Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Newsweek Polska nr 19 - 2002

 

Apokalipsa poborowego

 

 

Biorą wszystkich: studentów, niepełnosprawnych, ciężko chorych. Rosyjska armia wciąż bardziej przypomina obóz pracy przymusowej niż nowoczesne wojsko.

 

 

Dwa razy do roku, wiosną i późną jesienią, setki tysięcy młodych Rosjan ogarnia strach - zaczyna się pobór do rosyjskiej armii. A że jest to armia jedyna w swoim rodzaju, to i pobór nie może być zwyczajny. Rosja powoli się demokratyzuje, jej gospodarka nabiera rozpędu, ale armia pozostaje wciąż posowieckim skansenem. Jaskółką zmian jest ustawa o służbie zastępczej, która 17 kwietnia została przyjęta w pierwszym czytaniu przez Dumę. Prezydent Putin marzy o reformie sił zbrojnych, stworzeniu mniejszej, ale dobrze wyposażonej i wyszkolonej armii. Jednak na razie marzenia pozostają marzeniami, a rzeczywistość woła o pomstę do nieba. Tej wiosny do jednostek skierowanych zostanie ponad 160 tysięcy młodych ludzi. Wojskowe komendy uzupełnień (WKU), przed którymi postawiono ambitne zadanie zagonienia do koszar jak największej liczby młodzieńców, wykorzystują każdy sposób, by zapełnić luki w armii. Wszak ochotników jest bardzo niewielu. - Traktują ludzi jak bydło, jak niewolników - Ludmiła Worobiowa z moskiewskiego Komitetu Matek Żołnierzy oburza się na metody wojskowych komisarzy. Uzbrojone milicyjne i wojskowe patrole regularnie urządzają łapanki w metrze i na bazarach, organizują obławy w akademikach. Młodzi ludzie są zwożeni w milicyjnych budach do dobrze strzeżonych budynków WKU. Nie pomagają żadne tłumaczenia - do wojska trafiają wszyscy jak leci: studenci, samotni ojcowie z małymi dziećmi, ciężko chorzy, a nawet inwalidzi. - Prawa? Jakie prawa? - uśmiecha się ironicznie Roman Gorszkow, student I roku ekonomii. - Prawo stoi po stronie tych, którzy noszą mundury.

Nastoletni chłopcy boją się, że zostaną wysłani do Czeczenii. Ale nie tylko. W rosyjskiej armii panuje prawo pięści. Z jednostek, które nawet nie otarły się o Czeczenię, do domów wracają kaleki albo trupy w cynkowych trumnach. Co roku w wypadkach, w wyniku chorób, a także na skutek znęcania się w szeregach rosyjskiej armii ginie około 4 tysięcy żołnierzy (w jednostkach nie biorących udziału w wojnie!), blisko pół tysiąca popełnia samobójstwo, 5 tysięcy dezerteruje.

Według Rusłana Puchowa, dyrektora Centrum Analiz Strategicznych i Technologii, armia Federacji Rosyjskiej liczy dzisiaj około 1,3 mln żołnierzy i oficerów oraz mniej więcej drugie tyle personelu cywilnego. W sumie około 2 mln 700 tysięcy ludzi (w tym jakieś 700 tysięcy żołnierzy służby zasadniczej pochodzących z poboru).

Jednak zaledwie nieco ponad 1,2 mln ludzi podlega ministerstwu obrony. Jednostki wojskowe, do których trafiają poborowi, są rozrzucone po 20 ministerstwach i służbach specjalnych. Swoje wojska mają więc: ministerstwo spraw wewnętrznych, Federalna Służba Bezpieczeństwa, a także Federalna Służba Pograniczna oraz ministerstwo sytuacji nadzwyczajnych i obrony cywilnej. Jednostkami wojskowymi mogą się pochwalić także ministerstwo kolejnictwa (wojska kolejowe) i resort sprawiedliwości (jednostki głównego zarządu więziennictwa, konwojujące przestępców i pilnujące kolonii karnych).

- Z tej ogromnej masy ludzi zaledwie 10 procent, czyli nieco ponad 100 tysięcy żołnierzy, jest odpowiednio przygotowanych do prowadzenia wojny i wypełniania normalnych zadań bojowych - ocenia Puchow. - Są to przede wszystkim wojska powietrzno-desantowe, specnaz, niektóre elitarne jednostki piechoty morskiej. Cała reszta, ja ich nazywam kopaczami, to ogromna armia półniewolniczej, niemal bezpłatnej siły roboczej, wykorzystywanej do budowania oficerskich willi, uprzątania śniegu, kopania ziemi i innych ciężkich prac. Nie mają żadnej wartości bojowej.

Takim "kopaczem" stał się na niespełna tydzień 18-letni Roman Gorszkow. Trafił do jednostki remontowej artylerii z powodu własnej naiwności. Bladym świtem 1 grudnia zeszłego roku przyszło po niego trzech milicjantów. - Gdy tylko otworzyłem drzwi, zaraz jeden z nich wpakował się do mieszkania - opowiada Gorszkow, nerwowo paląc papierosa. - Pozostał mi wybór: albo pójść z nimi dobrowolnie, albo dać się wynieść.

Poszedł dobrowolnie, bo i sprawa wydawała się banalna. Wojskowa komenda uzupełnień chciała wyjaśnić jakieś nieścisłości w dokumentach i potrzebowała Gorszkowa "na pięć minut". - Na miejscu powiedzieli, że wysyłają mnie do wojska - krzywi się Roman. - Błyskawicznie odbyło się posiedzenie komisji poborowej. Gdy zacząłem udowadniać, że jestem studentem i zabierają mnie bezprawnie, wzruszyli ramionami. "Wrócisz za dwa lata, to wyjaśnimy, co i jak" - powiedzieli.

Nie pozwolili zawiadomić rodziców, tylko przewieźli Gorszkowa na Ugrieszkę, czyli osławiony zborny punkt dla zmobilizowanych poborowych z całej Moskwy. - Ugrieszka przypomina łagier - opowiada Roman. - Drewniany barak, wokół druty kolczaste i posterunki. W środku gołe, żelazne prycze, bez materaców. Zimno. Barak jest nieogrzewany, a był wtedy przecież początek grudnia. Wojskowym nie robi to żadnej różnicy.

Do domu dzwonić nie wolno - dowiedział się Gorszkow. Chyba że da się w łapę oficerowi pilnującemu telefonu. Student, który wyskoczył z domu "na chwilę", na szczęście miał przy sobie trochę pieniędzy - wystarczyło, żeby zaalarmować rodziców. Gdy przyjechali, nikt ich nie wpuścił do środka. "To zabronione" - usłyszeli. Pod punktem zbornym gromadziło się coraz więcej podenerwowanych matek i ojców. - Na Ugrieszce razem ze mną było z trzystu chłopaków, co najmniej połowę zabrali jak mnie, bezprawnie - mówi Gorszkow. Wielu z nich nie miało przy sobie dokumentów tożsamości, co w Rosji jest wysoce naganne i może na delikwenta sprowadzić nieszczęście. W tym wypadku - bilet do jednostki. - Byli tam ludzie z łapanki w metrze i na bazarach. Sporo studentów, którzy nie mieli przy sobie uczelnianych legitymacji. Trafiło się też kilku gliniarzy, młodych chłopaków, którzy myśleli, że jak pójdą służyć w milicji, to ich nie zabiorą do woja. Akurat! Na WKU machali nowiutkimi milicyjnymi legitymacjami, a wojskowi im tłumaczyli, że mogą je sobie w d... wsadzić.

Roman Gorszkow spotkał się z rodzicami dopiero wieczorem na dworcu. Rozmawiali 10 minut, pięciu wojskowych nie spuszczało z nich oka. I tak był szczęśliwy, bo wielu chłopakom nie udało się zawiadomić rodziców. Dopiero gdy przyjechali do jednostki, mieli okazję do nich napisać. List przychodzi jednak dopiero po dwóch tygodniach, a w tym czasie rodzice, których syn przepadł w łapance, obdzwaniają szpitale i kostnice.

Chwilę po rozmowie z rodzicami Roman Gorszkow siedział już w pociągu do jednostki w Petersburgu. - W Rosji za pieniądze można kupić absolutnie wszystko - mówi. - Ta zasada obowiązuje także w wojsku. Jeszcze w WKU oficerowie sugerowali, że sprawę można załatwić. "Chcesz do domu? Musimy się tylko trochę zastanowić".

Chwilę po rozmowie z rodzicami Roman Gorszkow siedział już w pociągu do jednostki w Petersburgu. - W Rosji za pieniądze można kupić absolutnie wszystko - mówi. - Ta zasada obowiązuje także w wojsku. Jeszcze w WKU oficerowie sugerowali, że sprawę można załatwić. "Chcesz do domu? Musimy się tylko trochę zastanowić".

Oficerski proces myślenia należało odpowiednio stymulować. Jednak rzadko kto może w Rosji zebrać w kilka godzin tysiąc czy dwa tysiące dolarów. - W pociągu podpułkownik, który nas konwojował, też zbierał daninę - ciągnie Gorszkow. - W Moskwie wsiadło nas 30, w Petersburgu wysiadło 25. Jeden z chłopaków uprosił podpułkownika, by ten za 500 dolarów pozwolił mu wyskoczyć z pociągu nocą, gdzieś na bezludziu. Chłopak przeżył, pewnie dzięki temu, że przy torach były śnieżne zaspy.

Rodzice, pożegnawszy Romana na Dworcu Leningradzkim, zaczęli zbierać dokumenty z uczelni i zaalarmowali Komitet Matek Żołnierzy, społeczną organizację, która pomaga w najbardziej beznadziejnych sytuacjach. Ale ostatecznie wyciągnęły młodego Gorszkowa nie działaczki komitetu, ale właśnie pachnące banknoty. Zaświadczenia potwierdzające, że jest studentem, poparte sumą półtora tysiąca dolarów, wręczoną odpowiedniemu człowiekowi, rozwiązały problem. - Te sześć dni w jednostce zapamiętam na długo - uśmiecha się smętnie Gorszkow, paląc kolejnego papierosa.

Poborowy to "ciało". A "ciało" nie ma żadnych praw. - Podchodzi sierżant i mówi: "Masz przynieść 100 dolarów". A skąd wziąć? - mówi Gorszkow. - Są tacy, co piszą do domu i rodzina zbiera pieniądze. Niektórzy uciekają, żebrzą na dworcach. Inni sprzedają się jak prostytutki. Bo jeśli nie wykonasz polecenia, wieczorem czeka cię rozmowa z dwoma lub trzema "dziadkami". Zgnoją cię i później już robisz wszystko, co chcą. Przynosisz wódkę, papierosy albo grasz przez całą noc na gitarze.

Gorszkow po powrocie do domu zastanawiał się, czy nie wytoczyć sprawy komisji poborowej i jej dowódcy. W końcu machnął ręką. Dziś studiuje ekonomię, choć wcześniej zastanawiał się nad karierą prawniczą. - Bycie prawnikiem w kraju, gdzie prawo nie obowiązuje, to bezsens - mówi. Studia nie zajmują mu całego życia. Jego pasją jest gra na gitarze w kapeli rockowej. Gdy patrzy na swoje ręce muzyka, zastanawia się, co mógłby nimi robić w w jednostce remontowej artylerii?

Władimir Klimow ma inną pasję - swojego syna, siedmioletniego Sieriożę. Choć wychowuje go samotnie, dla wojska nie był to argument. - W armii udowadniają ci, że jesteś gównem i nic nie znaczysz, że będziesz robił, co ci każą - kiwa głową.

Gdy 25-letni Wołodia trafił do jednostki wojsk wewnętrznych MSW w Zielenogradzie, oficerowie byli w szoku. Poborowy przyprowadził bowiem swojego synka. Stare wiarusy biły się w piersi, że w ciągu 20 lat służby po raz pierwszy widzą coś takiego. I traktowali Wołodię ulgowo. Gdy Sierioża nie miał z kim zostać w domu, nocował razem z ojcem w jednostce.

Wysoki i szczupły Wołodia został ojcem bardzo wcześnie - miał zaledwie 18 lat. Dostał wówczas odroczenie wojska na trzy lata. Ale rodzinne szczęście nie trwało zbyt długo. Żona Wołodii była alkoholiczką, dość szybko porzuciła męża i syna. Jednak po rozwodzie to jej sąd przyznał dziecko. Mimo to Siergiej nadal mieszkał z ojcem, który go samodzielnie wychowywał i próbował pozbawić byłą żonę praw rodzicielskich. Sprawa się ciągnęła, ale i bez wyroku Wołodia i Sierioża byli razem bardzo szczęśliwi. W wychowaniu potomka najpierw pomagała Wołodii mama, a później sąsiadka Julia, która po skomplikowanych życiowych perypetiach również została sama z pięcioletnim synem Dimą. Tymczasem Wołodia, z zawodu kierowca, ciężko pracował w firmie znajomego i odkładał każdy grosz. Jesienią zeszłego roku kupił dwa dostawcze samochody Gazela (coś w rodzaju forda transita) i zaczął być panem swojego losu. - I właśnie wtedy dali mi po nosie - wspomina.

Wysoki i szczupły Wołodia został ojcem bardzo wcześnie - miał zaledwie 18 lat. Dostał wówczas odroczenie wojska na trzy lata. Ale rodzinne szczęście nie trwało zbyt długo. Żona Wołodii była alkoholiczką, dość szybko porzuciła męża i syna. Jednak po rozwodzie to jej sąd przyznał dziecko. Mimo to Siergiej nadal mieszkał z ojcem, który go samodzielnie wychowywał i próbował pozbawić byłą żonę praw rodzicielskich. Sprawa się ciągnęła, ale i bez wyroku Wołodia i Sierioża byli razem bardzo szczęśliwi. W wychowaniu potomka najpierw pomagała Wołodii mama, a później sąsiadka Julia, która po skomplikowanych życiowych perypetiach również została sama z pięcioletnim synem Dimą. Tymczasem Wołodia, z zawodu kierowca, ciężko pracował w firmie znajomego i odkładał każdy grosz. Jesienią zeszłego roku kupił dwa dostawcze samochody Gazela (coś w rodzaju forda transita) i zaczął być panem swojego losu. - I właśnie wtedy dali mi po nosie - wspomina.

Miesiąc po zakupie samochodów Klimow zgubił dokumenty. Okazało się, że do wyrobienia nowego dowodu osobistego potrzebne jest zaświadczenie z WKU. - Pojechałem tam w piątek pod wieczór - opowiada Wołodia. - Powiedzieli, że zaraz wszystko wyjaśnią i załatwią. Potem zamknęli mnie w jakiejś pakamerze ze starymi książkami i makulaturą. Siedziało tam już pięciu chłopaków. Okazało się, że jedziemy do wojska.

Przed północą odbyło się coś w rodzaju komisji lekarskiej. Lekarz zapytał tylko, czy nic nie dolega i - nie oglądając żadnych papierów - postawił stempel "zdolny do służby wojskowej". Potem całe towarzystwo zostało wepchnięte do samochodu i przewiezione na Ugrieszkę. W jednostce Klimow cierpiał - marzł w kiepskich wojskowych ubraniach, cały czas chodził głodny. Do szału doprowadzały go bezsensowne zajęcia: pobudka, ćwiczenia na placu apelowym, pompki w kałużach, a potem łopata i marsz do odgarniania śniegu. Z objęć armii wyrwał się dopiero po dwóch miesiącach - jego matka i adwokaci z Komitetu Matek Żołnierzy wszczęli proces o pozbawienie jego byłej żony praw rodzicielskich. Wygrali. Wtedy już armia musiała go wypuścić.

- To jest moja armia - pokazuje Wołodia na Sieriożę, Julię i Dimę - żadna inna nie jest mi potrzebna. Sam się obronię i sam obronię moich bliskich. Aleksiej, syn Inny Michajłowny Olejniczuk, trafił do wojska w sposób klasyczny. Milicjant wyciągnął go z łóżka i odwiózł do WKU. Tam okazało się, że zabierają go do armii, gdyż dwa lata wcześniej Aleksiej przeniósł się z jednej uczelni na drugą. A to oznacza utratę odroczenia. Z WKU powieźli go na Ugrieszkę, gdzie oczywiście nie wpuścili jego rodziców. Oni jednak dotrwali do momentu, gdy z bramy wyjechał autobus. - Razem z mężem pojechaliśmy za nim samochodem i kiedy autobus stał w korkach, przez okno przekazaliśmy synowi ciepłe rzeczy - mówi Inna Michajłowna. - Całe szczęście, że kierowca autobusu się zlitował, mógł przecież zamknąć okna.

Aleksiej trafił do jednostki szkoleniowej pod Sankt Petersburgiem. Teraz służyłby pewnie na jakimś okręcie podwodnym, gdyby nie to, że rodzice oddali sprawę do sądu. Chcą udowodnić, że syn został zabrany do wojska bezprawnie. Wygrali w pierwszej instancji, ale WKU się odwołało. Prawnicy nie dają im żadnych gwarancji, mimo że cała Akademia Sprawiedliwości, na której studiuje Aleksiej, z rektorem na czele, pomaga w ich walce z wojskiem. Chłopak jest w armii już pół roku. - Aleksiej po drodze do jednostki mógł uciec, ale nie zrobił tego - mówi matka. - Chciał, żeby wszystko odbyło się zgodnie z prawem. A ja nie chciałam, żeby kiedykolwiek rozsyłano za nim listy gończe.

Aleksiej trafił do jednostki szkoleniowej pod Sankt Petersburgiem. Teraz służyłby pewnie na jakimś okręcie podwodnym, gdyby nie to, że rodzice oddali sprawę do sądu. Chcą udowodnić, że syn został zabrany do wojska bezprawnie. Wygrali w pierwszej instancji, ale WKU się odwołało. Prawnicy nie dają im żadnych gwarancji, mimo że cała Akademia Sprawiedliwości, na której studiuje Aleksiej, z rektorem na czele, pomaga w ich walce z wojskiem. Chłopak jest w armii już pół roku. - Aleksiej po drodze do jednostki mógł uciec, ale nie zrobił tego - mówi matka. - Chciał, żeby wszystko odbyło się zgodnie z prawem. A ja nie chciałam, żeby kiedykolwiek rozsyłano za nim listy gończe. - Takie oto mamy wojsko - wzdycha Wołodia Klimow. - Do mojej jednostki prawie wszyscy trafili z łapanek. Tylko chłopaki z jakiejś głębokiej prowincji, ze wsi, poszli do wojska z własnej nieprzymuszonej woli.

Rosjanie coraz częściej nazywają swoją armię "prawdziwie robotniczo-chłopską". Większość poborowych pochodzi ze wsi i małych miasteczek, i jest kiepsko wykształcona. Jak twierdzi Wiktor Litowkin, wojskowy komentator "Obszcziej Gaziety", 10 procent szeregowców trafiających do jednostek wojskowych ma poważne kłopoty z czytaniem i pisaniem. Bywa, że żołnierz przez cały rok nie ma w rękach automatu, a później jest wysyłany na wojnę do Czeczenii. W bogatej Moskwie, gdzie rodzice mają wpływy i pieniądze, by wybronić syna przed armią, do wojska udaje się powołać zaledwie jednego na 10 potencjalnych poborowych. Dlatego pod koniec poboru, który trwa od początku kwietnia do końca czerwca oraz jesienią od października do końca grudnia, w Moskwie zaczynają się łapanki.

- Wszystko po to, by wykonać plan - mówi Ludmiła Worobiowa. - I by oficerowie, którzy odpowiadają za pobór, mogli się wykazać, jak sprawnie działają. Nie mam żadnych wątpliwości, że za miesiąc w Moskwie znowu zaczną się obławy na dekowników.

Takie łapanki to jednak tylko część farsy. Drugi etap to badania lekarskie. - Według naszych informacji posiedzenie komisji lekarskiej trwa średnio od trzech do pięciu minut - opowiada Ludmiła Worobiowa. - Lekarz nie ma czasu podnieść oczu znad papierów. Mieliśmy dwa lata temu wypadek, gdy na komisji medycznej przeszedł człowiek z protezą zamiast nogi. Okazało się, że w papierach wpisali mu "zdolny do służby wojskowej". Dopiero potem chłopak zaczął się awanturować i go puścili.

Lekarze wysyłają do wojska ludzi cierpiących na wrzody i nadciśnienie, z urazami kręgosłupa i płaskostopiem, a nawet opóźnionych w rozwoju. Desperackie działania komisji lekarskich biorą się stąd, że niewielu młodych ludzi w Rosji może się pochwalić zdrowiem bez zarzutu. To efekt fatalnego stanu opieki zdrowotnej, zanieczyszczonego środowiska i nałogów. Coraz więcej jest narkomanów - stanowią już 5 proc. wszystkich, którzy stają przed WKU. W niektórych regionach, gdzie narasta epidemia AIDS, kilka procent poborowych jest zarażonych wirusem HIV. Jednostka Wołodii Klimowa też miała swojego narkomana z przymusowego poboru. Na szczęście był zarażony "tylko" żółtaczką, a poza tym natychmiast po przyjeździe zdezerterował.

Według badań socjologów aż 70 procent rosyjskiego społeczeństwa chce likwidacji poboru. To jedna z najbardziej znienawidzonych instytucji w Rosji, o czym wojskowi doskonale wiedzą. Ludmiła Worobiowa przypomina sobie 17-letniego chłopaka, który przyszedł do komitetu, by poprosić o pomoc - chciał pójść do wojska na ochotnika, imponowały mu jednostki powietrzno-desantowe. Działaczki komitetu zadzwoniły do sztabu spadochroniarzy. - Czy on przypadkiem nie uciekł z domu wariatów? - zapytał oficer dyżurny i odłożył słuchawkę. - Ten system będzie istniał tak długo, dopóki będą o nim decydować generałowie - mówi Worobiowa. - Armia w obecnej postaci to świetne pole do nadużyć i okazja do defraudowania gigantycznych pieniędzy. Korzysta z tego wyższa kadra dowódcza.

W elitarnych miejscowościach pod Moskwą bez trudu można znaleźć całe osiedla willi należących do generałów głodującej armii. Stojące tam domy są warte setki tysięcy, a często miliony dolarów. Generalicja jeździ najdroższymi mercedesami i audi. Tymczasem dowódca batalionu w stopniu podpułkownika (15 lat służby) zarabia miesięcznie 3520 rubli (115 dolarów). - Sytuacja się nie zmieni, dopóki szeregowiec nie będzie zarabiał 600-700 dolarów miesięcznie, a oficer odpowiednio więcej - twierdzi Litowkin. - Wtedy armia będzie mogła wybierać spośród chętnych.

Na razie większość rodziców zapewnia, że zrobi wszystko, by ich syn nie poszedł do wojska. Rokrocznie setki tysięcy młodych ludzi wynosi z armii koszmarne wspomnienia. Pytani o nie, machają ręką i podsumowują: kto był w wojsku, ten w cyrku się nie śmieje.












ROSJA