Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Wprost - 12/2012

 

Sebastian Łupak, Anita Zuchora 

Klątwy w Dolinie Węży

 

"Kac Wawa" nie podbił serc widzów ani box office'u. Rozpętał za to wojnę między filmowcami i krytykami. Kto będzie miał po niej kaca?

 

Cierpienia młodego Wertera to nic przy cierpieniach polskich krytyków, młodych czy starych. A to dlatego, że muszą - z racji zawodu - oglądać niektóre polskie filmy. Przy okazji "Ciacha", "Wyjazdu integracyjnego", "Weekendu", a ostatnio produkcji "Kac Wawa" czytamy o bólach, jakie cierpią, siedząc w salach kinowych, wystawieni na efekty działań naszych twórców.

Jeden z tych recenzentów, Tomasz Raczek, po obejrzeniu "Kac Wawa", na swoim blogu napisał: "Ten film jest jak choroba, jak nowotwór złośliwy: zabija wiarę w kino i szacunek do aktorów. Szczerze i nieodwołalnie odradzam pójście do kina. Powinien ponieść klęskę frekwencyjną, może to nauczyłoby czegoś producentów".

Kilka dni później Raczek został zaproszony do porannego programu TVP razem z Piotrem Czają - scenarzystą filmu, który skrytykował. Krytyk powiedział: - Takie filmy uczą publiczność złego gustu, aktorzy dewaluują w nich swoje talenty. 

Czaja, który miał bronić produkcji, pogrążył jej twórców, przekonując, że scenariusz był bardzo dobry, dopóki reżyser Łukasz Karwowski i producent Jacek Samojłowicz, nie zaczęli go poprawiać. Samojłowicz nie wytrzymał - nie wiadomo - krytyki czy też faktu, że film miał bardzo słabe otwarcie (w pierwszy weekend zobaczyły go jedynie 73 tys. widzów i wiele wskazuje na to, że takiej straty może nie nadrobić). Postanowił przygotować pozew sądowy przeciwko Tomaszowi Raczkowi. - On przekroczył granice krytyki filmowej - twierdzi. - Odniósł się nie tylko do samego filmu, ale wyraził opinie dyskryminujące jego twórców. A namawiając widzów, by nie szli do kin, naraził nasz interes ekonomiczny. To pogranicze lobbingu.

Urodzony w 1956 r. w Gdyni Samojłowicz jest absolwentem Wyższej Szkoły Morskiej. W latach 70. był didżejem w dyskotekach i na statkach pasażerskich. Potem założył wypożyczalnię wideo, a w 1989 r. firmę Neptun Video Center. Dwukrotnie zdobył nagrodę Srebrna Kaseta dla najlepszego dystrybutora. W 1994 r. zaczął zajmować się produkcją filmów: był producentem "Psów 2", "Szamanki", "Słodko-gorzkiego" oraz serii produkcji klasy B z udziałem Stevena Seagala i innych "fighterów", zapraszanych do Polski, by brali w nich udział.

Dziennikarz to nie dziwka 

To niejedyne ostatnio spięcie na linii recenzenci - twórcy. Barbara Białowąs, reżyserka dramatu obyczajowego "Big Love", oburzona recenzją swojego filmu, wdała się w dyskusję z jej autorem, Michałem Walkiewiczem, krytykiem portalu Filmweb.pl. To bezprecedensowe starcie zarejestrowały jego kamery. Relacja znalazła się w sieci i wzbudziła skrajne komentarze. Podczas chaotycznej wymiany zdań reżyserka - powołując się na swoje wykształcenie filmoznawcy i kulturoznawcy - uznała tekst Walkiewicza za niekompetentny, a jego interpretację za "niewłaściwą". 

Białowąs nie chciała z nami rozmawiać. Natomiast obiekt jej ataku, Michał Walkiewicz, tłumaczy: - Spotkanie uważam za jałowe. Światy recenzentów i twórców to dwie autonomiczne przestrzenie, powołane do różnych rzeczy. Ich zderzenie - jak się okazuje - niewiele daje. Nie da się ustalić wspólnego stanowiska. Ale propozycję Białowąs, by pojawić się w redakcji, uznaliśmy za rodzaj dopuszczalnej polemiki.

Jak rozumieć te dwa przypadki? Czy są podobne? I czy twórcy powinni wchodzić w tak otwarte spory z recenzentami? Bartosz Żurawiecki, krytyk filmowy "Przekroju" i autor bloga filmowego na stronie Alekinoplus.pl, tłumaczy: - Filmowcy nie rozumieją, że krytyk nie jest częścią przemysłu filmowego i nie jest wynajęty przez twórcę. Recenzentowi płaci redakcja i wymaga szczerego, dobrego tekstu - doradzenia widzowi, na co iść, a na co nie. Co prawda filmowcy chcą, abyśmy siedzieli w ich kieszeni, bo mają pieniądze, ale na szczęście wciąż jeszcze nasza praca to dziennikarstwo, nie dziwkarstwo. Nie musimy włazić w dupę bonzom kinematografii. Mamy prawo do własnej opinii.

Jego zdaniem wezwanie krytyka Filmwebu przez Białowąs do dyskusji tak naprawdę było "obciachem": - Idąc do Walkiewicza, przyznała się do klęski. Jej dzieło powinno mówić samo za siebie. Skoro ona musi iść do krytyka i tłumaczyć mu, czego w filmie nie zrozumiał, to znaczy, że coś jej w produkcji nie wyszło.

Podobnego zdania jest Jacek Rakowiecki, redaktor naczelny "Filmu": - Twórcę powinna bronić jego praca. Krytyk może się spierać z drugim krytykiem, ale nie z reżyserem, który uważa, że jest skrzywdzony. Recenzent ma prawo do krytyki, i to jak najostrzejszej. To nie jest tylko kwestia wolności słowa, ale też tego, po co ten zawód istnieje, czemu ma służyć. Zdarzało mi się mówić, że coś jest tak złe, że nie warto na to iść, bo widz może walczyć z niską jakością, jedynie odmawiając kupienia złego towaru. 

Zdaniem Żurawieckiego spór Białowąs z Walkiewiczem świadczy o tabloidyzacji polskiej krytyki: - To spotkanie nie miało nic wspólnego z merytoryczną dyskusją. Przypominało raczej wymiany zdań, do jakich przyzwyczaili nas politycy, w których zawsze Giertycha przeciwstawia się Szczuce. Tu zraniona, ambicjonalna reżyserka, wychowana na takich "debatach", skacze do gardła krytykowi. A redakcja Filmwebu, licząc zapewne na kliknięcia i burzliwą reakcję forumowiczów, zgadza się na nagranie tego. 

Żurawiecki pamięta, że kilka lat temu, podczas festiwalu w Gdyni, brał udział w panelu zorganizowanym przez TVP, podczas którego - również w tonie konfrontacji - starli się krytycy i twórcy: - Reżyserzy w sposób otwarty okazywali nam pogardę. Nic poza pyskówką z tego nie wynikło.

Niech jad strumieniami się leje

Sprawa "Big Love" i "Kac Wawa" to oczywiście nie pierwsza w polskim kinie odsłona potyczek między krytykami i filmowcami. W wywiadzie w 2008 r. Krzysztof Zanussi żalił się na niezrozumienie, które spotykało go ze strony nieżyjącego już Zygmunta Kałużyńskiego: "Z Kałużyńskim mieliśmy przez całe życie pewien rodzaj konfliktu. On mi próbował przyprawić gębę". Kałużyński o Zanussim mawiał Zanudzi, proponował, żeby po filmach "Constans" i "Iluminacja" nakręcił film "Ejakulacja", nazywał kino moralnego niepokoju "jednym wielkim oszustwem". A w 2003 r. na pytanie, dlaczego niektórzy filmowcy czują się przez niego pokrzywdzeni, odpowiadał: "Dlatego że oni wykonują pewną rolę. Robią filmy i żądają od nas, żebyśmy zapłacili za bilet, który kosztuje, jeśli się nie mylę, 15 zł, czyli proponują nam interes. A ja mam prawo ocenić interes. Jeżeli mi ktoś proponuje garnek za 5 zł, ja mu daję te 5 zł, a okazuje się, że w garnku jest dziura, to uważam, że to interes, który mogę skrytykować. Reprezentuję konsumentów, którzy chodzą do kina i pytają mnie jako krytyka o wartość towaru".

Kim zatem jest krytyk w oczach twórcy? To zło wcielone, zaraza tego świata. Rozmawiając z reżyserami, muzykami czy pisarzami słyszymy, że recenzenci są próżni, bo chcą być równie ważni, co autorzy dzieła, jeśli nie ważniejsi. Zrobią wszystko, by zaistnieć. Będą się też ścigać z kolegami po fachu - kto mocniej przywali, kto bardziej błyskotliwie zniszczy jakiegoś artystę. Poza tym, z góry dzielą filmy, muzykę i książki na komercyjne - czyli złe, i artystyczne - czyli dobre. Zatem są niekompetentni, a często sami w dodatku bywają niespełnionymi artystami, którym nie wyszedł scenariusz, powieść czy piosenka, więc wyładowują się na innych za swoje niepowodzenia, o frustracjach seksualnych nie wspominając. 

Co może zrobić artysta, który czuje, że krytyk niszczy go bez powodu? Jak ma się bronić, jeśli nie chce wyjść na pieniacza? Kasia Nosowska, mając dosyć negatywnych tekstów niegdysiejszego dziennikarza "Gazety Wyborczej" Roberta Leszczyńskiego, zrobiła z niego bohatera piosenki, zaczynającej się słowami: "Z rybą w nazwisku, bliźniego po pysku...". A Juliusz Machulski głównym bohaterem swojej "Superprodukcji" uczynił nierozgarniętego krytyka Yanka Drzazgę, który mieszka z mamą i pastwi się nad polskimi produkcjami - dopóki los nie zmusi go do napisania scenariusza. Mówiło się (choć sam reżyser stanowczo zaprzeczał), że postać głównego bohatera miała być kpiną z dwóch recenzentów: Jacka Szczerby ("Gazeta Wyborcza") i Janusza Wróblewskiego ("Polityka"). 

Niektórzy bywają jednak bardziej radykalni: słynna stała się awantura między opiniotwórczym amerykańskim krytykiem Rogerem Ebertem oraz aktorem i reżyserem Vincentem Gallo. Kiedy w 2003 r. Gallo zaprezentował na festiwalu w Cannes swój film "Brązowy królik" z kontrowersyjną sceną seksu oralnego, Ebert uznał, że to najgorsza produkcja, jaka kiedykolwiek została pokazana na tym festiwalu. W odpowiedzi rozwścieczony Gallo nazwał publicznie krytyka "grubą świnią o fizjonomii handlarza niewolników". Na to Ebert stwierdził, parafrazując Winstona Churchilla: "Zawsze mogę schudnąć, a Gallo już pozostanie autorem 'Brązowego królika' ". "Rzuciłem klątwę na Eberta. Dostanie raka jelita grubego" - ripostował Gallo. "Wolę oglądać na wideo własną kolonoskopię niż film Gallo" - odpowiedział krytyk.

Myliłby się ktoś, kto sądziłby, że z tej ordynarnej wymiany złośliwości nic nie wynikło. Gallo wszedł do montażowni i przygotował nową wersję swojego filmu: krótszą o ponad 20 minut i o wiele lepszą, po obejrzeniu której Ebert uznał "Brązowego królika" za całkiem niezłą rzecz i dał mu na swojej stronie trzy gwiazdki na cztery możliwe.

Za to rzeczywiście niewiele wynikło - poza daniem upustu emocjom - z działań angielskiej pisarki Jeanette Winterson, która wściekła na złą recenzję swojej powieści odnalazła autorkę tejże w jej domu w Londynie, zapukała do drzwi i zrobiła dziką awanturę. Dziś w podobnych sytuacjach twórcy posługują się raczej internetem. Amerykańska autorka Alice Hoffman na Twitterze nazwała recenzenta "The Boston Globe" "kretynem", a Brytyjczyk Alain de Botton po lekturze tekstu na temat swojej książki w "The New York Times", zostawił na blogu recenzenta Caleba Craina taki wpis: "Zabiłeś moją książkę w USA. Dwa lata pracy na marne po twoich 900 żałosnych słowach recenzji. Będę cię nienawidził po grób i życzę ci wszystkiego najgorszego w twojej karierze". 

Co więc może zrobić Barbara Białowąs, jeśli nie sięgać po tak dramatyczne środki? Jacek Rakowiecki: - Widownia "Big Love" była znakomita, więc to powinno wystarczyć reżyserce, żeby się nie załamać krytyką. Białowąs jest debiutantką. Mam nadzieję, że swoim następnym filmem da popalić tym, którzy ją krytykowali, bo ma duży potencjał. 

Bartosz Żurawiecki sądzi, że spory na linii recenzenci - filmowcy będą się nasilać: - Po pierwsze, to kwestia pokoleniowa: Białowąs poszła do Filmwebu, a nie do nestorów, jak Tadeusz Sobolewski, bo wie, że w portalu internetowym pracują jej rówieśnicy. A oni zgodzą się na taką pyskówkę, nie wyda im się żenująca. A nawet skorzystają na niej, bo będzie o nich głośno. Wpływ na taką wymianę zdań ma też wielość kanałów: Facebook, Twitter, blogi, YouTube, sprawiają, że łatwiej dziś wyrazić opinię, po której będzie zadyma. Nie trzeba czekać na zgodę redaktora naczelnego, samemu można umieścić kontrowersyjny wpis. Sądzę więc, że taki sposób "recenzowania" będzie coraz popularniejszy.

Oczywiście nie można zapominać, że każdy taki wyskok nakręca koniunkturę. Tak było w przypadku "Kac Wawa". Jacek Rakowiecki: - Spór o ten film to czysto marketingowy chwyt Samojłowicza, który swoją wypowiedzią doprowadził do tego, że cała Polska od tygodnia zastanawia się, czy krytyk trafi do sądu. Może więc te 10 proc. widzów pomyśli: "E, to ja zobaczę, czy Raczek przeholował, czy nie". Każdy dodatkowy bilet jest cenny.

Nawet jeśli producent tylko straszy procesem, czy jego reakcja na złą recenzję może sprawić, że krytycy będą od teraz bardziej ostrożniejsi w formułowaniu radykalnych sądów? Tomasz Raczek nie ma wątpliwości: - Próba ograniczenia prawa krytyka do wyrażania jego niezależnej opinii o filmie jest niedorzeczna i niebezpieczna. Świadczy o niezrozumieniu przez producentów zasad funkcjonowania życia kulturalnego i roli, jaką ono spełnia w społeczeństwie. Film "Kac Wawa" próbował swoją wulgarną wizją świata zepsuć to, co we wrażliwości polskich widzów kinowych jeszcze niezepsute i niezdegradowane. Mam nadzieję, że mu się nie uda.

Wkrótce zresztą polscy filmowcy będą mieli kolejny powód do zmartwienia i pretekst do wściekłości. "Weekendowy magazyn filmowy", program nadawany przez TVP 1, a prowadzony przez Raczka, ogłosił właśnie, że rozpoczyna plebiscyt na najgorszy polski film dekady - głosować mają widzowie. Grupa kilkunastu dziennikarzy i krytyków postanowiła zaś stworzyć rodzaj akademii i przyznawać Węże - wzorowane na amerykańskich Złotych Malinach nagrody dla najgorszych polskich filmów (patronem nazwy jest legendarna produkcja "Klątwa Doliny Węży"). 

Łatwo sobie wyobrazić wściekłość pierwszych nagrodzonych. Chyba że usatysfakcjonowani kasą, jaką zarobiły ich dzieła, będą patrzeć na takie zabawy z dystansem.





F I L M