Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Zygmunt Kałużyński

BUNTOWNIK BYWALEC

1998

 

(...)

 

Panna jest Nikt, film jest nic

Spróbujmy przecież rozeznać się, opierając się na tym, co dostępne. Otóż w całej tej dyskusji zwraca uwagę, że wymieniono dwa filmy: Cwał Zanussiego i Pannę Nikt Wajdy, jako osiągnięcia niekwestionowane również przez owych rozwydrzonych awanturników. Pozycje te były w repertuarze. Cwał uzyskał 7 tysięcy widzów w kraju, to jest tyle, ile ma byle spektakl teatralny w Radomiu czy w Kielcach w ciągu dwóch tygodni. Wypadek Panny Nikt jest przygnębiający i biorę się do niego z przykrością, ale nie da się go uniknąć. Najwybitniejszy polski reżyser, Andrzej Wajda, którego nazwisko figuruje, jako jedyne z naszej branży filmowej, w najpopularniejszej na świecie encyklopedii podręcznej "Petit Larousse", kleci film niedorzeczny, niedołężny, żałosny. Czy powinienem go omówić? Dziewczyna nastolatka przybywa z prowincji do miasta. Staje się ofiarą mistyfikacji dwóch rówieśniczek, jedna odgrywa cyniczną niezależność, druga usiłuje imponować blichtrem jakoby zamożnego świata, i starają się dać odczuć przybyłej, że jest Panną Nikt, co jakoby im się udaje i dziewczę popada w rozterkę. Scenariusz oparty został na powieści Tomka (tak jest, imię występuje w zdrobnieniu) Tryzny, która okazała się ulubioną lekturą laureata Nobla Miłosza. Dlaczego wszyscy ci panowie z pierwszej linii kultury zajęli się, jako czołową sprawą narodową, intrygami wśród siusiumajtek ze średniej licealnej, które w dodatku okazują się trzema pozerskimi głupkami? Żeby jeszcze film miał coś ze szczeniackiego wdzięku, choćby mizdrzącego się, ale jednak! Nic z tego. Nie sposób uwierzyć choćby przez minutę, zadziwia, że wyszło to spod ręki profesjonalisty, raz po raz ma się wrażenie roboty amatorskiej. Na seansie, na którym byłem, ilość widzów nie przekracza dwóch tuzinów, kilku wychodzi, pozostali duszą się od chichotu. Naprawdę nie przesadzam.

Otóż patrzmy, co się dzieje. Prof. Płażewski proponuje Pannę Nikt do "Paszportu Polityki" jako osiągnięcie roku. I oto co czytamy w prasie wielonakładowej: "Wajda w dobrej formie reżyserskiej, z pasją atakuje współczesną cywilizację", "mówi o styku dwóch epok, dwóch światów" ("Gazeta Wyborcza", 28.X.96). W "Kinie" głębinowa analiza: Wajda nie przeniósł na ekran powieści, lecz "zrobił w istocie własny film". W "Tygodniku Powszechnym" jest mowa o "przepięknym, poetycznym obrazie", Wajda jest tu "skupiony, oszczędny, analityczny", "potrafi być myślicielem, moralistą, dydaktykiem i kaznodzieją". W "Życiu" czytamy o "demaskatorskiej pasji". "Wajda proponuje rozmowę na temat ważnych wartości", powiada "Rzeczpospolita". Czytam i wstydzę się, że ja też jestem dziennikarzem. Chociaż, przepraszam! "Z kalejdoskopowym bezładem mieszają się błahostki, pretensjonalności, fałszywy patos, tandetny demonizm... płaski, błahy, pozbawiony gustu film... Zamiast triumfalnego poloneza Wajdy z Panną Nikt oglądamy kacze tango." Jedyna podobna wypowiedź. Dał ją recenzent "Kuriera Wolskiego" nr 21, podpisujący się skrótem "ber". Nieznany kolego! Proszę przyjąć uścisk dłoni starego kinomana.

W Warszawie film wchodzi do rozpowszechniania w 3 kinach na 8 seansach. Po tygodniu idzie w jednym kinie na seansie dziennym. Po dwóch tygodniach nie słychać o nim.

 

Móżdżek po polsku

Zadziwiającą próbą przełamania tego konfliktu, za pomocą powiększenia go, czyli prowokacji, był wypadek Szamanki, do tego stopnia osobliwy - mimo że w rezultacie nieskuteczny! - że niektóre organy prasowe wręcz rezygnowały z zajmowania się nim. Były bowiem powody, by nie wgłębiać się w tę sensacyjną premierę; jeśli idzie o mnie, jeden z nich nawet miałem osobisty. Reżyser Andrzej Żuławski określił mnie jako "największego podleca wśród krytyków": gdy ogląda moją małpią gębę w TV, to mu się chce rzygać. Gdy więc wypowiem się niekorzystnie, będzie wyglądało na zemstę, gdy życzliwie, na komedię wspaniałomyślności. Ale są też inne przyczyny, by uniknąć zajmowania się filmem, również dla osób nie znieważonych przez Żuławskiego. Mianowicie, trudno jest ustalić, co z tym wypadkiem zrobić.

Reżyser uzyskał na Zachodzie rozgłos, a więc może należy się z nim liczyć? Ma opinię niepodległego prowokatora; oświadczył, że kto nie rozumie jego filmu, jest idiotą. Jednak mimo tego szantażu, reakcje widzów są wsteczne, w skali od obojętnego wzruszenia ramion, do aż wymiotnych, ze zwrotami w rodzaju "obrzydliwość" itp. Stary bywalec mówi mi: "Nie ma pan obowiązku zajmować się tym wydarzeniem, nie należy ono do kina, ani nie jest społeczne, natomiast jest tu materiał dla seksuologa i psychologa".

Jednak ośmielę się. Nie mam pretensji do Żuławskiego o jego opinię o mnie, przeciwnie! Uważam, że jest to komplement w czasach wyjątkowego załgania w branży: gdy reżyser nienawidzi dziennikarza, potwierdza jego niezależność! A więc spróbujmy. Treść jest mniej więcej jak następuje, jeśli dobrze zrozumiałem (bo około jedna trzecia tekstu nie dociera z powodu niechlujnej wymowy aktorów): Bogusław Linda jest antropologiem i znajduje wykopalisko, zwłoki szamana z czasów przedhistorycznych, który zginął w topieli, uchodząc przed szamanką, która usiłowała opanować jego mózg. Dramat ten powtarza się obecnie, w wykonaniu Lindy oraz jego studentki, osóbki amoralnej i biologicznie zwierzęcej, która opętuje go seksualnie w cyklu gwałtownych ataków, gdy zaś Linda próbuje się wyzwolić, zabija go, po czym wyjada mu mózg, co zapewne jest współczesnym spełnieniem owej przedwiecznej klątwy, i to dosłownym! mimo że starczyło zaledwie na cztery łyżki (do herbaty). Prócz scen pożycia, które wypełniają akcję, film naszpikowany jest kawałkami, które wywołują odruch odrazy: panna Petry wymiotuje, wyjada pożywienie kota, odpędzając go od jego miseczki, babrze się w mięsie siekanym w masarni, gdzie do maszyny mielącej ochłapy wrzuca się szczury (cztery sztuki), itp.

Taki film sekso-sado-satanistyczny jest w naszej kinematografii nowością. Ale nie w świecie. W Dziecku Rosemary, skądinąd naszego, podobnego do Żuławskiego, gastarbeitera zagranicznego Polańskiego, Mia Farrow rodziła szatana już w roku 1968, po czym zaroiło się od diabelskiego pesymizmu, mieliśmy właśnie w TV Omen z tegoż cyklu. Brutalne pożycie męsko-damskie, jako główny temat i nic więcej, zapoczątkowało Ostatnie tango w Paryżu Bertolucciego w 1972, po czym ruszyło! Np. Nagi instynkt i Showgirls (stosunek w basenie na mokro). Zaś sadyzm? Taka rzecz na przykład, jak Casino Scorsesego: przybijanie nożem do stołu dłoni szulera, miażdżenie w imadle głowy konkurenta, zamordowanie za pomocą walenia kijem do baseballu połączone z pogrzebaniem żywcem. I dalej z kolei: odrażające paskudzenie. Modne były w latach 70. happeningi, w których naga para symulująca pieszczoty bywała polewana np. rozrzedzonym gnojem zmieszanym z gipsem. Spec od tej sztuki, Richard Kostelanetz, zapytany, dlaczego w jego produkcjach chlapie się paskudnymi płynami, wyjaśnił, że badania psychologiczne wykazały, że człowiek reaguje z największym wstrętem na cieknące wydzieliny, zaś celem happeningu jest zaatakować uśpioną wrażliwość.

Być może najciekawszą syntezą całej tej mody jest powieść "American Psycho" Breta Ellisa, wydana po polsku w r. 1994 nakładem kantoru SAWW w Poznaniu, w tłumaczeniu Jędrzeja Polaka, z ostrzeżeniem na okładce: tylko dla dorosłych. Jest tu połączenie sadyzmu z elegancją i, jak okazuje się w finale, z szyderczą parodią. Bateman, 26-letni bankowiec z Wall Street, po pracy zajmuje się mordem, np. podrzyna gardło chłopczykowi 5-letniemu, który przyglądał się pingwinom w zoo, tak zręcznie, że matka stojąca tuż obok nie zauważa. Jednak Bateman głównie interesuje się paniami; zwabia koleżankę, przybija ją gwoździami do podłogi, wkłada jej ser do damskiego urządzenia, po czym wypuszcza szczura, głodzonego przez 5 dni, gdy zaś ten wgłębił się w dziewczynę, przepiłowuje ją na pół łącznie z gryzoniem w środku. Bateman nie odżywia się byle czym: jada sorbet z kiwi, carambolą, cherimoyą, owocem kaktusa i gruszką japońską, zaś gdy słyszy o serniku, zdziwiony jest tą prymitywną, obco brzmiącą nazwą. Powieść czyta się z rosnącym ścierpnięciem, ale gdy dowiadujemy się, że Bateman nabył "kamcorder Sony CCD-V200 z montażem zdjęć poklatkowych, co umożliwia sfilmowanie rozkładającego się ciała w piętnastosekundowych interwałach lub miotanego konwulsjami otrutego pieska", przekonujemy się, że powieść Ellisa jest monumentalną kpiną, doprowadzoną do krańcowości, że dalej nie można. Z wszelakich manier współczesnej rafinowanej aż do zwyrodnienia cywilizacji.

Tego właśnie brakuje w Szamance: dystansu oraz humoru; jest tu go tyle co u foki nadzianej na harpun. Ale nie tylko. Dlaczego film wywołuje reakcje odrzutowe? Dlaczego przyjmujemy do wiadomości - może z oporem, ale jednak! - miażdżenie łba w Casino, zamordowanie prostytutki penisem metalowym długim na metr, wepchniętym w jej ciało w Siedem, zdzieranie skóry z dziewcząt, by ubrać się w nie samemu w Milczeniu owiec, zaś Szamanką budzi zniecierpliwienie i odpych?

Ponieważ jest to zła robota filmowa. Powiem paradoksalnie, że Żuławski sfabrykował melodramat. Jak to melodramat!? Z tymi wszystkimi okropnościami? Owszem, zaraz wytłumaczę. Melodramat, gatunek słusznie pogardzany, polega na niewspółmierności między uczuciami, jakie chce budzić, oraz ich uzasadnieniem. Nie ma proporcji między wyrażanymi emocjami oraz ich powodem. Śpiewak ryczy, że mu serce pęka z miłości, tymczasem widzimy po gębie, że jest po dwóch kotletach z wódeczką. Ale jest też coś, co można by nazwać melodramatem na wywrót: wmawia się w nas pasję, potworność, przerażenie, przecina się brzuch i ciekną kiszki, tymczasem widzimy tylko, że paskudztwo się leje, ale po co? Być może bardziej przekonujące wrażenie zrobiłyby flaczki na talerzu, szczególnie jeśli jesteśmy przy apetycie. Tu właśnie jest nieszczęście Szamanki. Dlaczego tolerujemy ludożercę dr. Lectera w Milczeniu owiec, zaś stukamy się palcem w czoło na widok czterech łyżek mózgu Lindy? Ponieważ w tamtym filmie nastąpiło uczestnictwo emocjonalne. Obowiązkiem kina jest wywołać uczucie, zaś tego Szamanką nie potrafi: nic tu nas nie reprezentuje, z niczym się nie możemy identyfikować, nie mamy kontaktu, by się przejąć. Zaś irytacja widza jest tym większa, im większy usiłuje się wywrzeć na niego mechaniczny nacisk za pomocą przesadnego wymuszania.

Które w dodatku - tu jest następny paradoks! - jest niewystarczające. Zabrzmi to zdumiewająco, ale powiedziałbym, że świństwa Żuławskiego są nie dosyć świńskie. Z chwilą gdy chce się powiedzieć odważnie tak dużo, należy być odważnym do końca. Jak np. wyglądają sceny erotyczne, które ciągną się tu ciurkiem, jedna za drugą? Już przy trzeciej zainteresowanie wygasa, przy piątej widzowie klaszczą ironicznie. Linda z panną Petry siłują się bokiem lewym, bokiem prawym, z tylu, od głowy, z dłońmi splecionymi lub bez; główne urozmaicenie polega na stosunku na łóżku szpitalnym na kółkach, które przy każdym pchnięciu jeździ tam i z powrotem. Otóż wolę, jako bardziej uczciwy, byle jaki zeszyt porno z sex-shopu, gdzie mamy rzetelną akcję z wszystkimi właściwymi organami. Jakże piękny, w porównaniu ze zautomatyzowaną biologią Szamanki, jest jeden z najwybitniejszych filmów erotycznych Bestia, jeszcze jednego, skądinąd, rodaka zagranicznego Waleriana Borowczyka. Markiza - sam urok, sam styl, sama kultura - w peruce, w krynolinie, we wszystkim, co jest najlepsze w tradycji, spotyka potwornego goryla z męskim urządzeniem długości półtora metra, z którego wydziela się litrami płyn o niewątpliwym charakterze; czy może być coś bardziej ostatecznie definitywnego w tej branży? Albo owa delikatna dzieweczka, której najbardziej sekretną część ciała oglądamy w otwartości na cały ekran, co daje jej okazję, by posłużyć się płatkami róży? W tej swojej bezczelności, ów film, poprzez walącą po łbie szczerość, dotarł do poezji niejako drugim końcem, z ideologią, że szczęście seksualne daje się pogodzić z autentyczną kulturą. Jakże pusta wydaje się teraz owa Szamanka. Jest po prostu spartolona. Wyłania się pytanie, czy Żuławski umie zrobić film, mimo że natłukł ich już tuzin. Niemniej wypadek jest charakterystyczny, zarówno jego, jak jego scenarzystki Manueli Gretkowskiej. Są podobni. Czyta się płynnie jej powiastki o pani, która miała podwójną stereofoniczną damską część wrażliwą i pasowałby do niej partner o podobnie dublowanym męskim zaopatrzeniu; dowcipy bywają pomysłowe, śmiałe, wyzywające ("pierdnięcie: westchnienie wzgardzonej materii"), ale zapomina się je w kwadrans po przeczytaniu. Bardzo inteligentna grafomania. Podobnie jest z Żuławskim: światowy, nowoczesny, skandaliczny, zorientowany w najbardziej bezczelnie modnych manierach, ale nie może wykonać filmu, który potrafiłby przejąć na pół godziny. Nieszczęściem naszego kina jest bezsilność, więcej: impotencja, przy jednoczesnym jaskrawo wyzywającym wysiłku, by sprostać parametrom rzekomego super-super-super macho.





KAŁUŻYŃSKI