Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 



KULTURA












DOSTOJEWSKI








*** Fiodor Dostojewski - Zbrodnia i kara - Rozmowy Raskolnikowa ze śledczym Porfirym

...To sprawa fantastyczna, mroczna sprawa współczesna, w stylu naszego stulecia, kiedy się ludzkie serce zmąciło; kiedy się szermuje frazesem, że krew "odświeża", kiedy się głosi życie ułatwione. Mamy tutaj książkowe rojenia, mamy tutaj serce rozjątrzone teorią; widoczne tu jest zdecydowanie się na pierwszy krok, ale zdecydowanie się osobliwego autoramentu: człowiek się zdecydował, ale tak jakby runął z wysokiej góry, jakby spadł z dzwonnicy; poszedł popełnić zbrodnię jakby nie na własnych nogach. Zapomniał przymknąć drzwi za sobą, a zabił; dwie osoby zabił - dla teorii. Zabił, a pieniędzy wziąć nie potrafił, co zaś zdążył porwać, to ukrył pod kamieniem. Nie dość mu było, że zniósł katusze, kiedy siedział za drzwiami, a do drzwi się dobijali, targali za dzwonek; nie, on potem, wpółprzytomny, idzie do pustego już mieszkania, żeby przypomnieć sobie ten dzwonek, żeby raz jeszcze doświadczyć lodowatych dreszczy wzdłuż kręgosłupa... Pewno, można to ostatecznie tłumaczyć chorobą, lecz mamy i coś lepszego: zabił, a poczytuje siebie za człowieka uczciwego, gardzi ludźmi, paraduje jak biały anioł...










*** Fiodor Dostojewski - Bracia Karamazow - DIABEŁ. ZMORA IWANA FIODOROWICZA

... - Doprawdy, gniewasz się na mnie za to, że nie nawiedziłem cię w czerwonej aureoli, "grzmiąc i błyskając", z osmolonymi skrzydłami, a właśnie zjawiłem się w tak skromnej postaci. Jesteś dotknięty, po pierwsze, w swoim uczuciu estetycznym, a po drugie, w ambicji: jak do tak wielkiego człowieka mógł przyjść taki pospolity diabeł? Nie, w tobie jednak płynie ta romantyczna struga, którą tak wyśmiewał już Bieliński. Cóż robić, młodzieńcze! Ot, zamierzałem, wybierając się do ciebie, zjawić się dla żartu w postaci dymisjonowanego rzeczywistego radcy stanu, który służył na Kaukazie, ma gwiazdę Lwa i Słońca na fraku, ale bałem się naprawdę, że mnie pobijesz za to tylko, że śmiałem przypiąć Lwa i Słońce, a nie przyczepiłem przynajmniej Gwiazdy Polarnej lub Syriusza. A ty wciąż swoje, że jestem głupi.










*** Fiodor Dostojewski - Bracia Karamazow - Legenda o wielkim inkwizytorze

...Czyż natura ludzka tak została stworzona, żeby odrzucić możliwość cudu i w takich strasznych momentach życiowych, momentach zasadniczych, najpoważniejszych i najtrudniejszych duchowych wyborów być zdaną jedynie na decyzje wolnego serca? Tak, wiedziałeś, że Twój bohaterski czyn zostanie utrwalony w księgach, że dotrze w głąb wieków i do ostatnich krańców ziemi, żywiłeś tę nadzieję, że naśladując Ciebie człowiek również zostanie z Bogiem, że nie wybierze, nie będzie domagał się cudu. Nie wiedziałeś natomiast, że ledwo tylko człowiek odrzuci cud, odrzuci też natychmiast Boga, ludzie bowiem szukają nie tyle Boga, ile cudów. A ponieważ człowiek nie jest w stanie obejść się bez cudów, bardzo szybko stworzy sobie nowe, już własne cudowności i zacznie im pokłon oddawać: wierzyć w cudowną moc znachorów czy umiejętności wiejskich czarownic, i to chociażby nie wiem jakim był buntownikiem, heretykiem czy bezbożnikiem.










*** FIODOR DOSTOJEWSKI - BIESY - U TICHONA (Spowiedź Stawrogina)

...W ciągu tych czterech czy pięciu dni, które minęły od tamtego czasu, ani razu nie widziałem jej z bliska, rzeczywiście bardzo zmizerniała. Twarz jakby się jej wydłużyła, a czoło na pewno miała rozpalone. Oczy jej stały się jeszcze większe, patrzyła nimi na mnie nieruchomo, jak mi się początkowo wydawało, z jakąś tępą ciekawością. Siedziałem w kącie kanapy, przyglądałem się jej nie ruszając się z miejsca. Wówczas niespodziewanie poczułem znów przypływ nienawiści. Niezwykle szybko zauważyłem, że się mnie nie boi, co mogło być wywołane gorączką. Jednakże gorączki nie miała. Nagle zaczęła kręcić główką jakby z jakimś wielkim wyrzutem, po czym niespodziewanie podniosła swoją malutką piąstkę i zaczęła mi nią wygrażać. W pierwszej chwili ów gest wydał mi się śmieszny, lecz później stał się nie do zniesienia. Wstałem i zbliżyłem się do niej. Na twarzy jej malowała się rozpacz, której wprost nie można sobie wyobrazić na obliczu dziecka. Wciąż wygrażała mi swoją piąstką i wciąż ruch jej głowy wyrażał wyrzut.










*** Stanisław Cat Mackiewicz - Dostojewski

...Dostojewski czyta swoich Biednych ludzi Grigorowiczowi, także literatowi, swemu byłemu koledze ze szkoły inżynierów, z którym obecnie mieszka razem w jednym mieszkaniu. Teraz następują rozkosze pierwszego tryumfu. Grigorowicz jest zachwycony, biegnie do poety Niekrasowa i u Niekrasowa wobec kilku osób odczytuje rękopis Dostojewskiego. Wszyscy są zachwyceni, olśnieni. Grigorowicz przybiegł do Niekrasowa wieczorem, teraz jest już późna noc, koniec maja czy początek czerwca, czyli że noc jest biała, czytać w pokoju można nie zapalając światła. Grigorowicz powiada: "Dobrych uczynków nie należy odkładać, chodźmy zaraz powinszować Dostojewskiemu." Niekrasow Dostojewskiego nie zna, lecz wraz z Grigorowiczem idą do niego, budzą go, a gdy zmieszany, zdziwiony, zaskoczony siada na łóżku, winszują mu arcydzieła. Potem Niekrasow poszedł do domu, Grigorowicz do łóżka, ale Dostojewski za to wstał z łóżka i długo, długo, do samego ranka chodził po pokoju od ściany do ściany. Przeżywał chwilę powinszowań - od pierwszych słów swoich gości, od chwili, w której zrozumiał, o co chodzi, aż do wyjścia Niekrasowa z pokoju. Gdy kończył to sobie wspominać, to zaczynał od początku. Już dzwoniły na ulicach różne dzwonki, już hałasował ruch uliczny, darli się przekupnie, rozpoczynał się skwar, a Dostojewski wciąż chodził, nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia.










*** Bohdan Urbankowski - "Dostojewski - dramat humanizmów"

...Strachow:
"Podłości pociągały go i przechwalał się nimi. Opowiadał mi Wiskowatow, że chwalił mu się, iż (...) w łaźni maleńką dziewczynkę, którą przyprowadziła mu guwernantka. Charakterystyczne jest przy tym, że przy zwierzęcej pożądliwości nie miał żadnego gustu, nieczuły był na powab i piękno kobiecości."

Grigorowicz:
"...był kiedyś na procesie o zgwałcenie 10-letniego dziecka. Po rozprawie poszedł za dziewczynką - zdziwiony jej dziecinną dorosłością i tym, że wraca sama - zwabił ją do siebie cukierkami i odbył z nią stosunek..."

Fariesow:
"... zwierzał mi się, że uwiódł guwernantkę i namówił ją do przyprowadzenia uczennicy, którą także..."










*** JÓZEF SMAGA - "FIODOR DOSTOJEWSKI - ŻYCIE I TWÓRCZOŚĆ"

...Polskiego czytelnika nieprzyjemnie uderza niechęć Dostojewskiego do naszego narodu. Rzecz należy widzieć w szerszym kontekście, bowiem o "kwestii polskiej" można tu mówić z podobnym uzasadnieniem jak o francuskiej, niemieckiej, angielskiej czy żydowskiej. Niechęć autora Biesów do innych nacji jest konsekwencją bezgranicznej miłości, jaką obdarzył własny naród. Była to miłość absolutna i niepodzielna, dlatego dla innych pozostała najwyżej obojętność, najczęściej jednak - agresywna antypatia. Szczególnie drastyczna jest jego antypatia do Niemców, poświadczona listami z zagranicy, widoczna również w Zbrodni i karze, gdzie wszystkie Niemki (Gertruda Resslich, Amalia Lippewechsel, Daria Francewna, Luiza Iwanowna) to albo osoby już z racji swego narodowego "obciążenia" tępe i głupie, albo bezwzględne, przebiegłe i zdemoralizowane. Niemiec, Niemka to tradycyjnie symbol głupoty, chciwości i arogancji.










*** Natalia Modzelewska - Pisarz i miłość

...Wróćmy do wspomnień pani Awdotii: "W naszym kółku należało wystrzegać się młodych literatów, tych bezlitosnych szyderców, Dostojewski zaś jakby naumyślnie prowokował ich swoją popędliwością i pychą, już samym tonem dając do zrozumienia, jak dalece góruje nad nimi talentem. No i wzięli go na języki... Zwłaszcza Turgieniew umiał wciągać Dostojewskiego do polemiki i doprowadzać do pasji, tak że ten tracił panowanie nad sobą i zaczynał wygadywać bzdurne opinie, które kpiarz potem z lubością rozpowiadał. Dostojewski zrobił się straszliwie podejrzliwy, bo pewien jego przyjaciel powtarzał mu wszystko, co pod jego nieobecność mówiono u nas o nim i o jego powieści... Dostojewski zaczął każdego posądzać, że zazdrości mu talentu, w słowach najzupełniej niewinnych dopatrywał się chęci ubliżania jemu i jego powieści. Przychodził do nas już rozjątrzony, czepiał się każdej okazji, by wylać na swoich krzywdzicieli całą złość, która go zatruwała. Ci z kolei, zamiast okazać wyrozumiałość dla człowieka chorego, przewrażliwionego - wyszydzali go, doprowadzając tym do jeszcze gorszego rozjątrzenia."










*** Ryszard Przybylski - Dostojewski i "przeklęte problemy"

...Za lojalność wobec racjonalistycznej etyki Dostojewski płacił posądzeniem o sceptycyzm religijny. Płacił zresztą chętnie. Tak bardzo zależało mu bowiem na ukazaniu "ciemnych ścieżek'' etyki laickiej, moralności bez Boga. I jeśli prawosławny pozytyw Dostojewskiego łatwo powitać dziś wyrozumiałym uśmiechem, to trudno przejść bez niepokoju i przerażenia obok racjonalistycznego systemu etycznego Raskolnikowa. Zbyt bliski jest on moralności współczesnego dwudziestowiecznego człowieka zarówno tam, gdzie zniewala celnym teoretycznym argumentem, jak też i tam, gdzie ociera się o zbrodnię. Raskolnikow zapoczątkował bowiem epokę "laickiego tragizmu", który stał się jednym z głównych problemów literatury naszego stulecia. W końcu przecież dla wierzących bez wahania w prawdę Objawienia "rachunek Raskolnikowa" nie stanowi istotnego zagadnienia. Jest on udręką ludzi, dla których etyka jest tylko i wyłącznie sprawą rozumu. Dlatego powieść ta stała się księgą rozpaczy dopiero dla tych pokoleń, które zrozumiały i odcierpiały antynomie systemu moralnego bez Boga. I wszystko wskazuje na to, że nadal w każdej epoce powieść ta burzyć będzie naiwne przekonanie, iż laicka etyka jest systemem prostym, radosnym, nie obarczonym ciężarem rozdartych sumień i "przeklętych problemów".















MICKIEWICZ








*** Roman Kaleta - O Ksawerze Deybel

...pamiętnikarska notatka Seweryna Goszczyńskiego z dnia 21 VII 1858 r.: "Wczoraj słyszałem od Łąckiego, że Ksawera (Deybel, a dziś Mainardowa) pisała do Władysława Mickiewicza w tej treści: »Mąż mój jest bez miejsca, jesteśmy w niedostatku, mamy troje dzieci, żądam od ciebie 2000 fr. na wychowanie dziecka twojego ojca«.
Miała ona to dziecię w r. 1847 i rozpuszczono, że ojcem był Mickiewicz; to pewna, że jakiś czas chowało się w domu Mickiewicza"...








*** Bohdan Urbankowski - Xawera czyli Poeta w szponach "demonicznej Żydówki"

...20 maja 1848, pod nieobecność poety, odbyło się zebranie Koła, o którym Chodźko doniósł Mickiewiczowi do Rzymu. Podczas tego zebrania Towiański, rzucał klątwy i groźby na działalność Mickiewicza we Włoszech - Xawera zarzucona takimiż klątwami i groźbami nakłaniana była do wyjścia za mąż za brata Iwanowskiego. Konrad Górski, który pisze o tych scenach w pracy "Mickiewicz - Towiański", komentuje rzecz następująco:
Dochodzimy tu do najprzykrzejszej karty w życiorysie Mickiewicza osłanianej milczeniem przez wielu historyków literatury, rozgłoszonej przez Boya. Chodzi o potomstwo, które Mickiewicz miał spłodzić z Xawerą. Do poszlak, które by ograniczały owe potomstwo do jednej córki, jeszcze wrócimy, a na razie wyprowadźmy jeszcze jeden hipotetyczny wniosek: Xawera widocznie oczekiwała wtedy dziecka, a Towiański dla uniknięcia skandalu kompromitującego grono jego wyznawców, pragnął to dziecko zalegalizować, wydając ją za mąż za Iwanowskiego.









*** Bohdan Urbankowski - Czy Towiański był szpiegiem?

...Przesłane (8/20 stycznia 1842) do szefa III Wydziału wyjaśnienie Mikołaja Kisielowa, charge d'affaires ambasady w Paryżu (nawiasem mówiąc, przyjaciela Mickiewicza z Petersburga), zaskakuje dość lekkim potraktowaniem sprawy. Wynika z niego, iż ambasada została już wcześniej powiadomiona o działalności Towiańskiego, ale nie uważano, by fakty graniczące z obłędem warte były, by zaprzątać nimi uwagę Ministra Imperium.








*** Sławomir Koper - Kobiety w życiu Mickiewicza

...Specyficzną rolę w życiu sekty odgrywały kobiety, a Karolinę Towiańską (żonę mistrza) podejrzewano nawet o kierowanie ruchem. Zygmunt Krasiński zauważył, że pod jej nieobecność Towiański "wracał do dawnego stanu mierności. Ile razy był z nią razem i mieszkał, odzyskiwał swoją potęgę". Krasiński stwierdził nawet, że to "ona wszystko widzi, nie on". Nie mniejszy wpływ na Sprawę wywierała siostra Karoliny - Anna Guttowa. Obie panie były nieustannym źródłem intryg, wygrywając ambicje poszczególnych wyznawców. A u schyłku 1841 roku w Paryżu pojawiła się kolejna kobieta mająca odegrać znaczący wpływ w życiu sekty. Była nią Ksawera Deybel. Jej nazwisko przez dziesiątki lat zakrywała zmowa milczenia. Zadecydowały o tym dzieci wieszcza (szczególnie Władysław Mickiewicz), skutecznie eliminując wszelkie jej ślady z życia ojca. Podobnie postępowali przyjaciele poety, pozwalając, aby imię Ksawery zniknęło z korespondencji i pamiętników. Praktycznie aż do trzeciej dekady ubiegłego stulecia nazwisko Deybel znali tylko najlepsi znawcy epoki, ale nawet oni wspominali o Ksawerze wyłącznie w prywatnych rozmowach. Dopiero Tadeusz Boy-Żeleński oficjalnie przypomniał o jej istnieniu (Brązownicy), czego do dzisiaj nie potrafią mu wybaczyć bardziej pruderyjni badacze.








*** Manula Kalicka - Mickiewicz Adam nie odmawiał
Polityka - 2009-12-19

...Całą tę włoską sielankę zakłóca wybuch powstania listopadowego. Wieszcz narodowy powinien walczyć. Mickiewicz chce niby jechać do powstania. Jedzie. Długo. Zwiedzając po drodze, oglądając kaskady, podziwiając Rafaela. Dojeżdża. Ale nie do Polski - do Paryża. I znowu niby jedzie, jednak jakoś bez przekonania. Ciągle coś mu przeszkadza... To ma wieźć broń, to chcą mu jakąś misję powierzyć. Może zatrzymują, by go ocalić? Nie wiemy. W końcu jednak rusza. Dojeżdża do Wielkiego Księstwa Poznańskiego - ale właśnie zamknięto granice tak szczelnie, że ani się przedostać. Próbuje, ale bez rezultatu. Czekając na zmianę sytuacji, wędruje po okolicznych dworach, wszędzie witany, fetowany. Spotyka się ze swoim bratem, rannym w powstaniu, i uwodzi kobiety. Wiele kobiet. Najważniejszą z nich była Konstancja Łubieńska, bardzo piękna, oczywiście mężatka, matka pięciorga dzieci, kobieta niewątpliwie z klasą. Konstancja zakochuje się, chce rzucać męża, z dużym trudem udaje się jej to wyperswadować. Jak ślicznie napisał o tym Łubieński: "Łubieńska chciała dla niego poświęcić wszystko, on nie miał nic dla niej do poświęcenia poza sobą. A siebie było mu trochę szkoda...".








*** Jan Walc - Architekt arki - IMPERIUM KONTRATAKUJE

...I oto ów romantyczny kochanek, który w swojej przedrosyjskiej karierze zdołał raz zakochać się nieszczęśliwie i raz uwieść żonę prowincjonalnego doktora, zanudzoną na śmierć kowieńską codziennością, ląduje z wyroku Nowosilcowa w samym środku odeskiego karnawału. O najgłośniejszej kochance Mickiewicza z tego okresu tak pisze Ksawery Pruszyński: Może więcej znaczyło, że była Rzewuska de domo, wnuczka hetmana targowickiego, siostra Henryka Rzewuskiego, niebawem autora "Listopada" i "Pamiątek Soplicy", no i pani Hańskiej, słynnej pani Hańskiej, w której miał zakochać się aż do ślubu Balzac. Rzewuscy byli w starej Polsce arystokracją najbłękitniejszą, magnaterią całą gębą, wobec których wszelakie hrabiny Sobańskie, nie mówiąc już o Puttkamerowych i zgoła nie wspominając o zacnych Wereszczakach, miały się jak sroki do pawi.








*** Rzym koło Nowogródka - z Tomaszem Łubieńskim rozmawia Paweł Goźliński (Adam Mickiewicz)
Gazeta Wyborcza - 16/10/1998

...Jedna z uczestniczek moich zajęć na Uniwersytecie Warszawskim napisała przekonującą pracę na temat motywów kabalistycznych w "Dziadach". Ale do zrobienia takiej interpretacji matka Mickiewicza nie jest w ogóle potrzebna. Jeżeli jej przodkowie byli frankistami, to co z tego ma wynikać? Barbara Mickiewiczowa była katoliczką, bardzo głęboko wierzącą. Zresztą i tak nie ma i nie będzie bezpośrednich dowodów na jej frankistowskie pochodzenie. Owszem, żyli na Litwie Majewscy - frankiści, ale nie wiadomo, czy oni w ogóle byli krewnymi Barbary. Mnie się wydaje, że nie. Matka Mickiewicza była po prostu córką ekonoma, zaś frankiści to byli jednak zwykle ludzie wykształceni, materialnie dobrze sytuowani.










 

GOMBROWICZ







*** Joanna Siedlecka - Jaśnie panicz (młodość Witolda Gombrowicza)

...Wymyślali sobie od ciemnych sług i jaśnie panów. A bywało - rzucała w niego poduszką albo czymś, co akurat wpadło pod rękę. Gonił ją wtedy, gdy złapał - bili się, szarpali, kuksali. Choć powtarzał zawsze, że gdy sługa podniesie rękę na swego pana - ręka jej uschnie, pan natomiast straci przez to dotknięcie swoją błękitną krew. Przepadnie jego wyższość. Pobili się na przykład, gdy wyszło na jaw, że czekoladki, którymi ją poczęstował, okazały się środkiem przeczyszczającym! I żeby to jeszcze zachował się tak tylko wobec niej. Nie ukrywał jednak, że poczęstował nimi znajome panienki od Platerówny, z którymi wybrał się na spacer do Ogrodu Saskiego. Doszły tylko do Placu Piłsudskiego...










*** Agnieszka Stawiarska - Życie uczuciowo-erotyczne Witolda Gombrowicza

...W wyznaniu Gombrowicza uczynionym w Testamencie uderzają słowa: "dziewki najniższej kategorii - ale nie prostytutki". Co to oznacza? Prawdopodobnie to, że bohaterkami przygodnych "spięć" były kobiety brzydkie, nieatrakcyjne. Tylko ich się nie bał. Obsesja na punkcie brzydoty fizycznej pojawia się z ogromną częstotliwością w jego utworach. Katasia z Kosmosu - kobieta ze zdeformowaną wargą, jest chyba najbardziej uderzającym przykładem. Kępiński przytacza we wspomnieniach opowieść przyjaciela o erotycznej przygodzie w ziemiańskim dworze z jakąś panienką brzydką, a nawet odrażającą.
Motyw rozpaczliwego, pokątnego uwodzenia "sług do wszystkiego", które zresztą z reguły nie dochodzi do skutku, stał się kanwą młodzieńczego opowiadania Na kuchennych schodach. Bohater tego opowiadania, Filip, jest wytwornym urzędnikiem MSZ, subtelnym i słabym młodzieńcem. Ponieważ wstydzi się swych dziwnych skłonności, żeni się z kobietą "stanowiącą zupełne antidotum sługi". Ale obcując z nią, ma wrażenie, że przebywa stale we "wrogiej, oziębłej krainie". Sługi zaś wzruszają go swą naturalnością, abnegacją, zwierzęcą prostotą. "Idzie, poruszając siedzeniem, stawia niemrawo grube, krótkie łydy, gołe w lecie, a zimą w grubej, białej, bawełnianej pończosze". Filip ma ogromne trudności z nawiązaniem z nimi kontaktu. Budzi nieufność, "prymitywną dumę" albo wręcz wesołość prostych kobiet - jest bowiem lękliwy i nerwowy. "Musiało być we mnie coś podjudzającego, co działało jak czerwona płachta na ich organ śmiechu".



 

Nieodgadnioną wciąż zagadką jest kwestia, co WG robił przez pierwsze lata w Argentynie, z czego żył? Podobno głodował... Kilka lat później dostał posadę w banku, jeszcze później nabył maszynę do wyrobu plastikowych duperelków - wytwarzał figurki Jezusa i Maryji, i z tego żył. Ale jak żył w Argentynie zaraz po 1939?

Odpowiedź daje nam książka Reinaldo Arenasa "Zanim zapadnie noc. Autobiografia" wydana w Polsce w 2004. W polskiej wersji książki czytamy, iż dwaj emigranci Virgilio i Witold: zostali przyjaciółmi i kompanami w podrywie i przygodach erotycznych.

Na tym kończą się, w polskim wydaniu aluzje w kwestii erotycznych przygód Gombrowicza w Argentynie. W wydaniu angielskim książki Arenasa jednak czytamy: Gombrowicz, jak powiadał Virgilio, był wtedy bardzo przystojny; żeby przeżyć, został męską prostytutką w buenosajreńskich łaźniach, gdzie pozwalał się pieprzyć za parę groszy.

I dalej: Wedle Virgilia jego polski przyjaciel trafił kiedyś na Argentyńczyka z ogromnym penisem; człowiek ów zapłacił z góry i zdecydowanie chciał Witolda wypieprzyć - i tak oczywiście zrobił. Ale, mówił Virgilio, uszkodził odbyt Gombrowicza w takim stopniu, że Witold wrócił do domu bardzo krwawiąc. Virgilio napełnił wannę ciepłą wodą, rozebrał przyjaciela, i pomógł mu wejść do wanny, żeby złagodzić ból. Jak twierdził Virgilio, Gombrowicz spędził w wannie dwa dni, aż jego rana zaczęła się goić.

Reżyser Franco de Peńa twierdził, że wśród argentyńskich przyjaciół WG krążyła pogłoska o zbiorowym gwałcie, jakiego ofiarą padł nasz pisarz na wycieczce w portowej dzielnicy...  

Najbardziej znanym w kulturze polskiej przykładem cenzurowania relacji i dokumentów jest działalność syna wielkiego Adama - Władysława Mickiewicza. Wyśmiewane przez Boya brązownictwo dotyczyło jednak Wieszcza, architekta narodowej arki. Aż tu nagle, po ponad 100 latach podobne cenzorskie zabiegi zastosowano wobec pisarza ciężko pracującego całe życie by ową arkę zdekonstruować. Wieszcz czy anty-Wieszcz, każdy Wielki staje się w Polsce Mistrzem Wielkim Polskim Geniuszem Gombrowiczem Głośnym z "Transatlantyku", którym można się pochwalić całemu światu. Casus biografii Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego, która została zaatakowana przez przedstawicieli pokolenia gombrowiczowskiego, ludzi wychowanych na książkach WG dowodzi, że reguły rządzące polską mentalnością pozostają równie archaiczne jak w wieku XIX.

Trzeba wskazać palcem - za ocenzurowanie drastycznego akapitu z książki Arenasa odpowiada tłumaczka Urszula Kropiwiec i wydawnictwo Świat Literacki. Ciekawe jednak, co by było, gdyby i tłumaczka i wydawnictwo zaryzykowało publikację drastycznego fragmentu? Zapewne odbyłby się zwykły seans potępienia, może nawet sam arcybiskup Życiński rozkwiczałby się moralnie: nikczemny atak, haniebna podłość, łajdacka nikczemność, obyczajowa dzika lustracja w wykonaniu ludzi małych itd. itp.

Nie ma chyba drugiego kraju, gdzie istniałaby taka przepaść między tym co publiczne a tym co prywatne.

 









*** Magdalena Miecznicka - Wzajemne nienawiści pisarzy
Dziennik - 11 kwietnia 2009

...Za komuny nienawiści o podłożu politycznym były tłumione nie przez dobry obyczaj, lecz zwyczajnie przez cenzurę. Stanisław Dygat pozostawał w bliskiej przyjaźni z Tadeuszem Konwickim, z którym codziennie wymieniał złośliwości na temat kolegów, których oceniał jako koniunkturalistów. Siłą rzeczy uwagi te nie mogły mieć szerszej publiczności. Co prawda, jak się później okazało, miały - bo spisywali je panowie z SB, która podsłuchiwała pisarzy. Oto próbki z wypowiedzi Dygata przytoczone przez Joannę Siedlecką w książce "Kryptonim »Liryka«. Bezpieka wobec literatów": "Iwaszkiewicz i Andrzejewski są nie tylko świadectwem rozpaczliwie niskiego poziomu literatury, ale też myślenia w tym kraju", "Cenzura zabroniła oddania »Miazgi« do druku. Bardzo słusznie, bo to jedna wielka grafomania", "Kisiel to cymbał, grafoman bez odrobiny talentu, a w muzyce jeszcze gorszy", "Adolf Rudnicki to grafoman, zarozumialec, dostał się do literatury tylko dzięki partii i rządowi", no i jeszcze: "Kazimierz Kutz jest cwaniakiem i karierowiczem". "Ale i ich zażyłość została narażona na szwank przez »Kalendarz i klepsydrę«, w której to książce Konwicki przedstawił zachwycający, lecz złośliwy portret przyjaciela. Dygat się obraził i już się nie odzywał" - wspomina Jerzy Pilch.














IWASZKIEWICZ







*** Jarosław Iwaszkiewicz - Dzienniki 1911-1955

...Wczoraj przy kolacji w hotelu Moskwa mieliśmy kłopot. Chociaż nie było jeszcze późno, nic już w kuchni nie było z potraw widniejących na karcie. Władysław G. upierał się, żeby dostać antrykot, ale antrykotu nie było. Kelner powiedział nam, że jest tylko antrykot z kury. Kazaliśmy sobie więc dać po antrykocie.

Czekaliśmy dość długo. Po chwili takiego czekania towarzysz W. powiedział:

- Ciekawy jestem, jak może wyglądać antrykot z kury? Jak można zrobić antrykot z kury? To musi być bardzo małe?

Na tym opowiadanie powinno się skończyć. Wróciwszy do numeru hotelowego, chciałem tylko zanotować w dzienniku:

"Kto nie wie, jak wygląda antrykot z kury, nie może rządzić państwem".

Ale po namyśle powstrzymałem się. To byłoby zbyt snobistyczne. Wydawałoby [się], że jest w tym pogarda dla nowych ludzi, ale tu bynajmniej pogardy nie ma.



Niezwykły incydent z antrykotem czyli z: mięsem z kością z przedniej górnej części tuszy wołowej lub cielęcej; płat tego mięsa; także: surowy lub smażony kawałek tego mięsa.

Iwaszkiewicz funkcjonuje latami w systemie stalinowskim jako urzędowy literat, pomija milczeniem represje, tortury. Pierwszym wpisem w "Dzienniku" kiedy dystansuje się do PRL jest scena z antrykotem. Dygnitarz komunistyczny nie wie, co to antrykot z kury! Jakże to bolesne dla Iwachy!!!

Przypadek Iwaszkiewicza to dziwaczne połączenie wyrafinowania artystycznego z instynktownym konformizmem, przekonaniem, iż rolą artysty jest znalezienie "mecenasa", kimkolwiek by on był. Przed wojną służba dla sanacji, po wojnie PRL-owi. W świetle "Dziennika" zupełnie śmieszne są miłoszowe dywagacje o "heglowskim ukąszeniu". Tu mamy po prostu wygodne życie, wdzięczność za wysokie nakłady, za wyjazdy zagraniczne, za wreszcie zaspokojoną pychę pisarską...





*** Jarosław Iwaszkiewicz - Dzienniki 1956-1963

...Do Bieruta miałem zawsze wielkie zaufanie - i przykro mi było, że w ostatnich latach wycofał się jak gdyby od kontaktów z nami, pracownikami kultury. Wierzyłem mu bardzo. Śmierć jego sprawiła na mnie bardzo silne wrażenie, pogrzeb - wspaniały. Te tłumy, które przesuwały się przed trumną, tłumy prawdziwego, do dziś cierpiącego proletariatu, dla którego on był symbolem i nadzieją. Zamęt w kraju po jego śmierci ogromny i nikt nie ma jego autorytetu. Żaden Korboński nie zasmaruje jego rozwagi i mądrości. Mogą na niego zwalać wszystko jak na Stalina - mój osobisty stosunek do niego, bardzo osobisty, nigdy się nie zmieni. Myślę, że nie bez racji trumna jego była przykryta narodowym sztandarem.












*** Iwaszkiewicz - Artysta, działacz, pan

...O dorobku i postawie Iwaszkiewicza dyskutowali na łamach marcowego numeru paryskiej "Kultury" Konstanty Jeleński i Gustaw Herling-Grudziński. Obaj zgodzili się co do roli Stawiska w czasie okupacji, ale później już się różnili. Jeleński w tym dwugłosie Iwaszkiewicza bronił, Herling raczej atakował, wspominał na przykład, jak to Iwaszkiewicz "na jakimś penklubowym kongresie, jeszcze w czasach stalinizmu; natychmiast po przywitaniu oświadczył w obecności pozostałych członków delegacji polskiej, że widywanie się ze mną jest niedopuszczalne". Z ust Herlinga padały określenia, które przylgnęły do Iwaszkiewicza na długo: "serwilizm", "naturalny instynkt dworzanina", "filozofia mandaryna". Herling wyjaśniał, na czym miałby polegać "naturalny instynkt dworzanina": "zasmakował stopniowo w swoich tytułach, dostojeństwach i godnościach, [...] z dumą obnosił swoje ordery, [...] przechwalał się, iż Gierek zabrał go ze sobą do Breżniewa". W sumie więc rola Iwaszkiewicza, tak to oceniał Herling, polegała na "użyczeniu pewnego kulturalnego splendoru nowemu ustrojowi".









*** Krzysztof Tomasik - PIERWSZY HOMOSEKSUALISTA PRL-U

...Jeszcze przed śmiercią pisarza pogląd na jego działalność wyrabiały sobie kolejne osoby: Gustaw Herling-Grudziński widział w nim zdrajcę, Czesław Miłosz oportunistę, a Kot Jeleński Konrada Wallenroda. Natomiast Zygmunt Mycielski eksponował w swoich zapiskach kwestię łapczywości na wszelkie zaszczyty i funkcje: "Jarosławowi zawsze mało. Chciałby mieć Nagrodę Nobla. Chciałby być ekscelencją, ministrem, ambasadorem, dostać jeszcze dużo orderów. W końcu nie on jeden. Znałem wielu takich. Nie wystarczy mu, że napisał dużo bardzo pięknych wierszy, że JEST poetą" (30 VII 1978). Jednocześnie Iwaszkiewicz jest też polskim pisarzem najsilniej utożsamianym z homoseksualizmem, ta kwestia pojawiała się w związku z nim częściej niż w przypadku innych twórców. I to zarówno w międzywojniu, jak i później. Powstawały nawet na ten temat dowcipy, różne wersje jednego z nich przypominali sobie po latach Mieczysław Grydzewski i Jan Lechoń: "Historię z Jarosławem znam w innej wersji. Jadą samochodem. Szofer zatrzymuje się. Co się stało? - pyta Jarosław. Przejechało chłopca - odpowiada szofer. A czy ładny? - pyta Jarosław" (2 IX 1950).









*** JAN WALC - Mefisto z kwiatem glicynii

...W przeciwieństwie do grupy kolegów z kawiarni "Pod Picadorem", pisma Pro arte et studio, a później Skamandra, Jarosław Iwaszkiewicz nie zdobył sobie szczególnej popularności ani powodzenia swoimi tekstami literackimi, co rzucało się szczególnie w oczy na tle błyskotliwych karier pozostałych skamandrytów. Któryś z nich rzucił później bonmot: w Skamandrze było nas czterech i Jarosław Iwaszkiewicz, jak to piąte koło u woza. W pisanych później wspomnieniach żali się Iwaszkiewicz niejednokrotnie, że na skutek złośliwych plotek rozpowszechnianych przez Lechonia i Słonimskiego był przez lata uważany za osobnika pozbawionego inteligencji i talentu. W tej sytuacji - iście wzorem balzakowskich bohaterów - postanowił Iwaszkiewicz ufundować swoją karierę na starannie zaplanowanym małżeństwie, żeniąc się w roku 1922 z Anną Lilpopówną, córką i dziedziczką Stanisława Lilpopa, jednego z najbogatszych fabrykantów warszawskich. Kiedy kilkanaście lat później Anna Iwaszkiewiczowa dziedziczyła majątek po swoim ojcu - wyceniano go w milionach dolarów. Cena, za którą gotów był sprzedawać się Lucjan de Rubempre, została poważnie przebita.









*** ANDRZEJ KRAJEWSKI - Mieszkanie, papier, czasem mały samochodzik - JAROSŁAW IWASZKIEWICZ I WŁADZA LUDOWA
Rzeczpospolita - 25.05.2002

...Wielkie ambicje prezesa ZLP dostrzegał Leszek Prorok. Jego zdaniem Iwaszkiewicz nie mógł darować Jerzemu Andrzejewskiemu udziału w tworzeniu KOR, ponieważ usłyszał pogłoski, iż represje przeciw autorowi "Popiołu i diamentu" pomogą mu zdobyć Nagrodę Nobla. A była to jedyna rzecz, której zawsze pragnął i której nigdy nie otrzymał. Jak wielkie było to marzenie, świadczy reakcja odnotowana przez Tadeusza Kwiatkowskiego, gdy władze ZSRR przyznały prezesowi ZLP w roku 1969 Leninowską Nagrodę Pokoju. "Nie mogę odmówić, ale spadło to na mnie jak nieszczęście" - skarżył się autor "Sławy i chwały", uważał bowiem, iż moskiewskie zaszczyty osłabiają jego szansę na Nobla.














*** Bohdan Korzeniewski - Książki i ludzie

...Z upływem wielu lat nie zatarło się we mnie uczucie żałości, jakiego wówczas doznałem. Nie było ono ani litością, która się rodzi na widok cudzego upośledzenia, a więc i własnej wyższości, ani nawet zwyczajną ludzką solidarnością we wspólnej niedoli. Z mojej żałości, dokuczliwej jak tępy ból, przebijało zdumienie, że los dla wielu ludzi na ziemi bywa zawsze jednakowo bezlitosny. Nie chce zelżyć swojej srogiej ręki nawet wtedy, kiedy zmienia się historia. Zastępuje bowiem jednych ciemiężycieli innymi. Jeszcze bardziej pozbawionymi miłosierdzia.







*** MAŁGORZATA SZEJNERT - Sława i Infamia - ROZMOWA Z BOHDANEM KORZENIEWSKIM - cz. 1

...Pod koniec 1940 roku zaczęły docierać do Warszawy te straszne wieści o "Heimkehrze". Donoszono mi, że na Kurpiach, w Myszyńcu i koło Myszyńca, dzieją się jakieś dziwne rzeczy, że pojawiły się tam oddziały wojska polskiego i polska policja w pełnym uzbrojeniu. Że te oddziały napadają na polskie wsie, łapią mieszkańców, strzelają do nich, biją na oczach rodzin, wpychają do eleganckich samochodów wojskowych i wywożą w nieznanym kierunku. I że to się filmuje. Tak, strzelano, podpalano, bito. Wszystko to było prawdziwe. Robiono w ten sposób film propagandowy służący Niemcom. To były sekwencje ukazujące okrucieństwo Polaków wobec Niemców wołyńskich. Statyści byli darmowi i nie wiedzieli nawet, że są statystami. Akcja filmu toczyła się w 1939 roku. Miała odpowiednio usposabiać do Polaków Niemców przebywających w Polsce. Zaangażowano bardzo dobrą austriacką aktorkę Paulę Wessely. Dano jej rolę anielskiej córki niemieckiego lekarza, społecznika, który leczy chłopów za darmo. Dobrzy, bezinteresowni, serdeczni ludzie. Ale burmistrz wołyńskiego miasteczka urządza prowokację, podburzona ludność napada na dom dobroczyńcy, kamienuje, przyjeżdża polska policja, następują rozprawy z poczciwą ludnością niemiecką, dantejskie sceny. Biedaczka Wessely czołga się po podłodze i widzimy podkuty but wymierzony w jej twarz. Naprawdę straszne jest jednak to, że ten but tkwi na nodze polskiego aktora, Józefa Kondrata, który zaangażował się do tego filmu.







*** MAŁGORZATA SZEJNERT - Sława i Infamia - ROZMOWA Z BOHDANEM KORZENIEWSKIM - cz. 2

...W Narodowym szło od lat "Wesele" w reżyserii Hanuszkiewicza. W roli Żyda występował Janusz Kłosiński, dobry aktor, którego lubiłem. Karny członek partii. Więc kiedy władze potrzebowały aktora, który poparłby w telewizji decyzję o stanie wojennym, zaproponowały to jemu. Zgodził się, nie przewidział, że skazuje się na śmierć aktorską. Gdyby dopisała mu wyobraźnia, pewnie by tego nie zrobił, bo lubił grać. Więc był tym karczmarzem w "Weselu". Niewielka rola, bardzo dla publiczności niewygodna. Widownia wyraźnie się obawiała, że manifestacja przeciw aktorowi, który gra Żyda, może być wzięta za antysemityzm. A po różnych polskich doświadczeniach nikt tego nie chciał. Czułem fizycznie ten moment wahania. Ktoś się jednak zdecydował i zaklaskał, przełamując to zawieszenie. Kłosiński zmartwiał. Był ledwie przytomny. Zagłuszono go całkowicie. Spotkaliśmy się oczami. Siedziałem bardzo blisko, w drugim rzędzie.














*** Komedianci. Rzecz o bojkocie

...- I to przy okazji tego spektaklu wydarzyło się coś, czego dawniej w teatrach nie było. Wyklaskiwanie. U Ciebie było po raz pierwszy - to też historia. Wiem, że miało to swoją drugą stronę medalu. Czy nie można było jakoś tego aktora ochronić?

- Wszyscy, cały zespół, mieliśmy taki odruch, bo to było okrutne. Cały zespół z tyłu sceny, bo "Wesele" szło na obrotówce i widzieliśmy, jak przy tym morderczym klaskaniu, wraz z Bogu ducha winnym Janczarem w roli Czepca, wykrzykiwali swoje kwestie coraz głośniej. Kiedy dobrnęli do końca, Janczar, nieprzytomny, uciekł za kulisy, a Kłosiński został i... czekał na drugie wejście. Zobaczyłem jego twarz i przestraszyłem się. Był blady jak trup i twarz mu się dosłownie rozeszła. W odruchu obronnym zaproponowałem, że następne wejście opuścimy. Ale on powiedział: "Nie, jestem zawodowcem". I wszedł znów pod pręgierz, a kiedy zszedł, podałem mu rękę, choć, oczywiście nie pochwalałem jego wypowiedzi w telewizji. Nie wiem, czy to zauważył, był nieprzytomny. A gdyby umarł? Jako aktor umarł właśnie wtedy i nie raz myślałem, że ten człowiek zapłacił niewspółmierną cenę.














*** Fałszywy mag świątyni teatru - rozmowa z Krystianem Lupą (Jerzy Grotowski)
Dziennik - 4 kwietnia 2009

...Kiedy studiowałem w łódzkiej filmówce, mój przyjaciel opowiedział o swoich wrażeniach ze spotkania z Grotowskim podczas jakiejś dyskusji otwartej. Po powrocie z Indii wszedł właśnie w swój okres hipisowski. Mówił bardzo cicho, w zgodzie z manierą najbardziej zaawansowanych i wykształconych hipisowskich guru. Ten antyekspresyjny sposób bycia miał oddziaływać na publiczność następująco: jeśli pragniesz się czegoś dowiedzieć, weź to sam ze mnie. To po co w ogóle rozmowa? Uściśnijmy sobie ręce, dotknijmy się, pozbądźmy się wzajemnych podejrzeń. Moja nieufność wobec Grotowskiego zaczęła się, jak widać, od motywów powierzchownych. Przeszkadzał mi ów wielki wysiłek, jaki wkładał w kreowanie swojego image’u. Grotowski nigdy mnie nie przekonywał jako człowiek. Bodaj w filmie "Pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki" widziałem zapis jego wypowiedzi. Paląc papierosa, opowiadał o swojej metodzie. Była to ekspresja kogoś skupionego bardziej na sobie niż na swoich myślach. Mało tego, odczuwałem jakąś pogardliwą wrogość do potencjalnego adresata, ton kogoś "obsesyjnie niedocenionego", ton w jakim wypowiadamy zdanie: "Czy pan wie, kto ja jestem?".











*** Jerzy STUHR - Grotowski i apostołowie

...Ryszard Cieślak wziął grupę po mnie i prowadził jakieś zajęcia. Po pół roku mogłem przyjechać. Spotykam tę moją grupę, chcę kontynuować przerwane zajęcia. Patrzę na nich, a to jest piętnaście kompletnie rozregulowanych osobowości. Z jednej strony, mają zalążki podstaw, jakie im dałem - najprostszych kroków, logiki każdego gestu - a z drugiej - widać, że osiągnęli pseudowyzwolenie wewnętrzne - w dziewięćdziesięciu procentach ocierające się o histerię sceniczną i skrajny ekshibicjonizm. Byli jak rozregulowane zegarki, które coś pokazują, mają jakiś mechanizm, ale pozbawione są dyscypliny. Pytam się: "Dzieci, co wyście robili?". Oni: "Cudowne rzeczy na łące, z miednicą z winem na środku". Ryszard kazał im całą noc leżeć na golasa na trawie, a na środku postawił miednicę z winem. Całą noc mieli się czołgać do tej miednicy, żeby się punktualnie o piątej rano razem napić. Zgranie tego wszystkiego wymagało niemałego wysiłku i precyzji. Łąka miała 600-700 metrów.














*** Eustachy Rylski - ARINA TIMOFIEJEWNA

...Noc w lesie nie musi być miła, trzeba gdzieś przycupnąć. Jermołaj zaproponował niedaleki młyn. Pokazał się parobek, zawołał gospodarza. Młynarz, mężczyzna wielki, brzuchaty, o byczym karku i dłoniach jak bochny chleba, najstraszniejszy rodzaj rosyjskiego chama, wolny chłop, który się dorobił, proponuje nocleg w chacie. Pan wybiera bróg nad rzeką, prosi o słomę, jedzenie, samowar. Zjawia się żona młynarza Arina Timofiejewna, już nie młoda jak na tamte czasy, tuż po trzydziestce, wysoka, szczupła, krucha, zgrabna ze śladami wielkiej urody na wschodniej twarzy. Jermołaj ją zagaduje o to, o tamto, czy wódki by nie wyniosła, ogórków, kiszonych rydzów. Arina spełnia prośbę, a potem przysiada na wiązce słomy, opiera łokcie na kolanach, ujmuje twarz w dłonie i zastyga w smutku i wzniosłości. Zadaje pytania, odpowiada, jest spokojna, uprzejma, oględna, pogodzona z losem i ze sobą samą, absolutnie samotna wobec wsi, męża, młyna, Rosji i tych dwóch przypadkowych wędrowców, którzy o świcie odejdą.














*** Maksym Gorki - Moje uniwersytety

...Filolog ów czytał książki nawet na ulicy: idzie chodnikiem, zasłoni twarz książką i potrąca ludzi. Zwalony z nóg przez tyfus głodowy, leżąc w gorączce na poddaszu, krzyczał:

- W moralności powinny być harmonijnie stopione elementy wolności i przymusu - harmonijnie, har-har-harm...

Wrażliwy, na wpół chory wskutek chronicznego niedojadania, wyczerpany uporczywym poszukiwaniem niewzruszonej prawdy, nie miał żadnej radości życia prócz czytania książek i kiedy wydawało mi się, że pogodził sprzeczności dwóch tęgich umysłów, jego miłe, ciemne oczy zapalały się dziecinnym, szczęśliwym uśmiechem. W jakieś dziesięć lat od czasu mojego pobytu w Kazaniu spotkałem go w Charkowie; po powrocie z Kemu, gdzie przebywał pięć lat na zesłaniu, znów studiował na uniwersytecie. Wydawało mi się, że żyje on w mrowisku sprzecznych myśli; pożerany przez gruźlicę, próbował pogodzić Nietzschego z Marksem; chwytając mnie za ręce zimnymi, lepkimi palcami, pluł krwią i charczał:

- Nie sposób żyć bez syntezy!

Umarł w tramwaju w drodze na uniwersytet.










*** MAKSYM GORKI - ROSYJSKIE OKRUCIEŃSTWO

...Wydaje mi się, że najbardziej jaskrawą cechą moskiewskiego narodowego charakteru jest właśnie okrucieństwo, tak jak humor - angielską. To specyficzne okrucieństwo - to jednocześnie wymyślona z zimną krwią miara dla określenia wytrwałości i oporu w cierpieniu, jakie może osiągnąć człowiek; swego rodzaju próba życiowej siły. Najciekawszą cechą rosyjskiego okrucieństwa jest jego diabelska finezja, powiedziałbym, wyszukana estetyka. Nie sądzę, by te osobliwości można objaśnić takimi słowami jak "psychoza", "sadyzm" lub podobnymi. W istocie rzeczy niczego one nie wyjaśniają. Następstwo alkoholizmu? - Jednak nie myślę, żeby rosyjski lud był mocniej zatruty alkoholem niż inne narody europejskie. Chociaż trzeba przyznać, że wpływ alkoholu na psychikę Rosjanina jest szczególnie fatalny, gdyż lud nasz odżywia się gorzej niż inne. Mówię tutaj nie o okrucieństwie, które pojawia się sporadycznie, jako wybuch chorej bądź perwersyjnej duszy. To wyjątki, które zajmą lekarza-psychiatrę: mówię tutaj o masowej psychologii, o duszy narodu, o zbiorowym okrucieństwie.










*** NINA BERBEROWA - Maksym Gorki

...Już pierwszego wieczoru spędzonego u Gorkiego zrozumiałam, że ten człowiek należy do innej części inteligencji niż ludzie, których znałam dotychczas.

Czy lubi Gogola? Hmm, tak, oczywiście... ale lubi także Jełpatiewskiego - obu uważa za "realistów" i dlatego obaj są porównywalni i można jednego z nich przedkładać nad drugiego. Czy lubi Dostojewskiego? Nie, nienawidzi Dostojewskiego. Powiedział mi to pierwszego wieczoru naszej znajomości i powtarzał potem wielokrotnie.

- Czy pani czytała Ogurcowa? - zapytał mnie też wtedy. Nie, nie czytałam Ogurcowa. Oczy mu zwilgotniały: wiele się podówczas po Ogurcowie spodziewał. Tajemniczego Ogurcowa nigdy nie przeczytałam.










*** Sylwia Frołow - Mistrz i dyktatorzy

...Nowy dyktator, Józef Stalin, właśnie rozpoczyna nowe porządki. Jak sam twierdzi: w imię leninowskich zasad. Najpierw pozbywa się rywala, czyli Lwa Trockiego, zmuszając go do emigracji (w 1928 roku). Potem każe rozstrzelać czekistę Jakowa Blumkina, który ośmielił się spotkać z wygnańcem (w 1929 roku). Po czym zaczyna się właściwy prolog - walka z tak zwanym szkodnictwem. Pierwszą w tej walce jest "sprawa szachtyńska", czyli wykrycie organizacji kontrrewolucyjnej burżuazyjnych specjalistów w Donbasie, oskarżonych o uprawianie szkodnictwa społecznego. Drugą "sprawa Partii Przemysłowej", czyli Związku Organizacji Inżynierów - głównego ośrodka szkodnictwa gospodarczego. Trzecią rozpracowanie Chłopskiej Partii Pracy - jako największego szkodnika w rolnictwie. W obronie inżynierów odzywają się ludzie ze świata. Pod protestem widnieją nazwiska takich sław jak Albert Einstein i Tomasz Mann. Reaguje także mistrz... Czy pisze protestacyjny list do kremlowskiego dyktatora? Ależ skąd! Bez pardonu odpowiada w liście otwartym protestującym sławom: "władza robotnicza i chłopska zabija swoich wrogów jak wszy". Koniec, kropka.













LITERACKIE POKOLENIE "bruLionu"




dziś prawie nikt o tym zjawisku nie pamięta, ale wydaje mi się, że warto przypomnieć, albowiem wynikają pewne istotne konkluzje:

dla MEDIÓW - podatne są one na różne "kulturalne" mody i potrafią je rozdmuchać do niepojętych rozmiarów. Kto dziś bowiem pamięta, że poeci Świetlicki i Podsiadło byli nadzieją na nowych Skamandrytów Polski lat 90-tych?

dla Młodocianych Twórców - lubią oni kreować swą twórczość na zasadzie skandalu i pławią się w blasku fleszy. Ale po paru latach mocno są zdumieni wegetacją na śmietniku, co budzi w nich jakże słuszną frustrację i przekonanie o spiskowej teorii dziejów. Oj pani Masłowska, trzeba uważać!







*** Krzysztof Varga i Paweł Dunin-Wąsowicz - "Parnas Bis. Słownik literatury polskiej urodzonej po 1960 roku"
Gazeta Wyborcza - 1995.11.10

...To życie w bruździe, wymykanie się rozpoznaniom krytycznym i ocenom, jest jednym z powodów, dla których bardzo trudno jest porównać dokonania młodej literatury z twórczością pisarzy starszych generacji. Ale pytanie, czy lepsza jest Gretkowska czy Andrzejewski (albo jeszcze lepiej, bo i takie pytanie mi kiedyś postawiono: Świetlicki czy Szekspir) jest absurdalne także z jeszcze jednego powodu. Otóż, jak dotąd, pokolenie "bruLionu" nie ujawniło ambicji na nieśmiertelność (a publiczne oświadczenie jednej z młodych pisarek, że należy jej się Nobel, do dziś jest przedmiotem żartów wśród rówieśników).

Czyżby Manuela taka ambitna?

 

 







*** Fragmenty książki Jarosława Klejnockiego i Jerzego Sosnowskiego "Chwilowe zawieszenie broni. Zarys twórczości tzw. pokolenia "bruLionu" (1986-1996)"
Gazeta Wyborcza - 1996.16.10

Opisany jest tu kontekst wystąpienia "bruLionu" - potworne znudzenie Obywatelską Troską, jaką wykazywać musieli artyści w latach 80-tych. "bruLionowcy" mieli być powtórką tych, co wiosną nie Polskę, lecz wiosnę ujrzeli.

 

 









DYSKUSJA O LITERATURZE LAT 90-tych






*** MARIAN STALA - "Coś się skończyło, nic się nie chce zacząć"
Tygodnik Powszechny, nr 2/2000

...Dzisiejsze rozczarowanie nową poezją jest (a raczej: powinno być) faktem równie zastanawiającym, jak euforia sprzed paru lat. Wskazuje ono, iż w odczuciu wielu czytelników poeci urodzeni w latach sześćdziesiątych nie zdołali zrealizować swego zasadniczego celu, nie potrafili unieważnić dokonań swoich poprzedników i nadać swemu własnemu stylowi (swym własnym stylom) piętna czegoś koniecznego, dominującego, nie dającego się ominąć...






*** JULIAN KORNHAUSER - "Po festiwalu złudzeń"
Tygodnik Powszechny, nr 4/2000

...Wszechwładny kult młodości, tak zrozumiały pod koniec epoki realnego socjalizmu i na początku nowej drogi, stawał się glejtem do sławy. Nie koniec na tym. Wiatr w żagle poczuli także krytycy. Jak nigdy do tej pory, niemal zaraz po starcie zapowiadaczy nowego, zaczęły ukazywać się książki analizujące i interpretujące ich zbiory wierszy i powieści. Powstało ponad dwadzieścia takich minisyntez. Świadczyłoby to o przełomowym znaczeniu nowej literatury. Ale przecież tak nie jest.






*** JAROSŁAW KLEJNOCKI - "Pejzaż z Wisielcem"
Tygodnik Powszechny, nr 6/2000

...Zamiast życia - życie na niby (choć wygodne i w miarę dostatnie). Zamiast niepokoju - poczucie bezpieczeństwa. Życie literackie i życie literatury zamienia się tymczasem w grę. Zawsze oczywiście było nią w pewnym stopniu. Ale teraz pozostaje już tylko gra.








>> bruLion <<

subiektywny wybór paru tekstów











Coś do śmiechu, czyli jak się robiło literaturę w PRL-u a konkretnie -

Orientację Poetycką "Hybrydy"






*** Wojciech Wencel - Gdzie są chłopcy z tamtych lat?
Nowe Państwo

...W latach 70. Koperski i Waśkiewicz życzliwie śledzili "wstępowanie" kolejnego "pokolenia" literatów - tak zwanej Nowej Prywatności - znów raczej nieobecnego w historii literatury, choć środki użyte do jego promocji były ogromne. Wiele miejsca poświęcały nowej literaturze pisma Student i Nowy Medyk (wkładka Młoda Sztuka ). Ukazywały się Okolice - miesięcznik Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy, wydawany przez ZSMP z myślą głównie o literatach ze wsi i małych miasteczek. Waśkiewicz zasłynął jako wydawca serii opasłych antologii Debiuty poetyckie , której kolejne tomy ukazywały się co roku, gromadząc po dwa wiersze wszystkich debiutantów minionych dwunastu miesięcy, a także ich wypowiedzi w ankiecie Czy debiut zmienił moją sytuację literacką? Wkrótce też Orientację zastąpiło pismo o równie atrakcyjnym tytule Integracje. W każdym jego numerze drukowano utwory kilkudziesięciu poetów, z którymi redaktorzy-animatorzy współtworzyli w późnym Peerelu zamknięty obieg czytelniczy: kolejnych "młodych" gorąco namawiano do kupowania za zaliczeniem pocztowym wszystkich możliwych publikacji specjalizujących się w wydawaniu Integracji i dzieł ZSMP-owskich twórców Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. 
















*** Książki i ludzie - rozmowy Barbary N. Łopieńskiej

... - Lubiła Pani Gombrowicza?

- On nie był do lubienia. Myśmy się przyjaźnili i żarli. Wśród garstki jego znajomych w Argentynie byłam jego chłopcem na posyłki. Dużo mi mówił o swojej wielkości, ale jakoś tam szło. Widywaliśmy się dwa razy w tygodniu. Kiedy wracałam z tego prania do domu, bardzo byłam zadowolona, że "Vitoldo" przychodzi. Krótko mówiąc, był jedną z rozrywek, ale też przyczyną zawracania głowy - ciągle chciał się z kimś procesować, trzeba było być świadkiem, ktoś go chciał bić albo on chciał bić kogoś. Przychodził do mnie i mówił: idź do kuchni, a ja ci ukradnę parę książek. I kradł. Potem nie zostawiałam go samego w pokoju.

 

 

Rozmowy Barbary Łopieńskiej ukazywały się w miesięczniku "Res Publica Nowa" w latach 1994-1996. Zostały przedrukowane w książce, prócz jednej. Adam Michnik obraził się, jak Jarosław Kaczyński i stanowczo zabronił publikowania wywiadu ze sobą. Czemuż, ach czemuż? Odpowiedź na dole.








*** Pies na książki - z Adamem Michnikiem rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica Nowa - 1996

... - Jak to się stało, że ma pan tak strasznie dużo książek?

- Kupowałem, a sporo kradłem.

- Mówi pan, że nie można książki wyrzucić, a ukraść można?

- Nie można. To jest chamstwo. Ostatnie chamstwo. Ale ojciec mojej koleżanki był ministrem leśnictwa i przemysłu drzewnego i dostawał za darmo wszystko, co wychodziło. Część kradłem, a część wynosiłem. Kradłem to, co chciałem mieć, a wynosiłem na przykład wydawnictwa naukowo-techniczne i wymieniałem w księgarni książkę o smarach do parowozów na Hegla czy Kieniewicza.














*** RABINDRANATH TAGORE W WARSZAWIE - Wielkie przyjęcie w Polskiej Akademii Literatury

...Wielki piewca dżungli indyjskiej okazał się bardzo wesołym kompanem. Tagore chwalił bardzo wódki Baczewskiego oraz piwo grodziskie. Lekkie zdziwienie wywołało, że w pewnym momencie dr Szapiro w imieniu wielkiego piewcy zaproponował grę w trzy karty. Jest to podobno zwyczaj indyjski. Uproszono więc prezesa Grubera, aby zechciał zagrać partyjkę ze znakomitym gościem z kraju tygrysów i węży. Prawdziwą niespodzianką było, że nad ranem Tagore, tańcząc z sekretarką Polskiego Klubu Literackiego, Stellą Olgiert, odezwał się nagle po polsku: "Uj dziś, dziś" i zaczął przytupywać. I cóż się okazało? Jak wyjaśnił nam usłużny dr Szapiro, Tagore jako dziecko poznał w Indiach komiwojażera Rabinowicza, z którym bardzo się zaprzyjaźnił. Rabinowicz nauczył go po polsku i namówił, aby zechciał odwiedzić Syreni gród.














*** Tomasz Zbigniew Zapert - Stanisława Grochowiaka noc z Białą Damą
Rzeczpospolita - 05.02.2011

...Grochowiakowa afirmacja katolicyzmu nie przeszkadzała notablom partyjnym - szczególnie tym o chrześcijańskich korzeniach - aczkolwiek podczas popijawy w "Nowej" (ul. Mokotowska): "Józef Lenart rzucił się na Staszka ze słowami »Ja nie mogę znieść twego stosunku do partii!«, niemal doszło do rękoczynów". "Chcemy go przygarnąć, a on taki kolczasty" - nie kryli rozczarowania towarzysze proponujący mu akces do PZPR. Niewątpliwie miał negatywny stosunek do partii, lecz nie werbalizowało się to w jego twórczości. "Cień politycznej poprawności rzuca na nią jednak poemat o Salvatore Allende oraz powieść »Karabiny«, krytykująca antykomunistyczną partyzantkę. Czy to był trybut dla władzy ludowej doceniającej nietuzinkowego literata? Na przykład kawalerką przydzieloną z puli ministra Józefa Tejchmy. Miał tam pisać kolejne wiersze, powieści, dramaty, słuchowiska, scenariusze...".














*** Gustaw Herling-Grudziński - Dziennik pisany nocą. 1971-1972

...W Marsa Matruh, dobrze znanym żołnierzom Brygady Karpackiej popełnił samobójstwo jedyny koń Beduina po śmierci swego pana: podczas choroby Beduina stróżował koło namiotu odmawiając żarcia, natychmiast po pochówku wbiegł na wierzchołek stromego wzgórza i skoczył w przepaść. W latach wojny, na pustyni irackiej, do rejonu zakwaterowania naszej baterii przyniesiono ledwo urodzonego szczeniaka, przypuszczalnie podrzutka z sąsiedniej osady arabskiej. Nie wiadomo było jak go karmić, aż wpadłem na pomysł przerobienia nakłutej prezerwatywy na smoczek, który napełnialiśmy rozcieńczonym słodkim mlekiem skondensowanym. Ja też, wprowadziwszy tym sposobem szczeniaka już od pieluszek na drogę życia świadomego, nadałem mu imię Żulik. Był uroczym pieskiem, rozpieszczaną przez wszystkich żołnierzy maskotą baterii. W Egipcie zabroniono nam go wziąć na statek idący do Włoch: jak oszalały kołował po oddalającym się nadbrzeżu portowym. W parę miesięcy później zjawił się w naszej baterii na przedpolach Monte Cassino. Po kampanii włoskiej odkomenderowano mnie do Rzymu; odtąd ojcował Żulikowi niepodzielnie plutonowy P., który zdaje się wyjechał z nim w końcu do Polski. Wyniosłem z wojny tylko dwie pamiątkowe fotografie: Żulika na masce "łazika" i Sosnkowskiego dekorującego mnie w Anconie. Obie straciłem w jakiejś karczemnej burdzie, piło się wtedy w Rzymie na umór.








*** Gustaw Herling-Grudziński - Dziennik pisany nocą. 1973-1979

...Przewieziono go do Bazylei 8 stycznia. Zanim do tego doszło, leżał w swoim turyńskim pokoju i pisywał nieczytelne karteczki. Sygnował je Cezar, Dionisos, Władca Świata. A także - Ukrzyżowany. W dniu wyjazdu stawiał opór, nie chciał rozstać się z "ukochanym" gospodarzem. Ubłagano go prezentem: szlafmycą pana Fino. I w tej szlafmycy jechał na turyński dworzec, jak błazen zbiegły z cyrku. W Bazylei, obawiając się publicznego skandalu na dworcu, wmówiono mu że jest podróżującym incognito księciem i musi przez tłum przejść w milczeniu z wagonu do karety.
W marcu umieszczono go w zakładzie dla chorych umysłowo w Jenie. Jego wypełniana codziennie karta kliniczna za okrągły rok, do marca 1890 roku, jest przejmująca w swej monotonii: zjadł własne ekskrementy, wypił własną urynę, wysmarował się własnymi ekskrementami, wybił szybę w oknie...








*** GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI - Nocne łowy

...Odtąd dziewczyna odmieniła się zupełnie. Nie spieszyła się jak przedtem po zupę do kuchni, ale wróciwszy z bazy, goniła się po zonie do późnej nocy jak nieprzytomna kotka w okresie marcowego parzenia. Miał ją, kto chciał, pod pryczą, na pryczy, w separatkach techników, w składzie ubrań. Ilekroć mnie spotykała, odwracała głowę, zaciskając konwulsyjnie usta. Raz tylko, gdy zaszedłszy przypadkowo do składu kartofli na bazie, przyłapałem ją na kartoflisku z brygadierem 56., garbatym pokurczem Lewkowiczem, wybuchnęła spazmatycznym płaczem i wracając wieczorem do zony, tamowała łzy dwiema drobnymi piąstkami. Spotkałem ją w roku 1943 w Palestynie. Była już zupełnie starą kobietą. Zmęczony uśmiech na pomarszczonej twarzy odsłaniał szczerby w spróchniałych zębach, a przepocona koszula drelichowa pękała od dwóch obwisłych piersi, wielkich jak u karmiącej matki.












Stanisław Cat Mackiewicz






*** Stanisław Cat Mackiewicz - Europa in flagranti

...Przeczytałem ostatnio dwie rozprawy o Brzozowskim, Stawara i Miłosza. Różnię się zasadniczo z obydwoma tymi inteligentnymi ludźmi. Obydwaj wychodzą z założenia, że udział Brzozowskiego w prowokacyjnej sieci policji cesarsko-rosyjskiej jest kłamstwem i oszczerstwem. Na zeznania Bakaja wzruszają ramionami i solidaryzują się z tymi pogłoskami, które sugerują, że kiedy się ma sprzeczne z sobą zeznania agenta rosyjskiej policji i literata polskiego, to należy wierzyć nie Rosjaninowi, lecz Polakowi. Natychmiast obydwaj przyznają, że Brzozowski zdefraudował w młodości pieniądze publiczne, do czego się zresztą przyznał. Mam wrażenie, że historię rosyjskiego ruchu eserów, biografię Burcewa i rolę Bakaja znam. Do Burcewa, wybitnego esera, zgłosił się Bakaj, agent policji śledczej, wypowiedział przed nim "pokajanje", skruchę, że się zajmował pracą tak paskudną i w charakterze ekspiacji powiadomił Burcewa o znanych mu prowokatorach pracujących z ramienia policji politycznej w różnych stronnictwach politycznych, między innymi wydał w ten sposób Brzozowskiego. Ten, kto tak jak ja studiował w swoim czasie gruntownie te wszystkie makabryczne historie, ten nie może mieć źdźbła wątpliwości co do szczerości Burcewa i szczerości Bakaja. Temu ostatniemu nie mogło zależeć na jakichś intrygach przeciw Brzozowskiemu. Od środowisk polskich był zupełnie oddalony. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że Brzozowski był prowokatorem. Rehabilitowanie jego jest historycznym błędem.








*** Stanisław Cat Mackiewicz - Kto mnie wołał, czego chciał...

...Dziwne były stosunki na emigracji powojennej. Jedna pani, żona naszego byłego ministra pełnomocnego, była dozorczynią klozetu w jednym z klubów. Syn jej, bardzo dystyngowany młodzieniec, grał z królewną Małgorzatą w tenisa. Anglicy zupełnie nie dopuszczali Polaków do jakiejkolwiek wykwalifikowanej pracy. Całe społeczeństwo angielskie spychało nas do mycia naczyń u Lyonsa lub do innych prac zbyt paskudnych, aby mieć amatorów wśród Anglików. Było kilka polskich kawiarń i restauracji. Wszędzie kelnerkami były panie z inteligencji. W Klubie Marynarzy przez pewien czas usługiwała pani o nazwisku rodziny, która w XVIII w. była najbogatszą rodziną nie tylko w Polsce, lecz w Europie całej.








*** Stanisław Cat Mackiewicz - Klucz do Piłsudskiego

...Żydzi polscy, litewscy, ukraińscy, palestyńscy stanowią oazy Żydów wyjątkowych. Tutaj są właśnie miasta o większości żydowskiej, tutaj naród żydowski zbliża się do typu normalnego narodu, posiada swoje klasy niższe. Żydem normalnym nie jest bynajmniej Żyd narodowy wyznania mojżeszowego, żyjący wśród innych Żydów i obserwujący swą odrębność narodową. Żydem normalnym, Żydem typowym, nomadą żydowskiego geniuszu jest Żyd zasymilowany, tkwiący w jakimś innym społeczeństwie, Żyd będący jednocześnie Francuzem, Anglikiem czy Niemcem. Geniusz żydowski nie objawia się bynajmniej w Herzlach, Nachumach Sokołowach czy Żabotyńskich, jednym słowem w wodzach odrębności żydowskiej, lecz w takich ludziach, których rzekomo tylko pochodzenie łączyło z żydostwem, którzy do swojej żydowskości nie mieli żadnego sentymentu, a czasami nawet niechęć i pogardę, w takich ludziach jak Heine, Marks, Disraeli lub Tuwim, w ludziach całkiem zasymilowanych. Przed Chrystusem jeszcze na Krymie na cmentarzach greckich były nagrobki żydowskie z napisami nie hebrajskimi, lecz greckimi. Na cmentarzach rzymskich nagrobki żydowskie miały napisy znowuż nie hebrajskie, lecz łacińskie. Żydzi przejmowali zawsze języki, wiarę, obyczaje narodów, wśród których żyli, ale oto narody te umierały, a Żydzi istnieją ciągle. Wspaniały, prawdziwie wybrany naród - asymiluje się świetnie i nie asymiluje się nigdy. Niemiec, Polak, Francuz, przeniesiony do innego kraju, w drugim, trzecim pokoleniu traci swoje narodowe cechy, staje się obywatelem tego kraju, w którym mieszka, i nawet wyglądem fizycznym upodabnia się do ludności, wśród której przebywa. Żyd zawsze pozostaje Żydem. Cóż bardziej niemieckiego niż Lorelei Heinego? Gdy ją napisał, twierdzono, że to jakaś autentyczna niemiecka klechda. A jednak jakże żydowski jest Heine. Geniusz żydowski polega na uzyskiwaniu obcej narodowości bez tracenia swojej.








*** Stanisław Cat Mackiewicz - Odeszli w zmierzch

...Aby zaostrzać skalpel, który rani, wspomnijmy tu jeszcze opowiadanie Czechowa Rezydenci albo może lepiej Pieczeniarze. Nędzarz chłop ma starego psa i starego konia, obu półżywych ze starości. Prosi na kredyt trochę owsa dla konia. Sklepikarz jest człowiekiem o dobrym sercu, daje mu owsa, ale radzi odprowadzić konia i psa do hycla. Potem kilka scen wspólnego głodu, i wreszcie słyszymy uderzenie obuchem, które zadaje oprawca ukochanemu staremu koniowi i ukochanemu staremu psiemu przyjacielowi.

Znowu śnieg, sanki dorożkarskie i dorożkarz. Dostał wiadomość, że syn jego zmarł. Próbuje się zwierzać różnym pasażerom swej dorożki. Nie może znaleźć współczujących słuchaczy. Wszyscy go zbywają, śpieszą się, chcą się z nim rozstać; czytelnik rozumie, że wylewy starego dorożkarza krępują ich i nudzą. I wreszcie dorożkarz głęboką nocą odprowadza swoją szkapę do stajni, obejmuje ją za szyję i powiada jej, że umarł mu syn.
- Gdybyś miała źrebaczka i ten źrebaczek zdechł, przecież szkoda, prawda? - mówi.
Klacz dmucha mu na zsiniałe od mrozu ręce.








*** Stanisław Cat Mackiewicz - Był bal

...Prezydent Sadi Carnot został zamordowany przez włoskiego anarchistę Caserio w Lugdunie w 1894 roku. Na jego miejsce wybrany został drugi człowiek tak samo o honorowym nazwisku orleańsko-republikańskim p. Casimir Perier, ale ten po roku miał dość prezydentury i zrezygnował. Na jego znowuż miejsce obrano Feliksa Faure, osobistość majestatyczną, bardziej pewną swej godności i bardziej z niej dumną niż wszyscy monarchowie Europy łącznie z sułtanem jegomościa. "My, panujący" - mówił do króla Belgów. Umarł w dniu 16 lutego 1899 roku jeszcze jako prezydent, jeszcze w Pałacu Elizejskim w tak nieszczęśliwy sposób, że mu zesztywniały palce we włosach bardzo ładnej malarki, która całkiem naga, klęczała przed jego fotelem, wtuliwszy piękną główkę w obnażone uda ekscelencji. Pogrzeb był uroczysty; marszałek senatu wygłosił nad trumną długie przemówienie, w którym użył zwrotu: "I był szczęśliwy aż do ostatniej chwili swego życia". Mowa była oficjalna i jako taka oczywiście nudna, lecz to spostrzeżenie zwróciło uwagę żałobnych słuchaczy swoją trafnością.











Tadeusz Boy Żeleński







*** Tadeusz BOY Żeleński - PSYCHOLOGIA

...Spędziłem młodość w epoce, w której życie codzienne było bardzo skomplikowane. I szalenie wstydliwe. Na przykład, kiedy ktoś był z wizytą, a zachciało mu się siusiu, o ile nie gorzej. Sytuacja bez wyjścia; zwłaszcza kiedy wśród domowych były same panie. Gość wolałby się pod ziemię zapaść niż spytać się jak i gdzie. Zapytać pokojówki też nie podobna bez zwrócenia uwagi; zresztą naraziłby się na to, że pokojówka uda się do pani domu, zawiadującej kluczem od sanktuarium, położonego w drugim końcu podwórza. A świeca, a zapałki? To było zupełnie nie do pomyślenia, raczej umrzeć. Wyjść, uciec to była jedyna droga; też niełatwa: trzeba się było żegnać, wytrzymać długie certowanie: "Ależ nie puścimy, zaraz będzie kolacja, żartuje pan, mowy nie ma." Impertynencja! Aby się wydostać, gość, który na przemian robił się czerwony i blady, musiał się uciekać do przemyślnych chwytów psychologicznych, nastrojowych. Przybierał postać człowieka dziwnego, fantasty, który się rządzi kaprysem, Hamleta, który ma ataki niewiary w ludzi; rzucał półsłówka z sardonicznym grymasem, wreszcie, ku zdumieniu obecnych, wypadał nagle.








*** Tadeusz BOY Żeleński - UROCZY ZNACHOR

...Lutosławski poznaje w Madrycie (1886) młodą pannę, wcale już głośną poetkę hiszpańską *[Zofia Casanova (ur. 1862)]. Na drugi dzień po poznaniu, ona ofiarowuje mu swoją książkę, on dopisuje po polsku pod jej dedykacją: "Ta kobieta będzie moją żoną." Od tej pory traktował ją jak przeznaczoną sobie, jak swoją oblubienicę, narzucił jej niejako tę wiarę. Ale nie była to miłość w zwykłym znaczeniu. "To jakiś tajemniczy mus mnie wołał, niepodobny do miłości ani do pożądania... Od samego początku nigdy nie wyrażałem najmniejszej wątpliwości, że musi się stać tylko to, co ja sam zechcę. Nie pytałem się wcale o zgodę, tylko arbitralnie objawiałem wyrok nieodwołalny i zaraz pisałem o celu, mianowicie o powołaniu do życia syna, który by czegoś mógł dokonać dla Polski. Przytaczałem widzenie Księdza Piotra, ukazujące mu bohatera narodowego, urodzonego z matki obcej. Wprawdzie sobie nie mogłem przypisywać krwi dawnych bohaterów, bo nigdy w historii nie napotykałem żadnej wzmianki o moich przodkach, lecz przecież każdy polski szlachcic czuł się równy dawnym wojewodom. Więc mogłem i ja spełnić wróżbę księdza Piotra, spełniając zarazem wróżbę osobistą. Nawet imię miałem gotowe dla syna..."








*** Tadeusz BOY Żeleński - MÓJ DEBIUT W PSYCHIATRII

...Wyszedłem z rozpaczą w duszy, jak wygwizdany aktor. "Klapa!", myślałem sobie. Stanąłem w oknie w sieni i melancholijnie patrzałem z drugiego piętra na dziedziniec wawelski. Naraz słyszę, że drzwi się otwierają, i kątem oka widzę, że major zagląda i podchodzi do mnie. Czy żal mu się mnie zrobiło, czy zląkł się, że pacjent może z okna się rzucić i wpakować go w jakąś kabałę, dość, że złagodniał. Zaczął mówić do mnie z dobrocią, uspokajać etc. Na to ja rozpłakałem się jak bóbr, rzuciłem mu się w ramiona, zacząłem go całować po rękach, oskarżać siebie o niewdzięczność, że on był dla mnie tak dobry jak ojciec, a ja mu się tak źle wypłaciłem etc. Czech głaskał mnie po głowie, ja oplatałem się o niego kurczowo i tak cackaliśmy się dobrą chwilę, niczym Romeo i Julia. Wszystko to była oczywiście symulacja, ale wciąż w jakimś transie, w natchnieniu. Podobnego uczucia doznawałem później nieraz, kiedy zacząłem pisać wiersze. W końcu, kiedy nie mogłem utulić się w płaczu, major rzekł, aby mnie pocieszyć, że to nawet dobrze to, co się stało, że owa scena właśnie rzuca wiele światła na mój stan, że odegra ważną rolę w orzeczeniu etc. "To już dobrze", pomyślałem, pocałowałem go przemocą w same usta, choć się bronił, i poszedłem do wspólnej izby.








*** Tadeusz BOY Żeleński - FORTEPIAN STACHA

...Dziwny to był człowiek ten Gabryelski. Kiedy się nad nim po latach zastanawiam, nic o nim nie wiem. Coś w nim musiało być nie wyżytego, zahamowanego. W ówczesnych naszych stosunkach, które tak dotkliwie zubożały sferę działania każdego człowieka, tak ciasne granice zakreślając możliwościom i energii, pełno tłukło się takich nie wyładowanych talentów, wokacji, może nawet zboczeń, które dziś, tak czy owak, znalazłyby swoją drogę, a które wtedy tylko męczyły swego właściciela. On nie umiał się uporządkować z samym sobą. Student filozofii niemieckich uniwersytetów, wydał małą broszurę pt. Czym filozofia jest, a czym będzie, którą zdemaskowano jako dziecinny plagiat z popularnego niemieckiego podręcznika. W życiu lubił wygłaszać paradoksy, kryć histeryczny niemal entuzjazm i chorobliwą nadczułość pod maską zimnego Anglika, epatować oryginalnością. Ubierał się znakomicie, z dyskretną ekscentryczną elegancją. Przez kilka lat miał burzliwy stosunek z głośną aktorką: przywiedziona do rozpaczy jego angielską flegmą, artystka chwyciła raz zapaloną lampę (naftową) i tą lampą wypędziła go w nocy w koszuli na schody. Gabryelski zadzwonił do pierwszych drzwi z brzegu i przedstawił się zdumionemu gospodarzowi najspokojniej w świecie: "Jestem Zdzisław Gabryelski, właściciel składu fortepianów, czy nie mógłby mi pan pożyczyć na chwilę spodni?"








*** Tadeusz BOY Żeleński - Ksiądz Pirożyński

...Dziełko o. Pirożyńskiego przywodzi mi jedno wspomnienie. Podczas wojny miałem przez jakiś czas powierzony jeden z oddziałów fortecznego szpitala Nr 7 w Krakowie, pomieszczony w gmachu Akademii Sztuk Pięknych. Otóż jednego dnia zaraportowano mi, że ksiądz, który z urzędu odwiedzał chorych, przyniósł pod habitem młotek i poodbijał wstydliwe części wszystkim gipsowym posągom znajdującym się w sieni i w korytarzach. Nie darował nawet boginiom i ich nadobnym wzgóreczkom! Wojna szalała, sale były pełne rannych, ludzkość przechodziła gehennę, ale księżulo interesował się tylko tym jednym... Ten ksiądz ze swym młotkiem wydaje mi się symbolem; odzwierciedla psychikę całej kasty. Ci detektywi niemoralności sami nie zdają sobie sprawy, do jakiego stopnia przeżarci są niezdrowym erotyzmem. Czy przeciętny ksiądz strzeże celibatu czy nie, sprawa płci jest dla niego nieustającą obsesją, zboczeniem, chorobą. Przesłania mu cały świat.








*** Tadeusz BOY Żeleński - PAŃSKI KRAKÓW

...Rozmawiałem raz o teatrze ze starym krakowskim clubmanem Szymberskim, nie pogodzonym z nowoczesnością chwalcą dawnych czasów. Była mowa o Trzcińskim. "Et, co to za dyrektor! - żachnął się Szymberski. - Żadnego posłuchu, porządku. Koźmian to był dyrektor. Pamiętam, raz nieboszczyk Artur Potocki mówi do mnie: «Szymbersiu, idziemy za kulisy.» Poszliśmy. A Sobiesław, młody smyk wówczas, który bardzo nie lubił, kiedyśmy tam zachodzili, krzyczy na cały głos: «Łóżek dawajcie! Panowie idą!» Ja na skargę do Koźmiana. Koźmian każe wołać Sobiesława. I dopieroż go zrugał: «Ty durniu jeden (powiada) powinieneś sobie za zaszczyt uważać, że przyjaciele moi tu przychodzą. Przeproś zaraz. A teraz ruszaj precz.» To był, panie, dyrektor!", zakończył z entuzjazmem Szymberski.















*** Aleksander Wat - Mój wiek

...Znowu jeden z punktów, który na pozór wydaje się, że powinien był odpychać od komunizmu, a który intelektualistów (mnie w tym wypadku, ale ja mówię zbiorowo, bo przykładów analogicznych mógłbym przytoczyć mnóstwo, aż po dzisiejsze czasy) niesłychanie fascynował i przyciągał. Mianowicie, całe to okrucieństwo. Cała ta krew przelana za rewolucji, ten straszny Pilniak. Ten Gołyj god. Ta dzicz, która wyszła na wierzch, to wszystko przemawiało za komunizmem. Bo skoro trzeba płacić tak straszną cenę... Ale wiesz, ta krew w abstrakcji, ta krew nie widziana, krew po drugiej stronie muru, jak pisze Pascal o tej stronie rzeki. Krew po tamtej stronie rzeki przelana - jak czysta i wielka musi być sprawa, dla której przelewa się tyle krwi, i to krwi niewinnej. To szalenie pociągało. Ta wielka cena rewolucji, która tu doprowadza liberałów, sowietologów. Któregoś dnia obudziłem się i wyszedłem z komunizmu - to daje pewien wgląd w psychologię intelektualną. Oczywiście, poza tym, że sprawa musi być bardzo wielka, skoro tyle niewinnej krwi się przelewa, skoro tyle ofiar... tu jest jeszcze jedna rzecz, bo zakłada milcząco, że kto przelewa? Nadzieja świata, ludzie, do których się ma najwyższe i bezwzględne zaufanie.















*** ARTUR DOMOSŁAWSKI - KAPUŚCIŃSKI NON-FICTION


Fragmenty książki usunięte przez wydawcę wskutek procesu wytoczonego przez wdowę.










 

KIEŚLOWSKI, CZYLI NIC?





*** Jerzy Pilch - KONDUKT UPOJNY

...Idą, tupocą, krzyczą i śpiewają. A na czele w kiry spowity mistrz ceremonii Tadeusz Sobolewski kroczy. Kroczy Sobolewski posępnymi kroki, w żałobny tamburynek piachami zajadle wali, pioruny złowrogich spojrzeń śle obojętnemu narodowi, a głos jego dudni: W Moskwie retrospektywa twórczości jest? Jest. W Rzymie retrospektywa twórczości jest? Jest. W Nowym Jorku retrospektywa twórczości jest? Jest. A u nas? I wibruje to pytanie w białej jak sam żywioł wstydu ciszy. A u nas? O jasny gwint, a u nas Lary Flynt! - słychać głos przychodzącego do przytomności narodu. Ale i tak jest za późno, oni idą dalej, bo i tak by szli. Idą i go niosą. Są z nim.

 

 



*** FILIP ŁOBODZIŃSKI - KIEŚLOWSKI, CZYLI NIC
NEWSWEEK POLSKA - 10.04.2011

...Jednoznacznie ekstatyczne opinie na temat naszego reżysera zaczęły się w Polsce pojawiać masowo w ślad za laudacjami zagranicznych twórców tak różnych, jak Stanley Kubrick i Ouentin Tarantino. Gdy wznieśli hymny na cześć twórcy "Trzech kolorów", zawstydziliśmy się, że oto marnujemy talent na naszej zrodzony ziemi i dopiero świat musi go nam ukazać. Śmierć Kieślowskiego sprawiła, że głosy krytyczne przycichły. Tegoroczne publikacje i wydarzenia jubileuszowe dowodzą, że ucichły chyba na amen. Zamiast rozmowy o Kieślowskim mamy akademię pod pomnikiem i ekumeniczne rekolekcje wokół filmowego przesłania. Jakby rzecz dotyczyła papieża Jana Pawła II, skarbu narodowego, a nie artysty, który przemawia we własnym imieniu.














*** Adam Kożuchowski - Salonowy prosty człowiek - Mija sto lat od śmierci Lwa Tołstoja
Polityka - 2010-11-20

...Kiedy pisał swoje największe arcydzieła - "Wojnę i pokój" oraz "Annę Kareninę" - wiele elementów jego światopoglądu było już ukształtowanych. Już wtedy pisarz uważał za śmiesznych głupców polityków, uczonych i lekarzy, a otaczający ich szacunek za godny politowania, nowomodny przesąd. Jedni interpretatorzy jego twórczości pomijają te poglądy dyskretnym milczeniem, inni dopatrują się w nich humanistycznej głębi - oczywiście przy zastrzeżeniu, że nie należy ich brać dosłownie. Sam Tołstoj jednak tak właśnie je pojmował i był w tym tak konsekwentny, że z czasem nabrał gruntownej odrazy do wszystkiego poza pracą fizyczną i życiem "w zgodzie z naturą" - a więc także i do literatury. "Życie ludzi wykształconych i bogatych nie tylko stało się dla mnie odrażające, ale straciło wszelki sens. Jakże zazdrościłem chłopom ich braku wykształcenia, ich analfabetyzmu!" - wspominał swój duchowy przełom. Przez wiele lat nie pisał nic poza artykułami piętnującymi otaczającą go rzeczywistość i wzywającymi np. do pomagania głodującym chłopom oraz czytankami dla chłopskich dzieci w założonej przez siebie szkole. Odmawiał wartości wszelkiej sztuce, której celem było coś więcej niż szerzenie moralności - tak jak on sam ją pojmował - i która była choć trochę trudna w odbiorze. Chyba żadnemu z jego biografów nie udało się dociec, ile było w tym prowokacji, a ile szczerości.







*** ANNA ŻEBROWSKA - Gniazdo - ZJAZD TOLSTOJÓW
Gazeta Wyborcza - 28/11/2002

...Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a rodzajów patologii rodzinnej nie policzył nikt. Lew Tołstoj i jego najbliżsi byliby wdzięcznym obiektem badawczym dla kliniki psychiatrycznej, ale ponieważ nie zwrócili się o pomoc - skończyło się tym, czym się skończyło. Nad ranem 28 października 1910 roku 82-letni Tołstoj w towarzystwie lekarza domowego chyłkiem opuszcza dom. Nie ma się gdzie podziać i przeziębia się na śmierć w wagonie IV klasy. Umierając po kilku dniach w domku naczelnika stacyjki Astapowo, ani razu nie wzywa żony, więc dzieci ukrywają, że przyjechała. Na kadrach ówczesnej kroniki filmowej Sofia Andriejewna, stojąc na palcach, zagląda przez szybę do wnętrza pokoju.
"7 listopada. O 6 rano Lew Nikołajewicz umarł. Mnie wpuszczono dopiero wtedy, gdy stracił przytomność. Okrutni ludzie, nie dali mi się pożegnać z mężem... Pretekstem tej ucieczki było jakoby to, że nocą przeszukiwałam jego papiery. A ja, chociaż weszłam na minutę do gabinetu, nie ruszyłam żadnego świstka, i w ogóle żadnych papierów na biurku nie było" - napisała we wspomnieniach.














*** TADEUSZ KLIMOWICZ - Pożar serca - 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach - cz. 1
(Puszkin, Dostojewski, Tołstoj, Czechow)

...Pod koniec lat siedemdziesiątych Tołstoj osiąga najwyższy stopień wtajemniczenia - już wie, jak żyć. W przekładzie na prozę codzienności oznaczało to, iż "stał się nietowarzyski, ponury, drażliwy, często wszczynał z mamą spory o zupełne głupstwa; dawniej wesoły, pełen życia przewodnik i przyjaciel zmienił się w naszych oczach w surowego kaznodzieję i oskarżyciela". Wszystkie opisane przez syna objawy wskazują oczywiście na syndrom misjonarza, na który zapadają najczęściej twórcy (Dostojewski, Sołżenicyn) ogarnięci obsesją zbawienia ludzkości. Ich słowa i gesty ociekają patosem, nie mogą się zdobyć na spojrzenie z dystansu na świat i samych siebie, nie potrafią się uwolnić od - jak to powiedział Josif Brodski -"[...] konieczności traktowania serio otaczającej rzeczywistości [...]", obca im jest sztuka ironii i zwłaszcza jej siostry - autoironii.





*** TADEUSZ KLIMOWICZ - Pożar serca - 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach - cz. 2
(Majakowski, Bułhakow, Mandelsztam, Cwietajewa)

...W roku 1926 dopadła Osipa Mandelsztama impotencja twórcza (wiersze miały powrócić w październiku trzydziestego roku w Tyflisie, w drodze powrotnej z Armenii), pozostało mu więc jedynie pisanie czułych słówek w kolejnych listach (np. 24 lutego 1930: "Kochany mój pisklaczku, Nadik malutki! Ciężko mi bez Ciebie, ale wstyd mi się skarżyć. To nic, kochana") i poszukiwanie wciąż nowych doznań erotycznych. Pogodzony już z homoseksualizmem żony (zapewne wziął sobie do serca jej dewizę życiową: "Jestem pewna jednego: nie można żyć razem, jeśli został zagubiony wewnętrzny związek [...]"), uczynił go ważnym elementem nowych praktyk seksualnych - teraz kobietom, które pożądał proponował grę miłosną we troje. "Kiedyś spóźniłam się na tramwaj - pisze powszechnie dziś ceniona literaturoznawczyni i memuarystka Emma Gerstein - i zostałam u nich na noc. [...]. Tego wieczoru Osip Emiliewicz stał się nieoczekiwanie agresywny, zaczął mnie niedwuznacznie napastować, podczas gdy Nadia mocno roznegliżowana skakała naokoło, nie zapominając jednak czujnie i wyczekująco obserwować, co nastąpi dalej. Ale dalej nic nie nastąpiło. Moja obojętność, brak reakcji, całkowita niechęć do uczestniczenia w tej grze, rozgniewały nie na żarty Osipa Emiliewicza". Mniej więcej po roku doszło do podobnej sceny: znów odjechał ostatni tramwaj, znów nieplanowany wcześniej nocleg, znów podniecony gospodarz i znów "nie" gościa. Zniecierpliwiona kolejną jej odmową, Nadieżda zaczęła opowiadać o ich wspólnej znajomej, "potrafiącej nocą zachować się przyzwoicie". Jeszcze przy innej okazji poeta zaproponował zaszokowanej tym podobno Emmie seans sadomasochistyczny.





*** TADEUSZ KLIMOWICZ - Pożar serca - 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach - cz. 3
(Boris Pasternak, Anna Achmatowa, Władimir Wysocki, Wieniedikt Jerofiejew)

..."Spróbujmy rozpatrzyć - pisze już cytowany Epsztejn - składniki mitu Wieni. Staje przed nami, ma się rozumieć, bohater wysoki, gibki, postawny, ten, który oczarowywał dosłownie wszystkie kobiety. Pozwalał im siebie wielbić, otaczał się «kapłankami», które sypały kwiaty na jego łoże. I jeszcze jedna cecha bohatera - pił, ale się nie upijał, wychodził zwycięsko ze wszystkich pojedynków z rutynowanymi pijakami: oni już leżą pod stołem pijani w trupa, a on, trzeźwiuteńki, jest czysty jak szkło. Wewnętrzna subtelność, delikatność, schludność. No i, ma się rozumieć, talent, mądrala, erudyta, który pamiętał setki dat i wierszy, język miał ostry jak nikt i zdobył światową sławę swoim poematem. Z drugiej strony - nędza i nieład, relegacje ze wszystkich uczelni, na których w imponującym stylu zaczynał studia, praca przy kopaniu rowów i układaniu kabli, tułaczka, niezdolność osiągnięcia czegokolwiek w życiu, nieprzytomne pijaństwo, brak bielizny, zagubienie rękopisów, dowodu osobistego, maltretowanie najbliższych, rak gardła. I twórcza impotencja: ów poemat, napisany bodaj dla zabawienia przyjaciół, pozostał jego łabędzim śpiewem. Te właśnie sprzeczności wzmagają naszą potrzebę mitu, racjonalnie bowiem nie sposób ich pogodzić. Skoro to taki talent, dlaczego nie pisał? Skoro taki mądrala, to dlaczego ideę «zrzutki na flaszkę» przedkładał nad wszelkie pozostałe idee? Skoro dumny był z Rosji, dlaczego mało się nią interesował i ścierpieć nie mógł patriotów? Skoro tak lubił wszelką systematyzację, dlaczego żył chaotycznie? Skoro był schludny, dlaczego chodził w łachach? Skoro był delikatny, dlaczego pozwalał sobie na chamstwo?"



Autor zwraca uwagę na niejasne motywacje kobiet wiążących się z artystami, pisarzami. Często ambicją owych pań jest wejście do "historii literatury" nie bramą tryumfalną, lecz boczną furtką. I są sukcesy np. Nadieżda Mandelsztam, której już nie sposób oddzielić od Osipa.

Mamy obecnie w Polsce dwie "wdowy narodowe", które chętnie korzystają z przywileju "wdowieństwa", rozpychają się łokciami, przecinają wstęgi, nawet w zastępstwie zmarłego piszą wstępy do książek. To oczywiście panie: Kapuścińska i Herbertowa. Obie za życia "drogich małżonków" pomiatane, teraz błyszczą w świetle fleszy.

Ktoś kiedyś złośliwie powiedział, że wdowy po artystach winno się palić na stosach pogrzebowych wraz z ciałami mężów...








*** Tadeusz Klimowicz - Przewodnik po współczesnej literaturze rosyjskiej i jej okolicach (1917-1996)

...Pewien reżyser został w 1964 r. aresztowany za to, że tańczył twista. Udało mu się uniknąć obozu, a w uzasadnieniu wyroku skazującego go na więzienie napisano: "Nie jesteśmy przeciwni nowoczesnym tańcom, ale są dwa sposoby ich tańczenia: zachodni i nasz, socjalistyczny". Ulubieniec tłumów, salonowy kontestator Jewgienij Jewtuszenko już nie musiał ukrywać swoich kosmopolitycznych ciągotek konfekcyjnych. Tak zapisał się w pamięci Wojciecha Żukrowskiego: "Kiedy Jewtuszenkę spotkałem w Libanie, nie mógł się powstrzymać, aby z młodzieńczą przechwałką nie oświadczyć, że ma na sobie wyłącznie zagraniczne ciuchy, począwszy od niemieckiego kapelusza ze sznureczkiem, po włoski płaszcz ortalionowy i paryskie buty", oraz petersburskiej poetki Jeleny Ignatowej (ur. 1947, od 1990 na emigracji, początkowo w Niemczech, a następnie w Izraelu): "Los zetknął mnie z Jewtuszenką w 1976 r. w CDL [Centralnyj dom litieratorow] na wieczorze poświęconym pamięci Nikołaja Rubcowa - poety, którego znałam. W sali wisiała ogromna jego fotografia, na której były dokładnie podretuszowane podarte buty Koli, nędzny płaszcz i nawet kapelusz wyglądał jak nowy. Pod fotografią w prezydium rozlokowali się luminarze literatury moskiewskiej. Z nimi było wszystko w porządku; ich teraz retuszować nie trzeba: są dobrze ubrani, odżywieni, fotogeniczni. Przewodniczył Jewgienij Jewtuszenko. «Garnitur - tysiąc dolarów!» - szepnął mi jeden z poetów".











 

Sławomir Mrożek "Dziennik"






*** Roman Pawłowski - Kompleks polski
Gazeta Wyborcza - 2010-10-05

...Im gorzej idzie mu z własnym pisaniem, tym większą jego zawiść i wściekłość budzi twórczość innych. Hesse? Jest głupi z tym swoim "Wilkiem stepowym". "Fizycy" Dürrenmatta "przypominają suchą bułę, którą człowiek zjada i nie ma czym popić". "Zdarzenie w Vichy" Arthura Millera to "śmieć teatralny". Ionesco - grafomania i bełkot. Jego obsesją staje się Harold Pinter, brytyjski dramatopisarz i rówieśnik. Recenzja w londyńskim "Timesie", w której "Tango" porównano z "Powrotem do domu", nie daje mu spokoju. 12 listopada 1965 r. pisze niemal z płaczem: "Chciałbym pognębić Pintera, chciałbym mieć wielki sukces światowy". Marzy, "żeby tak za trzy tygodnie najdalej nową wielką sztuką w Pintera trzasnąć", i wyobraża sobie, pół żartem, pół serio, jak jego wielki rywal "w dalekim Londynie cały spłakany łamał pióro i ulegając mojej mocy, oddawał mi pierwszeństwo, a na Broadwayu już by się boksowali o prawa do moich utworów".








*** Andrzej Horubała - Żartowniś się nadyma
Rzeczpospolita - 26-10-2010

...Jak stać się mędrcem? Mrożek, zdając sobie sprawę, że startuje w tym wyścigu dość późno, postanawia nadąć się przez naczytanie. Rzuca się łapczywie na księgi wielkich myślicieli dawnych i nowych wieków, umieszcza w "Dzienniku" potężne wielostronicowe cytaty z mistrzów i stara się zrobić z nich element swego życia wewnętrznego. Opatruje je więc komentarzami, które mają uczynić z niego partnera największych: Nietzschego, Kierkegaarda, Junga, Sartre'a... Co z tego, że panowie ci nie korespondują w żaden sposób z problematyką wewnętrzną Mrożka, że to nie życie duchowe czy intelektualne twórcy "Tanga" popycha go do lektur, ale wyłącznie wola stania się klasykiem... Mrożek męczy i siebie, i - obecnie - czytelnika wielgaśnymi wypisami z często przebrzmiałych dzieł. Chce wielkości.














*** ANDRZEJ DOBOSZ - Kartki z dziennika (Stefan Chwin)

...Obcując z tymi zapiskami, tak znacznie przewyższającymi swym rozmiarem książeczkę Jak powstał "Doktor Faustus", można zauważyć, że wielkość pisarza wzrasta w miarę udziału w coraz to wspominanych bankietach.

"Na bankiecie w ambasadzie szwajcarskiej rozmawiam z hrabiną Kościelską. Żartuję sobie lekko z wszelkich nagród literackich, śmieję się głośno. Po chwili widzę, że wszyscy na mnie patrzą. Zazdroszczą mi swobody".

Przyjęcie w "Parisienne" nad jeziorem Genewskim: "Osobna sala z długim stołem na dwadzieścia osób, biały obrus, kwiaty i zastawa, a na stole kartoniki z nazwiskami". Przyjęcie u księżnej Sayn von Wittgenstein. "Hrabina przedstawiła Stefcię zgromadzonemu towarzystwu ruchem dość pobieżnym". Kolacje w Pałacu Prezydenckim: "Przypatrujemy się wszystkiemu leniwie, żrąc frykasy z kuchni Prezydenta...".














*** STANISŁAW ROSNOWSKI - Zapis niemocy - "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej
POLITYKA - 31 sierpnia 1996

...Wchodzi w życie "czytelnikowskie" ("Nie bez wstrętu i melancholii przejęłam tą rolę błazna demokracji" 12.12.46). Zawiść wobec Nałkowskiej, złośliwości wobec kolegów. Czuje wstręt do nawiedzonych propagandzistów literackich piszących peany na cześć Rosji. Zarazem - jak często w dziennikach - świat porusza się wokół egotyzmu autorki: "Nie jestem już dla nikogo ośrodkiem życia. Jeśli nie zdołam uratować się sama - nie pomoże mi już nikt na świecie" (21. 9.46). Rząd jest "załgany", ale zarazem "możliwe, że taki system jak obecnie przyniesie Polsce istotne korzyści. Możliwe, że Polska nie ma dziś lepszej szansy, że nie ma w ogóle innej szansy istnienia. Bywają takie chwile w życiu narodów. Ale po co udawać, że system jest inny?" (12.1.47). Nie znosi BBC, oburzona na "Zakazane piosenki". Wstrętem napawa ją przedwojenna elita na spotkaniu z Bierutem: "tłuste i zadowolone trupy zasiadły do wesołej biesiady życia na dymiącym jeszcze pobojowisku" (14.2.47). Niepohamowane poczucie, że Europa się kończy, że grozi eksterminacja, i że Polska jest w rękach Żydów. Ma pretensje, że nowe władze pielęgnują jedynie martyrologię żydowską, przykładem skandalicznie antypolska jej zdaniem pierwsza wersja "Ulicy Granicznej", w której Polacy są pokazani wyłącznie w roli niemieckich kolaborantów.












*** Tomasz Łubieński - NORWID WRACA DO PARYŻA

..."Miejcie odwagę przyznać - pisze Janowi Koźmianowi, który drukuje Norwida, chociaż niechętnie - że nie ja ciemno piszę, ale wy ciemno czytacie". Zresztą na wszelką krytykę, wnikliwą albo głupią, złośliwą czy przyjacielską, reaguje alergicznie; obraża się, żali, wykłóca. Brak mu wobec własnej twórczości, bardziej jeszcze wobec jej odbioru, wszelkiego dystansu, ponieważ staje się ona dla Norwida kwestią życia i śmierci, a także, mniej górnie, sprawą egzystencji fizycznej, dosłownego bytowania artysty, który pragnąłby spełniać swoje powołanie czy, jak to woli, wykonywać zawód, do którego został powołany. I właśnie dla jakiegoś zabezpieczenia, które obroniłoby Norwida przed troską o jutro i pojutrze, a także pozwoliło pojechać do Włoch czy na kurację do wód, potrzebny jest mu sukces wyraźny, i to natychmiast, nie gdzieś przyszłościowo, bezterminowo. Więc walczy o swoje powodzenie obsesyjnie i bezskutecznie. Kiedy Koźmian pisze mu grzecznie, "nie zniżam się do pochwał", i ta formuła - nie jest, być może, całkiem szczera - dotyka Norwida tak boleśnie, że cytuje ją wzburzony w kilku listach. Nie hamuje wybuchów "pychy artystowskiej", które przeplatają się z naiwną przebiegłością albo niby-uniżonością, spod której niemalże ostentacyjnie przeziera źle maskowane zniecierpliwienie, a wszystko to sprawia niekorzystne wrażenie. Nie potrafi znieść pokornie albo przynajmniej dyskretnie ukryć głodu literackiego zwycięstwa. Nikt nie mówi, żeby miał się pogodzić z porażką, ale niepotrzebnie jeszcze sam, przez swoje awantury korespondencyjne i dziwaczne zachowanie, powiększa jej rozmiary. I ludzie, których interesuje, zaczynają ostrzej przyglądać się tak niedawno jeszcze zniewalającej osobowości, charakterowi, poglądom Norwida.














*** Cnoty nie stracić, majątek zyskać - rozmowa z Janem Gondowiczem o dziejach nagród literackich
Gazeta Wyborcza - 2010-10-03

...W Polsce Noblem się żyje i na Nobla umiera. Andrzejewski celował w Nobla chyba od debiutu. Może dlatego przed wojną zaczął od cnotliwo-perwersyjnej imitacji Mauriaca, strasznego "Ładu serca", idealnego debiutu przyszłego wielkiego moralisty. Potem zmienił priorytety na rzecz Nagrody Stalinowskiej, ale na krótko. Po czym odkrył uroki alegorii, rzecz jasna nowoczesnych, jak na ten przykład powieść złożona z dwóch zdań. Gdyby go nagrodzono, Nobla dostałby półplagiator, bo te "Bramy raju" są niczym innym jak rozbudowaną genialną nowelą Marcela Schwoba "Krucjata dziecięca". Andrzejewski musiał przeczytać ją w "Chimerze", ale znał rodaków i wiedział, iż w Polsce nikt nic nie pamięta, zwłaszcza po upływie 60 lat.













*** AGATA TUSZYŃSKA - PORA BIGOSU, PORA INTYMNA
Gazeta Wyborcza - 06/05/1999

...O salonie Ireny Krzywickiej, istniejącym w latach 1955-1962, wiele osób ma dużo do powiedzenia. Jacek Kuroń napisał, że był to jedyny salon godny swego miana w dziejach powojennej Warszawy. Leopold Tyrmand stworzył literacki portret salonu, a raczej pamflet, w swojej powieści "Życie towarzyskie i uczuciowe". Żaden z nich nie znalazł się nigdy wśród gości Ireny Krzywickiej. Jan Garewicz, jej kuzyn, pojawiał się tam regularnie. Pamięta salon jako "targowisko próżności", gdzie przychodzono, aby otrzeć się o sławy kolejnych sezonów.












*** ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA - TOWARZYSZE NIEUDANEJ PODRÓŻY

Borowski, ofiara stalinowskiego terroru, i Andrzejewski, przedwojenny żarliwy katolik, Konwicki, partyzant z wileńskiej AK, i Ważyk, świadek sowieckich zbrodni na Wschodzie. Dlaczego tak wielu polskich pisarzy poszło na służbę komunistycznej władzy?

I jak później od komunizmu odchodzili?












*** Andrzej KLOMINEK - GAŁCZYŃSKI W "PRZEKROJU"
Gazeta Wyborcza - 07/04/1995

...Był rok 1948, 7 listopada, Gałczyński w gronie polskich pisarzy zaproszonych do ZSRR stał pod mauzoleum Lenina. Wielka chwila, nawet dla małowiernych, a cóż dopiero dla zapalonego neofity, który dotarł tu "po latach błądzeń" i ogląda na placu Czerwonym defiladę zwycięskiej Armii Radzieckiej. Gałczyński chłonie wzrokiem scenerię mogącą przyprawić o zawrót głowy. W pewnej chwili przechyla się do ucha stojącego obok kolegi-literata i mówi: "Przepraszam. Czy pan może jeszcze dwa razy bez wyjęcia?".












*** Grażyna KURYŁŁO - Trzepak na Krupniczej
Gazeta Wyborcza - 17/10/1997

...Na jednym z zebrań partyjnych pewien robotnik szuka argumentu, aby udowodnić, że dobry artysta musi mieć pochodzenie robotnicze: - Spójrzcie na twarz towarzysza Polewki, nie ma w niej ani śladu inteligencji, a jednak tworzy, i to po marksistowsku. Gdy Polewka zostaje prezesem oddziału ZLP, czatuje pod drzwiami ubikacji, żeby przyłapać autora wierszyków ściennych: "Tutaj każdy sobie siurka ze swojego Jalu Kurka" albo "Tu w spokoju co niedziela czytam felieton Kisiela". Po wielu godzinach stania na warcie kontroluje ściany toalety. Odnajduje list do siebie: "Ej, Polewka, nie bądź Sławoj, pod wychodkiem nie wystawoj". To Ludwik Flaszen, krytyk literacki "Życia Literackiego", przechytrzył wartownika i wlazł przez okno.












*** Joanna Szczęsna - Grottger by tego nie namalował (Stanisław Dygat)
Gazeta Wyborcza - 07/02/1998

...Jego bon-moty, riposty, przygody, anegdoty, żarty, skandale, a także mniej lub bardziej prawdziwe plotki o nim, jego dworze, salonie, jego pożyciu małżeńskim z Kaliną Jędrusik, romansach jego, romansach jej obiegały swego czasu Warszawę. Charakteru był kapryśnego, usposobienia zmiennego, bywał podejrzliwy, wybuchowy, drażliwy, łatwo przechodził od uwielbienia do nienawiści, toteż wielu z jego przyjaciół doświadczyło niełaski, obrazy, odtrącenia.












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Wezwani, by umrzeć - POECI CZASU WOJNY
Gazeta Wyborcza - 07/08/2004

...Mapę Imperium Słowiańskiego Konfederacja Narodu wydała w październiku 1941 r. Czerwona plama rozlewa się na pół Europy: od Finlandii po Bałkany, od Szczecina po skolonizowaną Syberię. Egzemplarz, który oglądam, należał do Tadeusza Gajcego. Tekst na odwrocie mapy głosi, że między Niemcami a Rosją nie ma miejsca na słabą Polskę. Duch nowych czasów pcha narody w kierunku bloków plemienno-politycznych. Polacy "stworzą moc wprzęgniętą w służbę nieegoistycznie pojętego dobra". W pierwszym etapie budowy imperium należy włączyć w obszar państwa polskiego Białoruś - kraj narodowościowo niewykrystalizowany. Zawrzeć unię z Ukrainą - dla jej własnego dobra - w obronie przed Rosją. Zapewnić Polsce dostęp do Morza Czarnego, zajmując Besarabię i Bukowinę zamieszkane przez ludność bez świadomości narodowej. Rozgromić Rosję, korzystając z jej wyczerpania. Językiem urzędowym imperium będzie - "celem uproszczenia stosunków" - język polski. Imperium jest "narzędziem naszej wiekowej misji".












*** Anita Bialic, Katarzyna Bik - Ja chciałbym być poetą... (Andrzej Bursa)
Gazeta Wyborcza - 21/11/1997

...Guentner jest przekonany, że talent Bursy rodził się z buntu. Bruno Miecugow, dziennikarz i literat: - Był przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Przeciw Kościołowi, instytucjom społecznym, redakcji i środowisku. Nie przylgnął do żadnej grupy literackiej, mimo że Adam Włodek - opiekun Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich - cenił go. Bursa czuł się jednak niedowartościowany przez środowisko. Chodził od redakcji do redakcji i roznosił wiersze.












*** MONIKA PIĄTKOWSKA - Ślad wierszy na moich plecach (Rafał Wojaczek)
Gazeta Wyborcza - 24/12/1998

...Stycznia nie było przy śmierci Rafała. - Ale nikogo przy nim nie było. To się zdarzyło w jego pokoju na Śniadeckich. 12 maja 1971. Zapisał na skrawku gazety nazwy wszystkich proszków, które zażył. Rano gospodyni weszła, bo przyszedł list. Rafał siedział oparty plecami o ścianę. Już nie żył. Teresa: - Potem wielu próbowało pójść w jego ślady. Jeden wyskoczył z tramwaju na zakręcie. W garniturze, z teczką. Taki niby drugi Wojaczek. A tylko sobie pobrudził marynarkę. Śmierć Rafała tylko dla niego była finałem. Dla innych niczego nie zakończyła.












*** ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA - PAN MARIAN OD SZWOLEŻERÓW (Marian Brandys)
Gazeta Wyborcza - 23/12/1994

...Do Włoch z kolei pojechał jako wysłannik "Czytelnika" i "Przekroju". - Widziałem się z senatorami komunistycznymi, wspaniałymi ludźmi, oglądałem Annę Magnani i Vittorio de Sikę przemawiających na Piazza del Popolo, i wszyscy oni opowiadali, jak Ameryka chce ich uzależnić. Jedyny, który twierdził inaczej, to był radca handlowy naszej ambasady. Mówił: "Panie, oni tu walą wielkie pieniądze, sam pan zobaczy, jak to będzie wyglądało za dziesięć lat". Ale potem on uciekł z pieniędzmi ambasady. I komu miałem wierzyć? Upewniłem się, że jestem na właściwej drodze.












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - LULEK (Leon Schiller)
Gazeta Wyborcza - 10/01/2002

..."Chleba! Chleba!" - skandują nędzarze w trzeciej części "Nie-Boskiej komedii" w czerwcu 1926 roku. W dramacie Zygmunta Krasińskiego to tylko pół linijki tekstu. W inscenizacji Schillera - 20 minut obrazu. I galeria podejmuje ten okrzyk. Stroje współczesne, przywódcy rewolucji noszą skórzane kurtki bolszewickie. Czarne tło; tłum tańczy wokół szubienicy, miota się na scenie, szturmuje bramę. Od bramy prowadzą wzwyż stopnie. Tłum się na nie wdziera. Galeria klaszcze i szaleje, parter krzyczy: - Cicho, komuniści! Potem gazety piszą, że widownią wstrząsnął dreszcz, że przebiegła przez teatr błyskawica solidarności, że groza idąca ze sceny była niemal realna.












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Odchodził jak Lear (Kazimierz Dejmek)
Gazeta Wyborcza - 01/02/2003

...Później wystawia "Dialogus de Passione", opowieść o męce Jezusa na podstawie siedemnastowiecznych tekstów. Chrystusa - na osiołku, upadającego, klęczącego, krzyżowanego i bitego - grają rzeźby. - Pamiętam, jak zrodził się ten pomysł - opowiada Piotr. - Ojciec powiedział: markowanie bicia będzie tylko śmieszne, trzeba bić naprawdę. Mieczysław Kalenik, biczownik w warszawskiej wersji przedstawienia: - Mieliśmy opory, jak to - bić? Dejmek krzyczy: wal, to jest drewno! Więc waliłem Chrystusa w twarz żelazną rękawicą. Ktoś bił łańcuchem, kopał. Aż czuliśmy fizyczne zmęczenie. Z widowni rozlegały się krzyki: "Nie bij!".












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Coraz wyżej i wyżej (Konrad Swinarski)
Gazeta Wyborcza - 16/08/2003

...- Dwa narody miały swoją siedzibę w sercu i umyśle Swinarskiego, tę rzecz się wstydliwie przemilcza - mówił w filmie o Swinarskim Erwin Axer. - Ja widzę Konrada jako Niemca, który się zakochał w Polsce i którego kultura polska zdobyła, i widzę w nim Polaka, który podzielał szereg polskich przesądów dotyczących Niemców, a jednocześnie bez tych Niemiec nie mógł się obejść. Jego umiejętność zobaczenia na nowo, z taką siłą, naszej literatury romantycznej to efekt obcości. Chłopak wychowany w atmosferze niemieckiej spojrzał na tę literaturę świeżym okiem.












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Tam cię zmielą jak w młynku do kawy (GUSTAW HOLOUBEK)
Gazeta Wyborcza - 17/07/2004

...Wielkiej Improwizacji oni właściwie nigdy nie próbowali - opowiada reżyser Maciej Prus, asystent Dejmka podczas realizacji "Dziadów" jesienią 1967 roku. - Któregoś dnia, gdy stanęły na scenie niedokończone dekoracje, Holoubek przyjrzał się im i zażartował: "Gramy jak na klepisku", bo były gołe deski, "To ja powinienem zagrać trochę z chłopska...". Zaczął zaciągać, parodiował tak przez dwa wiersze, oparł się na kolanie i... zaczął mówić. Było nas czworo na widowni. Od tamtej chwili wierzę w metafizykę teatru, wierzę, że Holoubka musiały słuchać nawet puste krzesła. Jego interpretacja była prosta jak czytanka dla dzieci. Jasna i przejrzysta. Na koniec krzyknął z rozpędu: "...żeś ty nie ojcem świata, ale.../ Carem!", to "carem" w oryginale krzyczy szatan, i zapadła cisza. Asystentka płakała.












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Ja broczę krwią (TADEUSZ ŁOMNICKI)
Gazeta Wyborcza - 07/12/2000

...Opowiedział Andrzejowi Wajdzie, jak "fantastycznie" przemawiał w KW i jakie zebrał "brawka". I jaki wściekły był sekretarz Kępa, któremu prawie nie klaskali. Wajda do dziś nie wie, czy pod tą opowieścią kryła się autoironia, czy satysfakcja Łomnickiego.
Aktor Adam Ferency odwozi Łomnickiego z Teatru Na Woli do PWST na Miodową, jest druga połowa lat siedemdziesiątych. - Oni rozkradają Polskę! - Łomnickiemu łzy płyną po twarzy. Ferency mówi dziś, że łzy były prawdziwe. Ale nie ma pewności co do rozpaczy.
- Lubił powtarzać: "Nie macie pojęcia, jak Gierek mnie kocha". Wiedział, że naraża się na śmieszność. Dlaczego tak mówił? - zastanawia się Joanna Szczepkowska, aktorka. (W 1972 r. złożył Gierkowi wyrazy uznania za "pozytywny klimat", jaki partia stwarza dla poszukiwań twórczych. Towarzyszyli mu Holoubek, Kutz, Kawalerowicz...)












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Barchan i koronka (Janusz Warmiński)
Gazeta Wyborcza - 12/12/1998

...Pomimo cenzury system PRL w pewnym sensie sprzyjał atrakcyjności teatru - mówi Władysław Kowalski. - Ludzie chcieli usłyszeć, że ustrój jest zły. Czy graliśmy klasykę, czy sztukę współczesną wszystko się widzowi kojarzyło z polityką. Im więcej aluzji wypowiadał aktor, tym lepszą - zdaniem publiczności - tworzył kreację. A władza podlizywała się aktorom, zależało jej na nas, bo to my nieśliśmy słowo w lud. Poklepywała nas po plecach, chciała kupić i często kupowała przydziałami na mieszkania i małe fiaty. Jednocześnie mówiła: przecież macie teatry Warmińskiego, Axera, Huebnera, więc nie przesadzajcie z tym zamordyzmem.












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - W uścisku Komandora (Bohdan Korzeniewski)
Gazeta Wyborcza - 16/04/2005

...Obok list rozstrzelanych zakładników wisiały na słupach afisze rewii i tandetnych przedstawień: "Moczmy nogi", "Ząb, zupa, dąb!", "Cacko z dziurką"... Jeszcze przed wywózką do obozu Korzeniewski poinformował władze ZASP o tajnych zarządzeniach okupanta dotyczących propagandowej roli teatrzyków zaakceptowanych przez Niemców. Swoim repertuarem miały wykazać, że Polacy to naród zwyrodniały. Latem 1940 r. na zebraniu z udziałem Schillera, Jaracza, Adwentowicza, Wiercińskiego, sekretarza ZASP Dobiesława Damięckiego i Stanisławy Wysockiej Związek zakazał aktorom występów w jawnych teatrzykach. Zezwolił jedynie na recytacje i śpiew w kawiarniach. Zajęli się handlem; pracowali w kawiarniach. Ale około dwustu osób w Generalnej Guberni nie respektowało zarządzenia ZASP. Prócz "aktorskiego pospólstwa" - jak mawiał Korzeniewski - byli też wielcy sceny: Kazimierz Junosza-Stępowski, Jerzy Leszczyński, Józef Węgrzyn, Adolf Dymsza, Maria Malicka...












*** Józef Hen - Tadeusz, Stachu i Dagny (Boy, Przybyszewski)
Gazeta Wyborcza - 19/06/1998

...Bo Dagny kochała wciąż tego łajdaka męża. "To zwykła szuja - powie o nim Sewer-Maciejowski, który niedawno przekazał mu z ochotą swój tygodnik - najczarniejszy szubrawiec, który wszystko za gotówkę sprzeda, nawet swoją ubóstwianą Dagny". Przybyszewski jeździ do Lwowa, gdzie ma w tym czasie równolegle dwa romanse: z malarką Anielą Pająk, matką Stanisławy Przybyszewskiej, późniejszej autorki Dantona, i z Jadwigą Kasprowiczową, którą potem zabierze "kochanemu Jasiowi". Malarka wspomaga go pieniędzmi, wiedząc o tym, że jest ta druga.












*** Krzysztof Miklaszewski - Stodoła, błoto i radziecki skrzypek (Tadeusz Kantor)
Gazeta Wyborcza - 08/12/1995

...- To Pan jest tym skrzypkiem radzieckim? - pyta Kantor spoglądając na artystę już mocno przerażonego. Kiwa on też głową, boleśnie ten epitet przeżywając, kiedy Kantor się upewnia: - To dobrze nawet, że jest pan skrzypkiem r a d z i e c k i m.
Brodski zdaje się nic nie rozumieć.
- Wie pan, że w Polsce się niczego nie załatwi bez strachu! Polacy muszą się zawsze kogoś bać, do jasnej cholery! - dywaguje Kantor, wylewając wodę z buta.
- Ale skoro już pan jest tym skrzypkiem radzieckim, to niechże pan zmusi tę swołocz, żeby tu podjechała!!












*** Dorota Szwarcman - Testament Paderewskiego
Gazeta Wyborcza - 17/01/1997

..."Ujemnie zaciążyła na karierze politycznej swojego męża czasu jego premierostwa w 1919 roku - pisze Adam Grzymała-Siedlecki, który znał ich oboje. - Huczało wtedy w Warszawie i poza Warszawą, huczało zdumieniem, czasami nawet zgorszeniem, a najczęściej rozbawieniem (bezmyślnym, niestety) nad jaskrawymi wystąpieniami »pani Heleny«. Potrafiła z domowym interesem albo nawet z jakąś swoją nerwową pretensją wtargnąć do gabinetu Paderewskiego, gdzie on odbywał oficjalną konferencję z ministrami czy z posłami; potrafiła być demonstracyjnie niegrzeczna dla ludzi poważanych, stale, a nawet jakby z odrazą, traktując pozycję męża jako jakiś niepotrzebny epizod ich życia".












*** Stanisław Manturzewski - Dlaczego Reymont uciekał przed Boryną?
Gazeta Wyborcza - 13/02/1998

...Epizod kolejowy trwał prawie trzy lata: wcześniej zaliczył Reymont karierę krawca (w 17 roku życia uszył frak dyplomowy!), zakochał się w aktorce, przyłączył się do wędrownej trupy teatralnej, grywał małe rólki w nędznych sztukach w Łęczycy, Przasnyszu, Skierniewicach - "Fantazje na temat miłości", "Chata za wsią", tańczył na scenie, występował nawet w... cyrku. Grał właściwie za darmo - z miłości do tej aktorki... Na kolei zaczepił się, żeby nie umrzeć z głodu, dosłownie, nie jest to frazes ani przenośnia - w czerwcu 1892 roku ląduje w skierniewickim szpitalu z rozpoznaniem: "głodowe zapalenie żołądka..."












*** ANNA ŻEBROWSKA - MISTRZ I MIŁOŚĆ (Michaił Bułhakow)
Gazeta Wyborcza - 16/11/2000

...Pierwszą żonę rzucił w sposób obrzydliwy! Gdybym miała oceniać pisarzy na podstawie ich morale: Bułhakow byłby przestępcą - profesor Marietta Czudakowa, bułhakoznawczyni o światowej renomie, ścisza głos do szeptu. - Zostawił tę biedną Tatianę z początkiem roku 1924, gdy przyjęto do druku "Białą Gwardię", pojawiała się więc nadzieja na sukces i dobrobyt. Pomagał jej trochę finansowo, czasem nietaktownie przekazywał pieniądze przez drugą żonę, Lubow Biełozierską, ale mógł powiedzieć: "W tym miesiącu nic ci nie dam, musiałem zapłacić za skrobankę Luby". Nie chciał mieć dzieci, uważał, że ma złe geny.












*** Anna Żebrowska - Śmierć Wysockiego
Gazety Wyborczej - 23/01/1998

...W Marinie Vlady kochali się w ZSRR wszyscy mężczyźni, od podrostków do zgrzybiałych starców, jej filmy biły kasowe rekordy. W roku 1967 przyjechała do Moskwy na festiwal filmowy i trafiła na spektakl Taganki "Pugaczow". Wysocki miał w nim pięciominutowy, namiętny monolog - nic więcej o nim nie wiedziała. Podczas wspólnej aktorskiej kolacji natychmiast się oświadczył (tak samo jak poprzednim żonom). Była tą, która pokazała mu świat i uchroniła przed większymi nagonkami ze strony władzy. By ułatwić sobie kontakty z mężem, wstąpiła do Komunistycznej Partii Francji. Każdy atak na Wysockiego groził odporem z jej strony i - międzynarodowym skandalem.












*** ANNA ŻEBROWSKA - NIEJASNA POLANA (Literatura w ZSRR)
Gazeta Wyborcza - 10/02/2000

...Jakkolwiek było, po wojnie Fadiejew mało pisał, tęgo pił. Pod presją krytyki przerobił powieść "Młoda Gwardia" w duchu ideologicznych gniotów, dwóch innych nie dokończył. Po zmianie koniunktury politycznej zdegradowano go w roku 1954 z funkcji sekretarza generalnego Związku Pisarzy i członka KC. Słał do KC listy, lecz nie zaszczycano go odpowiedzią. 13 maja 1956 roku strzelił sobie w serce w sypialni na piętrze willi. Zebrani na dole domownicy nie zwrócili uwagi na wystrzał, "podłogi się rozsychają", powiedział ktoś. Ciało znalazł 11-letni syn Misza, gdy poszedł zawołać ojca na obiad.












*** ANNA ŻEBROWSKA - PANCERNIK MOSFILM
Gazeta Wyborcza - 19/09/2002

...Po Pyriewie dyrektorem Mosfilmu został były trębacz z Teatru Wielkiego Władimir Surin. Miał absolutny słuch na nowatorstwo: wyławiał najlepszy moment filmu i żądał jego wycięcia. W "Lecą żurawie" chciał usunąć epizod śmierci bohatera: padające ciało i korony drzew, które zakręciły się w obiektywie - scena weszła do klasyki światowej. Po nim mianowano generała Nikołaja Sizowa, byłego szefa wydziału kryminalnego milicji. Sekretarce wydawał polecenie: "Proszę wprowadzić reżysera!" i nie miał elementarnego wykształcenia humanistycznego. - Zażądał ode mnie zmiany końcówki filmu "Jegor Bułyczow i inni" - mówi Siergiej Sołowiow. - Odpowiedziałem delikatnie, że to nie mój pomysł, tak napisał Gorki. - "Gdyby Gorki żył - o zmianach scenariusza rozmawiałbym z nim. A ponieważ Gorki umarł - rozmawiam z panem! Wykonać!". Pomogła dopiero uwaga, że Gorki korespondował z Leninem i ten zaakceptował końcówkę. Anegdotą stała się opinia Sizowa na kolaudacji filmu Nikity Michałkowa "Pięć wieczorów", że bohater jest źle ubrany. "Nikita, po co mu ten kapelusz i długi płaszcz? Nasi ludzie się tak nie noszą. Przebierz go!". W dodatku naczalstwo było bardzo cnotliwe. Sceny łóżkowe aktorzy grali w piżamach i podkoszulkach. Szef Goskina Aleksiej Romanow przed skierowaniem filmu na ekrany uprzedzał: "Jeśli jest tam golizna - nie będę tego nawet oglądał". W Związku Radzieckim seksu nie było.













*** Wiktor Jerofiejew - Jerofiejew kontra Jerofiejew (Metafizyka zbieżności nazwisk)

...Jerofiejewa poznałem w windzie. Patrzył wprost przed siebie. Ja patrzyłem sobie pod nogi. W milczeniu jechaliśmy w górę. Dla obu nas było jasne, że jest lepszy ode mnie pod każdym względem. Był bardziej wysoki, bardziej przystojny, bardziej wyprostowany, bardziej szlachetny, bardziej doświadczony, bardziej śmiały, bardziej stylowy, bardziej śmiały duchem. Był nieskończenie bardziej utalentowany niż ja. Był moim idolem, bożyszczem, fotografią, wyciętą z francuskiego czasopisma, kultowym autorem ulubionej książki. Jechaliśmy windą w niewysokim bloku, w dzielnicy-blokowisku. Patrząc przed siebie powiedział:

- Chyba powinieneś zmienić nazwisko, czy jak.

Odruchowo spojrzałem mu prosto w twarz. Nie powinienem był tego robić. Stał w palcie, w czapce na bakier, co nadawało mu ciut zuchowaty wygląd, pięknie kontrastujący ze szczelnie zapiętą białą koszulą i wczesną siwizną. Jego oblicze wyrażało lekką pogardę i lekkie okrucieństwo, wystarczające jak na tak drobną ofiarę.














*** Adolf Rudnicki - Głowa Persa

...Zimno mi się robi, gdy czasami wejdę do kawiarni, gdzie młodzi artyści czekają. Na co czekają? Mają jednego boga: swoje ja. I mają jedno pragnienie: wyrzucić go z siebie. To, co noszą w sobie, m u s i być podane światu, musi znaleźć ujście. Świat ma milion twarzy, ale bez ich twarzy nie ma on żadnej. Wyjść z ciemności! Wyjść z nicości! Jeśli są imiona na świecie, któż ma większe prawo do nich? Za cenę swojego słowa, za cenę swojego rzekomo słowa ugną się. Te istoty są cudownie młode i wszystkie oszustwa świata raz jeszcze będą na nich wygrane. Ci aniołowie powtórzą wszystkie zbrodnie świata, o których dzisiaj nie wiedzą nic. To, co wiedzą, sprowadza się do pustej wiedzy słów, do skorup, w środku nie ma nic. Uczucia przyjdą potem, klęski przyjdą potem, a bez nich wszystko puste. Nie wiedzą nic, ostatnie rzezie odbyły się bez nich, a gdzie ich rzezie? Są niewinni i piszczą za tym, aby wejść w swoją winę, bez której nie ma życia, na tym polegają wszystkie nieporozumienia między pokoleniami. Są czyści, są biali i nie mogą znieść tej właśnie bieli własnej. Ileż zabójstw dokonają, nim sami będą zabici! Zimno mi się robi, kiedy wchodzę do kawiarni. Czekają...














*** Tadeusz Konwicki - O krytykach

...Szacunek musi budzić także gatunek krytyka wściekłego. Krytyk wściekły jest wściekły charakterologicznie. Jeśli znielubi ciebie od pierwszego wejrzenia, to żebyś później same Księgi pielgrzymstwa rodził, to i tak go nie udobruchasz, nie rozchmurzysz, nie rozśmieszysz. Przeciwnie, każdy twój mizerny sukcesik będzie go coraz silniej rozwścieczał. Każdy ochłap, który ci życie upuści na podłogę, on będzie przyjmował jako osobistą zniewagę. Pogrążając się w grobie, pokaże ci jeszcze mimicznie, żeś grafoman.














*** Melchior Wańkowicz - O grafomanach tragicznych

...Pilniak opowiadał mi, że do Związku Pisarzy Radzieckich pielgrzymowali z najdalszych krańców ludzie obciążeni nieraz kilogramowymi rękopisami, czasem pierwsze partie drogi robiąc renami albo barkami wodnymi. Przychodzili po radę, ocenę, pomoc. W większości wypadków były to utwory nie nadające się do druku. Niedoszły pisarz ze skruszonymi wszystkimi nadziejami życia wychodził na schody. Związek mieścił się na pierwszym piętrze. Biedak był półprzytomny z rozpaczy. Na załamaniu schodów na półpiętrze była ubikacja. Wchodził do niej i wieszał się. Kiedy to powtórzyło się kilkakrotnie, władze Związku kazały dorobić klucz, aby zamknąć i te ostatnie drzwi dla finału pasji pisarskiej.














*** Jacek Dehnel - Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu

...A jednak, jest to wielkość nierozpoznana (poza netem przynajmniej), wielkość zatajona. Jakie są przyczyny tego zatajenia? Krytyka. Sobieraj i pozostałe postaci z tej wyjątkowej strony, rozdają ciosy na prawo i lewo: fotografie Nan Goldin i zdaniotwórstwo Masłowskiej to wtórne i desperackie akty bezpłodnych przeciętniaków, słabo wyedukowanych, pozbawionych smaku i umiejętności warsztatowych; późna twórczość Miłosza nadaje się raczej do kosza niż na półkę; Szekspir, Bach, Mozart, Mickiewicz, Słowacki, Witkacy i Chmielewska to pozytywni grafomani; Mahler to kuglarz i muzyczny kabotyn, Joyce to grafoman i nudziarz, Masłowska i Podgórnik posiadając towarzyskie umocowanie, zasrywają świat literatury nieudolnymi, wulgarnymi odchodami dla ćwierćinteligentów - no bo dla kogo innego? Świetlicki, Gretkowska, Tokarczuk, Huelle odczuwają wewnętrzny przymus pisania nieistotnych pierdół powstaje więc całe mnóstwo przeciętnego, pseudointelektualnego bełkotu albo nudziarstwa aspirującego do wielkiej sztuki. Z kolei, w innym zestawie, Tokarczuk, Masłowska, Pilch i Sasnal to przeciętniaki i miernoty.














*** Zbigniew Masternak - O wydalaniu poezji czyli próby kariery literackiej

...Przyjrzawszy się z szacunkiem olbrzymiej liczbie książek, myślałem, jak prężnie działa jego oficyna. Niecierpliwie czekałem, co powie.

- Dotychczas wydaliśmy... - wydawca jakby nieco się zawahał - dwa tomiki... - wyciągnął z szuflady biurka dwie niewielkie, białoczarne broszurki. Podał mi je z niepewną miną. - Tu jest zbiorek księdza z naszej parafii. Ksiądz wciela się w nich w rolę duchowego przewodnika, prawdziwego mistrza na drogach modlitwy i samodoskonalenia... Wezwanie do doskonalenia się - oto przesłanie tej poezji. Udała się ta książka, nieprawdaż?

Patrząc na pakowy papier i rozlewający się druk, potwierdziłem bez przekonania. Ale pocieszyłem się, że początki nigdy nie są łatwe - na przykład jako piłkarz zaczynałem grać w tenisówkach, na łące za domem, do tego szmacianą piłką - aż przyszedł czas na lepszy sprzęt i miejsce do gry.














*** STANISŁAW BARAŃCZAK - KSIĄŻKI NAJGORSZE

..."A przecież i ja nie tak dawno pisałem tylko o litości dla spragnionej kury, dla prosiaka walącego się pod ścianą w mroku wyschniętych bebechów, natomiast trzy tygodnie temu na posiedzeniu Egzekutywy KW PZPR w Krakowie, poświęconemu zaopatrzeniu w wodę, włączyłem się w sprzeciw wobec minimalizmu programowego w tym problemie".

"Na naszych oczach runęła mitologizacja chłopa polskiego w wydaniu kieszonkowym".

"Zasłony dymne wytwarzają ci, którzy z przysłowiowego rękawa wytrzepują na poczekaniu zgrabne odpowiedzi lub naukowo rozwodzą się, czeszą cynicznym grzebieniem".

"[...] biurokracja ma to do siebie, że mnoży się jak koty przy pełnej misce, jeśli nie przetnie jej się dopływów. Więc niech gminy po kolei stracą listki figowe braku uprawnień. Nawet za cenę bolesnego ślizgania się".

"A ileż dziur powstaje w nadbudowie w wyniku przypalania lub przepalania szybkobieżną euforią. Wydłużony krok nie zaowocuje tam, gdzie plącze się myślenie".














*** JEAN-CLAUDE CARRIERE, UMBERTO ECO - NIE MYŚL, ŻE KSIĄŻKI ZNIKNĄ

...Kolejnym przykładem vanity press (choć można by wymieniać wiele innych tego rodzaju publikacji) jest książka, którą posiadam: Dictionnaire biographique des Italiens contemporains *["Słownik biograficzny współczesnych Włochów"]. Otóż aby w słowniku tym figurować, trzeba za to zapłacić. Znaleźć tam można na przykład następującą wzmiankę: "Pavese Cesare, urodzony 9 września 1908 roku w Santo Stefano Belbo, zmarły w Turynie 26 sierpnia 1950 roku", z dopiskiem: "Tłumacz i pisarz". Koniec. Następnie natrafia się na dwie bite strony poświęcone Paolizziemu Deodatowi, o którym nikt nigdy nie słyszał. Wśród tych słynnych anonimów najznamienitszym jest chyba niejaki Giulio Ser-Giacomi, autor tysiącpięciusetstronicowego tomiska, zawierającego jego korespondencję z Einsteinem i Piusem XII. Są to wyłącznie listy, które ów pan pisał do obu tych osób, ponieważ oczywiście żadna z nich nie odpowiadała na nie.













*** Henryk Dasko - O jakości tłumaczeń Roberta Stillera

...Lolitę Stiller zgwałcił. W nieopierzonym podówczas jeszcze "Ex Librisie" pisałem o skandalicznym braku poszanowania dla języka oryginału, pogardzie dla szlifu nabokovowskiej frazy, niedopuszczalnej plebeizacji tekstu rodem z Mechanicznej pomarańczy. Pan Stiller nie podjął jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji, a jego odpowiedzią na krytyczną recenzję był stek inwektyw w wywiadzie prasowym. Niedawno przeczytałem powtórnie polską wersję Lolity; autor przekładu popełnia tam rzeczy niespotykane. Zasłoną miłosierdzia należałoby okryć "gwiazdy i glabzdry jadowitych zwierzątek, szelest potencjalnych wężów, potrząsanie faflami, pobyt u czubków, ubawy, kolesiów, geszefciarza (w oryginale: businessman), jechanie wyżyłowanym, grzdyle, wizganie, spluweczki, traki, popkorny, snikersy" i dziesiątki podobnych kwiatków, od których Nabokov, pedantycznie uwrażliwiony na jakość przekładów swoich książek, przewraca się w grobie. Ale jeżeli u Nabokova żona klepie mrukliwego męża po podbródku, a u Roberta Stillera "robi milczkowi gli gli pod brodą", to przy najlepszej woli nie sposób znaleźć kotary, która podobne brednie zasłoni.













Andrzej Żuławski








*** Andrzej Żuławski - Nie muszę się, k..., z nikim liczyć - wywiad
Dziennik - 25 kwietnia 2009

...Jezus, Maria! Romy Schneider opowiadała mi, że jej matka jako kochanka Goebbelsa była skreślona i nie mogła po wojnie grać w Austrii, to ona Romkę zaprowadziła do tych starych producentów, do łóżek, żeby mała grała! Dwunastoletnią Romkę! I Romy mi to opowiedziała po pijaku, płacząc, że jej życie sentymentalne, uczuciowe zostało zdemolowane w wieku lat dwunastu. To skądinąd nie jest w kinie niezwykłe, przecież co przeżyła Joan Crawford? Matka zrobiła z niej uliczną kurwę.

 

 

 


*** Andrzej Żuławski - Do więzienia? Proszę bardzo - wywiad
Rzeczpospolita - 14.05.2011

...Nie bywasz.

A gdzie mam bywać? Na tzw. salonach? Salon to było miejsce podejmowania interesujących gości. Dziś tym salonem jest promocja nowej pasty do zębów, nowych perfum. To tam schodzą się dzisiaj celebrysie i celebryśki. I co, ja mam pójść tam razem z nimi? No i z kim mam bywać? Telewizja to rodzaj domowego magla, z którego dowiadujemy się o wszystkim ważnym, a zwłaszcza nieważnym. Ludzie telewizji to właśnie bohaterowie tego magla, którzy z kimś się zeszli albo kogoś rzucili i to ma nas wpędzać w stan ekscytacji. Namawiasz mnie, bym bywał razem z nimi?

 

 







*** ŻUŁAWSKI. PRZEWODNIK KRYTYKI POLITYCZNEJ - wywiad-rzeka z Andrzejem Żuławskim - CZĘŚĆ 1

...Francuzi są narodem o wiele mniej racjonalnym niż Polacy. Dam panu przykład, który często cytuję. Jak to jest możliwe, żeby na przestrzeni kilku tygodni czy miesięcy na tym samym balkonie na placu Zgody ten sam tłum oklaskiwał marszałka Petaina, największego kolaboracjonistę w całej Europie - Francja wówczas wydała dekrety antyżydowskie o wiele ostrzejsze od norymberskich - a w kilka tygodni potem generała de Gaulle'a, którego tenże Petain zasądził na karę śmierci? Na tym samym balkonie, ten sam tłum! Jeszcze strzały było słychać w mieście. To jest naród totalnie nieracjonalny. Oni mają tylko jedną racjonalność: to jest naród chłopski, to jest chłopstwo niebywale dobrze zorganizowane, każdy sobie rzepkę skrobie, ale w sposób niebywale zorganizowany. A Polacy mówią, że są narodem chłopskim. To nieprawda, Polacy są narodem wiejskim a nie chłopskim. To znaczy, że tu nikt każdy sobie. Wieś to jest taka bezładna kupa, co zawodzi w kościele i działa razem. Wieś to jest Lepper. W Polsce wieś to jest element najbardziej kołtuńsko-aspołeczny, w sensie budowy państwa. We Francji to jest najbardziej państwowotwórcza część narodu.






*** ŻUŁAWSKI. PRZEWODNIK KRYTYKI POLITYCZNEJ - wywiad-rzeka z Andrzejem Żuławskim - CZĘŚĆ 2

...Wybrałem taką dziewczynę [Iwonę Petry] - przypadkowo znalezioną, ale instynkt mnie tknął - która ma w sobie bardzo poważny rys obłąkaństwa, szaleństwa. Ona sobie do dzisiaj absolutnie nie umie dać rady w społeczeństwie. Jest inteligentna, pisze bardzo interesujące opowiadania, one są nieco autystyczne, ale są. Myśli, jest bardzo ładna, nigdy nie miała problemów ze znalezieniem bogatych narzeczonych, ale żyła dosyć dziwacznie. Nigdy nie miała cienia oporów przed graniem tego, tylko dostała scenariusz, przeczytała. Zapytałem: "Czy panią coś razi, czy czegoś... - A skąd, proszę". I tak zagrała - proszę. Linda jej się bał, bo nigdy nie było wiadomo, co ona zrobi. I jak grała takie sceny, gdzie ona go opanowuje na korytarzu, gdy wracają do domu, to on przecież miał takie siniaki, podbite oko potąd [pokazuje], był jak ze skóry obdarty. To przekraczało normy zachowania uporządkowanego, ułożonego, grzecznego człowieka. Taką ją zobaczyłem i pomyślałem, że tylko ona może to grać. Absolutnie tylko ona. Gdyby była lepiej chroniona przed Ciemnogrodem, przed dewotkami, przed kretynami w tym kraju, to może na końcu lepiej by na tym wyszła albo wyjechała gdzieś. A tutaj spadły na nią wszystkie te hieny, że "Boże, pornografia! Czy ona to naprawdę robiła?". No skądże, ale my tak myślimy! Do dzisiaj bardzo żałuję, że nie umiała się temu oprzeć, że zachowywała się wyjątkowo nielojalnie. Niby zrozumiała, że nastąpiło jej piętnaście minut i pomyślała, że jeżeli ona w tych piętnastu minutach stanie po stronie tej ciemnej masy i powie, że jest pierwszą ofiarą tego straszliwego filmu i tego łotra, który nie wiem, co z nią zrobił, to będzie lepiej. Otóż nie było lepiej, i do dzisiaj ta dziewczyna nie istnieje, po prostu. To jest wielka szkoda. Bo gdyby takie zjawisko się pojawiło w Ameryce, to ona by grała w trzech filmach rocznie przez następnych dziesięć lat, bo oni tego właśnie szukają.












Marek Hłasko





*** Rafał A. Ziemkiewicz - Homokariera Marka Hłaski
Rzeczpospolita - 09-01-2010

...Że Marek Hłasko kleił się do mężczyzn, nie miałbym mu za złe, bo jestem, wbrew pozorom, człowiekiem tolerancyjnym. Gdyby tylko kleił się, bo go naprawdę do nich ciągnęło, bo go tak akurat Pan Bóg poskręcał. Ale Hłasko homoseksualistą, by tak rzec, naturalnym, nie był; po ucieczce z Polski obraca się już wyłącznie wśród normalnych mężczyzn i uwodzi tylko kobiety. Jego związki z prominentnymi pederastami, jak ich w owych czasach prostolinijnie nazywano, służyły wyłącznie karierze. Co zabawne, idol i wzór Hłaski, James Dean, jak dopiero dziś się pisze, też zrobił karierę przez łóżka paru możnych hollywoodzkich perwersów - widać wyczuł swój swego, bo wiedzieć o tym wtedy Hłasko nie mógł.


Rzecz jasna, wszystko to ohyda, jawna podłość i haniebne oszczerstwa, jakby to skomentował każdy szanujący się autorytet moralny. Jednak Hłasko to nie pierwszy i nie ostatni literacki młodzieniec szukający przepustki do kariery przez łóżko homoseksualisty z pisarskiego Parnasu. Przypomnę legendarny już cytat z "Dziennika" Iwaszkiewicza: Każda epoka ma swój styl nawet w drobiazgach i w innej epoce nie można pewnych rzeczy realizować. Mogłem w maju 1936 roku chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada u Bazylianów w Wilnie. Była cudowna noc z księżycem i słowikami. Rzecz nie do pomyślenia w roku 1824 ani 1954. Gdzie teraz Mickiewicz? Gdzie Miłosz, gdzie Iwaszkiewicz? 

W 1936 Miłosz miał lat 25 i był nikim, Iwaszkiewicz zaś wszystkim. 






*** Jerzy Urban - Cienias w teatrze cieni
NIE - 06/2010

...Jak wszyscy inni, ceniłem sobie bardzo towarzystwo Marka Hłaski. Cała Warszawa była w zalotach. Marek mógłby leniwie siedzieć, przyjmować hołdy i tylko robić losowanie, z kim spośród dziewczyn lub pisarzy i krytyków pójdzie dziś do łóżka. A jednak ten pieszczoch był w życiu towarzyskim pracowity. Po pierwsze słuchał ludzi i wszystko zapamiętywał. Jako pisarz karmił się bowiem opowiadanymi mu lekturami, przygodami, anegdotami. W knajpach uczył się też, jak mówią pijaczkowie, jak cipy, jak milicjanci. Po drugie Hłasko wiedział, że za kult swoim wyznawcom należy płacić. Każdego wieczoru urządzał z siebie teatr dla swojego towarzystwa i na ogół wystawiał spektakl premierowy. Jego nocną sceną była głównie tancbuda Kameralna. To zjadał szklankę. To policzkował dziewczyny kwiatem. Raz przyszedł z dużą forsą i rozrzucał banknoty po całej knajpie. Nie to, żeby czyniąc wrażenie już nieprzytomnego, potem nie chodzić od stolika do stolika, aby żądać zwrotu. Forsa i za socjalizmu wywoływała u pijaków ataki przytomności. Kiedy indziej, pamiętam, Hłasko przyprowadził do "Kamery" młodziutką sekretarkę z biur filmowych na Puławskiej. Do trzeciej flaszki opowiadał, jaka jest piękna i że rano wezmą ślub. Po kolejnych ćwiartkach pytał kumpli, skąd taka wstrętna kurwa mu się przypętała, i finał: - Wynoś się, szmato! Nie dam ci na taryfę. A ona łkała, że aż bolało nas w środku od śmiechu. Wszystko to było bardzo dla mnie rozrywkowe, ale jak długo można chodzić do jednego i tego samego teatru? Jako widz Hłaski począłem odczuwać nudę. A przy tym mam tę skazę, że będąc pijakiem, alkoholików nie znoszę.








*** Andrzej Gass - Hłasko: pożeracz kieliszków
Focus Historia - 01/12/2009

...Prawdopodobnie niektóre sytuacje Hłasko aranżował. W powieści Andrzejewskiego "Idzie skacząc po górach" ("i podpierając się chujem" - dopełniał tytuł Janusz Szpotański, czyniąc aluzję do seksualnych preferencji autora) Hłasko występuje jako pisarz Marek Kostka. Na przyjęciu gryzie w ucho krytyka. To powtórzenie gestu Stawrogina z "Biesów" Dostojewskiego, ulubionej książki Hłaski. Podobno ukąszony został Jarosław Iwaszkiewicz, redaktor naczelny "Twórczości", zafascynowany Hłaską, którego nazywał w listach "drogim Maruniem" i słał mu samolotem z Moskwy róże. Rój homoseksualistów wokół Hłaski to temat na inną opowieść. Jeden z nich, Henryk Bereza, powiedział Andrzejowi Czyżewskiemu, że prawdziwa biografia Hłaski będzie mogła powstać dopiero za 50 lat. Żadna z kobiet Hłaski nie pisała do niego tak pięknych listów jak oni. Choćby Wilhelm Mach: "Ukochany, Ukochany Marku mój, Przyjacielu, Bracie najdroższy, najbliższy mi na świecie Człowieku, Światło moje, radości moja i smutku", itd., itd. (Barbara Stanisławczyk, "Miłosne gry Marka Hłaski")













*** Roman Śliwonik - PORTRETY Z BUFETEM W TLE - Edward Stachura

...Nagle w tej mordowni dworcowej Sted wypatrzył dwóch ludzi pijących piwo, których znał. Byli wymięci na twarzach i szaty mieli wymięte, znać było, że to podróżni. Sted zaczął ich przywoływać; jak się okazało, byli to jego znajomi z Lublina, mieszkali razem w akademiku.

- Grałem z nimi w Lublinie w pokera, są słabi, wygrywałem z nimi, jak chciałem - szeptał Sted.

Cała trójka ucieszyła się ze spotkania, Stachura spytał, czy jeszcze grają, bo my wracamy właśnie z nocnego pokera. Powiedzieli, grają i wracają z dużej gry w Sopocie. Na dowód jeden z nich wyjął rulon pieniędzy, przy którym rulon Steda był mały.

Ze Stachury na widok pieniędzy buchnęło około tysiąca słońc i miliony pomniejszych promyczków Prawie oszalał. Zresztą z całej trójki biło radosne światło, nie wiem, może wszyscy pokerzyści świata tak świecą, a może tylko ci, którzy wygrywają i mają pieniądze.













*** Przesławne lanie! - Markowski kontra Libera!!

...Tuż przed napaścią Markowski miał powiedzieć do Libery: - Gdyby to było w innych czasach, to bym pana wyzwał na pojedynek i zabił. Wszystko zaczęło się od literackiej debaty na łamach Dziennika. Uczestniczyli w niej m.in. Libera oraz Anna Burzyńska, kierownik literacki krakowskiego Teatru im. Słowackiego, prywatnie żona Markowskiego. Czas przed odjazdem pociągu do Krakowa Burzyńska spędziła w towarzystwie Libery, który prezentował jej swoje poezje. Wrażeniami z wizyty u pisarza podzieliła się z mężem, ten zaś bez skrupułów wyszydził Liberę na łamach Tygodnika Powszechnego [w felietonie Rozmowa z Wielkim Pisarzem]. Gdy zaatakowany Libera dal odczuć Burzyńskiej swe niezadowolenie, wzburzony Markowski zapowiedział zemstę. Wtargnął na spotkanie zespołu z dyrekcją teatru i Liberą, by brutalnie raz jeszcze zaatakować pisarza. Tym razem jednak przeszedł od słów do czynów. Po gwałtownej wymianie zdań i Markowski podszedł do Libery i z całej siły uderzył go w twarz. Po czym wyszedł, pozostawiając osłupiały zespół teatru oraz mdlejącą małżonkę.

 

Naiwni tabloidowi dziennikarze "Faktu" sugerowali erotyczno-romansowy podtekst skandalu. Cóż za banalna interpretacja! W rzeczywistości było jeszcze gorzej. Któż bowiem w dzisiejszych czasach bije w mordę z powodu romansu żony! Rzecz w tym, że w Krakowie "problem lustracyjny" jest z tajemniczych powodów szczególnie nabrzmiały. W pięknym, królewskim niegdyś grodzie plotki "ten był, na tego nic nie ma" są powtarzane nawet przez kwiaciarki na Rynku. W tej atmosferze użycie specyficznej przenośni "oficer prowadzący i jego agent" może prowadzić do mordobicia w najwyższych sferach. A tak w ogóle, to już Gombrowicz w "Dziennikach" nawoływał intelektualistów, by porzucili jałowe debaty i dali sobie po gębie. A w ojczyźnie naszej to tak zwane życie publiczne obwarowane jest tak straszliwą hipokryzją i polityczną poprawnością, że może lepiej jest, by co jakiś czas "pękła mistyczna klamra" społecznej konwencji. Może czegoś się dowiemy więcej o naszych elitach i o nas samych?












*** KUBA WOJEWÓDZKI GRA W TEATRZE

...To, co najbardziej irytuje w postawach artystów, to fałszowanie społecznych ról. Politycy nie mogą mieć udziałów w prywatnych firmach. Dziennikarze mają zakaz pozyskiwania reklam. Ci, co się szanują, nie występują w nich. Tymczasem aktorzy grają rolę podwójną. Zdobywają szacunek publiczności i mediów jako artyści i ludzie wrażliwi, po czym dyskontują popularność z precyzją księgowych - biorąc się do reklamy czy prowadzenia restauracji. W ciągu dnia są twarzami rynkowych marek, a wieczorem mówią ze sceny Szekspira czy Moliera. Dochodzi do schizofrenii. Pewna aktorka zgodziła się być twarzą wielu produktów. Tak wielu, że sonda miesięcznika "Press" udowodniła, iż mało kto pamięta, co reklamuje. Pewnie siebie i łatwość pozyskiwania pieniędzy. Spotkałem też aktora, który przy autoryzacji powiedział, bym nie przysyłał mu zapisu rozmowy na skrzynkę w sieci, którą promuje - bo rzadko kiedy działa.











Wisława Szymborska








*** ANNA BIKONT, JOANNA SZCZĘSNA - Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny
Gazeta Wyborcza - 1997.18-19.01

...Wisława ma lat osiem lub dziewięć, kiedy w ręce wpada jej romans grozy. Tytułu nie pamięta, może dlatego, że sczytany przez kolejne pokolenia dojrzewających panienek egzemplarz nie miał ani okładki, ani strony tytułowej, pamięta za to uniesienie, z jakim pochłaniała książkę, i rozpacz, że rzecz cała zbliża się do końca. Wtedy to postanowiła napisać własną powieść. Przypomniała o tym pisząc z sympatią o "Italczyku albo konfesjonale czarnych pokutników" Ann Radcliff: "Zabrałam się do tego energicznie, zaostrzyłam ołówek i otworzyłam czysty zeszycik. Nad imieniem bohaterki nie musiałam się zastanawiać, miałam je gotowe. Z jakiegoś czasopisma zapamiętałam obrazek podpisany "Idylla w ogrodzie". Była tam para zakochanych na tle krzaka róż, ale ja zrozumiałam, że Idylla to imię dziewczyny. Pierwsze zdanie powieści brzmiało więc tak: "Piwnooka Idylla już od świtu wpatrywała się w choryząt, z którego wychodził listonosz z listem od narzeczonego..." Potem zaczynała się od razu żywa akcja. Ktoś zaszedł Idyllę od tyłu i czyjaś ohydna łapa położyła się ciężko na jej ramieniu. Tu niestety z niejasnych przyczyn tekst się urywał. No i już nigdy się nie dowiem, co było dalej".

 

 



*** Anna Bikont Joanna Szczęsna - WISŁAWA SZYMBORSKA - Piętnaście lat w "Życiu Literackim"

...Przyjaciele odwiedzający Szymborską w redakcji zapamiętali, że do biurowej szafy przyczepiała pineskami co bardziej efektowne płody domorosłych poetów. Niestety nikt nie zachował w pamięci żadnego z nich. Ale my mamy swoich faworytów:

"Rosjanin ciężko pracuje, / ale gorącą herbatę z samowara pije. / Hiszpan się boi, / ale na rogatym byku jedzie. / Grek w cichobiegach chodzi. / Dla Francuza do gorącej kawy / ciastko zjeść nie zaszkodzi. / Niemiec ze swego ciężkiego cylindra / na głowie jest zadowolony. / Czech się uśmiecha / i cieszy z tego, bo jest wyzwolony. / Polska się na to godzi". (Komentarz Szymborskiej: "No i jak tu się mamy nudzić na redaktorskim krzesełku").

"Siedziałam 15 lat na stołku poetyckim w »Życiu Literackim« i mam dosyć" - pisała na kartce do Jerzego Zagórskiego z 25 października 1971. - Teraz śnią mi się nie tylko niemieckie łapanki, ale i poeci z walizkami sonetów".

 

 



*** WISŁAWA SZYMBORSKA - POCZTA LITERACKA czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem

...Rozmarzyły nas te zgrabne, pełne dwornej afektacji wierszyki. Gdybyśmy mieli zamek z przyległościami, piastowałaby Pani urząd nadwornej poetessy, opiewała przykrość płatka róży, na którym siedzi muszka nieproszona, i chwaliła nas za to, że subtelnymi palcami spędzamy brzydulę z czarownego kwiecia. Oczywiście poeta, który by nam wypomniał otrucie bigosem dwunastu stryjów, siedziałby wówczas w lochu jako beztalencie. A najdziwniejsze, że wierszyk o róży mógłby być arcydziełem, natomiast wiersz o stryjach kiepski... Tak, tak, muzy są amoralne i kapryśne. Czasem sprzyjają błahostkom.












*** Tadeusz Konwicki - Łabędzie

...Otóż pewien łabędź zakochał się w pewnej gęsi. Łabędź był państwowy i należał zapewne do ministra, a gęś, wstyd powiedzieć, była zwykła, wiejska, co najwyżej pegeerowska. Na domiar złego łabędź był żonaty i oboje z żoną stanowili jedyną parę właścicieli oraz mieszkańców stawu. Jak do tego doszło, że trafiła tam gęś, nie wiem. Może była w podróży służbowej, a może wlazła z ciekawości lub żeby się później przechwalać przed innymi gęsiami? Pewne jest tylko, że któregoś dnia zaczęła pływać po lśniącej powierzchni ministerialnego stawu. I w tym momencie, o tej godzinie narodził się wielki dramat.








*** Tadeusz Konwicki - Kot Iwan

...Kot Iwan jako dziecko wcale nie przypominał koteczka z obrazkowych książeczek. I dziś, kiedy osiągnął wiek dojrzały, wcale nie jest podobny do normalnych kotów. Kot Iwan jest rodem z Leśnej Podkowy. Pytałem kilkakrotnie Marysię Iwaszkiewiczównę o jego rodowód. Bardzo zmieszana przyznawała się skwapliwie, że jego ojcem był słynny bandzior podwarszawski, kot Bazyli. Ale ja podejrzewam, że mama Wani, chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans ze żbikiem albo nawet rysiem. Bo patrzcie, jak wygląda kot Wania. Przede wszystkim ma wcale nie okrągłą, ale mocno pociągłą i chudą twarz. Nad tą twarzą bardzo męską, bardzo surową, zupełnie wyzutą z kociej dobroci i wręcz okrutną, sterczą do góry uszy dość długie, spiczasto zakończone, bez mała z pędzelkami, co to sami wiecie, a ja rozumiem. Oczy ma Wańka jaskrawoseledynowe, może raczej jak siarka i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności. Cała postać jest dość olbrzymia, raczej przerażająca, nogi tak grube, jak moje ręce w przegubach. W każdym razie kot Iwan najczęściej budzi podziw i grozę.

 

Nie chcę nikogo straszyć, ale coś mi podpowiada, że za lat powiedzmy 20 z obfitej twórczości literackiej Konwickiego w pamięci pozostanie "Mała Apokalipsa" i ...kot Iwan.












*** Jan Gondowicz - Koń rydzy ("Dziennik 1920" Izaaka Babla)

...Główny temat Babla, ekstatyczna aprobata życia, zderza się tu z surowym wymogiem prawdy. Pisząc o dramatycznych nawet zdarzeniach czasów pokoju, można kręcić, dobierać punkt widzenia, przedstawiać drobne epizody, stylizować. Realność wojny przygniata. Jej prawdą jest coś jeszcze bardziej nagiego od prawdy. To, co tak zachwycało Ernsta Juengera: "Zwierzęcość wznosi się z głębi duszy jak tajemnicze monstrum".
"Nieszczęściem Babla jest, że to nie żołnierz. Trafiwszy między nas, poczuł się oszołomiony, przerażony - i to dziwne, chorobliwe wrażenie inteligenta znalazło odbicie w »Armii Konnej«" - klarował Gorkiemu, a więc licząc się ze słowami, autentyczny bolszewicki "swój człowiek" Wsiewołod Wiszniewski.












*** Truman Capote i bogacze

...Zastanawiał się, dlaczego Lee zwróciła się przeciwko niemu. Dlaczego zeznała na korzyść Gore'a, którego nie lubiła. "Pytanie, dlaczego mnie zdradziła, stanowi jedną z największych zagadek świata, niczym te posągi z Wyspy Wielkanocnej" - powiedział. Kiedy nie odpowiedziała na jego telefon, namówił Liz Smith, żeby do niej zadzwoniła i zażądała wyjaśnień. Liz spełniła jego prośbę, a potem przytoczyła odpowiedź Lee. "Jestem zmęczona tym, że Truman stara się wykorzystywać moją sławę" - powiedziała. "I wiesz, Liz, co to za spór? To tylko sprawa dwóch pedałów". Truman byłby bardziej zdumiony, gdyby uderzył w niego piorun. W bezsenne noce przewracał się z boku na bok i zadawał sobie pytanie, co takiego zrobił, że ją obraził. Taka odpowiedź, prawdopodobnie ta jedna jedyna, nigdy nie przyszłaby mu do głowy. Po prostu pedał! On, który poświęcił wiele miesięcy pracy, żeby pomóc jej zostać aktorką, on, który jak głupi wychwalał ją w niezliczonych artykułach i wywiadach. "Na Boga, uratowałem tej dziewczynie życie" - mówił. A teraz, kiedy jej potrzebował, zignorowała go. Był dla niej tylko jakimś pedałem, czyli kimś, kogo, gdy już nie jest potrzebny, można wyrzucić jak zmiętą papierową chusteczkę.












*** Król życia - Artur Rubinstein

...Nela, która miała trzeźwe spojrzenie na kontakty Artura z jego rodziną, wspominała jeden z takich przypadków: "Córka Maryli była utalentowaną skrzypaczką - dobrą, ale nie wybitną; przesłuchiwali ją Isaac Stern i Henryk Szeryng. Razem z mężem pianistą przyjechała do Paryża, gdzie Artur zaopiekował się nimi; stwierdził, że mąż jest także utalentowany, ale nie wybitnie. W końcu wyrzuciłam ich oboje z domu, ponieważ Artur dawał im setki dolarów miesięcznie, oni natomiast i tak oczerniali go przed ludźmi i oskarżali o zaniedbywanie rodziny w Polsce. Nie miałam strzelby, żeby ich zastrzelić, więc powiedziałam: »Precz!«. Nie mogłam znieść niesprawiedliwości".

Rubinstein nie znosił nagabywania o pieniądze. W liście do jednego z siostrzeńców zauważył ironicznie, że od trzydziestu lat ze strony rodziny nie otrzymał niczego poza "roszczeniami do jego portfela". Gorzko wypominał, że nigdy nie otrzymał żadnego sygnału zainteresowania jego życiem czy muzyką, natomiast musiał znosić ciągłe prośby o pieniądze. I nikt nie traktował go jako człowieka, ale jako "krewnego z pieniędzmi".












*** Kazimierz Dejmek i "Dziady"

...W "Pamiętniku Teatralnym" można przeczytać, ze Irena Eichlerówna zrezygnowała z roli Pani Rollinsonowej, bo nie mogła wytrzymać szamotaniny Dejmka, który, nie wiedząc, jak zagrać część tekstu, do ostatniej chwili zwlekał z próbami.

- Zapamiętałem to zupełnie inaczej, a powód rezygnacji pani Eichlerówny nie najlepiej o niej świadczył. Przyszła na pierwszą próbę, otworzyła torebkę i wyjęła z niej kajecik. I z tego kajecika odczytała swoją rolę. Połowa tekstu nie była Mickiewicza. Dejmek wysłuchał tego z najwyższym zdumieniem i zapytał: "A co pani czyta, pani Leno, bo to nie jest tekst Mickiewicza?" Eichlerówna powiedziała, że jest, i dodała, że korzysta z wydania - dziś dokładnie już nie pamiętam - z połowy XIX wieku. Dejmek na to: "Proszę pani, ale ja dysponuję wydaniem Ossolineum, najbardziej wiarygodnym, w którym nie ma tego, co pani napisała w kajeciku". Po tej rozmówce ogłosił przerwę. Szedłem z panią Leną do bufetu, kiedy zapytała: "Co ten parobek ode mnie chciał?". Już było wiadomo, że następnego dnia nie przyjdzie na próbę. Tak się też stało. I to jest skomplikowany obraz naszej gwiazdy, która żyła przedwojenną sławą i zapachem ciała reżysera Aleksandra Węgierki. Na antypodach Dejmka.












*** Adam Hanuszkiewicz

...Wywiad z Adamem Hanuszkiewiczem, który we wrześniu tego roku nagrał na wideo Maciej Kowalewski i pokazał w ubiegłym tygodniu w Teatrze na Woli, jest z kilku powodów niezwykły. Reżyser od 2004 roku, kiedy utracił ostatecznie dyrekcję Teatru Nowego, nie udzielał wywiadów, nie pokazywał się w telewizji. Tą rozmową przerywa kilkuletnie milczenie. Można by się spodziewać, że będzie to jakiś artystyczny testament, rodzaj przesłania do potomnych. Ale nie. Podczas trwającego 50 minut filmu Hanuszkiewicz opowiada te same co zawsze anegdoty z sobą w roli głównej. Jak wprawił w podziw światowej sławy choreografów swoją choreografią do "Romea i Julii". Jak zadziwił Rosjan swoim komediowym odczytaniem "Trzech sióstr". Jednak sposób, w jaki mówi, i kontekst rozmowy nadają starym opowieściom nowy sens. Mówi z trudem, powoli dobierając słowa, robiąc pauzy na nabranie oddechu. Odczytuje fragmenty starych recenzji, pozytywnych i krytycznych. Pochwały Marii Janion i Krystiana Zimermana oraz złośliwości Jana Koniecpolskiego i Marty Fik. Tym razem nie są to już przechwałki starzejącego się narcyza, ale podszyta rozpaczą walka o przetrwanie w ludzkiej pamięci.












*** ELŻBIETA CZYŻEWSKA

...Andrzej Łapicki: Można się zastanawiać, co by było, gdyby Elka została w Polsce. Grasowałaby jeszcze przez dziesięć lat. Potem byłaby starą aktorką. Pełno jest takich w Teatrze Polskim czy w Narodowym. Przechodzą przez scenę. Ona kiedyś mogła zagrać Holly Golightly ze "Śniadania u Tiffany'ego", jakiś małżeński dramat psychologiczny, ale nie Lady Makbet. Nikt nie uwierzyłby w Lady Makbet, która mówi dyszkantem.












*** Marcin Kołodziejczyk - Śmierć Aktora Pokoleniowego (Edward Żentara)
Polityka - 14 czerwca 2011

...Ten Aktor był kiedyś sławny ogólnopolsko, dostawał najważniejsze nagrody. Zagrał w kilkudziesięciu filmach. Grał i reżyserował w najlepszych teatrach. Porfiry Pietrowicz ze "Zbrodni i kary" i Jurgen Stroop z "Rozmów z katem" to był on. Albo wrażliwiec, albo bandyta - dwie role stworzone dla niego. To przez moje niebieskie oczy - mówił znajomym w Mieście. Ale od lat jego sława to już było wspomnienie, jeszcze tylko kilka telewizyjnych seriali łączyło go z masową widownią. Przez ostatnie miesiące Aktor był na zwolnieniu lekarskim z posady Dyrektora Teatru, bardzo pił. Nie spał w ogóle albo tylko spał. Do znajomych z Miasta przychodził nocami. I było w nim coś niewypowiedzianego przy kuchennym stole nocą - mówią - jakby chciał rąbnąć w ten stół i zawołać: ja jeszcze, kurwa, żyję! I teraz wam pokażę!












*** Stanisław Manturzewski - RONDO HIMILSBACHA
Gazeta Wyborcza - 27/02/1998

Bywał koszmarny, taka jest prawda, niestety. Gustaw Holoubek zamówił u niego jakiś sedes z marmuru kararyjskiego (a może wykładzinę w clo), Jaś wziął zaliczkę na surowiec i zniknął, zawalił fatalnie terminy... Ewie Kuklińskiej zrobił gorszy numer: wdarł się na krzywego ryja do lokalu, gdzie odbywała ucztę weselną (za poręczeniem nieszczęsnego Fillera) i ni stąd, ni zowąd po drugiej wódce ogarnął go małpi rozum, zaatakował kondukt weselny sękatą lagą!








*** Joanna Siedlecka - Jan Himilsbach

...Oficjalna wiadomość w prasie, że zmarł 11 listopada 1988 roku ukazała się dopiero 15 listopada, a więc z czterodniowym opóźnieniem. Zmarł po prostu "na melinie", na kilkudniowej pijackiej imprezie, na której nikt długo nie zauważył, że nie żyje, myślano, że padł i śpi. W końcu jednak ktoś go trącił, poczęstował piwem. Jasiu, napijesz się? - spytał i dopiero wtedy zauważył, że nie żyje. Tak że podana oficjalnie data jego śmierci, 11 listopada 1988 czyli siedemdziesiąta rocznica odzyskania niepodległości, nie jest stuprocentowo pewna. Może stało się to dzień wcześniej lub później?











*** Mentalność rosyjska - Słownik

..."Naród-bogonośca". To naród rosyjski. Bóg wyznaczył mu "szczególną służbę" zawierającą się w jego historii i we wszystkich przejawach jego życia. Tylko on może zbawić świat dzięki temu, iż "niesie w sobie nieskażoną naukę Chrystusa". Pojęcia "rosyjski" i "prawosławny" są jednością (poglądy metropolity petersburskiego Ioanna, 1993).












*** Agnieszka Baranowska - Perły i potwory

...Zewsząd sypały się pochwały. Ten entuzjastyczny ton zmącił młody poeta Stanisław Barańczak, drukując recenzję z tomiku poetki w 3 numerze "Nurtu" z roku 1967 pod winietą Z nowości literatury dziecięcej. Ironicznie traktując Iłłakowiczównę jako poetkę dla dzieci, a jej wiersze jako rymowanki dziecinne, pisał: "To pewne, że obok rozwoju estetycznego i intelektualnego - a przecież do takiego rozwoju muszą nieuchronnie powieść te nieskomplikowane zadania, jakie Iłłakowiczówna swoim młodym czytelnikom stawia - autorka Szeptem potrafi zapewnić współczesnemu dziecku coś, o co dzisiaj niezmiernie trudno: spokój nerwów i pogodę ducha. Nie ulega przeto wątpliwości, że niezależnie od takich czy innych założeń Szeptem jest nader wartościową pozycją literatury dla najmłodszych." Barańczak udał zdziwienie, że wiersze te ukazały się nie w "Naszej Księgarni" specjalizującej się w literaturze dziecięcej, ale w "Czytelniku", i to w pięknej serii, w której poprzednio wydano Grochowiaka i Brzękowskiego. "Ten niezbyt zrozumiały fakt może stać się przyczyną licznych nieporozumień. Pocieszmy się jednak, że nawet jeśli Szeptem kupi przez pomyłkę bezdzietny dorosły, książeczka ta pięknie wydana stanie się z pewnością ozdobą jego biblioteki" - zakończył.












*** Lawrence Grobel - Rozmowy z Capote'em

...Nie traktuję Nagrody Nobla poważnie. Rok za rokiem dają ją jednemu kompletnie nie istniejącemu pisarzowi za drugim. Amerykańscy pisarze, którzy ją otrzymali - przecież to się w głowie nie mieści: Sinclair Lewis, Pearl Buck. Dali ją Hemingwayowi. W porządku. Dali ją Faulknerowi. W porządku. Ale Saul Bellow? Zresztą, chodzi nie tylko o Amerykanów. Wszystkie ich nominacje są, ogólnie rzecz biorąc, beznadziejne. Nagroda Nobla dla Camusa to przecież kpina. Za co mu ją dali? Za Obcego? Za kilka zbiorków esejów? Lubiłem Camusa tak, że bardziej już chyba nie można, lecz jeżeli istniał kiedykolwiek absolutnie przeciętny pisarz, był nim Camus.












*** Aleksander Kaczorowski - My z Wokulskiego

...Wokulski po dziś dzień uchodzi za postać tragiczną - i to jest przyczynek do niezamierzonego komizmu zbiorowości polskiej i naszej śmieszności w oczach innych narodów. Co jest tragicznego w facecie, który mając rozum, rozliczne talenty, wiedzę i nawet pieniądze, nie jest w stanie niczego zrobić porządnie i do końca? Przypomnijmy, bohater powieści wraca z Bułgarii wiosną 1878 roku, a już jesienią następnego roku "wszystkie jego ruchomości, począwszy od sprzętów, skończywszy na powozie i koniach, nabył hurtem Szlangbaum za dosyć niską cenę". Ten sam Henryk Szlangbaum, dawniej subiekt u Wokulskiego, przejmuje też jego interesy: zarówno sklep, jak i spółkę do handlu z Rosją oraz znajomości wśród arystokracji. Z perspektywy Nalewek Wokulski okazuje się "lalką" w rękach żydowskiej plutokracji, której nieświadomie przeciera drogę na warszawskie salony. Te dwa środowiska: zamożnych fabrykantów i kupców żydowskich oraz polską arystokrację i szlachtę herbową, już wtedy łączy obopólny interes (a wkrótce połączą je także związki małżeńskie). Polega on na utrzymaniu post-feudalnej struktury społecznej, w której o możliwościach awansu nie decydują zdolności, lecz przynależność do warstwy rządzącej, jak byśmy dziś powiedzieli: trzymającej władzę. Innymi słowy - pochodzenie, czyli dostęp do kapitału (kulturowego i/bądź finansowego).












*** Marek Michalski - Poczęty w Bibliotece - Wspomnienia "barmana" ze starego BUW

...W gronie dziwaków poczesne miejsce zajmował "krytyk muzyczny". Drukował recenzje w "Ruchu Muzycznym". Czytałem je i nadziwić się nie mogłem, że tak przepiękne frazy pisał czytelnik wyglądający jak kloszard. Biała koszula była biała z nazwy. Garnitur nie przypominał garnituru. Właściciel stroju do wizerunku z upodobaniem dodawał agresywny antyfeminizm. Krytyk ów niechęć do obecności kobiet w jego życiu praktykował w prosty sposób: nie życzył sobie, żeby zamówione przez niego materiały wydawały mu bibliotekarki. W szczególności czasopisma "Kłosy" nie mógł wziąć z ręki kobiety. Stał i spokojnie czekał przy ladzie na bibliotekarza.












*** Mistrz superstar?
Res Publika - styczeń 2003

...Byłoby dobrze, gdybyśmy mówili o mistrzach czy autorytetach w sferze bardziej duchowej niż rynkowej. I tu przykład Wajdy i Pendereckiego jest wymowny. Mnie nie boli Zemsta, natomiast boli mnie, kiedy Wajda mi mówi, że mówi o rzeczach ważnych, że przygląda się naszej współczesności i tak dalej. Ten mentorski ton Wajdy! Te kaznodziejskie bajdy Wajdy stają się zakalcem naszej tak społecznej, jak artystycznej dyskusji. Dla mnie byłoby dużo sympatyczniejsze, gdyby powiedział: zrobiłem rzecz dla rozrywki i dla pieniędzy. Penderecki pisze muzykę, ale potem mówi, że on tą muzyką naucza świat, że pragnie swoją muzyką kulturę wyprowadzić z kryzysu, także i tego etycznego.












*** PATRICK J. KIGER - Nie z każdego jaja będzie Kolumb - ZŁOTY WIEK PRZECIĘTNOŚCI
Los Angeles Times - 7.03.2004

...W 2002 roku na wystawie w nowojorskim New Museum of Contemporary Art można było zobaczyć "Kloakę", wypełniającą całe pomieszczenie mechaniczną instalację belgijskiego rzeźbiarza Wima Delvoye'ego, która miała przedstawiać działanie systemu trawiennego człowieka. Dwa razy dziennie z jednej strony instalacji wkładano talerz pełen jedzenia z manhattańskiej restauracji, które następnie przechodziło przez skomplikowaną plątaninę rur i kadzi, gdzie za pomocą komputera poddawano je działaniu enzymów, kwasów i bakterii. Mniej więcej dzień później, z drugiego końca rzeźby wydobywała się brązowa substancja, która do złudzenia przypominała ludzkie odchody.













Historia pisma "Współczesność"






*** Andrzej Chąciński - Nasza mała destabilizacja cz. 1
Życie - 2001-06-13


...Andrzej Brycht zaproponował druk swoich wierszy, mówiących o pracy w kopalni w okresie stalinowskim. Wiersze, przygotowane do druku w numerze 7. "Współczesności", zdjęła cenzura. Zamiast tych, redaktor zdecydował zamieścić inne wiersze Brychta. Oto jeden z nich: "Urodziłem się w poczekalni dworcowej pełnej kurew, alfonsów i glin/ siedzę okrakiem na szynach onanizując wyobraźnię/ czekam na pociąg, który utnie mój czas". Po wydrukowaniu tych wierszy kilkanaście pism opublikowało komentarze w stylu: "oj, młodzi, źle się bawicie! Uważajcie! ". Opublikowane w następnym numerze opowiadanie Brychta pt. "Balbina" wzbudziło jednak duże zainteresowanie w środowisku literackim.




*** Andrzej Chąciński - Nasza mała destabilizacja cz. 2
Życie - 2001-06-21


...Jedną z pierwszych inicjatyw nowego zastępcy redaktora naczelnego było przeprowadzenie przy włączonym magnetofonie dyskusji wybranych członków zespołu na temat decyzji pozostania na Zachodzie pisarza Marka Hłaski. Od udziału w dyskusji nie można było się uchylić. Niektórzy jej uczestnicy dopiero w czasie nagrania zdali sobie sprawę, że Lenart, starając się szeroko omawiać sytuację Hłaski, próbuje uzyskać po kolei od każdego z uczestników dyskusji, wyrażone w tej albo innej formie, potępienie decyzji pisarza. W rozmowie padło parę ostrych sformułowań. Jeden z uczestników powiedział: "Hłasko przez swoją decyzję przekreślił swoje pisarstwo". Z innych ust padło: "Hłasko popełnił jednoznaczny akt polityczny, nasze ustosunkowanie się do tego rodzaju aktu powinno też być jednoznaczne".










*** Andrzej Chąciński - Życie Andrzeja Brychta
Życie - 2001-05-17


...Czy Brychtowi ktoś powiedział, że w taki sposób powinien przedstawić czytelnikom sylwetki Giedroycia, Herlinga-Grudzińskiego i Kisielewskiego? Trudno znaleźć odpowiedź na to pytanie. Jednak wydaje się, że bliższe prawdy może być stwierdzenie, iż reportaże nie były pisane pod dyktando. Ich autor chciał działaczom partii pokazać, do czego jest gotowy. Do działań podobnych do tych, które wykonał dwanaście lat wcześniej, kiedy po dwutygodniowym pobycie w Monachium powiedział: "pojechałem, zobaczyłem i przy...doliłem".







*** HENRYK DASKO - Nie ma miłości szczęśliwej (Andrzej Brycht)
Gazeta Wyborcza - 19/08/1999

...Po sześciu tygodniach skróconego okresu rekruckiego Brycht podjął pracę na pierwszej szychcie w kopalni Wanda-Lech w Nowym Bytomiu. Zjeżdżał codziennie o 3.30 nad ranem z butelką kawy zbożowej zatkaną korkiem z gazety, ćwiartką chleba i "dodatkiem pracującym", 10 dekagramami kiełbasy, na głębokość ośmiuset metrów, najniższy poziom gazowej, zalewanej wodą kopalni. Wraz z nim - był ładowaczem, wrzucającym jednym zamachem szufli 20 kilogramów urobku na wózek - darło tę samą ścianę trzech zawodowych górników i ośmiu żołnierzy wyrokowców. W ciągu dwóch miesięcy z dwudziestu ludzi, z którymi dzielił salę noclegową, trzech zginęło pod ziemią. Z podziemnego chodnika wyciągnął go boks.







*** Henryk Dasko - Andrzej Brycht - finał

...Sandra, reklamowana na okładce wizerunkiem nagiej, związanej sznurem kobiety, nosiła podtytuł "powieść kryminalna". W istocie z kryminałem niewiele miała wspólnego, Brycht napisał niskiego lotu utwór pornograficzny. Jego protagonistką była młoda, naiwna i łasa na dobra materialne Polka w Kanadzie, z zawodu pielęgniarka, padająca ofiarą Żydów - gangsterów, gwałcicieli, zboczeńców. Nie całkiem zrozumiały wątek, w którym pojawiał się siedemnastowieczny obraz holenderskiego malarza, skradziony z europejskiej galerii, nie miał większego znaczenia. Stanowił pretekst do stukilkudziesięciostronicowej litanii obscenów. Negatywnym bohaterem książki uczynił Brycht miliardera Herscha Lipshitza. Ten międzynarodowy macher i aferzysta, z upodobania gwałciciel, uprawiał ów proceder przy pomocy wspólników o nazwiskach Cohen i Aronson. W Sandrze powtarzają się sceny brutalnych, zbiorowych gwałtów, pełne okrucieństwa katowanie kobiet, wymyślne morderstwa. W podziemiach imponującej willi Lipshitza znalazła się kaplica, a w niej trumna, w której Lipshitz nie tylko gwałci, ale również kopuluje z nieboszczykami. Mąż Sandry okazuje się jego nieślubnym, zrodzonym w efekcie kolejnego gwałtu, synem, z którym Lipshitz "zaczął żyć, kiedy chłopak miał dwanaście lat. Kochał go tak, jak najlepszą kochankę".











*** Robert Krasowski - Czekając na odwilż, czyli umysł nadal zniewolony (Andrzej Walicki)
Życie - 2002-06-29


...Walicki nie zgodził się z Herbertem czy Herlingiem-Grudzińskim, że intelektualiści zaangażowali się w komunizm ze zwykłego oportunizmu. Podobnie jak Miłosz dostrzegł w tym intelektualną chorobę. Bardzo dobrze poznał środowisko najsilniej komunizujące - warszawskich filozofów. Zarówno tych od Schaffa, którzy trwali u boku partii co najmniej do końca lat 60., jak też rewizjonistów - Baczkę, Kołakowskiego oraz ich mentora - Krońskiego. I dostrzegł u nich ideowy autentyzm. Widział jak ci młodzi hunwejbini wykańczają Tatarkiewicza, słyszał, że Baczko przychodził na seminarium Kotarbińskiego w mundurze, ale obok agresji i woli robienia kariery dostrzegł także szczerość.










*** Maciej Urbanowski - Śmierć radykała (Stanisław Brzozowski)
Życie - 2001-04-19


...Nie chodzi mi tutaj o zagadkę przyczyn śmierci Brzozowskiego - gruźlica, to pewne, ale może też straszliwe kłopoty materialne pisarza, oskarżenia o współpracę z Ochraną (do dziś wiadomo jedynie na pewno o młodzieńczym "sypnięciu", po którym następowały dalsze kontakty, co do których charakteru do dziś dnia nie mamy pewności), których konsekwencją była dwukrotna, mordercza w gruncie rzeczy, podróż z Florencji do Krakowa na "sąd partyjny", a może też poczucie osaczenia, niezrozumienie, swego rodzaju bojkot, jaki towarzyszył pisarzowi w ostatnich latach życia?











*** Ostatni wywiad z Januszem Szpotańskim, autorem "Towarzysza Szmaciaka"
Życie - 2001-10-15

...A kto się Słonimskiemu przeciwstawiał?
Przed wojną Irzykowski, ośmieszył go w "Beniaminku". I on nienawidził Irzykowskiego, kłamał na jego temat. A po wojnie napadł na niego Sandauer. Stary Sandał to była przedziwna postać. Zachowywał się bardzo przyzwoicie w okresie stalinowskim. Ale potem doszedł do wniosku, że wszyscy byli stalinowcami i czyhali na jego życie. A w końcu postanowił robić karierę. I robił ją na wszystkich. Wszystkich napadał bez wyjątku. Napadł nawet na swego ukochanego Gombrowicza, że to pedryl... Popierał tylko tę banalistkę Wisławę Szymborską.











*** Cezary Gmyz - Poeta Pegaza (Marcin Świetlicki)
Życie - 2001-02-23



...Skończyło się dzieciństwo.
Baczność - mówi Pani.
Napiszemy felieton do
kolorowego
pisemka. To doprawdy jest
zajęcie dla prawdziwych
mężczyzn. I poprowadzimy
telewizyjny program kulturalny.
Mieliśmy tonąć, jednak utrzymamy
się na powierzchni. I skończyło
się dzieciństwo.













*** Andrzej Rafał Potocki - Stoczony do poziomu literata (Sergiusz Piasecki)
Życie - 2001-04-14

...Edycja "Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy" stała się kluczem, który w 1937 roku otworzył autorowi drzwi od celi najcięższego zakładu karnego przedwojennej Rzeczypospolitej - Świętego Krzyża. - Byłem w więzieniach sześć razy - przyznawał po latach. - W sumie odsiedziałem 14 lat. Po raz ostatni jedenaście lat bez przerwy. Piasecki został skazany na karę śmierci prawomocnym wyrokiem wileńskiego sądu doraźnego za dwa napady rabunkowe z bronią w ręku.












*** Jacek Wakar - Śmieszy, tumani... (Daniel Olbrychski)
Życie - 2000-12-22

...Może największą rolą Olbrychskiego w kinie Wajdy jest Karol Borowiecki z "Ziemi obiecanej". To on pociąga za sznurki w przedsięwzięciu trójki przyjaciół. To on wydaje rozkaz strzelania do robotników.
Dziś bohater w interpretacji Olbrychskiego budzi podziw i przerażenie. To człowiek w pełni świadomy swej siły, gotowy dla swych interesów i swoiście pojmowanych zasad popełnić wszystkie bezeceństwa. "Ja nie mam nic, ty nie masz nic..." - powtarzają Borowiecki, Welt i Baum. Jest w nich siła i bezwzględność w drodze do celu. Ale to, co najważniejsze, czai się w spojrzeniu Borowieckiego - Olbrychskiego: namiętność marzeń o wielkiej fortunie, ale też przeraźliwe zimno i determinacja, gdy zrozumie, jaką trzeba zapłacić cenę.











*** Odszedł pisarz, pozostał salon - Polska kultura po śmierci Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
Życie - 2000-10-19

...Tymczasem twórczość promowana przez salon zdominowany przez fatalny sojusz barbarzyńcy z dzikusem, splecionych wulgarną więzią wzajemnej pogardy i fascynacji, jest - i zawsze będzie - dokładnym przeciwieństwem twórczości witalnej, której doskonałym symbolem stał się Szekspir. Salonowy styl wysoki, ceniący wyrafinowanie, jest z zasady swojej zmanierowany i pusty, na kształt "Zeszytów Literackich", w iście nekrofiliczny sposób celebrujących swoje - bynajmniej nie parnasowe, raczej po prostu tchórzliwe - "oddalenie od życia".







*** Tomasz Burek - Profil z chimerą - Twórczość Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
Życie - 2001-04-05

...Rozczarowany zahamowaniem politycznych przemian i moralną niemocą literackiej odwilży w Polsce, zaczął przywiązywać coraz większą wagę do prawdy o Rosji, jaką opowiadała "inna Rosja", niepokorna i nielegalna, Rosja prześladowanych rękopisów i "samizdatu". Z niekłamanym entuzjazmem powitał "Doktora Żiwago" Borysa Pasternaka. Darzył podziwem przywracane pamięci dzieła Babla i Mandelsztama, Bułhakowa i Płatonowa.












*** Zbigniew Żbikowski - Kapitan martwej armii (Paweł Jasienica)
Życie - 2001-04-14

...Po ośmiu tygodniach aresztu Jasienicę prowadzą z celi do komendanta. Czeka na niego szef Wydziału Politycznego UB. - Wyjdzie pan na wolność, zobaczymy, czy to się ojczyźnie opłaci - mówi do niego ubek. Uwolniony Jasienica wraca do publicystyki. Dalej pisze artykuły polemiczne i reportaże, jak te o odbudowie Politechniki Gdańskiej i zagospodarowywaniu Ziem Odzyskanych. Niebawem jednak, w styczniu 1950 roku, wykonuje niezrozumiały zwrot - niespodziewanie opuszcza "Tygodnik Powszechny" i przechodzi do czasopisma Stowarzyszenia PAX.












*** Dariusz Nowacki - Naprawdę mniej niż popiół ("Popiół i diament" Jerzego Andrzejewskiego)
Życie - 2001-05-31

...Jeszcze w latach 80. w niektórych opracowaniach dotyczących powojennego piśmiennictwa powtarzano, że "Popiół i diament" Jerzego Andrzejewskiego należy do najlepszych powieści, jakie ma literatura polska po roku 1945. Nawet ci, którzy postanowili zdemaskować tę powieść jako dzieło wysoce szkodliwe i bez mała agenturalne, zachwycali się powabem i skutecznością trucizny.











*** Krystian Brodacki - Człowiek filmu (Józef Szczepański)
Życie - 2001-04-27

...- Poręba wymyślił, że w scenie, w której Niemcy niosą na kocu zastrzelonego Hubala, ten nagle dochodzi do siebie, wyciąga rewolwer (który nie wiem jakim cudem wciąż ma przy sobie) i zabija jednego z Niemców... Absurdalne! Udało mi się przekonać Porębę, by zrezygnował z tego pomysłu.












*** Mateusz Wyrwich - PÓŁPORTRET BEZ KANALII (Jacek Kaczmarski)
Życie - 2001-06-08

...Pierwszy program Jacka Kaczmarskiego w wolnej Polsce - "Wojna postu z karnawałem" - w 1992 roku podzielił jego dawnych zwolenników na wrogów i przyjaciół. Część odbiorców i krytyków uznała ten program za antykościelny. Odpowiadając na te zarzuty, Kaczmarski wykręcał się opowiastkami filozoficznymi. Kluczył. Złośliwi komentowali: Rozpił się i nie panuje nad sytuacją. Inni byli bardziej wyrozumiali: Kilka lat poza krajem pozbawiło go wyczucia Polski.












*** Pan Bóg dał mi odrobinę talentu (Przemysław Gintrowski)
Życie - 2001-06-22

...Śpiewanie przez Gintrowskiego wierszy Herberta poecie początkowo się nie podobało. Z czasem jednak zaakceptował je i obdarzył twórczość Gintrowskiego uznaniem. Zaprzyjaźnili się. Dla kompozytora poeta stał się duchowym mistrzem. Herbert dla Gintrowskiego "tekściarzem", jak podpisał się na jednej z kartek do Gintrowskiego: "Zbigniew Herbert - tekściarz Gintrowskiego".











*** Żongler z Hamburga (Janusz Rudnicki)
Życie - 2001-03-29

...Aczkolwiek, bądźmy sprawiedliwi, potrafi zdobyć się i na takie zdania: "Pan Stanisław, pan Stanisław powtarzałem w duchu i tak tych słów dotykałem, jak kot dotyka łapą kłębka wełny".
Tłumaczy go tylko fakt, iż jest pisarzem chorym na polskość. Pisząc o swojej Polsce, pisze w rzeczywistości o swojej pozycji w Niemczech, gdzie zapewne nie było mu łatwo, przynajmniej na samym początku. Proza Rudnickiego jest projekcją gastarbeitera, który ma głowę na karku, jest inteligentny, wykształcony i nie może patrzeć na hołotę, która wszędzie psuje mu opinię.











*** Tomasz Zbigniew Zapert - Narodowiec w kulturze (Stanisław Piasecki)
Życie - 2001-07-19

...W stolicy powstało opus vitae Piaseckiego - tygodnik "Prosto z mostu". Rozwinął się on z literackiego dodatku dziennika "ABC" w roku 1935. Pierwszy nakład wynosił 6 tysięcy egzemplarzy. Po czterech latach wzrósł pięciokrotnie. "Prosto z Mostu" stało się najpoczytniejszym społeczno-polityczno-kulturalnym periodykiem polskim międzywojnia.











*** Krzysztof Górski - WYPISAĆ TAMTEN CZAS (Marek Nowakowski)
Życie - 2001-06-15

...Zanim zaczął pisać, miał jeszcze parę istotnych doświadczeń. Pracował cztery miesiące na dole w kopalni Rybnickiego Zjednoczenia Węglowego. Miał tam wypadek: złamany palec. Kopalnia to była dobra szkoła. Ciekawe doświadczenie, ciekawi ludzie, zewsząd. Mieszkali w pięcioosobowych pokojach w hotelu górniczym.









*** Ucieczka w antyk - wywiad z Zygmuntem Kubiakiem
Życie - 2000-09-14


...Kiedy bardzo późno zdołałem wreszcie wyjechać do Paryża - byłem tam po raz pierwszy w dopiero w latach 80. - szukałem książek moich ulubionych autorów. I w tych bardziej popularnych, bardziej uczęszczanych księgarniach, na przykład w dzielnicy łacińskiej, niczego nie było. Żadnej książki Bremonda, Maritaina. Tamto wszystko umarło. Tego wszystkiego, czym ja żyłem, już nie było. Nie interesują się tym. Moim zdaniem to jest wielka strata i może to wszystko kiedyś powróci, ale teraz to odeszło.

 

 

 



*** Literaci feudalni - rozmowa z Zygmuntem Kubiakiem
Życie - 2001-01-11


   ...Nie interesuję się ani literaturą Polski Ludowej, ani jej dzisiejszą kontynuacją. Nie chcę wymieniać nazwisk autorów, zwłaszcza ludzi już nieżyjących. Ale musi mnie pan zrozumieć. Jest np. pisarz, który stał się sztandarowym liberałem, a ja pamiętam jego zdanie z czasów stalinowskich, a chyba nawet z początku epoki gomułkowskiej, że tępienie przesądów religijnych jest takim samym obowiązkiem higienicznym jak tępienie wszy i pluskiew.












*** Zdzisław Zblewski "Leksykon PRL"
Życie - 2000-11-18


...Dupa - treść słynnego transparentu niesionego podczas manifestacji ulicznej w Sopocie w trakcie odbywającego się tam w sierpniu 1956 I Festiwalu Muzyki Jazzowej. Po latach ścisłej cenzury nie tylko politycznej, ale także obyczajowej napis szokował swoją "bezkompromisowością" i stanowił wyraz przemian zachodzących w środowisku młodzieżowym.









*** Gdzie się podziały białe skarpetki? - Moda przełomu dekady
Życie - 2000-09-23


...U progu nowych, rynkowych czasów stanęliśmy przyodziani od stóp do głów w dekatyzowany turecki dżins, tzw. marmurek. Ten rozchwytywany na bazarach towar przywożony był przez zaradnych pionierów wolnego handlu kursujących regularnie pomiędzy Polską a Istambułem już przez całą drugą połowę lat 80. Emblematyczną zaś postacią dla naszych wczesnokapitalistycznych, szybkich geszeftów był człowiek w białych skarpetkach. Szły owe skarpetki zwykle w parze z mokasynami z dyndającymi frędzelkami, a uzupełnieniem stroju były przykuse spodnie, zwężane ku dołowi i ściągana w pasie kurtka, skórzana, najczęściej turecka.








*** Tomasz Zbigniew Zapert - Prawdziwa historia życia kapitana Żbika
Życie - 2002-03-30

...Szczególnie starannie wybrano nazwisko bohatera. Tego "drapieżnika spotykanego w mieszanych kompleksach leśnych na terenie Polski" - jak czytamy w encyklopedii przyrody - "cechuje przebiegłość, inteligencja i szybkość w działaniu", a więc niezbędne atrybuty pogromcy wszelkiego rodzaju przestępstw.
Komiksowy kapitan łapał zatem in flagranti imperialistycznych agentów, unieszkodliwiał międzynarodowych przemytników brylantów, aresztował rolnika, którego zazdrość o kobietę skierowała na drogę zbrodni, rozbił gang cyrkowców z zawodu, a włamywaczy z zamiłowania, poskromił bandę "gitowców" terroryzującą pewną szkołę, położył kres działalności grupy złodziei kolejowych, odzyskał wartościowe znaczki pocztowe i rzeźby.









*** Robert Krasowski - Pochwała kultury masowej
Życie - 2001-09-10

...Mijały lata, a dzieci wyśmiewanych "kulturowych półproduktów" zdobyły wykształcenie i wdarły się na szczyty społecznej hierarchii. A społeczeństwo masowe stało się ostoją stabilnej demokracji. Nawet ludzie stojący najniżej w hierarchii osobistej kultury okazali się wystarczająco cywilizowani, by zrozumieć i docenić demokratyczne reguły. I sprawiły to cywilizacyjna działalność kultury masowej oraz rosnąca zamożność, które pozwoliła zrealizować masowe marzenia.









Artyści znani, ale cuś niezadowolnieni


 





*** Maria Nurowska - Skoro mnie pokochali... - wywiad
Rzeczpospolita - 2000.11.25

...W naszym kraju jestem persona non grata, głównie z powodu mojego okropnego charakteru. Np. Olgę Tokarczuk wszyscy lubią, bo jest miła, z nikim się nie awanturuje. Ja natomiast bez przerwy się z kimś kłócę, bo kiedy czuję, że coś jest niesprawiedliwe, to nie zwracam uwagi, jakie mogę ponieść konsekwencje, tylko idę o tę sprawiedliwość się wykłócać.
Wielu ludzi zazdrości mi sukcesu. To, co mam, zawdzięczam własnej pracy. Nikt mi niczego nie podarował, na przykład "Tango dla trojga" w Polsce krytyka zlekceważyła, była jedna poważna recenzja. W Niemczech piszą o "genialen berblendtechnik" w tej książce i o tym, że to "meisterhaft geknpftenn buch". Teraz "Niemiecki taniec" ukazał się w Polsce i funkcjonuje na rynku. I nic - cisza.

 

 





*** JAN JAKUB KOLSKI - To ja jestem główny nurt - wywiad
Trybuna, 4-5 X, 2003

...Na drugi dzień po Gdyni zadzwonił do mnie Piotr Szulkin, reżyser bardziej doświadczony ode mnie, starszy, o większym dorobku, i powiedział, że kiedy artysta wrażliwy przechodzi przez próg dojrzałości, to samotność staje się jego naturalnym środowiskiem. Zamiast mnie pocieszyć powiedział, żebym się do tego przyzwyczaił, bo tak już będzie. Lata temu w Łagowie, kiedy czekałem na wyjście widzów z "Historii kina w Popielawach", coś jeszcze bardziej zasmucającego powiedział mi Marek Piwowski: że u nadwrażliwców z każdym kolejnym filmem ten proces się pogłębia. To nie jest dobra nowina. Ponieważ źle to znoszę, być może przyjdzie mi wkrótce zmienić zawód...

 

 




*** Krzysztof Majchrzak - Nie polskie, nie srolskie, tylko człowiecze - wywiad
Gazeta Wyborcza - 02-11-2003

...Jednak mimo tych ostrzeżeń to właśnie mama, oboje rodzice, poza słowami, przekazali mi potężną dawkę miłości do świata, dzięki której jestem człowiekiem o sercu gotowym do miłości i odważnym.
To jest poważna gra. Bo tu chodzi o miłość. Artysta bez miłości nie ma prawa przemawiać do ludności miejscowej ani zagranicznej. Bo wtedy wszystko, co robi, jest toksyczne i szkodliwe.
Tak jak toksycznie zadziałał reżyser Marek Koterski, przewodniczący tegorocznego jury w Gdyni. Co on narobił z tym werdyktem! Na jednym z piękniejszych festiwali, jakie się dotychczas zdarzyły!



 

 




*** Marek Kondrat - spowiedź winiarza - wywiad
Dziennik - 2007-04-21

...Aktor sam dla siebie jest centrum świata. Czyta gazetę - wypadek pod Częstochową, a on już jest konduktorem niosącym pomoc innym (śmiech). Tu forma odgrywa znacznie większą rolę niż treść. Zresztą tak jest na całym świecie i jak czytam, że Hugh Grant nie ma zbyt wiele do powiedzenia, to wcale mnie to nie dziwi. Aktor jest od tego, by mówić cudzym tekstem, choć czasami myli mu się on z rzeczywistością. Kiedy w 1980 roku grałem Wysockiego i krzyczałem "Polacy do broni, do broni!", to wydawało mi się, że zaraz to wszystko ruszy, a ja sprowokuję powstanie. Nic dziwnego, aktorom miesza się pod sufitem.












*** MARIA ZIÓŁKOWSKA - WYBITNI LUDZIE TEŻ LUDZIE - ich dziwactwa, kaprysy, nałogi i odchylenia

...Wyspiański słabł coraz bardziej. Wybrał się jeszcze - po raz ostatni - do Krakowa zobaczyć "swój teatr" na placu św. Ducha. Przyjechał własną karetą. Nie miał jednakże siły wejść do wnętrza gmachu i dostać się na pierwsze piętro, do gabinetu słynnego aktora, dyrektora tegoż teatru, Ludwika Solskiego. Wniesiono go tam. Wkrótce przejażdżki, nawet krótkie, na wieś, stały się niemożliwe. Teraz chory używał jedynie inwalidzkiego wózka, popychanego ręcznie, dopóki jeszcze miał władzę w rękach. Poruszał się tylko po podwórzu. Doszło niebawem do tego, że musiał pozostawać stale w łóżku. Ale nawet wtedy usiłował coś robić - rysować. Ponieważ palce mu ropiały i puchły dłonie, lekarze robili mu specjalne opatrunki z waty i bandaży, wzmacniając to deszczułkami, by umożliwić mu rysowanie. Nie na długo... Jedyną opiekunką chorego była wówczas ciotka Joanna Stankiewiczowa, która - pogniewana dotąd śmiertelnie z Teofilą - wdarła się niemal przemocą do mieszkania swego ukochanego siostrzeńca i usługiwała mu do końca jego życia. Przygotowywała kleiki, podawała zmieloną szynkę, napoje. Teofila nie widziała potrzeby cackania się z mężem. Uważała, że jedynie kieliszek spirytusu z pieprzem może postawić nieszczęśnika na nogi. Sama zresztą "wzmacniała się tym lekiem" kilka razy dziennie. Nie miała czasu na "ceregiele", musiała doglądać gospodarstwa i dzieci.










INTELEKTUALIŚCI



wybór tekstów, który nie dyskryminuje żadnej opcji politycznej. I pozostaje tylko pytanie, skąd u jajogłowych i z prawicy i z lewicy taka chorobliwa skłonność do wiary w utopię. Szczególnie taką, której urzeczywistnienie musi się dokonać za cenę rozlanej krwi.









*** Ewa Bieńkowska - Dwie Francje. O terroryzmie intelektualnym
Res Publica - marzec 2001 r.

...Lista błędów zachodnich intelektualistów jest pokaźna i dość dobrze znana. Od końca ostatniej wojny i utrwalenia się dwóch bloków aż do upadku komunizmu sowieckiego mogliśmy śledzić kolejne zaangażowania: na rzecz Moskwy, Chin, Wietnamu Północnego, Czerwonych Khmerów, Kuby, Chile, guerrilli południowoamerykańskiej. Nie warto tego na nowo komentować. Ich wrażliwość lgnie tam, gdzie zarysowuje się miraż nowego społeczeństwa, radykalnie sprawiedliwego i równego, wytwarzającego inny typ człowieka i stosunków ludzkich.












*** Russell Jacoby - Bernard-Henri Lévy i dylematy zachodniej lewicy
DZIENNIK - 14 lutego 2009

...Z tych oparów krystalizuje się jednak pewien konkret, a mianowicie rozczarowanie do marksizmu, wywołane przez "Archipelag Gułag" Sołżenicyna opublikowany we Francji w 1973 roku. "Zawdzięczam Sołżenicynowi więcej niż większości socjologów, historyków i filozofów, którzy przyglądali się losom Zachodu przez ostatnie trzydzieści lat. Wystarczyło, by Sołżenicyn przemówił, i wszyscy obudziliśmy się z dogmatycznego snu" - pisał BHL. Ale zanim on sam się obudził, słońce stało już wysoko na niebie. Dała tutaj o sobie znać pewna cecha narodowa Francuzów. Nad Tamizą sowa Minerwy nie rozpościera skrzydeł o zmierzchu, tylko nazajutrz koło południa. Przy całym francuskim chic intelektualne i polityczne nowinki docierają tam późno. Hegel zyskał uznanie w Paryżu dopiero w latach 30. XX wieku - i to za pośrednictwem emigranta z Rosji (Alexandre'a Kojeve'a). Freud skarżył się, że Francja stawia opór psychoanalizie - opór ten został przezwyciężony dopiero w latach 50. Wreszcie mimo głęboko zakorzenionych tradycji socjalistycznych we Francji - a może właśnie z ich