sobie dość odwagi, aby do nas dołączyć.

Dzięki, profesorze Frodsham! Potrzebujemy ludzi takich jak Pan!

Gordon Creighton (wydawca Flying Saucer Review)





Sabrina Foden (pseudonim) po raz pierwszy zwróciła na siebie moją uwagę w styczniu 1990 roku. Jest starą przyjaciółką mojej synowej. Poznały się w wieku sześciu lat, potem razem chodziły do szkoły, a następnie do college'u. Któregoś wieczoru wybrała się razem z moim trzecim synem i jego żoną do kina na film The Abyss (Otchłań), który opowiada o życzliwej obcej istocie mieszkającej na dnie Rowu Mariańskiego na głębokości około 9.000 metrów. Film ten poruszył ją do tego stopnia, że po wyjściu z kina wyznała, iż od wczesnej młodości utrzymuje stały kontakt z obcymi istotami. Słysząc to, mój syn poradził jej, aby skontaktowała się ze mną.

Sabrina okazała się czarującą, inteligentną, dwudziestokilkuletnią damą o ujmującym sposobie bycia i wspaniałym poczuciu humoru. Nie było w niej niczego, co przypominało naiwnych łączników z lat pięćdziesiątych. Bardzo mi się podobało jej rzeczowe, nieco sceptyczne podejście do własnych przeżyć, gdyż wskazywało, że jest emocjonalnie zrównoważona. Uparcie twierdziła, że nie tylko przeżyła wzięcie, ale również i to, że kontaktujące się z nią obce istoty nachodziły ją w domu oraz w miejscu pracy i to tak często, że kierownik zwrócił jej nawet z tego powodu uwagę! Co więcej, istoty te wyglądały niemal zupełnie tak samo jak ludzie, z wyjątkiem trzypalczastych dłoni. W niczym nie przypominali "Szaraków" występujących w opisach wzięć mających miejsce na terenie Stanów Zjednoczonych. Mówiła o nich "Błękitni", ponieważ nosili jasnoniebieskie kombinezony. Niezwykłe w jej przypadku jest to, że od lat prowadziła dziennik, w którym opisywała szczegółowo swoje przeżycia i wrażenia. Później okazało się, że świadomie pamiętała około 40% tego, co w rzeczywistości przeżyła. Biorąc pod uwagę zastrzeżenia wielu ufologów co do słuszności stosowania hipnozy (np. Vallée), dziennik ten przedstawia szczególną wartość. Aby podważyć jego treść, należałoby przede wszystkim dowieść, że Sabrina cierpi na zaburzenia umysłowe, co z kolei wykluczyły psychologiczne testy.

Po przeczytaniu jej dziennika zaaranżowałem badania psychologiczne. Przeprowadził je znany psycholog, kierujący wydziałem psychologii na jednym z naszych lokalnych uniwersytetów. Okazało się, że jest normalna jak mało kto i że cechuje ją niezwykła wrażliwość na stosunki międzyludzkie. Byłaby z niej świetna dyplomatka. Pozbawiona wszelkich cech psychotycznych, jej osobowość nie ma nawet zabarwienia neurotycznego, co jest wręcz wyjątkiem w naszych czasach, kiedy to co czwarte łóżko w naszych szpitalach zajmowane jest przez ofiary zaburzeń umysłowych, zaś sama Akademia roi się od zdeklarowanych marksistów.

Zachęcony tymi wstępnymi ustaleniami przystąpiłem do serii sesji hipnotycznych z jej udziałem, które trwały od stycznia do początku czerwca 1990 roku. Okazała się znakomitym obiektem do badań, co nie było aż takim wielkim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę jej inteligencję i pamięć wzrokową. W sumie przeprowadziliśmy ponad pięćdziesiąt sesji. Przytoczony w dalszej części zapis seansu hipnotycznego pochodzi z 12 tygodnia. W tym czasie Sabrina bez trudu zapadała w ciągu kilku minut w bardzo głęboki trans. (Co ciekawe, podczas transu temperatura jej ciała gwałtownie spadała, w związku z czym trzeba było okrywać ją kocami, mimo iż na zewnątrz panowało akurat australijskie lato). Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że gdyby próbowała fantazjować, natychmiast by się obudziła, nieraz już bowiem byłem świadkiem takiego przedwczesnego przebudzenia. Między innymi dlatego uważam, że mówiła prawdę.

Przedstawione dalej wydarzenia mogą budzić zdumienie, ponieważ pod wieloma względami odbiegają od typowego scenariusza, do jakiego przyzwyczailiśmy się, czytając relacje napływające ze Stanów Zjednoczonych. Być może w Zachodniej Australii obcy zachowują się inaczej. W każdym bądź razie, jak już wcześniej wspomniałem, te istoty same w sobie są czymś niezwykłym, gdyż nie należą do gadzich z wyglądu "Szaraków" ani rzadziej spotykanych blondynów określanych mianem "Nordyków"1. Należy w tym miejscu wspomnieć, że Betty Andreasson została poinformowana o co najmniej siedemdziesięciu różnych rasach odwiedzających Ziemię. Pewne fragmenty relacji Sabriny każą mi przypuszczać, że te istoty są najprawdopodobniej Anunnakami Sitchina. Ta sprawa będzie przeze mnie szczegółowo omówiona w mojej najnowszej książce.

Chyba najbardziej niepokojacym fragmentem tego niezwykłego raportu jest wzięcie Sabriny dokonane w biały dzień na zatłoczonej ulicy. Jeśli to prawda, a wiele na to wskazuje, gdyż wielokrotnie powtarzane przez nią wspomnienia tego epizodu nie różnią się od siebie ani na jotę, mimo nierzadko kilkutygodniowych przerw, oznacza to, że nikt z nas nie jest bezpieczny w żadnym miejscu. Czy w takiej sytuacji można się dziwić, że tak wielu ludzi znika co roku bez śladu? Przy okazji zwracam uwagę na fakt, że jej zegarek, zwykle niezawodny, późnił się po jej powrocie o mniej więcej dwie godziny. Ten fakt podważa całkowicie bliską sercu Jenny Randles teorię, zgodnie z którą wzięcia są wyłącznie zjawiskiem psychicznym. "To, co odbieramy jako wzięcie, jest wizją, czymś, co nie dzieje się naprawdę..."2 Jedynym wyjaśnieniem tego faktu jest to, że w czasie swojej nieobecności Sabrina została przeniesiona do innego wymiaru, gdzie czas biegnie wolniej niż u nas, albo też podróżowała z ogromną szybkością (być może nawet nadświetlną).

Interesującą sprawą jest tu również farsa ze zgubioną rękawiczką obcej istoty zawierająca w sobie duży ładunek dziwności i absurdu, tak charakterystycznych dla znacznej liczby tego typu zdarzeń. Kto wie, czy ta historia z rękawiczką nie stanie się jednym z kanonów zjawiska NOLi, tak jak to się stało ze słynnymi naleśnikami Joe Simontona! Podejrzewam, że gdyby Sabrina nawet odmówiła jej zwrotu, to ona i tak by zniknęła. Dlaczego te istoty bawią się w takie gierki? Czy jest to element systemu kontroli, o którym wspomina Vallée? A może jest to przejaw ich poczucia humoru, typowego dla dżinów?

Implikacje tej historii budzą niepokój. Nasza niechęć do burzenia wygodnego obrazu rzeczywistości, jaki nosimy w sobie, jest tak silna, że dopiero kilkakrotna lektura tych relacjonowanych z ujmującą szczerością zdarzeń, jest w stanie ją przełamać. Dla przykładu zastanówmy się przez chwilę nad uwagą istoty, która ją odwiedziła i powiedziała, że nie może jeść. Połączmy to z jej kolejną uwagą, że tak naprawdę nie była jedną z nich. Może po prostu kłamała mówiąc to, a jej wypowiedź stanowiła część odgrywanej roli w teatrze absurdu tych istot. Mogła jednak równie dobrze mówić prawdę. W takim przypadku możemy tu mieć do czynienia z hybrydą albo z ziemską kobietą pełniącą rolę łącznika, której budowa fizyczna została tak zmieniona, że nie może lub nie potrzebuje już jeść (i przypuszczalnie pić).

Tylko Adrian Berry lub sceptyk o stalowych nerwach jest w stanie zachować spokój po zapoznaniu się z historią Sabriny.

Wymienione w poniższym zapisie imiona oraz miejsca zdarzeń zmieniłem w celu zapewnienia anonimowości występującym w nim osobom. Ponadto podkreślić należy, że przebieg zdarzeń, z wyjątkiem samego wzięcia, został świadomie zapamiętany przez Sabrinę i szczegółowo opisany przez nią w dzienniku. Wspomnienie wzięcia wzbudziło w niej zdumienie niemal równie wielkie, jak we mnie, gdy się o nim dowiedziałem. Moje komentarze zapisane zostały kursywą i opatrzone nawiasami kwadratowymi.

FRAGMENTY ZAPISU 34 SESJI
(12 kwietnia 1990 roku)

JDF: Chcę, żebyś opowiedziała mi o spotkaniu z tamtą kobietą podczas lunchu. Z tą, która pytała cię o Communion Striebera3. [Zdarzenie to zostało częściowo opisane przez nią w dzienniku.] Przypomnij sobie wszystko, co się wtedy zdarzyło. Czy pamiętasz, jak do ciebie podeszła?

SF: Wchodziłam właśnie do baru. Podeszła do mnie z prawej strony, od strony schodów. U ich podnóża stało kilka osób.

JDF: Na jakiej to było ulicy?

SF: Było to w dole schodów w arkadzie X, tuż obok schodów łączących ulicę Y z biegnącą niżej ulicą Z. Podeszła i stanęła koło mnie. Nie pamiętam, żeby schodziła po schodach. Widziałam, jak zrobiła ostatni krok w moją stronę. Zapytała mnie, co sądzę o powieści Striebera. [A zatem obcy i ich sprzymierzeńcy czytają Striebera! Nastawionych sceptycznie czytelników odsyłam do alarmującego spotkania Bruce'a Lee z dwiema małymi obcymi istotami, które w księgarni na Lexington Avenue czytały razem Communion. To zdarzenie opisane jest w książce Eda Conroya Report on Communion (Raport w sprawie Wspólnoty), Avon Books, Nowy Jork, 1989, str. 17-21. Głęboko wstrząśnięty tym spotkaniem, Lee porównał je do "wściekłych psów".]

JDF: Czy użyła słowa powieść?

SF: Nie. Zapytała po prostu: "Co sądzisz o książkach Whitleya Striebera?" Jej bezpośredniość zaskoczyła mnie nieco, w związku z czym musiałam się przez kilka sekund zastanowić nad odpowiedzią. [Sabrina poczuła zakłopotanie, ponieważ owa kobieta zwróciła się do niej pomijając wszelkie formy grzecznościowe, jakie zazwyczaj poprzedzają tego typu rozmowę z kimś nieznajomym. W taki sposób zachowuje się najczęściej ktoś nienormalny.] Odpowiedziałam, że według mnie są dużo lepsze od śmieci, jakich pełno na półkach księgarskich.[Jej krytycyzm jest równie wyraźny jak sceptycyzm.] Ani razu nie powiedziała wprost "jego książki o obcych gościach". Dopiero po jakimś czasie uzmysłowiłam sobie, że jest on również autorem horrorów, ale [wówczas] nie wydało mi się to istotne. Z góry założyła, że będę wiedziała, o co jej chodzi. Potem powiedziała, że chce, abym z nią poszła. "Ale dokąd?" - zapytałam. "Wiesz dokąd" - odpowiedziała. A ja na to: "No cóż, chyba nie mogę. Przerwa na lunch już minęła i muszę wracać do pracy". Wtedy też zaproponowałam, abyśmy spotkały się na lunchu następnego dnia. "Nie mogę jeść" - usłyszałam w odpowiedzi. Te słowa wprawiły mnie w zdumienie. Skąd wiedziała [że obcy nie jedzą]? [Sabrina wiedziała o tym, ponieważ te istoty powiedziały jej o tym wcześniej.] Jak mogła o tym wiedzieć, nie będąc jedną z nich? W owej chwili nie podejrzewałam jeszcze, że jest jedną z nich.

JDF: Czy w którymkolwiek momencie dała do zrozumienia, że jest obcą istotą? Czy użyła słowa "obcy"?

SF: Nie wtedy.

JDF: Czy możesz ją opisać?

SF: Była mniej więcej mojego wzrostu [165 cm], szczupła, miała jasnooliwkową skórę i ciemnobrązowe, lekko falujące, sięgające ramion włosy. Twarz miała chyba owalną, rysy regularne. Brązowe oczy, raczej duże. Zdaje się, że na policzkach i nosie miała kilka piegów. [Z całą pewnością nie jest to żadna z hybryd opisywanych przez Hopkinsa.]

JDF: Widzisz ją?

SF: Trochę, ale niezbyt wyraźnie. Najlepiej widać włosy.

JDF: Czy możesz je opisać?

SF: Były pofalowane. Sięgały aż do ramion. Przystrzyżone po bokach i gęste. Brązowe, jasnobrązowe. [Jenny Randles powinna zwrócić uwagę na zdolności obserwacyjne Sabriny. To nie jest typowe dla urojeń. Jest to moim zdaniem kolejny gwóźdź do trumny jej teorii.]

JDF: W co jest ubrana?

SF: W kraciastą koszulę bądź bluzkę i dżinsy.

JDF: Wygląda normalnie?

SF: Tak.

JDF: Znała twoje imię?

SF: Nie, nigdy go nie wymieniła. [Nielogiczne - mogła je znać, ale nie wymieniać.]

JDF: Co się teraz dzieje?

SF: Zapytała: "Czy nie byłoby dziwne, gdybym nie jadła?" "Och, nie, ani trochę" - odparłam. [Kobieta ta nie chce ryzykować niczego, co mogłoby zwrócić na nią uwagę. Zachowują się jak szpiedzy działający na obcym terenie.] Potem podeszła do schodów [prowadzących w górę] i powiedziała: "Nie idź za mną, bo zobaczą to kontakci4". Ktoś zobaczy. Tak, jakby byli tam jej ludzie, którzy mogliby widzieć, że ktoś za nią podąża. [Niepokojąca uwaga! Ile obcych istot było wówczas w tamtym miejscu? I dlaczego nie powinni byli widzieć, że ktoś za nią idzie? Czyżby obawiała się szybkiej akcji odwetowej z ich strony?]

JDF: Powiedziała "łącznicy"?

SF: Nie. Powiedziała "kontakci". [Proszę zwrócić uwagę na precyzję Sabriny.]

JDF: [Nieco rozbawiony] "Nie idź za mną, bo zobaczą to kontakci?"

SF: Tak. Jestem pewna, że użyła słowa kontakci. Weszła na schody, odwróciła się i powiedziała: "Tak naprawdę to nie jestem jedną z nich". [Obcą istotą?] A ja odrzekłam: "Wcale tak nie myślałam". Nie, chwileczkę, zanim to powiedziała, oznajmiła mi jeszcze: "Jesteś jedną z nas". [Zastanawiające. Zdaje się sugerować, że Sabrina również działa w służbie obcych istot.] To mną wstrząsnęło, ponieważ już kiedyś słyszałam coś takiego w roku 1979 [podczas wcześniejszego wzięcia] i pomyślałam wówczas: "Może ona rzeczywiście jest jedną z nich". A potem pomyślałam o tym, co powiedziała i rzekłam: "Właściwie to nie jestem jedną z was, ale jeśli oglądanie waszego statku i waszych ludzi" - ciągnęłam - "czyni ze mnie jedną z was, to tak, jestem nią". W pewnym momencie coś takiego przestaje być obsesją i staje się ważną częścią życia. [Sabrina spędziła setki godzin na rozważaniu swoich przeżyć formułując bardzo inteligentne i przejrzyste spostrzeżenia i wnioski. W ciągu dwóch lat napisała do mnie ponad sześćdziesiąt listów, w których omawiała różne aspekty tego zagadnienia.]

JDF: Powiedziałaś jej to?

SF: Tak. Próbowałam jej powiedzić, że fizycznie nie czuję, abym była jedną z nich. Potem powiedziała coś, co wiązało się z moją odmową pójścia razem z nią. Powiedziała, że żałuje. Powiedziała: "Miałam nadzieję, że w tym roku pójdziesz". Nie mam pojęcia, co tu ma do rzeczy rok.

JDF: W którym to było roku?

SF: 1989. Chciała, aby stało się to w roku, gdy tam była. [Na Ziemi? Czy w tamtym mieście? Skąd taki dziwny wymóg? Czyżby za udaną rekrutację coś otrzymywali? Ten aspekt dobrowolności wydaje się bardzo ważny i należy zwrócić nań baczną uwagę, ponieważ występuje w wielu raportach wziętych i łączników.]

JDF: Jaki to był miesiąc? Czy pamiętasz, jaki to był miesiąc?

SF: Luty albo marzec. Koniec lutego albo początek marca.

JDF: I powiedziała, że chce to zobaczyć?

SF: Tak. Chciała to zobaczyć, dopóki tam była.

JDF: Czy sprawiała wrażenie bardzo przyjaznej?

SF: Tak, ale bez przesady. Była raczej neutralna.

JDF: Niemniej interesowała się tobą?

SF: No, i na koniec powiedziała, że dadzą mi jeszcze rok, a potem będą musieli mnie zabrać. [Na szczęście nie dotrzymali słowa. Skąd jednak taka groźba?]

JDF: W ciągu roku?

SF: Po roku. Dodała, że następnym razem nie będę miała wyboru. Będą musieli to zrobić. Nie wiem, czy miała na myśli jakiś krótszy okres, czy też miałoby to być na zawsze. Widzę, że jestem z nią na ulicy Y, ale nie pamiętam, żebym wchodziła po schodach.

JDF: Mniejsza o to. Skoncentruj się na tym, co widzisz.

Do tego momentu większość materiału uzyskanego dzięki hipnozie stanowiła jedynie nieco rozszerzoną wersję świadomych wspomnień Sabriny zapisanych w jej dzienniku. Dotyczy to również całej przytoczonej powyżej rozmowy z ową kobietą. W sprawie dalszych zdarzeń dziennik milczy. Tym, co Sabrina świadomie zapamiętała na koniec tego niepokojącego dialogu, było wejście tej kobiety na schody i oświadczenie jej, aby nie szła za nią ze względu na "kontaktów". Potem Sabrina wróciła do pracy. Tymczasem hipnoza ujawniła zupełnie inny przebieg zdarzeń.

SF: Stałyśmy na ulicy. Wyszłyśmy przez drzwi z arkady X i przeszłyśmy na drugą stronę. Wokół nas kręciło się sporo ludzi. Panował tłok, ponieważ było wczesne popołudnie. Po chwili powiedziała mi, abym podskoczyła, i chyba musiałam to zrobić razem z nią, chociaż nie pamiętam tego. Musiałam jednak to zrobić. Może oni w ten sposób się poruszają. Podskakują, a tam jest próżnia, która ich zasysa, zaś sam skok daje im niezbędny rozpęd. Widzę bardzo wyraźnie, jak stoję z nią na ulicy, a ona każe mi podskoczyć.

JDF: Chcę, abyś przypomniała sobie teraz bardzo dokładnie, co się stało. Nie chcę, abyś fantazjowała lub opowiadała mi jakiś sen. [Przy tak głębokim transie nie można zignorować takiego polecenia.] Trzymaj się tylko tego, co naprawdę miało miejsce. Czy jesteś pewna, absolutnie pewna, że to się naprawdę zdarzyło?

SF: Pamiętam, że było wtedy bardzo słonecznie. [Australijskie lato.] Było słonecznie i przejrzyście, i wszędzie wokoło było dużo ludzi. Prawdziwe tłumy. Widzę, jak jest tłoczno. Wygląda na to, że nikt nawet nie zauważył naszej obecności. [Gdyby Sabrina miała urojenie i rozmawiała z samą sobą, co według Jenny Randles i innych osób podzielających jej pogląd jest czymś typowym w tego typu przypadkach, z całą pewnością zwróciłaby na siebie czyjąś uwagę.] Powiedziała, że nikt niczego nie zauważy. Kiedy stwierdziłam, że ludzie na pewno zobaczą, jak się unosimy do góry i znikamy lub dzieje się z nami coś innego, zapewniła mnie ze spokojem, że nikt nas nie będzie widział. [To sugeruje, że istoty te potrafią swobodnie kontrolować to, co chcą, abyśmy widzieli.] Pamiętam, że na ulicy było wtedy bardzo słonecznie.

JDF: Skoczyłaś?

SF: Nie wiem. [Uczciwe przyznanie się do braku wiedzy w tej sprawie.]

JDF: Kiedy policzę do pięciu, wszystko sobie dokładnie przypomnisz. Nie będziesz w stanie zmyślać. Opowiesz mi wyłącznie to, co się naprawdę wydarzyło. ["Wie es eigentlich gewesen"5, jak zwykł mawiać wielki historyk von Ranke. Badacz zjawiska NOLi musi pamiętać, że częściowo jest także historykiem.] Jesteś z powrotem na ulicy Y, mniej więcej rok temu. [Liczę do pięciu.] Teraz już wszystko bardzo dobrze pamiętasz.

SF: [Ze zdumieniem] Ona podskakuje i po prostu znika!

JDF: A ty?

SF: [Wciąż zdumiona] Próbuję, patrzę do dołu, jestem pięć metrów nad ulicą i to wszystko. [Chodzi jej o to, że nie zniknęła?] Następnie zrobiło się bardzo ciemno. Jestem w małym zaciemnionym pomieszczeniu i jakiś głos mówi: "Nie zapamiętasz z tego wiele". [Jak to często bywa w tego typu przypadkach, Sabrina nie pamiętała momentu wejścia na pokład statku.] Po chwili dodał: "Jedynie to, że możesz zrobić, co tylko zechcesz". Tak powiedział. "Wystarczy tylko, abyś skoncentrowała na czymś swoje myśli, a wtedy będziesz mogła to zrobić". [I będziesz niczym bogowie...]

JDF: Więc znalazłaś się w zaciemnionym pomieszczeniu?

SF: Acha. Było tam bardzo ciemno. [Jej oczy nie zdążyły się jeszcze dostosować do słabego oświetlenia po słonecznym blasku ulicy.]

JDF: Siedzisz, stoisz, czy leżysz?

SF: Chyba stoję.

JDF: Kto z tobą rozmawia?

SF: Jakiś mężczyzna.

JDF: Widzisz go?

SF: Tak. Widzę, choć niezbyt wyraźnie. Wyglądem przypomina Egipcjanina, ma ciemne włosy i duże czarne oczy. Jest dość wysoki, nieco wyższy od przeciętnego mężczyzny. Ma mniej więcej metr i osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Nie ma na sobie jasnoniebieskiego kombinezonu [jak większość spotkanych przez nią obcych istot] tylko nieco ciemniejszy, na którym od ramion do środka biegnie coś w rodzaju fałdy. [Może to był ktoś wyższy rangą z tej w wysokim stopniu zhierarchizowanej, mocno zdyscyplinowanej społeczności. Ciekawe, co sądzą o nowoczesnej demokracji, huligaństwie piłkarskich kibiców, rozwodach w rodzinie królewskiej etc.]

JDF: Czy ma coś na głowie? [Coś, co wskazywałoby na jego rangę. Sabrina wspominała wcześniej o tego typu nakryciach.]

SF: Nie.

JDF: Czy w tamtym pomieszczeniu jest naprawdę ciemno?

SF: Światło jest przyćmione, podobnie jak tutaj. Za nim widać drzwi i tam jest dość widno. Wygląda, jakby światło wpadało stamtąd do pokoju. Jest też ten sam stół po lewej stronie [znany jej z poprzednich wizyt]. Stoi pomiędzy nim a drzwiami. Myślę, że pokazywali mi, w jaki sposób dotykają dłońmi różnych rzeczy i jak one działają...

Dalej następuje długa relacja z rozmowy z obcym. Dopiero po niej Sabrina wraca do opowiadania dalszego ciągu zdarzeń.

SF: Nadszedł czas mojego powrotu, ale zupełnie nie mam ochoty odejść. To fascynujące móc obserwować jak posługują się dłońmi i swoją energią. Chcę zostać i się tego nauczyć. Mówią jednak, że muszę już wracać. [Opanowanie Sabriny wynika z wieloletniej znajomości z nimi. Doznawała wielokrotnie wzięć od chwili ukończenia 1 roku życia.]

JDF: W jaki sposób odesłali cię z powrotem?

SF: Nie wiem jak, ale widzę obraz innego pomieszczenia i taki sam, przypominający luk, otwór. W dole widać ulicę. Prawdę powiedziawszy, jest zupełnie blisko, jesteśmy nie więcej niż sześć metrów nad nią. To dziwne, że jesteśmy tak blisko i nikt nie spogląda do góry, nie zauważa nas.

JDF: A gdyby ktoś spojrzał do góry, zobaczyłby coś?

SF: No cóż, powiedziałabym [niezrozumiale]... Oczywiście, jeżeli oni potrafią zakrzywiać światło, to ludzie na ulicy powinni widzieć niebo [i nic więcej].

JDF: Właśnie.

SF: To wprost nie do wiary, jak blisko nas mogą przebywać! [To jest doprawdy niepokojące!] Wszyscy najnormalniej na świecie chodzą sobie po ulicy. Nie pamiętam, jak wróciłam na Ziemię [przypomniała to sobie później], pamiętam natomiast, że schodziłam po schodach i weszłam do biura.

Większość opisanych w dalszej części zdarzeń Sabrina pamiętała świadomie i starannie odnotowała w swoim dzienniku.

SF: Zupełnie nie pamiętam upływu czasu. [Objaw typowy dla wypraw do Magonii, krainy z bajki o Ripie van Winkelu]. Wiem tylko, że wracam na czas, wchodzę, siadam za biurkiem i zaczynam pracować. Po jakiejś godzinie lub dwóch mój szef - z natury bardzo łagodny - powiedział: "Okej. Powiedz mi, dlaczego się spóźniłaś". Popatrzyłam na niego i pomyślałam: "Przecież się nie spóźniłam". "O czym pan mówi?" - zapytałam. A on na to: "Spóźniłaś się kilka godzin. Co się stało?" I po chwili dodał: "Gdzie byłaś i co robiłaś w tym czasie?" "Wcale się nie spóźniłam" - zaoponowałam. Wiedziałam, że wróciłam na czas. "Nie pamiętam" - powiedziałam zerknąwszy na zegarek. Różnica między czasem, jaki wskazywał, a zegarami biurowymi wynosiła blisko dwie godziny. [Niezmiernie ważny szczegół! Normalnie w przypadkach, w których we wspomnieniach świadków występuje luka w czasie, z zegarkami nic się nie dzieje.]

JDF: Twój zegarek późnił się?

SF: I to bardzo, o ponad dwie godziny.

JDF: Pokazałaś mu go?

SF: Tak. Powiedziałam: "Proszę spojrzeć, u mnie jest ta godzina". A on na to: "Nic podobnego, jest ta i ta". [Kolejne potwierdzenie realności jej przeżyć.]

JDF: Rozumiem.

SF: To był nowy zegarek, więc nie powinien był się zepsuć. Pomyślałam, że może został źle wyregulowany. [Później powiedziała mi, że ten zegarek nadal spisuje się bez zarzutu.]

JDF: I niczego nie pamiętałaś?

SF: Niczego. Początkowo myślałam, że żartuje, ale kiedy w końcu dotarło do mnie, że tak nie jest, że mój zegarek rzeczywiście się późni, powiedziałam: "Och, strasznie mi przykro. Niczego nie robiłam. Nie pamiętam, żebym cokolwiek robiła. Zjadłam tylko lunch i wróciłam". Nie usprawiedliwiałam się zbyt mocno, ponieważ wciąż nie byłam przekonana, że się naprawdę spóźniłam o dwie godziny. Szef nie wyglądał na zadowolonego i w głębi ducha podejrzewał mnie o jakiś żart. Przede wszystkim dlatego, że nie dałam mu zadowalającego wyjaśnienia, którego w rzeczy samej nie byłam w stanie mu podać. Sytuacja była zabawna. Wszyscy żartowaliśmy z tej sprawy, a ja naprawdę nie miałam pojęcia, dlaczego tak mocno się spóźniłam. I nic nie mogłam na to poradzić.

[W tym miejscu nastąpiła krótka przerwa.]

JDF: Chcę, abyś przeszła teraz do momentu, gdy do biura wszedł tamten mężczyzna i pokazał ci swoje dłonie. Pamiętasz to zdarzenie?

SF: Och, to w biurze linii lotniczych w roku 1985.

JDF: Tak. Opowiedz o nim własnymi słowami.

W przypadku tego zdarzenia, przedstawionego poniżej, Sabrina również dysponowała świadomymi wspomnieniami. Hipnoza ujawniła jedynie dodatkowe szczegóły.

SF: Nie pamiętam chwili, gdy wszedł do biura. Pamiętam tylko, że nagle podniosłam głowę, a on stał po drugiej stronie lady. [Obce istoty często materializują się właśnie w taki sposób.] Domyśliłam się, że coś się dzieje, gdyż miał na sobie jasnoniebieski strój. Chyba że ktoś dowiedział się o tych strojach i teraz robił mi kawał. Mężczyzna ten miał w sobie coś z Araba lub Anglo-Hindusa.

JDF: A może Egipcjanina?

SF: Być może. Jego skóra posiadała jasnooliwkowy odcień, ale nie była ciemna. [W przypadku opisanym przez Cynthię Hind obce istoty, które zaprosiły do podróży Meagan Quezet, również miały ciemne włosy i skórę o oliwkowym odcieniu.6]

JDF: Taki sam jak tamtej dziewczyny na ulicy?

SF: Nie. [Zwracam uwagę na sposób, w jaki Sabrina odrzuca moje sugestie. Wiele osób wyraża bowiem pogląd, że zahipnotyzowany człowiek bezkrytycznie dostosowuje się do życzeń hipnotyzera. W trakcie sesji z jej udziałem wyraźnie ujawnił się jej silny charakter oraz niezależność. Nie było mowy, aby dała się w jakikolwiek sposób prowadzić. Dokładnie wiedziała, co widziała i czego doświadczyła, i twardo przy tym obstawała.] On był od niej ciemniejszy. Powiedział, że chce, abym poszła z nim do pojazdu.

JDF: Jak myślisz, czy inni ludzie widzieli go również?

SF: Tak. Inni widzieli go także, ponieważ gdy później oprowadzałam go po biurze, podszedł do nas jeden z szefów i powiedział: "Nie powinnaś pokazywać biura obcym. Nie powinnaś wpuszczać na zaplecze nieznajomych". [Zwłaszcza takich obcych! Kolejny cios godzący w teorię Jenny Randles, zgodnie z którą takie zdarzenia są zjawiskiem czysto subiektywnym.]

JDF: Czy możesz opisać to biuro? Czy było tam zaplecze, czy tylko sala ogólna z ladą?

SF: No więc początkowo byliśmy na sali ogólnej, ale potem przeszliśmy na zaplecze.

JDF: Tak.

SF: Cały czas myślałam, że to jakiś żart. Zanim jednak przeszliśmy na zaplecze (gdzie mieściły się wszystkie pozostałe biura i półkolisty punkt sprzedaży), nieznajomy powiedział, że chce, abym poszła do ich pojazdu. Zapytałam wówczas: "A gdzie on jest?" Odpowiedział, że w krzakach niedaleko stąd. Odparłam, że nie mogę. Byłam przecież w pracy i sądziłam, że nie uda mi się z niej urwać. [Zaproszona do podróży Sabrina odmówiła, ponieważ miała do wykonania pracę! Jest to kolejne dziwne podobieństwo do przypadku Meagan Quezet, która odrzuciła podobną propozycję, gdyż musiała opiekować się dziećmi. Może mamy tutaj do czynienia z tą samą grupą obcych istot.] Potem zaczęliśmy rozmawiać i pokazał mi swoją rękę. To prawda. Był w rękawiczkach. Zdjął jedną z nich, a potem zapomniał ją zabrać.

JDF: Zostawił rekawiczkę?

SF: Acha.

JDF: Możesz ją opisać?

SF: Była jasnoniebieska. Wyglądała, jakby była wykonana z grubego materiału, jakiejś dzianiny. Ale to nie była dzianina, tylko tkanina. [Ciekawe co na to pani Randles?]

JDF: Czy ten materiał przypominał w dotyku bawełnę, czy może coś innego?

SF: Tak. Był podobny do bawełny, do grubej bawełny. [A nie do syntetyków z serialu Star Trek.]

JDF: Czy to normalne, że mężczyzna nosi jasnoniebieskie rękawiczki?

SF: Tak. [Ale nie wśród moich znajomych!]

JDF: Co z nią zrobiłaś?

SF: No więc, przyjrzałam się jej. Potem zaczął mówić o swojej ręce, a ja powiedziałam: "Och, na obu dłoniach brakuje panu po jednym palcu". Odrzekł wówczas, że usunięto mu je chirurgicznie, aby wyglądał jak jeden z nich. [Czyżby to oznaczało, że był istotą ludzką na usługach obcych istot?] Przyjrzałam się dokładnie jego dłoniom, ale nie dostrzegłam na nich najmniejszej blizny. Zwróciłam mu na to uwagę. [Podkreślam jej zdrowy rozsądek. Z całą pewnością nie jest ona łatwowiernym łącznikiem.] Powiedziałam: "Przecież tu nie ma żadnych blizn". A on na to: "No, zgadza się, chirurg spisał się bardzo dobrze, wręcz znakomicie. [Dlaczego te istoty są tak często tak mało przekonywającymi kłamcami? Podejrzewam, że aby być dobrymi kłamcami, musiałyby być ludźmi.]

JDF: Może po palcach zostały kikuty?

SF: Nie, nie było tam zupełnie niczego. To zrozumiałe, że pomyślałeś o kikutach, ale dłonie były gładkie, zupełnie jak twoje.

JDF: I nie widziałaś żadnej szpary lub czegoś w tym rodzaju?

SF: Nie.

JDF: [Nieco zbity z tropu] A więc rzeczywiście miał na dłoni tylko trzy palce i było to dla niego naturalne. I bok dłoni też sprawiał wrażenie ukształtowanego naturalnie. Później, gdy cię obudzę, poproszę cię, abyś mi to narysowała. [Tak też i zrobiła.]

SF: Wyglądało, jakby nie miał małego palca, zaś trzeci palec był nieco krótszy od naszego.

JDF: A co z kciukiem?

SF: Był normalny. Wszystkie palce były raczej krępe.

JDF: Czy w ogóle widziałaś jego dłoń?

SF: Widziałam ją. Była zupełnie normalna, jak nasze. [Później Sabrina powiedziała mi, że widziała ją, ale nie dotykała.]

JDF: Czy na obu dłoniach widać było linie?

SF: Tak. Myślę, że tak. Tak. Wyglądały zupełnie normalnie, nie licząc tego brakującego palca.

JDF: I co się stało później?

SF: Myślę, że sobie po prostu poszedł. [Ot tak, bez słowa. To nie jest typowy "kosmiczny brat" opisywany przez łączników, tylko zwyczajny kawalarz.]

JDF: Czy powiedział ci jeszcze coś ważnego?

SF: Nie.

[W tym miejscu nastąpiła przerwa, podczas której Sabrina zrelacjonowała rozmowę z tym obcym mężczyzną.]

SF: Ale zapomniał rękawiczki.

JDF: Zapominalski obcy.

SF: Acha. A następnego dnia przyszło dwóch badaczy i...

JDF: Skąd wiedziałaś, że to badacze?

SF: Właściwie to nie wiem, kto do nich zadzwonił. Ja na pewno nie. [Chodzi tu o lokalną społeczność ufologów.]

JDF: Najprawdopodobniej nikt do nich nie dzwonił. [Ponieważ nikomu nie opowiadała o swoim przeżyciu.] Zjawili się u ciebie, mimo iż nikt poza tobą nie wiedział o tym zdarzeniu i sama nie dzwoniłaś [do ufologów].

SF: Chyba że zrobił to kierownik, ale tak naprawdę nie bardzo to sobie wyobrażam.

JDF: Czy kierownik wiedział, że spotkałaś się z obcą istotą?

SF: Nie.

JDF: Nie. W takim razie twój kierownik byłby ostatnią osobą, która skontaktowałaby się z ufologami. Lepiej przyjrzyjmy się dokładnie tym badaczom.

SF: No cóż, było ich dwóch i wyglądali tak samo jak ci, którzy po roku osiemdziesiątym chcieli obejrzeć ślady na moich plecach. [Ci dwaj osobnicy zjawili się w jej domu wkrótce po obserwacji, podając się za lekarzy z miejscowego szpitala. Na ich prośbę rozebrała się i pozwoliła zbadać. Po oględzinach powiedzieli jej, że ma na plecach znaki przypominające arabskie pismo! Proszę zwrócić uwagę na nawiązywanie przez te istoty do arabskości. Zachowują się wręcz jak dżiny z baśni z tysiąca i jednej nocy. Co za ezoteryczną grę tu prowadzą?]

JDF: [Sarkastycznie] Ci tak zwani lekarze?

SF: Tak.

JDF: Czy jeden z nich miał rude włosy?

SF: Tak mi się zdaje.

JDF: Zatem to jeden z tych lekarzy, czy tak? Bardzo wszechstronny jegomość.

SF: Ten drugi to tamten blondyn.

JDF: W porządku. Zatem tym razem nie są lekarzami, ale badaczami. [Którzy nie zestarzeli się ani nie zmienili nawet ubrań w ciągu pięciu lat! Możemy im pozazdrościć wiecznej młodości, współczując jednocześnie z powodu ubóstwa stroju.]

SF: Myślałam, że podadzą się za dziennikarzy.

JDF: [Niezdziwiony uniwersalnością oszustów.] Za dziennikarzy? Czy jest z nimi jeszcze ktoś?

SF: Tak, jest jeszcze jeden.

JDF: Jak wygląda?

SF: Jest wysoki, ma ciemne włosy, ciemnobrązowe oczy i oliwkową skórę. Wygląda jak naukowiec. Nie wiem, dlaczego biorę go za naukowca. [Telepatyczna sugestia?]

JDF: W jaki sposób ci się przedstawili?

SF: Po prostu weszli i zaczęli rozmawiać. [Zupełnie jak tamta kobieta na ulicy. Typowy brak dobrych manier! Albo oni nas nie rozumieją, albo mają w pogardzie nasze obyczaje. Może powinni przejść kurs stosunków międzyludzkich.]

JDF: Siedziałaś wtedy za ladą recepcji, czy tak?

SF: Tak.

JDF: Czy widział ich ktoś jeszcze? Czy ktoś mówił coś na ich temat?

SF: Nie. [A jednak, ku niezadowoleniu Jenny Randles, Michaela Persingera i innych, oni istnieli naprawdę. Recepcjonistka prowadząca dłuższą rozmowę z pustym powietrzem szybko zwróciłaby na siebie uwagę w ruchliwym biurze linii lotniczych. Dlaczego ci akademiccy teoretycy nie zrobią użytku z logiki i zdrowego rozsądku?]

JDF: Czy personel biura traktował ich jak zwyczajnych klientów? [Jak na ironię, zdarzenie to miało miejsce w siedzibie linii lotniczej! Czyżby mieli ochotę polatać samolotem?]

SF: Nie. Jeden z nich, ten naukowiec, wszedł innymi drzwiami. [Sabrina lubi niekiedy dzielić włos na czworo. Upiera się, że ten mężczyzna nie mógł być klientem, ponieważ zdawał się załatwiać jakąś sprawę z jej kierownikiem. Nawet głęboki trans nie wpłynął na osłabienie jej zdolności do krytycznego patrzenia na przebieg zdarzeń.]

JDF: Którymi drzwiami?

SF: Wejściem na główną salę prowadzącym z zaplecza biura. Wszedł właśnie tamtędy.

JDF: Jak gdyby gdzie był?

SF: U jednego z kierowników.

JDF: Rozumiem. Zatem wyszedł z biura kierownika

SF: Tak. Albo z innego pomieszczenia na zapleczu. [Co za precyzja.]

JDF: Czy widziałaś, jak wchodzi na zaplecze?

SF: Nie. [Każdy, kto chciałby tam wejść, musiałby najpierw uzyskać pozwolenie Sabriny.]

JDF: Jak według ciebie dostał się na zaplecze?

SF: Mógł tam wejść przez dwoje innych drzwi albo zmaterializować się w samych drzwiach. [Otóż to!]

JDF: Dwaj pozostali weszli jak zwykli klienci?

SF: Tak.

JDF: I potem podeszli do ciebie w trójkę?

SF: Tak. Najpierw zaczęli mówić ci dwaj. Ten trzeci włączył się do rozmowy później. Nie pamiętam momentu, w którym zaczęliśmy rozmawiać.

JDF: A chciałabyś sobie przypomnieć? Zatem cofnijmy się nieco w czasie i spróbujmy zobaczyć, jak to było.

SF: Nie jestem pewna czy... Zaczynam odczuwać zmęczenie. Chyba powiedzieli, że w ich przekonaniu widziałam wczoraj kogoś lub coś niezwykłego. [Doprawdy? Szkoda, że nie spytała ich, skąd o tym wiedzą.] Chcieli, abym opowiedziała im o tym.

JDF: Tak. Czy ci się przedstawili? Czy podali swoje nazwiska? Wręczyli wizytówki? Czy powiedzieli, skąd pochodzą?

SF: Nie. ["Maniery czynią z ciebie człowieka". Jak widać nie dotyczy to tych istot.]

JDF: Zatem nie zaprzątali sobie głowy formami grzecznościowymi?

SF: Nie.

JDF: I co im powiedziałaś?

SF: Opowiedziałam im, co widziałam, a potem dodałam: "No i zostawił rękawiczkę". Nadal leżała na moim biurku. Podałam im ją i w tym momencie wszedł naukowiec. Powiedział, że muszą ją zabrać w celu jej zbadania.

JDF: [Sarkastycznie] To zrozumiałe! Co było dalej?

SF: Odrzekłam, że jej właściciel może po nią wrócić. Zdawali się jednak być przekonani, że to nigdy nie nastąpi. [Doprawdy? Skąd mogli to wiedzieć?]

JDF: Wiedzieli, że jej właściciel nigdy po nią nie wróci?

SF: Tak. Dlatego zabrali ją i zaraz potem wyszli.

JDF: Czy twoim zdaniem przyszli specjalnie po nią?

SF: Nie, ponieważ nie wspomnieli o niej. Zapytali tylko, czy nie zostało coś po tej wizycie, czy nie mam jakiegoś dowodu na nią. [Czyżby byli to czytelnicy książek Jenny Randles?]

JDF: Co było, kiedy wyszli?

SF: No, kilka dni po ich wizycie zastanawiałam się nad tym zdarzeniem, myśląc: "Ciekawe co stwierdzą?" I w tym momencie pojawił się ten blondyn. [Jak na zawołanie.] Powiedział: "Nie powinieniem ci tego mówić, ale splot jest bardzo stary, przypomina historyczny styl arabski". [To już druga wzmianka o Arabii. Czyżby próbował przekazać jej coś w zakodowanej formie?] Potem dodał jeszcze: "To by się zgadzało". Zaraz potem wyszedł. W jakiś tydzień po pierwszej wizycie wrócił ten w jasnoniebieskim stroju i zapytał o rękawiczkę. [Ależ ci nieustraszeni podróżnicy wałęsają się po naszych miastach! Czyżby to był ich ulubiony sposob spędzania wolnego czasu?]

JDF: To, że jej nie miałaś, postawiło cię zapewne w kłopotliwej sytuacji.

SF: Tak. Cóż, powiedziałam mu, że przyszło kilku facetów i zabrali ją do zbadania. Chciał wiedzieć, czy istnieje jakiś sposób, aby ją odzyskać. Odrzekłam, że nie wiem, gdzie może być albo... Powiedziałam: "Prawdopodobnie jest teraz w Stanach Zjednoczonych".

JDF: [Zdziwiony tą surrealistyczną rozmową] Dlaczego w Stanach Zjednoczonych?

SF: Nie wiem.

JDF: Czyżby mieli amerykański akcent?

SF: Nie.

JDF: Ot, tak po prostu przyszło ci do głowy, że mogą to być Stany Zjednoczone?

SF: Tak. Być może mówili, że zamierzają ją tam wysłać. Albo zabrać. Był nieco zmartwiony. Twierdził, że jest to część jego munduru [!!!] i że musi ją mieć. [Być może z powodu nieprawidłowego stroju spotkała go jakaś kara.] Potem wyszedł. W gruncie rzeczy nie był zbyt zły z tego powodu. Zupełnie, jakby miał zapasową rękawiczkę albo coś w tym rodzaju. Wyszedł i to wszystko. Był tam bardzo krótko, około pięciu minut.

JDF: Biorąc pod uwagę wszystkie twoje rozmowy z tą istotą, która zgubiła rękawiczkę, oraz z tymi trzema nieustraszonymi badaczami, chcę, abyś po przebudzeniu [w tym momencie znajdowała się w bardzo głębokim transie] pamiętała wszystko, co według ciebie jest ważne i znaczące. Mogą to być drobne szczegóły, pojedyncze słowa, a nawet odczucia, jakie miałaś w związku z tymi zdarzeniami. Bądź luki w czasie, które wystąpiły podczas twoich rozmów z nimi.

SF: [Po chwili zastanowienia] Nie, nie pamiętam.

JDF: [Liczy do pięciu.] Wszystko jest normalne?

SF: Tak. Zupełnie normalne, no może z jednym wyjątkiem. Nie rozumiem, dlaczego tamten blondym przyszedł jeszcze raz. Dlaczego nie dane mi było poznać wyników badań? Przecież powiedział: "Nie powinienem ci tego mówić. Nie powinnaś tego wiedzieć... To wszystko jest tajne". Nie rozumiem, dlaczego nie chcieli, abym o tym wiedziała. Przecież to ja im ją dałam. W związku z tym miałam prawo znać wyniki badań. Ale nie byłam z tego powodu zła. Nie martwił mnie też fakt, że to była starożytna tkanina lub coś w tym rodzaju. Nie rozumiałam jedynie, dlaczego uważali, że należy to przede mną ukrywać. I właśnie to mnie rozzłościło.

JDF: Zadam ci jeszcze jedno pytanie i chcę, aby tym razem odpowiedziała na nie twoja podświadomość. Przemówi ona za pomocą twoich palców. Podniesiesz jeden palec, jeśli odpowiedź będzie brzmiała tak. Czy ci trzej mężczyźni byli obcymi istotami?

SF: Tak.

JDF: Czy byli przyjaciółmi mężczyzny w jasnoniebieskim kombinezonie? Czy pracowali razem z nim?

SF: Tak.

JDF: Czy w trakcie tego zdarzenia miało miejsce coś, czego nie pamiętałaś, co zostało zablokowane w twojej pamięci lub ocenzurowane i dlatego nie mogłaś mi o tym powiedzieć?

SF: Nie.

* * *

W tym miejscu ta niezwykła sesja dobiegła końca. W trakcie analizy zgromadzonego materiału odniosłem nieodparte wrażenie, że te istoty odgrywały sztukę teatralną. Kobieta zaczepia Sabrinę poza miejscem pracy, w dramatyczny sposób rzuca tajemnicze uwagi ("nie mogę jeść"), a następnie dokonuje jej wzięcia w samym środku tłumu. Przecież mogłaby ją zabrać z opustoszałej drogi po zapadnięciu mroku albo bezpośrednio z jej sypialni. Po co więc to przedstawienie? Podobnie Trzy-Palce i Wędrujące Trio zachowują się, jakby zostali żywcem przeniesieni ze sztuki Eugene'a Ionesco mogącej nosić tytuł Roztargniony obcy. Ten aspekt absurdalności występuje w literaturze ufologicznej niezwykle często. Po powtórnej lekturze na przykład The Flying Saucer Occupants lub The Humanoids nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wiele spośród ewidentnie przypadkowych na pierwszy rzut oka bliskich spotkań zostało jednak starannie zaaranżowanych przez miłośników owego teatru absurdu. Przypadek Joe'ego Simontona (18 kwietnia 1961 roku), o którym wspominałem wcześniej, mogłby dostarczyć takiej sztuce odpowiedniego tytułu: Ciasteczka obcych istot na farmie drobiu.

Krótko mówiąc, relacja Sabriny unaocznia nam niepokojącą bliskość obcych istot oraz dowodzi, że mają one poczucie humoru, którego manifestacja odbywa się naszym kosztem. Humor ten, podobnie jak teatr absurdu, potrafi niekiedy być doprawdy diaboliczny i przeistaczać się w teatr okrucieństwa. Jeśli weźmie się pod uwagę na przykład nacisk, jaki dzisiejsze społeczeństwo kładzie na poszanowanie praw człowieka, zwłaszcza prawa kobiet i nienaruszlność jednostki, oraz na walkę z plagą gwałtów i seksualnego molestowania dzieci, na sprawy wolności, godności i samostanowienia, i porówna się tę górnolotną, modną retorykę z brutalną rzeczywistością towarzyszącą wzięciom, nietrudno będzie dojść do wniosku, że w tym teatrze absurdu obcych istot, to my jesteśmy obiektem śmiechu.

Przełożył Mirosław Kościuk


Przypisy:

1. Wcale nie są one takie niezwykłe. Na przykład w marcu 1954 roku Brazylijczyk Rubeém Hellwig spotkał pięć istot, które wyszły z pojazdu w kształcie piłki do rugby i niczym nie różniły się z wyglądu od ludzi. Być może były "Anunnakami" Sitchina. - Przyp. G.C.

2. Jenny Randles Abduction: Over 200 Documented UFO Kidnappings Investigated, Robert Hale, Londyn, 1988, str. 222.

3. W Polsce książka ta ukazała się pod tytułem Wspólnota nakładem Domu Wydawniczego REBIS. Można ją nabyć korespondencyjnie korzystając z oferty zamieszczonej na naszej stronie internetowej (patrz "Sprzedaż wysyłkowa"). - Przyp. RZF.

4. Użycie tu słowa "kontakt" (odpowiednik angielskiego terminu "contact") na określenie osoby nie jest błędem i nie chodzi tu nie o łącznika (odpowiednik angielskiego terminu "contactee"), który jest Ziemianinem będącym w kontakcie z obcymi istotami, ale o obcą istotę kontaktującą się danym łącznikiem. - Przyp. RZF.

5. "Jak to właściwie było?"

6. Cynthia Hind UFOs -- African Encounters, Gemini, Salisbury, Zimbabwe, 1982, str. 172-198.







UFO