Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Krzysztof Tomasik

PIERWSZY HOMOSEKSUALISTA PRL-U

Jarosław Iwaszkiewicz (1894-1980)

 

A w ogóle to dziwnie jest z tymi pederastami: wydaje się, że coraz ich więcej, klan osobliwy. 

A król to Iwaszkiewicz.

Stefan Kisielewski Dzienniki (1974)

 

Jarosław Iwaszkiewicz to jeden z najważniejszych twórców literatury polskiej XX wieku. Jego dokonania są wciąż analizowane, a zainteresowanie biografią podtrzymywane ukazywaniem się kolejnych zbiorów listów oraz Dzienników, których pierwszy tom niedawno opublikowano. W polskiej rzeczywistości politycznej najwięcej emocji wzbudza kwestia współpracy Iwaszkiewicza z władzą komunistyczną, a niemal do rangi symbolu urósł w gruncie rzeczy błahy fakt pochowania go w stroju górnika. Jeszcze przed śmiercią pisarza pogląd na jego działalność wyrabiały sobie kolejne osoby: Gustaw Herling-Grudziński widział w nim zdrajcę, Czesław Miłosz oportunistę, a Kot Jeleński Konrada Wallenroda. Natomiast Zygmunt Mycielski eksponował w swoich zapiskach kwestię łapczywości na wszelkie zaszczyty i funkcje: "Jarosławowi zawsze mało. Chciałby mieć Nagrodę Nobla. Chciałby być ekscelencją, ministrem, ambasadorem, dostać jeszcze dużo orderów. W końcu nie on jeden. Znałem wielu takich. Nie wystarczy mu, że napisał dużo bardzo pięknych wierszy, że JEST poetą" (30 VII 1978). Jednocześnie Iwaszkiewicz jest też polskim pisarzem najsilniej utożsamianym z homoseksualizmem, ta kwestia pojawiała się w związku z nim częściej niż w przypadku innych twórców. I to zarówno w międzywojniu, jak i później. Powstawały nawet na ten temat dowcipy, różne wersje jednego z nich przypominali sobie po latach Mieczysław Grydzewski i Jan Lechoń: "Historię z Jarosławem znam w innej wersji. Jadą samochodem. Szofer zatrzymuje się. Co się stało? - pyta Jarosław. Przejechało chłopca - odpowiada szofer. A czy ładny? - pyta Jarosław" (2 IX 1950).

Urodził się 20 lutego 1894 roku we wsi Kalnik na Ukrainie. Był synem Bolesława Iwaszkiewicza, powstańca 1863 roku i Marii z Piątkowskich, spokrewnionej z rodziną Szymanowskich. Śmierć ojca w 1902 roku sprawiła, że późniejszy autor Brzeziny wychowywał się w towarzystwie niemal samych kobiet - matki i sióstr. Różnie wykorzystywana jest ta informacja, czasem w sposób najbardziej schematyczny, do płytkiego psychologizowania, czego przykładem choćby anachroniczny wstęp Tomasza Burka do zbioru listów Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów: "Odumarły przez ojca we wczesnym dzieciństwie, dorastał w wyjątkowo silnym związku uczuciowym z matką, Marią z Piątkowskich Iwaszkiewiczową (1854-1927), i siostrami, nabierając w procesach nieuchwytnej, bezwiednej osmozy pewnych właściwości kobiecych [sic!], zarówno charakterologicznych, jak gdy o seksualną orientację chodzi". Po śmierci ojca, w latach 1902-1904 Iwaszkiewicz po raz pierwszy mieszkał w Warszawie, na dobre zawitał do stolicy w październiku 1918 roku. Miał już za sobą debiut literacki w kijowskim "Piórze" i doświadczenie aktorskie w teatrze Studya Stanisławy Wysockiej. Szybko nawiązał współpracę z młodymi poetami skupionymi wokół pisma "Pro Arte et Studio", a wkrótce powstała też grupa Skamander, której Iwaszkiewicz był współtwórcą. Wyszedł także jego pierwszy tom wierszy, Oktostychy (1919). Szybko okazało się, że Iwaszkiewicz ma niezwykłą zdolność wzbudzania zainteresowania i prowokowania plotek na swój temat. Dużo mówiło się przede wszystkim o jego "męskich przyjaźniach", tak wspominała ten czas Irena Krzywicka: "Pamiętam, jak szedł ulicą Mazowiecką, jeszcze go wtedy nie znałam, w podartych butach, rozwianym lichym paletku, ogromnego wzrostu i zadziwiającej powierzchowności, której nie można było zapomnieć. Nie ukrywał wcale swoich homoseksualnych skłonności i był jednym z pierwszych w literaturze (w każdym razie w Polsce), który dał im wyraz w swych utworach. To było wiadome nawet nieznajomym, toteż zadziwiła interesujących się literaturą warszawiaków wieść, że żeni się z piękną panną, w dodatku jedną z najbogatszych w Polsce, Lilpopówną". Iwaszkiewicz prawdopodobnie miał nadzieję, że ślub, zawarty w 1922 roku, zmieni sytuację. Tym trzeba tłumaczyć jego zdenerwowanie, gdy mimo "unormowania" życia prywatnego pozostawał tematem plotek. Wciąż wystarczyło pokazać się publicznie z Iwaszkiewiczem, by być branym za jego kochanka. Kwestia ta pojawia się wielokrotnie w korespondencji małżeństwa: "Dowiedziałem się o szeregu plotek na mnie, które wychodzą z tak zwanego kółka małych żydków, to znaczy Idźkowski, Nałęcz, Rossowiecki itd., itd. Bardzo mi jest przykro, bo naprawdę byłem dla nich bardzo serdecznie usposobiony. Jeszcze echa mojej opinii - niestety. Ostatecznie plułbym na to wszystko, gdyby te rzeczy nie ośmieszały do pewnego stopnia Ciebie" (29 VIII 1923) - donosił żonie Jarosław. Innym razem pisał: "Wyobraź sobie, parę dni temu byłem na kolacji w «Astorii» z Olkiem L[andauem], miałem tę nieostrożność, przyleciał Leszek [Lechoń], udawał, że nas nie widzi, ale naturalnie poleciał z pyskiem, poza tym Olek był raz w «Ziemiańskiej» i masz teraz, «miasto huczy» po prostu od plotek. Wiesz, wiem, że to ani ciebie, ani mnie nie obchodzi, ale chłopca mi żal, choć on ma w dupie cały świat; wczoraj już miał parę telefonów od przyjaciół, czy to prawda, że on żyje z Iwaszkiewiczem? Miłe stosunki, co, a przede wszystkim pomysł, że ja mogę się kochać w grubym starym Żydzie, mówiącym jak w «Qui Pro Quo» - daję słowo, już bym wolał starego Szrojta" (15X1924). Jednocześnie Iwaszkiewicz przez cały czas zapewniał, że wszystkie plotki są bezpodstawne, 29 września 1924 roku pisał do Zakopanego: "Koteczku drogi, trochę się wahałem, czy pisać ci o tej przyjaźni [z Olkiem Landauem], bo tak z daleka mogłabyś sobie co złego pomyśleć - ale mam nadzieję, że nie pomyślisz, że mi wierzysz bardziej od twojej rodziny, a chciałbym być szczery, tym bardziej, że zdaje mi się, że to nie jest taka sezonowa przyjaźń jak z Rysiem Blochem czy Kaziem Mendelssohnem". Być może rzeczywiście na początku małżeństwa Iwaszkiewicz nie romansował z mężczyznami, świadczyć może o tym jego obsesja na tym punkcie, którą zdradził w liście z 23 sierpnia 1923 roku, a więc niespełna rok po ślubie: "Byliśmy znowu z nim [Lechoniem] i z Grycem na kolacji. Był także Sakowski, który zastępuje przy Leszku Wacka [Kościałkowskiego]. Franek nas widział - a Tadzio Marconi nie rozstawał się z nami cały dzień - w Ziemiańskiej my byliśmy i on (naturalnie osobno) - na kolacji też. Niestety, on się podobno oddaje mężczyznom!! To potworne. Wiesz, to, że ostatecznie w naszych czasach prawie każdy młody człowiek uprawia, czy godzi się, na miłość grecką, staje się dla mnie koszmarem. Lękam się, że zwariuję na tym punkcie".

W oficjalnych tekstach Iwaszkiewicz nie pisał wprost o swoim homoseksualizmie, za to chętnie wspominał o wieloletnim małżeństwie i córkach, dzięki którym doczekał nie tylko wnuków, ale nawet prawnuka. Podobnie było ze stosunkiem do innych, czego dobrym przykładem jest książka wspomnieniowa Aleja Przyjaciół, wydana już po śmierci pisarza, a zawierająca sylwetki jego bliskich znajomych. Portrety Antoniego Słonimskiego, Arnolda Szyfmana czy Augusta Zamoyskiego pełne są zapisów o ich partnerkach, w przypadku homoseksualistów takich jak Jan Lechoń czy Antoni Sobański kwestia życia uczuciowego nie zostaje poruszona. Także we wspomnieniach akademickich autor Sławy i chwały kreował się na podrywacza dziewczyn, pisząc o flirtach z dwiema siostrami, które odwiedzał: "Dzisiejsi maturzyści pokpiwaliby z tych wizyt nieprawdopodobnie, były one bowiem całkowicie bezinteresowne w sensie erotycznym, panienki były ładne i miłe - ale dalej niż pocałunki - i to, o zgrozo, nie w usta! - sprawy nie poszły". Sam Iwaszkiewicz nieporuszanie wprost pewnych kwestii tłumaczył w Dziennikach dobrem rodziny. Przez lata nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego to on jest wiecznie tematem plotek, dlaczego właśnie jego wskazuje się jako przykład negatywny. Pod koniec lat 60. pisał w Dziennikach: "Dziwi mnie bardzo rzecz jedna, staranna praca wszystkich dookoła, aby mi stworzyć jak najgorszą reputację. Znam dziesiątki ludzi, którzy prowadzili się i prowadzą tysiąc razy gorzej ode mnie, choć i to nie zasługuje na takie potępienie. Dlaczego mówi się o mnie tak i tyle?" (30 IX 1968).

Za bycie "królem pederastów", jak go określił w swoich Dziennikach Stefan Kisielewski, Iwaszkiewicz płacił dość wysoką cenę. Jedną z wielu historii, jaka mu się przytrafiła, opisał w liście do Jerzego Lisowskiego: "Byłem któregoś wieczora zupełnie przypadkowo z Jurkiem B[łeszyńskim] w Bristolu (staram się tam nigdy z nim nie chodzić). Było okropnie, cóż to za dziura, pan przy sąsiednim stoliku wpadł pod krzesło. Nazajutrz telefon do Jurka żony tego pana: «Czy dawno zna pan Iwaszkiewicza?». «O tyle, o ile». «Czy pan wie, że to pederasta?». «A niech sobie lubi kanarki». «W każdym razie przestrzegam pana, że grozi panu niebezpieczeństwom». «Jakie?». Milczenie. Chyba, że używając podstępu wprowadzę swój członek cichcem w jego odbytnicę. Tak to wygląda. Cała moja (i jego) męka, wszystko trudne i piękne co przeżywamy" (19 III 1958). Także znajomi nie stronili od wymyślania najbardziej nieprawdopodobnych historii: "To co mówił Borejsza, że Hania zachorowała, dowiedziawszy się, że ja jestem pederastą - właściwie mówiąc jest śmieszne" - zapisał w Dziennikach (22 III 1958). Bycie prezesem Związku Literatów Polskich i posłem na Sejm nie chroniło Iwaszkiewicza przed inwigilacją. Joanna Siedlecka w Obławie opublikowała pochodzącą z 1963 roku notatkę informacyjną z teczki pisarza kończącą się słowami: "Podejrzany o perwersje seksualne". Sam Iwaszkiewicz nie czuł się zbyt pewnie, skoro w Dziennikach wyznał: "Przegrana mojej polityki «kulturalnej» zdaje się być wyraźna i obie strony tylko czyhają, aby się na mnie rzucić. Myślę, że mogą mnie zajść od strony «obyczajowej». Ta świnia Ryś Dobrowolski coś tam o tym przebąkuje" (30 IX 1968). Świadomość, w jaki sposób władza "dyscyplinuje" osoby homoseksualne, była zresztą dość powszechna, Zygmunt Hertz pisał do Czesława Miłosza: "Ten miły system nie będzie robił spraw politycznych pisarzom czy publicystom. Zawsze można kogoś zahaczyć o jakąś sprawę pospolitą. Weź: Iwaszkiewicz, Zawieyski w każdej chwili mogą być pociągnięci za pedziostwo" (6-7 X 1961). Nie jest zresztą wykluczone, że na Iwaszkiewiczu mściło się wcześniejsze zwracanie się o pomoc do partii, ten sam Hertz pisał miesiąc wcześniej: "W «środowisku» nie do życia. Iwaszkiewicz wlazł w jakąś kabałę z chłopakami - szantaże itp. - zwrócił się do partii o pomoc. Gdzie te dobre stalinowskie czasy! Wtedy tego nie było, bo Iwacha mógł spowodować aresztowanie facetów przy pierwszym szantażu, a w tym liberalniejszym świecie jednakże go trochę kosztowało" (61X1961).

U większości pisarzy homoseksualnych, także u Iwaszkiewicza, widać bardzo silne różnice tematyczne między pismami przeznaczonymi do publikacji a zapiskami prywatnymi. Te drugie pełne są tematyki homoseksualnej wyrażanej wprost, wyłapywanej na każdym kroku, a więc tkwi w nich także odpowiedź na pytanie, jak wyglądałaby oficjalna twórczość pisarza, gdyby homoerotyzm nie musiał być tam wyrażany poprzez modernistyczne sztafaże. Już we wczesnych listach do żony nie brakuje doniesień w rodzaju: "Dostałem od Karola [Szymanowskiego] parę książek, między innymi Plain-Chant Cocteau, [...] poza tym ostatnio wydaną książkę Gide'a Corydon, dialogi o homoseksualizmie, która to książka jest skandalem literackim we Francji, przemilczana jest przez prasę i nawet nie ma jej ogłoszeń! Gide, zawsze pastor, i tę kwestię traktuje po pastorsku, chce znaleźć jakąś etykę tutaj i wyidealizować coś, co jest ostatecznie takim samym zjawiskiem życiowym jak każde inne" (l X 1924). Iwaszkiewiczowa niechętnie podejmuje temat, nawiązuje do niego pod sam koniec listu, nie ma jednak nawet ochoty nazywać rzeczy po imieniu: "Co do Gide'a, to nie wiedziałam, że on zajmuje się tymi kwestiami. Raczej Cocteau posądzałabym o te studia nad..." (l X 1924). Innym razem Jarosław prosto z Paryża opisywał dyskusję o homoseksualizmie, jaka odbyła się w klubie "Du Faubourg": "Przemawiały świetne typki, jakaś doctoressa Leppelletier, zupełnie Sadowska, tylko jeszcze gorsza na gębie, potem jakaś prześliczna, wiotka pani, pięknie ubrana, która mówiła, że jest już trzy razy zamężna ł ma siedemnastoletniego syna, publiczność nie chciała wierzyć i wołała impossible! Dama owa zakończyła swe przemówienie tak: Quant a moi j'adore les pederastes, ils sont tres polis, et ils ne veulent rien de nous! [Jeżeli o mnie chodzi, ja uwielbiam pederastów, są bardzo wykształceni, dobrze wychowani i niczego od nas nie chcą]. Było mnóstwo bardzo zabawnych epizodów, chwilami publiczność burzyła się jak fale morza, zwłaszcza gdy Charles Auguste-Comte wystąpił z cieniem obrony pederastii, wykazując, że pederasta potencjalny jest dopiero zupełnym człowiekiem" (10 III 1926). W listach do żony Iwaszkiewicz pisał o "sodomii i lesbosie" z dystansem. W korespondencji z innymi, szczególnie w późniejszym okresie, wprost określał siebie jako homoseksualistę, a nawet zastanawiał się, na ile ma to wpływ na różne dziedziny życia, np. odbiór literatury: "Przyszedł i Uwodziciel. Dlaczego Ty go lubisz? Chyba tylko dlatego, że to Ci mówi cośkolwiek, ja jako homoseksualny nic tu nie odczuwam i raczej nie lubię tego utworu. Dowodzi to, jak bardzo nasze predyspozycje seksualne wpływają na nasze gusta literackie. U Goethego to mnie zawsze bierze, że sypiał w jednym łóżku z księciem Weimarskim i że rada Ministrów tego wspaniałego księstewka gardziła tym lokajem, co się wkradł w łaski księcia przez pieszczoty, dopiero pani von Stein postawiła sprawę na właściwym poziomie. Jak myślisz, czy można by napisać opowiadanie na ten temat? Oczywiście ja go nie napiszę, ale to był temat dla Manna, tylko wtedy takich rzeczy nie pisano" (z listu do Piotra Lachmanna, 9 X 1973). Jednak to przede wszystkim opublikowane już fragmenty Dzienników świadczą najlepiej o potrzebie odreagowania uprawianej w oficjalnym pisarstwie sublimacji. To, co przebija najmocniej w ostatnich latach życia, to wielkie osamotnienie ("«Żona mnie zdradziła, przyjaciel mnie zawiódł, dzieci mnie opuściły - zostały mi tylko psy». Powtarzam to sobie w kółko i bardzo mi smutno. Na szczęście Żona zdradziła tylko z Panem Bogiem" - 2 II 1974) i poczucie niezrozumienia ("O tym, czym ja jestem, nikt nie myśli, partia potrzebuje mnie dla reklamy, rodzina dla pieniędzy, redakcja «Twórczości» dla parawanu - ja sam jako taki nic nie znaczę" - 29 I 1976). Dzienniki są pełne wspomnień, także byłych kochanków. Widząc nekrolog jednego z nich, Iwaszkiewicz notuje: "Wacek Mila! Ze zdziwieniem przeczytałem lata, 64! dzieci, wnuki, itd. Dla mnie to zawsze dwudziestodziewięcioletni chłopiec niespecjalnie piękny, ale bardzo przystojny, o przepięknym ciele, który odegrał w moim życiu sporą rolę. Był bardzo męski i bardzo dobry, uczynny, nic mnie nie kosztował, lubił miłość i był już wtedy, gdyśmy naszli na nasze sposoby, nadzwyczajnym, namiętnym kochankiem. Już nie pamiętam, jakieśmy się poznali. Po prostu na ulicy, był granatowym policjantem. Był po męsku czuły i bardzo delikatny. Był «największym» moim kochankiem". Szybko okazuje się, że w tej historii jednego romansu zawiera się także kawał historii Polski, ciągle nieodkrytej i nieopisanej: "Wacek był w AK. Brał udział w bitwie na Ochocie l VIII 44 roku. Mieli oni zająć plebanię św. Jakuba, ale ćwiczyli ataki nocne, a tu był biały dzień, wycofali się pod obstrzałem Niemców i wyszli z miasta wzdłuż kolejki WKD. Doszli do Reguł. Tu była bitwa «pod Pęcicami». Wystrzelali ich jak kaczki. A Wacek ze szwagrem wycofali się i przyszli rankiem 3 sierpnia do mnie na Stawisko, to byli pierwsi ludzie z powstania. Mieszkali u mnie wtedy dosyć długo, potem Wacek przekradł się do siebie do Ożarowa, już był wtedy żonaty. Ślub jego we wrześniu 1943 to także cała epopeja, pożegnanie w knajpie (pamiętnej) na Nowogrodzkiej przy Brackiej, cała atmosfera S[ławy] i ch[wały] III tomu. Bardzo czule wspominam to życie. Bardzo było intensywne. Krew pomieszana ze spermą, wóda i pierwszorzędne wina. Bardzo kochałem (niby to) Wacka. Potem próbowałem nawiązać kontakty, nic nie wychodziło. Przychodził w sprawie syna (syna nazwał Jarosławem), przypuszczam, że mu załatwiłem" (25 IX 1975).

Jednak najwięcej jest zapisków dotyczących Jerzego Błeszyńskiego (1932-1959), wielkiej miłości Iwaszkiewicza od początku lat 50., przedwcześnie zmarłego na gruźlicę w wieku zaledwie 27 lat. Jeden z zapisów w Dziennikach zaczyna się od szkicu potencjalnego opowiadania, którego bohaterem byłby właśnie Błeszyński i jego tragiczna sytuacja życiowa: "Jest zagrożony gruźlicą i wygląda już jak trup, jego mały synek (2 lata) chory na ciężki koklusz, urocza, smutna dziecina z olbrzymimi niebieskimi oczami. Żona ma zaledwie 20 lat, zaczęła pracować na Mokotowie, musi wstawać o piątej, aby dojechać na czas. Ona zarabia 800 złotych. On, jako budowlany w Żyrardowie 1200, jest oczywiście babcia do gotowania i pilnowania dziecka. Wszystko razem zupełna nędza". Pojawia się także porte-parole autora: "Starszy pan łudził się, że Jurka przyciągnęła do niego jakaś niejasna sympatia, coś z resztek pociągu fizycznego, jakieś przyczyny słabego, ale erotycznego charakteru. Teraz jasno widzi, że tu chodziło o sprawy materialne, o dorobienie sobie, chociażby na drodze «puszczenia się» choć trochę pieniędzy. Rozczarowanie dla starszego pana duże, ale nieuniknione". Cała sytuacja rodzi pytania: "Jak teraz postąpić: czy pomóc im, o ile może? Czy zerwać z Jurkiem? Czy zostawić sobie mimo wszystko ów pozór radości? Czy zostawić wszystko, jak było? Trochę mu jest wstyd tej sytuacji, a chciałby ją pozostawić nietkniętą? Czy ma sobie odmówić - niewielkiej zresztą - przyjemności posiadania nb. bardzo pięknego przyjaciela? W którym miejscu tej sprawy jest największa niemoralność? Czy to jest niemoralne, że Jurek zarabia tak nędzne grosze, czy to, że się puszcza? To są właśnie pytania, na które nie umiałbym odpowiedzieć. Gdybym przeniósł opowiadanie do Francji, oskarżyłbym kapitalizm - ale tak?" (l VIII 1955). Nakreślone opowiadanie oczywiście nigdy nie powstało, Błeszyński stał się jednak pierwowzorem bohaterów dwóch innych utworów: Wzlot (1957) i Kochankowie z Marony (1961), a Dzienniki pełne są notatek o jego coraz tragiczniejszej sytuacji: "Skóra ściągnięta koło ust i na skroniach, pergaminowo żółta. Zdaje się jest przestraszony, bo znowu sam mówi o urlopie i sanatorium. Ale to, co przeżywa wewnętrznie, jest gorsze od wszystkiego. Płakać mi się chce, gdy na niego patrzę. Zdaje się, że gruźlica już zjadła jego potencję i na tym polega tragedia, powód rozwodu. Tak mi go strasznie żal, nie mogę myśleć o nim. I wszyscy widzą w tym coś innego, wyrzuty robią mi zarówno Hania, jak Tadeusz" (28 XII 1957). Iwaszkiewicz uczestniczy w kolejnych stadiach umierania: "To czym jest szpital w Turczynku - i ten nieszczęśnik na tym tle, to jest przerażające. Męczy się tak okropnie, zastałem go zupełnie konającego, siedziałem w niedzielę całe popołudnie u niego i dwa razy myślałem, że koniec. Dusi się bez przerwy, wczoraj wszedłem na chwilę, ślina bez przerwy wycieka mu z ust, wygląda jak rozłożony trup, śmierdzi, bo robi pod siebie, a kto go tam umyje" (27 V 1959). Następnego dnia Błeszyński umiera, kilka miesięcy później pisarz wyznaje: "Kocham Cię mój drogi - i nikt Cię tak nie kochał i nie będzie kochał" (9X1959).

Wraz z upływem lat, niemal do śmierci Iwaszkiewicza w 1980 roku, postać Błeszyńskiego przywoływana będzie w Dziennikach wielokrotnie. Wspomnienia odżywają choćby przy okazji powstawania filmu Kochankowie z Marony (1966) Jerzego Zarzyckiego, będącego adaptacją opowiadania Iwaszkiewicza *[Iwaszkiewicz był pisarzem, którego utwory najchętniej przenoszono na ekran w powojennej historii filmu polskiego. Tylko opowiadanie Stracona noc ekranizowano trzykrotnie (1957, 1973 i I99z). Najbardziej cenione przez krytykę są adaptacje dokonane przez Andrzeja Wajdę (Brzezina - 1970, Panny z Wilka - 1979) i Jerzego Kawalerowicza (Matka Joanna od Aniołów - 1960). Za pierwszy polski film o homoseksualizmie uznawany jest Zygfryd (1986) Andrzeja Domalika, ekranizacja opowiadania pod tym samym tytułem.]. Po jego obejrzeniu pisarz donosił Piotrowi Lachmannowi: "Na razie jestem pod wrażeniem filmu Kochankowie z Marony i sam nie wiem, co w tym przeważa, czy wstyd, że dałem z siebie wyrwać najdroższe wspomnienia i zrobię z nich pokaz, czy też radość, że wystawiłem temu człowiekowi, którego tak bez pamięci kochałem, pomnik, coś co go utrwala, przenosi w czasie, przedłuża mu to bolesne i krótkie życie, jakie miał tu na ziemi. Czytałem ostatnio dzienniki moje z tamtej epoki, i z innych także, to będzie chyba moja najpiękniejsza książka - choć taka niemądra" (17 XI 1966). Po latach do Kochanków z Marony postanowiła wrócić reżyserka Izabella Cywińska. W "Tygodniku Powszechnym" Łukasz Maciejewski donosił prosto z planu: "W pierwszej adaptacji Kochanków z Marony biseksualizm Janka i Arka był tabu. - Nigdy tamtego filmu nie oglądałam - mówi Cywińska. - Aktorom też zabroniłam, nie chcieliśmy w jakikolwiek, nawet niezamierzony sposób się nim inspirować. Pytam o Błeszyńskiego: -Tak, oczywiście, czytałam w "Wyborczej" fragmenty Dzienników Iwaszkiewicza i byłam tą lekturą głęboko poruszona. List Iwaszkiewicza do Błeszyńskiego, napisany w rok po śmierci przyjaciela, to chyba jedno z najpiękniejszych miłosnych wyznań, jakie znam. Silny związek homoerotyczny łączący Janka i Arka od początku wydał mi się nieodzowny. Gdyby zabrakło w filmie tego wątku, pozostałby tylko banalny melodramat". Film Cywińskiej nie był jednak sukcesem artystycznym, wbrew zapowiedziom podejście realizatorki do homoseksualizmu okazało się anachroniczne, o czym tuż po premierze pisał Bartosz Żurawiecki: "Erotyzm hetero czy homo pokazuje się dzisiaj w sposób znacznie bardziej bezpośredni, bez eufemizmów i przemilczeń. Tymczasem Cywińska wciąż posługuje się językiem modernizmu - umieszcza historię w niekonkretnej, «ponadczasowej» przestrzeni, każe postaciom mówić metaforami, a tam, gdzie należałoby się spodziewać wybuchu seksualnej namiętności, układa z ciał aktorów figury Erosa i Tanatosa". W efekcie Iwaszkiewicz wciąż czeka na odkrycie. Sposób, w jaki jego samego nurtował temat homoseksualizmu, i to, że chciał go zgłębić w sposób jak najbardziej zwyczajny, dobrze obrazuje choćby taka notka z Dzienników, w której wspominając najszczęśliwsze chwile z Błeszyńskim, zapisał: "Jakież szczęście, że mogłem mu to dać i że on mógł mi dać tyle. Dancing w Tivoli i ucieczka wśród gasnących lampionów - jakież to piękne. I nikt tego nie rozumie, tej radości i tego szczęścia. Wszyscy myślą, że to polega na rżnięciu w dupę! A przecież to już Sokrates wyłożył Alcybiadesowi, że nie na tym polega szczęście i radość, jakiej doznają dwaj mężczyźni z obcowania z sobą. I przez tyle wieków nikt tego właściwie nie zrozumiał - i zawsze to interpretują poprzez gówno" (71 1958).

 

Krzysztof Tomasik "Homobiografie" 2008

 





IWASZKIEWICZ