Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł! Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.

Izaak Babel

KONKIN

Armia Konna

 

Praliśmy szlachtę pod Białą Cerkwią. Praliśmy, aż w niebie grzmiało. Z rana drasnęło mnie kapkę, ale rozrabiałem niezgorzej, w sam akurat. Aż już ku wieczorowi poszło. Jakoś zgubiłem się w brygadzie. Kozacząt niebożąt tylko piątka pęta się za mną. Naokoło rąbią, obejmując się niby pop z popadią; ze mnie jucha wali, koń z nóg leci... Jednym słowem - dwa słowa...

Wychynęliśmy ze Spirką Zabutym od lasku w bok, patrzymy - jak raz arytmetyka... Tak ze trzysta sążni od nas ni to obóz kurzy na drodze, ni to sztab. Sztab - dobra nasza! A jak obóz - jeszcze lepiej. Przyodziewa przecie u naszych chłopców w strzępach, a koszule takie, że dojrzałości płciowej nie sięgają.

- Zabutyj - mówię do Spirki - matkę twoją i tak, i owak, i na odwyrtkę. Daję ci głos, jako zapisanemu w kolejce mówcy, toż to ich sztab zmiata...

- Wiadoma rzecz, że sztab - mówi Spirka - ale ich ośmiu, a nas dwóch...

- Nadymaj żagle, Spirka - krzyczę - tak czy tak im pały przetrzepiem. Zginiemy za kiszony ogórek i rewolucję światową.

Kopnęliśmy się do nich. Dwóch sprzątnęliśmy z miejsca z pukawki. Trzeciego, widzę, już Spirka prowadzi do sztabu Duchonina* [To znaczy: zabija.] dla sprawdzenia dokumentów.

A ja w asa celuję. Atutowy as, cholera, ze złotym zegarkiem. Przycisnąłem go do chutorku. Chutorek cały w wiśniach i jabłoniach. Koń pod moim asem jak kupiecka córka, ale zgoniony i rozparł się. Rzuca pan generał cugle, mierzy we mnie z mauzera i robi mi dziurkę w nodze.

- Dobra nasza - mówię - będziesz moja, nogi rozłożysz.

Dałem gazu i pakuję w konia dwie kulki. Szkoda było ogierka. Czysty bolszewik był ten ogier - wypisz, wymaluj. Złoty jak pięciorublówka, ogon-wachlarz, nogi jak struny. Myślałem, że żywego dla Lenina dostanę, ale nic z tego. Zlikwidowałem konika. Położył się jak narzeczona i mój as na ziemi stanął. Porwał się w bok, potem obrócił się jeszcze raz i jeszcze jeden przeciąg w mojej osobie zrobił. Znaczy się, mam dziś już trzy odznaki za walkę z enpeelem.

"Panie Boże - myślę sobie - toż on, czego dobrego, ustrzeli mnie niespodziewanym sposobem".

Przygalopowałem do niego, a on już szablą się zasłania, a po policzkach łzy płyną, białe łzy, mleko ludzkie.

- Teraz to zarobię order! Poddawaj się, jaśnie wielmożny - krzyczę - dopókim ja żyw!

- Nie mogę - odpowiada dziadyga - ty mnie zarżniesz...

Aż tu Spirka przede mną, morda w pocie pływa, oczy świecą.

- Wasia - krzyczy - strach, ilu ludzi utrupiłem! A toż to generał, widzisz galon, mam życzenie go prześwidrować.

- Idź do takiej matki - mówię do Zabutego i złość mnie bierze - jego galon kosztował moją krew.

I moją kobyłą zaganiam generała do stodoły, siano w niej było. Cisza tam, ciemność, chłód.

- Pan - powiadam jemu - przykróć trochę swój fajer, bacz na swoją starość, poddaj mi się na miłość boską i odpoczniemy razem, pan.

A on dyszy tylko ciężko pod ścianą i pot ociera.

- Nie mogę - mówi. - Ty mnie zarżniesz. Budionnemu tylko oddam swoją szablę.

Budionnego mu dawaj. Ech, nieszczęścież ty moje! Widzę - zginie stary.

- Pan - krzyczę mu i płaczę, i zębami zgrzytam - słowo proletariackie, ja sam jestem najwyższy dowódca. Ty galonów na mnie nie szukaj, szarżę mam i tak. Moja szarża, proszę, muzykalny ekscentryk i salonowy brzuchomówca z Niżnego Nowgorodu... z Niżnego, nad Wołgą...

Bies mnie ogarnął. Tylko oczy generalskie mignęły przede mną jak latarnie. Obraza weszła we mnie jak sól w ranę, bo zobaczyłem, że nie wierzy dziad. Ścisnąłem wtedy, chłopcy, zęby, wciągnąłem brzuch, czerpnąłem powietrza i dalej go - po naszemu, po wojacku, po niżegorodzku, dowiodłem szlachcicowi brzuchomówstwa.

Zbielał wtedy jak papier, starowina, schwytał się za serce i osuwa się na ziemię.

- Wierzysz teraz Waśce ekscentrykowi, komisarzowi trzeciej niezwyciężonej kaw-brygady?

- Komisarz? - krzyczy.

- Komisarz - mówię.

- Komunista? - krzyczy.

- Komunista - mówię.

- W śmiertelną moją godzinę - krzyczy - w ostatnim moim tchnieniu, powiedz mi, Kozaku, bracie, czy naprawdę jesteś komunistą?

- Tak jest - mówię.

Siadł dziadyga na ziemi, całuje jakieś świętości zza pazuchy, łamie szablę i zapala pod krzaczastymi brwiami dwa światła, ognie dwa nad ciemnym stepem.

- Wybacz - mówi - nie poddam się komuniście. - Podaje mi rękę. - Wybacz - mówi - i rąb mnie po żołniersku...

To zdarzenie ze zwykłym sobie błaznowaniem opowiedział nam pewnego razu na postoju Konkin, polityczny komisarz N-ej kaw-brygady i trzykrotny kawaler Orderu Czerwonego Sztandaru.

- I do czegoście się, Wąska, dogadali z jaśnie wielmożnym?

- ...Ale... dogadasz się z takim! Honorowy. Tłumaczyłem mu tam jeszcze, a on ciągle swoje. Papiery mu wtedy wziąłem, mauzer, na siodełku tego dziwaka dotąd sobie jeżdżę. A potem, patrzę, krwią coraz bardziej broczę, straszny jakiś sen mnie ogarnia, w butach pełno krwi chlupie, był on mi tam w głowie...

- Ulżyłeś, znaczy, staruszkowi?

- Ano, zgrzeszyło się...

 

Tłum. Mieczysław Binom







Nowele i opowiadania - subiektywny wybór