Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Tadeusz BOY Żeleński

MÓJ DEBIUT W PSYCHIATRII

 

 

Nie ma na świecie nędzniejszej istoty niż literat. W niczym nie jest "kompetentny". Każde najmizerniejsze rzemiosło ma swój, maleńki bodaj, zakres, w którym człowiek jest kompetentny, a literat nic! Wiem to po sobie. Kiedy chciałem się odezwać coś o literaturze, natychmiast jakiś historyk literatury skarcił mnie, abym się nie mięszał do nie swoich rzeczy. Chciałem mówić coś o języku, ofuknęli mnie lingwiści. Teraz świeżo o medycynie: odtrącili mnie ze wzgardą lekarze, mimo że mam patent doktorski. Taka jest dola literata. Czasem literatowi sprzykrzy się ta chroniczna niekompetencja i poszuka sobie straszliwego odwetu: zostaje dziennikarzem, wówczas jest kompetentny we wszystkim.

Otóż bierze mnie ochota wylegitymować się przed pp. psychiatrami, których tak gorszą moje niewinne Kurkiewy, że nawet w ich własnej dziedzinie nie jestem takim laikiem, jak przypuszczają. A przechodziłem kurs psychiatrii w dość osobliwych i trudnych okolicznościach; składałem egzamin, przy którym pomylić się nie wolno.

Było to tak:

Kiedy byłem studentem, zawsze miałem za mało pieniędzy, a za dużo namiętności. Zwykła studencka rzecz. Jedyną drogą w takich razach jest pompować ojca; ale to ma wdzięk wówczas, kiedy się jest np. młodym artystą, a synem groszoroba; ja, na odwrót, byłem medykiem, a synem artysty, więc mnie to żenowało. Miałem kilku kolegów, którzy pobierali stypendium wojskowe i otrzymywali ze skarbu co miesiąc pokaźną kwotę w zamian za zobowiązanie sześciu lat służby w charakterze wojskowego lekarza. Żyłem wówczas pełnym życiem "cyganerii", doktorat był jeszcze we mgle, nie namyślając się tedy długo, podpisałem taki cyrograf nie myśląc, co będzie potem. Ale przyszedł moment, że ukończyłem studia, i jak ów Twardowski w bajce stanąłem wobec musu wypłaty z tego paktu z szatanem. Przebyć sześć lat jako wojskowy lekarz austriacki, rzucany z miasteczka do miasteczka po różnych nieciekawych koronnych krajach, zmuszony wciąż śmiać się z dowcipów pana majora - rozpacz! Chciałem zwrócić stypendium - nie wolno, trzeba służyć. Na tym punkcie Austria, stale cierpiąca na brak wojskowych lekarzy i łowiąca celowo młodzież na lep tych srebrników, była nieubłagana. Postanowiłem się bronić. Zdarzyło się, że niedawno przedtem upiłem się do nieprzytomności z kochanym "Stachem" (Przybyszewskim) i jego gromadką, przeleżałem kilka godzin w śniegu i chorowałem ciężko parę miesięcy. Wziąłem to za punkt wyjścia, uzbroiłem się w świadectwo lekarskie, stwierdzające jakąś tam depresję, psychastenię etc., wydobywając wszystkie wypadki umysłowych chorób w rodzinie, i przedłożyłem to wszystko władzom wojskowym z prośbą o zwolnienie, ofiarowując się zwrócić pobrane kwoty, co jak wspomniałem, było zresztą niedopuszczalne. Obejrzano mnie, zbadano powierzchownie i nie bardzo wiedząc, co z tym fantem począć, udzielono na razie urlopu.

Zapisałem się jako praktykant do szpitala i tak przebyłem półtora roku, łudząc się w końcu naiwnie, że wojsko o mnie zapomniało!

Naraz jak grom spada na mnie wezwanie, aby się zgłosić w ciągu 24 godzin do wojskowego szpitala na Wawelu. Przychodzę, każą mi się rozebrać, włożyć tzw. gaciehosen i położyć się do łóżka, zakonnica zakłada mi termometr, oj, źle! Nazajutrz sam Stabsarzt *[(niem.) lekarz sztabowy] (major) bierze mnie do badania. Byłem nieprzygotowany, miałem zamiar wygrywać jedynie neurastenię, ale groza tego całego aparatu przejęła mnie tak, że odtąd działałem w jakimś transie. Co opowiadałem temu doktorowi, już sam nie wiem, ale był to zdecydowany zarys umysłowej choroby. A było to tym delikatniejsze, iż jeszcze poprzedniego dnia pełniłem nienagannie zawód lekarski w cywilnym szpitalu! Skomponowałem tedy intuicyjnie typ człowieka w stanie neurastenii silnie już trącącej psychozą, ale wstydzącego się swojej choroby, ukrywającego ją poniekąd, każącego z siebie przemocą wydzierać zeznania, człowieka bardzo drażliwego i ambitnego na punkcie swoich zdolności. Przekonałem się przy tym, że człowiek ma w sobie w zarodku wszystkie bziki i że tylko silna garść wychowania społecznego trzyma je w ryzach: wystarczy im dać folgę, a zaczną hasać aż miło. Znalazłem w sobie zasób nieoczekiwanych objawów nawet czysto fizycznych, dziwne odruchy etc. Po dobrej godzinie tej spowiedzi, Stabsarzt zadumał się długo, nie tyle, jak sądzę, nad moją niedolą, ale nad tym, jaką drogę mu trzeba obrać, aby się nie zasypać, gdyż ostatecznie chodziło nie o zwykłe "w rekruty", ale o kandydata do godności lekarza i oficera; w końcu rzekł: "Ależ, na miłość boską, jakim cudem pan zdał doktorat?" Popatrzyłem na niego spode łba, zaczerwieniłem się (czułem to) i odrzekłem ponuro: "Herr Stabsarzt, ich bin sehr begabt." (Panie majorze, ja jestem bardzo zdolny.) Pokręcił głową i odprawił mnie.

Zaczęło się codzienne badanie. Zastawiano mi najrozmaitsze pułapki, obmyślone na symulantów, brano mnie w krzyżowe indagacje; ja wciąż trzymałem się na terenie subtelności "życia duszy". Wreszcie zostawiono mnie w spokoju, codziennie tylko podczas wizyty lekarskiej stałem wyprostowany przy moim łóżku; Stabsarzt, mijając mnie w otoczeniu młodszych lekarzy, zatrzymywał się, patrzył mi bystro w oczy i szedł dalej. Wreszcie po dwóch tygodniach z górą dowiedziałem się poufnie od kaprala-saniteta, że nazajutrz mam być wypuszczony. Wiadomość ta zbudziła we mnie zrozumiałą radość, która widocznie musiała się odbijać w moich oczach, gdyż major przechodząc rzekł do swego asystenta (do dziś dnia słyszę dźwięk tych słów!): "Schau'n sie, der Kerl sieht heute nicht so blöd aus wie gewöhnlich, das ist sicher ein Simulant." (Spójrz pan, ten chłopak nie ma już dziś takiej głupkowatej miny jak zwykle, to z pewnością jest symulant.) I poszedł dalej.

Zdrętwiałem. Byłem tym pobytem w szpitalu tak zmęczony, że czułem, iż mój fluid się wyczerpał. W tej roli nic już nie umiałem z siebie wykrzesać, uczułem, że trzeba zrobić jakiś zamach stanu. Skupiłem się, w dwie minuty powziąłem postanowienie. Po wizycie, gdy major udał się do swej kancelarii, wpadłem do tego sanktuarium bez pukania i podszedłem prosto do biurka. (Jestem z natury człowiekiem nieśmiałym i delikatnym, toteż działałem tu jak w transie, była to symulacja, ale dziwnie skombinowana ze stanem przymusowego działania.) Wyrżnąłem z całej siły pięścią w stół, nachyliłem się tuż nad jego twarzą i rzekłem po niemiecku stłumionym, dygocącym głosem, ze łzami, które mi napłynęły do oczu: "Panie majorze, to że jestem chory, to nie daje panu prawa, alby mnie znieważać."

Major zmieszał się, widząc mnie w tym na wpół nieprzytomnym stanie: "Jak to? Co to? Kto pana znieważył?" - "Pan mnie znieważył! - ryknąłem - pańskie postępowanie jest niegodne lekarza, aby tak obrażać swego chorego kolegę. Pan nie ma prawa nazywać mnie głupkowatym, ja jestem chory, ale nie jestem" etc., etc.

Major (był to jakiś zniemczony Czech) patrzał chwilę, zakłopotany (gdyż w istocie dopuścił się grubego nietaktu), próbował mnie uspokoić, ale widząc, że to nic nie pomaga, przyparty do muru, wpadł znów on w pasję. "O, mój drogi - rzekł - albo co; jeżeli jesteś chory, te drażliwości są zupełnie nie na miejscu, a jeżeli masz takie wygórowane poczucie honoru w takim razie możesz służyć. Schauen Sie dass Sie weiter kommen, marsch!" *[(niem.) Zabieraj się pan stąd, jazda!] I wyrzucił mnie za drzwi.

Wyszedłem z rozpaczą w duszy, jak wygwizdany aktor. "Klapa!", myślałem sobie. Stanąłem w oknie w sieni i melancholijnie patrzałem z drugiego piętra na dziedziniec wawelski. Naraz słyszę, że drzwi się otwierają, i kątem oka widzę, że major zagląda i podchodzi do mnie. Czy żal mu się mnie zrobiło, czy zląkł się, że pacjent może z okna się rzucić i wpakować go w jakąś kabałę, dość, że złagodniał. Zaczął mówić do mnie z dobrocią, uspokajać etc. Na to ja rozpłakałem się jak bóbr, rzuciłem mu się w ramiona, zacząłem go całować po rękach, oskarżać siebie o niewdzięczność, że on był dla mnie tak dobry jak ojciec, a ja mu się tak źle wypłaciłem etc. Czech głaskał mnie po głowie, ja oplatałem się o niego kurczowo i tak cackaliśmy się dobrą chwilę, niczym Romeo i Julia. Wszystko to była oczywiście symulacja, ale wciąż w jakimś transie, w natchnieniu. Podobnego uczucia doznawałem później nieraz, kiedy zacząłem pisać wiersze. W końcu, kiedy nie mogłem utulić się w płaczu, major rzekł, aby mnie pocieszyć, że to nawet dobrze to, co się stało, że owa scena właśnie rzuca wiele światła na mój stan, że odegra ważną rolę w orzeczeniu etc. "To już dobrze", pomyślałem, pocałowałem go przemocą w same usta, choć się bronił, i poszedłem do wspólnej izby.

Odtąd stosunki nasze ukształtowały się tak: ilekroć major wchodził do "cymbry", rzucałem się ku niemu z oznakami radości, całowałem go w rękę i chodziłem za nim w czasie wizyty jak pies, łasząc się do niego, niemal kręcąc ogonem. Ale wszystko to bardzo dyskretnie. Działo się to na oczach moich kolegów uniwersyteckich, pełniących tam służbę lekarzy-asystentów i przyglądających mi się ze zdziwieniem, nie wiedząc, co o tym mają myśleć.

Wreszcie kwarantanna dobiegła końca, pomyślny rezultat był już pewny. Ów "zamach stanu" rozstrzygnął sprawę. Przypadek zrządził, że w owym czasie mego majora przeniesiono; oddając oddział, powierzył mnie swemu następcy, objaśniając półgłosem "przypadek". Kiedy przyszło redagować orzeczenie, nowy lekarz był w widocznym kłopocie, co chwila przerywał pisanie i zastanawiał się. Patrzałem mu przez ramię, co pisze, gdyż zachowałem z nowym władcą moje poufałe przywileje. Widząc, że mu niesporo idzie, zacząłem mu poddawać zwroty, w końcu podyktowałem mu całe prawie orzeczenie lekarskie o sobie samym.

Skończywszy pisać, opatrzył się dopiero, przyjrzał mi się zdziwiony i rzekł: "Was ist eigentlich mit Ihrer Krankheit?" *[(niem.) Jak to jest właściwie z pańską chorobą?] Natychmiast skurczyła mi się twarz w minę obrażonego idioty i odparłem ponuro: "Herr Stabsarzt, ich bin sehr begabt." Patrzył chwilę, machnął ręką i podpisał. Na drugi dzień wyszedłem ze szpitala wolny, uznany na zawsze za niezdatnego do wszelkiej służby wojskowej. (Co nie przeszkodziło, że mnie po wybuchu wojny zaraz powołano.)

Wyszedłszy ze szpitala miałem uczucie, żem przebył trzy tygodnie w jakimś halucynacyjnym śnie. Przez te trzy tygodnie nauczyłem się psychiatrii więcej niż ze wszystkich podręczników i zyskałem przeświadczenie, że nasza normalność a nienormalność psychiczna oddzielone są od siebie dość cienkim przepierzeniem...

1924





Tadeusz Boy Żeleński