Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Jarosław Iwaszkiewicz

Dzienniki 1911-1955

2007

 

(...)

 

30 czerwca 1943

Istnieje pewien obraz Bruegla, zatytułowany Ikar. Kiedy się na ten obraz patrzy, spostrzega się chłopa orzącego ziemię na wysokim brzegu morza, pastucha pasącego obojętnie swoje stado, wędkarza, który wyciąga z morza swoje wędki, miasto spokojne w oddali. Morzem płynie statek z rozwiniętymi żaglami, a na jego pokładzie kupcy rozmawiają o interesach. Słowem, widzimy życie z jego codziennymi troskami i codziennym natężeniem zwykłych ludzkich zajęć i kłopotów. Gdzie jest Ikar? Gdzież ten, który usiłował wylecieć w słońce? I dopiero kiedy dobrze przyjrzymy się obrazowi, w pewnym kącie morza spostrzegamy dwie nogi wyzierające z wody i parę piór w powietrzu nad wodą leżących, wyszarpniętych siłą upadku z przemyślnie skonstruowanych skrzydeł. Przed chwilą nastąpił upadek Ikara. Śmiałek, który przyprawił sobie skrzydła, podług greckiej legendy wzniósł się wysoko, tak wysoko, że znalazł się w pobliżu słońca. Promienie słoneczne stopiły wosk, którym przymocował sobie rzędy piór do skrzydeł, i młodzieniec spadł. Dopełniła się tragedia, oto właśnie tonie i zanurza się w morzu, ale ludzie tego nie zauważyli. Ani chłop orzący ziemię, ani kupiec płynący w dal, ani gapiący się na niebo pasterz - nikt nie spostrzegł śmierci Ikara. Jeden tylko poeta czy malarz ujrzał tę śmierć i przekazał ją potomności.

Obraz ten przypomniał mi się wczoraj. Letni wieczór zapadał nad Warszawą, różowe blaski rzucały ozdobne cienie na zniszczone mury, a gwałtowny ruch wszystkich dążących do domów, spieszących przed policyjną godziną, aby dostać się do tramwaju, przykrywał tłumem cywilnych ubrań rzadkie już w tej chwili mundury. Gdy się patrzyło w tym momencie na ulice Warszawy, ożywione i piękne czerwcową pogodą, przez chwilę wydawać się mogło, że miasto wolne jest od okupanta. Przez chwilę...

Stałem na rogu Trębackiej i Krakowskiego Przedmieścia, na przystanku tramwajowym. Tramwaje dźwięcznie dzwoniące szeregowały się jedne za drugimi swoimi czerwonymi cielskami wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia. Ludzie tłoczyli się do nich gromadami, wieszali na stopniach, czepiali zderzaków, gronami zwisali z tyłu i z boków. Od czasu do czasu przemykało czerwone "zero" przeznaczone tylko dla niemców, więc pustawe. Musiałem dość długo czekać na jakiś wóz, do którego można się było łatwiej dostać. A kiedy już nadszedł taki, nie chciało mi się wsiąść do niego, zasmakowałem nagle w tłumie, który mnie otaczał, obojętnie przyjmując do świadomości moje istnienie. Przede mną wysoko stał na swoim cokole Mickiewicz, naokoło pomnika skromne kwiaty, kwitły jednakże i pachniały, samochody skręcały ze zgrzytem przed kościołem Karmelitów, chłopcy sprzedawali gazety, wykrzykując głośno, handlarze papierosów, ciastek roili się przed połyskującym sklepem Henneberga, z hałasem zasuwano żaluzje i zaciągano kraty na drzwiach i oknach magazynów, w ogródku Hoovera zapełnionym do ostatnich miejsc na ławkach przez starych i młodych ćwierkały wróble równie gęsto osadzone po wątłych drzewinach - wszystko to zanurzało się powoli w niebieskim mroku letniego wieczoru. W tej chwili słyszałem bijące serce Warszawy i mimo woli ociągałem się wśród ludzi, aby jeszcze trochę pobyć z nimi i razem z nimi odczuwać ten miejski letni wieczór.

Gwar panował i rozruch, a każdy był tak sobą i swoimi troskami zajęty, że mimo woli odczuwało się samotność zgubionego w tłumie człowieka.

W pewnej chwili spostrzegłem młodego chłopca, który idąc gdzieś od Bednarskiej, dość nierozważnie wysunął się zza czerwonego kadłuba tramwaju, który już ruszał, i stanąwszy twarzą do jezdni, a plecami do ruchu, na małej wysepce, w dalszym ciągu nie odrywał oczu od książki, z którą razem wynurzył się z szarzejącego mroku. Miał lat piętnaście, szesnaście najwyżej. Czytając, od czasu do czasu wstrząsał płową czupryną, odgarniając włosy, które mu spadały na czoło. Jedna książka sterczała mu z bocznej kieszeni, drugą, rozłożoną, trzymał przed oczami, najwidoczniej nie mogąc się od niej oderwać. Zdobył ją zapewne przed chwilą od jakiegoś kolegi czy też w tajnej wypożyczalni i, nie czekając na powrót do domu, chciał się z jej treścią zaznajomić na gorąco, na ulicy. Żałowałem, że nie wiedziałem, jaka to była książka, z daleka wyglądała na podręcznik, ale chyba żaden podręcznik nie budził w młodzieńcach takiego zainteresowania. Może to były wiersze? Może jakaś książka ekonomiczna? Nie wiem.

Chłopak przez chwilę stał na wysepce pogrążony w czytaniu. Nie uważał na potrącanie, na cisnący się do wagonów tłum. Parę czerwonych smug przeminęło za nim, ale wciąż nie odrywał oczu od książki. I wciąż z tą książką pod nosem - czy to, że znudziły go potrącania i krzyki wokoło, czy też nagle podświadomie uczuł potrzebę pośpiechu do domu - widziałem, że stąpnął z wysepki na jezdnię wprost pod nadjeżdżający samochód.

Rozległ się zgrzyt gwałtownie naciśniętych hamulców i gwizd gum na asfalcie, samochód unikając przejechania chłopca skręcił gwałtownie w bok i zatrzymał się nagle przed samym rogiem Trębackiej. Z przerażeniem spostrzegłem, że była to karetka gestapo. Młodzieniec z książką usiłował wyminąć samochód. Ale w tym momencie z tyłu karetki otworzyły się drzwiczki i dwóch osobników w hełmach z trupimi główkami wyskoczyło na jezdnię. Znaleźli się tuż obok chłopca. Jeden z nich krzyczał gardłowym głosem, drugi okrągłym ruchem ręki z szyderstwem zaprosił go do środka.

Widzę jeszcze młodzieńca, jak stoi u drzwiczek karetki, zażenowany, po prostu zawstydzony... Jak wzbrania się przeczącym, naiwnym ruchem głowy, jak dziecko, które obiecuje, że już nigdy więcej nie będzie... "Ja nic nie zrobiłem - zdawało się, mówił - ja tylko tak...". Wskazywał na książkę jako na przyczynę swojej nieuwagi. Jak gdyby tutaj można było coś wytłumaczyć. Nie chciał wejść do karetki ostatnim ruchem traconego życia.

Żandarm zażądał od niego papierów, porwał wyjętą kennkartę *[Kennkarta - karta rozpoznawcza; kennkarty zostały wprowadzone przez Niemców w połowie sierpnia 1942 roku.] i gwałtownym ruchem popchnął chłopca do środka. Drugi mu pomógł, chłopiec wsiadł, za nim gestapowcy, drzwiczki trzasnęły i karetka pędem porwawszy się z miejsca, szybkim tempem skierowała się w stronę alei Szucha...

Zniknęła mi z oczu. Obejrzałem się dokoła, szukając jeszcze u kogoś zrozumienia, współczucia dla tego, co się tutaj zdarzyło. Przecież młodzieniec z książką zginął. Z najwyższym zdumieniem spostrzegłem, że nikt tego zdarzenia nie zauważył. Wszystko, co opisałem, odbyło się tak szybko, tak błyskawicznie, każdy z tłumu na ulicy tak był zajęty swoim pośpiechem, że porwanie młodzieńca przeszło niepostrzeżenie. Panie stojące tuż przy mnie spierały się, którym numerem tramwaju będzie im wygodniej jechać, dwóch jegomościów za słupkiem tramwajowym zapalało papierosy, baba przy koszu ustawionym pod ścianą powtarzała bez przerwy swoje: "Cytryn, cytryn, cytryn ładnych", jak buddyjskie zaklęcie, a inni chłopcy biegli przez ulice za odchodzącymi wagonami, ryzykując dostanie się pod inne samochody... Mickiewicz stał spokojnie i kwiaty pachniały, i brzózki, i jarzębiny obok pomnika poruszały się od lekkiego wiatru, zniknięcie tego człowieka nie znaczyło nic dla nikogo. Ja jeden zauważyłem, że Ikar utonął.

Stałem jeszcze długo na miejscu, czekając aż tłum zrzednie. Myślałem, że może Michaś - tak go sobie w myślach nazwałem - powróci. Wyobrażałem sobie jego dom, rodziców oczekujących na jego powrót, matkę przygotowującą wieczerzę i w głowie mi się pomieścić nie chciało, że oni nigdy nie dowiedzą się, jakim sposobem zginął ich syn. Nie przypuszczałem, znając obyczaje naszych okupantów, aby się mógł wyrwać z tych pazurów. A wpadł w tak głupi sposób! Bezmyślne okrucieństwo tego porwania poruszyło mnie do głębi, porusza jeszcze do dziś dnia. Przez książkę czytaną na ulicy.

Ci, co zginęli w walce, ci, co wiedzieli, za co giną, mieli może w tym pociechę, że śmierć ich ma jakiś sens. Ale iluż było takich jak mój Ikar, co tonęli w morzu zapomnienia z błahego, okrutnego w swej bezmyślności powodu.

Wieczór nadszedł, miasto usypiało gorączkowym, niezdrowym snem... Ruszyłem wreszcie spod mojego słupa, minąłem pomnik Mickiewicza, poszedłem do domu piechotą... A w myśli wciąż prześladował mnie obraz "Michasia" kręcącego głową, jak gdyby powiadał: "Nie, nie, to tylko ta książka temu winna... już teraz będę uważał...".

*[Poniższy zapis jest nieco zmienioną wersją opowiadania Ikar, które zostało napisane w 1945 roku i opublikowane w "Odrodzeniu" 1945, nr 21. Tekst opowiadania został przez autora włączony do Notatek 1939-1945 i antydatowany. O okolicznościach powstania tego utworu Iwaszkiewicz napisał w Rozmowach o książkach, Warszawa 1968, s. 153:

"Innym razem, latem tegoż roku [1945] Pola [Gojawiczyńska] znowu była w Stawisku. Przyjechała do niej pani Wojeńska, która była kierownikiem literackim radia, owej słynnej ciupki na Pradze, gdzie Roman Jasiński sypiał pod fortepianem, obok nadajnika. Wojeńska zwróciła się do mnie z prośbą o kawałek prozy do audycji literackiej. Nie miała materiału. Nie miałem nic gotowego i na razie odmówiłem.

- A pamiętasz - powiedziała mi Pola - opowiadałeś mi taką historię o chłopcu, który zaczytany wpadł na samochód gestapo. Napisz to.

Poszedłem do ubieralni za łazienką, ubieralni, która służyła mi wówczas za pracownię, i napisałem to prawdziwe zdarzenie. Po godzinie wręczyłem pani Wojeńskiej kilka zapisanych kartek. Był to mój Ikar".]

 

W listopadzie 1943

Wczoraj była u nas Wanda [Telakowska] i opowiadała o egzekucji, jaka się odbyła parę dni temu pod jej domem, na rogu Wawelskiej i Grójeckiej. Dano jej nagle znać, że dom jest obstawiony przez żandarmów i że nikogo z domu nie wypuszczają. Myślała, że to będzie jakaś obława i rewizja po mieszkaniach, a że miała u siebie parę rzeczy niedobrych, zaczęła wraz ze służącą uprzątać te rzeczy, częściowo palić i chować po skrytkach. Zajęła się tym tak bardzo, że nawet nie usłyszała dźwięku zajeżdżających przed dom samochodów. Dopiero salwy wystrzałów oderwały ją od tych zajęć. Myślała zresztą, że dom zdobywają orężnie. Tymczasem zastanowiła ją cisza, jaka potem nastąpiła. I wreszcie się zdecydowała wyjrzeć przez okno. Samochody ciężarowe pokryte brezentami (budy) już odjeżdżały. Nie mogła się zupełnie zorientować, co to znaczy. I nagle zauważyła, że pod murem domu już leżą kwiaty i stoją zapalone świece. Zjawiło się to w tym samym już momencie, kiedy odjeżdżały samochody z oprawcami i ciałami ofiar. Wtedy dopiero zorientowała się, że to się odbyła egzekucja. Z okolicznych sklepików rzucili się ludzie ze świecami i zielenią, kwiaty przyniesiono z jakichś mieszkań. Część ludzi uklękła pod murem okrytym plamami krwi i śladami strzałów. Wtedy zjawił się patrol żandarmów, który począł rozpędzać modlących się ludzi, bijąc ich kolbami karabinów; żandarmi porozrzucali kwiaty i zieleń, podeptali butami świece. Z pobliskiego szpitala niemieckiego wyszły na przechadzkę trzy siostry miłosierdzia z oznakami Czerwonego Krzyża. Zobaczyły scenę rozpędzania ludzi przez żandarmów i wziąwszy się za boki, zachodziły się ze śmiechu. Scena dla przyszłego Goi.

 

11 sierpnia 1949

O Wiesia nie tylko są korowody, ale po prostu Hania go do Sandomierza nie puściła. Dostałem od niej takie dwa listy, że po prostu o niczym innym myśleć nie mogę, złe, głupie i złośliwe, z chęcią dokuczenia, odebrały mi możliwość pracy. Zadziwiające, jak ta kobieta nawet na odległość potrafi zalać sadła za skórę, a co najważniejsze, przeszkodzić w pracy. Ona po prostu wymyśla wszelkie złośliwości spokojnie i skwapliwie dla mnie, jakby instynktownie. A przecież przyjechałem tu, aby zrobić trudny, żmudny i irytujący scenariusz zarobkowy, aby miała na utrzymanie swojej służby i swoich fumów - nie, to i tu potrafi przeszkodzić swoją zaciekłą złością. Taka prosta rzecz: prosiłem, żeby Wiesio przyjechał w środę, a potem depeszowałem, żeby mi przywiózł pieniędzy. Oczywiście ani Wiesia, ani pieniędzy, bo jej się coś w tym nie podobało. Pisze mi, że Wiesio musi nosić bułki, a przecież jest u nich troje służby!! To się wszystko w głowie nie mieści. Przez te trzy dni wyprowadzony jestem zupełnie z równowagi i oczywiście nie napisałem ani linijki, a na piętnastego miałem być gotowy, podpisałem umowę. Ale dla niej nie ma umów, zobowiązań, pracy, nie rozumie nic z tego, bo jej ta stara sowa nie nauczyła, jest tylko widzimisię chorej nerwowo kobiety. Zupełna rozpacz mnie ogarnia i zaczynam bardzo serio myśleć o separacji, choć mnie się serce ściska na myśl o porzuceniu dzieci i wnuków, które nie tak fanatycznie jak ona, ale przecież kocham, dzieci, chłopców, do których jestem bardzo przywiązany. Mogliśmy mieć syna akurat prawie w wieku Wiesia, myśl o tamtym nieudanym dziecku nigdy mnie nie opuszcza, to był wielki błąd i wielkie nieszczęście - ale co ma robić człowiek w takich wypadkach, jak nie słuchać doktorów? Tamta epoka sprzed czternastu lat była wielkim ciosem na całe moje życie i na cały mój charakter i nie mogę tak łatwo zapomnieć tego jak ona, która po prostu nie pamięta, bo była nieprzytomna *[W styczniu 1935 roku u Anny Iwaszkiewiczowej wystąpiły objawy choroby psychicznej (od końca lat 20. przeżywała stany depresyjne, zaś w 1931 roku z powodu złego stanu nerwów wyjechała na kuracją do Monachium). Po krótkim pobycie w sanatorium dla nerwowo chorych w Batowicach Anna została przewieziona do szpitala psychiatrycznego w Tworkach. W tym czasie okazało się, że jest w ciąży. O tej sprawie pisze Piotr Mitzner: "Biorąc pod uwagę, że poprzednio, gdy była w odmiennym stanie, stan jej nerwów znacznie się pogorszył, zapada decyzja o aborcji. Nie wiemy, kto ją podjął, czy sama ciotka [Pilawitzowa], czy po konsultacji z Jarosławem? Na pewno nie decydowała o tym chora. Pilawitzowa dręczyła tylko wątpliwość, czy Anna zdaje sobie sprawę, że jest w ciąży" (Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Kraków 2000, s. 56). Iwaszkiewicz, który w tym czasie przebywał na placówce w Brukseli, pełniąc funkcję sekretarza konsulatu RP, był listownie informowany przez Anielę Pilawitzowa o stanie zdrowia żony. Pod koniec 1935 roku wrócił z Brukseli, rezygnując z dalszej służby.]. Ale ja przez ostatnie lata życia chciałbym popracować, chciałbym skończyć Sławę i chwalę, napisać parę opowiadań - w atmosferze zarzutów, pretensji, sprzeciwów i drobnych przykrości na każdym kroku to jest zupełnie niemożliwe - a przy tym muszę zarabiać - a jeżeli nie ma w najbliższym otoczeniu szacunku dla mojej trudnej pracy (nie mówię już o trudnościach wewnętrznych i politycznych!), jakże ja mogę podołać temu wszystkiemu? Muszę się wynieść gdzieś na osobność. W Warszawie zostać nie mogę ze względu na żywienie się - chyba się trzeba wynieść do Szczecina albo do Wrocławia, tam gdzie mogę dostać mieszkanie z kuchnią i żywić się w domu. Tutaj warunki potworne, koza śmierdzi, muchy latają. Wczoraj była potężna burza, trwała ze dwie godziny, dzisiaj lżej oddychać, ale zamiast świeżego powietrza wchodzi w okno smród moczu koziego *[Państwo Trębscy, u których Iwaszkiewicz wynajmował pokój, trzymali na podwórku kozę, podobnie jak wielu innych mieszkańców Sandomierza w owym czasie.].

 

16 listopada 1951

"Ubogi krewny"

Od początku znajomości z Rubinsteinem *[Artur Rubinstein (1887-1982) - pianista, kompozytor, jeden z najwybitniejszych wirtuozów fortepianu w XX wieku; od 1906 przebywał na stałe za granicą (Francja, Stany Zjednoczone), koncertował na wszystkich kontynentach, wykonywał muzykę klasyczną, romantyczną, także utwory kompozytorów XX wieku, propagował muzykę polską, zwłaszcza Chopina i Szymanowskiego, z którym się przyjaźnił. Autor wspomnień Moje młode lata (1976) oraz Moje długie życie (t. 1-2 1988).] tak się jakoś składa, że zawsze wobec niego odgrywam rolę ubogiego kuzyna. Samo nasze poznanie się w Tymoszówce miało już ten charakter i tak to trwa do dziś dnia. W Tymoszówce byłem tym dalekim, niezamożnym krewnym, który się zjawiał od czasu do czasu i na którego nikt w domu Szymanowskich nie zwracał wielkiej uwagi. Trzeba było dopiero dobroci Karola, abym stanął tam na innej stopie, ale to już było po rewolucji, kiedy z Tymoszówki śladu nie było. Na pierwszy koncert Artura, na jakim byłem, w Kijowie, poszedłem w towarzystwie Nuli Szymanowskiej, która mnie przypomniała jemu. Pamiętam obojętny gest, z jakim przywitał dziewiętnastoletniego wówczas chłopca. I potem już tak szło, podczas wspaniałych przyjazdów Rubinsteina do Warszawy, i w Paryżu... może inaczej było raz w Kopenhadze, gdzie nasz dom był wtedy bardzo okazały i kiedy Artur podczas śniadania u nas wydanego (a Kucharski zrobił cuda, bo wiedział że R. jest smakoszem) dowiedział się o urodzinach swego syna Pawła. Ostatnio widziałem ich w Paryżu, gdzie także byłem tym "gościem zza kurtyny", przed którym trzeba było się popisać. Artur nie tylko jest znakomitym pianistą, ale także wielkim i zamiłowanym aktorem. Co do mnie widocznie uważa, że może mi imponować i odgrywa całą gamę cudnych gestów jak paw roztaczający swój ogon. Zresztą póki nie ma Neli *[Aniela (Nela) Rubinstein z d. Młynarska, 1. voto Münz (1909-2002) - urodzona w Wilnie, córka dyrygenta Emila Młynarskiego, w młodości studiowała taniec w Dreźnie, od 1932 żona Artura Rubinsteina. Z tego małżeństwa przyszło na świat czworo dzieci: Ewa (ur. 1933), Paweł (ur. 1935), Alina (ur. 1944) i John (ur. 1946). ], we wspaniałych salonach Excelsioru roztoczył przede mną swój program życiowy, który polega na stworzeniu sobie własnego, zamkniętego świata swojego artyzmu. Mówię mu, że niestety ten świat może łatwo pęknąć jak bańka mydlana, ale on jakoś tego nie przyjmuje do wiadomości.

Jeszcze w samochodzie po drodze do nieznanej mi restauracji Nela zwraca się do mnie z prośbą o zabranie do Polski trochę ciepłej bielizny dla ich dawnej służącej, słynnej Barbarki, która, chociaż pochodzi z Litwy, mieszka teraz w Kielcach. Odpowiadam, że uczynię to z największą przyjemnością, zwłaszcza że mam kuferek pustawy. Co prawda, dodaję, Hania mi dała olbrzymią listę sprawunków, ale mowy nie ma o kupieniu tego wszystkiego, bo tu bardzo drogo, a ja mam mało pieniędzy.

Zajeżdżamy do restauracji. Artur odgrywa całe wejście jak Junosza w roli Batorego *[Kazimierz Junosza-Stępowski, właśc. K. Stępowski, pseud. Junosza (1880 - 1943) - aktor, występował w teatrach w Poznaniu, Łodzi i Krakowie, od 1912 w teatrach warszawskich: Polskim, Małym, Rozmaitości i Narodowym; jeden z czołowych przedstawicieli aktorstwa realistycznego polegającego na starannym opracowaniu szczegółów wyglądu i zachowania postaci przy jednoczesnej głębokiej analizie psychologicznej; odtwórca ról w repertuarze klasycznym i współczesnym, a także ról filmowych. Grał króla Stefana Batorego w sztuce Samuel Zborowski Ferdynanda Goetla, wystawionej w Teatrze Polskim w Warszawie, w reżyserii Leona Schillera; premiera: 4 kwietnia 1929.]. Wszystko się kwapi koło niego i lokaje całym szeregiem kłaniają się w pas. Sam maitre d'hotel czy może nawet właściciel zjawia się z czołobitnością. Artur nie podaje mu ręki. Restauracja nieduża, ale widać, że wspaniała i piekielnie droga. Pośrodku olbrzymi gerydon *[fr. gueridon - w XIX w.: mały, lekki stolik śniadaniowy, na kwiaty itp.] obłożony najpiękniejszymi owocami, jarzynami, ciastami i słodyczami. Specjalna taca markowych ryb skomponowana artystycznie jak holenderski obraz: ryby złote, srebrne, czerwone, wspaniale "upozowane". Siadamy przy stole, ja między Nelą i Arturem, Ewa *[Ewa Rubinstein (ur. 1933) - tancerka i aktorka, w 1956 roku wyszła za mąż za pastora Williama Sloane'a Coffina, z którym miała troje dzieci. Po rozwodzie w 1968 roku zajęła się fotografią. ] naprzeciwko mnie.

Zaczyna się ceremoniał zamawiania śniadania. Artur podsuwa mi pomysły najdroższych potraw. Trochę mnie to irytuje, ale ostatecznie zgadzam się. Chcesz, to masz. Zaczyna się od langusty.

- Potem tu są doskonałe kotlety z indyka z truflami. Czy pan lubi tutejsze trufle?

- Nigdy nie jadłem. Trufle jadłem parę razy w Paryżu...

- Nie, nie, to są zupełnie inne trufle, ciemne, o mocnym zapachu.

- Dobrze, niech będą trufle.

Sam Artur zamawia sobie spaghetti, zwyczajne, ale z jakimś niezwykłym sosem, bez pomidorów. Podają mu rzeczywiście jakiś sos, który na sto mil zalatuje pomidorami.

- Czy to na pewno bez pomidorów? - pyta Artur.

- Na pewno - wmawia w niego sam gospodarz, polewając obficie spaghetti pomidorowym sosem.

Wjeżdża moja wspaniała langusta. Do tego każą podać białe wino sieneńskie. Rzeczywiście dobre.

Obiad się ożywia. Opowiadam dużo o Warszawie, widzę, że Ewa śledzi każde moje słowo. Potem rozmowa schodzi na dzieci - ja opowiadam dużo o moich wnukach, oni pokazują fotografie dwojga młodszych: Aliny i Jasia (Johny) *[Alina i John - najmłodsze dzieci Artura i Neli Rubinsteinów; Alina (ur. 1944) została psychiatrą, John (ur. 1946) - aktorem i kompozytorem.]. Podaję parę anegdot o Maćku i Anusi *[Maciej Włodek (ur. 1945) i Anna Włodek (ur. 1946) - dzieci starszej córki Iwaszkiewicza, Marii, z jej pierwszego małżeństwa ze Stanisławem Włodkiem.]. Nela pokazuje mi fotografię dzieci przy telewizji, bardzo się tym zachwycają.

- Widzi pan (dopiero pod koniec obiadu przypomniała sobie, że jesteśmy od czasów warszawskich per ty), to jest telewizja. Na tym ekranie można zobaczyć wszystko...

Oczywiście wiem, jak wygląda ekran telewizji. Ale w tej chwili zagapiłem się.

- Taki duży ekran - powiadam wskazując na fotografię - to rzeczywiście...

- Nie, nie - mówi Nela, to jest obraz Vlamincka *[Maurice de Vlaminck (1876-1958) - francuski malarz, grafik i ilustrator, jeden z głównych przedstawicieli fowizmu. W 1926 roku w Paryżu Iwaszkiewicz dostał od pisarki Aurelii Wyleżyńskiej (1889-1944) cykl autolitografii Vlamincka do Diable au corps (1923) Raymonda Radigueta (wyd. pol. Diabeł wcielony, 1925). W zbiorach Muzeum w Stawisku nie zachowały się owe autolitografie.], wiszący nad aparatem, telewizja to ten mały ekran przy aparacie radiowym.

Biedny ubogi krewny, nic nie wie.

Podają kotlet z indyka, na nim warstewka stopionego sera, i wszystko posypane brązową warstwą krajanych trufli, mocno pachnących jodoformem. Do tego półmiseczek młodego groszku. Proponują mi sałatę. Zgadzam się.

Wtedy podjeżdża cały stół na kółkach a na nim kryształowe salaterki z rozmaitymi sałatami: zielona, cykoria, pomidory, pomidory zielone, pieprz tatarski cienko krajany, selery, rzodkiewki. Przyrządzają mi na mój wybór wszystko przed oczami w olbrzymią porcję sałaty mieszanej. Tak zajęty jestem rozmową, że nawet nie wiem, jak to wszystko smakuje.

Potem przysuwają stolik ze słodyczami. Artur wybiera za mnie kawałek jakiegoś tortu z kremem czy sufletem na wierzchu.

Wino ze Sieny działa. Oboje przypominają sobie, że jesteśmy na ty (co do Artura to nieprawda, więc wznawiam bruderszaft) i dalszy ciąg obiadu idzie już w tym tonie.

Nagle przy kawie Nela powiada:

- Daj no ten spis sprawunków swojej żony, zobaczymy, o co tam chodzi...

- Nie mam go przy sobie.

- Ale masz, masz, pokaż. Postaram się go spełnić.

- Moja droga, naprawdę nie trzeba. Przecież coś może sam kupię - a jak czego nie dostanę, to obejdzie się...

- Ale co tam jest?

- No, jakieś rozmaite głupstwa: lipstick *[Lipstick (ang.) - pomadka do ust.], lakier różowy do paznokci, perfumy, arc-en-cil...

- Arc-en-ciel. Co to jest?

- Arc-en-cil, nie arc-en-ciel *[Gra słów w języku francuskim: arc-en-cil - tusz do rzęs; arc-en-ciel - tęcza.], to podobno najlepszy francuski kosmetyk do rzęs.

- Najlepsze kosmetyki są teraz amerykańskie - pada bezapelacyjny wyrok.

Znowu gafa: biedny prowincjał uważa jeszcze francuskie kosmetyki za najlepsze. Nela rozpytuje jeszcze, jaki ma być ten lakier.

Wino działa, jestem w dobrym humorze, więc myślę, że można sprawy stawiać po przyjacielsku. Nie myślę, abym miał do czynienia z oschłymi sercami.

- Jeżeli chcecie mi zrobić przyjemność - powiadam - to nie o te kosmetyki chodzi. Kupcie mi jakiś drobiazg dla moich wnuków.

- Jak to - pyta Nela - przecież mówiłeś, że twoja córka z wnukami jest w Kanadzie?

To znaczy, że wszystko co przed chwilą opowiadałem, wypuściła już prawem uchem, bo mówiłem na lewe. Trochę mi jest przykro i wyjaśniając sprawę staram się wycofać z przyjacielskiej propozycji.

Ale Artur ma swój punkt honoru, pyta w jakim wieku są dzieci. Niechętnie objaśniam. Po tym przykrym dla mnie incydencie rozmowa znowu się ożywia. Dowiaduję się, że w styczniu Rubinsteinowie wydają bal w Washingtonie na czterysta osób jako pierwszy występ Ewy "w świecie". Już ma na ten dzień suknię od Diora. Dawniej była to "suknia od Wortha", potem suknia "od Lanvin" *[Lanvin - najstarszy paryski dom mody założony przez Jeanne Lanvin w 1889 roku.] (za "moich czasów), teraz "suknia od Diora". Potem dowiedziałem się, że Nela w Rzymie zrobiła sobie dziesięć toalet. Tu jej wypada taniej.

W dalszym ciągu rozmowa idzie w przyjacielskim tonie. Ewa na chwilę wychodzi, Nela mówi o niej, że jest strasznie niezaradna i powinna dostać dobrze po łbie, aby nauczyć się żyć.

- Wiesz, moja droga - mówię - nigdy nie trzeba o to prosić Boga. Dać tylko dzieciom, co tylko można najlepszego, a życie samo im da po łbie w ten czy inny sposób. Nie każdy jest Arturem, o którym Tomasz Mann napisał, że to jest najszczęśliwszy człowiek, jakiego spotkał na świecie *["Obserwowanie życia tego szczęśliwego wirtuoza miało i dotąd ma dla mnie coś po prostu orzeźwiającego. Powszechnie podziwiany i wysławiany talent, który igra jedynie z trudnościami, cudowny dom, niespożyte zdrowie, pieniędzy, ile zechce, zmysłowo-intelektualne zadowolenie z pięknych zbiorów, cennych obrazów i książek - wszystko składa się na to, aby uczynić go jednym z najszczęśliwszych ludzi, z jakimi się w życiu spotkałem" (T. Mann, Jak powstał "Doktor Faustus", przeł. M. Kurecka, w: tenże, O sobie. Wybór pism autobiograficznych, Warszawa 1971, s. 180-181). Jak pisze Artur Rubinstein w książce Moje długie życie, Tomasz Mann nigdy nie opuszczał jego koncertów, często także bywał gościem w jego domu. Mann nawiązał kontakty towarzyskie z Rubinsteinem i jego rodziną w okresie pisania powieści Doktor Faustus, czyli w latach 1943-47.].

W tym tonie kończy się śniadanie. Pożegnanie jest niezwykle serdeczne. Nie myślę już wcale o moich gafach.

Nazajutrz zjawia się Ewa. Ponieważ w bibliotece nikogo nie ma, sam otwieram drzwi. Ewa podaje mi jakieś paczki.

- To jest dla Barbarki - mówi łamaną polszczyzną - a to zabawki dla dzieci. A to dla pana żony. Lakieru do paznokci mama nie mogła znaleźć...

Dziękuję serdecznie i żegnam się. Idę do swojego pokoju i rozwijam paczki. Dla dzieci dość wspaniałe (nie za bardzo) rzeczy, ale tak banalne, bez serca wybrane: dla Maćka samochód (taki sam, jaki już ma od Teresy), dla Anusi lalka. Dla Hani dwa lipsticki i czernidło do rzęs. O perfumach oczywiście mowy nie było, a lakieru nie mogła znaleźć.

Jakie szczęście, że już ten lakier kupiłem w pierwszym lepszym sklepie na Corso.

 

23 listopada 1951

Wizyta u Benedetta Croce

Przejeżdżamy autobusem przez cały Neapol i znajdujemy się w jakiejś nieznanej dla mnie dzielnicy, dość wysoko w górze. Jedno dla mnie jest jasne, że to jest stara część miasta. Mijamy trójkątny plac z barokowym monumentem i odnajdujemy wąską, ożywioną uliczkę. Jedną jej stronę zajmuje stare, ciężkie, czarne pałacysko, całkiem nieoświetlone. Tam właśnie mieszka Croce.

Po szerokich i płaskich renesansowych schodach drapiemy się na bardzo wysokie drugie piętro. Po drodze dowiaduję się, że samego Crocego nie zobaczę. Nie wychodzi on już ze swojego pokoju i tylko rzadko kogo przyjmuje u siebie. Ma on obecnie osiemdziesiąt sześć lat i chociaż umysł jego pozostał zupełnie jasny, rozmowa, a zwłaszcza z cudzoziemcami, męczy go bardzo. Croce ożenił się późno z jedną ze swoich uczennic i mimo podeszłego wieku ma cztery młode córki. Trzy z nich mieszkają z nim razem lub w Neapolu i stanowią najbliższy sztab współpracowniczek wielkiego uczonego. Są jego sekretarkami, maszynistkami, urzędniczkami, a przede wszystkim czcicielkami. Otwiera nam drzwi stara służąca i odbiera od nas okrycia. Mieszkanie wydaje się olbrzymie i zajmuje całe piętro ponurego pałacu. Pokoje są duże i wysokie i światła wydają się czy są przyćmione. Ma się wrażenie przygnębiającego półmroku. W pokojach, przez które przechodzimy, stoją olbrzymie szafy pełne zakurzonych książek. W jednym z tych pokojów pod kątem do siebie stoją dwie czarne szafy różne od innych. Rena pokazuje mi je i mówi, że to są wszystko dzieła Crocego - "pana senatora", jak się mówi w domu - oryginały i przekłady na języki obce. Napisał całą bibliotekę. Przede wszystkim zaczął od historii, on pierwszy że tak powiem "postawił na nogi" historię Neapolu i to mnie właśnie tu sprowadza w związku z moimi pomysłami powieściowymi. Czytałem już w Rzymie Uomini e cose delia vecchia Italia, dwa tomy znakomitych esejów, w znacznej mierze historii Neapolu poświęconych. Poza tym ma Historię Neapolu, którą czytałem, Historią Republiki Partenopejskiej, co mnie głównie interesuje, album ilustracji dotyczących rewolucji neapolitańskiej, wygnania Burbonów, itd., itd. Potem dopiero przeszedł do tej swojej filozofii, starając się stworzyć coś w rodzaju syntezy wiedzy i filozofii europejskiej. Olbrzymia erudycja, światopogląd typowy dla dziewiętnastowiecznego liberała, pracowitość i sumienność: wreszcie wspaniałe, ale to wręcz wspaniałe rzemiosło pisarskie składają się na sylwetkę tego człowieka i twórcy. W zmurszałym zamku neapolitańskim, w przyćmionym mieszkaniu, olbrzymim i pełnym cieniów rzucanych przez secesyjne graty, z ciemnymi obrazami - niekoniecznie starymi - na ścianach, przytłoczony masą zakurzonych książek, staje mi się on symbolem starej, przemijającej, rozsypującej się już kultury europejskiej.

Rena uprzedza mnie, że w tym domu panuje wielkie skąpstwo i że gościom podają kiepskie cinzano i więcej nic.

Witają nas zrazu dwie córki Crocego. Jedna z nich jest mężatką i mieszka w Neapolu. Druga, najmłodsza, Silvia jest panną lat około dwudziestu ośmiu, bardzo miła. Marzeniem Reny jest, aby Kocik się z nią ożenił i błaga mnie, abym Kocikowi powiedział, że ona mi się podoba. Niestety Silvia jest bardzo brzydka i nie mogę dać słowa honoru, że będę chwalił jej urodę. Po chwili zjawia się mąż starszej córki.

Stara służąca przynosi jednak nie cinzano, ale herbatę, ciastka i doskonałe cukierki. Rena rzuca na mnie wzrok porozumiewawczy, że to niby na moją cześć odstępowanie od zasad "przyjęciowych". Wjeżdża jednak i wermut, moim zdaniem wcale nie taki kiepski, ale ja się na tym nie znam.

Oczywiście od razu rozumiem, że jestem tu pewnego rodzaju curiosum, człowiek zza żelaznej kurtyny! Rozmowa toczy się po francusku, chociaż obie panie twierdzą, że francuszczyzna ich zardzewiała. Rzeczywiście ja mówię (nie mówiąc już o Renie) lepiej od nich. Staram się jednak przez uprzejmość wtrącać wyrazy i całe zdania po włosku, aby wywołać odpowiedzi włoskie, aby nie tylko ułatwić konwersację, ale aby umożliwić obu paniom Croce mówienie rzeczy bardziej interesujących, niż się mówi w niedostatecznie opanowanym języku.

Zjawia się wreszcie trzecia panna Croce, Alda. Właściwie już nie jest panną Croce, gdyż kiedyś tam wyszła za mąż (jest starsza od Silvi), ale była bardzo niedługo mężatką. Porzuciła męża i wróciła do ojca, widocznie nie mogła wyżyć poza cieniem tego wielkiego człowieka. Alda jest najbardziej interesująca, najinteligentniejsza, ale widać, że ta jest całkowicie wyssana z indywidualności przez potężną osobowość ojca. Wszystkie trzy wymawiają słowo "papa" w sposób specjalny, ale u niej nabiera ono takiego znaczenia, w jakim wierzący prałat używa słowa "Bóg". Bo to i przyjaciel, i bliski znajomy, i ten przed czyim ołtarzem odprawia się mszę i którego się jest najbliższym krewnym - a poza tym wszystkim "wielki pan" i stworzyciel świata. Alda podoba mi się najbardziej.

Oczywiście strasznie się interesują sytuacją w Polsce i moją osobą na tym tle. Widzę od razu, że moja postać, moja francuszczyzna, moja kultura, moja erudycja (wiem, na przykład, dość dużo o historii Neapolu i rewolucji neapolitańskiej) zaczynają je bardzo interesować. Naturalnie ja sam najlepiej się orientuję, jakie to jest wszystko powierzchowne, ale również wiem, że zawsze robię dobry efekt za pierwszym spotkaniem. A ponieważ one już nie będą się mogły rozczarowywać (jak inni) przy następnych spotkaniach, więc chyba pozostawię im dobre wspomnienie. Bardzo mi o to chodzi, nie ze względu na Polskę Ludową, ale po prostu na Polskę, którą bądź co bądź reprezentuję.

Mówię bez zahamowań o mojej pracy w Polsce, o odbudowie Warszawy, potrącam o wspomnienia okupacyjne. Korzystam z tego, że Rena wychodzi na chwilę do miasta po jakiś sprawunek, aby poruszyć z tymi paniami kwestię nicości emigracji. One zdają sobie z tego sprawę. (Croce nie emigrował w epoce faszyzmu - chociaż mógł się spodziewać prześladowań). Zdają się aprobować moją teorię potrzeby przeżywania z narodem wszystkich jego losów i możliwości pomnażania jego kultury tylko wewnątrz jego granic. W pewnym momencie ktoś wzywa Aldę, ona zrywa się natychmiast i żegna się ze mną:

- Il faut que je travaille. Papa m 'appelle *[(fr.) - Muszę iść do pracy. Papa mnie wzywa.].

To papa m 'appelle brzmi jak rozkaz kategoryczny i na który nie ma rady. Wychodzi.

Po wyjściu Aldy siedzę długo, bo Rena nie wraca z miasta, a ja bym nawet nie wiedział, jak ruszyć się po wyjściu z czarnego pałacu. Zresztą rozmowa ani chwili nie ustaje i jest wciąż ożywiona. Próbuję nawet mówić jakieś dowcipy po włosku.

Przychodzi jeszcze jakiś pan, dość zabawny. Zdaje się, że to jest dawny służący Crocych, który był wyjechał do Ameryki, a teraz nieco opierzony wrócił do Neapolu na stałe i przyszedł odwiedzić swoich dawnych chlebodawców. Oczywiście rozmowa z nim schodzi na sprawy całkiem potoczne, zdrowie dzieci, pogodę, klimat, sprawy mieszkaniowe. Mówi się też wyłącznie po włosku.

Mnie to nie nudzi. Obserwuję zachowanie się tych pań. Ogromnie lubię włoskie kobiety. Mają swój specjalny miły styl, swobodny i wyrobiony, bez francuskiego poloru tak strasznie powierzchownego, bez tego co mają paryżanki, które cokolwiek by mówiły, zawsze się zdaje, że to jest tylko przedłużone comment allez-vous? *[(fr.) - Jak się pan(i) miewa?] i nie wymaga żadnej odpowiedzi. Tę łagodną uprzejmość i prostotę konwersacji zauważyłem już u de Sanctisowej. Tutaj oczywiście wzmożone to jest przez dużą kulturę, wykształcenie i inteligencję. Wszystkie trzy córki mimo wszystko, mimo swego fizycznego zdrowia i silnych głosów, robią na mnie wrażenie wyrosłych w cieniu wielkiego dębu wątłych kwiatów.

Panie pokazują mi książki ojca i album dotyczące rewolucji 1799 roku. Proponują mi, abym korzystał z ich biblioteki, co oczywiście jest niemożliwe, bo wyjeżdżam za dzień: trochę się dziwią mojej lekkomyślności, że chcę pisać o Neapolu po jednodniowej w nim wizycie i widać wymagają ode mnie ojcowskiej Gründlichkeit *[(niem.) - dokładność, skrupulatność.]. Nie mogę im wytłumaczyć, że czasami takie jedno ogólne wrażenie jest dla pisarza ważniejsze niż długotygodniowe studia. Conrad napisał Nostromo *[Nostromo (1904) - powieść polityczna Josepha Conrada] po jednodniowym postoju w porcie Wenezueli, a cóż to za synteza znakomita Południowej Ameryki i sił ścierających się na tym gruncie. One mnie wciąż namawiają na zwiedzanie bibliotek i muzeów, czego w gruncie rzeczy nienawidzę. Inna rzecz, że powinienem zwiedzić to muzeum na górze w Castel Sant'Elmo, rodzaj Musee Carnavalet. W takim muzeum czasem jeden szczegół, jeden przedmiot może zapłodnić myśl, jak ta suknia George Sand w czarne kłosy na białym tle, jaką właśnie w Musee Carnavalet widziałem. Ale chyba nie będę miał czasu.

Wreszcie wraca Rena. Wybieramy się już do domu, wizyta trwa około dwóch godzin. Kiedy jesteśmy już w przedpokoju, nagle Silvia się pyta: "Może by pan chciał zobaczyć mojego ojca?". Odpowiadam, że byłoby to dla mnie szczęściem prawdziwym.

Silvia puka do przyległych drzwi i potem mnie wpuszcza do wielkiego, mocno nagrzanego pokoju oświetlonego tylko lampą stojącą na biurku. Ściany tego pokoju okryte półkami pełnymi książek, jakieś czarne obrazy. Z jednej strony biurka siedzi Alda, notując coś, i jakiś młody ksiądz w sutannie. Maszynistka pisze na boku. Z drugiej strony niewielkiego biurka siedzi - Benedetto Croce.

Jest to ciemna wielka góra. Masa ciała ludzkiego, która robi wrażenie czegoś porośniętego pleśnią. Wielka, olbrzymia głowa pokryta brązowymi łuskami na skutek jakiejś choroby skóry. Małe oczy zwracają się na mnie, jak gdyby przychodziły z jakiejś dalekiej odległości, jakby odrywały się od kontemplacji nieskończoności.

Silvia przedstawia mnie w kilku uprzejmych słowach. Croce, nie wstając od biurka, nie poruszając swej góry ciała, podaje mi rękę.

Jest w powieści, którą napisał Johannes V. Jensen, Upadek króla *[Johannes Vilhelm Jensen (1873-1950) - pisarz duński, najwybitniejszy przedstawiciel tzw. realizmu jutlandzkiego - prądu w literaturze duńskiej przełomu XIX i XX w., inspirowanego tradycją lokalną, wyróżniającego się tematyką chłopską i zaangażowaniem w sprawy wsi. W 1944 roku otrzymał Nagrodę Nobla. Upadek króla (1900-1901) to pierwsza powieść, którą Iwaszkiewicz przeczytał po duńsku, co miało miejsce w tym czasie, gdy pisał swoją powieść historyczną Czerwone tarcze (1934).], taka scena, kiedy za sklepem czarodzieja i astrologa, zresztą robiącego dobre interesa, znajdują człowieka potwora, który jest właściwym spiritus movens *[(łac.) - główny sprawca, dosł. "duch poruszający".] czynności astrologa i wróżbity. Potwór ten stanowi tylko olbrzymią głowę, potężny mózg, do którego doczepiony jest bezkostny tułów.

Miałem wrażenie, patrząc na Benedetta Croce, że widzę owego duńskiego człowieka - mózga. Porośnięty mchem, okryty łuskami jak wąż, mędrzec siedział w kształcie ropuchy przed biurkiem, coś dyktując. Ale na mnie robił wrażenie owada wysysającego krew z Aldy i młodego księdza.

Zwrócił się do mnie z kilkoma banalnymi pytaniami. Głos jego (mówił po francusku) także jak gdyby dolatywał z wielkiej odległości.

Spytał mnie: czy dawno przyjechałem? Czy na długo? Jakim środkiem komunikacji? I czy wracam do Polski?

Na moją twierdzącą odpowiedź na to ostatnie pytanie w jego wężych, głęboko osadzonych oczach, zamigotało coś w rodzaju starczego niepokoju. Z głębi jego ciała wydobył się głuchy odgłos:

- No, a jakże wy sobie dajecie radę? Kłopot macie z tą Rosją...

O ile na poprzednie pytania odpowiedziałem z wielką precyzją i dość głośno, tutaj wybełkotałem jakieś niewyraźne zdania:

- Że niby i owszem... dajemy sobie radę... że socjalizm... itd.

Po spojrzeniu Aldy zrozumiałem, że audiencja jest skończona. Znowu głęboko się skłoniłem i trzymając w ręku olbrzymią i szorstką łapę "ostatniego Europejczyka" powiedziałem:

- Dziękuję panu za prawdziwy honor i szczęście, że mogłem uścisnąć dłoń pańską.

Potem zacząłem się wycofywać tyłem jak na audiencji u koronowanej głowy. Przy drzwiach gabinetu dopadła mnie jeszcze Alda w towarzystwie księdza, aby mi powiedzieć, jaką przyjemnością dla niej i dla jej ojca były moje odwiedziny i na zakończenie rzec serdecznie i po prostu "do widzenia".

Silvia odprowadziła nas do drzwi wyjściowych. W drodze przez pustawe już o tej porze ulice i place Neapolu mówiłem raczej sam do siebie niż do Reny:

- Wielki, postępowy człowiek! Senator! Napisał całą bibliotekę książek. Antyklerykał i pewnie mason, wchłonął całą wiedzę europejską, poznał całą kulturę zamierającego kontynentu... I zadaje takie pytanie: jak radzicie sobie z Rosją? Pojęcia o tym nie ma. Nie wie nic, co to jest Rosja, co to jest komunizm, co to jest droga do socjalizmu... nie rozumie nic z najistotniejszych zagadnień kontynentu europejskiego w ostatnim półwieczu. I jak gasnące słońce siedzi potworny za swoim biurkiem i dyktuje ostatnie europejskie słowa córkom, z których wypompował wszystkie soki życia.

 

Warszawa, Sejm 10 stycznia 1955

Każda epoka ma swój styl, nawet w drobiazgach i w innej epoce nie można pewnych rzeczy realizować. Mogłem w maju 1936 roku chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada u Bazylianów w Wilnie. Była cudowna noc z księżycem i słowikami. Rzecz nie do pomyślenia w roku 1824 ani 1954. Gdzie teraz Mickiewicz? Gdzie Miłosz, a gdzie Iwaszkiewicz? Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Karczmy Babińskie.

*["W maju roku 1936 pojechałem do Wilna na wieczór autorski. Zostałem w Wilnie na parą dni, mieszkałem u Bazylianów, prawie cały czas spędziłem z Czesiem Miłoszem. Umówiliśmy się na wycieczkę do Trok i na Jezioro Trockie. Miłosz pojechał wcześniej, a ja późniejszym pociągiem. Kiedy przyjechałem, Miłosz mi powiedział, że wszystko gotowe i łódka żaglowa do jazdy po jeziorze przygotowana.

- Tutaj jest taki jeden student, a właściwie to on już skończył uniwersytet, taki młody chłopak, on będzie prowadził łódkę i wiosłował, jeżeli będzie potrzeba. A my sobie będziemy gadali.

Rzeczywiście nad jeziorem czekał na nas wysmukły młodzieniec, miłej powierzchowności. Był skromnie ubrany, a koszulę na plecach miał rozdartą.

- Widzisz, to ten facet - powiedział Miłosz - nie bój się, on zupełnie nieszkodliwy.

Młodzieniec podszedł do nas i przedstawił się:

- Putrament jestem" (J. Iwaszkiewicz, Marginalia, s. 53-54).

"Pewnego dnia - już jako doświadczony żeglarz - podejmowałem tam [w Trokach] Miłosza i... samego Iwaszkiewicza! Był to pierwszy z grupy Skamandra, którego poznałem. Zabawne: głosiłem wszem wobec swoją wrogość wobec «skamandryczenia» i jego przedstawicieli, a tymczasem poznanie jednego z nich przyjąłem jako niedwuznaczny zaszczyt. Iwaszkiewicz był zresztą bardzo miły, prosty, nie «stawiający się». Był z Miłoszem «na ty». [...] Pojeździliśmy sobie trochę wśród zielonych wysp, zjedliśmy kibiny, zagryźli karaimską chałwą. Iwaszkiewicz pojechał sobie. Przysłał mi potem Czerwone tarcze z miłą dedykacją" (J. Putrament, Pół wieku. Młodość, Warszawa 1961, s. 237-238).

 

Moskwa, 27 grudnia 1954

Oto już jest po zjeździe *[Chodzi o II Wszechzwiązkowy Zjazd Pisarzy Radzieckich, który obradował w dniach 15-24 grudnia 1954 r. Polska delegacja, w której skład wchodzili Jarosław Iwaszkiewicz, Henryk Markiewicz i Tadeusz Drewnowski, udała się do Moskwy 12 grudnia.], który mnie bardzo interesował, ale raczej trzeba uważać wszystko za nieudane. Z mojego punktu widzenia - oczywiście, bo co będzie za znaczenie zjazdu ogólne, tego na razie nie wiemy i wiedzieć nawet nie możemy. Za mało miałem kontaktów z pisarzami, mało się dowiedziałem o nich, nie byłem u nich. Erenburg *[Ilja G. Erenburg (1891-1967) - rosyjski pisarz i publicysta pochodzenia żydowskiego; znaczną część życia spędził za granicą, głównie jako korespondent czasopism; w głośnych powieściach (m.in. Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwanca, Paryż 1928, wyd. pol. ocenzurowane 1928, pełne 1957) ujawnił sceptycyzm wobec cywilizacji europejskiej i rewolucji w Rosji. Opublikował ponadto: Niezwykłe przygody Julia Jurenity i jego uczniów (1922, wyd. pol. 1924), Rwacz (1925, wyd. pol. 1929), Odwilż (t. 1-3 1954-56, wyd. pol. t. 1-2 1955-56); wydał także wspomnienia Ludzie, lata, życie (t. 1-6 1961-65, wyd. pol. 1961-84). Iwaszkiewicz poznał Erenburga w 1925 roku w Paryżu, potem spotykał się z nim wielokrotnie, m.in. przy okazji kongresów organizowanych w ramach światowego ruchu obrońców pokoju. Erenburg nieregularnie korespondował z Iwaszkiewiczem, był też jego gościem na Stawisku. Po śmierci Erenburga Iwaszkiewicz poświęcił mu szkic pt. Książki Erenburga, w którym napisał m.in.: "Erenburg był bardzo niezwykłym człowiekiem i zdaje mi się, że Jego indywidualność miała większe znaczenie, najpełniej się wyrażała w Jego publicystyce, w Jego przemówieniach, w Jego konferencjach prasowych, gdzie dawał ujście swemu temperamentowi, swemu dowcipowi i potrafił błysnąć swą ogromną i głęboką kulturą" (Ludzie i książki, s. 363).] na przykład zapraszał Pabla i Delię *[Delia del Carril (1884-1989) - malarka argentyńska, od 1943 roku żona Pabla Nerudy. Kiedy się poznali w 1934 roku, Delia miała 50 lat, a Neruda - 30. Małżeństwo rozpadło się w roku 1955.], mnie nie. Z Pablami - a raczej z Delią, bo z nim prawie nie ma kontaktu - także miałem mało sposobności do rozmowy. Dopiero wczoraj na wielkiej uczcie w Kremlu trochę się wyczuliłem z nią. Lubię ją bardzo i tak cenię to wszystko, co ona robi dla męża. Gdybym ja miał taką żonę! Tak samo rozczarowało mnie nieco spotkanie wymarzone z Paustowskim *[Konstantin Paustowski (1892-1968) - pisarz rosyjski. Wiele miejsca w swojej twórczości poświęcił Polsce (babka pisarza była Polką). Do jego najbardziej znanych utworów należą opowieść Kolchida (1934, wyd. pol. 1935) oraz epopeja autobiograficzna Opowieść o życiu, na którą składają się: Dalekie lata (1945, wyd. pol. 1948), Burzliwa młodość (1955, wyd. pol. 1956), Początek nieznanej ery (1958, wyd. pol. 1959), Czas wielkich oczekiwań (1959, wyd. pol. 1960), Skok na południe (1960, wyd. pol. 1962) oraz Księga wędrówek (1963, wyd. pol. 1968). Na II Zjeździe Pisarzy Radzieckich Iwaszkiewicz został mu przedstawiony przez Jadwigę Staniukowicz. "Spotkanie to było bardzo pamiętne - wspomina Iwaszkiewicz. - Rozmawialiśmy tylko raz jeden, ale zadziwiające było to, że nie potrzebowaliśmy oswajać się z sobą ani ze swoim słownictwem, ani ze sposobem wyrażania naszych myśli. Szło nam bardzo łatwo. Rozmawialiśmy o tym samym, o tych samych rzeczach" (J. Iwaszkiewicz, Konstanty Paustowski, "Twórczość" 1968, nr 9). Po spotkaniu w 1954 r. pisarze widywali się niejednokrotnie, Paustowski był także gościem Iwaszkiewicza w Stawisku w 1961 r.]. Tak bardzo go chciałem widzieć, ale on podobno nic o mnie nie wie, nie orientuje się, jakim jestem pisarzem, a trudno mu mówić na słowo, że dobrym; secundo, zdaje się bardzo schorowany, trzy miesiące leżał i wygląda znacznie starzej ode mnie; po trzecie, bardzo się już zrobił moskiewskim pisarzem i nie bardzo dąży do wspominania o swoim ukraińskim pochodzeniu, o Kijowie i o Białej Cerkwi. Rzuciłem okiem na tomik nowel, który mi ofiarował, same akwarelki bardzo jasne w tonacji, wszyscy są dobrzy i wszyscy szczęśliwi, i patriotyzm zbyt często brzmi jak nacjonalizm. Piękny szkic o Lermontowie *[Michaił J. Lermontow (1814-1841) - rosyjski poeta, dramatopisarz, prozaik; klasyk rosyjskiego poematu romantycznego; autor pierwszej rosyjskiej powieści psychologicznej Bohater naszych czasów (1840, wyd. pol. 1844). Swoją twórczością wywarł wielki wpływ na prozę rosyjską, m.in. przyspieszył rozwój realizmu psychologicznego w Rosji.] i Szczerbatowej. Mówił, że w Stawiszczu młyn holenderski na górze stoi, jak bym ja to chciał zobaczyć, on to widział w tym roku.

Wczoraj ten wielki obiad na Kremlu. Odczuwałem w bardzo przyjemny sposób wszystkimi porami ciała le succes. Zupełnie jak w Amsterdamie - to się czuje od razu, jeżeli się zrobiło dobre wrażenie. Z mojego przemówienia (powiedzmy to w największej dyskrecji, nie piszę tych notek do druku) jestem prawdziwie dumny. Postawiłem się jak Wielopolski - i zdobyłem szacunek. Ja jeden przemawiałem jak członek dużego, prawdziwego narodu, który prowadzi w tej chwili taką a nie inną politykę, ale jest oddzielnym, osobnym narodem *[Chodzi o przemówienie, które Iwaszkiewicz wygłosił 24 grudnia (wśród trzydziestu mówców zabrał głos jako piąty z kolei). W swoim przemówieniu odniósł się krytycznie do referatu Mikołaja Tichonowa, podkreślając, że literatura polska nie zawsze jest reprezentowana w Związku Radzieckim przez książki najlepsze i najbardziej dla niej charakterystyczne. O wystąpieniu Iwaszkiewicza napisał Tadeusz Drewnowski: "[...] podczas zjazdu zaimponował mi [Iwaszkiewicz] powtórnie, gdy ze swobodą, dyplomacją i stanowczością przemówił po referacie M. Tichonowa" (T. Drewnowski, Tyle hałasu - o nic?, Warszawa 1982, s. 159).]. Dlatego tak mnie uderzyło to, co powiedział mi Kotow: "wy dzierżali takuju samobytnuju riecz" *[(ros.) - Z pańskiego przemówienia przebijała taka niezależność.]. Właśnie, samobytną: sroce spod ogona nie wypadliśmy. I dlatego smutno mi, kiedy słyszę takie rzeczy, jakie mówi Drda *[Jan Drda (1915-1970) - czeski prozaik i dramatopisarz; autor m.in. popularnego dramatu Igraszki z diabłem (1945, wyd. pol. 1949), w latach 1946-56 prezes Związku Pisarzy Czechosłowackich.]. Że była przepowiednia, iż dopóty Czesi nie będą szczęśliwi, dopóki konie rosyjskie nie napiją się wody w Wełtawie... (to było podczas obiadu wydanego dla słowiańskich - a właściwie dla jugosłowiańskiej - delegacji). Surkow *[Aleksiej A. Surkow (1899-1983) - poeta rosyjski, członek Światowej Rady Pokoju, autor programowych wystąpień na zjazdach i konferencjach Związku Pisarzy Radzieckich, którego był wieloletnim sekretarzem generalnym. Najistotniejszą część jego twórczości stanowią wiersze wojenne, agitacyjne i patriotyczne.] mu z miejsca odpowiedział: już lepiej, żeby te nasze konie w cudzych rzekach wody nie pijały. I było przykro. A tak pięknie mówił potem w instytucie słowianowierienja o tym, co to jest "czeskość", jakie są cechy charakterystyczne narodu czeskiego, jak się formowały, skąd się wziął charakter chłopa czeskiego itd. Bardzo to było proste, prawdziwe i związane z krajem. Dlaczego on zawsze tak nie mówi? Z rządu najbardziej mi się podobał Mołotow *[Wiaczesław M. Mołotow, właśc. W. M. Skriabin (1890-1986) - polityk radziecki, ówczesny minister spraw zagranicznych. Od 1926 członek Biura Politycznego KC WKP(b), gorliwy realizator wielkiej czystki, w latach 1939-49 i 1953-57 minister spraw zagranicznych; negocjator sojuszu politycznego z Niemcami i sygnatariusz paktu Ribbentrop-Mołotow; w czasie wojny niemiecko-radzieckiej 1941-45 zastępca przewodniczącego Państwowej Komisji Obrony; negocjator układów sojuszniczych z Wielką Brytanią i USA w 1942 roku; zapoczątkował zimną wojnę w dyplomacji; od 1949 w niełasce u Stalina; w 1957 usunięty z władz partyjnych.]. Malenkow *[Gieorgij M. Malenkow (1902-1988) - polityk radziecki, od 1946 członek Biura Politycznego KC WKP(b); jeden z najaktywniejszych wykonawców stalinowskich czystek; w latach 1953-55 pełnił funkcję premiera; w 1957 został usunięty z władz partyjnych i państwowych.] jednak za brzydki. Z profilu ma ten perkaty nosek i nie robi wrażenia bardzo inteligentnego. Mołotow zaś bardzo. Nuda we wspaniałej sali św. Jerzego, wysokiej, całej z białego marmuru bez żadnego wyjątku, prócz sześciu olbrzymich złotych świeczników. Elsa Triolet, która koło mnie siedziała, ciągle mi mówiła: "Niech pan sobie wyobrazi, jak tu wyglądali oficerowie gwardii, kiedy tańczyli mazura! Ta sala stworzona dla mazura dla gwardzistów". Quelle idiote! *[(fr.) - Co za idiotka!] Aragon trzymał się cały wieczór z nią za rączkę. Naprawdę. Dosłownie. Dzisiaj już wyjeżdżamy. Kruczkowski *[Leon Kruczkowski (1900-1962) - dramatopisarz, prozaik, publicysta.] leżał cały czas w lecznicy. Bardzo nam dobrze było i z Markiewiczem *[Henryk Markiewicz (ur. 1922) - historyk i teoretyk literatury. W książce Mój życiorys polonistyczny z historią w tle zawarł krótką relację z II Zjazdu Pisarzy Radzieckich: "Ze Zjazdu Pisarzy (nie zabierałem na nim głosu) zapamiętałem bezpośredniość i urok osobisty Iwaszkiewicza, skontrastowany ze sztywnością Kruczkowskiego, oraz rozmowę z Wiktorem Woroszylskim i jego moskiewskimi kolegami o sprawie Berii i rozpoczynającej się walce z «kultem jednostki»" (H. Markiewicz, Mój życiorys polonistyczny z historią w tle. Rozmową z autorem uzupełniła Barbara N. Łopieńska, Kraków 2002, s. 120).], i z Drewnowskim *[Tadeusz Drewnowski (ur. 1926) - krytyk literacki, eseista, edytor], i z miłą, dobrą Jadzią Staniukowicz. Woroszylski *[Wiktor Woroszylski (1927-1996) - poeta, prozaik, eseista, tłumacz] i Czeszko *[Bohdan Czeszko uczestniczył w zjeździe jako korespondent "Trybuny Ludu".] (co za cham!) dopełnili towarzystwa. Urządziliśmy sobie wigilię w moim prywatnym pokoju (z kawiorem i szampanem), obdarowaliśmy się prezentami i składaliśmy sobie życzenia. Siedzieliśmy do trzeciej w nocy. Zupełnie było jak wigilia sybiraków u Malczewskiego *[J. Malczewski, Wigilia na Syberii (1892).]. Bardzo polubiłem tych moich chłopców - ciekawy jestem, czy oni mnie też? Z Jadzią zawarłem przyjaźń, to bardzo dobra dziewczyna. Czeszko jest Fredziem Goetlem Polski Ludowej.

 

Praga, 22 stycznia 1955

Zabrałem z sobą Journal Gide'a (1939-1949) bez wielkiej myśli, że będę to czytał, ale jakoś narzuciło mi się to i czytam już nieprzerwanie jednym ciągiem, bo to z dziennikiem to jak z czereśniami, póty się bierze jedną za drugą, póki się wszystkiego nie zje. Oczywiście - co tu dużo ukrywać - w dzienniku Gide'a pociąga mnie najwięcej to, co zbliża go do mnie, porównanie z moim losem i moimi przeżyciami, nawet z moim dziennikiem. Są pewne punkty styczności niewątpliwie, ale jakież olbrzymie różnice! On jest przede wszystkim autorem dziennika. Cała inna twórczość to detal w porównaniu z dziennikiem. Dla mnie dziennik jest raczej chwilowym od czasu do czasu notowaniem dla siebie przeżyć i myśli. Nigdy dla kogoś, dla czytelnika, nie pokazuję go przecież nawet Hani czy Jurkowi Lisowskiemu, czy Wiesiowi - i jeżeli nawet będzie kiedyś drukowany, to nigdy o tym nie myślę, nie piszę go do druku - jedynie i wyłącznie dla siebie. Gide cały czas w swoim dzienniku pozuje się dla innych. Piękne są czasem ustępy tego dziennika, wzruszające, a nawet po ludzku żałosne (wszystko, co dotyczy żony) - ale zawsze w nich chęć popisu - i ta sama pycha co u Tołstoja. Dlatego kochaneczek tak Tołstoja nie lubi i o jego pysze najwyraźniej powiada, a swojej nie widzi. I Tołstojowi, i Gide'owi zdaje się, że każde jego słowo jest takie strasznie ważne, i dla wszystkich ważne, że tyle od tej czy innej zapiski zależy - a przecież świat i ludzie przechodzą nad tymi zapiskami do porządku dziennego. Co innego zapis dla siebie samego, to jak szkice autoportretowe, które robi malarz sam dla siebie, aby widzieć jak kiedy wyglądał, jak van Gogh, który na pewno swoich autoportretów nie malował "dla kogoś" *[Vincent van Gogh (1853-1890) - malarz holenderski, najbardziej tragiczny artysta swojej epoki. Żył i tworzył w nędzy (za życia sprzedał zaledwie jeden obraz), trawiony szaleństwem. Zginął śmiercią samobójczą. W ciągu kilku najbardziej twórczych lat życia stworzył około trzydziestu autoportretów, na których w przejmujący sposób zarejestrował zmiany zachodzące na jego twarzy pod wpływem choroby i cierpienia.]. Zresztą dziennik Gide'a jest czymś tak staroświeckim, przestarzałym, choć chwilami nawet pełnym wdzięku, należy do zupełnie minionej epoki - i aż dziw mnie bierze, gdy nagle, raptem wymienia osoby, które i ja także znam, na przykład Sartre'a czy Erenburga, któremu zresztą nie żałuje złośliwości. Zadziwiający poza tym stosunek do żony (i żony do niego) - zupełnie nie rozumiem, chociaż mógłbym wiele dodać z własnego doświadczenia do doświadczeń Gide'a. Nie rozumiem ich miłości - która trwała wbrew samej sobie, sobie samej na przekór do końca życia obojga *[Andre Gide poślubił swoją kuzynkę Madeleine Rondeaux, do której żywił uczucie platoniczne. Małżeństwo zawarte 7 października 1895 pozostało nieskonsumowane za milczącym przyzwoleniem żony. Stabilne relacje małżonków zostały zburzone, kiedy Madeleine omyłkowo przeczytała adresowany do jej męża list od Henriego Gheona, z którego dowiedziała się o łączącej ich homoseksualnej relacji. Kolejny związek Gide'a - z siedemnastoletnim Markiem Allegretem - doprowadził do rozstania małżonków w 1918 roku. Madeleine spaliła wówczas wszystkie listy, które Gide pisał do niej w latach młodzieńczych. Dwudziestoletnią separację zakończyła śmierć Madeleine w roku 1938, którą Gide odczuł bardzo boleśnie.]. Moja miłość do Hani zupełnie inna, mimo wszystko jesteśmy sobie bliżsi, bardziej ufni i przyjacielscy. Wprawdzie Hania nie zbiera moich listów, nie chowa ich i nie segreguje - ale na pewno by ich nie spaliła. Facticite *[(fr.) - sztuczność.] kultury francuskiej i stosunków rodzinnych przejawia się i w tym nieharmonijnym, sztucznym, wysublimowanym stosunku. Gide ma szczerość - ale nie ma prostoty, naszej zwyczajnej prostoty. A bez tego, w tego typu stosunku nie można zrobić ani kroku. Zresztą ja Hani dałem dwoje dzieci i trzecie nienarodzone, najboleśniej przeze mnie każdej chwili życia odczuwane, to które nas oddzieliło. Ale to wielki łącznik: dzieci (skąd się wzięła Catherine Gide, nie wiadomo *[Catherine Gide (ur. 1923) - córka Gide'a i Elisabeth van Rysselberghe, którą Gide znał od dzieciństwa. Do 1939 roku, kiedy Gide oficjalnie uznał Catherine za swoją córkę, podawał się za jej ojca chrzestnego.] ). I wielkie bogactwo. Myślę, że nie mógłbym nigdy w życiu, nawet w chwili największej depresji, powiedzieć jak Gide: ach, po co się ożeniłem. Mam wrażenie, że to jedyny rozsądny krok, jaki w życiu zrobiłem, to ożenienie się z Hanią. Cierpiałem - i jak strasznie - ale tym bardziej byłem do niej przywiązany. Nie, nie mógłbym jej tak traktować jak Gide swoją Madeleine. Gdybym zaś pisał o niej w dzienniku czy pamiętniku, nie nadawałbym jej innego imienia. W tym nazywaniu żony innym imieniem niż prawdziwe jest cała literackość Gide'a, cała papierowość jego przeżyć, przeżyć przeznaczonych dla dziennika - to znaczy dla potomności. Gide to wielki... literat.

 

7 kwietnia 1955

Od jakiegoś czasu ogarnęło mnie poważne zniechęcenie do wszystkich naszych matadorów politycznych; wydawało mi się zawsze, że są oni inteligentni i że dążą w sposób świadomy ku jakimś tam swoim celom, przy czym i ja mogę upiec swą pieczeń polskiej kultury. Niestety, w miarę jak staję się sam instytucją kulturalną, kiedy cała moja praca nabiera znaczenia, przekonuję się, że to wszystko są osły, nie bardzo świadome nawet tego, czego sami chcą. Ostatnie moje rozmowy z Dłuskim czy z Pawłem Hoffmanem *[Paweł Hoffman (1903-1978) - działacz polityczno-kulturalny, publicysta; redaktor naczelny "Kuźnicy" (1948-50), następnie "Nowej Kultury" (1950-55 z przerwami). W latach 1950-55 kierownik Wydziału Kultury KC PZPR. Tłumacz dzieł Karola Marksa.] mogą najbardziej zahartowane w naszej rzeczywistości nerwy przyprawić o rozstrój. Ciasnota umysłu, ciemnota - niemożność spojrzenia w oczy żadnemu zagadnieniu, bawienie [się] w ciuciubabkę z samym sobą (inaczej pewnych myśli tych panów objaśnić nie mogę), oto są najmniejsze ich przewiny. Czasami ogarnia wstyd, że się jednak w ich towarzystwie występuje. Ostatni III kongres krajowy pokoju *[W dniach 3-6 kwietnia 1955 odbywał się w Warszawie III Ogólnopolski Kongres Obrońców Pokoju, na którym Jarosław Iwaszkiewicz został ponownie wybrany na przewodniczącego PKOP (funkcję tę pełnił od czasu II Ogólnopolskiego Kongresu Obrońców Pokoju, tj. od 30 listopada 1952). Obraz tego kongresu nakreślił Zygmunt Mycielski w swoim dzienniku, nie szczędząc Iwaszkiewiczowi krytycznych słów: "Jarosław dziś na zebraniu skrzeczał jak wyuczona do wyjmowania z wody ryba, głosem wyuczonej do okrzyków papugi. 1500 delegatów z całej Polski klaskało ospale. Filmowcy chrzęścili, jupitery się zapalały, oślepiając ziewających. Nikt w nic nie wierzył, przy bufetach w przerwie był ścisk. Na wielkich piersiach, u szeregu grubych kobiet, było pozawieszanych mnóstwo medali. Dwóch marynarzy trzymało się za ręce w wydekoltowanych, galowych mundurkach. Dominik Horodyński uśmiechał się jak zawsze. Maria Dąbrowska siedziała zrezygnowana w prezydium, pod liściem laurowym i hasłem - że nie dopuścimy do broni masowej zagłady" (Zygmunt Mycielski, Dziennik 1950-1959, s. 69).] był czymś tak przeraźliwym jako pustka myśli i niewiedza, że przerażenie mnie ogarnia, gdy uprzytomnię sobie tę nieudolność. Czyżby Amerykanie mieli zwyciężyć? To by było potworne - i znowu wszystko od początku, jak w tej dżungli. Wszystko co się zdobyło (mimo wszystko), zapadłoby się w przepaść nicości? I znowu ci potworni Polacy sprzed wojny, Beckowie *[Józef Beck (1894-1944) - polityk, pułkownik; jeden z najbardziej zaufanych współpracowników Józefa Piłsudskiego, współorganizator przewrotu majowego w 1926 roku; w latach 1932-39 minister spraw zagranicznych; realizator koncepcji polityki zagranicznej Piłsudskiego - zakładał jej oparcie na równowadze między Niemcami a ZSRR (dążył do zachowania z nimi równorzędnie poprawnych stosunków), odrzucał udział w układach zbiorowych jako krępujący politykę polską; 17/18 września 1939 ewakuował się wraz z rządem do Rumunii, gdzie został internowany.] i Wieniawowie, których tak nienawidziłem? I nie wiem, co gorsze: Dłuski czy Wieniawa? Paweł Hoffman się nie liczy - to wariat. Ale przy tym on właśnie ma robić polską kulturę. I przy nich wszystkich Sokorski *[Włodzimierz Sokorski (1908-1999) - działacz komunistyczny, członek PPR i PZPR; w latach 1952-56 minister kultury i sztuki; propagator realizmu socjalistycznego. Od 1956 do 1972 pełnił funkcję przewodniczącego Komitetu ds. Radia i Telewizji; był redaktorem naczelnym "Miesięcznika Literackiego" ukazującego się w latach 1966-90. Wydał m.in. zbiór artykułów Sztuka w walce o socjalizm (1950), opowiadania Okruchy (1961), powieść Kroki (1978) oraz wspomnienia pt. Notatki (1975).] - luminarz. Dlatego może go lubię, że cynik i wydrwiwiatr. Sam mi powiedział kiedyś: "Ja przecież nieraz rozmawiałem z Panufnikiem szczerze, przecież on wiedział, co ja myślę, a nie to, co ja mówię...". I mimo wszystko czuje się pod tą chamską skórą jakąś miłość naszej kultury, jakąś chęć zrobienia czegoś dla kraju. Gdy się człowiek nad tym zastanawia, serce mu krwawymi łzami płacze. Trudno tak strasznie!

 

Sandomierz, 20 maja 1955

Wczoraj drzemałem po obiedzie. Deszcz lał jak z cebra, było około szóstej po południu. Obudziłem się i leżałem na łóżku, przykryty pledem. Raptem, prawie bez pukania, zjawiła się u mnie młoda, przystojna kobieta w pelerynie od deszczu. I nie witając się, zaczęła mówić do mnie, tonem tragicznego monologu: że czytała mój Koncert Mendelssohna *[Właśc. Kwartet Mendelssohna.], że ona też musi mnie zapytać, co ma robić, że ma tajemnicę w życiu, która nie daje jej spokoju. Usiadła daleko [od] mojego łóżka i pyta: "Czy mogę już opowiadać?". Bardzo proszę! Okazuje się, że jej matka, będąc ciężko chorą, wyznała, że ona nie jest jej córką. Że kiedy była ostatni raz w ciąży (a miała już trzech synów), mąż jej zagroził, że  m u s i  mu urodzić córkę. Urodził się martwy syn. Wtedy położna babka zamieniła martwe dziecko z jakąś Żydówką, która urodziła córkę. I w ten sposób ona dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. Teraz jest już zamężna, ma dwoje dzieci (dziesięć i osiem lat!), ale nie może żyć z tą myślą, że ona nie wie, kto był jej rodzicami, to jej nie daje żyć, chce uciec od męża i dzieci albo popełnić samobójstwo. Zupełnie nie wygląda na obłąkaną, ani z wyglądu, ani ze sposobu mówienia, a jednak całe to opowiadanie wydaje mi się podejrzane. Matka jej nie umarła i teraz zaprzecza wszystkiemu, ale ona wie, że tak jest i nie może żyć z tą myślą. Poza tym jest jej strasznie tutaj, nie może wytrzymać w Sandomierzu, gdzie mieszka całe życie, nie wyjeżdżając nigdzie. Niedawno (ma dwadzieścia osiem lat!) była pierwszy raz w Warszawie, aby się poradzić u Żery *[Edmund Żera (1899-1993) - lekarz, profesor kardiologii. Od 1947 roku pracował w szpitalu ss. Elżbietanek, po przekształceniu oddziału kardiologicznego tego szpitala w Centrum Kształcenia Podyplomowego pracował w owym Centrum; od 1954 profesor nadzwyczajny, ordynator Oddziału Kardiologicznego Instytutu Doskonalenia i Specjalizacji Kadr Lekarskich. W późniejszym czasie - twórca ośrodka rehabilitacyjnego w Nałęczowie.], i była pierwszy raz w życiu na koncercie, w Filharmonii. To zrobiło na niej tak olbrzymie wrażenie, że po prostu straciła przytomność - a teraz żyje tym wspomnieniem. Napisała wiersz o tym koncercie... i chce mi go przeczytać. Proszę, że ja sam przeczytam sobie, niech mi zostawi. I oczywiście wychodzi na jaw cały brulion wierszy. Wiersze są nieudolne, ale tak wzruszające swoją bezpośredniością i szczerością. Ten o koncercie w Filharmonii - jakby troglodyta napisał, coś fenomenalnego. Jest też malutki wiersz o Pałacu Kultury:

Nikt jeszcze tak dumnie nie patrzył na chmury,

Nikt jeszcze głowy nie wzniósł tak wysoko,

Stoję i patrzę jak Pałac Kultury

Śle pozdrowienie obłokom,

Patrzę i myślę: ja taka malutka,

A on taki duży -

Ale ja się go nie lękam

Ja także będę tak piąć się ku górze.

I jeden taki rozczulający wiersz o Sandomierzu, rozpoczynający się dramatycznym pytaniem:

- Kiedyż zobaczą i kiedy uwierzę

Że jest coś na świecie poza Sandomierzem?

Albo inny:

O Sandomierzu pisać nie zamierzam

Bo mam ukryty żal do Sandomierza...

To już potem przeczytałem te wiersze. Wyspowiadawszy mi się, uspokoiła się jak gdyby, staram się jej tłumaczyć jak najserdeczniej i jak najspokojniej, że nie ma się czym męczyć! Opowiadam jej o Misi Szymanowskiej *[Michalina Przyszychowska (Misia) była adoptowaną córką ciotki Karola Szymanowskiego, Józefy z d. Taube Szymanowskiej (1856-1942), i stryja kompozytora - Marcina Szymanowskiego (1856-1905).], o Karolu Modzelewskim *[Karol Modzelewski (ur. 1937) - historyk, mediewista, działacz opozycji demokratycznej. Syn tłumaczki Natalii Modzelewskiej (1912-1992) z pierwszego małżeństwa, był adoptowany przez jej drugiego męża Zygmunta Modzelewskiego (1900-1954), dyplomatę, działacza komunistycznego, ministra spraw zagranicznych w latach 1947-54.], który powiedział, że nie ten mój ojciec, który mnie urodził, ale ten, co mnie wychował - i został w Polsce. Stopniowo uspokaja się. Myślę, że cała ta historia to mit stworzony po to, aby móc porzucić dom i dzieci, aby móc wyjechać z Sandomierza i zobaczyć, czy co jest "poza Sandomierzem". Cała rozmowa odbywa się tak, że ja leżę, a ona siedzi. Wreszcie żegna się ze mną, nie chce powiedzieć swego nazwiska i zostawiając wiersze, odchodzi. Zupełnie scena z dramatu. Zrobiło wszystko razem na mnie wielkie wrażenie. Boże, na jakiej ja jestem górze i jak tego nie doceniam. Ile takich istot jest, tęskniących w "małym domku" - "czy jest co na świecie poza Sandomierzem?".

 

Stawisko, 1 sierpnia 1955

Byłem wczoraj na otwarciu festiwalu *[V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów, połączony z Igrzyskami Sportowymi, odbywał się w Warszawie od 31 lipca do 14 sierpnia 1955 r. Wzięło w nim udział kilkadziesiąt tysięcy młodzieży 120 narodowości.]. W drodze powrotnej wymyśliłem takie opowiadanie, którego oczywiście nie napiszę z tysiąca powodów, a przede wszystkim z tego powodu, że nie mogę odpowiedzieć sobie na ostatnie pytanie:

Pewien starszy pan jest na otwarciu festiwalu, nudzi go to trochę, ale przypomina sobie o swoim młodym przyjacielu, który jest ostatnią pociechą jego starości. Postanawia odwiedzić tego przyjaciela, Jurka B. *[Jerzy Błeszyński (1932-1959) - przyjaciel Iwaszkiewicza, pierwowzór bohatera Kochanków z Marony (1961). Zmarł na gruźlicę.] Jedzie przeto koleją elektryczną z Pragi do pewnego osiedla podwarszawskiego na lewym brzegu Wisły i odnajduje domek i dawno niewidzianego przyjaciela. Domek wtopiony w zieleń małego zapuszczonego ogródka jest prześliczny. Ale to, co starszy pan widzi w domku, jest bardzo smutne. Jurek B. jest zagrożony gruźlicą i wygląda już jak trup, jego mały synek (dwa lata) chory na ciężki koklusz, urocza, smutna dziecina z olbrzymimi niebieskimi oczami. Żona ma zaledwie dwadzieścia lat, zaczęła pracować na Mokotowie, musi wstawać o piątej, aby dojechać na czas. Ona zarabia osiemset złotych. On, jako budowlany w Żyrardowie, tysiąc dwieście, jest oczywiście babcia do gotowania i pilnowania dziecka. Wszystko razem zupełna nędza. Starszy pan łudził się, że Jurka przyciągnęła do niego jakaś niejasna sympatia, coś z resztek pociągu fizycznego, jakieś przyczyny słabego, ale erotycznego charakteru. Teraz jasno widzi, że tu chodziło o sprawy materialne, o dorobienie sobie chociażby na drodze "puszczenia się" choć trochę pieniędzy. Rozczarowanie dla starszego pana duże, ale nieuniknione. Poczuł wielką żałość i sympatię dla żony Jurka i jego miłego synka. Jak teraz ma postąpić: czy pomóc im, o ile może? Czy zerwać z Jurkiem? Czy zostawić sobie mimo wszystko ów pozór radości? Czy zostawić wszystko, jak było? Trochę mu jest wstyd tej sytuacji, a chciałby ją pozostawić nietkniętą? Czy ma sobie odmówić - niewielkiej zresztą - przyjemności posiadania nb. bardzo pięknego przyjaciela? W którym miejscu tej sprawy jest największa niemoralność? Czy to jest niemoralne, że Jurek zarabia tak nędzne grosze, czy to że się puszcza?

To są właśnie pytania, na które nie umiałbym odpowiedzieć. Gdybym przeniósł opowiadanie do Francji, oskarżyłbym kapitalizm - ale tak?

 

19 sierpnia 1955

Przedwczoraj dekorowałem pisarzy odznaczonych na 22 lipca *[Mowa o Państwowych Nagrodach Artystycznych w dziedzinie literatury.]. Byłem jedyny wzruszony i przejęty tą uroczystością. Dzisiaj w "Nowej Kulturze" ohydny poemat Ważyka *[Chodzi o Poemat dla dorosłych Adama Ważyka, utwór poetycki opublikowany na pierwszej stronie "Nowej Kultury" z 21 sierpnia 1955 (w zapisie Iwaszkiewicza nie ma pomyłki: pismo ukazywało się w kioskach przed datą, która widniała na stronie tytułowej). Ważyk, który kilka lat wcześniej, w wierszu Lud wejdzie do Śródmieścia, opiewał odbudowę Warszawy, teraz narzeka, że w mieście tym nie potrafi się odnaleźć, obnaża nieludzkie oblicze wychwalanego oficjalnie "socjalistycznego budownictwa", sprzeciwia się kłamstwu oficjalnej propagandy, którą sam do niedawna gorliwie uprawiał. Publikacja poematu wywołała burzę przede wszystkim w kołach partyjnych. KC PZPR odwołał redaktora "Nowej Kultury" Pawła Hoffmana, który wyraził zgodę na druk Poematu i bronił go w czasie publicznego sądu, zorganizowanego przez władze PZPR 15 września 1955 z udziałem członków Biura Politycznego - Jakuba Bermana i Edwarda Ochaba.]. Jestem oburzony na człowieka, który brał taki udział w "budowie socjalizmu" i realizmu socjalistycznego w literaturze - a potem pisze takie okrutne rzeczy. Bardzo zresztą jednostronne. Wtedy kiedy go odsunięto od żłoba. Trochę mi jest wstyd. Ale najdziwniejsze jest to, że nagle znalazłem się na lewym flanku. Ja pozycji nie zmieniam - to oni wszyscy przeszli. Młodzi drwili z orderów. "Na ciuchach już można je kupić!" - powiedział Ścibor-Rylski *[Aleksander Ścibor-Rylski (1928-1983) - prozaik, scenarzysta i reżyser filmowy.]. Nawet nie odpowiedzieli na moją alokucję *[uroczyste przemówienie papieża wygłoszone do kardynałów na tajnym konsystorzu, poświęcone aktualnym sprawom religijnym i politycznym]. A teraz ten Ważyk - i ja z moim Listem do Bieruta *[List do Prezydenta Bieruta - wiersz opublikowany w "Nowej Kulturze" z 20 kwietnia 1952 r. W numerze, poświęconym sześćdziesiątej rocznicy urodzin Bolesława Bieruta, oprócz utworu Iwaszkiewicza ukazały się wiersze Wiktora Woroszylskiego, Antoniego Słonimskiego, Mieczysława Jastruna, teksty Leona Kruczkowskiego, Igora Newerlego, Tadeusza Brezy, Zofii Nałkowskiej, Ireny Krzywickiej, Poli Gojawiczyńskiej.] i Felkiem Okoniem nagle się okazuję ten naiwniaczek, który wierzył w to wszystko. Najgorsze jest to, że jeszcze w to wierzę. Tak nie jest, jak to pisze Ważyk. To znaczy oczywiście tak jest, ale obok tego jest jeszcze bardzo wiele innych rzeczy. Ja już mam taką naturę, że nie mogę widzieć samego negatywu. Widzę znowu pozytyw - i za sanacji, i za okupacji (bohaterstwo AK), i teraz. Ja wiem, ja znam wieś i miasto. Wiem, co to jest Nowa Huta i co to są hotele robotnicze i wiem, że konduktorkę autobusu między Nową Hutą a Krakowem zgwałciło siedemnastu robotników (Zygmunt [Mycielski] powiedział Sokorskiemu: jak będzie gwałciło dwóch, to będziemy mogli wtedy mówić o upowszechnieniu kultury) - ale jednocześnie widzę dużo, dużo innych rzeczy. Dzisiaj mi Grydz przysłał wycinek "Timesa" z podziwem piszący o czytelnictwie w Polsce. A Warszawa? A konkurs Chopinowski? A festiwal? Dekoracja miasta... To obchodzi wszystkich, nawet chuliganów. Ręczę, że z chuliganów łatwo mogą wyrosnąć bohaterowie. Ja wierzę w mój naród - może to złudzenie, idealizm, naiwniactwo. Ale wolę być naiwniakiem niż cynikiem jak Ważyk. (I Sokorski - niestety!).

Babcia nie może umrzeć; Perro *[Perro - pies rasy chow-chow, odnalazł się latem następnego roku.] zaginął, Hania jutro wraca (żegnaj okno w nocy otwarte!), Marysia ma atak wątrobiany, nie lubię Janka [Wołosiuka], Andrzejowie *[Andrzej Pilawitz z żoną.] są nieznośni, Krystyna Wiesiowa musi sobie robić skrobankę *[Informacja nie znajduje potwierdzenia w faktach. Krystyna Kępińska w marcu 1956 roku urodziła córkę Magdalenę.], forsy nie ma - muszę pracować (Sycylia *[Mowa o Książce o Sycylii (1956).], przekład Hamleta, Sława i chwała *[Iwaszkiewicz pracował nad drugim tomem Sławy i chwały.]),a tu głowa się kręci od tego wszystkiego. Jakie ja mam życie, i wszystko na mnie!

 

27 sierpnia 1955

Wtedy, kiedy zdawałoby się, starość moja powinna się ustalić i uspokoić, zaczynają się zamykać i otwierać nowe rozdziały życia. Z tym otwieraniem to oczywiście złudzenia, ale nagle powstają gwałtowne zmiany w naszym życiu, które oczywiście nic dobrego nie wróżą.

Babcia umarła w nocy z dwudziestego pierwszego na dwudziestego drugiego. Byliśmy przy śmierci prawie do ostatniej chwili. Potem były okropne obrządki koło zmarłego [sic!]. Staś Kępiński mi pomagał. Pochowano ją w Brwinowie. W ten sposób zamknął się wielki, olbrzymi rozdział mojego życia. Spędziłem z tą kobietą pod jednym dachem trzydzieści trzy lata. To kawał czasu. Nie była ani dobra, ani mądra, choć za taką uchodziła. Ale była potężną indywidualnością, która rzucała cień na całe nasze życie, aż do samej śmierci. Siła woli, żądza władzy - nieporównana - zresztą bez żadnej umiejętności rządzenia. Cały - nieudolny - skład naszego domu jej zawdzięczamy. Hania była zawsze w jej cieniu, owinięta jak bluszcz naokoło niej - pozbawiona przez nią inicjatywy, wolnego odruchu. Z wiecznym refleksem: "Co ja powiem cioci?". Zaakaparowała *[Zaakaparować - przest.: zjednać sobie kogo, przeciągnąć na swoją stronę, skaptować.] nasze dzieci - wychowując je niedobrze. Największym błędem jej życia było niedanie Hani odpowiedniego wykształcenia: taka kobieta, z takim umysłem i z takimi zdolnościami nie ma nawet matury. To była zbrodnia. Otoczona była szacunkiem, poważaniem, miłością wszystkich. Pola Gojawiczyńska, Horzycowa, Parandowska zwierzały jej się godzinami - nie mówiąc o Babetce *[Maria z d. Wysocka, 1 v. Piątkowska, 2 v. Kosińska (Babetka) - wieloletnia przyjaciółka Anny Iwaszkiewiczowej, wielokrotnie wspominana przez nią w Dziennikach i wspomnieniach.]. Zrobiliśmy jej starość i samotność jak najbardziej znośną. Jest to kobieta, chyba jedyna w Polsce dzisiaj, która umarła w tym samym łóżku, w którym spała przez całe życie, na łosiowej skórze podłożonej pod prześcieradło. Dom nasz bez niej pozbawiony jest swego wierzchołka i obawiam się, że zacznie wysychać. O jej "słodkim" władaniu i sposobach rządzenia dałoby się napisać całą powieść. Jej listy - a jest ich dużo - to poważny materiał do naszego życia.

Ze śmiercią cioci poczyna się zmieniać wszystko: Stach [Włodek] zabiera dzieci, Wiesław się ożenił - przed nami otwiera się perspektywa spędzenia zimy we dwójkę w olbrzymim, pustym i zimnym domu. Jak ja to przetrwam? Przetrwałem te piekielne zimy 1936 i 1937 roku, ale o ileż byłem młodszy i silniejszy. Dreszcz mnie przejmuje, gdy o tym pomyślę. I żebyż do tego jeszcze spokój i możność pracowania - niestety to będzie inaczej wyglądało. Do tego dostaję mieszkanie w Warszawie. Będę musiał mieszkać z Jankami *[Z córką Marią i jej drugim mężem, Janem Wołosiukiem.] - wielkie poświęcenie z mojej strony - ostateczna starość. Przepaszą mnie i powiodą, gdzie chcą.

Poemat Ważyka: skupienie całej nienawiści i pogardy, jaką odczuwa Żyd intelektualista dla polskiego proletariatu. Ohyda!

 

Stawisko, 4 grudnia 1955

Jest gdzieś kraina, musi być, gdzie piękne Stawisko nie przyczynia żadnych kłopotów, gdzie żona jest tak czuła i mądra jak Hania dawniej, gdzie Marysia nie zdradziła Stacha, a Stach jest sama dobroć i mądrość, gdzie Maciek jest genialnym dzieckiem, Wiesiek pomaga mi w każdej trudnej sytuacji, gdzie czyszczą buty starszym i niepotrzebnym pisarzom, gdzie Jurek Błeszyński piękny jak anioł nie ma gruźlicy, gdzie Inek Gogolewski *[Ignacy Gogolewski (ur. 1931) - aktor, występował głównie w teatrach warszawskich (Polskim, Dramatycznym, Współczesnym); dyrektor teatrów w Katowicach, Lublinie i Warszawie. Po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę wybitną kreacją Gustawa-Konrada w Dziadach Mickiewicza reżyserowanych przez Aleksandra Bardiniego (1955). Potem grał m.in.: Maurycego w Lecie w Nohant Iwaszkiewicza (1956)] przychodzi radzić się mnie, a nikt z tego powodu nie plotkuje, gdzie Janek Himilsbach *[Jan Himilsbach (1931-1988) -prozaik, scenarzysta, aktor filmowy. W 1947 roku wszedł w konflikt z prawem. Po odbyciu kary pracował jako kamieniarz w kamieniołomach, następnie jako rębacz, tragarz, palacz na kutrach rybackich. Debiutował w 1951 roku wierszem Będę poetą, opublikowanym w "Sztandarze Młodych" (nr 158).] w swoim cudnym ciele ma duszę nie kanalii i oprycha, ale perskiego dżina i przejrzystej peri *[Peri - w folklorze perskim nadnaturalna istota, w rodzaju wróżki albo elfa; przen. piękna, pełna wdzięku dziewczyna lub kobieta.], gdzie tańczą piękni i czyści - gdzie jest dobrze, dobrze, dobrze. Bo tu jest źle, źle, źle. Przecież gdzieś w jakichś utworach muzycznych, w wierszach Mickiewicza, w promieniu zachodu - mieści się tajemnica nigdy niedostępnego, niemożliwego, a tak realnie wyobrażalnego szczęścia.

 

Moskwa, 15 grudnia 1955

Rok, który się kończy, wymagał ode mnie specjalnie dużych wysiłków nerwowych, uczuciowych, uderzał mnie na wszystkie sposoby. Dlatego czuję się teraz tak zmiażdżony i wyczerpany do niemożliwości, czego nikt nie chce zrozumieć ani wejść w mój stan. Zaczęło się rok temu od Moskwy i zjazdu pisarzy, który mnie zmęczył nielicho. Moje wystąpienie kosztowało mnie bardzo dużo - a i to, że nie byłem na święta w domu, co się nie zdarzało od lat, a jestem do tych świąt cholernie przywiązany. Potem, w styczniu, objąłem "Twórczość" - było to dla mnie bardzo trudne i zobowiązujące. Ledwie to zacząłem, dostałem wizę do Włoch i pojechałem do Rzymu i Palermo - to nie był wypoczynek, a loty były bardzo ciężkie, zwłaszcza na Sycylii. Wróciłem na pełny rozmach spraw chopinowskich, i zaraz była królowa - to zajęło prawie dwa tygodnie. Zaczęły się zaraz namowy Szyfmana na Teatr Polski *[Iwaszkiewicz 1 kwietnia 1955 roku objął kierownictwo literackie w Teatrze Polskim.]. Przez kwiecień pracowałem normalnie, w maju wyjechałem do Sandomierza. W końcu maja i początku czerwca zaczęły się sprawy z wyjazdem do Paryża, Hania wzięła bardzo do serca to, że musiała zostać z powodu choroby babci i była bardzo trudna. Potem ten nieprzyjemny pobyt w Paryżu, zła pogoda, okropne mieszkanie, nieporozumienie z przylotem samolotu Teresy i to, co wtedy przeżyłem - wszystko znowu mnie dużo kosztowało. Zaraz po powrocie z Paryża wyjazd na kongres do Helsinek, pobyt w Helsinkach zły i denerwujący, bardzo wyczerpujący fizycznie. Po powrocie z Helsinek wszystkie termedie *[Termedie - przest.: kłopoty, korowody, awantury.] z Hanią i babcią; wreszcie wyrwanie się na kilka cudownych dni wycieczki z chłopcami, bardzo wyczerpującej fizycznie i nie bez tego, aby nie była denerwująca - owa wycieczka. Zaraz po powrocie z wycieczki (wyjazd Hani w sam dzień powrotu z Krakowa!) otwarcie festiwalu, przyjazd Edyty, pobyt Edyty w Stawisku i zaraz wyjazd do Genewy. Podróż z przygodami, zabawna - ale męcząca. Żołądek w złym stanie, ciągle dużo alkoholu. Po powrocie z Genewy w krótkich odstępach: śmierć babci, ślub Wiesia, wiadomość o powrocie Teresy, wszystko duże wrażenia psychiczne. Wszystko także przy akompaniamencie hecy o wnuki, zachowanie Hani do ostateczności męczące. Potem jako antidotum podróż z Hanią do Paryża. Bardzo męcząca fizycznie i moralnie. Dwa tygodnie z Hanią w podróży - chociaż było bardzo przyjemnie - wymagało dużego wysiłku nerwowego. Potem przyjazd Teresy i wszystkie jego perypetie. Wreszcie uroczystości mickiewiczowskie, cała moja praca koło nich, połączone z takimi wzruszeniami jak przedstawienie Dziadów *[Premiera Dziadów Adama Mickiewicza odbyła się 26 listopada 1955 w Teatrze Polskim w ramach uroczystości Mickiewiczowskich; układ tekstu, inscenizacja i reżyseria: A. Bardini, kostiumy: I. Nowicka, muzyka: T. Baird, taniec: J. Kapliński; rolę Gustawa-Konrada grał (na zmianę ze Stanisławem Jasiukiewiczem) Ignacy Gogolewski. Dziady grano rekordową liczbę razy - 271. Iwaszkiewicz w liście do Grydzewskiego, z 2 maja 1956 roku, pisał: "Dziady nasze oczywiście znacznie gorsze od Schillerowskich, ale rewelacyjne pod względem aktorskim - Jasiukiewicz, Gogolewski, którzy grają na zmianę Gustawa-Konrada, wspaniali, Gogolewski cudowny w scenie u księdza (ma 23 lata), która wychodzi znakomicie w tym przedstawieniu - a Jasiukiewicz lepszy w Improwizacji, oba opowiadania też znakomite. Tekstu jest więcej niż u Schillera i lepiej jest podany. [...] Guślarz-Brydziński i cudowna muzyka Bairda kończą to widowisko bajeczne" (M. Grydzewski, J. Iwaszkiewicz, Listy 1922--1967, opr. M. Bojanowska, Warszawa 1997, s. 95).] bez kostiumów i dekoracji, które walnęło mi pałką w łeb. A potem zlot poetów *[28 listopada 1955 r., w ramach uroczystości Mickiewiczowskich, odbył się w Filharmonii Narodowej międzynarodowy wieczór poezji z udziałem czterdziestu czterech poetów, wśród których, obok poetów polskich (m.in. Iwaszkiewicza i Jastruna), wystąpili m.in. Rafael Alberti, Nicolas Guillen, Pablo Neruda, Tristan Tzara, Salvatore Quasimodo.], premiera, Inek i to wszystko co przeżyłem, płacząc razem z innymi *[Podobnie wspominał przedstawienie Dziadów Jan Kott: "Wystawienie Dziadów było najważniejszą sprawą, jaka zdarzyła się w polskim teatrze w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Tak odczuwaliśmy to wszyscy na warszawskiej premierze, tak odczuwają to co wieczór widzowie w zapełnionej do ostatniego miejsca sali Teatru Polskiego". I dalej: "Na premierze Dziadów płakano w krzesłach i na galerii. Płakali ministrowie, maszynistom teatralnym latały ręce, szatniarki ocierały oczy chusteczką. Dziady wstrząsnęły. Włączyły się «w długie, nocne rodaków rozmowy»" (J. Kott, Poskromienie złośników, Warszawa 1957, s. 96, 98).] na Dziadach i to znowuż w towarzystwie przyjęć i dużej ilości alkoholu. Potem zaraz wylot do Helsinek *[W dniach 11-14 grudnia 1955 w Helsinkach odbywały się obrady Światowej Rady Pokoju.]: Kopenhaga, Helsinki, Moskwa. Wszystko bardzo niemiłe i bardzo męczące. Koń by takiego życia nie wytrzymał. Toteż czuję się bardzo źle, serce, uszy, żołądek, wątroba - wszystko nawala. A w duszy chaos, niepokój, brak zupełny serenite i taedium vitae *[(łac.) - znużenie życiem.]. Jakoś nie umiem sobie urządzić życia - pod każdym względem.

W Moskwie we wstrząsającym swą szpetotą hotelu "Moskwa" wspaniały pokój z łazienką. W pokoju telewizor, w łazience nie ma papieru klozetowego, tylko strzępy gazety.

Antrykot z kury

Wczoraj przy kolacji w hotelu Moskwa mieliśmy kłopot. Chociaż nie było jeszcze późno, nic już w kuchni nie było z potraw widniejących na karcie. Władysław G. *[Władysław Góralski (ur. 1919) - działacz partyjny, pracownik naukowy. W latach 1951-57 zastępca kierownika Wydziału Zagranicznego KC PZPR, w latach 1954-56 kierował tym wydziałem.] upierał się, żeby dostać antrykot *[antrykot - mięso z kością z przedniej górnej części tuszy wołowej lub cielęcej; płat tego mięsa; także: surowy lub smażony kawałek tego mięsa], ale antrykotu nie było. Kelner powiedział nam, że jest tylko antrykot z kury. Kazaliśmy sobie więc dać po antrykocie.

Czekaliśmy dość długo. Po chwili takiego czekania towarzysz W. powiedział:

- Ciekawy jestem, jak może wyglądać antrykot z kury? Jak można zrobić antrykot z kury? To musi być bardzo małe?

Na tym opowiadanie powinno się skończyć. Wróciwszy do numeru hotelowego, chciałem tylko zanotować w dzienniku:

"Kto nie wie, jak wygląda antrykot z kury, nie może rządzić państwem".

Ale po namyśle powstrzymałem się. To byłoby zbyt snobistyczne. Wydawałoby [się], że jest w tym pogarda dla nowych ludzi, ale tu bynajmniej pogardy nie ma. Muszę więc to zdanie moje trochę obszerniej uzasadnić:

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że towarzysz Władysław nie mógł widzieć antrykotu z kury w swoim chłopskim czy robotniczym, bardzo smutnym i ciężkim dzieciństwie. Chyba i ja, chowany w niezamożnym domu, od młodości mojej nie wiedziałem, jak wygląda ta potrawa. Chodzi mi o zupełnie coś innego. W tej chwili w Warszawie kucharze wydają co wieczora tysiące antrykotów z kury. Towarzysz W. nie był ani razu przez lat dziesięć, przy których jest u władzy, w restauracji, w Bristolu czy w Kameralnej. Dlaczego? Dlatego, że towarzysz W. co wieczora zamknięty w swoim odludnym gabinecie czyta papierzyska albo pogrążony jest w teoretyczne dysputy czy rozważania, poświęcone teorii życia polskiego. On nie ma czasu, aby żyć, gdyż musi myśleć o tym, jak my mamy żyć. Bo on ze swej specjalności rozważa, jaki ma być nasz stosunek do krajów cudzoziemskich, co powinniśmy brać od nich - i jak powinniśmy postępować, aby nasz poziom życia rozrastał [się] coraz bardziej i aby wreszcie każdy polski robotnik... (za lat pięćdziesiąt może) miał na obiad antrykot z kury. Tak, ale jak to wygląda? Towarzysz W. nie wie, do czego dąży robotnik polski. Towarzysz W. po prostu nie umie żyć, nie umie nic brać od życia, bo nie miał czasu się nauczyć. Towarzysz W. - posuwam się dalej w mych twierdzeniach - po prostu nie zna życia. Jakże więc ktoś, kto żyć nie umie i życia (poza swoim gabinetem i łóżkiem swojej żony) nie zna - może uczyć nas, jak mamy żyć? Czy nie dlatego wtłacza on całe życie poszczególnych ludzi w ciasne pokratkowanie "dwóch prądów"? Czyż nie dlatego przykrawa każdy nasz czyn, podporządkowując je swoim rubrykom: "pożyteczne" i "szkodliwe"? Czyż nie dlatego uważa on za szkodliwe wszystko, co sprzeciwia się jego biurkowym kreślankom? Czyż nie dlatego każda linia falista jest dla niego szpetna i niedobra? Czyż nie dlatego nie rozumie, że każdy dobry wiersz powiększa jego siłę i pomnaża jego materialne możliwości? Czyż nie dlatego popełnił i popełnia tyle byków, skrzywdził tylu ludzi i tak bardzo zaszkodził kulturze narodowej? Taki człowiek nie może zasiadać wśród rządzących nami.

Ergo quod erat demonstrandum *[(łac.) - oto co było do udowodnienia.]: "Kto nie wie jak wygląda antrykot z indyka, nie może rządzić państwem".

Ale się wreszcie dowiedział, jak wygląda. W Moskwie...

 

 





IWASZKIEWICZ