Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

AFERA "ŻELAZO"

W DOKUMENTACH MSW I PZPR

Wybór, wstęp i opracowanie Witold Bagieński, Piotr Gontarczyk

2013

 

(...)

 

 

WSTĘP

I. Okoliczności ujawnienia operacji "Żelazo"

W kwietniu 1984 r. w gmachu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Warszawie przy ul. Rakowieckiej pojawił się mężczyzna w średnim wieku. Powoływał się na wieloletnią współpracę z wywiadem PRL i mówił o realizowaniu z jego wysokimi funkcjonariuszami wspólnych przedsięwzięć o charakterze typowo przestępczym. Mieczysław Janosz, bo tak się nazywał ów przybysz, żądał rozmowy z ministrem spraw wewnętrznych gen. Czesławem Kiszczakiem. Nie uzyskawszy widzenia z szefem MSW, w kolejnych rozmowach z innymi wysokimi funkcjonariuszami resortu domagał się zwolnienia z aresztu swojego brata, zatrzymanego przez milicję pod zarzutem licznych przestępstw kryminalnych. Groził, że jeśli Kazimierz Janosz nie zostanie wypuszczony na wolność, to on sam nie zawaha się przed ujawnieniem znanych sobie faktów i dokumentów, które mogłyby się okazać kłopotliwe dla resortu.

Głównym wątkiem opowieści Mieczysława Janosza była operacja przeprowadzona przez jego brata Kazimierza w 1971 r. na terenie RFN, we współpracy z wywiadem PRL. W zamian za zgodę na powrót do kraju miał on przekazać MSW część zebranych przez siebie kosztowności i luksusowych towarów. Przedtem otworzył on w Hamburgu firmę, która od rozmaitych zakładów jubilerskich i hurtowni pobrała na kredyt złoto, biżuterię, kosztowności i towary o wartości ok. 2 mln marek. W skład zgromadzonego majątku wchodziło m.in. ponad 100 kg złota (głównie w postaci biżuterii), dużo cennych kamieni szlachetnych oraz kilka kontenerów ze srebrem, posrebrzanymi sztućcami, zapalniczkami i luksusową odzieżą. Część majątku została przejęta przez funkcjonariuszy wywiadu już na granicy. Zgromadzone przedmioty dzielono w centrali bezpieki przy ul. Rakowieckiej oraz w lokalach kontaktowych należących do wywiadu.

Mieczysław Janosz opowiedział o gangsterskiej działalności, swojej i braci, na Zachodzie, w tym także o napadach na banki i zabójstwach. Przedstawił również plany operacji, które w przeszłości stanowiły przedmiot jego rozmów z funkcjonariuszami wywiadu. Jedną z nich miało być sprowadzenie do kraju ze Szwecji kilkudziesięciu kilogramów złota pochodzącego z napadu rabunkowego, w którym zamordowano nieznaną osobę pochodzenia żydowskiego. Przedsięwzięcie nie doszło do skutku ze względu na urwanie się kontaktu z ówczesnymi dysponentami tego "towaru". W ramach innej operacji planowano przerzucenie przez granicę kilku milionów marek mających pochodzić z przeprowadzonego bezpośrednio przed przerzutem napadu na bank w Niemczech. Według Mieczysława Janosza, miał on się spotkać osobiście z pełniącym wtedy funkcję ministra spraw wewnętrznych Mirosławem Milewskim w sprawie wprowadzenia do obrotu fałszywych dolarów wyprodukowanych przez MSW. Opowiedział ponadto o dokonanym na zlecenie wywiadu morderstwie bliżej nieznanej im osoby, a także o zleceniu jednemu z nich przez funkcjonariuszy wywiadu zabójstwa Adama Michnika, który w 1977 r. przebywał w Niemczech Zachodnich.

Przesłuchiwani bracia operowali konkretnymi - prawdziwymi i legalizacyjnymi - nazwiskami funkcjonariuszy Departamentu I MSW, wymieniali także nazwisko ówczesnego członka Biura Politycznego KC PZPR gen. Mirosława Milewskiego. To właśnie on, z racji funkcji kierowniczych pełnionych na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w komunistycznym wywiadzie, a potem w całym MSW, miał być najważniejszym partnerem Janoszów ze strony SB. On też po operacji z 1971 r. zagwarantował im bezkarność w czasie prowadzenia innych przestępczych machinacji.

II. Bracia Janoszowie i ich kontakty z MSW

Główni bohaterowie afery "Żelazo", bracia Mieczysław, Kazimierz i Jan Janoszowie, pochodzili ze wsi Świnna koło Żywca. Pod koniec lat pięćdziesiątych mieszkali na Dolnym Śląsku. Najstarszy z nich - Mieczysław, był prokuratorem w Jeleniej Górze i Wrocławiu, a jego młodsi bracia prowadzili małą hutę szkła w Cieplicach koło Jeleniej Góry. Momentem przełomowym w ich życiu stał się wyjazd do Francji z wycieczką zorganizowaną przez PZMot. Podczas drogi powrotnej odłączyli się od swojej grupy na terenie RFN i postanowili nie wracać do kraju. Znaleźli się w obozie dla uchodźców w Zirndorfie, a później ich drogi się rozeszły. Po wielu perypetiach w 1963 r. zamieszkali w dzielnicy St. Pauli w Hamburgu, gdzie zajęli się prowadzeniem barów i lokali nocnych, a także prowadzili szemrane interesy.

Po tym jak bracia odmówili powrotu do kraju, Referat SB Komendy Powiatowej w Jeleniej Górze zaczął zbierać informacje na ten temat. Wkrótce sprawa znalazła się w kompetencjach miejscowego Wydziału II (ds. kontrwywiadu), który założył sprawę kontrolną o kryptonimie "Prawnik", dotyczącą ucieczki braci. Równolegle jej wątki poboczne prowadzone były przez bliźniacze jednostki z komend wojewódzkich MO w Krakowie i Rzeszowie. Sprawę kontrolną służącą koordynowaniu całości przedsięwzięć z nią związanych prowadził Wydział VI Departamentu II MSW, który zajmował się wówczas m.in. sprawami uciekinierów. Bezpośrednio odpowiadał za nią starszy oficer operacyjny Wydziału VI por. Józef Dąbrowski, nadzorowany przez zastępcę naczelnika tej jednostki mjr. Stefana Ziaję. Kontrwywiad starał się w tym okresie rozpoznać krajowe kontakty braci i za ich pośrednictwem zorientować się w ich ówczesnym położeniu.

W 1962 r. nawiązano współpracę z bratem uciekinierów, Józefem Janoszem, któremu nadano pseudonim "Józef". Dzięki niemu SB udało się skontaktować z Mieczysławem, mieszkającym wówczas w Genewie. Podczas spotkania, do którego doszło 27 sierpnia 1962 r. w Wiedniu, por. Dąbrowski zwerbował Mieczysława Janosza do współpracy jako TW ps. "Maj". Za jego pośrednictwem kontrwywiadowi udało się wkrótce dotrzeć do jego brata Kazimierza i pod koniec stycznia 1963 r. jego także udało się zwerbować jako tajnego współpracownika. Nadano mu pseudonim "Kamieja". Z czasem o współpracy Mieczysława i Kazimierza Janoszów z SB dowiedział się ich młodszy brat Jan, którego od pewnego momentu zaczęto traktować jako KO ps. "Janek". Przez kilka kolejnych lat bracia dostarczali kontrwywiadowi informacji na temat środowiska uciekinierów z PRL przebywających głównie na terenie RFN, a mogących mieć powiązania z obcymi służbami specjalnymi. Z tego powodu w drugiej połowie 1963 r. nadzór nad ich sprawami przejął Wydział III Departamentu II MSW, zajmujący się rozpracowywaniem zachodnioniemieckiego wywiadu i organizacji rewizjonistycznych. Na przełomie kwietnia i maja 1964 r. por. Józef Dąbrowski, prowadzący sprawy Janoszów, został nieformalnie przeniesiony z Wydziału VI do Wydziału III, gdzie pracował pod nadzorem naczelnika ppłk. Mariana Grudzińskiego. Spotkania ze współpracownikami odbywały się za granicą, a ponadto do kontaktów z Kazimierzem wykorzystywano łącznika, którym był kapitan statku "Chochlik" Lucjan Kowacki, czyli TW ps. "Iks". Niektóre informacje wymieniano także za pośrednictwem Józefa Janosza, czyli KO ps. "Józef".

Sytuacja skomplikowała się, gdy pod koniec grudnia 1964 r. Mieczysław Janosz wraz z kilkoma wspólnikami napadł na bank w Reinbek w RFN, zabijając przy okazji pracującego w nim kasjera. Uciekając przed niemieckim wymiarem sprawiedliwości, wrócił nielegalnie do kraju drogą morską. Jego nagły powrót nie był uzgodniony z SB. Wydarzenie to sprawiło, że Departament II został zmuszony do czasowego przerwania kontaktów z Kazimierzem i Janem, którzy w dalszym ciągu mieszkali w Hamburgu. Znaleźli się oni wówczas pod baczniejszą niż dotąd obserwacją zachodnioniemieckiej policji i kontrwywiadu. W tym czasie sprawy braci w dalszym ciągu prowadził kpt. Józef Dąbrowski. Po tym jak w połowie stycznia 1965 r. przeniesiono go do Wydziału III Departamentu I MSW, zajmującego się kontrwywiadem zagranicznym, od lutego 1965 r. prowadzenie spraw "Majek" i "Kamieja" przejął starszy oficer operacyjny Wydziału III Departamentu II mjr Marian Piszcz, a po nim kpt./mjr Tadeusz Otto, piastujący analogiczne stanowisko.

Mimo powrotu Mieczysława Janosza do kraju, współpracę z nim kontynuowano. Pracował on wówczas wraz z bratem Józefem w Fabryce Maszyn Włókienniczych "Befama" w Bielsku-Białej. Kontakt z Kazimierzem Janoszem odnowiono zimą 1966 r. Informacje odbierał od niego łącznik, którym nadal był TW ps. "Iks". Doszło także do kilku bezpośrednich spotkań "Kamiei" i "Janka" z oficerami Departamentu II. Sprawy Janoszów uznawano za jedne z najważniejszych w Wydziale III, toteż w niektórych z nich uczestniczył naczelnik tej jednostki płk Marian Grudziński, który w połowie 1966 r. zaczął prowadzić je osobiście.

Na początku 1967 r. zapadła decyzja o przeniesieniu płk. Grudzińskiego do wywiadu. Z dniem 1 kwietnia tego roku zajął on stanowisko starszego inspektora - kierownika Zespołu Niemieckiego w Wydziale III (Kontrwywiadowczym). Do nowej jednostki zabrał ze sobą prowadzoną wówczas część sprawy braci - teczki personalne i robocze TW "Kamiei" i "Maja" oraz KO "Janka" i "Józefa". Sprawę o kryptonimie "Prawnik" oraz pięć tomów teczek roboczych TW "Maja" zarchiwizowano w tamtym czasie w Biurze "C" MSW. O zarejestrowanie spraw Janoszów w ewidencji Departamentu I płk Grudziński wystąpił dopiero 20 grudnia 1967 r. Sprawie dotyczącej Mieczysława Janosza nadano kategorię kontaktu informacyjnego i kryptonim "Majek" (nr rej. 7955), ale w części dokumentów wciąż określano go jeszcze kryptonimem "Maj". Z kolei sprawie Kazimierza Janosza nadano kategorię rozpracowania operacyjnego i kryptonim "Kamieja" (nr rej. 7954). Początkowo Departament I, podobnie jak wcześniej kontrwywiad, nie prowadził odrębnej sprawy na Jana Janosza, a materiały związane z jego osobą umieszczano w sprawie dotyczącej Kazimierza. Pisząc o nim, posługiwano się kryptonimem "Janek". Z tego powodu pierwotnie proponowany w grudniu 1967 r. przez Mariana Grudzińskiego kryptonim tej sprawy brzmiał "Kamieja-Janek". Przy rejestracji sprawy przyjęto jednak krótszy - "Kamieja".

Grudziński prowadził sprawy Janoszów do 8 lipca 1969 r., gdy w związku ze skierowaniem go do pracy w rezydenturze w Berlinie przekazał ppłk. Tadeuszowi Drzewieckiemu. Ten prowadził je do 7 czerwca 1971 r., po czym przekazał je por. Eugeniuszowi Tomkiewiczowi. Od 5 kwietnia 1972 r. prowadził je ponownie ppłk Tadeusz Drzewiecki, od którego 21 maja 1973 r. przejął je mjr Marek Strzemień. W grudniu 1973 r. sprawy KI "Majek" i RO "Kamieja" zostały przerejestrowane przez mjr. Strzemienia do kategorii KO. Ponadto ze sprawy Kazimierza Janosza wyodrębniono wówczas sprawę dotyczącą Jana Janosza i 19 grudnia 1973 r. zarejestrowano go jako KI ps. "Komteja" (nr rej. 9928).

Według zakresu pracy Wydziału III Departamentu I MSW, czyli Wydziału Kontrwywiadowczego, z 12 listopada 1968 r. jednostka ta miała realizować trzy podstawowe zadania: "I. Rozpoznanie i penetracja służb specjalnych głównych przeciwników; II. Przeciwdziałanie za granicą zagrożeniu interesów PRL ze strony wrogich służb specjalnych oraz organizowanie kontrwywiadowczych czynności profilaktycznych - operacyjnych i wychowawczych - wobec obywateli PRL należących lub wytypowanych do służby zagranicznej; III. Rozpoznanie informacyjne w zakresie polityczno-militarnym w wybranych rejonach 'Trzeciego Świata' ". W praktyce oznaczało to rozpracowywanie służb niemieckich, amerykańskich i innych krajów NATO, a także m.in. służb izraelskich. Ponadto Wydział III opiniował osoby wyjeżdżające do pracy w zagranicznych przedstawicielstwach PRL, badał też wszystkie przypadki ucieczek pracowników placówek oraz samego Departamentu I. Gdy w styczniu 1971 r. w Departamencie I wprowadzono uaktualnione zakresy pracy dla wszystkich komórek tej jednostki, cele działania Wydziału III nie uległy większym zmianom.

W związku z reorganizacją struktury wywiadu, którą przeprowadzono 15 listopada 1977 r., Wydział III stał się Wydziałem X i zachował ten numer aż do rozwiązania MSW w 1990 r. W czasie gdy jednostka ta prowadziła sprawy braci Janoszów, jej naczelnikami byli kolejno: ppłk Tadeusz Walichnowski (1 maja 1966-15 grudnia 1967), ppłk Józef Osek (15 czerwca 1968-10 lutego 1969), ppłk/płk Tadeusz Wyzgal (od 15 lutego 1969 r. jako p.o.; 1 sierpnia 1969-1 listopada 1970), płk Waldemar Wawrzyniak (1 listopada 1970-1 czerwca 1972), płk Jan Słowikowski (1 lipca 1972-15 lipca 1974), płk Henryk Mikucki (1 września 1974-15 listopada 1977). Wydziałem X kierowali: płk Henryk Mikucki (15 listopada 1977-20 czerwca 1979) i płk Mieczysław Schwarz (od czerwca 1979 r. jako p.o.; 10 lutego 1980-15 lutego 1982). Nadzór nad sprawami braci Janoszów sprawowali kolejni zastępcy naczelnika: ppłk/płk Feliks Solarski (1 stycznia 1965-16 września 1968), ppłk Tadeusz Wyzgal (1 października 1968-15 lutego 1969), mjr/ppłk Tadeusz Wójcik (nieetatowo od 1969 do 1970), ppłk/płk Mieczysław Schwarz (1 stycznia 1971-1 lipca 1973), oraz kolejni kierownicy Zespołu Niemieckiego w Wydziale III i X: płk Marian Grudziński, mjr/ppłk Mieczysław Schwarz, ppłk Tadeusz Drzewiecki i płk Stanisław Matusiak.

Po przejęciu spraw braci Janoszów przez wywiad w dalszym ciągu wykorzystywano ich do zdobywania informacji na temat środowiska uciekinierów w Hamburgu. Ponadto, jak po latach stwierdził ówczesny zastępca naczelnika Tadeusz Wójcik: "Sprawą zajmowano się ze względu na styk 'Janka' ze służbą specjalną na terenie Hamburga oraz jego skłonność do wykonywania tzw. mokrej roboty, w nadziei, że może być przydatny na odcinku zdrajców". Zdaniem Mieczysława Schwarza z uwagi na to, że wartość informacji dostarczanych przez braci Janoszów nie była zbyt wysoka, już w 1970 r. rozważano przerwanie kontaktu z nimi i złożenie ich spraw do archiwum. Sami Janoszowie usiłowali korumpować kontaktujących się z nimi funkcjonariuszy, proponując im dostarczenie samochodów i innych drogich przedmiotów w zamian za umożliwienie im swobodniejszego przekraczania granicy.

Podczas spotkania z Kazimierzem (najprawdopodobniej na początku 1971 r.) miał on wystąpić z propozycją nielegalnego zdobycia złota, przywiezienia go do kraju i podzielenia się nim po połowie z oficerami Departamentu I. Chociaż zdawano sobie sprawę z tego, że zdobyty towar będzie pochodził z przestępstwa, kierownictwo Departamentu I podjęło decyzję o przeprowadzeniu tej operacji. Sprawa otrzymała wówczas kryptonim "Żelazo", a jej bezpośrednią realizacją zajęli się ppłk Tadeusz Drzewiecki i mjr Marek Strzemień. Sprawę nadzorował ówczesny kierownik Zespołu Niemieckiego ppłk Mieczysław Schwarz. Z ramienia kierownictwa Departamentu I sprawę miał zatwierdzić zastępca dyrektora płk Eugeniusz Pękała, a całość operacji zaakceptował dyrektor płk Mirosław Milewski.

Po przeprowadzeniu operacji "Żelazo" w maju 1971 r. Departament I nie przerwał całkowicie kontaktu z braćmi Janoszami. W dalszym ciągu usiłowano robić z nimi interesy i roztoczono nad nimi swoisty parasol ochronny. Z tego względu komórki MO odpowiedzialne za przeciwdziałanie przestępczości gospodarczej przez długi czas nie były w stanie pociągnąć ich do odpowiedzialności za wykrywane nadużycia. Dopiero na początku lat osiemdziesiątych Kazimierz Janosz został zatrzymany w związku z czarnorynkowym handlem alkoholem. W tym momencie wkroczył do akcji Mieczysław Janosz, który postanowił interweniować u najwyższych czynników w MSW, by zwolniono jego brata.

III. Wyjaśnianie operacji "Żelazo"

Relacje Mieczysława Janosza składane wiosną 1984 r. wzbudziły zrozumiałe zainteresowanie kierownictwa MSW, tym bardziej że ich treść potwierdził przesłuchany w areszcie jego brat Kazimierz. Nie było wątpliwości, że jeżeli choćby część ich opowieści była prawdziwa, to kontakty Janoszów z Departamentem I MSW nie miały wiele wspólnego z wewnętrznymi przypisami obowiązującymi w resorcie, a także ogólnie z działalnością wywiadowczą. Wiele operacji dokonanych przy pomocy Janoszów miało charakter typowo przestępczy, a ich ujawnienie groziło poważnymi konsekwencjami także dla międzynarodowego wizerunku PRL, zwłaszcza że kompromitujące historie, które opowiadali Janoszowie, dotyczyły również niektórych członków kierownictwa PZPR.

Już w kwietniu 1984 r. powołano specjalną komisję resortową pod przewodnictwem szefa służby wywiadu i kontrwywiadu, podsekretarza stanu w MSW gen. Władysława Pożogi, która miała się zająć kompleksową analizą operacji, określanej w znalezionych dokumentach archiwalnych kryptonimem "Żelazo". Komisja podjęła działania składające się z trzech zasadniczych elementów:

- odszukanie i analiza wszystkich dokumentów archiwalnych Departamentu I MSW wytworzonych w związku ze sprawą i mogących wyjaśnić mechanizmy przeprowadzonych operacji. Chodziło przede wszystkim o zarchiwizowane sprawy wywiadu dotyczące trzech braci Janoszów: Mieczysława, Kazimierza i Jana, a także inne dokumenty na ich temat. W celu ustalenia chronologii operacji "Żelazo" oraz zakresu uczestnictwa i odpowiedzialności poszczególnych oficerów za różne fragmenty operacji, przeanalizowano również akta osobowe funkcjonariuszy, głównie z Wydziału III Departamentu I MSW, który ją prowadził, i ówczesnego kierownictwa tej jednostki;

- przesłuchanie oficerów uczestniczących w operacji "Żelazo" w celu uzyskania od nich stosownych wyjaśnień;

- w miarę kompletowania dokumentów i oświadczeń wspomnianych w poprzednich punktach uzyskiwanie od braci Janoszów kolejnych zeznań i wyjaśnień, dotyczących szczegółów zarówno samej operacji "Żelazo", jak i innych przestępczych machinacji odkrytych w czasie postępowania.

Warto zauważyć, że główne ustalenia dotyczące afery pochodziły z dwóch pierwszych wymienionych źródeł, tj. z relacji braci Janoszów, które usiłowano konfrontować z odnalezionymi dokumentami archiwalnymi. Tylko niektórzy oficerowie potwierdzali w swoich wyjaśnieniach informacje podawane przez Janoszów. Na ogół ci, którzy nie brali bezpośredniego udziału w operacji i nie czerpali z niej zysków. Natomiast współuczestnicy operacji "Żelazo", wywodzący się z Departamentu I MSW, z reguły zasłaniali się niepamięcią, minimalizowali swój udział w sprawie, a także zrzucali odpowiedzialność na współpracowników, przełożonych i podwładnych. Co najwyżej ograniczali się oni do potwierdzenia niektórych faktów w sposób jednoznaczny opisanych w odnalezionych dokumentach. Główny odpowiedzialny za przestępcze działania wywiadu, gen. Mirosław Milewski, odmawiał składania szczegółowych wyjaśnień lub konsekwentnie mijał się z prawdą. Wyrażał przy tym pretensje, że zawiadomienie od Janoszów w ogóle przyjęto i zaczęto wyjaśniać całą sprawę.

Część funkcjonariuszy zapewniała, że celem operacji miało być zdobycie pozabudżetowych środków finansowych mających służyć do prowadzenia działań operacyjnych wywiadu. Wedle wytworzonych wówczas raportów utrzymywano, że w wyniku operacji pozyskano ponad 50 kg złota, z którego połowę, zgodnie z wcześniejszą umową, wręczono Janoszom. Istotnie, wedle świadków - funkcjonariuszy, do kasy Departamentu I trafiło ok. 30 kg złota, głównie najniższej próby i wartości. W rzeczywistości sprawa była dużo poważniejsza. Istniejąca dokumentacja nie odzwierciedlała tego, że zdobyte walory miały wielokrotnie większą wartość niż ta, którą oficjalnie w nich zapisano. Chodziło o nie mniej niż 120 kg, a być może nawet do ok. 200 kg złota *[Tak znaczna rozbieżność była spowodowana trudnościami z oszacowaniem ogólnej masy złota przywiezionego do kraju przez braci Janoszów w ramach operacji "Żelazo", Jako dolną granicę przyjęto liczbę ok. 120 kg, podawaną przez uczestniczących w operacji funkcjonariuszy Departamentu l MSW, jako górną - liczbę ok. 200 kg, podawaną przez Janoszów.], ponadto o dużą liczbę cennych kamieni szlachetnych oraz towarów luksusowych o trudnej do oszacowania wartości. Jak ustalono, zdecydowana większość łupów przywiezionych do kraju przez braci Janoszów nie trafiła do Skarbu Państwa ani nawet do kasy Departamentu I MSW.

Odnalezione dokumenty potwierdzały także inne informacje podane przez braci Janoszów. Dotyczyły one planów przywiezienia partii złota i drogocennych kamieni ze Szwecji, ewentualnych uzgodnień dotyczących "otwarcia granicy" w celu przewiezienia do kraju pieniędzy pochodzących z napadu na bank w RFN, wyprodukowania przez MSW partii fałszywych dolarów czy zlecenia zabójstwa Adama Michnika. Informacje te potwierdzali również niektórzy z przesłuchiwanych funkcjonariuszy.

Jednym z fundamentalnych pytań, na które komisja próbowała znaleźć odpowiedź, był los zaginionych kosztowności i dóbr materialnych. Stwierdzono bowiem, że zginęło nie mniej niż 65, a być może nawet ok. 130 kg złota. Bezsprzecznie ustalono, że od samego przejęcia przez MSW złota, przywiezionego przez Janoszów do kraju, stworzono mechanizmy ułatwiające "podkradanie" towaru. Nie sporządzono stosownej dokumentacji przejętych kosztowności, podzielono je niedokładnie, "na oko", a także bez stosownych zabezpieczeń przechowywano w kasach pancernych i przewożono do lokalu kontaktowego w Warszawie. Według braci Janoszów, część najcenniejszych okazów biżuterii i kamieni szlachetnych mogła zginąć w ciągu pierwszych godzin od przywiezienia łupów do budynku MSW. Co charakterystyczne, przed zrealizowaniem operacji "Żelazo" braciom obiecywano, że otrzymają połowę lub dwie trzecie przywiezionych kosztowności. Ostatecznie zostali oni oszukani - tylko jeden z nich otrzymał niewielką część precjozów i to już po wyłączeniu z dzielonej pryzmy najcenniejszych wyrobów jubilerskich.

Także w późniejszym okresie funkcjonariusze dysponowali rozmaitymi możliwościami uszczuplania masy przechowywanych precjozów. Część kosztowności została rozdzielona pomiędzy funkcjonariuszy uczestniczących w operacji "Żelazo". Generał Kiszczak relacjonował to na posiedzeniu Biura Politycznego w następujący sposób: "naczelnik wydziału pytał pracownika: czy masz złoty zegarek? Nie, nie mam. A chcesz? No, chcę. No, to masz. I dawał mu złoty zegarek ze złotą bransoletą. Potem go pytał jeszcze: a słuchaj, a twoja żona ma złoty zegarek? No, nie ma. No, to masz dla żony złoty zegarek".

Jak tłumaczyli niektórzy zeznający przed komisją oficerowie, po dokonaniu podziału dużą ilość zdobytego złota i precjozów w grudniu 1971 r. włączono do tzw. funduszu MOB (mobilizacyjnego), stanowiącego rezerwę finansową na wypadek wojny. Mieli do niego dostęp tylko minister spraw wewnętrznych, dyrektor Departamentu I oraz ich zastępcy. W praktyce część z nich znalazła się w tzw. sklepiku. W ten sposób nazywano potocznie znajdującą się w dyspozycji ministra "czarną kasę" MSW, przechowywaną w pomieszczeniach należących do wywiadu. Wedle niepotwierdzonych informacji miała ona istnieć niemal od początków aparatu bezpieczeństwa Polski Ludowej, a z całą pewnością co najmniej od lat sześćdziesiątych do osiemdziesiątych. W "sklepiku" przechowywano pieniądze (głównie dewizy), kosztowności, alkohol, papierosy i pewne deficytowe towary, które przywożono z zagranicy. Znajdowały się w nim także dzieła sztuki oraz inne cenne rzeczy, pochodzące głównie z wykrywanych przestępstw, takich jak nielegalny handel walutą lub złotem czy przemyt. To ze "sklepiku" pochodziły środki na zakup zagranicznych towarów konsumpcyjnych przeznaczonych dla kierownictwa resortu, nieksięgowane prezenty i dewizy na wydatki dla oficjeli partyjnych oraz na cele operacyjne aparatu bezpieczeństwa. Stamtąd pobierano również prezenty, m.in. dla nagradzanych pracowników MSW oraz delegacji "zaprzyjaźnionych" służb.

Najprawdopodobniej jednym z głównych beneficjentów operacji "Żelazo" był gen. Mirosław Milewski, ale ze względu na jego pozycję w aparacie PZPR z raportu końcowego komisji usunięto informacje na ten temat. Wedle ustaleń komisji resortowej, duże kwoty z funduszy dyspozycyjnych MSW pobierane były przez niektórych funkcjonariuszy partyjnych oraz m.in. żonę Edwarda Gierka. Ponadto co najmniej jeden z kosztownych wyrobów jubilerskich dostarczonych przez braci Janoszów miał przywłaszczyć ówczesny minister spraw wewnętrznych gen. Franciszek Szlachcic. Podczas prezentacji "żelaza" w pomieszczeniach wywiadu miał on sobie założyć na rękę zegarek wysadzany szlachetnymi kamieniami. Potem Milewski zmienił wersję zeznań, twierdząc, że Szlachcic go jedynie przymierzał. Mogło to wynikać z ustalonej z Milewskim linii nieobciążania kierownictwa partii i resortu odpowiedzialnością za sprawę. Z kolei sam zainteresowany złożył na ten temat dość pokrętne wyjaśnienia, potwierdzające, że zegarek jednak wziął.

Komisja resortowa ustaliła również, że złote zegarki pochodzące z operacji "Żelazo" były wręczane pracownicom administracyjnym Departamentu I MSW. Dodawała przy tym, że "nie natrafiono na żadne materiały świadczące o nagradzaniu złotymi zegarkami funkcjonariuszy za osiągnięcia w pracy wywiadowczej". Wśród obdarowanych znalazła się za to m.in. Alfreda Moczar - żona byłego ministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara. Odrębnym zagadnieniem była sprawa siedmiu kontenerów z wyrobami ze srebra, luksusowymi towarami i odzieżą. Część tych dóbr (nie więcej niż 10 proc. ogólnej masy) otrzymali bracia Janoszowie, a reszta zniknęła bez śladu.

Dość charakterystyczna była opisana w raporcie komisji resortowej sprawa sprzedaży części złota należącego do Janoszów przez Departament I MSW. Bracia, będący pod obserwacją milicyjnego pionu do walki z przestępczością gospodarczą, nie byli w stanie sprzedać wszystkich posiadanych przez siebie kosztowności i przedmiotów w sposób legalny. Trudno stwierdzić, w jakiej mierze były to celowe działania niektórych członków lokalnego kierownictwa MO i SB, ukierunkowane na wymuszenie od uchodzących za bardzo zamożnych Janoszów stosownych łapówek. Wątku tego, wielokrotnie podnoszonego przez braci, komisja resortowa nie wyjaśniała w czasie badania sprawy o kryptonimie "Żelazo". W każdym razie bracia zwrócili się do znanych sobie oficerów z prośbą o pomoc w "upłynnieniu" m.in. ok. 20 kg złota i części zgromadzonych towarów. Dzięki pomocy funkcjonariuszy MSW kruszec ten udało się przekazać do państwowej sieci "Jubiler", handlującej biżuterią. Za wspomniane precjoza po specjalistycznej wycenie, odliczeniu kosztów handlowych i naprawy niektórych przedmiotów jeden z braci Janoszów miał otrzymać blisko 3 mln zł. Chociaż wystawił pokwitowania na taką sumę, ostatecznie i tym razem został oszukany. Funkcjonariusze Departamentu I MSW wypłacili mu (i tak astronomiczną jak na ówczesne warunki) kwotę ok. 700 tys. zł.

IV. Operacja "Żelazo" a obraz funkcjonowania MSW

Sprawa "Żelazo" znacznie przekracza rozmiary resortowej, kryminalnej afery. Jej analiza dostarcza wielu interesujących informacji na temat Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a w szczególności jego Departamentu I. Jak na dłoni widać mechanizmy funkcjonowania komunistycznych służb specjalnych oraz panujących w nich stosunków. Patologie tu występujące nie są w historii tego resortu niczym nowym. Duże dysproporcje w poziomie życia na Zachodzie i za żelazną kurtyną; dostęp do dóbr konsumpcyjnych i relacje cenowe pomiędzy PRL a państwami kapitalistycznymi dla wielu funkcjonariuszy służb specjalnych, pracowników central zagranicznych czy MSZ - w wypadku podjęcia nawet niewielkiej działalności handlowej, a nie przemytu na dużą skalę - dawały możliwość uzyskania bez porównania wyższych dochodów niż oficjalne. Sprzyjał temu często zachęcający przykład przełożonych, najwyższych funkcjonariuszy resortu, partii i państwa, którzy nie tylko korzystali z dóbr i pieniędzy zdobywanych przez służby specjalne, ale wręcz wymuszali na podwładnych dostarczanie im korzyści materialnych.

Dość szczególną okazją do dokonywania nadużyć były podejmowane przez władze PRL i kierownictwo resortu bezpieczeństwa próby zasilania kasy służb specjalnych środkami operacyjnymi. Tego rodzaju wątpliwe akcje stanowiły zagrożenie dla normalnych działań wywiadu i kontrwywiadu, a także umożliwiały dokonywanie poważnych przestępstw. Dlatego trudno się dziwić, że w miejscach "styku z zagranicą" finansowe afery wstrząsały strukturami aparatu państwowego PRL i służb specjalnych, a ich ważnym katalizatorem były właśnie próby operacyjnego zdobywania pieniędzy.

Już w 1946 r. wywiady cywilny i wojskowy wykorzystywały w tym celu kontrolowane przez siebie spółki handlowe. Po połączeniu obu jednostek w 1947 r. komisja partyjna podjęła decyzję o utworzeniu wspólnej dla obu służb Specjalnej Sekcji Finansowej, która funkcjonowała pod przykryciem Domu Eksportowo-Importowego "Dimex" w Warszawie. Jej zakrojona na szeroką skalę działalność polegała głównie na czarnorynkowym handlu żywnością, walutami oraz różnorodnymi deficytowymi towarami, głównie w Berlinie. Zyski, które osiągano, były kilkakrotnie wyższe od ponoszonych kosztów. Parasol ochronny wywiadu umożliwiał przewożenie towarów przez granicę z pominięciem cła i kontroli. Dodatkowe źródła dochodu zapewniało pobieranie łapówek za pomoc w uzyskiwaniu paszportów emigracyjnych przez Żydów, którzy chcieli wyjechać z Polski, oraz wykorzystywanie poczty dyplomatycznej i kurierów do przewożenia prywatnych przesyłek. Nielegalne operacje handlowe pod przykryciem "Dimeksu" prowadzono do października 1949 r., gdy proceder ten został częściowo zdekonspirowany. Według oficjalnego bilansu, w okresie od połowy 1947 do końca 1949 r. wygenerowano zysk w wysokości aż 7,8 mld zł i 1,8 mln dolarów, z czego budżet partyjny zasilono kwotą 4,7 mld zł i 1 mln dolarów. Co jednak szczególnie istotne, podczas prowadzenia działalności "zarobkowej" przez wywiad wiele zaangażowanych w nią osób dopuściło się nadużyć, kradzieży i defraudacji na skalę niemożliwą do oszacowania.

Na początku lat sześćdziesiątych wywiadem cywilnym PRL wstrząsnęła tzw. afera kurierska. Jej ujawnienie było nieco przypadkowe. W styczniu 1962 r. funkcjonariusze z komendy MO w Łodzi, podczas rozpracowywania środowiska handlarzy dewizami w tym mieście, stwierdzili w sposób niezbity, że jedną z osób uczestniczących w nielegalnym procederze jest były kurier MSZ i były funkcjonariusz wywiadu. W toku śledztwa, jakie zaczęły prowadzić Biuro Śledcze MSW oraz sam Departament I MSW, okazało się, że niemal wszyscy kurierzy MSZ, z których część była oficerami wywiadu na etatach niejawnych, trudnili się przemytem. Do połowy lutego aresztowano 43 osoby, a kilku innym umożliwiono występowanie z wolnej stopy.

Ujawniony proceder polegał na pakowaniu poczty kurierskiej w podwójne koperty, pomiędzy którymi wywożono z kraju banknoty dolarowe. Kurierzy po przekroczeniu granicy zrywali zewnętrzne koperty i wyciągali dolary. Kupowali za nie zazwyczaj złote dwudziestodolarówki, po czym przemycali je do kraju w podwójnych workach na pocztę dyplomatyczną. Następnie z dużym zyskiem sprzedawali monety na czarnym rynku. W ten sposób w okresie od 1959 do stycznia 1962 r. podejrzani wywieźli nielegalnie za granicę ok. 225 tys. dolarów. W tym samym czasie wwieźli do kraju ok. 4500 sztuk złotych monet dwudziestodolarowych, czyli ok. 210 kg złota. W podobny sposób trafiały do Polski i inne deficytowe towary. Śledztwo wykazało, że nadużycia w MSZ i wywiadzie wykraczały poza opisany proceder. Ujawniono, że pracownicy placówek dyplomatycznych, w tym także ambasadorowie, sprowadzali do kraju bez żadnej kontroli i bez opłacenia cła wiele wartościowych i trudno dostępnych towarów. W niejasne operacje handlowe byli zaangażowani m.in. niemal wszyscy pracownicy Poselstwa PRL w Tel Awiwie, łącznie z tamtejszym ministrem pełnomocnym. Skala ujawnionych nadużyć okazała się bardzo duża i zagrażała wielu wysoko postawionym osobom, nie zbadano jednak bliżej tych wątków. Poprzestano na ukaraniu kurierów i osób z nimi współpracujących. W części przypadków były to kary wręcz symboliczne.

Ostatnią głośną aferą z okresu poprzedzającego operację "Żelazo" była sprawa o kryptonimie "Zalew", którą ujawniono w pierwszej połowie 1971 r. Na początku lat sześćdziesiątych grupa wysokich funkcjonariuszy Departamentu II MSW (kontrwywiadu) stworzyła grupę przestępczą, zajmującą się przemytem walut, bielizny, dzieł sztuki, znaczków pocztowych na trasie Berlin-Moskwa. Z czasem grupa wyspecjalizowała się w przemycaniu złotych monet z Berlina Zachodniego do Polski. Do przemytu wykorzystywano kanały łączności kontrwywiadu, w tym agentów - konduktorów pociągów międzynarodowych PKP. Na dużą skalę sięgano m.in. po samochody i sprzęt resortu oraz fałszywe dokumenty wystawiane przez MSW. Z gangiem współpracował naczelnik wydziału przestępstw gospodarczych KG MO płk Jerzy Milka, który do przestępczych operacji wykorzystywał podległą sobie jednostkę. W niektórych operacjach uczestniczyły więc dziesiątki innych funkcjonariuszy MO i MSW, niezdających sobie sprawy, że ich działania (np. wprowadzanie w obieg przemyconych do kraju złotych monet) są w istocie działaniami grupy przestępczej, a nie akcjami operacyjnymi MO lub kontrwywiadu. Niekiedy funkcjonariusze byli przymuszani do działań o charakterze przestępczym przez swoich przełożonych lub stawiani w takim położeniu, że nie mogli odmówić. Podczas późniejszych zeznań podawali oni przykłady niekiedy wręcz brutalnie artykułowanych "zamówień" ze strony swoich zwierzchników.

Cała grupa znajdowała się pod ochroną dyrektora Departamentu II, a następnie wiceszefa MSW gen. Ryszarda Matejewskiego. Jego wpływy pozwalały na przerwanie działań dochodzeniowo-śledczych innych struktur MSW czy MO w sprawie przestępstw grupy. Tłumaczono to "ważnymi względami operacyjnymi kontrwywiadu", ponieważ niektóre przestępcze działania uzasadniano (w żargonie resortowym "legendowano") właśnie koniecznością zdobywania środków na działalność operacyjną. Matejewski był nawet w stanie wpłynąć na zakres obowiązków poszczególnych jednostek MSW, tak by część spraw dotyczących przemytu znalazła się w gestii Departamentu II. Grupa osiągała ogromne zyski, które ulokowano w willach nad Zalewem Zegrzyńskim lub zakopywano na terenie nabytych posesji - z tego względu sprawie nadano kryptonim "Zalew". Rozbicie gangu i aresztowanie jego członków - związanych ze środowiskiem "moczarowców", wcześniej nietykalnych - nastąpiło po zmianach politycznych z grudnia 1970 r., kiedy stanowisko ministra spraw wewnętrznych objął Franciszek Szlachcic. Najważniejsi członkowie grupy stanęli przed sądem w 1971 r. Były minister Ryszard Matejewski otrzymał karę 12 lat pozbawienia wolności. Członkowie gangu mieli znacznie wyższe koneksje w kierownictwie partii i państwa. W trakcie wyjaśniania afery "Zalew" ustalono na przykład, że ze środków struktur SB podległych Matejewskiemu utrzymywano lokal kontaktowy (LK), przeznaczony na osobiste potrzeby członka Biura Politycznego i wicemarszałka sejmu Zenona Kliszki. Likwidacja gangu, którego działalność była w kierownictwie resortu tajemnicą poliszynela, stała się możliwa dopiero po usunięciu z kierownictwa resortu Mieczysława Moczara, pobierającego rozmaite korzyści od członków grupy.

Niejawne reguły, według których na co dzień działał resort bezpieczeństwa, ułatwiały zarówno popełnianie, jak i ukrywanie przestępstw. Cechą wspólną wymienionych afer, a także sprawy "Żelazo" było nadużywanie stanowisk służbowych do celów prywatnych i rozmywanie odpowiedzialności za popełnione nadużycia. Ten swoisty immunitet dotyczył osób odpowiednio wysoko postawionych oraz mających koneksje. Pokusie łatwego zysku ulegał choćby gen. Milewski, który w świetle niektórych relacji w latach sześćdziesiątych dla własnych celów sprowadził do kraju cenne przedmioty przez pocztę dyplomatyczną, czyli bez opłacenia cła. Demoralizujący przykład płynął z najwyższych stanowisk w resorcie, skąd w dół, na zagraniczne placówki płynęły rozmaite "zapotrzebowania", które noszą wszelkie znamiona haraczu za dobrze opłacany i stwarzający możliwości dodatkowego zarobku pobyt za granicą. Służby specjalne wykorzystywano do prywatnych celów także w wywiadzie wojskowym, o czym może świadczyć sprawa ministra obrony narodowej Mariana Spychalskiego. Warto również dodać, że w omawianym okresie wyłudzeń na niekorzyść skarbu państwa miał się dopuścić nawet sam I sekretarz PZPR Edward Gierek.

W wypadku afery "Żelazo" oprócz nadużyć finansowych odrębny problem stanowiła kwestia jakości pracy operacyjnej wywiadu. Po ujawnieniu afery wyszły na jaw nieprawidłowości, jakich dopuszczano się podczas wieloletniego prowadzenia spraw Janoszów. Właściwie nigdy nie spróbowano wyjaśnić pojawiających się od czasu do czasu sygnałów wskazujących na możliwą współpracę braci z obcymi wywiadami. Ryzykowano bezpieczeństwem osobistym oficerów i narażano ich na możliwą prowokację, ponieważ, jak należało przypuszczać, bracia znajdowali się pod baczną obserwacją niemieckiego kontrwywiadu i policji. Mimo to doprowadzano do sytuacji, w których mogli oni poznawać kolejnych funkcjonariuszy MSW, oddelegowanych do kontaktowania się z nimi. Jak się okazało, znali oni prawdziwą tożsamość części z nich, a nawet ich adresy domowe.

Niektórzy oficerowie wywiadu wchodzili z Janoszami w rozmaite kontakty, które teoretycznie mogły zostać wykorzystane przez obce służby specjalne jako element nacisku i szantażu. Komisja resortowa ustaliła, że oprócz łupów uzyskanych w ramach operacji "Żelazo" funkcjonariusze dwukrotnie pożyczali od Janoszów kwoty kilku bądź kilkunastu tysięcy dolarów. Zważywszy na to, że przeciętny obywatel PRL zarabiał wówczas równowartość kilkudziesięciu dolarów, były to sumy bardzo wysokie. Janosze zakupili też na zamówienie kolekcję luksusowej broni myśliwskiej, za którą nigdy nie otrzymali pieniędzy. Innym nadużyciem funkcjonariuszy Departamentu I MSW było pobieranie od Janoszów pokwitowań za rzekomo otrzymane wynagrodzenie, które w rzeczywistości nigdy nie zostało im wypłacone. Wydaje się, że we wspomnianych kwestiach można było dokładnie ustalić, kto konkretnie pobierał od Janoszów pieniądze i pokwitowania, ale zarówno tego, jak i innych pobocznych wątków tej sprawy nie próbowano wyjaśnić. Taki stan rzeczy motywowano dbałością o dobre imię Mirosława Milewskiego i partii. Celnie na ów problem wskazywał jeden z fragmentów raportu końcowego komisji resortowej, zawierający słowa Kazimierza Janosza: "prawie wszyscy pracownicy Centrali, którzy ze mną współpracowali, swe obowiązki traktowali na pół służbowo, na pół prywatnie". Cała operacja "Żelazo" w wypadku ujawnienia przez służby specjalne NATO stanowiłaby poważny cios dla wizerunku służb specjalnych i w ogóle PRL.

W świetle materiałów zebranych przez komisję resortową trudno również nie zauważyć, że do pracy na placówkach wysyłano funkcjonariuszy niespełniających przyjętych w przepisach wywiadu kryteriów. Mowa przede wszystkim o osobach niegwarantujących zachowania tajemnicy służbowej z racji nadużywania alkoholu, budzących wątpliwości w kwestii lojalności, a nawet mających powiązania ze światem przestępczym. Niektórzy pracownicy mieli w przeszłości poważne problemy dyscyplinarne, a mimo to nie zwolniono ich ze służby. Dość szczególny jest przypadek jednego z funkcjonariuszy wywiadu zaangażowanych w aferę "Żelazo", który wcześniej nie został usunięty z resortu, po tym jak w czasie spotkania operacyjnego z agentką dopuścił się na niej gwałtu. Do pracy w rezydenturach i punktach operacyjnych za granicą wysyłano także oficerów nieznających w wystarczającym stopniu języków obcych oraz zdekonspirowanych przed obcymi służbami specjalnymi *[Chodziło przede wszystkim o dużą grupę funkcjonariuszy Departamentu I MSW, zdekonspirowanych przez czynnych lub byłych oficerów wywiadu cywilnego PRL, którzy zdecydowali się na dezercję i przekazali znane sobie informacje służbom krajów NATO. Dotyczy to głównie Władysława Mroza, Michała Goleniewskiego, Stanisława Szymonika i Janusza Kochańskiego. Ponadto niektórzy funkcjonariusze wywiadu zostali zdekonspirowani przez uciekinierów z wywiadu wojskowego, MSZ, niektórych ze zdemaskowanych lub przewerbowanych agentów oraz w wyniku własnych wpadek podczas wykonywania działań operacyjnych.].

Analiza sprawy "Żelazo" pokazuje też ważny problem kompletności danych znajdujących się w aktach osobowych poszczególnych funkcjonariuszy. Okazuje się bowiem, że niektóre kompromitujące dla nich fakty czy wręcz dokonywane przestępstwa prawdopodobnie nie zostały w nich odnotowane. Z kolei sama dokumentacja sprawy "Żelazo" zawiera istotne luki i nie ma wątpliwości, że została celowo zdekompletowana. Brakuje w niej m.in. wielu podstawowych dokumentów dotyczących pierwszego etapu tej operacji z maja 1971 r., w tym umowy, którą przed jej przeprowadzeniem zawarto z Kazimierzem Janoszem.

V. Afera "Żelazo" a obraz funkcjonowania PZPR

Sprawa "Żelazo" rzuca też interesujące światło na funkcjonowanie kierownictwa PZPR. Mirosław Milewski twierdził, że o funkcjonowaniu nielegalnej kasy wywiadu wiedzieli jego przełożeni z MSW, a o operacji "Żelazo" nie tylko oni, lecz także członkowie kierownictwa PZPR, wraz z odpowiedzialnym za nadzór nad MSW członkiem Biura Politycznego i KC Stanisławem Kanią. Możliwość zatajenia takiej operacji przed późniejszym I sekretarzem partii wydaje się mało prawdopodobna. Co więcej, zachowały się dokumenty świadczące, że wysocy funkcjonariusze partyjni i państwowi wydali zgodę na przeprowadzenie drugiego etapu operacji "Żelazo".

Prezentowane w niniejszej publikacji dokumenty mówią również o sposobie ostatecznego załatwienia sprawy odpowiedzialności za operację "Żelazo". Komisja, która ją badała, narzuciła sobie polityczne samoograniczenia, w związku z czym wielu wątków w ogóle nie podjęła lub poprzestała na zamarkowaniu ich ogólnymi sformułowaniami w końcowym sprawozdaniu. Jak już wspomniano, tłumaczono to troską o dobre imię partii i osobiście gen. Milewskiego. Oświadczeń części wysokich oficjeli partyjnych zamieszanych prawdopodobnie w sprawę albo w ogóle nie protokołowano, albo odbierano je wyłącznie w postaci ustnych oświadczeń. W dokumentacji brakuje na przykład jakichkolwiek wyjaśnień Stanisława Kani odnoszących się do jego wiedzy na temat afery, a także losów przywożonych mu do "Białego Domu" tzw. egzemplarzy okazowych biżuterii. Z zachowanych dokumentów archiwalnych wynika, że rozmowę z nim przeprowadził jeden z członków komisji Biura Politycznego PZPR - Józef Czyrek. Jej szczegóły nie są jednak znane.

Końcowe orzeczenie partyjne w sprawie afery "Żelazo" pisano, konsultując je z jej głównym bohaterem - Mirosławem Milewskim. Na skutek tych rozmów ze sprawozdania komisji usunięto fragmenty wskazujące, że mógł on z całej afery czerpać korzyści materialne, podobnie zresztą jak z funkcjonowania stworzonego przezeń układu klientystycznego w MSW. Stało się tak, mimo że wyszło wówczas na jaw, iż wykorzystywał on pocztę kurierską do przesyłania prywatnych przesyłek, by ominąć cło. Ponadto, według zeznań funkcjonariuszy MSW, miał odbierać od nich szare koperty z najcenniejszymi łupami z operacji "Żelazo", tzw. egzemplarze okazowe, których najprawdopodobniej nigdy nie zwrócił. W czasie prac komisji resortowej i organów kontrolnych KC PZPR nie próbowano rzetelnie wyjaśnić, czy zostały one przywłaszczone przez kogoś, czy też zostały (przynajmniej część) wręczone niektórym wysokim funkcjonariuszom Biura Politycznego.

Jednocześnie dość wymowna wydaje się postawa zarówno samego Mirosława Milewskiego, jak i Franciszka Szlachcica, którzy mimo zgromadzenia obciążających ich materiałów wypominali swoim rozmówcom brak właściwego ich uhonorowania i pomijanie w nadawaniu odznaczeń państwowych. Sam Milewski po przesłaniu mu kompromitującego go raportu z działań komisji resortowej uznał się za kogoś w rodzaju konsultanta, który pisemnie wyraża swoją opinię w sprawie, by na koniec zalecić zniszczenie "krzywdzącego" go opracowania. W czasie obrad Biura Politycznego PZPR postępowanie wyjaśniające w sprawie "Żelazo" określił jako "beriowszczyznę" i deklarował, że nie podda się, "choćby miał skończyć jak ks. Popiełuszko". Jednoznacznie dawał też do zrozumienia, że dysponuje rozległą, kompromitującą wiedzą na temat elit PRL i może ją wykorzystać w sytuacji zagrożenia. W pewnej chwili Milewski prawdopodobnie posłużył się nawet otwartym szantażem, próbując wymusić stonowanie wypowiedzi szefa MON gen. Floriana Siwickiego. Sugerował mu ujawnienie jego roli w przygotowaniach do obalenia gen. Wojciecha Jaruzelskiego w 1981 r.*[Sprawa może mieć związek z opisanym przez Wasilija Mitrochina spiskiem generałów, którzy byli gotowi usunąć gen. Wojciecha Jaruzelskiego ze stanowiska, gdyby nie zdecydował się on wprowadzić stanu wojennego. Podczas posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR Mirosław Milewski stwierdził: "Tow. gen. Siwicki, przepraszam, że powiem w tym gronie, ale jest człowiekiem, który też w określonym czasie, w tym gmachu zadeklarował się w sposób jednoznaczny. Ja byłem przy tym. Kiedy było potrzeba wypowiedzieć się jednoznacznie na temat sytuacji w Polsce". Na prośbę Floriana Siwickiego o doprecyzowanie, o co mu chodzi, Milewski odparł: "Tow. Siwicki jako szef sztabu zajął jednoznaczne stanowisko w kwestii tego, że jest do dyspozycji ze wszystkimi siłami. Ja byłem wówczas ministrem spraw wewnętrznych, tow. gen. Siwicki był szefem sztabu i chodziło po prostu, przepraszam, tak mi się wyrwało, kiedy mówiłem o - tow. generał przecież był. Mówiłem o czym innym w nawiązaniu do tego, o czym tow. gen. Siwicki mówił. Przepraszam bardzo".] Jak się wydaje, gen. Milewski do końca miał nadzieję pozostać w kierownictwie partii, z którego został jednak usunięty głównie na skutek determinacji ówczesnego I sekretarza KC PZPR i jego najbliższych współpracowników. Warto pamiętać, że tylko on został wydalony z partii, natomiast pozostali uczestnicy afery otrzymali jedynie upomnienia i nagany partyjne. Nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

W tym miejscu analizy wymagają dwa dyskutowane w literaturze zagadnienia: jak dalece sprawa upadku gen. Milewskiego związana była z zamordowaniem ks. Jerzego Popiełuszki przez funkcjonariuszy MSW oraz w jakiej mierze sprawa "Żelazo" była pretekstem, a w jakiej rzeczywistym powodem usunięcia generała ze wszystkich stanowisk partyjnych i państwowych?

W pierwszej kwestii zachowane dokumenty pokazują, że Milewski nie był w sposób otwarty obarczany zarzutem o przyczynienie się do śmierci kapelana "Solidarności" i obie sprawy wydają się traktowane rozłącznie. Zarazem jednak władze partyjne zrobiły wiele, by opinia publiczna nie kojarzyła wspomnianych faktów, m.in. przesuwając w czasie odejście Milewskiego z funkcji sekretarza KC i członka Biura Politycznego.

Odpowiedź na drugie pytanie jest bardziej skomplikowana. Nie ma wątpliwości, że ostateczna decyzja w tej sprawie leżała w rękach gen. Jaruzelskiego. Zapewne miał on też decydujący głos, jeśli chodzi o wymowę sprawozdania końcowego komisji Biura Politycznego, a z całą pewnością w kwestii usunięcia Milewskiego z władz PZPR. I to determinacja Jaruzelskiego spowodowała, że mimo dość łagodnej i rozmywającej sprawę postawy zespołu orzekającego Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej Milewski został ostatecznie usunięty także z PZPR. Trudno jednak w tym stanowisku doszukiwać się tylko politycznej kalkulacji. Wydaje się, że ujawnione fakty były zbyt kompromitujące, by przejść nad nimi do porządku dziennego. Dalsze sprawowanie przez niego stanowiska członka Biura Politycznego niosło za sobą duże zagrożenie ze względu na możliwość ujawnienia sprawy przez "zachodnie ośrodki dywersji ideologicznej", co przyczyniłoby się do skompromitowania władz PRL. Los człowieka odpowiedzialnego za takie działania, jak afera "Żelazo", byłby prawdopodobnie przesądzony niezależnie od tego, czy należał on do politycznych przyjaciół gen. Jaruzelskiego, czy też nie.

Cały proces rozliczeń z uczestnikami afery "Żelazo" i usunięcie Milewskiego z Biura Politycznego świadczą o wyraźnym rozdźwięku pomiędzy oficjalnymi procedurami partyjnymi a rzeczywistymi mechanizmami podejmowania decyzji, pokazują też, w jakim zakresie udzielano informacji poszczególnym ciałom statutowym, co dowodzi ich symbolicznego wręcz znaczenia wobec autorytarnych rządów gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Sprawa "Żelazo" to również barwny opis rytuałów obowiązujących w PZPR, wizytówka horyzontów intelektualnych jego przedstawicieli, języka i sposobu prowadzenia debat partyjnych.

Podsumowując kwestię obrazu władz PZPR w świetle dokumentów afery "Żelazo", należy pamiętać o skutkach interwencji Mieczysława Janosza w sprawie brata Kazimierza i de facto użycia przez niego szantażu wobec najwyższych władz partyjno-państwowych. Efekt jego zabiegów gen. Czesław Kiszczak relacjonował w czasie obrad Biura Politycznego KC PZPR w sposób następujący: "szybko musiałem podjąć decyzję o wypuszczeniu z więzienia aresztowanego Kazimierza J[anosza] (cena za informację i milczenie), a teraz gimnastykuję się, jak uchronić bandziora przed zasłużoną karą, żeby milczał". Tak więc szantaż, po jaki sięgnął Mieczysław Janosz, okazał się skuteczny. Obaj bracia nie byli już niepokojeni przez organa ścigania do końca istnienia PRL.

VI. Sprawa "Żelazo" w literaturze i prasie

Pierwsze publikacje na temat afery "Żelazo" pojawiły się na łamach prasy w październiku 1990 r. Omawiały one kulisy aresztowania Mirosława Milewskiego i innych osób zamieszanych w tę operację. Artykuły te zbiegły się w czasie z enuncjacjami na temat dokonanego niemal w tym samym czasie aresztowania generałów Władysława Ciastonia i Zenona Płatka, w związku ze sprawą zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Wśród ówczesnych publikacji na temat afery "Żelazo" na uwagę zasługuje m.in. obszerny artykuł w "Polityce", w którym oprócz omówienia szczegółów sprawy zamieszczono także treść rozmowy redaktora z Franciszkiem Szlachcicem. Z kolei "Tygodnik Solidarność" przedstawił w tym czasie sylwetkę gen. Milewskiego i wypowiedzi mieszkańców jego rodzinnego Lipska o jego związkach z tym miasteczkiem. Istotne treści zawierały również publikacje w piśmie Ministerstwa Sprawiedliwości "Wokanda". Ich cykl zainicjowany został artykułem dotyczącym publicznej działalności Mieczysława Janosza w Stowarzyszeniu Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę. W następnych numerach tego tygodnika opublikowano Sprawozdanie z działalności Komisji powołanej do wyjaśnienia charakteru operacji kryptonim "Żelazo" oraz implikacji z niej wynikających. Wydano także dodatek specjalny do "Wokandy" poświęcony wyłącznie aferze "Żelazo".

Już w 1991 r. wydano pierwszą książkę na temat afery. Jej autorzy, dziennikarze "Prawa i Życia" Iwona Jurczenko i Krzysztof Kilijanek, przedstawili m.in. część oryginalnych dokumentów wytworzonych przez komisję, która w 1984 r. badała aferę "Żelazo". Sprawa ta była wzmiankowana w popularnych w tym czasie wspomnieniach i wywiadach rzekach oraz w różnorodnych publikacjach poświęconych działalności aparatu bezpieczeństwa PRL i jego ludzi. Niemal w każdej swojej książce wydanej po 1990 r. nawiązywał do niej Henryk Piecuch. W dalszym ciągu pojawiała się też w prasie. W 1994 r. dziennikarka Krystyna Daszkiewicz odwołała się do sprawy "Żelazo" w swojej książce poświęconej sprawie zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki.

W kolejnych latach afera "Żelazo" pojawiała się głównie w doniesieniach prasowych dotyczących publicznej działalności Mieczysława Janosza. Chodziło o kierowane przez niego Stowarzyszenie Ofiar Wojny oraz jego uczestnictwo w proteście przeciwko planowanemu usunięciu krzyża z terenu tzw. żwirowiska w pobliżu niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. O sprawie "Żelazo" wzmiankuje także Mieczysław F. Rakowski w wydanym w 2005 r. tomie Dzienników politycznych z lat 1984-1986.

Po utworzeniu Instytutu Pamięci Narodowej i rozpoczęciu procesu udostępniania akt o aferze pisali zarówno dziennikarze, jak i badacze. W 2006 r. reżyser Jerzy Morawski nakręcił film dokumentalny pt. Żelazo wyemitowany przez Telewizję Polską, a w 2007 r. na kanwie filmu wydał książkę Złota afera, w której zestawił odnalezione przez siebie dokumenty z relacjami niektórych bohaterów sprawy. Otwarcie archiwów zaowocowało też wieloma artykułami prasowymi i naukowymi oraz wzmiankami w kilku monografiach. Wątek ten został zasygnalizowany w pierwszym opracowaniu poświęconym dziejom wywiadu cywilnego PRL, autorstwa Zbigniewa Siemiątkowskiego, oraz we wspomnieniach i fabularyzowanych powieściach pisanych przez byłych oficerów wywiadu PRL.





Afera "Żelazo"