Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

NINA BERBEROWA

PODKREŚLENIA MOJE

AUTOBIOGRAFIA

1998

 

(...)

 

Maksym Gorki

 

Nim poznałam osobiście Gorkiego, znałam już dwie legendy, z których każda mówiła coś o człowieku, ale nie o pisarzu. Gorki był i został dla mnie człowiekiem. Jego życie i śmierć to dla mnie życie i śmierć człowieka, z którym przeżyłam pod jednym dachem trzy lata, którego widziałam w zdrowiu i w chorobie, widziałam, kiedy był wesół i kiedy się złościł, widziałam w sile i słabości. Nigdy nie zaprzątał moich myśli jako pisarz: najpierw pochłaniali mnie Ibsen, Dostojewski, Baudelaire, Błok, potem (gdy już u niego mieszkałam) Gogol, Flaubert, Szekspir, Goethe, a później - gdy się z nim rozstałam - zaczęłam czytać i lubić Prousta, Lawrence'a, Kafkę, Gide'a, Valery'ego, a wreszcie Joyce'a, Anglików i Amerykanów. Dla Gorkiego jako dla pisarza nie było miejsca w moim życiu. Teraz też go zresztą nie ma...

Jako człowiek wszedł w krąg moich zainteresowań dzięki dwóm legendom. Pierwszą usłyszałam jeszcze w dzieciństwie. MCHAT przywiózł do Petersburga Na dnie. Zobaczyłam zdjęcie młodego chłopca o zadartym nosie, w rosyjskiej koszuli: był bosiakiem, został pisarzem. Wyszedł z ludu. Jest znakomitością. Sfotografował się w ogrodzie na ławce z Lwem Tołstojem. Siedział w więzieniu. Cały świat go słucha, czyta i na niego patrzy. Przewędrował na piechotę całą Rosję, a teraz pisze książki...

Druga legenda dotarła do mnie przez Chodasiewicza. Tłem jej było olbrzymie mieszkanie Gorkiego przy Prospekcie Kronwerkskim w Petersburgu. Tylu ludzi przychodziło tam, żeby zanocować (a właściwie przychodzili na herbatę, ale nie wiedzieć czemu zostawali na długie lata), tylu tam mieszkało, jadło, piło, wracało do sił (ukrywało się?), że wyburzono ścianę i z dwóch mieszkań zrobiono jedno. W jednym pokoju mieszkała baronowa Budberg (wówczas jeszcze Zakriewska-Beckendorf) *[Budberg Maria Ignatiewna (1892-1971), baronowa, z domu hrabianka Zakriewska, primo voto Beckendorf. L. Nikulin pisze o niej w swych wspomnieniach ("Moskwa", 1966, nr 2): "Kiedy nas pytają, komu poświęcony został Samgin, kim jest Maria Ignatiewna Zakriewska, myślimy o tym, że jej portret do ostatnich dni życia Gorkiego stał na jego biurku. Przyleciała z dalekiego kraju i była przy nim w ostatnich godzinach jego życia..." W 1936 r. zapewne nie "przyleciała", lecz "przyjechała", przywożąc z Londynu, gdzie mieszkała na stałe od 1933 r., tę część archiwum Gorkiego, którą przechowywała. W latach trzydziestych i czterdziestych była przyjaciółką Herberta Wellsa. W 1967 r., po trzydziestu jeden latach przerwy, przyjechała do ZSRR, gdzie zgotowano jej uroczyste przyjęcie. Jej dzieci: syn Paweł i córka Tatiana mieszkają w Anglii. - NB], w następnym - przypadkowy gość, który wpadł na chwilę, w kolejnym - siostrzenica Chodasiewicza z mężem (malarka), w innym jeszcze - przyjaciółka malarza Tatlina, konstruktywisty, w kolejnym gościł, przyjechawszy do Rosji w roku 1920, Herbert Wells, w następnym - sam Gorki. W dziewiątym czy dziesiątym pokoju zatrzymywał się Chodasiewicz, kiedy przyjeżdżał z Moskwy. Później wielki książę Gawriła Konstantinowicz Romanow z żoną i psem też mieszkał w dawnym "salonie", nie mówiąc już o Marii Fiodorownie Andriejewej, drugiej żonie Gorkiego, i pojawiającej się od czasu do czasu Jekatierinie Pawłownie Pieszkowej - jego pierwszej żonie.

Zburzenie ściany szczególnie mnie poruszyło. I nieprzyjemności, jakie Gorki miał z Zinowiewem. I zamknięcie "Nowoj Żyzni", gazety Gorkiego z lat 1917-1918, i wreszcie - jego wyjazd. Chory i rozgniewany na Zinowiewa, na Lenina, na samego siebie, wyjechał w końcu za granicę. W mieszkaniu zrobiło się bardzo przestronnie i cicho. Byłam ciekawa, czy zamurowano wybity w ścianie otwór?

Teraz Gorki mieszkał w Horingsdorfie nad Bałtykiem i wciąż jeszcze gniewał się, zwłaszcza na Aleksieja Tołstoja i gazetę "Nakanunie" *[Gazeta smienowiechowców - N.B. (ros. smiena wiech - zmiana drogowskazów).], z którą nie chciał mieć nic wspólnego. Tołstoj jednak, wystukujący wówczas na maszynie swoją powieść Aelita, uważał, że to kaprysy. Spotkawszy Chodasiewicza na Tauentzienstrasse w Berlinie, powiedział mu wprost, trzymając go za klapy marynarki (tym razem nie przerobionego fraka Miszy, ale przenicowanego garnituru adwokata N.):

- Niechże pan posłucha, cóż to za garnitur ma pan na sobie? Czyżby pan zamierzał w Europie ubierać się "ideowo"? Proszę pójść do mojego krawca, a rachunek proszę mu kazać przysłać do "Nakanunie". Ja nawet koszule zamawiam na miarę, gotowe źle leżą.

Pisarz "ziemi rosyjskiej" nie lubił ubóstwa i umiał żyć w dostatku. Chodasiewicz jednak nie poszedł do krawca i nie zamierzał współpracować z "Nakanunie".

W domu Tołstoja wyczuwało się już, że rodzina wkrótce wyjedzie do Rosji. Poetka Natalia Krandijewska, jego druga żona, tęga, w ciąży z trzecim synem (pierwszy, z jej małżeństwa z Volkensteinem, mieszkał z nią), we wszystkim zgadzająca się z mężem, pisała wiersze o swym "namiętnym ciele" i jakichś "nienasyconych objęciach". Kiedy tego słuchałam, czułam się niezręcznie. Tołstoj był znakomitym gawędziarzem, ale jego humor był nieco ordynarny i prymitywny - podobnie jak to, co pisał - umiał jednak samo zdarzenie opowiedzieć żywo i interesująco, choć gdy się słuchało jego opowieści o wizycie u dentysty albo gdy opowiadał żydowskie lub ormiańskie dowcipy, czy o tym, jak "dwa krase byki" (tj. on i Chodasiewicz) pojechały z wizytą do trzeciego (Gorkiego), można już było przewidzieć poziom wulgarności, do którego zejdzie w swych późnych powieściach. Dzieciństwo Nikity pisał jeszcze w innej politycznie aurze. Między Dzieciństwem a Aelitą zieje przepaść. Spoglądałam zdziwiona, jak w obecności gości, usadowiony w rogu salonu, wystukuje coś na swoim remingtonie - nie przepisuje, ale pisze powieść już z góry sprzedaną Gosizdatowi. Wszystko tu świadczyło, że najbardziej na świecie lubi nie tylko wydawać pieniądze, ale też bardzo lubi je liczyć i gardzi tymi, którzy mają inny do nich stosunek, i nie kryje się z tym. Musiały przewalić się nad nim wielkie klęski, musiał wciągnąć go bezpośrednio w swój wir kataklizm rosyjski, by zdolny był napisać Drogę przez mękę - w której sięgnął do starych wzorów literackich. Kiedy poczuł, że ocalał, zaczął staczać się po równi pochyłej. Teraz wątpię nawet w to, czy miał talent (połączenie wielu elementów albo części z nich, albo też wszystkich w niewielkim stopniu, "iskra", dyscyplina, samoistność, poczucie miary, dobry smak, mądrość, dobre oko, język i zdolność do abstrakcji).

Przyjechaliśmy do Heringsdorfu do Gorkiego 27 sierpnia 1922 roku (Chodasiewicz był tam już na początku lipca, bezpośrednio po przyjeździe do Niemiec). Zgubny dla kultury rosyjskiej wydawał mi się zawsze nie rozdźwięk między inteligencją a ludem, lecz rozdźwięk między dwoma odłamami inteligencji. Rozdźwięk między inteligencją a ludem był w Rosji o wiele słabszy niż w wielu innych krajach. Istnieje on wszędzie - zarówno w Szwecji, jak i we Włoszech czy w Kenii. Jedni oglądają telewizję, inni w tym czasie czytają książki, inni je piszą, jeszcze inni idą wcześnie spać, bo nazajutrz muszą wstać o świcie. X nie pójdzie na operetkę, Y nie pójdzie na dramat Strindberga, Z nie pójdzie ani na jedno, ani na drugie, a będzie w domu pisał własną sztukę. A ktoś jeszcze w ogóle nie słyszał, że w mieście istnieje teatr. Wszystko to należy do porządku rzeczy. Gdy jednak inteligencja podzielona jest na dwa przeciwstawne obozy, znika wówczas nawet nadzieja na coś, co przypominałoby jednorodną, wspólną i utrwaloną w czasie cywilizację duchową i narodowy postęp umysłowy. Nie istnieją bowiem wartości szanowane przez wszystkich. Choćby współczesny Francuz był marksistą do n-tej potęgi, Valery zawsze będzie dla niego wielki. Choćby amerykański malarz Pollock malował nie wiem jak abstrakcyjnie, dla najzajadlejszego amerykańskiego mieszczanina zawsze będzie wielkością. Na domu, w którym mieszkał Wilde, w pięćdziesiąt lat po jego śmierci pojawia się tablica pamiątkowa; Lawrence'a jedną ręką zabraniają, drugą wydają jego dzieła. Dwunastotonalną muzykę usiłują przepchnąć do subsydiowanych przez państwo sal koncertowych - i kto to robi? Angielscy, amerykańscy i niemieccy urzędnicy! Tak stopniowo dokonuje się uznanie tego, co raziło i przerażało ludzi o ćwierć stulecia wcześniej, raziło mieszczan stanowiących zarazem podporę państwa. Tak przebiega wedle sił zachodniej inteligencji jej walka - przez władzę - z własnym narodowym mieszczaństwem.

U nas inteligencja już w dniu narodzin tego pojęcia podzielona była na dwie części: jedni lubili Blanquiego, inni Balmonta. I jeśli lubiłeś Blanquiego, nie mogłeś ani lubić, ani szanować Balmonta. Mogłeś lubić Kuroczkina, a raczej Berangera w przekładach Kuroczkina, a jeśli lubiłeś Władimira Sołowjowa, to znaczy, że nic cię nie obchodziła konstytucja, a przed sobą miałeś tylko jedną drogę - obskurantyzm. Tym samym obie części rosyjskiej inteligencji zawierały w sobie elementy i rewolucji, i reakcji: lewicowi politycy byli reakcjonistami w sztuce, awangardziści sztuki byli albo politycznymi reakcjonistami, albo ludźmi indyferentnymi. Na Zachodzie ludzie mają jedno wspólne święte "szu" (chińskie słowo oznaczające, że każdy - kimkolwiek jest i jakiekolwiek są jego poglądy - uznaje i szanuje owo coś) i wszyscy się nawzajem równoważą, owa równowaga zaś stanowi jeden z najważniejszych czynników zachodniej kultury i demokracji. W rosyjskiej inteligencji jednak elementy rewolucji i reakcji nigdy niczego nie równoważyły i nie istniało wspólne "szu", dlatego być może, że Rosjanie nieczęsto zdolni są do kompromisu i samo to słowo, pełne w świecie zachodnim wielkiej twórczej i stwórczej wagi, w języku rosyjskim naznaczone jest piętnem małostkowej podłości.

Już pierwszego wieczoru spędzonego u Gorkiego zrozumiałam, że ten człowiek należy do innej części inteligencji niż ludzie, których znałam dotychczas.

Czy lubi Gogola? Hmm, tak, oczywiście... ale lubi także Jełpatiewskiego - obu uważa za "realistów" i dlatego obaj są porównywalni i można jednego z nich przedkładać nad drugiego. Czy lubi Dostojewskiego? Nie, nienawidzi Dostojewskiego. Powiedział mi to pierwszego wieczoru naszej znajomości i powtarzał potem wielokrotnie.

- Czy pani czytała Ogurcowa? - zapytał mnie też wtedy. Nie, nie czytałam Ogurcowa. Oczy mu zwilgotniały: wiele się podówczas po Ogurcowie spodziewał. Tajemniczego Ogurcowa nigdy nie przeczytałam.

I oto pierwsze chwile w jadalni, przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu, głuchy z pokasływaniem głos, ruchy rąk - bardzo gładkich, czystych i równych (ktoś powiedział, jak ręce żołnierza, którego wypisano z lazaretu), cała jego postać - wysokiego, przygarbionego mężczyzny o zapadniętej piersi i prostych nogach. Tak, uśmiech miał pobłażliwy, co nie wszystkim się podobało, i miał twarz, która mogła wyglądać na złą (gdy czerwieniała mu szyja i pod skórą przesuwały się kości policzkowe); kiedy zadano mu jakieś ostre lub niemiłe pytanie, miał zwyczaj patrzeć ponad rozmówcą, bębnił palcami po stole albo - nie słuchając - coś nucił. Prócz tego jednak miał jeszcze coś innego: naturalny urok mądrego, niepodobnego do innych człowieka, mającego za sobą ogromne, trudne i wspaniałe życie. Tamtego wieczoru dostrzegałam oczywiście tylko ów urok, nie wiedziałam jeszcze, że wiele z tego, co - jak mi się zdawało - Gorki mówi dla mnie, należy do jego stałego repertuaru, uruchamianego na użytek kogoś nieznajomego, by go przychylnie do siebie usposobić, że sam ton, w jakim prowadzi rozmowę, nawet ruchy, które jej towarzyszą - to jego aktorska gra, nie zaś objawy stosunku uczuciowego do rozmówcy. Wypiliśmy herbatę, potem zjedliśmy obiad; w cichej jadalni siedzieliśmy we czworo: Gorki, Chodasiewicz, malarz Iwan Rakicki, który tu mieszkał, i ja. "Jak w porę przyjechaliście - powtórzył kilkakrotnie Gorki - dziś rano wszyscy wyjechali, i Szalapin, i Maksym i ktoś jeszcze - nawet nie pamiętam kto, tylu tu przez te dni było ludzi".

O czym rozmawiało się tego wieczoru? Najpierw o Petersburgu, bo Gorki był spragniony nowin. Sam wyjechał za granicę dziewięć miesięcy przedtem, ale wciąż jeszcze w połowie przebywał tam. Na bolszewików wymyślał, narzekał, że nie pozwalają mu wydawać pisma (wydawać w Berlinie i przesyłać do Rosji), że książki nie ukazują się w odpowiednich nakładach, że cenzura działa bezsensownie i brutalnie, zakazując doskonałych rzeczy. Mówił o bałaganie w Domu Literatów i skandalach w Domu Uczonych. Gdy ktoś napomknął o smienowiechowcach, wzruszył ramionami, a o "Nakanunie" wypowiadał się z niechęcią. Kilka razy podczas rozmowy wymienił nazwisko Zinowiewa, wspominając o swych zadawnionych do niego pretensjach.

Pod koniec obiadu jednak te sprawy zostały odsunięte. Rozmowa przeszła na literaturę, na literaturę współczesną, na młodzież, na moich petersburskich rówieśników i wreszcie na mnie. Podobnie jak setki początkujących, którzy nie umieją jeszcze napisać nic prócz wierszy, i ja też recytowałam mu swoje wiersze.

Słuchał uważnie, zawsze słuchał uważnie, bez względu na to, co mu recytowano czy opowiadano, i zapamiętywał na całe życie - była to właściwość jego pamięci. Wiersze bardzo lubił, w każdym razie wzruszały go one do łez - i te dobre, i nawet te niezbyt dobre. "Niech się pani stara - powiedział - niech się pani nie spieszy z drukowaniem, niech się pani uczy...". Był zawsze - również wobec mnie - życzliwy; człowiek, który postanowił poświęcić się literaturze, nauce, sztuce, był dla niego święty.

Lubił wiersze, miał jednak raz na zawsze ustalone kryteria dotyczące "ładnego brzmienia" i "piękności" poezji, którymi kierował się w swych opiniach. W prozie też mu one przeszkadzały i sądy, które wydawał, były oschłe, kiedy jednak rzecz dotyczyła poezji, stawało się to często nieznośne. Oto co pewnego razu do mnie napisał, a ten bardzo znamienny dla niego cytat, doskonale odzwierciedla jego stosunek do poetów i poezji:

"Wydaje mi się, że określenie: poeta to echo życia na świecie - jest najściślejsze. Czy istnieje coś lepszego niż literatura - sztuka słowa? Nie ma niczego lepszego".

Trudno uwierzyć, że wiersze Puszkina czy Błoka mogły przyprawić tego człowieka o prawdziwe łzy... Nie tylko zresztą wiersze Puszkina i Błoka, ale Ogurcowa i Babkina, i wielu innych.

Pokojówka sprzątnęła ze stołu i wyszła. Za oknem ściemniło się. Teraz Gorki opowiadał. Wiele razy po tamtym wieczorze słyszałam te same opowieści opowiadane tymi samymi słowami słuchaczom równie niedoświadczonym jak ja wtedy. Słuchając jednak Gorkiego po raz pierwszy, nie sposób było nie zachwycić się jego darem. Trudno wyjaśnić to tym, którzy go nie słyszeli. Coraz mniej jest teraz utalentowanych opowiadaczy. Pokolenie urodzone w tym stuleciu, samo nieco zająkliwe, nie lubi w ogóle słuchać mówców przy herbacie. W tym, jak opowiadał Gorki, dobre było to, że mówił niezupełnie to samo, co pisał, i nie całkiem tak samo, jak pisał: bez pouczeń, nie kładąc na nic nacisku, po prostu tak jak było.

Ważny był dla niego zawsze fakt, rzeczywiste wydarzenie. Ludzką wyobraźnię traktował nieprzychylnie, a bajek nie rozumiał.

- Ależ to naprawdę tak było! - wykrzykiwał z zachwytem, przeczytawszy jakieś opowiadanie czy szkic.

- To było zupełnie inaczej - powiedział ponuro o Otchłani Leonida Andriejewa. - On zmyślił zakończenie, a ja się z nim o to pokłóciłem.

Jednocześnie nie był w tym konsekwentny. W jednym z jego listów (listopad 1925 r.) znaleźć można następujące zdanie: "Nie lubiłem faktów i zniekształcałem je z największą przyjemnością". Cóż to znaczy? Tylko to, że "rozwój" rewolucyjny lubił jeszcze bardziej niż fakty i naginał je do potrzeb rewolucyjnej przyszłości.

Zegar wskazywał drugą w nocy. Słuchałam. Wydawało mi się, że czterdzieści lat temu wędruję razem z nim po Rosji - znad Wołgi nad Don, z Krymu na Ukrainę. Wszystko tu było: i niżniegorodskie dowcipy i czas politycznych prześladowań i słynna bójka w pewnej wsi, gdzie ujął się za bitą kobietą, i początki Teatru Artystycznego i Ameryka. Dłonie jego spoczywały na stole, twarz o charakterystycznie wykrojonych nozdrzach i obwisłych wąsach była uniesiona, głos kołysząc się, to się ode mnie oddalał - co znaczyło, że senność brała nade mną górę - to się przybliżał - co znaczyło, że szeroko otwieram oczy w obawie, że zasnę. Cóż począć! Morskie powietrze, przebyta podróż, młodość sprawiały, że z trudem powstrzymywałam się, by nie położyć głowy na stół.

Nie trzeba mu było zadawać pytań. Podparłszy się jedną ręką i poruszając przed sobą drugą, mówił i palił. Kiedy zapalał papierosa, to nie gasił zapałek, a układał z nich w popielniczce stos. Wreszcie przyjrzał mi się uważnie.

- Czas spać - powiedział z uśmiechem - proszę wyprowadzić poetkę.

Malarz Rakicki, który pełnił w domu rolę gospodyni, gdyż takiej nie było, odprowadził mnie na górę. W tym pokoju jeszcze poprzedniej nocy spał Szalapin, którego przedtem widziałam zaledwie dwa razy na scenie w Rosji, i wydawało mi się, że w powietrzu wciąż jeszcze unosi się jego cień. Kiedy zostałam sama, długo jeszcze siedziałam na łóżku. Słyszałam za ścianą pokasływanie Gorkiego, jego kroki, szelest przewracanych stronic (czytał przed zaśnięciem). Ocenę tego, co widziałam i słyszałam, odkładałam na później.

25 września 1922 roku Gorki przeniósł się do Saarowa, leżącego o półtorej godziny jazdy pociągiem od Berlina w kierunku Frankfurtu nad Odrą, zaś na początku listopada namówił nas, byśmy się tam przenieśli. Zamieszkaliśmy w dwóch pokojach w hotelu przy dworcu.

"Kronwerkska" atmosfera, nastrój zajazdu w domu Gorkiego, odrodziła się w Saarowie, w cichej, pustej w zimie, willowej miejscowości nad dużym jeziorem, przez które pewnego razu, namówiona przez Maksyma, przepłynęłam przy wietrznej pogodzie pod żaglem.

"Kronwerkska" atmosfera odradzała się co prawda tylko w niedziele: ludzie zaczynali przyjeżdżać z Berlina już rannym pociągiem - ludzie bliscy i przypadkowi, przeważnie jednak, rzecz oczywista, tak zwani "swoi", i to w niemałej liczbie.

Z okna Banhofhotel widziałam, jak szli ze stacji przez wymarłe ulice niemieckiego miasteczka, gdzie ciszę mącił tylko gwizd rzadko przejeżdżających pociągów, a było tak czysto, że po długim jesiennym deszczu ulice wydawały się umyte. Nieopodal domu Gorkiego był lasek, w którym żyły łanie. Każda miała własne imię, a drzewa były ponumerowane.

Marii Fiodorownie Andriejewej, jego drugiej żonie, która dość często przyjeżdżała, nic się w domu nie podobało.

- Co ci tu dają do jedzenia - mówiła, z obrzydzeniem przyglądając się kotletowi, który mu podano. - I w coś ty się ubrał? Czy rzeczywiście nie można było znaleźć lepszej willi?

Mimo swego wieku była jeszcze piękna, dumnie nosiła rudą głowę, błyskała pierścieniami, kiwała wąskim pantofelkiem. Jej syn z pierwszego małżeństwa (pracował w filmie), pan z wyglądu około czterdziestoletni, też tam z żoną niekiedy bywał, ona jednak zarówno ich, jak i wszystkich innych traktowała z pogardliwym lekceważeniem. Nigdy nie dostrzegłam w jej twarzy ani nie dosłyszałam w jej głosie czaru. Pewnie i bez czaru była w swoim czasie bardzo piękna.

Maria Fiodorowna nie pojawiała się w te dni, kiedy do Gorkiego przyjeżdżała Jekatierina Pawłowna - jego pierwsza żona i matka jego syna. Była osobą zupełnie innego pokroju. Przyjeżdżała bezpośrednio z Moskwy, z kremlowskich gabinetów, z zapasem wszelkiego rodzaju nowin. Wówczas z gabinetu Gorkiego rozlegało się: "Włodzimierz Iljicz powiedział... Feliks Edmundowicz mu na to...". Miała zwyczaj zaglądać rozmówcy w oczy i przetrwała u niej jeszcze stara inteligencka maniera, którą przyswoiła sobie w młodości, mówienia jak gdyby "z otwartym sercem".

Z Marią Fiodorowna przyjeżdżał Piotr Piotrowicz Kriuczkow, zaufany człowiek Gorkiego, coś w rodzaju jego totumfackiego. Stalin dowiódł później, że był to "wróg ludu", i po tym gdy Kriuczkow do wszystkiego się przyznał, rozstrzelał go. Dotychczas go oficjalnie nie zrehabilitowano *[Obecnie, rzecz jasna, wszystkich już zrehabilitowano - przyp. tłum.]. Z Jekatierina Pawłowna przyjeżdżał niejaki Michaił Konstantinowicz Nikołajew, dyrektor "Mieżdunarodnoj Knigi". Niewiele się odzywał i przeważnie bawił się z psem w ogrodzie (umarł w 1947 roku).

I oto nakryty zostaje stół na dwanaście osób, z całego domu znosi się krzesła. Maria Ignatiewna Budberg, sekretarka i przyjaciółka Gorkiego, nalewa zupę. Trzeba o niej powiedzieć dwa słowa: Maria Ignatiewna, z domu hrabianka Zakriewska (prawnuczka "spiżowej Wenus" Puszkina), z pierwszego męża hrabina Beckendorf, z drugiego - baronowa Budberg. Około 35 lat temu powstała o niej książka i wydany został dziennik Locharta, pierwszego sekretarza ambasady angielskiej w Petersburgu, który podczas rewolucji zastąpił na tym stanowisku ambasadora Buchanana, gdy ten wyjechał do Anglii. W tym dzienniku figuruje ona jako Mara (w rzeczywistości zdrobnienie jej imienia brzmiało Mura). Według tej książki nakręcony został film Brytyjski agent, w którym grali Leslie Howard i Key Francis. Maria Ignatiewna pojawiła się przy Kronwerkskim w 1919 czy 1920 roku, po tym gdy przesiedziała się w Czeka w związku z aresztowaniem samego Locharta. Gdy Locharta wypuszczono i ekspulsowano do Anglii, zaczęła szukać pracy, przyszła do wydawnictwa "Wsiemirnaja Litieratura" i tam poznała Kornieja Czukowskiego, który zaprowadził ją do Gorkiego; dobrze znała angielski i szukała pracy jako tłumaczka. Zamieszkała przy Kronwerkskim i mieszkała tam aż do swego wyjazdu (nielegalnego) do Tallina. W Estonii, gdzie mieszkały jej dzieci, wyszła wkrótce za mąż za barona Nikołaja Budberga. Gdy Gorki przyjechał do Berlina w październiku 1921 roku, znów nawiązała z nim kontakt: do 1933 roku była najbliższym mu człowiekiem. Trzy razy do roku wyjeżdżała do Tallina, żeby odwiedzić dzieci, i do Londynu, gdzie miała przyjaciół, z których najbliższy był jej Herbert Wells. Gdy w roku 1933 Gorki ostatecznie przeniósł się do ZSRR, osiadła w Londynie. Po śmierci Wellsa w 1946 roku założyła w Londynie agencję literacką. Swego czasu tłumaczyła wiele utworów Gorkiego na angielski, niestety jej przekłady były bardzo słabe: w tomie najlepszych opowiadań Gorkiego z lat 1921-25 (do którego weszły takie rzeczy, jak Opowieść o bohaterze i Błękitne milczenie) opuszczała całe akapity i nie rozumiała często rosyjskich wyrażeń. Tłumaczyła jednak nadal w latach dwudziestych i trzydziestych zalecanych przez Gorkiego autorów (Zozulę, Siergiejewa-Censkiego i innych), później zaś, już w latach sześćdziesiątych, równie niedbale - Wspomnienia Aleksandra Benois.

A więc M.I. Budberg nalewa zupę. Rozmowa przy stole jest głośna, każdy mówi jakby sam dla siebie, nikogo nie słuchając. Maria Fiodorowna mówi, że łazanki w zupie są niejadalne, i pyta, czy wierzę w Boga. Siemion Juszkiewicz, rozglądając się dokoła smutnymi oczami, mówi o tym, że wszystko to na nic i wkrótce nadejdzie śmierć, czas więc pomyśleć o własnej duszy. Andriej Bieły z wytężonym uśmiechem przeszywa wzrokiem własny talerz - zapomniano położyć dla niego łyżkę, czeka więc w milczeniu, kiedy ktoś z domowników ten brak spostrzeże. Oszałamia go gwar, śmiech na "młodszym" krańcu stołu i grobowe milczenie gospodarza, który spogląda ponad głowami wszystkich, bębni palcami po stole i milczy - co oznacza brak humoru. Obok siedzą Chodasiewicz, Wiktor Szkłowski, Sumski (wydawca pisma "Epocha"), Grżebin, Ładyżnikow (stary przyjaciel Gorkiego, a zarazem jego wydawca), dyrygent i pianista Dobrowein, inni goście. Stopniowo, dopiero pod koniec obiadu Gorki topnieje i dopiero wtedy toczy się uładzona rozmowa. Przeważnie mówi Gorki, czasem Chodasiewicz albo Bieły... Bieły nie jest jednak taki jak zawsze, jego ceremonialna uprzejmość osiąga tu apogeum, zgadza się ze wszystkimi, ledwie zważając na to, co mówią, zgadza się nawet z Marią Fiodorowną co do tego, że kura jest przepieczona. I od razu peszy się do łez.

Być może jednak ton, jaki wybiera Bieły w rozmowach z Gorkim, jest najwłaściwszy? Z Gorkim trudno się było sprzeczać. Przekonać go w jakiejś sprawie było nie sposób choćby dlatego, że miał zdumiewającą właściwość: nie słyszał tego, co mu się nie podobało, nie odpowiadał, kiedy zadawano mu pytanie, na które nie miał odpowiedzi. Robił "głuche ucho" - jak wyrażała się M.I. Budberg (z upodobaniem, jak księżna Betsy Twerska w Annie Kareninie, tłumaczyła dosłownie na język rosyjski angielskie i francuskie idiomy); Gorki do tego stopnia robił to "głuche ucho", że pozostawało tylko zamilczeć. Czasem zresztą, nie zrobiwszy "głuchego ucha", z pełną złości twarzą, zaczerwieniony, wstawał i wychodził do siebie, rzucając na ostatek już w drzwiach:

- Nie, to wcale nie jest tak.

I spór gasł.

Pewnego razu spotkałam u niego Rykowa, wówczas przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych, który owego roku przyjechał do Niemiec, żeby leczyć się z alkoholizmu. Rykow z irytacją w głosie opowiadał o polemice literackiej, która się wtedy toczyła między Sosnowskim a kimś jeszcze.

- Jak się to wszystko skończyło? - zapytał Chodasiewicz, którego ta polemika literacka bardzo interesowała ze względu na przedmiot sporu.

- Kazaliśmy to uciąć - odpowiedział niechętnie Rykow. Spojrzałam na Gorkiego i nagle wydało mi się, że między jego własnym "nie, to wcale nie jest tak" - wypowiedzianym w drzwiach - a tą odpowiedzią Rykowa istnieje coś wspólnego.

Nie sposób wyliczyć wszystkich, mówię o tych, którzy przyjeżdżali ze Związku Radzieckiego i którzy w owych latach bywali u Gorkiego. Lista nazwisk między rokiem 1922 a 1928 mogłaby się zaczynać od ludowych komisarzy i ambasadorów, prowadzić przez marynarzy floty radzieckiej, przez starych i nowych pisarzy, kończąc się na siostrze M.I. Cwietajewej - Anastazji Iwanownie, która w 1927 roku przywiozła ze sobą do Sorrento do Gorkiego pewnego "poetę improwizatora" B. Zubakina. Ten zaś w willi "II Sorito" dał pokaz swej sztuki, o czym Anastazja Cwietajewa napisała później w "Nowym Mirze" (w 1930 roku).

Gorkiego należało wysłuchać i milczeć. Być może on sam nie uważał swych sądów za niepodważalne, nie miał jednak ochoty podejmować ponownie jakichś decyzji ani niczego przewartościowywać, a zresztą nie mógł tego pewnie zrobić: jeśli się ruszy jeden element, posypią się inne i cały gmach runie, a co wtedy? Niechże już wszystko trwa tak, jak zostało kiedyś zbudowane.

Wchodzę do jego gabinetu. Skończył już pisać (pisze od dziewiątej rano) i siedzi teraz nad emigracyjną prasą (berlińskie "Dni", "Rul", paryskie "Poslednije nowosti") w swojej wielobarwnej tatarskiej krymce. Wie, że przyszłam po książki. Wzdłuż ścian stoją półki, książki stopniowo napływają z Rosji.

Biorę z półki tom Dostojewskiego.

- Aleksieju Maksimowiczu, czy mogę wziąć...

- Proszę brać, co się pani podoba.

Spogląda na mnie spoza okularów pełnym dobroci spojrzeniem, wolę mu jednak nie mówić, co wybrałam; mieszkając wspólnie z nim, doszłam do przekonania, że co prawda płakał on nad rosyjskimi wierszami, ale nie lubił rosyjskiej prozy. Większość rosyjskich pisarzy XIX wieku traktował jak osobistych wrogów: Dostojewskiego nienawidził, Gogolem gardził jako człowiekiem chorym fizycznie i duchowo, nazwiska Czaadajewa i Władimira Sołowjowa przyprawiały go o paroksyzmy irytacji i namiętnej zazdrości, z Turgieniewa wyśmiewał się, Lew Tołstoj wzbudzał w nim rodzaj popłochu, jakiś niepokój, którym się dręczył. O, uważał go oczywiście za wielkiego, za największego, bardzo jednak lubił rozprawiać o jego słabościach, skwapliwie stawał w obronie Sofii Andriejewny *[Żona Lwa Tołstoja.], chętnie podchodził do Tołstoja od jakiejś innej strony. Pewnego razu powiedział:

- Proszę wziąć trzy książki: Annę Kareninę, Panią Bovary i Tessę Hardy'ego. O ileż pisarze zachodnioeuropejscy zrobili to lepiej niż nasz. O ileż wspanialej opisana tam została "taka" kobieta!

Kogo więc lubił?

Przede wszystkim swoich uczniów i naśladowców, po nich prowincjonalnych samouków, początkujących, szukających u niego poparcia, którzy go wzruszali i z których nigdy nic nie wychodziło. Poza tym lubił tych pisarzy, których spotkał w młodości na drodze życia, a których istnienie zatarło się w ludzkiej pamięci, a nazwiska nic już nikomu nie mówią, lecz on swego czasu przeczytał ich jak objawienie.

- Weźmy Karonina - mówił - on to świetnie opisał.

- Nie czytałam Karonina, Aleksieju Maksimowiczu.

- Nie czytała pani? Musi pani koniecznie to przeczytać.

Albo:

- Weźmy Eleonskiego...

Zdarzyło się jednak raz i tylko raz, było to w dniu, kiedy z księgarni w Paryżu przysłano mu tomy wydanych właśnie opowiadań Bunina. Wszystko poszło na bok: praca, listy, czytanie prasy. Gorki zamknął się w swoim gabinecie, na śniadanie przyszedł z opóźnieniem i w stanie takiego roztargnienia, że zapomniał włożyć zęby. Speszony wstał, poszedł po protezę do siebie i długo wycierał tam nos.

- Czemuż to Duka (tak nazywano go w rodzinie) tak się dziś rozkrochmalił? - zapytał Maksym *[To znaczy syn pisarza.]. Nikt jednak nie znał przyczyny. Dopiero przy herbacie sprawa się wyjaśniła:

- Rozumiecie... to świetna rzecz... świetna... - Nic więcej nie mógł powiedzieć, przez długi czas jednak nie brał do rąk radzieckich nowości ani rękopisów nadesłanych przez nieznanych geniuszy.

Bunin stanowił w owych latach jego ranę. Nieustannie pamiętał, że gdzieś żyje Bunin, żyje w Paryżu, nienawidzi władzy radzieckiej (a wraz z nią Gorkiego), zapewne żyje w biedzie, ale pisze wspaniałe książki i też stale świadom jest istnienia jego, Gorkiego, nie może nie być świadom. Zdaje się, że Gorkiego do końca życia interesowało wszystko, co dotyczyło Bunina. Wśród listów Gorkiego do Aleksieja Tołstoja jest jeden, w którym donosi mu z Sorrento, co mianowicie "Bunin w tych dniach powiedział". Przywiozła mu tę nowinę Maria Budberg, która właśnie przyjechała z Paryża. W świetle tego, co nastąpiło później, jest dla mnie oczywiste, że w te plotki zamieszany był niejaki Roszczin, członek francuskiej partii komunistycznej, który przez długie lata mieszkał w domu Bunina jako przyjaciel i wielbiciel, o czym do roku 1946 nikt nie miał oczywiście pojęcia.

Czytając Bunina, Gorki nie myślał, czy tak naprawdę bywa w życiu. Oczywiście, wycierając nos i wzdychając w swoim pokoju nad książką, nie zapominał poprawiać ołówkiem (nigdy nie widziałam go bez ołówka w równych, czystych palcach) błędów drukarskich. Jeśli na nie natrafił, na marginesie obok takiego na przykład połączenia słów, jak sapogow nowych (butów nowych) - choćby napisał to "sam Demian Biedny" - stawiał znak zapytania. Takie połączenia słów uważał za niedopuszczalne, była to jedna z jego zasad, które przejął zapewne od prowincjonalnych nauczycieli języka rosyjskiego, a które utkwiły mu w pamięci. Do aksjomatów należały również i takie niegdyś przyswojone sobie przezeń "prawdy", jak: śmierć to ohyda, celem nauki jest przedłużenie ludzkiego życia, wszystkie funkcje fizjologiczne człowieka są zawstydzające i odrażające, każdy przejaw ludzkiego ducha sprzyja postępowi. Pewnego razu wyszedł ze swego gabinetu tanecznym krokiem, robiąc rękami różne ruchy, podśpiewując, z twarzą wyrażającą takie uszczęśliwienie, że wszyscy osłupieli. Okazało się, że przeczytał w jakiejś gazecie kolejną notatkę o tym, że uczeni odkryją wkrótce przyczyny powstawania raka.

Był ufny. Ufał i lubił ufać. Wielu go oszukiwało: od kucharza - Włocha, który wypisywał niesamowite rachunki, po Lenina, który wciąż obiecywał mu jakieś folgi dla pisarzy, uczonych i lekarzy. Kiedyś, żeby sprawić Leninowi przyjemność, napisał Matkę. Lenin jednak nie zrewanżował mu się żadną przyjemnością. Gorki wierzył, że między Romain Rollandem a nim istnieje jedyne w swoim rodzaju zrozumienie, że jest to przyjaźń dwóch tytanów. Korespondencja ich została teraz częściowo opublikowana. Trwała wiele lat, listy wymieniali dość często. Pisywali do siebie po francusku. Gorki pisał przez tłumacza. Kilkakrotnie byłam nim ja.

- N.N., niech pani będzie tak dobra i przetłumaczy mi, co tu pisze Rolland.

Biorę cienki arkusik i odczytuję zdania napisane wytwornym, wyraźnym pismem, przypominającym pismo arabskie.

- Drogi Przyjacielu i Nauczycielu. Otrzymałem Pański tchnący woniami list, pełen kwiatów i ich zapachów, i czytając go, przechadzałem się po wspaniałym ogrodzie, rozkoszując się cudownym światłocieniem i świetlanymi dotknięciami Pańskich myśli...

- O czym on mówi? Ja go pytałem o konkretną rzecz: potrzebny mi jest adres Panaita Istrati, niech pani poszuka, czy tam jest.

- ...dotknięciami Pańskich myśli, które, uśmiechnięte, unosiły mnie w błękitne niebo rozmyślań.

Wieczorem przynosi do przetłumaczenia na francuski brudnopis odpowiedzi. Napisane tam jest, że świat w ciągu ostatniego stulecia uczynił krok ku światłu, że w tym zbliżaniu się do światła kroczą ręka w rękę wszyscy, którzy godni są miana człowieka. Wśród nich w pierwszym szeregu kroczy Panait Istrati "o którym mi Pan pisał, drogi Przyjacielu i Nauczycielu, i o podanie jego adresu w następnym liście usilnie Pana proszę".

Czasami - mniej więcej raz na rok - Rolland przysyłał Gorkiemu swoją fotografię. Przetłumaczyć na rosyjski dedykacje, które na nich umieszczał, było jeszcze trudniej niż przetłumaczyć jego listy. Robiliśmy to wszyscy razem, zebrani w pokoju Maksyma. Maksym - jak zawsze - w zamyśleniu przygryzał dolną wargę.

Po pierwszej "niemieckiej" zimie nadeszła druga, którą spędzaliśmy co prawda w Czechach, ale w najbardziej niemieckim ich zakątku - w zamarłym, zamkniętym, bo poza sezonem - Marienbadzie. Pojechaliśmy tam z Pragi w ślad za Gorkim. Tu ustały wszelkie inwazje - swoich i obcych - i Gorki, w zupełnej samotności, w otoczeniu wyłącznie rodziny albo ludzi jakby do niej należących, pogrążył się w pracy: pisał wówczas Artamonowa i synów.

Wstawał o dziewiątej rano i samotnie, podczas gdy wszyscy jeszcze spali, wypijał swoją poranną kawę i zjadał dwa jajka. Do godziny pierwszej go nie widzieliśmy.

Zima była śnieżna, ulice całe w zaspach. Na spacer wychodziliśmy w futrach i walonkach, wszyscy razem - dopiero o zmierzchu (po śniadaniu Gorki zazwyczaj pisał listy albo czytał). Szliśmy po śniegu do sosnowego lasu, pod górę. Gdzieś w odległości około trzech kilometrów odbywały się zawody narciarskie, grzmiała muzyka, pędzili w tamtą stronę fotografowie i dziennikarze. Nic z tego nie oglądaliśmy. Od listopada w mieście zaczęły się przygotowania do Bożego Narodzenia i my też postanowiliśmy urządzić Gwiazdkę. Mieliśmy niewiele rozrywek, a Gorki je lubił, zwłaszcza gdy dużo pracował i chciał odpocząć chwilę przy czymś lekkim i nienudnym. Gwiazdka była prawdziwa, z prezentami, szaradami, nawet z gramofonem, który skądś zdobyliśmy. Największą jednak rozrywką tamtej zimy był kinematograf.

Raz w tygodniu, w sobotę, podczas kolacji Gorki z przebiegłym wyrazem twarzy pytał, czy na zewnątrz nie jest zbyt zimno. Oznaczało to, że tego dnia pojedziemy do kina. Niezwłocznie posyłano po dorożkę - kinematograf znajdował się na drugim krańcu miasta. Nikt nie pytał, na jaki jedziemy film, czy jest dobry, czy warto jechać. Wszyscy biegli na górę ubierać się, a jeśli była zamieć, opatulali się we wszystko, co mieli ciepłego. I oto szerokie, zaprzężone w parę koni sanie stają przed gankiem hotelu Maxhof, i wsiadamy do nich całą siódemką: Budberg i Gorki na tylnym siedzeniu, Chodasiewicz i Rakicki na przednim, N.A. (przezywana Timoszą - żona Maksyma) i ja - na czyichś kolanach, Maksym - na koźle obok woźnicy. Nazywało się to "wyjazdem drużyny strażackiej".

Konie niosły nas po pustych ulicach, dzwoneczki dzwoniły, na hołoblach błyskały latarnie, zimny wiatr ciął w twarz. Do celu mieliśmy około dwudziestu minut jazdy. W kinie witano nas z honorami - prócz nas prawie nikogo nie było. Uszczęśliwieni i zadowoleni, siadaliśmy w jednym rzędzie i bez względu na to, co nam pokazywano - Ostatnie dni Pompei, Dwie sieroty czy Maksa Lindera - było nam w drodze powrotnej równie wesoło, jak w drodze z domu.

Tej zimy (1923-24) wszystko stopniowo zeszło na dalszy plan, ustępując pracy. Powieść Artamonow i synowie postępowała, rozrastała się, coraz bardziej wciągała Gorkiego, stopniowo wypierając wszystko inne, osłabiając nawet jego zainteresowanie własnym pismem ("Biesieda"), które stanowiło próbę zjednoczenia literatury emigracyjnej i sowieckiej, próbę, która się nie udała. Praca nie pozwalała Gorkiemu dostrzec, że w istocie pozostał zupełnie sam i nikogo nie zjednoczył. Czekał na wizę włoską. Nadeszła wiosną, z dokładnym wskazaniem, iż nie zaleca się mu zamieszkania na Capri (gdzie jego obecność mogła rozpalić jakieś niejasne, związane z przeszłością namiętności polityczne), więc przeniósł się do Sorrento - ostatniego miejsca swego pobytu za granicą *[Stąd w 1928 roku Gorki wyjechał do ZSRR - 17 maja 1933 roku przeniósł się tam ostatecznie - N.B.]. Jesienią 1924 roku przenieśliśmy się tam za nim.

Było to ostatnie miejsce jego niezależności, jego swobodnej pracy nad tym, co miał ochotę pisać. Jego wspomnienia o "Iljiczu" stanowiły pierwszy krok do pogodzenia się z tymi, którzy znajdowali się teraz w Moskwie u szczytu władzy. "On bardzo szybko tam wyjedzie - powiedziałam kiedyś do Chodasiewicza - w gruncie rzeczy nie wiadomo, dlaczego dotychczas tam nie wyjechał". Chodasiewicz jednak nie zgodził się ze mną: wydawało mu się, że Gorki nie zdoła "strawić" reżimu, że powstrzyma go głębokie przywiązanie do starych zasad wolności i godności człowieka. Nie wierzył w sukces tych, którzy w otoczeniu Gorkiego pracowali nad jego powrotem, mnie zaś wydawało się, że nastąpi to szybciej, niż oni przypuszczają. Sorrento okazało się ostatnim miejscem, gdzie Gorki mógł pisać, "nie zawsze współbrzmiąc", i mówić głośno, co myśli. Ostatnim też miejscem, do którego przeniósł się we względnym zdrowiu. Tu, nad morzem, w domu, z którego widać było Zatokę Neapolitańską z Wezuwiuszem i Istię, po raz pierwszy zobaczyłam go w chorobie - a w chorobie bardzo się postarzał.

Lekarz sprowadzony z Neapolu orzekł, że to skomplikowane przeziębienie z bronchitem. Obawiano się zapalenia płuc - przez całe życie i on, i jego bliscy obawiali się tej choroby, która sprowadziła go do grobu (według pierwszej oficjalnej wersji). Przepisane zostały okłady z gorącego owsa na piersi i plecy. Nadieżda Aleksiejewna Pieszkowa i ja byłyśmy w takiej kuracji równie niedoświadczone, Marii Budberg nie było. Gorki leżał w swym olbrzymim gabinecie za parawanem, na wąskim, wysokim łóżku i kaszlał, zaczerwieniony z gorączki (i przez to jeszcze bardziej rudy). Obserwował nas w milczeniu, my zaś starałyśmy się robić wszystko szybko i zręcznie. Żeby owies nie ostygł, nakładałyśmy go dużymi łyżkami na ceratę i owijałyśmy tą ceratą chude, rozpalone gorączką ciało, bandażując je szerokim bandażem.

- Bardzo dobrze. Dziękuję - chrypiał Gorki, choć to wszystko wcale dobrze nie wyglądało.

W kominku potrzaskiwało oliwkowe drewno, po ścianach i suficie pomykały cienie. Nocami dyżurowałyśmy kolejno przy jego łóżku. Rano znów przyjeżdżał lekarz. Gorki nie był hipochondrykiem i nie lubił się leczyć.

- Zostawcie mnie, zostawcie mnie w spokoju - mówił - powiedzcie temu panu, żeby się wynosił.

- Co raczył powiedzieć wielki pisarz? - pytał z szacunkiem lekarz.

- Proszę mu przetłumaczyć, że może sobie iść do wszystkich diabłów! Ja wyzdrowieję bez jego pomocy - mamrotał Gorki.

Wyzdrowiał szybciej, niż myśleliśmy.

Z obandażowaną szyją, z mocno siwiejącymi i z lekka przerzedzonymi, ostrzyżonymi na jeża włosami znów organizował sobie porządek dnia i pracy.

Tu nie było ani Gwiazdek, ani kina, były za to Włochy, którymi rozkoszował się w każdej chwili swego pobytu. Wspomnienia z Capri jeszcze były żywe w jego pamięci.

- Pokażę wam... zaprowadzę was... - mówił. Wszystko się jednak zmienia i miejsca te, jak wszędzie podczas wojny, uległy różnym przemianom. Gorki nie mógł już odnaleźć dawnych ulicznych śpiewaków, nowi zaś śpiewali modne amerykańskie piosenki, a tarantellę na miejskim placu przed kawiarnią tańczyły teraz dzieci, obchodzące później z talerzem przyjezdnych turystów.

W styczniu zdarzały się dni, kiedy wszystkie cztery okna jego gabinetu otwarte były na oścież. Wychodził na balkon. W dole, w ogrodzie, rozlegały się głosy: Maksym tego właśnie roku kupił motocykl i majstrował przy nim. Potężna machina z trzema pasażerami (dwóch w przyczepie, trzeci na siodełku) pędziła przez wzgórza - w Amalfi, w Ravello, w Gragnano. Propozycję przejażdżki Gorki odrzucał: czuł lęk przed szybkim pokonywaniem przestrzeni.

Miał zresztą wstręt do wszelkiego rodzaju narkotyków. Dużo palił, czasem lubił wypić, nie sposób było jednak zmusić go, żeby zażył piramidon albo potrzymał w dziurze zęba kokainę. Przeprowadzał sam na sobie jakieś przykre zabiegi i bardzo cierpliwie znosił każdy ból.

Na spacerach lubił opowiadać o Czechowie, o Andriejewie, o tym wszystkim, co szybko odchodziło w przeszłość. W przeszłość zaś odchodził zarówno czas pisma "Lietopis"', jak i pisma "Nowaja żyzń". Nie lubił jednak mówić o swoich dawnych książkach - niczym się pod tym względem nie różnił od większości autorów - i nie lubił, kiedy wspominano lub chwalono dawne jego rzeczy. Byłoby szczytem nietaktu wspomnieć przy nim o Pieśni o Zwiastunie Burzy. Nawet jego opowiadanie O nieodwzajemnionej miłości, napisane pod Berlinem, odchodziło w przeszłość - zapewne za sprawą Artamonowa, którego kończył wtedy z takim przejęciem.

Wieczorami, gdy wczesną wiosną wył wiatr i lał deszcz, grywano w karty. Maksym i ja zajmowaliśmy się "naszym pismem". Nie pamiętam, jak ono powstało i dlaczego. Wydawaliśmy je raz w miesiącu w jednym egzemplarzu, niesłychanie wypracowanym, ręcznie przepisanym i ilustrowanym. Maksym najbardziej zabiegał o to, żeby Gorki dawał do "pisma" utwory nigdzie jeszcze nie drukowane. Było to pismo humorystyczne. I oto Gorki z zażenowaniem wchodził do pokoju syna, trzymając w ręku kartkę papieru.

- Przyniosłem tu jeden wierszyk. Może wam się nada?

- Nie był nigdzie drukowany?

- Ależ nie, Bóg mi świadkiem, słowo daję! Dopiero co go napisałem.

- No to dawaj!

Gorki nie umiał dowcipkować. Zwłaszcza w wierszach. Pamiętam jego czterowiersz:

Bez żadnych racji w cichym strumieniu

plusnęły jazie.

Dwa gzy zaś jęły na mym ramieniu

współżyć na razie.

Maksym zilustrował tekst akwarelą. W tym "piśmie" zamieszczony został mój pierwszy utwór prozatorski: Powieść w listach. Listy pisane były jako listy dwunastoletniej mniej więcej dziewczynki, która mieszkała w domu Gorkiego, dokąd na pogawędki zachodzili Turgieniew i Puszkin. Wszyscy razem spacerowali, jedli, grali w durnia z Dostojewskim...

Częstokroć spoglądając na Gorkiego i słuchając go, próbowałam zrozumieć, co trzyma go w Europie, czego nie może zaakceptować w Rosji? Gderał czytając jakieś listy, czasem walił pięścią w stół i zaciskając szczęki mówił:

- O, łajdacy, łajdacy!

Albo:

- O, przeklęci głupcy!

Następnego dnia jednak znów go w tamtą stronę ciągnęło i wyczuwało się, że zarówno drobne, jak i poważne różnice zdań mogą zostać zniwelowane.

W nowej (powojennej) Europie zbyt wiele rzeczy odczuwał jako obce albo nawet wrogie, zbyt potrzebował jednorodnego poglądu na świat, którym już przed przeszło ćwierćwieczem obdarzyła go socjaldemokracja (po części za sprawą Lenina) i bez którego nie mógł istnieć. Stawało się oczywiste: tylko po tamtej stronie istnieją ludzie zasadniczo do niego podobni, tylko tam uratuje się przed zapomnieniem jako pisarz, przed samotnością, przed niedostatkiem. Lęk o to, że właśnie tam utraci czytelnika wciąż w nim narastał. Z niepokojem słuchał, jak mówiono, że tam pisze się teraz "pod Pilniaka" i "pod Majakowskiego". Obawiał się tego, że naraz okaże się nikomu niepotrzebny.

Ledwie ukończył powieść Artamonow i synowie, oznajmił, że chce ją nam przeczytać - pierwsza jej część była ukończona, dwie następne napisane na brudno (potem je przerobił i zepsuł). Dziwne może się wydać, że postanowił całą powieść przeczytać na głos. Czytał ją przez trzy wieczory z rzędu, aż do zachrypnięcia, do utraty głosu, widocznie jednak potrzebował tego nie tylko po to, żeby zobaczyć, jakie to wywrze na nas wrażenie, ale żeby móc usłyszeć samego siebie.

Siedział w rogu przy stole, w złotych okularach, które sprawiały, że stawał się podobny do starego rzemieślnika. Światło padało na rękopis i dłonie. W dość dużej od niego odległości, przy zagasłym kominku, na kanapie, oparci o siebie spali mocno Maksym i jego żona - nie wytrzymywali czytania dłużej niż przez godzinę. M.I. Budberg, Rakicki, Chodasiewicz i ja siedzieliśmy w fotelach. Pies leżał na dywanie. Niczym nie zasłonięte okna lśniły czernią. Na horyzoncie błyszczały światła Castellamare, na niebie widniała płomienista drabinka Wezuwiusza. Gorki z rzadka popijał wodę ze szklanki, zapalał papierosa i pod koniec coraz częściej wyjmował chustkę i wycierał wezbrane łzami oczy. Nie wstydził się płakać przy nas nad własnym utworem.

W Artamonowie i synach były i są - mimo późniejszych poprawek - bardzo dobre, znakomite wręcz stronice. Jako całość powieść ta stanowi zakończenie pewnego okresu twórczości Gorkiego, była jednak słabsza od tego, co napisał w poprzednich latach. Te lata między przyjazdem z Rosji do Niemiec i Artamonowem i synami były w jego twórczości najlepsze. Był to okres natężenia wszystkich jego sił i osłabienia jego dydaktyzmu. W Niemczech, w Czechach, we Włoszech - między 1921 a 1925 rokiem - nie pouczał, ale pisał z największą swobodą, spokojem i natchnieniem, prawie zupełnie nie zważając na to, jaki pożytek przyniesie to przyszłemu komunizmowi. Napisał siedem albo osiem dużych opowiadań tak, jakby je pisał dla samego siebie; były to opowiadania-sny, opowiadania-wizje, opowiadania-szaleństwa. Artamonow to schodzenie z tego poziomu w dół, do ostatnich utworów, które teraz już są trudne do czytania.

Z krytyków sowieckich ani jeden chyba nie zrozumiał i nie docenił tego okresu. Sam Gorki czuł jednak, że zaczął pisać inaczej. W jednym z listów z 1926 roku przyznał, że "zaczął pisać lepiej" (Litieraturnoje nasliedstwo t. 70). Cały ten okres (lata dwudzieste) niewątpliwie zawiera rzeczy, które ostaną się, kiedy jego wczesne i późne utwory odejdą w zapomnienie. Dlaczego te lata okazały się dla niego tak owocne? Łatwo odpowiedzieć: bo żył na Zachodzie i wolny był od rosyjskich pasji politycznych; bo nikt mu niczego nie dyktował i był tym, kim był. Nie tylko jednak w tym rzecz - po rewolucyjnych latach przyszedł odpoczynek w komforcie i spokoju, jego życie osobiste ułożyło się i ustaliło w szczęśliwym punkcie, bez przykrości, nadeszła "dobra chwila jego losu" - bez trosk materialnych, problemów, konieczności podejmowania brzemiennych w skutki decyzji. Ta chwila losu, kiedy pisarz pozostaje ze sobą sam na sam, z piórem w dłoni i otwartym na wszystko umysłem.

W kwietniu 1925 roku wyjechaliśmy. Wieczorem w przeddzień wyjazdu powiedziałam Gorkiemu, że najważniejsza dla mnie była jego "boska energia elektryczna".

U Wiaczesława Iwanowa - zażartowałam - jej źródłem był Dionizos. A u pana?

- A u pani? - zapytał mnie w odpowiedzi, wcale nie żartem. Przypomniałam mu jego własne określenie, zdaje się z roku 1884, kiedy rozładowując gdzieś barkę, poczuł "na wpół szaleńczy zachwyt działania" *[Ros. połubiezumnyj wostorg dielanija - przyp. tłum.]. Powiedziałam mu, że dobrze to rozumiem, ale speszywszy się, znów się roześmiałam.

- Śmieję się - wyznałam, kiedy nie odpowiadając milczał - ale mówię to całkiem serio.

- Ja to czuję - powiedział wzruszony i zaczął mówić o czym innym.

Włoski dorożkarz ostro podjechał pod ganek, zacinając karego konika. Gorki stał w drzwiach w swym zwykłym stroju: flanelowe spodnie, niebieska koszula, granatowy krawat, szary dziergany sweter zapinany na guziki. Chodasiewicz powiedział do mnie: nigdy go już nie zobaczymy. Potem kiedy dorożka potoczyła się w dół ku miastu i postać na ganku skryła się za zakrętem, dodał, jak zawsze precyzyjnie i bezlitośnie:

- Nobla mu nie dadzą, Zinowiewa usuną, i on sobie wróci do Rosji - Chodasiewicz nie miał teraz co do tego złudzeń.

Gorki wrócił do Rosji w trzy lata później. Tam złożono mu u stóp nie tylko centralne ulice wielkich miast, nie tylko teatry, instytuty naukowe, zakłady przemysłowe, kołchozy, ale również całe miasto. Stracił tam syna *[Maksym zmarł 11 maja 1934 r. - N.B.], być może zręcznie sprzątniętego przez Jagodę, być może nie; stracił też samego siebie. Istnieje legenda, wedle której w ostatnich miesiącach życia wiele płakał, prowadził dziennik, z którym się krył, prosił, żeby wypuszczono go do Europy.

Co w tej legendzie jest prawdą, co zmyśleniem, nigdy - być może - nie wyjdzie na jaw albo wyjdzie za sto lat, kiedy przestanie to kogokolwiek interesować. Tajemnice z czasem przestają być interesujące. Dla nikogo prócz historyków nie ma dziś znaczenia, kto krył się pod imieniem Żelaznej Maski. Opublikowanie listów Natalii Hercen do Herwega (w Anglii) nie zostało niemal dostrzeżone, opublikowane we Francji archiwum Heckerena dotychczas nie doczekało się przekładu i nie zostało w Rosji przyjęte do wiadomości. Wszystko ma swój czas i tajemnice też umierają. Czy Gorki został zabity przez wynajętych przez Stalina oprawców, czy umarł na zapalenie płuc - nie ma dziś na to odpowiedzi *[Zob. szkic G. Herlinga-Grudzińskiego Siedem śmierci Maksyma Gorkiego, w: Pisma zebrane t. 8, Warszawa 1997.]. Ważniejsze jednak niż owa odpowiedź jest to, co działo się w nim, gdy zaczął sobie uświadamiać, że następuje "planowa" likwidacja literatury rosyjskiej. Czy miał przy sobie bodaj jednego człowieka, któremu mógł zaufać i z którym mógł o tym rozmawiać? Zawsze było w nim coś dwuznacznego. Czy to go przed czymkolwiek uratowało?

Zawsze było dla niego ważniejsze, by zostać usłyszanym, niż się wypowiedzieć. Wypowiedź sama w sobie była mu mniej niezbędna niż to, by zostać dosłyszanym i przeczytanym. Dla człowieka pióra nie ma w tym nic dziwnego, większość pisarzy jego pokolenia zgodziłaby się z nim. O ileż jednak ludzie, dla których wypowiedź jest w życiu czymś najistotniejszym - a reszta może nie istnieć - są bardziej swobodni, silniejsi i szczęśliwsi niż ci, którzy wypowiadają się nie po to, by wyzwolić siebie, lecz po to, by spowodować u innych swoją własną reakcję. Ci ostatni są niewolnikami audytorium, bez niego wszystko w nich zamiera. Istnieją tylko we wzajemnych relacjach z owym audytorium, w uznaniu, jakim otaczają ich ludzie im podobni, nie uświadamiając sobie nawet, w jak wielkim żyją skrępowaniu.

Usiłuję podsumować, co swego czasu dał mi ten człowiek. Zawsze byłam i jestem wrażliwa na nierówności społeczne. Jego rozważania intelektualne nie były ciekawe, jego filozofia - niezbyt oryginalna, jego sądy o życiu i ludziach wynikały z obcych mi kategorii. Jedynie "na wpół szaleńczy zachwyt działania" na tle rosyjskiego bezruchu i życiowego konserwatyzmu budził we mnie odzew. I chyba jeszcze coś w charakterze, co sprawiało, że w życiu codziennym był człowiekiem spokojnym, szerokim, czasem ciepłym, zawsze życzliwym, i to nie tylko dla Chodasiewicza, lecz również dla mnie.

Powiedziałabym, że do Chodasiewicza odnosił się chwilami wręcz z uwielbieniem - zamykając oczy na jego literacką inność, a nawet obcość. Pozwalał mu mówić sobie prawdę w oczy i Chodasiewicz korzystał z tego przyzwolenia. Gorki był do niego głęboko przywiązany, lubił go jako poetę i potrzebował go jako przyjaciela. Nie miał obok siebie ludzi tego pokroju: jedni, uzależnieni od niego, schlebiali mu, inni mijali go z obelżywą obojętnością.

W latach dwudziestych, jeszcze na długo przed tym, nim Gorkiego ogłoszono ojcem realizmu socjalistycznego, a jego powieść Matka uznano za kamień węgielny radzieckiej literatury, był taki okres, kiedy nie tyle jego sława, co jego wpływy w Związku Radzieckim uległy zachwianiu (zaciekawienie zaś nim na Zachodzie zaczęło gwałtownie opadać). Ostatni symboliści, akmeiści, bojowi okcydentaliści (zapadnicy), Majakowski i konstruktywiści, Pilniak, Erenburg, to nowe, co przyszło (i odeszło) z powieścią Oleszy Zawiść, okres "Lefu", rozkwit metody formalnej - wszystko to było przeciw niemu. Działacze młodej sowieckiej literatury, którzy teraz w latach sześćdziesiątych wspominają z rozczuleniem, jak u początku ich drogi błogosławił im Gorki, wówczas bądź ze znaczną rezerwą i niewielkim zainteresowaniem, bądź bardzo krytycznie traktowali jego nudnawe, dydaktyczne, "prawdziwe" opowieści. W fantazji twórczej awangardystów wymienionych wyżej kierunków i grup nie było miejsca dla faktu jako takiego w jego "rewolucyjnym rozwoju". "Lef" jednak został zamknięty, symboliści pomarli, Majakowski zastrzelił się, Pilniak został unicestwiony, formalistom zamknięto usta. I oto na Pierwszym Zjeździe Pisarzy w 1934 roku, po tym gdy Gorkiego wożono "od białych wód do czarnych", uznany został za wielkiego, Samgin *[Nie ukończona powieść Gorkiego Życie Klima Samgina - przyp. tłum. ] zaś i Bułyczow *[Sztuka Gorkiego Jegor Bułyczow i inni - przyp. tłum.] - za wzorce literackie teraźniejsze i przyszłe.

Tymczasem - choć to może dziwne - Gorki, jeśli nawet nie w literaturze, to w życiu miał zrozumienie dla lekkości, odpoczywał przy lekkości, zazdrościł lekkości. We Włoszech lubił właśnie lekkość: gdy na placu tańczyli przekupnie, gdy murarz układał cegły, wyśpiewując co sił w płucach - spoglądał na nich z czułą zazdrością, mówiąc, że to wszystko dzieje się za sprawą słońca. W literaturze jednak nie tylko nie rozumiał lekkości, lecz obawiał się jej jak pokusy. Od literatury zawsze oczekiwał pouczenia. Gdy pewnego razu Paweł Muratów czytał w Sorrento swoją sztukę Dafnis i Chloe, był tą komedią tak poirytowany, że cały poczerwieniał, zaczął bębnić palcami po stole, książkach, kolanach, w milczeniu odszedł do kąta i stamtąd spoglądał na nas wszystkich ze złością. Tymczasem w pełnym wdzięku utworze (naznaczonym wyraźnie piętnem swego czasu, to znaczy tańczącej na wulkanie powojennej Europy, utworze całkowicie symbolicznym) było tyle humoru i tak zupełnie nie było w nim dydaktyki. Czuło się, że autor niczego nie bierze na serio (korzystając z prawa do takiej postawy, przysługującego zresztą każdemu z nas): ani siebie, ani świata, ani autora Matki, ani nas wszystkich, ani tej swojej komedii, której nie zamierza nawet drukować i którą być może (choć może i nie) pisał dla żartu.

W rosyjskim życiu było mało humoru, a teraz nie ma go w ogóle. Rosjanin też - mówię wyłącznie z własnego doświadczenia, a nie na podstawie opinii innych ludzi czy przeczytanych książek - nie ma zbyt wielkiego poczucia humoru. Czy jednak brak go ludziom nie dlatego, że humoru mało jest w życiu, a w życiu mało dlatego, że brak go ludziom? Dotyczy to zwłaszcza tej części inteligencji, do której należał Gorki: wszystko traktowane było na serio, siebie samych też traktowali ludzie zbyt serio, Marksa potraktowali równie serio, jak car modlitwę "bożego pomazańca". Z tego powodu zawisła nad nimi i nad tym, co pisali, zbyt gęsta zasłona pouczeń.

Czasami jednak, co prawda rzadko, zasłona powagi opadała i w paroksyzmie wyzwalającego śmiechu Gorki gwałtownie się do mnie przybliżał. Natychmiast jednak w jego oczach pojawiało się poczucie winy - nie wolno się śmiać, kiedy chińskie dzieci głodują, kiedy nie wykryto jeszcze zarazka raka, kiedy po wsiach zabijani są wiejscy korespondenci! Działo się tak, gdy czytał moje i Maksyma "pismo" - "Prawdę sorretańską", działo się tak po wizycie Andre Germaine'a, jednego z dyrektorów Credit Lyonnais, literackiego agenta Gorkiego we Francji. Bankier ów był absolutnie zakochany we wszystkim, co radzieckie, sam zaś nie potrafił samodzielnie umyć sobie rąk i podstawiał je ni to lokajowi, ni to sekretarzowi, który mu wszędzie towarzyszył. Był to jeden z pierwszych przedstawicieli tak zwanego "salonowego bolszewizmu", postać śmieszna i żałosna. Maksym i ja odgrywaliśmy scenę mycia rąk, którą przypadkiem podpatrzyliśmy, i Gorki śmiał się do łez. Działo się też tak, gdy wystawialiśmy parodie baletu klasycznego albo włoskiej opery. Były to jednak rzadkie chwile uwalniania się z dydaktycznego pancerza, który sobie skonstruował. Jeśli się zresztą czyta jego współczesnych i współwyznawców, staje się zrozumiałe, że nie stworzył go dla siebie, lecz był to ich zespołowo stworzony system ochronny przed innym, istniejącym obok światem, który jeszcze za czasów Dobrolubowa i Czernyszewskiego dla ludzi ich pokroju stał się "tabu".

Długo przechowywałam pewną fotografię - z obchodów Nowego, 1923, Roku w Saarowie. Na tle choinki całej w palących się świeczkach, przy stole zastawionym zakąskami, szklankami i flaszkami, siedzą Gorki, Chodasiewicz, Bieły - wszyscy trzej w dymie papierosów, które palą; czuje się, że sporo już wypili i narzucili sobie znieruchomienie. Po lewej widać Marię Andriejewą, bardzo surową, w szczelnie okrywającej ją sukni, z rękami skrzyżowanymi na piersi; Szkłowskiego, łysego, bez zębów, którego dowcip nie zawsze był w tym kółku czytelny; aktora Miklaszewskiego, który fotografując grupę przy lampie błyskowej, zdążył dosiąść się tuż pod samą choinkę i dlatego jest prawie przezroczysty; Maksyma, jego żonę oraz Walentynę Chodasiewicz i mnie - przemalowanych na Indian. Gorki - zobaczywszy zdjęcie - kazał stłuc negatyw odbity na szkle, gdyż fotografia była "uwłaczająca". Jedyną ocalałą odbitkę wykradziono z mego archiwum i może wędruje ona jeszcze gdzieś po świecie.

 

przeł. Eugenia Siemaszkiewicz





Maksym Gorki