Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 31/07/1999

 

 

Ojciec był ofiarą bandy Mansona - i żurnalistów peerelowskich. Syn - być może ofiarą legendy swego ojca. A po drodze były niezwykłe losy pięknych dwudziestoletnich i szpetnych czterdziestoletnich.

 

 

Scenariusz życia

O rodzinie Frykowskich opowiada

ANNA BIKONT

 

Morderca - długie, brudne włosy, na czole wytatuowana swastyka, kazał się adorować jako Jezus Chrystus, a potem posłał swoich wyznawców, by wymordowali mieszkańców okolicznych domów. Syn jednej z ofiar pisze scenariusz filmowy oparty na tamtych wydarzeniach i organizuje po latach konferencję prasową z mordercą. To dla niego okazja, by na oczach dziennikarzy i przed kamerami zabić mordercę ojca...

Autorem scenariusza jest Bartłomiej Frykowski, syn Wojciecha Frykowskiego, zamordowanego przed 30 laty w Kalifornii. Scenariusz dość wiernie odtwarza szczegóły tamtej zbrodni.

Przed dwoma miesiącami Bartłomiej Frykowski zmarł w płońskim szpitalu na skutek wewnętrznego krwotoku po ranach od noża, które najprawdopodobniej zadał sobie sam.

Przez pomyłkę

Noc z 8 na 9 sierpnia 1969 roku, Los Angeles, Kalifornia. Pod adresem 10050 Cielo Drive, który wkrótce znać będzie na pamięć cała Ameryka, w posiadłości wynajmowanej przez Romana Polańskiego dokonano bestialskiej zbrodni.

Z raportu policji w Los Angeles o znalezionych ofiarach: "Wojciech >>Voytek<< Frykowski, mężczyzna rasy białej, 32 lata, 165 funtów [ok. 75 kg - red.], włosy blond, oczy niebieskie. 51 ran od noża, dwie rany postrzałowe, trzynaście ran na głowie od uderzeń kolbą rewolweru".

Razem z Frykowskim zamordowano żonę Polańskiego, 26-letnią aktorkę Sharon Tate w ósmym miesiącu ciąży, Abigail "Gibby" Folger, przyjaciółkę Frykowskiego, Jaya Sebringa, stylistę, fryzjera aktorów Hollywoodu, przyjaciela domu, oraz Stevena Parenta, przypadkowego świadka, młodego chłopaka, który odnosił stróżowi jakąś kasetę. Ciała były zmasakrowane, dom spływał krwią. Mordercy zostawili na ścianach napisy wykonane krwią ofiar "Pigs" ["Świnie"] i "Helter Skelter" [trudno przetłumaczalne: "na łapu-capu" albo "na łeb, na szyję", tytuł piosenki Beatlesów].

Początkowo amerykańska prasa wypisywała na temat morderstwa, jego motywów i ofiar niestworzone historie. Jednak po półtora miesiąca policja trafiła na pierwszy wiarygodny ślad. Jedna z morderczyń, 19-letnia Susan Atkins, która siedziała w więzieniu za inne przestępstwo, opowiedziała koleżance z celi szczegóły zbrodni na Cielo Drive i policja wkrótce aresztowała podejrzanych.

Zbrodnię zaplanował Charles Manson, szef komuny zwanej "Rodziną", który spędził wcześniej 17 lat w więzieniu za rozboje, kradzieże samochodów, fałszowanie czeków, stręczycielstwo. Do wykonania zbrodni wydelegował Charlesa Texa Watsona, lat 23, i trzy dziewczyny między 19 a 21 lat. W "Rodzinie" panowało bezwzględne posłuszeństwo. Manson żył ze swoimi wyznawczyniami, organizował orgie, w których jego kobiety odgrywały nakazane im role. Jeśli zachodziły w ciążę, zabierał im dzieci zaraz po urodzeniu i zabraniał kontaktów z nimi. W piosence Beatlesów "Helter Skelter" słyszał skierowane rzekomo do siebie, cichutko wyszeptane wołanie: "Charlie, przyślij telegram". Odebrał to jako sygnał, że należy wywołać totalną wojnę między Białymi a Czarnymi, w wyniku której przeżyje wyższa rasa i on sam. "Rodzina" czciła go jako nowego Chrystusa.

Ofiary wymordowano przez pomyłkę. Poprzednim właścicielem posiadłości był syn Doris Day, producent muzyczny Terry Melcher, który naraził się Mansonowi, bo nie docenił go jako muzyka i nie chciał wydać mu płyty. To na nim Manson chciał wywrzeć zemstę, ale nie wiedział, że Melcher odsprzedał dom.

Polska prasa ochoczo podchwyciła wątek z prasy amerykańskiej, że ofiary nie były w stanie obronić się przed napastnikami, bo były pogrążone w orgiastycznych, narkotycznych obrzędach. Tymczasem gdy mordercy wkradli się do domu Polańskiego, jego domownicy i goście czytali, oglądali telewizję, drzemali. Sharon Tate błagała o litość dla swego dziecka, do końca chroniła rękami brzuch, jej morderczyni powiedziała: "Suko, za chwilę umrzesz". Frykowski, gdy zobaczył przed sobą mordercę, zapytał go, która godzina, był pewien, że to jakiś gość. Związali mu ręce ręcznikiem. Zdołał uciec przed dom, do ogrodu. Tam został dobity. Z liczby ciosów można wnioskować, że stoczył zaciętą walkę.

Policyjny raport stwierdza, że Frykowski używał kokainy, meskaliny, LSD, marihuany, haszyszu, ale tej nocy miał we krwi 0,6 mg amfetaminy. Nie sposób powiedzieć, że był odurzony narkotykami.

Manson na procesie nie okazał skruchy. Mówił, że w zabijaniu nie ma nic złego, że jest ono tylko przesunięciem w czasie czynu boskiego.

Spośród pięciu jego ofiar jedna osierociła dziecko. Wojciech Frykowski miał w Łodzi dziesięcioletniego syna Bartka, którego wychowywała jego matka, babcia Tola Frykowska. Ojciec Wojciecha, Jan Frykowski, zginął pół roku wcześniej w wypadku samochodowym. Z Ewą, matką swego syna, Frykowski był od dawna rozwiedziony.

Rodzina Frykowskich była w Łodzi legendą.

"Fiku myku i po Fryku"

"Oto świat narkotyków, seksu, wyuzdania, szału i zbrodni. Nie dziwcie się temu, co się stało"; "Ekstrawaganckie życie, ekstrawagancka śmierć" - taki był w tamtym czasie ton polskiej prasy piszącej o morderstwie za oceanem.

"Życie Warszawy", 23 sierpnia 1969 roku, tekst podpisany inicjałami A.O.: "Prasa szerzy pogłoski, jakoby celem morderców miał być jedynie Frykowski, który rzekomo popełnia jakieś oszustwo przy zakupie większej ilości narkotyków. Na przyjęciu w willi Cielo Drive zabawa nie była purytańska. Mówi się o seansie czarnej magii połączonym z demaskowaniem czarownic, o seansie narkomańskim, o pijaństwie połączonym z orgią seksualną. Rankiem po orgii służące znalazły pięć zmasakrowanych trupów. Pani domu w bikini, nawiasem mówiąc znajdowała się w ósmym miesiącu ciąży. Wojtek Frykowski handlował narkotykami. Uważa się go za bezpośredni powód wydarzeń tragicznej nocy. Pozostałe cztery trupy to ponoć tylko niepotrzebni świadkowie. Zgnilizna moralna, wyuzdanie, zwyrodnienie, alkohol, narkotyk, czarna magia, seks należą do codziennych sposobów zabijania nudy".

"Panorama Północy", 21 września 1969 r. Andrzej Łempicki pisze, że Sharon Tate i Jay Sebring należeli ponoć do sekty The Swingers, ekskluzywnego tajnego klubu narkomanów, sadystów i erotomanów, i któreś z nich zdradziło tajemnicę sekty, co jest karane śmiercią.

"Fiku miku i po Fryku" - taki tytuł nadaje swemu cotygodniowemu felietonowi w "Kulturze" Hamilton, wówczas najmodniejszy felietonista. Daniel Passent odciął się od nagonki na ofiarę zbrodni, odpowiadając tekstem z rymowankami "Cztery deski i Słojewski" (tak brzmi nazwisko Hamiltona) oraz "Śmoju boju i po Słoju".

Sensacją stały się drukowane w odcinkach w "Kulturze" reportaże Krzysztofa Kąkolewskiego. Świat Hollywoodu, seks, narkotyki, styl thrillera nieznany nadwiślańskiej publiczności, a w tym wszystkim polscy bohaterowie, tego jeszcze nie było. W urzędach i instytucjach zaczytane egzemplarze "Kultury" przechodziły z rąk do rąk.

Kąkolewski pisze książkę "Jak umierają nieśmiertelni". Frykowski - włosy do ramion, opaska na czole - "wyznawał religię śmierci", czyli twierdził, że "wyzwolenia nie można uzyskać przez nieustanną rozrywkę, zabawę, ale przez śmierć". A zatem "ofiara wyszła na pół drogi mordercom, przywołując śmierć, mordercy na to przywołanie odpowiedzieli". Przypominając, że właśnie umarli dwaj przyjaciele Frykowskiego - Krzysztof Komeda i Marek Hłasko - Kąkolewski pisał: "Wojtek te śmierci kolekcjonował jako wydarzenia towarzyskie. On uważał się za nieśmiertelnego, myślał, że w razie czego ojciec załatwi to ze śmiercią, że to tylko kwestia ceny".

Komentując amerykańską prasę, która porównywała tę tragedię z zamordowaniem pastora Kinga i braci Kennedych, Kąkolewski dodawał: "W ten sposób Wojtek umarł umęczony za Amerykę, znalazł się tam, gdzie uważał, że wypada być, w raju tak podobnym do SPATiF-u łódzkiego. TAM znów spotkali się wszyscy. Wszedł pod rękę z milionerką [zabita wraz z nim jego przyjaciółka Gibby - red.], a czekali na niego najwspanialsi i umiłowani: Jan i Robert Kennedy". Kąkolewski pisał dalej, jak to w Nowym Jorku po śmierci Frykowskiego odbyło się "nabożeństwo falliczne" dawnych kochanek.

Najbardziej sensacyjna jest w książce Kąkolewskiego opowieść Witolda K.

Najpierw więc zapoznanie z Gibby Folger: "Wojtek wraz z kolegą u pokątnego adwokata będącego w spółce z autorem kronik towarzyskich zdobyli wgląd w kartotekę niezamężnych córek bardzo bogatych ludzi w USA". W rzeczywistości Gibby Folger bywała w tym samym środowisku elity artystyczno-intelektualnej Nowego Jorku co Jerzy Kosiński, a ten zapoznał ją z Frykowskim. Nie można wykluczyć, że sam Kosiński przedstawiał taką wersję; byłoby to bardzo w stylu jego rozmaitych zmyśleń.

Potem plany rozkręcenia biznesu narkotycznego: "W Kalifornii uzyskano nowy środek odurzający. Wojtek chciał zostać jego głównym dystrybutorem. Licząc, że wejdzie do gangu, poił, karmił i zabawiał dwóch gangsterów, którzy coraz częściej bywali w willi Frykowskich (...). Wojtkowi Manson by imponował. Kto wie, czy dziewczęta, gdyby znały Wojtka, nie opuściłyby dla niego Mansona? W jakiś sposób w tym, co mówił, jak wyglądał ze swoim zarostem i spojrzeniem zmienionym od narkotyków, był na drodze do upodobnienia się do niego".

W końcu motyw zbrodni: Frykowski miał być dłużnikiem gangu. Dłużniczką tego samego gangu miała być banda Mansona. Wykonała za długi zbrodnię na rozkaz.

Kąkolewski opublikował książkę w 1972 roku, kiedy dokładnie znany był zarówno przebieg, jak i motywy morderstwa. Z książki "Helter Skelter" (napisanej przez Vincentego Bugliosi, prokuratora prowadzącego sprawę) - bestselleru uważanego za najlepsze źródło o sprawie Mansona - wynika jasno, że rewelacje Kąkolewskiego nie mają żadnych podstaw.

A Witold K., mieszkający za granicą, twierdzi, że Kąkolewski wypaczył wszystkie jego wypowiedzi.

Książka Kąkolewskiego grała na najniższych instynktach. Pobrzmiewa w niej echo oficjalnej propagandy, kierującej nienawiść ludu pracującego na "bananową młodzież". Przypowieść-moralitet o tym, jak kończą ci, którzy woleli być wolni, niezależni, a do tego byli jeszcze piękni i bogaci. Nic nie wskazuje na to, że Kąkolewski pisał tę książkę na zamówienie, ale wyszedł mu propagandowy majstersztyk, którym Biuro Polityczne musiało być zachwycone.

Gdy niedawno zginął Bartłomiej Frykowski, dwutygodnik "Viva!", wspominając dzieje rodziny Frykowskich, obficie zaczerpnął wiadomości z książki Kąkolewskiego. Za "Vivą!" poszły inne pisma.

Rodzina nasza przeciętna, zwyczajna

Jerzy Kajetan Frykowski, młodszy brat Wojciecha, producent filmowy: - Mój stryj, ksiądz, pytał, czy jak nastała niepodległość i demokracja to Kąkolewski trafi teraz za kratki za swoje pomówienia.

Gdy szuka się w Internecie hasła "Frykowski", pierwsza informacja dotyczy wpłaty księdza Zygmunta Frykowskiego z koła Związku Sybiraków Łódź Górna - Widzew na Bibliotekę Sybiraka (7,50 zł). Księdza odnajduję w Łodzi. Ma 83 lata. Przechowuje pożółkłe wycinki dotyczące śmierci Wojciecha, zbiera świeże wycinki z kolorowymi zdjęciami, dotyczące śmierci Bartłomieja. Ma kopie listów, które wysyłał w 1971 roku do wydawnictwa Iskry, do katolickiego posła Konstantego Łubieńskiego, do "Obywatela Inżyniera Edwarda Gierka", próbując wstrzymać druk książki.

Cytował Kąkolewskiego: "Cała rodzina była jednym wielkim gangiem, na czele którego stał patriarcha rodu Jan Frykowski, któremu pozostali członkowie byli ślepo posłuszni". "Na taką sensacyjną wiadomość o przestępczej działalności naszej rodziny - pisał ksiądz. - Prokurator powinien natychmiast nakazać aresztowanie nas wszystkich". I już poważniej: "Rodzina nasza - pisał - przeciętna, zwyczajna, polska rodzina, zasługuje z racji bolesnych przeżyć, jeśli nie na szacunek, to przynajmniej na należny jej, jak każdemu obywatelowi - spokój".

Nie dostał odpowiedzi.

Na zdjęciu z 1914 roku oglądam babkę Wojciecha Frykowskiego. Młoda, urodziwa kobieta, wokół niej szóstka (razem urodziła dziesięcioro) starannie i dostatnio ubranych dzieci. Mundurki, marynarskie ubranka. Mały Jaś, przyszły ojciec Wojtka, ma na szyi wielką muszkę. Dziadek Wojtka, Roch Frykowski, późniejszy uczestnik powstania wielkopolskiego, spogląda na mnie znad wąsa z innej fotografii. Blisko ćwierć wieku później, na zdjęciu z 1938 roku, Jan Frykowski prezentuje się jako wysoki, postawny mężczyzna. Żona w pelisie, roczny Wojtuś w płaszczyku do ziemi. W tle samochód marki Packard.

Rodzice Wojciecha poznali się niedługo przed wojną na zebraniu Narodowej Demokracji. On zaczynał jako goniec w endeckim piśmie "Orędownik", którego redaktorem naczelnym był ojciec zmarłego kilka lat temu naczelnego "Rzeczpospolitej" Dariusza Fikusa. Ona była z Łodzi i tam też zamieszkali. Jan Frykowski, który rozwinął różne interesy, był też odpowiedzialny za kolportaż "Orędownika" w Łodzi.

Czas wojny, wysiedleni z Łodzi, spędzili w Częstochowie. Jan Frykowski prowadził rozległe interesy wespół z baronem Cukiermanem (to do czasu) i z hrabią de Lavaux - jedną z barwniejszych postaci przedwojennego Krakowa, można go było zawsze spotkać na Plantach, przechadzającego się w pumpach. Frykowski zainwestował pieniądze w fabrykę bawełny w Warszawie, na ulicy Bonifraterskiej. Spłonęła w czasie powstania.

Na rodzinnych zdjęciach z drugiej połowy lat 40. ani śladu powojennej zgrzebności. Oto Wojtek w długim szynelu i francuskim kepi. To strój prywatnej szkoły podstawowej Zimowskiego, gdzie chodził aż do jej zlikwidowania w roku 1948.

Jan Frykowski po wojnie znów wziął się do interesów. Założył w Gdańsku przedsiębiorstwo transportowe. W Łodzi miał przędzalnie, hurtownię tkanin, firmę Modne Tkaniny. W 1947 roku Hilary Minc w ramach tzw. bitwy o handel firmy takie upaństwowił i nakazem płacenia tzw. domiarów wstecz, do 1945 roku, doprowadził do bankructwa ich właścicieli. Frykowski jednak nadal sobie radził. Została mu firma w Lesznie Wielkopolskim, gdzie produkował artykuły chemiczne i medyczne.

- Jak kiedyś zdjąłem czapkę, żeby się podrapać w głowę, a przechodziliśmy akurat przed portretem Stalina, to ojciec się bardzo zdenerwował, jakich to rzeczy mnie w szkole nauczyli - opowiada Jerzy Frykowski. - Posłano mnie wcześniej do komunii, bo krążyła pogłoska, że wkrótce Stalin nie będzie pozwalał. Nasza rodzina nigdy nie miała złudzeń. Wychowywaliśmy się przy Radiu Madryt, a potem Londyn. Ojciec mówił: "Zdradzili nas, przegraliśmy wojnę". W 1950 roku zamknęli go pod pretekstem, że produkował towary dla leśnych band. Udało się go wyciągnąć po paru miesiącach, na pewno za pomocą łapówek. Z natury rzeczy taki człowiek jak mój ojciec był wrogiem klasowym. Miał przeciwko sobie Państwową Izbę Handlową, inspekcje kontrolno-rewizyjne, izby skarbowe, komisje specjalne do walki ze spekulacją. Wszystkich trzeba było przekupywać. Straszyło widmo obozu pracy dla spekulantów w Mielęcinie. Z perspektywy ojca to wyglądało tak: najpierw obiecano, jak był jeszcze Mikołajczyk, że będzie trójsektorowa gospodarka: państwowa, prywatna i spółdzielcza. Potem było już tylko coraz gorzej. Jakiś oddech po 1956 roku i zaraz okazało się, że z Gomułką też trudno wytrzymać.

Frykowskiemu udało się jednak rozkręcić nową produkcję. Założył w Łodzi manufakturę, wszystkiego kilka pomieszczeń, nazywało się to Filmodruk. Chusty jedwabne i krawaty w różnokolorowe wzory nosiła cała Polska, Frykowskiemu udało się nawet zdobyć zezwolenie na eksport.

Miał zawsze kilka samochodów: opla supra, dekawkę, mercedesa. Jak przyjeżdżali do Sopotu i koło mola parkowały trzy samochody z łódzką rejestracją, wiadomo było, że to zjechali Frykowscy.

"Miał własne zasoby dolarowe, bank podziemny, który był tak potężny, że jego decyzje kupna i sprzedaży walut miały wpływ na notowania rynku czarnogiełdowego w Polsce" - pisał Kąkolewski. Co raz w jego książce pada słowo gang, a Jan Frykowski jawi się jako prototyp "ojca chrzestnego".

- To bajka - oponuje Jerzy Frykowski. - Tak samo jak nieprawdą jest to, co pisał Kąkolewski, że ojciec był wplątany w jeden z wielkich procesów gospodarczych tamtych czasów. Wielkie procesy to były skórzane i mięsne. A ojcu w 1962 roku wyciągnęli sprawę sprzed siedmiu lat, że kupił kradzioną przędzę.

Średni aparat partyjny żył z łapówek od prywaciarzy i władza chciała obie strony przestraszyć. Aresztowano wiele osób. Frykowski zdążył się ukryć. Stwierdził, że musi najpierw się dowiedzieć, co koledzy wysypali. W telewizji odczytywano list gończy za Janem Frykowskim.

- Wojtek poprosił mnie, żebym pomógł przerzucać ojca z miasta do miasta - opowiada Andrzej Kostenko, reżyser. - Raz wiozłem go do Sochaczewa, raz gdzieś koło Błonia. To było jak w komedii. Szyfrowany telefon Wojtka, gdzie mam się stawić. W tym miejscu pojawiał się stary Frykowski, w kapeluszu i w czarnych okularach słonecznych. Nie odzywał się przez całą drogę. Ja coś opowiadałem, on napominał mnie, że lepiej nie mówić za dużo. Był bardzo przystojny. Góralska uroda, orli nos, amerykańska twarz bez grama tłuszczu, dobrze ubrany, jak nie z Łodzi, ale z Londynu: marynarka w pepitę, płaszcz. Czuło się w nim siłę. Wojtek miał respekt przed ojcem.

Kąkolewski pisał, że Jan Frykowski ukrywał się przez rok, co kosztowało go milion złotych, że pracował na niego jego tajny koncern, aż zorganizowano mu wyjazd do Szwecji kutrem rybaka z Dziwnowa. "Kawalkada mercedesów i taunusów ruszyła. Ojciec Wojtka miał przy sobie połowę majątku w złocie i dewizach".

- Nie tajny koncern, ale mama, raczej gorzej niż lepiej sobie radząc, przejęła interesy ojca - mówi Jerzy Frykowski. - Z tego wszystkiego prawdą jest, że ojciec próbował uciec przez morze i że wydał go właściciel kutra. Skazali go na trzy lata, po dwóch latach wyszedł.

Jan Frykowski miał trzech synów: Wojtka, Jerzego Kajtka i Maćka. I z każdym wiele kłopotów. Mieli zdobyć odpowiednie wykształcenie, by przejąć interesy ojca.

Wojtek skończył technikum włókiennicze, a potem politechnikę. Zdobył dyplom inżyniera włókiennika. Mieszkał na zapleczu manufaktury ojca i nadzorował produkcję. Przynajmniej w zamyśle ojca. Henryk Kluba, dziś rektor Szkoły Filmowej, pamięta, jak stary Frykowski szukał przez umyślnych Wojtka po mieście; był pewnie potrzebny do podpisania jakieś transakcji. Wojtek przy manufakturze miał pokoik, stróżówkę, był jednym z tych niewielu szczęśliwców w ówczesnym swoim środowisku przyszłych wielkich nazwisk polskiego kina, którzy mieli niezależne lokum, więc się u niego bywało.

Pozostali synowie zbuntowali się już na wcześniejszym etapie. Jerzego ojciec wysyłał na chemię, bo miał przejąć drukarnię, a on poszedł na prawo. Pracował w centrali handlu zagranicznego, sprzedawał rowery. Ale gdy Wojtek został za granicą, zostało mu jasno powiedziane, że może zajmować się handlem wewnętrznym, czyli nigdzie wyjeżdżać nie będzie. Dziś jest producentem filmowym. Maciek miał skończyć SGPiS, a poszedł na filozofię w Warszawie. Jest socjologiem. Filozofię rozwiązali mu po 1968 r. Znaleźli u niego w czasie rewizji ulotki żądające swobód obywatelskich, powołujące się na konstytucję. Frykowski senior drwił z syna: "Na jaką konstytucję wy się powołujecie, przecież ją napisali w 1952 roku".

- Mówił nam, że mamy się uczyć albo pracować, że on te pieniądze, które zarabia, jest w stanie wydać sam, bez naszej pomocy - opowiada Jerzy. - Pamiętam, jak w Bristolu wygłaszał nam takie przemówienie, a rachunek, który płacił wtedy za kolację, przekraczał wysokość miesięcznej pensji, na którą moglibyśmy liczyć po studiach.

Można by powiedzieć o rodzinie Frykowskich tak: ojciec prywaciarz, miał forsy jak lodu, synowie - niebieskie ptaki - rozrabiali jak pijane zające, często zresztą nietrzeźwi. Nic nadzwyczajnego. Ale można też o rodzinie Frykowskich powiedzieć tak: byli w wiecznym pojedynku z komunistyczną władzą. Na pewno nadawali jakieś barwy szaro-płaskiej rzeczywistości PRL.

Z nosem boksera i ze złotym sercem

O Wojciechu Frykowskim pisał w autobiografii Roman Polański: "Pierwszy raz zobaczyłem go podczas urządzanego przeze mnie balu gałganiarzy - organizowanie zabaw było moją pasją. Nie wpuściłem go wtedy: lubił rozrabiać, poza tym nie miał zaproszenia. Omal nie doszło do mordobicia, lecz później, gdy spotkałem go w jakimś barze na mieście, wystąpił z kieliszkiem wódki. Tak się zaczęła nasza długotrwała przyjaźń. Wojtek, z nosem boksera i lekkim grymasem ust, miał w sobie coś supermęskiego i wyglądał jak wykidajło z nocnego lokalu. Pod powierzchownością brutala kryła się natura łagodna, złote serce graniczące z sentymentalizmem i absolutna lojalność".

Andrzej Kostenko: - Zanim jeszcze Wojtek został naszym kolegą w Szkole Filmowej, spotykaliśmy się na zabawach na politechnice i w Honoratce, prywatnej (co było ewenementem) kawiarni w Łodzi, właściwie filii Szkoły Filmowej, no i w samej szkole. Filmy z Zachodu przychodziły wtedy tylko w dwa miejsca w Polsce: do KC PZPR i do Szkoły Filmowej. Można było obejrzeć po parę filmów dziennie. Jak się nie należało do Szkoły, trudno się tam było dostać, ale Wojtek bywał na pokazach. Stał się bardzo szybko członkiem naszej grupy, do której należeli Romek Polański, Andrzej Kondratiuk i jeszcze na dochodzącego Michał Żołnierkiewicz, architekt, który nas sponsorował, bo robił olbrzymie portrety na 1 maja i żył z tego zamożnie przez cały rok. Kiedy zmarł mój ojciec - pierwsza tragedia w naszej grupie, nikt nie wiedział, jak się zachować, przyjaciele się rozpierzchli - Wojtek przyjechał i zaczął coś niezdarnie mówić: "Bo, bo... no, przyjechałem ci pomóc". Załatwiał ze mną wszystkie formalności związane z pogrzebem.

Wojtek zdał do Szkoły Filmowej, ale traktował to raczej jako towarzyskie wydarzenie niż pasję.

- Nie pamiętam, żeby się kiedyś splamił dobrym zdjęciem - mówi Henryk Kluba. - Uczestniczył w naszych happeningach, ale to ja i Polański byliśmy reżyserami i aktorami, a on raczej wdzięcznym widzem.

Jego kolegą z roku był Marek Piwowski. Jednego lata wybrali się nad morze.

- Mieliśmy różne przygody uliczno-sportowe - opowiada Marek Piwowski. - Wojtek czuł się zobowiązany stereotypem, w który został wtłoczony, że musi komuś przywalić. Spotykaliśmy na swojej drodze Szwedów, którzy przyjeżdżali się zabawić. Opisaliśmy ich w reportażu wspólnie napisanym "Panowie Złodzieje i Arcyszuler Japa". Zmieniliśmy nazwiska, ale jednemu Szwedowi, który przyjeżdżał do Sopotu zaszaleć z "marginesem" i na panienki, zmieniliśmy tylko jedną literę nazwiska, zaczynał się bodaj na "Z" zamiast na "S". Wytoczył nam sprawę o zniesławienie i polegliśmy, mimo świetnych adwokatów. Dostaliśmy po roku czy półtora z zawieszeniem.

Wojciech Frykowski Szkoły Filmowej nigdy nie ukończył.

Karcił, a właściwie tłukł

- Obsługa Grand Hotelu często dzwoniła do ojca i donosiła o naszych wyczynach - opowiada Jerzy Frykowski. - Jednego dnia zadzwonili powiedzieć ojcu, że szykuje się większa impreza w hotelowym barze Syrena. To był ślub Ewy i Wojtka. Był listopad 1958 roku, Ewa była w ciąży, Bartek urodził się w marcu 1959 roku. Ewa chodziła wtedy do wieczorowej szkoły. Pamiętam, jak Wojtek nas obu uczył matematyki. Mnie wyzywał od tumanów, a do niej czule: "No, spróbuj zrozumieć".

Ślub kościelny odbywał się w uroczystej oprawie, z mszą w katedrze.

Ewa Frykowska była jedną z tych pięknych kobiet z Honoratki, które pozwalały żywić się złudzeniami, że zapyziała Łódź jest wciąż Ziemią Obiecaną, a też przynależy do świata Zachodu. Kobiecość, seksowność, długie nogi, kreowała się na Brigitte Bardot, radość życia i świetny zmysł obserwacji. Wszyscy ją lubili. Jej anegdoty się powtarzało. Gdy się poznali, on był na politechnice, ona w II klasie liceum. Wojtek obronił ją na balu politechniki przed bandą chuliganów, która ją otoczyła. Innym razem - jak mówią - złamał jej nos, bo z kimś zatańczyła, pobił ją, bo się do kogoś uśmiechnęła.

- Spotkałem ich pierwszy raz razem na koncercie jazzowym w Filharmonii - opowiada Henryk Kluba. - Piękną Ewę w czasie koncertu Wojtek, delikatnie mówiąc, karcił, a dokładniej tłukł ją.

Długo ten związek nie przetrwał.

Potem Wojciech związał się z Agnieszką Osiecką. Ślub odbył się w Zakopanem. Zamieszkali w Radonicach pod Warszawą w dworku wybudowanym przez pułkownika legionistę, a należącym do ojca, Jana Frykowskiego. Osiecka napisała tam musical "Niech no tylko zakwitną jabłonie". W dworku i w małżeństwie wytrwali bodaj rok.

Jeszcze zanim zdał do Szkoły Filmowej, Wojciech Frykowski uczestniczył w realizacji "Ssaków" Polańskiego. To był pierwszy film robiony w PRL poza państwową strukturą. Pieniądze - swego ojca - wyłożył Wojtek. Ówczesny dziekan wydziału operatorskiego Stanisław Wohl zachwycił się pomysłem prywatnej produkcji, wypożyczył im starego arriflexa, zepsutą kamerę, którą musieli sami naprawić, dostali ścinki negatywów, laboratorium załatwili jakoś na lewo. Potrzebowali pieniędzy na wyjazd i życie ekipy, zdjęcia kręcono w Zakopanem. Wojtek był producentem i kierownikiem produkcji. Grali: Henryk Kluba i Michał Żołnierkiewicz. Jerzy Frykowski pamięta, jak Żołnierkiewicz na serwetce w klubie Manekin podpisał, że zobowiązuje się za pięć tysięcy złotych, wyłożonych przez Frykowskiego, zagrać w filmie. Kluba pamięta, że grał za darmo i że Frykowski nie musiał też płacić za transport w Zakopanem, bo odbywał się saniami, które sami ciągnęli.

"Siedzieliśmy w barze Syrena. Kondratiuk, Kostenko, Frykowski, tyczkowaty Żołnierkiewicz i ja - opowiadał Polański ("Filmówka. Powieść o łódzkiej szkole filmowej"). - A nasze >>Ssaki<<, spytał nagle Kondratiuk, może byśmy teraz to zrobili? Studio filmowe Semafor odrzuciło scenariusz. Frykowski z miejsca zaproponował sfinansowanie przedsięwzięcia. (...) Jeden siedzi na sankach, drugi go ciągnie. Każdy chce za wszelką cenę być ciągniętym. W końcu sanki kradnie sprzedawca kiełbasek, epizod ten grany był przez Frykowskiego".

Roman Polański wspomina w swojej autobiografii, że nazwiska Frykowskiego nie udało się umieścić w czołówce "Ssaków", a to dlatego, że jego przyjaciel był synem jednego z nielicznych przedstawicieli prywatnej inicjatywy.

Szedł Piotrkowską jak ten król

Mówi Witold Leszczyński, reżyser, autor m.in. "Żywotu Mateusza": - Mogę powiedzieć tylko tyle, że Wojtek mnie zdemoralizował. Miałem trzy fakultety, nie dotykałem kieliszka, nie dotykałem papierosów, z natury byłem nieśmiały. Wziął mnie w obroty, ciągał po nocnych knajpach. Wpędził mnie w papierosy. Jak ludzie piją alkohol, to 80 proc. nie popada w uzależnienie, a 20 proc. popada. Okazało się, że ja należę do tych 20 proc. Moje późniejsze życie to pokłosie po Wojtusiu. On zawsze lubił chodzić z drugą osobą w jednym zaprzęgu. Nie rozstawaliśmy się przez dwa lata. Ja mu imponowałem, że jestem taki wykształcony, on mi imponował, że był największym bandziorem w Łodzi.

Nie było tego po nim widać. I to był jego atut w bójkach, łagodna czy - jak inni mówią - rozlazła twarz.

Wtedy istniało w Łodzi silne środowisko chuligańskie, tzw. bikiniarzy, oryginalny styl na wzór zachodni, ale swojski, cyklistówki, plerezy. Gangi na Bałutach i Chojnach walczyły ze sobą, a równo atakowały obcych. Wieczorem studenci przemykali się po ulicach. Frykowski szedł Piotrkowską jak król, jemu schodzili z drogi. Bikiniarze czaili się wieczorem przy wyjściu z Honoratki, pojawiali się na zabawach w Politechnice czy Akademii Medycznej. Wojtek nie zaczepiał, nie szukał zwady, tylko się włączał, jak kogoś bili.

- Walczył jak gladiator. Jedno zdarzenie pamiętam klatka po klatce. Knajpa, Mikołajki, jesteśmy w trakcie zdjęć do "Noża w wodzie" - wspomina Kostenko, który był asystentem Polańskiego przy filmie. - Wojtek ma rękę na temblaku. Zaczynają bić stolarza ekipy za to, że ze zbytnią uwagą, odczytaną jako prześmiewcza, przyglądał się miejscowemu poecie recytującemu wiersze. Wojtek rozbraja napastników i siada z powrotem na miejsce, a krzesło ma odwrócone tyłem do sali. Siedzi obsługa statku, który kursuje do Mikołajek, widzę, jak kapitan i marynarze naradzają się, po czym zmierzają w naszą stronę. Mówię Wojtkowi: "Podchodzą, chyba będą nas bić". I Wojtek, nie odwracając się, wstaje, bierze za nogę krzesło, na którym siedział, i wali nim kapitana. Po czym podsuwa sobie drugie krzesło stojące obok i nie odwracając się przez cały czas, znów siada. Marynarze wynieśli kapitana, na sali nikt się nie poruszył. Dowiedzieliśmy się z lokalnej prasy, że ten kapitan miał wstrząs mózgu.

Frykowski miał przy produkcji "Noża w wodzie" Polańskiego funkcję ratownika. - Kiedy złamał rękę, ustaliliśmy jednogłośnie, w drodze plebiscytu, że "ryzykujemy życie", ale nie godzimy się na zmianę ratownika - opowiada Kostenko. - Przed wyjazdem do Mikołajek ekipa spędzała dużo czasu na warszawskim basenie Legii. Wojtek za młodu był w reprezentacji Polski juniorów. Utyty, podpity, zakładał się o spore sumy z trenującymi tam zawodnikami średniej klasy, kto przepłynie szybciej 50 metrów. To były dwie długości basenu, które on był w stanie przepłynąć praktycznie pod wodą. Miał 25 lat, był nadwyrężony fizycznie i mówił, że 60 metrów już by nie popłynął. Ale na 50 metrach zawsze wygrywał.

Wojtek startował w rajdach; wciąż miał nowe samochody, które rozbijał. Krążyły legendy, jak na rajdzie w Zakopanem wpadł na budynek poczty. Rajdy wtedy odbywały się na własnych samochodach. Startowali w nich przeważnie właściciele warsztatów i tzw. prywatna inicjatywa.

Świetnie grał w pokera. Wyglądał zawsze na dużo bardziej trąconego alkoholem, niż był w rzeczywistości - ciągnie Kostenko. - Zachowywał pełną koncentrację i wygrywał całkiem spore sumy. Grało się wtedy albo po prywatnych domach z prywaciarzami, albo na zapleczu knajp, Wojtek upodobał sobie nocną knajpę w kinie Włókniarz, otwartą do szóstej nad ranem. Kiedyś trzy dni nie przychodził na zajęcia w Szkole Filmowej, aż pojawił się z zegarkiem, który zastawił jego kolega. Oświadczył: "Ja już ten zegarek siedem razy wygrałem, siedem razy przegrałem, ale na końcu wygrałem".

Do Dziobaczka

Marzył mu się Hollywood. Kolejnych przyjaciół ubywało z Polski, wyjechali już Jerzy Kosiński, Roman Polański, Marek Hłasko, Krzysztof Komeda.

Wyjechał do Paryża i, jak to polski emigrant, zajmował się tam a to przenoszeniem mebli, a to malowaniem. Hłasko pisał w jednym z listów, że właśnie jest z Wojtkiem Frykowskim w drodze do Marsylii, gdzie jadą się zaciągnąć się do legii cudzoziemskiej.

Z Francji Frykowski pojechał do Ameryki.

- Uwijał się wokół Romka Polańskiego - opowiada Kostenko. - Pamiętam, jak Romek pokazał mi kiedyś wylewny list Wojtka i pytał: "Czy on chce się ze mną żenić?". A to był list człowieka zestresowanego, liczącego, że nadejdzie pomoc. I Romek mu pomógł. Wspomógł go też Jerzy Kosiński. To był też krąg łódzkiej Honoratki. Oni obydwaj wprowadzili go w środowisko elit nowojorskich i hollywoodzkich. Ela Czyżewska opowiadała mi, że Wojtek miał w Paryżu dziewczynę, która tam została, gdy on wyjechał do Stanów. Nazywał ją "Dziobaczek". I Wojtek mówił Elce: "Co się podczołgam do jakiejś milionerki, to mnie zaraz cofa do mojego Dziobaczka".

W Nowym Jorku poznał przez Kosińskiego 25-letnią Abigail Folger, zwaną Gibby, córkę milionera, potentata na rynku kawy. Z nią przeniósł się na Zachodnie Wybrzeże. Gdy Frykowski poznał Gibby, pracowała jako wolontariuszka w murzyńskim getcie. Z początku zajmowała się tym samym w Kalifornii, wstawała o 6 rano i starym volkswagenem jechała do dzielnicy murzyńskiej, wracała wieczorem. Z czasem jednak coraz bardziej wciągały ją narkotyki. Raport policyjny pisany po zabójstwie na Cielo Drive stwierdza, że Frykowski był na jej utrzymaniu. Gdy Polański pojechał kręcić film w Anglii, oboje zamieszkali w jego posiadłości, by sprawować pieczę nad jego ciężarną żoną.

"Niektórzy z naszych gości na Cielo Drive, rozdrażnieni jego stałą obecnością - pisał o Frykowskim w autobiografii Polański - nazywali go pieczeniarzem, żigolakiem, a także zarzucali mu, że wyleguje się bez przerwy koło basenu z nieodłączną szklaneczką wina w ręce. Nie zamierzałem we własnym domu żałować przyjacielowi wina".

Po jego śmierci Polański powiedział w jakimś wywiadzie, że dawał Wojtkowi pieniądze i zachęcał do realizacji któregoś z projektów, choć sam w to nie za bardzo wierzył. I że Wojtek był człowiekiem przeciętnego talentu i nieprzeciętnego wdzięku.

- Tata mówił: "Muszę pojechać do Ameryki, sprawdzić gówniarza". Ale nie pojechał. Wojtek chciał go czymś zaskoczyć, czymś mu zaimponować - opowiada Jerzy Frykowski.

Matka i brat Wojciecha Jerzy pojechali po ciało, przywieźli puszkę z prochami. W pogrzebie uczestniczyło blisko trzy tysiące osób. "Wiele osób przyszło, oczekując sensacji - komentował Kąkolewski - plotka głosiła, że puszka z prochami została wykonana u Tiffany'ego ze szczerego złota i wysadzana jest drogimi kamieniami".

Abulia, i ja to mam

Bartek miał dziesięć lat, kiedy zginął jego ojciec. Wojciech wyjechał z Polski w 1965 r. Syn widział go ostatni raz, jak miał pięć lat. Mógł o nim mieć tylko zamglone wspomnienia.

- W sierpniu 1969 byłem z mamą i Bartkiem w Sopocie - opowiada Jerzy Frykowski. - Zadzwonił kolega z STS-u, że musimy zadzwonić do Los Angeles. Okazało się, że jak zamówi się rozmowę z Sopotu, to za trzy dni będzie połączenie. Wróciliśmy do Warszawy, żeby dowiedzieć się, co się stało.

W dwa lata po śmierci Wojciecha rodzina Frykowskich wszczęła sprawę przeciw Mansonowi o odszkodowanie. Jego matka, brat Jerzy i Bartek pojechali do Stanów na rozprawę. Adwokat żądał miliona dolarów odszkodowania dla Bartka.

"Los Angeles Times" w numerze z lipca 1971 opisywał jasnowłosego 12-latka zeznającego przed amerykańskim sądem. Bartek opowiadał, że tata pisał, jak tęskni, chciał, by syn przyjechał do niego tak szybko, jak to możliwe, kazał mu uczyć się angielskiego i być dobrym chłopcem. "Pisał mi, że w Ameryce żyje się dobrze, a mnie to się kojarzy dziś z koszmarem sennym" - cytowano słowa małego Polaka. Zasądzono na jego rzecz 500 tysięcy dolarów. Pozostawało ich wyegzekwowanie od Mansona.

Na procesie Mansona nie było. W scenariuszu Bartłomieja Frykowskiego zetknięcie małego chłopca z mordercą na sali sądowej, jego paniczny strach i nienawiść decydują o całej drodze życiowej bohatera.

Manson został skazany w 1971 na karę śmierci. Wyroku nie wykonano. W 1976 roku, kiedy stan Kalifornia zniósł karę śmierci, zamieniono mu ją na dożywocie (siostry Sharon Tate i aktorzy rówieśnicy, m.in. Barbara Streisand, prowadzą od lat lobbing, domagając się, by sąd odrzucał apelacje o jego wcześniejsze uwolnienie). Bartek powinien był dostawać tantiemy z piosenek do tekstów Mansona. Pierwszą piosenką była "Never Listen Not To Love" nagrana przez Beach Boys w 1968 r. Manson, z wytatuowaną swastyką na czole, idol satanistów i neonazistów, otrzymywał też pieniądze za użyczanie swojej podobizny na koszulkach, czapkach, nalepkach.

Ale pieniądze dla Bartka były długo tylko na papierze. Adwokaci Mansona wpisywali sobie bowiem jego zarobki w koszta obrony i odwołań.

Bartka wychowywali dziadkowie Frykowscy. Wojciech z Ewą rozwiedli się, gdy Bartek miał dwa i pół roku. Został u matki Ewy. Rodzice Wojciecha stanowczo uważali, że dziecku lepiej będzie u nich. Domy dzieliła przepaść finansowa. Zabrali Bartka, nie miał jeszcze wtedy trzech lat. Wojciech wyjechał za granicę, Ewa Frykowska też któregoś dnia wyruszyła w świat autostopem. Jakiś czas była w taborze cygańskim. Wyszła za mąż zagranicą za bardzo zamożnego finansistę, ma z nim syna. Dziadkowie przeprowadzili sądownie przekazanie Bartka pod ich kuratelę.

Ze scenariusza Bartłomieja Frykowskiego: "Dziadek. On uczył mnie wszystkiego. Dbał o mnie jak ojciec. Nad polami unosił się zapach tysięcy róż i tulipanów, które hodował. Uczył mnie, jak o nie dbać, aby były piękne".

Ewa Frykowska pojawiła się u Bartka, gdy miał 14 lat. Dziadkowie widocznie nic mu o niej nie opowiadali, bo mały Bartek zapytał kiedyś, czy Agnieszka Osiecka to jego mama. Prawdziwa mama zaprosiła syna na rejs jachtem do Monte Carlo. Zaczęła do niego przyjeżdżać. Bartek źle się uczył, zawalił liceum, był w technikum fotograficznym. Załatwiła mu korepetycje z matematyki, żeby zdał maturę. Namówiła go na zdawanie na wydział operatorski, dobrze znała rektora szkoły Henryka Klubę. Mąż Ewy kupił pasierbowi mieszkanie i samochód. Ich kontakty co pewien czas się urywały. Ewa opowiadała znajomym, że Bartek oczekuje od jej męża ciągłego finansowania, a od niej przepychania go - że ich nadużywa.

Na początku lat 90. Bartłomiej sprzedał podarowane mu mieszkanie i wyjechał do Niemiec z żoną pielęgniarką i dwójką dzieci. Wrócił po czterech latach, bez pieniędzy, bez sukcesów. Jego żona zamieszkała z dziećmi u swojej matki, on znajdował sobie różne przystanie.

W maju tego roku ukazały się w łódzkiej prasie listy gończe za jego córką Rozalią, uczennicą ósmej klasy szkoły podstawowej. Znaki rozpoznawcze: na lewym przedramieniu tatuaż - ptak w locie. Uciekła z domu, bodaj po scysji z ojcem, który przylał jej za to, że się nie uczy.

Adwokat Frykowskich co dziesięć lat odnawiał pozew o odszkodowanie dla syna za śmierć ojca, by nie uległ przedawnieniu. Aż w latach już 90. Axel Rose, lider znanego zespołu Guns'n'Roses, nagrał na płycie "The Spaghetti Incident", piosenkę z tekstem Mansona "Look At Your Game Girl". Co prawda jego nazwisko nie padało, ale płyta kończyła się podziękowaniem dla Charliego. Wybuchł skandal. Adwokat zaskarżył wytwórnię płytową Geffen Records, która wydała płytę. Wytwórnia zobowiązała się przekazywać Bartłomiejowi 72 tys. dolarów od każdego miliona egzemplarzy sprzedanych płyt. Był w Stanach i jakieś pieniądze już z tego dostał.

Andrzej Kostenko: - Bartka mało znałem. Pamiętam, jak Ewa przyprowadziła go do nas, miał wtedy 17 lat, żeby się poradzić, co sądzę o pomyśle, aby poszedł do Szkoły Filmowej. Zobaczyłem nieśmiałego, wychudzonego młodzieniaszka, zupełnie do Wojtka niepodobnego. Niedawno rozmawiałem z nim na pięćdziesięcioleciu Szkoły Filmowej i zobaczyłem Wojtka Frykowskiego. Podobny gest, sposób mówienia, sposób poruszania się, podobny urok, dowcip, lekkość prowadzenia rozmowy. A przecież on ojca praktycznie nigdy nie widział. Pamiętam, jak Wojtek siedział skacowany w Honoratce i pytał: "No jak się nazywa kompletny zanik woli?". I sam sobie odpowiadał: "Abulia, i ja to mam". Wojtek był rozleniwiony, miał rozlazły charakter, nie zależało mu. O Bartku słyszałem podobne opinie. Przedtem nie wierzyłem za bardzo w geny.

Część jego kolegów po fachu i dawnych przyjaciół ojca twierdzi, że Bartek, podobnie jak jego ojciec, był człowiekiem niewielkiego talentu i niewielkiej sumienności i, podobnie jak ojciec - człowiekiem wielkiego uroku.

- W zawodzie operatora wszystko polega na precyzji. Jak ma być coś o ósmej, to ma być o ósmej. A u niego był brak skupienia, chęć brylowania, dowartościowywanie się przez mit ojca - mówi mi jeden z reżyserów.

Po powrocie do Polski w 1996 roku Bartłomiej pracował jako operator drugiej albo trzeciej kamery przy zbiorowych scenach w "Panu Tadeuszu" i "Ogniem i mieczem". Pracował w filmach, których producentem był jego stryj, Jerzy Frykowski, bardzo poczuwający się zawsze do opieki nad bratankiem. A wcześniej jako operator kamery przy "Uprowadzeniu Agaty" Marka Piwowskiego, przyjaciela ojca.

Ale Piwowski mówi, że wybrał Bartka Frykowskiego, nie kierując się dawnym wspomnieniem - dwu- czy trzyletniego dziecka o dużych, zdziwionych oczach, które kiedyś wynurzyło się zza kotary, gdy gęgali u Wojtka po północy. Obejrzał kasety filmowe, gdzie widać było dobrą pracę operatorską Bartka. Był dobry, dynamiczny - mówi o nim Piwowski.

Odmiennego zdania jest też Adek Drabiński, który współreżyserował z Jerzym Hoffmanem "Ogniem i mieczem" i bezpośrednio pracował z Bartłomiejem. Mówi w samych superlatywach i o jego osobowości, i o jego pracy: - Zdolny, miał pasję, operatorską duszę i oko, sterował się na fabułę, nie na reklamy, jak każdy ambitny operator, profesjonalista. Uroczy, dekoracyjny z wyglądu, troszeczkę mitoman, ja to lubię, natomiast nigdy nie bywał nudny. Radosny, potrafił być lekko pretensjonalny. Pił tyle, co wszyscy piliśmy, nie więcej. Na dodatek był dobrym człowiekiem. Naprawdę fajny gość.

Zabawa w powtórkę?

Scenariusz Bartłomieja Frykowskiego "Unosząc się lekko nad ziemią" nie wydaje się propozycją dla reżysera, jest sentymentalny, nieprawdziwy, i choć niby jest w nim wszystko: przemoc, seks, miłość - brak w nim napięcia. Natomiast scenariusz byłby świetnym materiałem do analizy dla psychoterapeuty. Bohater wpada w najgorsze tarapaty i wychodzi z nich dzięki sile woli i mięśni. Ratuje swoją dziewczynę, Caroline, mając przeciw sobie trzech nożowników. Organizuje konferencję prasową z mordercą ojca, którego dusi linką, przestrzeliwuje pistoletem, ale nie zostaje zabity przez strażników (co przewidział w scenariuszu). Wykupuje go adwokat za kaucją i wywozi w góry. Tam dopadają go uzbrojeni po zęby - w sztylety, noże sprężynowe i rewolwery - wyznawcy mordercy, ale on, ćwiczony w technikach Aiki-Do, pokonuje ich. Jego scenariusz czyta znany producent z Hollywoodu, mianuje go reżyserem, film zostaje nominowany do Oscara. Ale nasz bohater nie uczestniczy w gali. "Caroline: - Przecież ten film to całe twoje życie, twoje przeznaczenie; Leo: - Ten rozdział życia jest już zamknięty. Ty jesteś moim przeznaczeniem". Film kończy się happy endem

W nocy z 7 na 8 czerwca z dworku w Głuchach należącego do Karoliny Wajdy odtransportowano go karetką pogotowia do pobliskiego szpitala. Miał brzuch przebity nożem. O 4 nad ranem Karolina Wajda dzwoniła do jego matki Ewy Frykowskiej-Morelle do Paryża, czy nie dałoby się przewieźć Bartka do szpitala w Szwajcarii. Zmarł z wykrwawienia o 4.30 nad ranem.

Nie stwierdzono obrażeń typowych dla walki lub obrony. Śmierć wskutek wstrząsu krwotocznego mogła nastąpić w wyniku działania ręki własnej. Tyle mówi sekcja zwłok. Prokurator Waldemar Osowiecki, szef Prokuratury Rejonowej w Wyszkowie, twierdzi, że wszystko wskazuje na to, że Bartłomiej Frykowski popełnił samobójstwo. Śledztwo jeszcze nie jest zamknięte, prokuratura czeka na wyniki badań daktyloskopijnych. A w prasie roi się od domysłów.

Najpierw "Express Wieczorny" w notatce zatytułowanej "Samobójstwo z miłości" doniósł, że Bartłomiej F., odrzucony przez gosposię Karoliny Wajdy, postanowił popełnić samobójstwo. Wkrótce "Express" prostował, że to nie przez gosposię doszło do tragedii. Tytuły prasowe brzmią: "Śmierć w wyższych sferach", "Wajdówna nie dotykała noża"; czy też bardziej tajemniczo, ale też z nawiązaniem do Wajdy: "Nie wszystko na sprzedaż" ("Polityka").

Bartłomiej był znany, ponieważ był synem Wojciecha Frykowskiego. Sprawa tamtego morderstwa była tak głośna i bulwersująca, że gdy Bartłomiej był w Niemczech, "Der Spiegel" znalazł miejsce na łamach, by napisać o jego scenariuszu, odwołującym się do tamtych wydarzeń. Śmierć Frykowskiego ojca stała się głośna, ponieważ miała miejsce w willi Polańskiego. Śmierć Frykowskiego syna jest przedmiotem zainteresowania prasy, ponieważ miała miejsce w dworku córki Beaty Tyszkiewicz i Andrzeja Wajdy. Czy była to zabawa w powtórzenie losu ojca, która tak źle się skończyła?

Koledzy Bartłomieja i przyjaciele jego ojca nie bardzo chcą wierzyć w wersję najbardziej poczytną - o desperackim geście z powodu zawiedzionej miłości. Opowiadają, że to zdarzenie wpisuje się w życie Bartka, choć każdy z moich rozmówców widzi to w trochę inny sposób.

Dawna przyjaciółka: - Czar, pieniądze, wdzięk, inteligencja, talent. Ale też był psychopatyczny i depresyjny zarazem. Powtarzał: "Cyganka mi wywróżyła, że umrę młodo". Raz próbował wyskoczyć przez okno.

Znajomy rodziny: - Samookaleczał się, jak był jeszcze małym dzieckiem. Nie doznał miłości rodziców i wyszedł z dzieciństwa kompletnie pokiereszowany.

Adek Drabiński: - W czwartek, tuż przed tragedią, w Boże Ciało, pojechaliśmy na wycieczkę do człowieka, który odzyskał pałac, zaprowadził stajnie. Bartek wymieniał fachowe uwagi o koniach, umawiał się na następny raz na przejażdżkę. To musiał być głupi wypadek. Bartek był niedojrzały emocjonalnie i łatwo mylił fikcję z rzeczywistością. Opowiadał zmyślone historie, w których był centralną postacią jakiejś rozróby, rozstawiał napastników, sam w nie wierzył i nie wierzył. Co prawda raz mi opowiedział jedną z tych swoich fabułek, był czołg, który on zawadiacko prowadził, upolowany jeleń z czołgu, to było w czasie kręcenia "Ogniem i mieczem", a potem wszyscy tego jelenia spożywaliśmy. Sądzę, że ta część jego osoby, która żyła w świecie imaginacji, wzięła górę i zrobił coś, co chciał tylko zgrabnie zagrać.

Przyjaciel rodziny: - Żył w micie ojca, przynajmniej w swoim życiu na pokaz. Przeczytałem w prasie, że woził w samochodzie planszę z fotografiami zabitego Wojtka i opisem zdarzeń, przecież to było teatralne, psychologicznie nieprawdziwe. On właściwie ojca nie znał. Kiedy zaczął dorastać, słuchał o nim i miał przez to przewrócone w głowie. W tym tragicznym przypadku pewnie też pozował jakoś na ojca i poszedł w tym za daleko.

Ksiądz Frykowski: - Nie uwierzę, że Bartek chciał popełnić samobójstwo.







Krzysztof Kąkolewski - Jak umierają nieśmiertelni